Stronki na blogu

środa, 10 czerwca 2015

Zakupy

Udało mi się wyhaczyć w sklepach internetowych całkiem interesujące pozycje książkowe, z których część zrecenzuję (z zastrzeżeniem, że do mnie dotrą). Zamówienia złożone, ale czekam jeszcze na realizację wysyłek. 

Bentley Little „Dominium”
Bentley Little „Instynkt śmierci”
Bentley Little „Pociąg upiorów”

Michael Laimo „Głębia ciemności”
Michael Laimo „Umarłe dusze”
John Ajvide Lindqvist „Powroty zmarłych”

Jonathan Maberry „Blues duchów”
Jonathan Maberry „Song umarłych”
Jonathan Maberry „Wschód złego księżyca”

Gary A. Braunbeck „Miasto trumien”
Stephen King „Znalezione nie kradzione”

wtorek, 9 czerwca 2015

„Sztorm stulecia” (1999)


Mieszkańcy Little Tall Island w stanie Maine przygotowują się do sztormu stulecia. Tuż przed śnieżycą na wyspie pojawia się tajemniczy mężczyzna, Andre Linoge, który zabija kobietę w podeszłym wieku i spokojnie czeka w jej domu na interwencję policji. Kiedy szeryf i właściciel tutejszego sklepu spożywczego, Michael Anderson, przyjeżdża na miejsce zbrodni Linoge pozwala mu się zaaresztować. Po przetransportowaniu tajemniczego przybysza do celi kilku mieszkańców wyspy popełnia samobójstwa. Szybko okazuje się również, że Linoge zna wszystkie grzechy tutejszych. Kiedy mieszkańcy zbierają się w przygotowanym na czas sztormu ratuszu Mike ma już pewność, że jego więzień nie jest człowiekiem. Co gorsza daje wyspiarzom do zrozumienia, że wszyscy zginą, jeśli nie dadzą mu tego, czego chce.

Dotychczas we współpracy ze Stephenem Kingiem, Craig R. Baxley wyreżyserował serial „Szpital Królestwo” oraz miniseriale „Czerwona Róża” i „Sztorm stulecia”. Ten ostatni na podstawie scenariusza Kinga, który został wydany w formie książkowej, zaskarbił sobie szczególną sympatię opinii publicznej. Miniserial nagrodzono statuetką Emmy za najlepszy montaż dźwięku, Saturnem za najlepszy program telewizyjny i nagrodą Międzynarodowej Gildii Horroru. Premierowy pokaz miał miejsce w lutym 1999 roku na kanale ABC.

Ilekroć oglądam czy to „Czerwoną Różę”, czy „Sztorm stulecia” nie mogę się oprzeć wrażeniu, że Craig R. Baxley, jako jeden z nielicznych filmowych twórców potrafi idealnie przenieść spojrzenie Stephena Kinga na horror. Grono reżyserów często zapomina, bądź jest przekonanych, że to się nie sprzeda, iż najpopularniejszy współczesny pisarz literatury grozy wyżej ceni sobie klimat i dogłębne charakterystyki bohaterów od nieustającej akcji i rozpraszającego efekciarstwa. Baxley zdaje się podzielać owe spojrzenie Kinga na gatunek horroru, a najlepiej okazuje to właśnie w „Sztormie stulecia”. Akcja miniserialu rozgrywa się na Little Tall Island. Wyspa jest dobrze znana wielbicielom prozy Kinga, bowiem na niej mieszkała Dolores Claiborne (jeden z bohaterów „Sztormu stulecia” nawet wspomina jej osobę). Intertekstualność objawia się również w postaci nastoletniego Davey’a Hopewella, który nosi nazwisko jednego z bohaterów minipowieści „Langoliery”, zamieszczonej w zbiorze „4 po północy”, a w jednej scenie pojawia się bajka, w której zaczytywał się Danny Torrance w „Lśnieniu”. U Kinga takie odniesienia do swojej twórczości nie są niczym nowym, zarówno w powieściach, jak i scenariuszach często „puszcza tego rodzaju oczka” do swoich fanów, ale podczas rozpisywania fabuły „Sztormu stulecia” pamiętał również o osobach niezaznajomionych z jego prozą i postarał się, aby znajomość innej jego twórczości nie warunkowała pełnego zrozumienia problematyki miniserialu.

„Grzechem skalany, Piekłu oddany.”

W moim odczuciu zdecydowanie najsilniejszym elementem „Sztormu stulecia” jest sceneria i tytułowa zamieć, która determinowała silną, wręcz przytłaczającą aurę alienacji. Mała wysepka zamieszkała przez zaledwie czterysta osób, z których połowa została na miejscu na czas zapowiadanej burzy śnieżnej. Kiedy wszystkie drogi z winy żywiołu stają się nieprzejezdne, a widoczność pogarsza się z minuty na minutę wyspiarze uświadamiają sobie, że ich największym wrogiem nie jest zamieć tylko tajemniczy przybysz z obco brzmiącym akcentem. Andre Linoge wkracza do domu Marthy Clarendon, przemiłej staruszki, którą bestialsko pozbawia życia, po czym siada w fotelu i cierpliwie czeka na „karzącą rękę sprawiedliwości”. W tej pozycji znajduje go Davey, który alarmuje pozostałych mieszkańców wyspy, podczas gdy Linoge ogląda wiadomości w rozbitym telewizorze (na którym w pewnym momencie pojawia się Stephen King w roli spikera). Kiedy Andre zostaje aresztowany przez miejscowego szeryfa i osadzony w celi, na zmianę pilnowanej przez paru mężczyzn mieszkających na wyspie wychodzi na jaw, że tajemniczy przybysz nie jest człowiekiem. Telekinetyczne zdolności, znajomość wszystkich grzechów wyspiarzy i moce hipnotyczne, które dają mu możliwość popychania ludzi do samobójstwa, a nawet morderstwa uświadamiają tutejszą społeczność, że pomimo, iż to Linoge przebywa w zamknięciu, tak naprawdę to oni są więźniami. Jego nie krępują żadne ziemskie ograniczenia, natomiast ich położenie jest uzależnione od szalejącego żywiołu. Baxley w wręcz mistrzowskim stylu zintensyfikował alienację bohaterów licznymi ujęciami śnieżycy, nastrojową ścieżką dźwiękową, skomponowaną przez Gary’ego Changa i lekko metaliczną kolorystyką, nadającą obrazowi swego rodzaju ciężkości. Sposób, w jaki poprowadził całą tę historię również zasługuje na najwyższe uznanie, choć podejrzewam, że niecierpliwych widzów, niegustujących w powolnych obrazach, bazujących na klimacie i relacjach międzyludzkich rozczaruje taka koncepcja scenariusza. Ale nie dla nich nakręcono „Sztorm stulecia” tylko dla ludzi, których preferencje filmowe są zgoła odmienne. Nacisk, jaki King położył w swoim scenariuszu na kreację bohaterów dopomógł mi w całkowitym utożsamieniu się z protagonistami. Główną rolę powierzono, bardzo przekonującemu Timowi Daly’owi, który kreuje postać sklepikarza i szeryfa. Jego żona, Molly (równie znakomita Deborah Farentino), jest przedszkolanką, a ich synek Ralphie (bardzo utalentowany, przesłodki Dyllan Christopher) wesołym maluchem, ochoczo oddającym się przeróżnym zabawom w gronie swoich rówieśników. Kiedy Linoge zaczyna punktować grzechy wyspiarzy twórcy dają widzom do zrozumienia, że Mike znacząco wyróżnia się na tle owej społeczności. Podczas, gdy jego przyjaciele mają na sumieniu takie przewinienia, jak okaleczenie homoseksualisty, aborcję, pedofilię, podpalenie, kradzież, handel trawką i nieodwiedzenie umierającej matki jedynym grzechem Andersona jest ściąganie na egzaminie na studiach. Wniosek nasuwa się sam – przewinienie Michaela nie jest tak poważne, aby zapewnić mu miejsce w Piekle i tym samym szeryf staje się najpoważniejszym przeciwnikiem Linoge’a. King uwielbia idealizować głównych bohaterów swojej twórczości, tak też uczynił w tym przypadku. Anderson jest typowo kingowskim protagonistą, z którym łatwo można się utożsamić, a co za tym idzie silniej przeżywać jego z góry skazane na niepowodzenie zmagania z czystym złem (którego nazwisko jest anagramem).

Andre Linoge, idealnie, mocno demonicznie wykreowany przez Colma Feore’a, często powtarza, że odejdzie, jeśli mieszkańcy zrobią to, czego chce. Zmusza również wyspiarzy do przekazywania reszcie, czy to w formie pisemnej, czy ustnej tak brzmiącej wiadomości, ale nie śpieszy się z wyartykułowaniem swojego żądania. Najpierw daje do zrozumienia mieszkańcom Little Tall Island, do czego jest zdolny. Wnika w umysły swoich ofiar i zmusza ich do między innymi powieszenia się, zatopienia ostrza siekiery w swojej głowie, czy do zatłuczenia chłopaka laską, ale twórcy odżegnują się od podkreślania makabrycznych aspektów owych czynów, ukrywając przed wzrokiem widza wszelką krwawą dosłowność. Demoniczność Linoge’a objawia się również w jego fizjonomii – oczy raz zachodzące czerwienią, a innym razem czernią, sporadyczny syk ujawniający rząd długich, spiczastych zębów i czasowe powroty do swojej prawdziwej postaci, leciwego mężczyzny. Ponadto Linoge dzierży w ręku czarną laskę ze srebrną głową wilka na rękojeści, która również posiada nadnaturalne zdolności. Łatwo można się domyślić, kim tak naprawdę jest czarny charakter wymyślony przez Stephena Kinga i rozszyfrować właściwą problematykę filmu – walkę nie tyle o życie, co o własne dusze. Żądanie Linoge’a, choć ujawnione dopiero pod koniec również można przedwcześnie rozszyfrować przez UWAGA SPOILER sporadyczne kontakty mężczyzny z Ralphiem, którym Linoge wydaje się być szczególnie zainteresowany (co sugeruje, że jego matka miała rację zarzucając Linoge’owi oszustwo w decydującej scenie) KONIEC SPOILERA. Ale nie sposób domyślić się przebiegu przekazywania Linoge’owi tego, czego żąda. Bardzo trafnym zabiegiem było wtłoczenie w scenariusz wątku Roanoke. Andre daje wyspiarzom do zrozumienia, że skończą tak samo, jak mieszkańcy tej osady, jeśli nie sprostają jego żądaniom, przez co ostateczna konfrontacja jawi się, jako sytuacja, w której nie sposób dokonać bezbolesnego wyboru. Klasyczny, ale podany w jakże nowatorskim wydaniu motyw podpisania paktu z diabłem, który dzięki postawie Mike’a daje widzom do zrozumienia, że łatwiejszy wybór zaprocentuje wiecznym potępieniem. Słowem: jedno z najlepszych zakończeń, jakie dane mi było zobaczyć w filmie – szokujące, przygnębiające i wiele mówiące o ludzkiej naturze.

Bez końca mogłabym perorować o szczegółach „Sztormu stulecia”, które podano w iście mistrzowskich stylu (poza efekciarskimi ujęciami latających dzieci) tylko po co? Wątpię, żeby ostał się jakiś wielbiciel kina grozy, który nie widział tego miniserialu. I choć jestem przekonana, że istnieje grupa odbiorców, która nie gustując w takich powolnych obrazach, nastawionych przede wszystkim na fabułę dynamizowaną relacjami międzyludzkimi oraz na podskórny nastrój wszechobecnego zagrożenia i wyalienowania, nie była zachwycona projekcją „Sztormu stulecia” to śmiem podejrzewać, iż większość opinii publicznej całkowicie odnajdzie się w takiej stylistyce. W końcu w horrorach najważniejszy jest klimat, dobry pomysł na scenariusz, oddany na ekranie z pełnym wyczuciem gatunku i postacie, z którymi możemy sympatyzować i których los nie będzie dla nas obojętny. Wszystko to, i jeszcze więcej odnajdziemy w tym miniserialu, jednym z najlepszych dokonań filmowych w karierze Craiga R. Baxley’a.  

niedziela, 7 czerwca 2015

Jefferson Bass „Kości z Awinionu”


Miranda Lovelady, asystentka antropologa i właściciela Trupiej Farmy, Billa Brocktona, pomaga znajomemu archeologowi, Stefanowi Beauvoirowi, w pracy w Awinionie. Kiedy w pałacu papieskim zostają znalezione wiekowe kości, w ossuarium zamurowanym w ścianie, kobieta sprowadza do Francji swojego szefa. Charakterystyczne uszkodzenia kości i rekonstrukcja twarzy czaszki, która ujawnia niezwykłe podobieństwo do podobizny na Całunie Turyńskim każą przypuszczać, że przypadkiem odkryto szkielet Jezusa Chrystusa. Brockton jest jednak przekonany, że kości pochodzą z okresu średniowiecza. Kiedy wieść o znalezieniu domniemanych szczątków Jezusa Chrystusa dociera do fanatyków religijnych życiu naukowców zaczyna zagrażać śmiertelne niebezpieczeństwo.

Siódmy tom cyklu „Trupia Farma”, a czwarty wydany w Polsce, autorstwa dziennikarza Jona Jeffersona i założyciela pierwszego na świecie ośrodka badań nad rozkładem ludzkich zwłok, Billa Bassa. Dwie odsłony serii, które dotąd przeczytałam, „Kości zdrady” i „Złodziej kości”, zachęciły mnie do sięgnięcia po kolejny wydany w Polsce tom „Trupiej Farmy”, tym bardziej, że przylgnęła do niego etykietka najbardziej ambitnego dokonania Jeffersona i Bassa w całej ich pisarskiej karierze. Takie opinie recenzentów były podyktowane głównie wtłoczeniem w fabułę książki autentycznych postaci, przybliżeniem ich skrótowych biografii i zapełnieniem luk, jakże fascynującymi fikcyjnymi wątkami.

„Idź, sprzedaj wszystko, a pieniądze rozdaj biednym. Czy nie tak nauczał Jezus? A papieże mówili: Daj pieniądze nam.”

W „Kościach zdrady” Jefferson i Bass również odnosili się do prawdziwych wydarzeń, które zgrabnie przeplatali z literacką fikcją. Ale nie na taką skalę, jak w „Kościach Awionionu”. Niczym „Kod Leonarda da Vinci” Dana Browna siódma odsłona „Trupiej Farmy” zagłębia się w okres niechlubnej działalności Kościoła. Akcja powieści toczy się dwutorowo. W retrospekcjach z XIV wieku autorzy przybliżają nam skrótową historię inkwizytora, kardynała i „prawej ręki” papieża Jana XXII, Jacquesa Fourniera, który po śmierci swojego przełożonego został mianowany trzecim papieżem tzw. niewoli awiniońskiej i przybrał miano Benedykta XII. To są fakty, ale jak na literaturę Jeffersona i Bassa przystało autorzy uatrakcyjniają je szeroko zakrojonym spiskiem, którego korzenie sięgają do tajemnicy Całunu Turyńskiego. W czasach współczesnych antropolog Bill Brockton, jego asystentka Miranda Lovelady i archeolog Stefan Beauvoir badają kości znalezione w średniowiecznym pałacu papieskim. Stygmaty i odlew czaszki odpowiadający podobiźnie na Całunie Turyńskim sugerują, że to szkielet samego Jezusa Chrystusa. Jak można się tego spodziewać informacja zelektryzuje fundamentalistów religijnych, więc naukowcy starają się utrzymywać owe znalezisko w tajemnicy. Przez większą część książki autorzy szczególny nacisk kładą na opisy scenerii, oddawanie z niezwykłą drobiazgowością szczegółów architektonicznych zabytków w Awinionie i na krytykę Kościoła oraz jego wyznawców. Ogrom i bogactwo należących w średniowieczu do papiestwa pałaców jest pretekstem dla Jeffersona i Bassa do snucia długich, krytycznych monologów na temat natury władz kościelnych, którzy w przeciwieństwie do Jezusa nie są w stanie nauczać w ubóstwie, wykorzystując swoje powołanie do gromadzenia dóbr materialnych. Jeśli chodzi o wyznawców Kościoła krytyka autorów dosięga jedynie fanatyków, wypatrujących końca świata i oddających cześć fałszywym relikwiom, na których ktoś przedsiębiorczy zbija kapitał (święta gąbka, święty napletek, święta kanapka, łzy Chrystusa i gwoździe, którymi przytwierdzono go do krzyża etc.). Najwięcej miejsca Jefferson i Bass poświecili natomiast najbardziej oburzającemu procederowi Kościoła w całej jego historii. W retrospekcjach temat inkwizycji jest często poruszany i to w mocno zjadliwym stylu. Autorom w tych krótkich ustępach udało się znakomicie oddać mentalność ówczesnego papiestwa i inkwizytorów (podejrzewam, że dopomogła im w tym lektura „Młota na czarownice”, choć mogę się mylić), którzy wbrew naukom Pisma Świętego poddawali długim torturom osoby podejrzane o herezję, również ze swoich własnych kręgów. W tym miejscu autorzy znowu posiłkują się historyczną postacią, mistrzem Johannesem Eckhartem, dominikańskim teologiem, filozofem i mistykiem, który w wersji Jeffersona i Bassa był męczennikiem, poddanym torturom pod zarzutem herezji, ale jak zauważa jeden z bohaterów powieści jego grzechem był jedynie brak grzechów. Jego tragiczny los jest fikcją literacką, kluczową dla nadrzędnej osi fabularnej „Kości z Awinionu”.

„Dlaczego tyle knowań i zabójstw dokonano w imię Boga?”

W zalewie faktów ze średniowiecznych dziejów chrześcijaństwa i krytyki wymierzonej w Kościół śledztwo Brocktona i Mirandy usuwa się na dalszy plan. Badanie szkieletu znalezionego w pałacu papieskim oraz niemające większego znaczenia dla fabuły wstawki ze śledztwa toczącego się w Stanach Zjednoczonych tropem przemytników to właściwie jedyne ustępy stricte kryminalne. Osoby zaznajomione z prozą Jeffersona i Bassa zapewne nie będą zaskoczeni taką konstrukcją fabularną, bowiem to, co moim zdaniem wyróżnia tych pisarzy na tle innych propagatorów owego gatunku to odchodzenie od konwencjonalnego śledztwa na rzecz bardziej błyskotliwych wątków. One w pewnym momencie (zazwyczaj pod koniec i tak też jest w „Kościach z Awinionu”) splatają się z dochodzeniem Billa Brocktona, ale przez lwią część powieści przede wszystkim pełnią moralizatorską rolę. W „Kościach z Awinionu” rzuca się to w oczy jeszcze bardziej niż w „Kościach zdrady” i „Złodzieju kości”, ale mnie osobiście taki zabieg niemalże w pełni zadowolił (niemalże, bo egzystencje średniowiecznych, również autentycznych artystów, odrobinę nużyły szczegółami ich profesji). W końcu nieczęsto ma się okazję obcować z takim krytycznym dziełem, który w cynicznym, lekceważącym, ale również dowcipnym stylu punktuje grzechy Kościoła. Z tego Jefferson i Bass wywiązali się znakomicie. Jedyne, co mocno mnie rozczarowało to przewidywalna końcówka, jeden zbieg okoliczności mający kluczowe znaczenie dla dochodzenia i wreszcie zbyt pośpieszne zamknięcie tej historii, podczas którego agresorzy dosłownie „wyskakiwali, jak króliki z kapelusza”. W kontekście takiej intrygi można było pokusić się o zdecydowanie mocniejszy finał, silniej dawkujący napięcie i bazujący na jakichś zaskakujących rewelacjach.

„Kości z Awinionu” zapewne nie przypadną do gustu wielbicielom konwencjonalnych kryminałów, opartych tylko i wyłącznie na szczegółowym dochodzeniu. Ale każdy, kto już obcował z prozą Jeffersona i Bassa na pewno to wie. Fanów ich pióra nie muszę zachęcać do lektury tej pozycji, natomiast czytelników, którzy nie mieli jeszcze okazji obcować z ich twórczością, gorąco zachęcam. Tym bardziej, jeśli gustują w intrygach, których korzenie sięgają władz Kościoła a la Dan Brown (tylko lepiej napisanych) i oczywiście których nie zraża krytyka wymierzona w tę instytucję.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu 
                            

sobota, 6 czerwca 2015

„Dzieci przeklętych” (1964)


Londyn. Psycholog Tom Llewellyn i genetyk David Neville testują niezwykły intelekt chłopca, Paula. Okazuje się, że podobne wyniki uzyskało jeszcze pięcioro dzieci w innych krajach. Kiedy zostają sprowadzeni do Londynu naukowcy zauważają, że łączy je telepatyczna więź oraz, że władają niezwykłymi, nadnaturalnymi siłami. Pragnący przebywać przede wszystkim w swoim towarzystwie dzieci porywają ciotkę Paula, Susan, i ukrywają się w zrujnowanym kościele. Jednak usiłujący zgłębić tajemnicę ich niepokojących mocy naukowcy docierają do ich kryjówki w asyście żołnierzy.

Najpierw była książka science fiction Johna Wyndhama, zatytułowana „Kukułcze jaja z Midwich” (1957), potem znakomita brytyjska ekranizacja Wolfa Rilla, „Wioska przeklętych” (1960). W 1995 roku John Carpenter nakręcił adaptację kultowej powieści Wyndhama, znacząco modyfikując tę historię, ale bez profanacji. W międzyczasie powstał sequel filmu Rilla w reżyserii Antona Leadera, pt. „Dzieci przeklętych”. Tuż po premierze krytycy podzielili się na dwa obozy - jedni bardzo lekceważąco wyrażali się o owej produkcji, zarzucając scenariuszowi Johna Briley’a pretensjonalność i brak pomysłu na rozwinięcie tej historii, drudzy natomiast chwalili aurę tajemniczości odczuwaną dosłownie przez cały seans.

Nie mogę całkowicie podpisać się pod zarzutem braku inwencji scenarzysty „Dzieci przeklętych”, bo choć sceny manifestacji mocy przez tytułowych bohaterów nie wybiegają poza to, co mieliśmy okazję zobaczyć w wersji Rilla to już główna oś fabularna jest nieco inna. Osoby, które jeszcze nie zapoznały się z żadną wersją tej historii mogą śmiało sięgnąć po film Leadera, nie ryzykując niemożności zrozumienia całej koncepcji, bowiem twórcy sequela postawili na inny motyw przewodni. Podczas, gdy w powieści, jej ekranizacji i adaptacji Carpentera (z pominięciem postaci Davida) dzieci przedstawiono, jako czyste zło, usiłujące doprowadzić ludzkość do zguby, Briley w swoim scenariuszu mocno je wyidealizował, jednocześnie demonizując zwyczajnych przedstawicieli naszej rasy. Sześcioro maluchów, z jasnowłosym Paulem na czele (zachwycająca swoim stonowaniem i diabelskim błyskiem w oku kreacja Clive’a Powella) mniej więcej o milion lat wyprzedziło naturalny proces ewolucji. Ich niezwykłe mentalne moce nie będą, co prawda niczym nadzwyczajnym w przyszłości, kiedy nasza rasa wyewoluuje do takiej samej postaci, ale w czasach, w których przyszli na świat stanowią poważne zagrożenie dla prymitywniejszej wersji ludzkości. Przynajmniej w jej pojęciu. Kiedy dzieciaki ukrywają się w kościele fabuła zbacza z drogi, którą jako pierwszy obrał John Wyndham – tutaj nie patrzymy na tak zwanych „przeklętych”, jako na zwiastun zagrożenia tylko postrzegamy tak ich adwersarzy, notabene reprezentantów tożsamej nam zwyczajnej rasy ludzkiej. Poczynaniami naukowców i żołnierzy najpierw kieruje ciekawość (chęć zgłębienia tajemnicy dziwnych mocy dzieciaków i ich nadzwyczajnej inteligencji), ale z czasem opanowuje ich czysty strach, który popycha ich do nieprzemyślanych czynów. Nie sposób nie doszukiwać się tutaj analogii do zimnej wojny – paranoicznego przekonania, że nieustannie ktoś zagraża naszemu bezpieczeństwu, determinującego nieprzerwane zbrojenie. Stojący na niższym szczeblu ewolucji ludzie w „Dzieciach przeklętych” znakomicie oddają mentalność między innymi amerykańskiego społeczeństwa z okresu zimnowojennego. Niemożność zgłębienia motywów kierujących tajemniczymi dzieciakami popycha żołnierzy do ofensywy, w myśl zasady zniszczenia wszystkiego, czego nie jesteśmy w stanie zrozumieć. To nie dzieci są agresorami, oni jedynie bronią się przed prymitywną, ograniczoną ludzkością.

Muszę przyznać, że owe odwrócenie ról stanowiło całkiem intrygujący (choć dzisiaj już mocno wyeksploatowany przez kino) polityczny komentarz do ówczesnych wydarzeń, ale równocześnie całkowicie spełniło swoją rolę w ramach horroru science fiction. Twórcy wyrazistymi czarno-białymi zdjęciami, kilkoma prostymi trickami operatorskimi zasadzającymi się na długich zbliżeniach na różne części ciał bohaterów i na mroczną scenerię chylącego się ku upadkowi, starego kościoła wygenerowali wręcz magiczny, surowy klimat tajemniczości. Intrygujący sekret zasadza się najpierw na niezwykłych zdolnościach enigmatycznych dzieciaków, oznakach ich telepatycznego kontaktu i wysokiej inteligencji, ale z czasem koncentruje się on na niemożności zgłębienia motywów reprezentantów prymitywniejszej rasy ludzkiej. Sceny manifestacji mocy dzieci (poprawnej politycznie zbieraninie wszystkich ras człowieka) elektryzują równie mocno, co w wersji Rilla. Duże zbliżenia na nieruchome, poważne twarze maluchów, zdominowane przez duże, białe, wydzielające nadnaturalny blask oczy, szybki montaż i wyrazista ścieżka dźwiękowa w tle robią naprawdę duże wrażenie. Głównie dzięki minimalizmowi, odżegnywaniu się od przekombinowania i położeniu szczególnego nacisku na aurę niesamowitości. Ale na tym właściwie kończy się cała demoniczność dzieciaków i zaczyna diaboliczność ich adwersarzy, która zasadza się na niebezpiecznej mieszance bezmyślności i okrucieństwa. W swoich staraniach zgłębienia roli, jaką mają odegrać dzieci w latach 60-tych XX wieku żołnierze przekraczają wszelkie granice moralności – kieruje nimi jedynie żądza wiedzy i czysta panika, ksenofobiczna paranoja, stanowiąca kąśliwy komentarz nacjonalizmu. Ludzie stojący w opozycji do niezwykłych dzieciaków robią dokładnie to samo, co władze poszczególnych państw (również współczesnych) w stosunku do krajów, które w ich przekonaniu stanowią dla nich jakieś zagrożenie – zbroją się. W końcu to naszej rasie wychodzi najlepiej. I głównie taki pacyfistyczno-cyniczny wydźwięk mają „Dzieci przeklętych”, czym naturalnie zdobyły moje serce. Warto również wspomnieć o przewrotnej końcówce, która dodatkowo podkreśla zaprawioną czystym okrucieństwem bezmyślność naszej rasy oraz zadaje jakże trafne pytanie odnośnie naszej roli na Ziemi.

Wbrew obiegowym opiniom widzów uważam, że brytyjski sequel kultowego filmu Wolfa Rilla całkowicie się broni. Widzom zaznajomionym z pozostałymi wersjami tej historii w kontekście czystego horroru może wydać się nieco wtórny, w końcu Anton Leader w tym sensie nie pokazuje nam tutaj nic, czego byśmy nie widzieli w „Wiosce przeklętych” z 1960 roku. Ale już odwrócenie ról, elektryzujący klimat tajemniczości i komentarze polityczne znacząco zawyżają poziom tego obrazu. Nie na tyle, żeby dorównać wersji Rilla, ale wystarczająco, abym nie miała poczucia straconego czasu.