Stronki na blogu

środa, 6 sierpnia 2014

„Zły wpływ księżyca” (1996)


Fotoreporter, Ted, podczas jednej ze swoich wypraw zostaje zaatakowany przez wilkołaka. Kiedy wraca do domu odwiedza go siostra, prawniczka Janet wraz ze swoim synkiem, Brettem i psem Thorem. Mężczyzna postanawia wrócić z nimi i na kilka dni zatrzymać się w stojącej na ich podwórku przyczepie kempingowej. Początkowo Tedowi wydaje się, że okolice domu siostry, gęste lasy, to wymarzona kryjówka dla bestii, w którą zmienia się nocami. Jednak wkrótce uświadamia sobie, że zachowanie Thora może go zdekonspirować. Tym bardziej, że zdeterminowany, aby chronić Janet i Bretta pies jest coraz bardziej agresywny w stosunku do nowego lokatora.

Wyreżyserowany przez Erica Reda na podstawie jego własnego scenariusza „Zły wpływ księżyca” (w polskiej telewizji emitowany pod tytułem „Mroczna przemiana”) jest adaptacją powieści Wayne’a Smitha, pt. „Thor”, której narracja prowadzona była z punktu widzenia psa. Film został praktycznie zmiażdżony przez krytyków, a Motion Picture Association of America (MPAA) wpłynęło na wycięcie części prologu, który w pierwszej wersji epatował większą seksualnością i rozlewem krwi, w celu dopuszczenia do seansu młodzieży poniżej siedemnastego roku życia.

Już na wstępie muszę zaznaczyć, że będę bardzo nieobiektywna w ocenie tego obrazu. To film mojego dzieciństwa, a więc mam do niego wielki sentyment – na tyle duży, aby do dziś uważać go za jeden z najlepszych horrorów o wilkołakach, jakie widziałam. Taki odbiór „Złego wpływu księżyca” tym bardziej zaskakuje (mnie samą), jeśli wezmę pod uwagę nienastawioną na straszenie, czy choćby zniesmaczenie narrację filmu. Twórcy od początku do końca skupiają się na wciągającej fabule, nie próbując zbyt często rozpraszać widzów nadmiernym rozlewem krwi, czy efektami komputerowymi.

Red zaczął od mocnego uderzenia. W prologu widzimy fotoreportera Teda (bardzo dobra kreacja Michaela Pare’a), który w trakcie jednej ze swoich egzotycznych wypraw spędza upojną noc w namiocie z dziewczyną. Ich stosunek przerywa wilkołak, który w jakże dopracowanej scenie, z umiarkowaną dawką fizycznie obecnej na planie (nie pikselowej) posoki, zabija kochankę Teda, raniąc jego samego. Mężczyźnie udaje się uratować, dzięki leżącej nieopodal broni. Ujęcie, w którym Ted strzela w głowę bestii, a ta dosłownie wybucha, bryzgając tkaną i krwią we wszystkie strony przypomniało mi „Maniaka” – na plus, a bo zbliżenie do geniuszu Toma Savini’ego jest nie lada wyczynem. Po tych wydarzeniach akcja przeskakuje do rodziny Teda. Jego siostra Janet jest prawniczką, która wraz z synem i owczarkiem mieszka w małym domku pod lasem. W tych rolach zobaczymy całkiem przyzwoitą Mariel Heminghway i jednego z najlepszych młodocianych aktorów lat 90-tych, Masona Gamble’a, szerokiej publiczności znanego przede wszystkim z kreacji Dennisa rozrabiaki, który w tym obrazie w moim mniemaniu warsztatowo przeszedł sam siebie. Ale pomimo tak zacnej obsady największe zainteresowanie będzie wzbudzał pies, owczarek imieniem Thor, któremu przypadła w udziale główna, niełatwa rola.

„Zły wpływ księżyca” jest takim typowym horrorem lat 90-tych, co widać już w początkowych partiach filmu. Malownicza sceneria położonego na uboczu, w otoczeniu rozległych lasów domku ciekawie kontrastuje z niewyszukaną, ale za to zgrabnie snutą historią. Kiedy Ted wprowadza się do przyczepy kempingowej stojącej na podwórku Janet i Bretta kamera obserwuje przede wszystkim psa, który niczym oddany strażnik nie spuszcza z oczu nowego lokatora. Waruje pod drzwiami przyczepy, czekając na zachód słońca. Wówczas to rusza za Tedem w głąb lasu, sprawdzając, czy aby na pewno przykuwa się do drzewa (swoją drogą zawsze zastanawiałam się, skąd taki tytuł filmu, skoro księżyc nie odgrywa w nim żadnej roli...). Relacja pomiędzy owczarkiem i mężczyzną, pomimo prostoty fabularnej jest bardzo złożona. Otóż, twórcy kreując wilkołaka nie ograniczyli się jedynie do jego nocnej przemiany, bowiem w trakcie dnia mężczyzna powoli acz konsekwentnie zmienia swoją przyjazną dotychczas osobowość. Bestia uzewnętrzniająca się w nocy, przed zachodem słońca również jest wyczuwalna pod powłoką ludzkiej skóry. Pies wietrzy to od początku, ale Janet i Brett też z czasem nabiorą podejrzeń. Jednak pomimo postępującej przemiany osobowości Ted długo akceptuje agresję psa, wiedząc, że zwierzę stara się jedynie chronić jego rodzinę. Doskonale zdaje sobie sprawę, że w końcu musi dojść do ich konfrontacji, ale to pozostawia przyszłości, nie starając się nawet opuścić rodziny dopóki jeszcze ostała się w nim ta odrobina człowieczeństwa. Ten pełen napięcia (nie niepokoju) pojedynek psa z bestią jest chyba największym dokonaniem twórców „Złego wpływu księżyca”, ale na uwagę zasługuje również wygląd wilkołaka. Jak przystało na jeszcze dobre dla filmowego horroru lata 90-te nie ujrzymy tutaj sztucznych efektów komputerowych tylko całkiem przekonujący kostium. Jedyny moment, w którym do głosu doszło kiczowate efekciarstwo to finalna przemiana Teda. Jej początkowa faza, kiedy to twarz się wydłuża i pokrywa drobną sierścią jeszcze jest całkiem znośna, ale zaraz potem jego sylwetka zaczyna falować w jakże zabawnym ujęciu, żeby na końcu ukazać się w pełnej wilkołaczej krasie. Z jednej strony ma to w sobie pewien magiczny urok kiczowatych efektów lat 90-tych, przywołujących miłe wspomnienia z dzieciństwa, ale z drugiej nie można twórcom oddać wyczucia realizatorskiego. Jak można się tego spodziewać w drugiej połowie akcja mocno przyśpieszy, a ten zwrot rozpocznie jedna z najbardziej wzruszających scen, jakie widziałam w horrorze (obok „Muchy 2” i „Morderczego przyjaciela”), która jeszcze silniej zsolidaryzuje nas z głównym bohaterem. Chociaż na miejscu Erica Reda poszłabym jeszcze dalej w to przygnębianie. Niestety, postawił na ugładzoną przewidywalność, co zapewne rozczaruje wielbicieli mocnych epilogów.

„Zły wpływ księżyca” to horror, do którego, pomimo jego lekko familijnej otoczki często wracam. Głównie przez sentyment, ale byłabym nieszczera, gdybym nie przyznała, że owa nienastawiona na straszenie, czy zniesmaczenie fabuła również mnie nie porywa. Być może to infantylna produkcja, skierowana głównie do młodszych odbiorców, jak twierdzą niektórzy, ale to wcale mi nie przeszkadza. Warto czasem sięgnąć po coś lżejszego, nawet w kinie grozy, bo tak jak w tym przypadku może się okazać, że trafiliśmy na całkiem ciekawą historię, na której naprawdę nie sposób się nudzić.

wtorek, 5 sierpnia 2014

Daphne du Maurier „Ptaki”


„Ptaki” to jedna z najsłynniejszych książek Daphne du Maurier - angielskiej pisarki, żyjącej i tworzącej w XX wieku. Tomik zawiera sześć opowiadań i w takiej formie po raz pierwszy wydano go w 1963 roku, choć teksty pojawiły się już w 1952 roku w zbiorku pod innym tytułem. Największy rozgłos „Ptakom” przyniósł film Alfreda Hitchcocka pod tym samym tytułem, choć z opowiadaniem łączyło go jedynie oszalałe ptactwo i miejsce akcji. W efekcie moim zdaniem historia Hitchcocka była o wiele ciekawsza od tej zaproponowanej przez du Maurier (zajmuje trzecie miejsce w moim osobistym rankingu filmów tego pana, oczywiście spośród tych, które już widziałam), głównie przez większą ilość wątków, ale też bohaterowie ze zjawiskową Tippi Hedren na czele w moim mniemaniu mieli większą głębię.

Odkąd przeczytałam najsłynniejszą powieść Daphne du Maurier pt. „Rebeka”, którą wielokrotnie przenoszono na ekran (szczególnie polecam ekranizację Alfreda Hitchcocka z 1940 roku i włoską adaptację Riccardo Milani z 2008 roku w formie miniserialu) wiedziałam, że czym prędzej muszę zapoznać się z całą wydaną w Polsce twórczością tej autorki. Du Maurier miała tę rzadką, będącą przede wszystkim domeną Anglików zdolność budowania subtelnego klimatu tajemniczości przy wykorzystaniu wyszukanych, pięknych słów. Dla współczesnych czytelników zmęczonych dzisiejszą, często wulgarną prozą takie spotkanie ze światem Daphne może okazać się miłą, wręcz oczyszczającą odmianą.

„Próbował odgadnąć, co te małe móżdżki za ostrymi dziobami i świdrującymi oczkami zmagazynowały w swojej pamięci przez miliony lat, że obecnie instynkt każe ptakom niszczyć ludzkość tak sprawnie i dokładnie, jakby to robiły automaty.”

Sześć opowiadań zamieszczonych w niniejszym zbiorze właściwie całkowicie oddaje ramy gatunkowe, w jakich poruszała się Daphne du Maurier. Autorka łączyła gotycki klimat rodem z horroru z pełnym suspensu dreszczowcem i nutką romansu.
Moim zdaniem prawdziwe wyżyny tego rodzaju miszmaszu osiągnęła w opowiadaniu zatytułowanym „Monte Verita”. Jest to historia o dwóch domorosłych alpinistach, w których życie wkracza piękna Walijka, Anna. Jeden z bohaterów żeni się z nią i skłania do wspólnej wyprawy na wskazaną przez nią górę. Kobieta wybiera Monte Verita, ale z podróży wraca jedynie jej mąż, który przybliża swojemu przyjacielowi niepokojące legendy krążące na temat owej feralnej góry. Otóż, tamtejsi tubylcy utrzymują, że na jej szczycie stoi stary klasztor, w którym zamieszkuje tajemnicza sekta, oddająca cześć Naturze. Co jakiś czas kobiety z wioski odchodzą od swoich rodzin i przyciągane tajemniczą siłą dołączają do owego zgromadzenia. Prawideł rządzących tą religią oraz jej właściwej, czy to racjonalnej, czy nadnaturalnej natury nie poznamy, aż do finału, który jest znakomitym przykładem suspensu, z którego wręcz słynęła Daphne du Maurier. Ale to nie zakończenie najbardziej mnie w tej opowieści urzekło, jego siła tkwi raczej w gęstej atmosferze intrygującej tajemniczości, którą obok dojrzałego stylu autorki najmocniej potęguje górska sceneria i przesądni mieszkańcy wioski.
W estetyce nadnaturalnego horroru najsilniej tkwi „Jabłonka”. Opowiada o starszym właścicielu ziemskim, któremu umarła żona. Mężczyzna jest raczej zadowolony z tej straty, bowiem za jej życia irytował go męczeński sposób bycia swojej wybranki, która rozmiłowała się we wzbudzaniu w nim poczucia winy. Jakiś czas po pogrzebie główny bohater znajduje w swoim sadzie starą, powykręcaną jabłonkę, która przypomina mu postawę jego zmarłej małżonki. Opisując niepokojące tendencje drzewka, które jak się wydaje dokonuje wyszukanej zemsty na właścicielu ziemskim du Maurier zręcznie poruszała się w estetyce opowieści niesamowitej, w której powinni rozsmakować się wielbiciele dobrych nastrojówek.
Wiele osób zachwala tekst zatytułowany „Stary”. Napisana w formie monologu sąsiada tytułowego starszego człowieka i jego rodziny historia o potwornej zbrodni, rodem z najlepszych dreszczowców z fantastycznym finałem, która aż prosiła się o większe rozbudowanie. Choć sam pomysł na fabułę jest godny podziwu to oszczędna treść sprawiła, że miałam największe problemy z właściwym wczuciem się w tę opowieść, a co za tym idzie w moim mniemaniu prezentowała się najsłabiej z całego zbiorku.
„Prowincjonalny fotograf” to już taka typowa dla du Maurier opowiastka łącząca w sobie estetykę thrillera i romansu z zaskakująco dobrym skutkiem. Opowiada o próżnej Markizie, która wraz z dziećmi i guwernantką spędza wakacje nad morzem. Kiedy poznaje przystojnego miejscowego fotografa postanawia zakosztować zakazanej przygody. Zdradza męża, nie wiedząc jeszcze, że będzie to miało katastrofalne dla jej wygodnej egzystencji skutki. Owego efektu jej działań łatwo można się domyślić, ale należy pamiętać, że du Maurier nie zamierzała tutaj nikogo zaskakiwać. Bazowała raczej na suspensie – wstrzymywała akcję rozległymi opisami trudnego, acz w moim mniemaniu bardzo ciekawego charakteru głównej bohaterki i jej życia w przepychu, aby przedłużać przyjemność z oczekiwania na wiadome, mocne zakończenie. Moim zdaniem napięcie potęgowała wręcz po mistrzowsku i choćby dla niego warto zapoznać się z tym tekstem.
Podobny chwyt zastosowała w „Pocałuj mnie jeszcze raz”. Bohaterem tej historii jest mechanik samochodowy, który w kinie poznaje piękną bileterkę. Kiedy ta w nocy wsiada do autobusu, który według niego zmierza w stronę jej miejsca zamieszkania dosiada się do niej i w trakcie jazdy zdobywa jej uczucia. Jednak ku jego zaskoczeniu po wyjściu z autobusu dziewczyna prowadzi go na cmentarz, skąd po krótkiej rozmowie odsyła go do domu. Mężczyzna dopiero nazajutrz pozna motywy kierujące dziewczyną i choć niejeden czytelnik już wcześniej się ich domyśli to jestem przekonana, że podobnie jak mnie zachwyci go stopniowanie napięcia, podczas wydarzeń sprzed finału. To jest właśnie kwintesencja suspensu, który był domeną Daphne du Maurier.
I wreszcie tytułowe „Ptaki”, które tak bardzo różnią się od filmu Alfreda Hitchcocka. Wspomniałam już, że wolę adaptację, ale to wcale nie znaczy, że opowiadanie nie miało w sobie żadnego uroku. Wręcz przeciwnie. Na początku autorka sporo miejsca poświęca barwnym opisom scenerii – odciętego od cywilizacji półwyspu podczas mroźnej zimy. Głównym bohaterem jest Nat Hocken, inwalida wojenny, który dorabia sobie na miejscowej farmie, aby zapewnić byt żonie i dzieciom. Pewnego wieczora do ich domu wlatuje stado oszalałych ptaków. Natowi udaje się je pozabijać, ale nazajutrz wbrew lekceważeniu sąsiadów przystępuje do zabezpieczania domostwa przed, jak informuje radio, plagą atakującego Anglię ptactwa. Du Maurier w przeciwieństwie do Hitchcocka przedstawia wszystkie wydarzenia z punktu widzenia Nata, ograniczając miejsce akcji do jego obleganego przez ptaki domostwa i rzezi na pobliskiej farmie. Prostota fabularna ciekawie kontrastuje tutaj z wyszukanym stylem pisarki, która nie stroni od dokładnych opisów tak antagonistów, jak i skutków ich szturmu. Jedyne, co można temu opowiadaniu zarzucić to brak większej inwencji – odnosiłam bowiem wrażenie, że du Maurier nie wiedziała jak rozwinąć tę historię, przez co ostatecznie postawiła na otwarty finał, które tak bardzo mnie irytują. Choć czyta się tę opowieść bez większego znużenia, choć miejscami mocno trzyma w napięciu to nie ulega wątpliwości, że potencjał w nim tkwiący niestety nie został całkowicie wykorzystany. Za to w filmie już tak.

„Ptaki” to jeden z lepszych zbiorów opowiadań, jaki dotychczas wpadł mi w ręce. Pewnie dlatego, że wprost zakochałam się w warsztacie Daphne du Maurier – jej wyszukanym słownictwie, wrodzonej zdolności do budowania atmosfery tajemniczości i wyczuciu suspensu, w którym zapewne rozmiłował się również Alfred Hitchcock. Dla fanów pięknej, nastrojowej prozy to pozycja wręcz obowiązkowa, natomiast wielbiciele współczesnych często ordynarnych powieści zdecydowanie powinni sobie odpuścić.

niedziela, 3 sierpnia 2014

„Piątek trzynastego” (1980)


W latach 50-tych XX wieku na Camp Crystal Lake doszło do serii brutalnych mordów. Sprawcy nie złapano, a obóz zamknięto. Po latach ten owiany złą sławą teren, ku przerażeniu miejscowych, kupuje Steve Christy. Mężczyzna pragnie na nowo otworzyć to popularne niegdyś obozowisko. Do tego celu zatrudnia grupę młodych ludzi, którzy mają pełnić rolę opiekunów dzieci, przedtem przygotowując to miejsce do ich przyjęcia. Prace rozpoczynają się w piątek trzynastego i już chwilę po ich rozpoczęciu zaczynają znikać ludzie. Ale niczego nieświadomi opiekunowie dopiero w nocy uświadomią sobie, że złe przeczucia tutejszych mieszkańców się ziściły, że morderca znad Crystal Lake nadal żyje i nie spocznie, dopóki nie wyeliminuje wszystkich obozowiczów.

Po współpracy z Wesem Cravenem nad „Ostatnim domem po lewej”, Sean S. Cunningham postanowił spróbować swoich sił w roli reżysera horroru. Mając nadzieję na powtórzenie sukcesu głośnego slashera Johna Carpentera pt. „Halloween” uznał, że warto uciec się do tego nurtu. Efekt pewnie przeszedł jego najśmielsze oczekiwania. Choć po premierze „Piątku trzynastego” krytycy nie szczędzili często dosadnych obelg to kasowy sukces produkcji Cunninghama z czasem zmusił ich do zmiany zdania (jak to zwykle z krytykami bywa). Dzisiaj ten tytuł to już swego rodzaju marka – chyba nie ma fana kina grozy, który „Piątku trzynastego” by nie widział. To samo zresztą dotyczy jego późniejszych części, bowiem na fali popularności pierwowzoru nakręcono kolejne dziewięć odsłon serii, crossovera, reboota i parę krótkometrażówek. W ten sposób powstała jedna z najbardziej znanych ikon horroru – Jason Voorhees, rosły, nieśmiertelny morderca w hokejowej masce, dzierżący w ręku maczetę. W pierwowzorze owa popkulturowa już postać pojawia się jedynie we wzmiankach, a rolę zabójcy pełni ktoś inny.

Choć „Piątek trzynastego” rozsławił tak zwany nurt camp slasherów to nie był pierwszą rąbanką osadzoną w realiach obozowych. Cunningham inspirował się włoskim „Krwawym obozem” Mario Bavy, który uważany jest za pierwszy slasher w historii kina. Ale swojego sukcesu ta produkcja nie zawdzięcza scenerii tylko współpracy Cunninghama z dwoma genialnymi twórcami, Tomem Savinim, który odpowiadał za efekty specjalne i Harrym Manfredinim, który skomponował niezapomnianą ścieżkę dźwiękową. To właśnie muzyka jest najsilniejszym elementem tego filmu. Choć kolorystykę obrazu cały czas utrzymywano w duszących odcieniach tak naprawdę całą dramaturgię buduje ścieżka dźwiękowa – kultowy już szeptany motyw tej serii, ale też sielankowe tony dopasowane do początkowej beztroski bohaterów oraz drażniące nuty w momentach mordów, łudząco przypominające muzykę z „Psychozy” Alfreda Hitchcocka.

Fabuła, jak na slasher powstało jest bardzo prosta. Ot, mamy grupę młodych ludzi, która przybywa do nowo otwartego, owianego złą sławą obozu nad Crystal Lake, aby doprowadzić go do stanu używalności przed przyjazdem dzieci, którymi będą się opiekować. Cunningham nawet nie próbuje wychylić się poza konwencję tego nurtu i chwała mu za to, bo nic tak mnie nie cieszy, jak schematyczny, acz sprawnie zrealizowany slasher. Tak, więc znalazło się miejsce dla obowiązkowego wieszcza, tutejszego dziwaka, który przestrzega naszych bohaterów przed klątwą ciężącą nad tym miejscem. Jest też potencjalna final girl, Alice Hardy (w tej roli Adrienne King) – zrównoważona, utalentowana artystycznie dziewczyna, która ma wątpliwości, czy sprosta niełatwemu zadaniu opieki nad gromadką dzieci. I wreszcie obowiązkowy sceptyk, nowy właściciel obozu, Steve Christy, który pragnie udowodnić przesądnym tubylcom, że tak zwany „krwawy obóz” nie musi już martwić się o nieschwytanego do dziś mordercy z lat 50-tych, szlachtującego ówczesnych obozowiczów. Co ciekawe sceny wprowadzające nas w temat i zapoznające z głównymi bohaterami tego obrazu już od początku urozmaicano rozlewem krwi, bez przydługich wstępów. Na początku widzimy młodą dziewczynę zmierzającą autostopem do obozu i łapiącą feralną okazję. Kierowcy samochodu nie widzimy (to ma być finalna niespodzianka), ale efektom jego działań już możemy dokładnie się przyjrzeć. Podcięcie gardła spanikowanej kobiecie przez tajemniczego sprawcę wprowadza nas w klimat wszechobecnego, nieznanego zagrożenia (który po mistrzowsku będzie budowany przez cały seans). Ale również jest pierwszym sygnałem, że oto za efekty specjalne odpowiadał prawdziwy geniusz, legenda kina grozy, Tom Savini, który nigdy nie potrzebował dużego budżetu, aby stworzyć prawdziwie przekonujące krwawe ujęcia. Gdy zapadnie noc poziom brutalności oczywiście wzrośnie, ale nie na tyle, żeby popaść w groteskę. Savini, Cunningham i mocno wspierający ich muzycznie Manfredini sporo zostawiali naszej wyobraźni, nie pokazując wszystkich momentów krwawych mordów, ale też tyle, żeby nikogo nie znużyć. Ta równowaga pomiędzy klimatem i rąbanką jest dowodem na to, że „Piątek trzynastego” tworzyli artyści doskonale znający ten gatunek.

W kilku momentach twórcy uciekli się do daleko idącej dosłowności w epatowaniu makabrą. Mordy nie tylko są dowodem kunsztu Toma Saviniego, ale również pomysłowości scenarzystów, Rona Kurza i Victora Millera. Najbardziej zapada w pamięć podwójne morderstwo zakochanych młodych ludzi, którzy po obowiązkowym w slasherach stosunku seksualnym na chwilę się rozdzielają i… wpadają w ręce mordercy. Najpierw ginie młodziutki wówczas Kevin Bacon (zapewne, gdyby Cunningham wiedział, jak potoczy się kariera tego aktora dałby mu pożyć troszkę dłużej…). Kiedy leży w łóżku ktoś ukrywający się pod nim przebija mu szyję ostrym narzędziem. Ostrze przechodzi przez mebel i ciało na wylot w otoczeniu lejącej się, krwistoczerwonej krwi. Zaraz potem zabójca kieruje swoje kroki w stronę przebywającej w toalecie dziewczyny Bacona, której z ogromną siłą wbija siekierę w twarz. Jak na lata 80-te i tak niski budżet Savini przeszedł tutaj sam siebie. Chociaż w moim mniemaniu scenarzyści powinni zostawić to na koniec, bo późniejsze mordy (przybicie chłopaka do drzwi strzałami do łuku i dekapitacja) nie robią już tak mocnego wrażenia. A przecież poziom brutalności powinien wzrastać, nie spadać.

Wiele osób zachwala finalną, wówczas pewnie mocno zaskakującą scenę, pojedynku final girl z mordercą, którą rozciągnięto do granic możliwości. To ma swoje plusy, ponieważ Cunningham jest na tyle wprawnym twórcą, a Manfredini utalentowanym kompozytorem, że właściwie bez większych kłopotów udało im się wspólnie stworzyć nieznośne wręcz napięcie emocjonalne. Kiedy zabójca (nie zdradzę personaliów, bo być może jakimś cudem, ktoś jeszcze ich nie zna) i Alice biegają po wymarłym obozowisku, od jednego budynku do drugiego w każdym zadając sobie, sztuczne z dzisiejszej perspektywy, ciosy (z obowiązkowym pozostawianiem nieprzytomnego mordercy bez dobicia) wydaje się, że ta scena nie będzie miała końca. Przy całym szacunku dla klimatu obecnego w finale i daleko idącej dramaturgii uważam, że o wiele lepiej by ten pojedynek wypadł gdyby go odrobinę skrócić, bo istnieje niebezpieczeństwo, że przy którymś tam kolejnym ciosie widz zacznie tracić cierpliwość. No, ale przynajmniej epilog ma już taką długość, jaką mieć powinien, przy okazji mocnym uderzeniem pozostawiając furtkę do kolejnych części.

„Piątek trzynastego” jest bezapelacyjną legendą filmów slash, pozycją obowiązkową dla każdego fana tego nurtu. Ale chociaż, oprócz za bardzo rozciągniętego finału, nic mu nie mogę zarzucić osobiście uważam, że niektóre camp slashery powstałe na fali jego popularności fabularnie go przebiły (np. „Uśpiony obóz”, czy „Madman”). Abstrahując jednak od tego choćby za klimat pochwała Cunninghamowi jak najbardziej się należy.

sobota, 2 sierpnia 2014

„Boogeyman” (2005)


Tim Jensen w dzieciństwie widział, jak tajemnicza siła zabija jego ojca. Teraz, po upływie kilkunastu lat i długotrwałym leczeniu psychiatrycznym Tim jest przekonany, że potwór mieszkający w szafie był tylko wytworem jego dziecięcej wyobraźni. Do czasu śmierci matki, która zmusza go do powrotu do rodzinnego domu, w którym odżywają wspomnienia i potwory.

Horror nastrojowy Stephena Kay’a, który swego czasu cieszył się sporą komercyjną popularnością, wbrew niepochlebnym opiniom krytyków. Fanów kina grozy do seansu „Boogeymana” zachęcało nazwisko Sama Raimi’ego, twórcy kultowego „Martwego zła”, wśród producentów, a przypadkowym odbiorcom wystarczały szumne reklamy, przyzwoity budżet i dystrybucja kinowa. Teraz, po latach, entuzjastyczne kiedyś recenzje widzów mocno się ostudziły. Być może opinię publiczną zniechęciły późniejsze dwa sequele, które odeszły od klimatycznej konwencji pierwowzoru w stronę rąbanki (choć ja tam i tak najbardziej lubię dwójkę), albo zwyczajnie dostrzegli brak większego potencjału w obrazie Kay’a.

Zapożyczona ze szkockich legend przerażająca istota mieszkająca w szafach i pod łóżkami dzieci, strasząc ich w nocy jest bardzo żywa w amerykańskiej kulturze. Nic więc dziwnego, że artyści czasami uciekają się do legendy Boogeymana zarówno w literaturze, jak i filmie. Stephen Kay owego antybohatera wtłoczył w ramy typowej ghost story, z obowiązkową czasową przeprowadzką tym razem nie do nowego, ale rodzinnego domu, stojącego na odludziu. Czyniąc głównym bohaterem Tima Jensena (całkiem dobra kreacja Barry’ego Watsona), który w dorosłym życiu nadal boryka się ze wspomnieniami tragicznej śmierci ojca w swojej szafie twórcy mogli uciec się do typowego zabiegu powrotu „na stare śmiecie”, celem przypomnienia sobie prawdziwych, nie jak sądzi Tim, wyimaginowanych wydarzeń. Właściwa akcja filmu zawiązuje się podczas nocowania mężczyzny u dziewczyny, Jessici (przyzwoita Tory Mussett), kiedy to Tim dostrzega swoją wymizerowaną matkę, szybkim krokiem zbliżającą się do niego. Moim zdaniem to ujęcie ma w sobie największą dawkę grozy, głównie dzięki szybkiemu montażowi, który później również będzie obecny, ale też minimalistycznej, a co za tym idzie przekonującej charakteryzacji niepokojącej postaci matki chłopaka. Chwilę po tym wydarzeniu z Timem skontaktuje się jego wujek, który poinformuje go o śmierci rodzicielki. Wszystkie późniejsze wydarzenia będą miały miejsce w starym, rodzinnym domu chłopaka, w którym jak można się tego spodziewać spotka się ze swoimi demonami z dzieciństwa. Odnowi kontakty z dawną koleżanką, Kate (również przyzwoita aktorsko, Emily Deschanel) i pozna pewną dziewczynkę, która też wierzy w Boogeymana.

Przez pierwszą połowę seansu twórcy uciekają się do tanich chwytów, mających zasugerować odbiorcom chorobę psychiczną Tima, tak aby zaskoczyć ich końcówką, ale robią to na tyle nieudolnie, aby nikt nie miał wątpliwości, na czym polega właściwe zagrożenie. Co gorsza, Kay nie potrafił wykrzesać większej grozy z tej opowieści, co tym bardziej zaskakuje, jeśli weźmie się pod uwagę chwytliwą ścieżkę dźwiękową i znakomity montaż, które w rękach dobrego reżysera stanowiłyby już połowę sukcesu. Wszystkie sceny samotnych wędrówek Tima po ciemnych, zaniedbanych korytarzach i… szafach w domu kończą się jakąś delikatną, przewidywalną jump scenką, a sama fabuła tylko z rzadka ucieka się do czegoś bardziej intrygującego. Jak na przykład gromadka bladolicych dzieci chwytająca Tima w holu, czy całkiem oryginalny zabieg nagłego przejścia głównego bohatera przez szafę w motelu do swojego domu. Późniejszy powrót w towarzystwie Kate do pokoju motelowego, w którym powinni zastać Jessicę, a znajdują jedynie ślady zbrodni ma oczywiście insynuować winę Tima, co się nie udaje, ale z pewnością są ostatnią dosyć nastrojową sekwencją tej produkcji. Wszystko, co dzieje się potem jest nieznośnie wręcz przewidywalne (prawdziwa natura małej przyjaciółki naszego protagonisty) i efekciarskie. W końcówce na uwagę zasługuje jedynie koncepcja przemieszania się kilku czasów i przenoszenia się w nie za pośrednictwem szaf i przestrzeni pod łóżkiem, którą niestety przyćmiewa nieudolnie wklejona w obraz, maksymalnie sztuczna facjata Boogeymana. Nie wiem, kto wpadł na pomysł, że żałosne efekty komputerowe podratują kulejącą fabułę tego obrazu, bo o ile wcześniej bywało nudnawo to przynajmniej nieśmiesznie, za to w trakcie końcówki nie mogłam powstrzymać się od chichotu. Koneserom przesadnego efekciarstwa na pewno taki zabieg przypadnie do gustu, ale obawiam się, że poszukiwaczom nastrojowych produkcji pozostanie jedynie niesmak.

Nigdy nie przepadałam za „Boogeymanem” i bynajmniej nie z powodu jego daleko idącej konwencjonalności, bo tą zawsze akceptuję. Problem tkwi w niemożności przekucia schematyczności w choćby odrobinę interesującą opowiastkę o siłach nadprzyrodzonych, bez nieudolnych jump scenek, prób zaskakiwania i efektów komputerowych. Za to lubię sequel, który odszedł od konwencji ghost story w stronę slashera, również konwencjonalnego, ale przynajmniej nieodwracającego uwagi od fabuły tanimi chwytami. No, ale tutaj jestem w zdecydowanej mniejszości – widzowie na ogół wolą pierwowzór, więc kwestię seansu całej (jak dotychczas) trylogii zostawiam każdemu do indywidualnego rozpatrzenia.