Stronki na blogu

sobota, 5 kwietnia 2014

„Under the Bed” (2012)

Recenzja na życzenie

Nastoletni Neal wraca do rodzinnego domu po dwuletniej „kuracji” u ciotki. Ku swojemu niezadowoleniu konstatuje, że ojciec pod jego nieobecność związał się z inną kobietą, a jego młodszy brat, Paulie, odkrył pod łóżkiem stwora, który przed laty sprowadził na Neala spore kłopoty. Obaj staną do nierównej walki z żądnym krwi potworem, który ukazuje się jedynie ich oczom pod osłoną nocy.

Horror twórcy „Silent Night”, Stevena C. Millera, skierowany głównie do młodszej części widowni. Pamiętacie „Wrota” z 1987 roku? Każdy, kto zetknął się z tą produkcją we wczesnym dzieciństwie pamięta, jaki niepokój wówczas odczuwał. Natomiast po latach ten czar, gdzieś prysnął, pozostawiając jedynie coś na kształt politowania. A to dlatego, że „Wrota” celowo skonstruowano tak, aby dotrzeć do młodej widowni – wywlec na światło dzienne ich, niezrozumiałe dla dorosłych, dziecięce lęki. Podobnie jest z „Under the Bed”. Gdybym była kilkanaście lat młodsza Millerowi z pewnością udałoby się mnie przerazić, ale specyfika jego filmu nie ma absolutnie żadnej szansy zaspokoić wymagań dorosłej kobiety, co nie znaczy, że takie lekkie horrorki dla małolatów nie są potrzebne. W końcu to głównie one rozpalają miłość do gatunku w młodych umysłach, z czasem popychając je do konfrontacji z czymś cięższym.

Problematyka „Under the Bed” z pewnością większości widzów skojarzy się z „Boogeymanen” z 2005 roku, ale tylko dlatego, że moim zdaniem właściwa inspiracja reżysera, czyli „Strach przed ciemnością” (2003) jest nieznana w szerszych kręgach. Podobnie, jak to miało miejsce w tym kanadyjskim obrazie w „Under the Bed” mamy dwóch braci konfrontujących się z potwornościami ukrywającymi się w mroku. Jednakże punktem zapalnym nie są wszystkie ciemne miejsca w domu, a jedynie łóżko w dawnym pokoju Neala, obecnie zajmowanym przez Pauliego. Film rozpoczyna scena powrotu starszego brata z „wygnania” u ciotki, do której przed dwoma laty wysłał go ojciec po piromańskim wybryku, na skutek którego umarła jego żona. Po dotarciu do domu chłopak poznaje nową kobietę ojca, do której niesłusznie czuje niechęć. Swoją drogą odcięcie się twórców od często poruszanego w kinematografii motywu złej macochy, pomimo swojej prostoty bardzo mnie zadowoliło. Po krótkiej sekwencji powitalnego przyjęcia, na którym Neal bez zdziwienia odkrywa, że jego osoba wśród rówieśników traktowana jest z daleko idącym ostracyzmem, chłopak rusza do domu na spotkanie z ukochanym braciszkiem. I tutaj następuje jedna z najbardziej niepotrzebnych scen tego filmu. Powolna, pełna napięcia, potęgowanego nastrojową ścieżką dźwiękową wędrówka przerażonego Neala w stronę drzwi frontowych przez wzgląd na brak objaśnienia, co też jest przyczyną tego niepokoju, zamiast straszyć jedynie śmieszy. Ot, widzimy prawie dorosłego mężczyznę, który boi się własnego domu. Oczywiście z czasem poznamy źródło tego lęku, ale w tym konkretnym momencie go nie znamy, dlatego też w moim mniemaniu ta na siłę wtłoczona w scenariusz sekwencja była zupełnie niepotrzebna. Gdy Neal w końcu dociera do brata odkrywa, że mały po przeprowadzce do jego pokoju co noc konfrontuje się z potworem mieszkającym pod jego łóżkiem – podobnie, jak Neal przed laty. I od tego momentu będzie miał miejsce cały ciąg zdarzeń, nawiązujący do dziecięcych lęków. Gruzowata łapa wychylająca się nocą spod łóżka, strach przed ciemnością i koszmary senne. W tym ostatnim na szczególną uwagę zasługuje drzemka Pauliego w szkole i jego senna konfrontacja w czerwonym reflektorowym świetle z zabawnym, wiedźmowatym stworem.

Podczas pierwszego wspólnego nocowania naszych protagonistów twórcy chyba zapomnieli, o czym ma traktować ten film. Wówczas chłopcy bez żadnych oporów poddają się snu, a dopiero nazajutrz Paulie zdradza swojego starszemu bratu, jakie to techniki przyjął, aby umknąć burczącemu pod łóżkiem stworowi (wskakiwanie z rozpędu na łóżko i sen przy zapalonym świetle). Od tego momentu, ku wielkiemu niezadowoleniu ojca bracia będą nocować razem w jednym pokoju, nocą konfrontując się czymś gnieżdżącym się pod ich łóżkiem. Przyjście stwora zwiastuje gęsta mgła spowijająca całe pomieszczenie, a jego zdolności nie ograniczają się jedynie do denerwującego chrząkania – potrafi również unosić przedmioty siłą umysłu. Chciałabym powiedzieć, że dziwaczne nocne przygody Neala i Pauliego są pełnym napięcia i potworności popisem wyczucia gatunku Millera, ale niestety wszystko jest tak łagodne, chwilami nawet zabawne, że jedyna postawa, jaką dorosły odbiorca może przyjąć podczas seansu „Under the Bed” to odrzucenie jakichkolwiek oczekiwań stricte horrorowych na rzecz zwykłej nadnaturalnej młodzieżówki. Film może i nie nudzi, ale na pewno nie zobaczymy tutaj niczego, co choćby na chwilę podniosło nam poziom adrenaliny we krwi. Chyba, że mamy mniej niż dziesięć lat. Nawet bardzo krwawy finał nie ma w sobie ani krztyny dramatyzmu. Ot, nieciekawie zwizualizowany stwór rozszarpuje na strzępy każdego, kto mu stanie na drodze, a nieumiejętnie potęgowana atmosfera sprawia, że wymagającym widzom właściwie jest wszystko jedno kto i jak zginie. Nie wspominając już o bzdurnej podróży do wygenerowanego komputerowo mitycznego świata, przez bramę znajdującą się pod łóżkiem naszych protagonistów…

Pomimo braku wyczucia gatunku, albo co bardziej prawdopodobne ścisłego dostosowania jego reguł do wymagań młodszej części widowni, „Under the Bed” może poszczycić się profesjonalną realizacją. Klimatu nie ma tutaj wcale, aczkolwiek pracy kamery nie można niczego zarzucić. Obsadzie też nie. Szczególnie zadowala kreacja zbuntowanego Neala przez Jonny’ego Westona, ale i mały Paulie w wydaniu Gattlina Griffitha dużo mu nie ustępuje.

Jak już zaznaczyłam na wstępie „Under the Bed” jest obrazem skierowanym głównie do osób poniżej dziesiątego roku życia. Celowo skonstruowano go tak, aby zaspokoić wymagania początkujących, młodocianych wielbicieli gatunku, co również jest potrzebne. Ale nie dorosłym odbiorcom. Jeśli mowa o takich lekkich horrorach to ja zdecydowanie wolę „Strach przed ciemnością”, do którego „Under the Bed” mocno nawiązuje, bo pomimo epatowania sztucznymi efektami komputerowymi ma w sobie pewien dziecięcy, klimatyczny urok, którego troszkę zabrakło w niniejszej produkcji.

piątek, 4 kwietnia 2014

Ingrid Hedström „Pod ziemią w Villette”


Do Villette zostają przetransportowane barki z rudą żelaza. Podczas rozładunku w jednej z nich zostają odnalezione zwłoki dziennikarza, Fabiena Lenormanda, ściskające w ręku świstek wydarty ze szwedzkiej gazety, z artykułu traktującego o wybuchu metanu w kopalni w 1956 roku, który pochłonął dziesiątki ofiar. Sędzia śledcza, Martine Poirot, wraz ze swoim zespołem stara się połączyć tragiczne wydarzenia z przeszłości ze śmiercią dziennikarza, co nieoczekiwanie naprowadza ją na trop szeroko zakrojonej malwersacji. Śledztwo przyciąga uwagę wysoko postawionych ludzi, którzy z jakiegoś powodu starają się nie dopuścić do rozwikłania zagadki morderstwa Lenormanda. Nawet kosztem prześladowania Poirot i kolejnych zabójstw.

Trzecia część kryminalnej serii o sędzi śledczej Martine Poirot, pióra szwedzkiej pisarki Ingrid Hedstrom. Konstrukcja „Pod ziemią w Villette”, jak to zazwyczaj w tego typu cyklach bywa, pozwala niezaznajomionym z poprzednimi częściami czytelnikom sięgnąć po niniejszą pozycję, bez obaw o niezrozumienie wszystkich wątków. Wydarzenia rozgrywające się w niniejszej odsłonie są całkowicie oderwane od poprzednich – śledztwo, które prowadzi tutaj Martine Poirot nie ma nic wspólnego z dwoma pierwszymi odsłonami cyklu.

Wielbiciele tradycyjnych kryminałów powinni być z pióra Ingrid Hedstrom zadowoleni, bowiem nie stara się ona choćby w najmniejszym stopniu wykroczyć poza ramy gatunku. Jej literatura nie pretenduje do niczego głębszego, aniżeli przedstawienia w najdrobniejszych szczegółach procesu rozwiązywania przez śledczych zagadki morderstwa. Akcja rozgrywa się w 1994 roku w fikcyjnym belgijskim mieście, Villette oraz małym szwedzkim miasteczku. Podczas, gdy Martine Poirot w Villette prowadzi sprawę zabójstwa dziennikarza jej mąż, Thomas Heger, przebywa w Granaker w Szwecji, doglądając swojej chorującej ponad dziewięćdziesięcioletniej babci. Mężczyzna dowiaduje się o mieszkającym tu przed laty młodzieńcu, który zaprzyjaźnił się z jego babką, ale pewnego dnia uciekł z tych stron bez słowa wyjaśnienia. Ponadto spotyka się ze swoją dawną przyjaciółką, dzisiejszą panią burmistrz, która wybiera się do Brukseli, celem negocjacji interesów Granaker. Wkrótce tropy, z którymi zetknął się Thomas wypłyną w śledztwie jego żony, staną się kluczem do rozwiązania zagadki śmierci dziennikarza. Martine odkryje, że Lenormand interesował się tutejszym znanym przedsiębiorcą, trudniącym się ratowaniem podupadających firm oraz tragedią w kopalni w 1956 roku, która pochłonęła dziesiątki ofiar. Szczerze mówiąc takie ścisłe powiązania pomiędzy wydarzeniami w Szwecji, na które dzięki nieprawdopodobnemu zbiegowi okoliczności trafia mąż sędzi śledczej ze sprawą zabójstwa w Villette mają w sobie pewien urok – przyjemnie jest śledzić wszystkie, tak liczne, części układanki, które w pewnym momencie składają się w jedną spójną całość. Choć należy nadmienić, że autorka troszkę zbyt często uciekała się do zbiegów okoliczności. Cóż, w prawdziwym życiu pewnie nie miałyby racji bytu, ale w przypadku literatury kryminalnej chwilami budują intrygujące napięcie. Kolejnym plusem tej powieści jest aż nazbyt skomplikowane śledztwo. Multum pozornie niezwiązanych ze sobą wątków oraz cała plejada podejrzanych sprawiają, że naprawdę nie sposób jest dociec tożsamości sprawcy, choć niektóre tropy można szybko ze sobą połączyć. Na niemożność przedwczesnego rozszyfrowania personaliów mordercy wpływa pozorny brak motywu, dzięki czemu, kiedy w końcu dowiadujemy się w finale kto jest winny możemy liczyć na niemałe zaskoczenie.

Minusem i to dość sporym jest postać głównej bohaterki. Sędzia śledcza, Martine Poirot nie wyróżnia się niczym, co na dłużej skupiłoby uwagę na jej osobie. Ot, typowa pragnąca sprawiedliwości, pełniąca odpowiedzialną funkcję kobieta, która pod żelazną zewnętrzną maską ukrywa wiele słabości. Prawdę mówiąc wszyscy poboczni bohaterowie, łącznie z jej kolegami z pracy mają w sobie więcej charakterystycznych, intrygujących cech, co sprawia, że ilekroć ma się do czynienia z wydarzeniami opisywanymi z punktu widzenia Poirot nie sposób uniknąć daleko idącej niecierpliwości. Ponadto zawiodłam się troszkę na czołowym miejscu akcji. Po szwedzkiej pisarce spodziewała się tego osobliwego skandynawskiego, zimnego klimatu, dzięki któremu rozmiłowałam się w literaturze z północnej Europy. Ale umiejscowienie akcji powieści w Belgii sprawiło, że o tego rodzaju atmosferze nie mogło być mowy. Nawet wówczas, gdy opisywane wydarzenia chwilowo przenosiły się do Szwecji. Wtedy Ingrid Hedstrom również nie przywiązywała zbytniej wagi do tworzenia klimatu, bardziej skupiając się na suchych aspektach śledztwa.

„Pod ziemią w Villette” nie jest jakimś wyróżniającym się na tle innych kryminałem. Ot, jednorazowa rozrywka na nudny wieczór, o której szybko się zapomina. W trakcie lektury, owszem chwilami trzyma w napięciu, a nawet zaskakuje, ale brak jakichkolwiek charakterystycznych akcentów sprawia, że krótko pozostaje w pamięci.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

czwartek, 3 kwietnia 2014

„The Haunting of Helena” (2012)

Recenzja na życzenie

Sophia samotnie wychowuje córkę, Helenę. Gdy dziewczynce wypada pierwszy mleczak diametralnie zmienia się jej zachowanie. Opowiada matce o Zębowej Wróżce, która nocami odwiedza ją w pokoju i wymusza na niej dostarczanie zębów kolegów. Początkowo Sophia jest przekonana, że winna jest bujna dziecięca wyobraźnia, ale coraz bardziej niepokojące poczynania Heleny zmuszają ją do konsultacji z lekarzem. Gdy badania niczego nie wykazują kobieta postanawia na własną rękę rozwiązać zagadkę objawiającej się jej córce Zębowej Wróżki.

XXI wiek nie jest dla włoskiej kinematografii zbyt łaskawy. Podczas, gdy w latach 70-tych i 80-tych ten kraj słynął z niepowtarzalnego gore wydawało mi się, że jego horror umarł wraz z odejściem mojego mistrza Lucio Fulci’ego. Aż do seansu „The Haunting of Helena” Christiana Bisceglia i Ascanio Malgarini, który w moim odczuciu udowadnia, że Włosi mają coś jeszcze do powiedzenia w tym gatunku. Zaskakujący jest również fakt, że tym razem nie wykazali się w makabresce, a ghost story – nurcie, w którym Amerykanie (wyłączając Jamesa Wana) ostatnimi czasy nie radzą sobie najlepiej, co tym bardziej zachęca do konfrontacji z europejską wizją nastrojowego straszaka.

Pierwsze, co rzuca się w oczy i niestety nie nastraja pozytywnie do seansu to słaba gra aktorska. Z mimiką nie jest jeszcze tak tragicznie. Odtwórczyni roli głównej, Harriet MacMasters-Green gra twarzą na tyle, na ile pozwala jej ubogie doświadczenie w branży – znośnie, ale bez rewelacji. Natomiast mała debiutantka, Sabrina Jolie Perez, mając troszkę łatwiejsze zadanie kreacji apatycznego dziecka z jednym wyrazem twarzy, mimicznie prezentuje się nieco lepiej od swojej filmowej matki. Natomiast cała obsada nie udźwignęła języka angielskiego. Twórcy zaniechali realizacji filmu w swoim rodzimym włoskim języku zapewne przez chęć jak najszerszej dystrybucji na świecie oraz celem uniknięcia koszmarnego angielskiego dubbingu, z których słyną wzdragający się przed napisami Amerykanie. W efekcie obcy akcent aktorów i „kwadratowa” dykcja sprawiają wrażenie, że mamy do czynienia z amatorami. W moim mniemaniu Włosi powinni zaniechać dostosowywania się do wymagań Zachodu i nagrywać swoje filmy w rodzimym, jakże pięknym języku, co z pewnością zawyżyłoby poziom aktorski.

„The Haunting of Helena” zauważalnie dzieli się na dwie części. Pierwsza maksymalnie nastrojowa delikatnie sugeruje nam wkroczenie nieznanego w spokojną egzystencję samotnej matki i jej małej córeczki. Po stracie pierwszego mleczaka Helena utrzymuje, że nocą z jej szafy wychodzi Zębowa Wróżka, żądająca od niej pozyskiwania zębów od szkolnych kolegów, co też mała czyni. Równocześnie Sophia, która wykłada historię na uniwersytecie stopniowo odkrywa tragiczne zgony dzieci z przeszłości, rzekomo zjedzone przez wilki oraz koszmarną historię swojego mieszkania, w którym przed laty pewien mężczyzna dopuścił się okrutnego mordu na swojej żonie w akcie zemsty za zdradę. Owa retrospekcyjna scena jest swego rodzaju ukłonem twórców w stronę podgatunku, w którym Włochy swego czasu wiodły prym. Wyrywanie zębów kobiecie sprawia bardzo realistyczne wrażenie, głównie przez wzgląd na dopracowaną barwę i konsystencję sztucznej krwi (Amerykańscy twórcy rozmiłowani w pikselowej, rażąco sztucznej posoce powinni brać przykład od Włochów), ale ubolewam, że nie pokazano samego aktu ekstrakcji. Wracając do Zębowej Wróżki to należy przyznać, że twórcy nie wykazali się tutaj jakąś większą innowacyjnością – w końcu z tą postacią mieliśmy już do czynienia choćby w „Krwawej wróżbie”, czy „Gdy zapada zmrok”, aczkolwiek przydomek zjawy zamieszkującej szafę Heleny jest tylko umowny, z legendą o Zębowej Wróżce nie ma ona nic wspólnego, to jedynie nazwa dla żądnego krwi ducha. Pierwszą nastrojową część projekcji zamyka kulminacyjne spotkanie Sophii z wydawałoby się imaginacją Heleny. Scena, w której bezzębna, blada kreatura zbliża się do niewzruszonej dziewczynki z wyciągniętą dłonią na oczach jej przerażonej matki robi naprawdę niepokojące wrażenie. Praca oświetleniowca (złowrogo migające światło) w połączeni z jakże realistycznie wygenerowaną komputerowo zjawą (a jednak nowoczesne efekty mogą być udane) to kwintesencja nurtu ghost story, coś w czym powinni się rozsmakować wszyscy fani tego nurtu.

Druga część skupia się na wydarzeniach w zakładzie psychiatrycznym, w którym Sophia umieściła swoją córkę. Po traumie, jaką było ostatnie spotkanie z Zębową Wróżką dziewczynka unika jakichkolwiek rozmów, do czasu zdradzenia swojej rodzicielce powodu takiego zachowania. Otóż, okazuje się, że przeprowadzka nie pomogła Helenie pozbyć się nawiedzającego ją ducha kobiety, która pragnie odzyskać własne zęby. Odrobinę powtarza się tutaj scenariusz z amerykańskiej wersji sequela „The Ring”. Mała jest prześladowana przez upierdliwego ducha, a jej matka rusza jej na ratunek. Druga część seansu rozwija się nieco wolniej od pierwszej, ale na szczęście nie zaniedbuje klimatu niezdefiniowanej grozy. Początkowo scenariusz skupia się na rzekomych zaniedbaniach Sophii w roli matki. Pojawia się jej były mąż, który stara się odebrać jej prawa rodzicielskie, a i lekarz nie jest przekonany, czy aby na pewno kobieta nie miała jakichś problemów psychicznych. Akcja nabiera tempa z chwilą krwawego deszczu zębów w szpitalnym pokoju Heleny – kolejny popis umiejętnego wykorzystania efektów komputerowych i na dodatek jakże oryginalny. Sophia rusza na poszukiwanie zębów złośliwej zjawy, co prowadzi ją (i nas) do wstrząsającego finału, ewidentnie najmocniejszego momentu filmu.

„The Haunting of Helena” nie jest jakimś mega innowacyjnym straszakiem. Wiele motywów powiela z innych znanych ghost stories. Ale jego konstrukcja (pierwsza kulminacja już po pierwszej połowie seansu), wyważone, a przez to jakże realistyczne efekty komputerowe, ze szczególnym wskazaniem na koszmarny wygląd ducha i przede wszystkich klimat grozy potęgowany metaliczną kolorystyką obrazu sprawiły, że wprost nie mogłam oderwać wzroku od ekranu. Pozycja obowiązkowa dla wielbicieli ghost stories, zmęczonych już amerykańską estetyką tego nurtu.

środa, 2 kwietnia 2014

„Nagi lunch” (1991)


Bill Lee jest dezynfektorem, usiłującym zaistnieć w światku pisarskim. Gdy nakrywa żonę na odurzaniu się środkiem na karaluchy postanawia przetestować jego działanie na sobie. Jeden narkotykowy wybryk przenosi go do innej rzeczywistości, zamieszkiwanej przez robale. Dziwaczne tendencje środka na karaluchy wkrótce doprowadzają Billa do nałogu. Pragnąc jak najdłużej przebywać w tak zwanej Interstrefie i podporządkowując się woli osobliwym maszynom do pisania, zamieniającymi się w gadające robale Bill nie tylko czerpie inspirację do swej książki, ale również przyjmuje rolę szpiega jednej z ras zamieszkującej Interstrefę, która przeciwstawia się drugiej, bardziej destrukcyjnej.

Głośny film Davida Cronenberga oparty na powieści cenionego Williama S. Burroughsa. Doceniony przez krytyków (pięć różnych nagród i nominacja do Złotego Niedźwiedzia), ale często niezrozumiały przez widzów, czemu wcale się nie dziwię. Wirtuoz oryginalnego body horroru, którego twórczość dla każdego wielbiciela gatunku jest wręcz obowiązkowa do poznania, często konfrontuje publikę z osobliwymi, pełnymi podtekstów pomysłami. Ale na ogół czyni to z umiarem – tak, aby każdy miał szansę dociec, co też autor miał na myśli. Inaczej jest z „Nagim lunchem”, najbardziej skomplikowanym obrazem Cronenberga, z jakim dotąd miałam do czynienia i raczej wątpię, żeby owa niejasna wymowa tej produkcji działała na jej korzyść.

Gatunkowo najbliżej „Nagiemu lunchowi” do fantasy, ale odnajdziemy tutaj również drobne naleciałości thrillera i body horroru, a to wszystko podane w iście psychodelicznym klimacie, osadzonym w kolorowych latach 50-tych. Kluczem do zrozumienia scenariusza tego filmu są dialogi, w których kryją się wszystkie podteksty, aczkolwiek osobliwa sceneria niejednokrotnie odciąga od na pozór niezwiązanych z fabułą konwersacji bohaterów. W końcu Cronenberg przenosi nas do innego świata, zwanego Interstrefą (lub w innych tłumaczeniach Międzystrefą), który na pierwszy rzut oka nie różni się od pierwszego z brzegu zatłoczonego miasta z wąskimi uliczkami i targami na każdym chodniku. Jednak jego mieszkańcy, choć wyglądają, jak ludzie pod skórą kryją swoje prawdziwe potworne oblicza. Wykorzystując obycie w body horrorze reżyser wizualizuje nam wymykające się wszelkiej logice, dziwaczne stwory, które w pewnym sensie kierują poczynaniami głównego bohatera. Unikając jakiejkolwiek ingerencji komputera Cronenberg wyłącznie z wykorzystaniem rekwizytów konfrontuje odbiorców z oślizgłymi gadającymi stworami, w które zamieniają się maszyny do pisania. Największym mistrzostwem jest maszyna-karaluch, mówiąca za pomocą wąskiego otworu, umieszczonego w tylnych partiach swojego ciała i odczuwająca ewidentną przyjemność, gdy Bill wali w jej rozmiękczone klawisze, znajdujące się z przodu. Typowo odstręczające wrażenie na miarę najlepszych body horrorów robi również scena homoseksualnego stosunku obrzydliwego stwora, który wbija swojemu partnerowi macki w skronie. Bill Lee (w tej roli znakomity Peter Weller) jest niemym świadkiem tych wszystkich osobliwości, ale ani myśli z nich zrezygnować. Otóż, dobrowolne przenoszenie się do Interstrefy za pomocą środka na karaluchy stanowi dla niego niemałą inspirację – dzięki temu w rzeczywistym świecie, podświadomie tworzy prawdziwe literackie arcydzieło. Ale sporym niedomówieniem byłoby stwierdzenie, że jego życie w Interstrefie jest całkowicie bierne, wszak mimowolnie został zwerbowany przez swoją maszynę do pisania do walki z wijami. Jako szpieg ma inwigilować wrogów i zdawać raporty dziwacznym karaluchom. Tak, tak wiem jak to brzmi, ale to jest właśnie cały David Cronenberg – jego filmów nie da się atrakcyjnie opisać słowami, te innowacyjne pomysły należy zobaczyć na własne oczy i samemu ocenić, czy wyobraźnia tego reżysera ma w ogóle jakieś ograniczenia i rzecz jasna, czy należycie prezentuje się na ekranie. Moim zdaniem tak – efektom specjalnym naprawdę nie można niczego zarzucić, są dopracowane w najmniejszych, oślizgłych szczegółach, aczkolwiek fabularnie „Nagi lunch” to jak dotąd jedyny film grozy tego mistrza kinematografii, który nie do końca przypadł mi do gustu.

Akcja toczy się dosyć leniwie, a urozmaicają ją jedynie osobliwe stwory zamieszkujące Interstrefę. Szpiegowska misja Lee jest niestety zbyt oczywista – myślę, że Cronenbergowi nie udało się oszukać widzów. Gdyby insynuował dwojaką interpretację pewnie z większą niecierpliwością oczekiwałabym finału. Zamiast kilkukrotnie zasugerować, że wydarzenia, którym świadkuje Bill rozgrywają się w równoległej rzeczywistości, już na początku seansu dał jasno do zrozumienia, że mamy tutaj do czynienia jedynie z narkotycznymi wizjami, które rozgrywają się w umyśle głównego bohatera. Podtekstów również jest odrobinę za dużo, co tylko niepotrzebnie komplikuje fabułę, zapewne sprawiając, że chwilami będzie całkowicie niezrozumiała dla niektórych odbiorców. Destrukcyjnego wpływu używek na ludzki umysł Cronenberg nie ukrywa, ale dwa pozostałe przesłania należy wyłowić z na pozór nic niewnoszących dialogów bohaterów. W rozmowie z pewnym homoseksualistą Bill przytacza mu, zapewne zmyśloną historyjkę o odkryciu swojej prawdziwej orientacji seksualnej. Pogarda, z jaką odnosi się do swoich homoseksualnych zapędów przywodzi na myśl takiego fałszywego homofoba. Ponadto zdanie opisujące kobiety, wypowiedziane przez maszynę-karalucha („Kobiety nie są ludźmi”) dla złośliwych widzów może być odbiciem mizoginicznych poglądów reżysera, ale dla mnie było zapowiedzią finału, nieodzowną dla akurat tego scenariusza. Kolejnym elementem, który nie przypadł mi do gustu, obok nazbyt skomplikowanej fabuły i wolnego rozwoju akcji była skoczna, drażniąca uszy ścieżka dźwiękowa. Zapewne celowo brzmiała tak, a nie inaczej (ażeby spotęgować psychodeliczny, niewygodny klimat), ale nie zmienia to faktu, że w mój zmysł estetyczny w ogóle nie trafiła. Natomiast ostatnia, już całkowicie dla mnie niejasna scena, paradoksalnie mnie zachwyciła (zresztą podobnie, jak anegdotka Billa o tyłku - Jezu, czemu Cronenberg tego nie zwizualizował? To dopiero byłby odlot!). Dzięki jej niezrozumiałej wymowie przez pół nocy niedane mi było zapomnieć o „Nagim lunchu”, bowiem starałam się rozszyfrować jej znaczenie, co i tak do niczego mnie nie doprowadziło. A propos, gdyby ktoś wiedział, jakie znaczenie miała dla fabuły filmu byłabym bardzo wdzięczna za objaśnienie. Mój umysł tego nie ogarnia – jak widać Cronenberg potrafi mnie jeszcze załatwić.
Przyznaję, że „Nagi lunch” to jak na razie najgorszy obraz Davida Cronenberga, z jakim miałam do czynienia (gorszy nawet od „Wschodnich obietnic”, a wątpiłam, że takowy w jego dorobku istnieje), ale biorąc pod uwagę całą kinematografię światową i tak wypada ponad przeciętnie. Po tym reżyserze po prostu zawsze spodziewam się czegoś genialnego, więc zapewne moje wygórowane wymagania znacznie obniżyły ogóle wrażenia z seansu. Ale kurczę, i tak nie żałuję tych niemalże dwóch godzin projekcji – w końcu tak znakomite, innowacyjne efekty specjalne rzadko można podziwiać na ekranie.