środa, 4 listopada 2020

Grady Hendrix „Moja przyjaciółka opętana”

 

Recenzja przedpremierowa

Rok 1988, Charleston w Karolinie Południowej. Uczennice prestiżowej szkoły, Akademii Albemarle, szesnastoletnie Abigail Rivers i Gretchen Lang, od lat są najlepszymi przyjaciółkami, ale teraz ich ich przyjaźń zostanie wystawiona na próbę. Kameralna impreza w domu ich koleżanki kończy się tragicznie dla Gretchen. Dziewczyna gubi się na całą noc, a po jej powrocie Abby jako pierwsza zaczyna dostrzegać zmiany w jej zachowaniu. Najpierw są subtelne i łatwe do wytłumaczenia, ale sytuacja cały czas się pogarsza. Ostatecznie osobowość Gretchen ulega drastycznej zmianie. Abby nabiera pewności, że jej przyjaciółka została opętana. Robi wszystko co w jej mocy, by jej pomóc, ale im bardziej się stara, tym większe problemy ma ona sama.

Wydana w 2016 roku powieść „My Best Friend's Exorcism” (pol. „Moja przyjaciółka opętana”) to jedna z najbardziej znanych powieści amerykańskiego pisarza, dziennikarza i scenarzysty, Grady'ego Hendrixa, autora między innymi „Sprzedaliśmy dusze”. Inspirowana jego osobistymi doświadczeniami opowieść o wielkiej przyjaźni, dojrzewaniu i opętaniu przez demona. Głównym zamiarem Hendrixa było podejście do motywu opętania od innej strony, niż ta spopularyzowana przez „Egzorcystę” Williama Friedkina. Nie chciał zagłębiać się w kwestie wiary bardziej niż to konieczne. Tworzyć kolejnej historii o demonie „testującym wiarę kapłana, używającego innej osoby (opętanej) jako naczynia” oraz o „starych facetach, którzy przywiązują młodą dziewczynę do łóżka i krzyczą na nią godzinami”. Skupił się na osobie opętanej i jej najlepszej przyjaciółce – nastoletnich osobach, ponieważ jest zdania, że właśnie w tym wieku zwykle nawiązuje się najsilniejsze przyjaźnie. A głównie o tym chciał pisać: przyjaźni na śmierć i życie. Jako że czerpał z własnych młodzieńczych doświadczeń, dla ułatwienia, akcję umieścił w mieście, w którym dorastał, w Charleston w Karolinie Południowej i w adekwatnym okresie, przedostatniej dekadzie XX wieku. W 2018 roku ogłoszono, że w przygotowaniu jest film oparty na tej powieści Grady'ego Hendrixa.

Przyciągająca wzrok okładka pierwszego polskiego wydania „Mojej dziewczyny opętanej” Grady'ego Hendrixa (Vesper, rok 2020) została zaadaptowana z amerykańskiej edycji (Quirk Books). Stylizowana na okładkę kasety wideo jakiejś niskobudżetowej produkcji grozy z lat 80-tych XX wieku (zdjęcia zamieszczone z tyłu zdają się żywcem wyjęte z jakiegoś slashera), oprawa książki, to moim zdaniem arcydzieło samo w sobie. A na zewnętrznej okładce pomysłowość wydawców się nie kończy. Wewnątrz (na początku i na końcu) znajdziemy umowne wpisy do kroniki szkolnej Gretchen Lang oraz krótkie teksty opatrzone czarno-białymi grafikami związane z tym wydarzeniem – końcem kolejnej roku szkolnego w Akademii Albemarle w Charleston w Karolinie Południowej. Po trosze front tego uroczo kiczowatego (czysta magia!) wydania, ale też tematyka książki kojarzą mi się z „Przyjaźnią na śmierć i życie” Wesa Cravena. Chyba nawet bardziej niż z „Egzorcystą” Williama Friedkina, który to film, zdaje się, przede wszystkim powinien nasuwać się na myśl przy tego rodzaju historii. Horrorze opartym na motywie opętania ludzkiego ciała przez demona, który wprawdzie może okazać się „demonem dojrzewania”, ale główna bohaterka powieści w to nie wierzy, a czytelnik pewnie będzie skłonny przyznać jej rację. Mamy rok 1988. Jesteśmy w Charleston w Karolinie Południowej. Oglądamy zadbane dzielnice zamieszkane przez wyższą klasę średnią oraz obszary zdominowane przez ledwo wiążącą koniec z końcem klasę robotniczą i osoby bezrobotne. Abigail Rivers i Gretchen Lang pochodzą z tych dwóch skrajnie różnych światów. Ta pierwsza może tylko marzyć o życiu w takim dostatku, jakie toczy ta druga. Abby o wiele lepiej czuje się w wielkim domu Gretchen niż u siebie. W ubogiej dzielnicy i niewielkim domku, gdzie jedynym pomieszczeniem, które nie napawa jej wstydem jest jej własny pokój. Urządzony za pieniądze, na które sama sobie zapracowała. Gretchen, tak samo jak pozostałe członkinie ich paczki, Margaret Middleton i Glee Wanamaker, nigdy nie musiała pracować. Abby skrycie zawsze zazdrościła im wysokiego statusu materialnego. Im i prawie wszystkim pozostałym uczniom Akademii Albemarle. Gdyby nie stypendium Abby nie mogłaby uczęszczać do tej szkoły. Prywatnej, elitarnej placówki w jej rodzinnym Charleston. Grady Hendrix najpierw przeprowadza nas przez początki znajomości Abby i Gretchen. Przyjaźni, która nieśmiało zawiązuje się, gdy mają po dziesięć lat. A potem przeskakuje o sześć lat do przodu, do feralnego roku 1988. To okres wzmożonego zainteresowania, wręcz ogólnokrajowej paniki powodowanej przez rzekomy wysyp satanistów. Hendrix sięgał do własny wspomnień – starał się przywołać w „Mojej przyjaciółce opętanej” tę paranoiczną atmosferę, która wówczas panowała w Stanach Zjednoczonych. Satanic Panic (!), na którą on sam już wtedy patrzył z dużym politowaniem. Już wówczas widział w tym ogromną przesadę, już wtedy nie miał wątpliwości, że to jakieś szaleństwo. Szaleństwo najbardziej podsycane przez media. Z tej, w moim poczuciu, zręcznie budowanej aury, wyrasta motyw urban legend. Autor wplata w fabułę niepokojącą historię pewnej dziewczyny, o której słyszał chyba każdy nastolatek z Charleston, ale obawiam się, że część odbiorców może nie być usatysfakcjonowana rolą, jaką przewidział Hendrix dla tej dość zagadkowej opowiastki. Niektórzy mogą odnieść wrażenie, że w zalewie późniejszych wydarzeń zapomniał o tej cegiełce swojej literackiej budowli. I może rzeczywiście tak było, ale ja skłaniam się ku temu, że autor „Mojej przyjaciółki opętanej” dobrze wiedział co robi. Że tym sposobem chciał tylko podkreślić zjawisko, jakie rozpanoszyło się wśród ówczesnego amerykańskiego społeczeństwa. Strach przed satanistami, który u niejednego jego rodaka był równie silny, co strach przed AIDS, o którym Hendrix również tutaj wspomina. W tej co prawda niezbyt oryginalnej opowieści o dziewczynie, która ni z tego, ni z owego zaczyna się zmieniać. I o jej najlepszej przyjaciółce, która ma powody sądzić, że jest jedyną osobą, której zależy na zażegnaniu tego niespodziewanego kryzysu. Uratowaniu nastoletniej dziewczyny, która najwyraźniej została zniewolona przez najprawdziwszego demona. Nieczystą siłę, która przywłaszczyła sobie jej ciało.

Podczas lektury „Mojej przyjaciółki opętanej” czułam się trochę tak, jak podczas seansu jakiegoś niezbyt drogiego filmu grozy z lat 80-tych XX wieku. Klimat retro co prawda nie dochodził do mnie z jakąś szczególną mocą (można było zrobić to lepiej), nie porażał plastycznością, ale nie mogę powiedzieć, że ten specyficzny, czarowny duch przedostatniej dekady XX wieku w horrorze wcale do mnie nie docierał. Czułam go właściwie przez cały czas trwania mrocznych przeżyć dwóch młodych dziewcząt. W sumie nie tylko ich, bo niszcząca siła, która, jak wszystko na to wskazuje, wzięła w posiadanie ciało Gretchen Lang, najprawdopodobniej nie spocznie dopóki nie zniszczy życia wielu istnień. Nie tylko najlepszej przyjaciółki Gretchen, Abigail Rivers. Wszystko zaczyna się od kameralnej imprezy w domu Margaret Middleton. Imprezy, na której Gretchen spotkało coś złego. Nie wiemy, co konkretnie przydarzyło się wówczas tej nastoletniej dziewczynie, ale nie ulega wątpliwości, że tutaj należy upatrywać początku jej nietypowej choroby. Abby przez jakiś czas tak na to patrzy – jak na chorobę spowodowaną jakimś traumatycznym przeżyciem. A właściwie chce tak na to patrzeć, bo inne wytłumaczenie, które przychodzi jej do głowy jest jeszcze bardziej przerażające. I szalone. Ale jak można się tego spodziewać Abby będzie dostrzegać coraz to więcej sygnałów świadczących za tym drugim. Za teorią o opętaniu Gretchen przez autentycznego demona. Może nawet samego Szatana. Jak w „Zabójczym ciele” Karyn Kusamy, nasza bohaterka będzie jedyną osobą świadomą niebezpieczeństwa, czyhającego ze strony nie tyle jej przyjaciółki, ile jakiejś nieludzkiej istoty, która tylko wygląda jak jej przyjaciółka. Pytanie tylko, czy Abby się nie myli? Czy ciało jej przyjaciółki faktycznie zostało zawłaszczone przez jakąś bestię? Wszystko za tym świadczy, ale czy można kategorycznie odrzucić inną teorię Abby? Czy można być stuprocentowo pewnym tego, że Gretchen po prostu nie podupadła na zdrowiu, na skutek jakiejś poważnej traumy? Nie można. Tak samo jak nie możemy wykluczyć, że Hendrix tak naprawdę pisze o dojrzewaniu. Że przedstawia nam wprawdzie posunięty do ekstremum, ale wciąż naturalny proces zachodzący w nastoletnim ciele. Biologia czy demonologia? Gdzie należy szukać wyjaśnienia? Autor coraz bardziej zdecydowanie pcha nas ku tej drugiej ewentualności. Nie mogę zdradzić, w którym kierunku ostatecznie ta opowieść podąży, ale mogę obiecać, że Hendrix przygotował trochę niespodzianek. Wplótł w tę opowieść motywy, które raczej nie przychodzą nam do głowy (a na pewno nie w pierwszej kolejności), gdy myślimy o horrorach satanistycznych. Zachowując przy tym tę chwytającą za serce, rozczulającą wręcz prostotę „ze starej szkoły straszenia”. Miłośnicy gatunku powinni bez trudu znaleźć w „Mojej przyjaciółce opętanej” przynajmniej jeden wyraźny zwrot w stronę body horroru (w każdym razie z tym nurtem najbardziej się to to kojarzy) oraz moment, który prawdopodobnie sprawi, że poczujecie się, jakby nagle wrzucono Was w jakąś alternatywną rzeczywistość. Witamy w Strefie Mroku!. W świecie, w którym nic nie jest takie, jak być powinno. Tym jednym prostym ruchem Hendrix kwestionuje praktycznie wszystko – odwraca ten portret do góry nogami. Każe nam przyjąć inny punkt widzenia. Taki, na jaki, jak mniemam, niewielu się przygotuje. Bo czegoś takiego doprawdy trudno się spodziewać po takiej historii. A potem... Potem na powrót wszystko zacznie się nam ładnie prostować, a przy okazji „na scenę” wedrze się nowa postać. A wraz z nią wkroczy groteska. Niewierzący w opętania Hendrix powołał oto do życia swoistą karykaturę postaci nierozerwalnie związanej z tego rodzaju opowieściami od czasu „Egzorcysty” Williama Friedkina. Zupełnie jakby chciał pośmiać się z tego modelu i może też potępić podobne zachowania z rzeczywistości. Takie wrażenie odniosłam w kontaktach z tą cudaczną postacią, ale sam autor utrzymuje, że jego celem było dodanie temu wiarygodności. Według niego taki obraz jest bardziej realistyczny od tego, do którego gatunek horroru zdążył już nas przyzwyczaić. Cóż, ja inaczej to odebrałam, ale na pocieszenie dostałam niekonwencjonalny przebieg wątku, który myślałam, że już niczym nie może zaskoczyć. Grady Hendrix bez silenia się na cokolwiek, bez większych kombinacji, pokazał, jak bardzo się myliłam.

Według mnie „Moja przyjaciółka opętana” przewyższa wcześniej wydaną w Polsce (także nakładem wydawnictwa Vesper) powieść Grady'ego Hendrixa zatytułowaną „Sprzedaliśmy dusze”. Dobrze wspominam tamten utwór, ale ten klimat i ta fabuła bardziej do mnie przemówiły. Porywająca, prosta opowieść o poruszającej przyjaźni i odwiecznej walce dobra ze złem. Walce o duszę niewinnej dziewczyny, która potencjalnie padła ofiarą jakiejś nieczystej siły. Nadnaturalnej istoty rozmiłowanej w chaosie. Książka, którą moim zdaniem każdy fan literackiego horroru przeczytać powinien. Może i niedoskonała, ale spróbujcie na dłużej się od tego oderwać... No, da ktoś radę?

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz