Stronki na blogu

wtorek, 11 sierpnia 2015

Portal Horror Online szuka redaktorów


Szansa na dołączenie do redakcji Horror Online! Szukamy osób zaangażowanych, mających tzw. lekkie pióro, dla których horror to coś więcej niż pasja.
Zgłoszenia wraz z próbką tekstu prosimy wysyłać na: horror.com.pl@gmail.com

Źródło: http://www.horror.com.pl/news/index.php?mod=one&news_id=3251

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

„Final Girl” (2015)


Veronica jest szkolona do walki z silniejszymi od siebie przeciwnikami i przygotowywana do przetrwania w trudnych warunkach przez swojego mentora Williama, podporządkowanego tajemniczym personom. Działając z ramienia organizacji, do której przynależy William rozpoczyna intensywny trening, mający na celu przygotowanie Veroniki do eliminacji czterech młodych mężczyzn, polujących w lesie na blondynki, którzy dotychczas pozbawili życia dwadzieścia kobiet. Udając bezbronną, naiwną blondynkę Veronica zwraca na siebie uwagę młodych mężczyzn. Pozwala, aby zawieźli ją na miejsce, w którym zwykli urządzać polowania, gdzie ku ich zaskoczeniu role się odwrócą. To nie kobieta będzie zwierzyną tylko dotychczas nieuchwytni mordercy.

Kanadyjsko-amerykański niskobudżetowy, debiutancki film Tylera Shieldsa, na podstawie doprawdy „dziurawego” scenariusza Adama Prince’a. Wabikiem na widzów miała zapewne być Abigail Breslin w roli głównej oraz moim zdaniem doskonały aktor Wes Bentley, ale raczej wątpię, żeby obsada komukolwiek powetowała niedopracowaną fabułę. „Final Girl” zdaje się być doskonałym dowodem na to, że obsadzanie rozpoznawalnych twarzy i dbałość o oprawę wizualną nie stanowi nawet połowy sukcesu. Najważniejsza jest fabuła, niekoniecznie oryginalna, ale konsekwentnie opowiedziana. Tytuł filmu nawiązuje do postaci rozpropagowanej przez slashery – kobiety, która jako jedyna wychodzi cało ze starcia z mordercą, bądź umiera jako ostatnia. Ale pomimo tej tytułowej analogii w produkcji Shieldsa nie znajdziemy wielu punktów wspólnych z nurtem slash. Reżyser zauważalnie dążył do stworzenia obrazu, który wpisywałby się w ową konwencję, ale parę nawiązań do schematu slasherów (również fabularnych) nie wystarcza, aby odczytywać „Final Girl” w takich kategoriach. Narracja i klimat bardziej przystawały do filmowego thrillera, co w dużej mierze pogrążyło scenariusz. Gdyby produkcja Shieldsa ściśle wiązała się ze schematem slasherów liczne niedoróbki logistyczne można by odbierać, jako elementy składowe konwencji. Rozpatrując natomiast „Final Girl” w kategoriach thrillera (a inaczej nie potrafię, bo podczas seansu nie czułam się, jakbym obcowała ze slasherem) nie znajduję żadnego usprawiedliwienia dla tych wszystkich niedociągnięć.

Pierwsza połowa filmu koncentruje się na przygotowywaniu Veroniki (mierna, manieryczna kreacja Abigail Breslin) do walki z silniejszymi od siebie przeciwnikami oraz przetrwania w nieprzyjaznych warunkach. Prince nie zdradza w zasadzie niczego konkretnego o organizacji, która zdecydowała się zamienić dziewczynę w „maszynkę do zabijania”. Wyjawia jedynie, że jej wolę wciela w życie William, trener Veroniki, którego ta darzy głębokim uczuciem. Początkowo myślałam, że scenarzysta zostawił na koniec jakieś zaskakujące fakty dotyczące owej organizacji, ale jak się okazało albo zabrakło mu pomysłu na rozwinięcie pomysłu i przede wszystkim na klarowne wyjaśnienia, albo pragnął pozostawić to w sferze domysłów widza. Jakie nie byłoby wyjaśnienie jego motywacji film we wszystkich przypadkach traci na wiarygodności. Bo raczej nie sposób, bez nadinterpretacji, znaleźć przekonujące objaśnienie modus operandi ludzi, którzy warunkowali Veronikę do walki z mordercami. Organizacja, która szkoli ją od dziecka w końcu zleca jej zabicie czterech młodych mężczyzn, urządzających sobie w lesie polowania na blondynki, a więc można przypuszczać, że owa tajemnicza firma stoi na straży porządku – eliminuje psychopatów, a nie praworządnych obywateli (choć nie wzdraga się wypróbowywać na nich zdolności swojej uczennicy). Przyjmując taką interpretację pozostaje pytanie, dlaczego nie kierują uwagi policji na a la kłusowników tylko pozostawiają wszystko w rękach jednej kobiety. Dlaczego William nie pomaga jej wykonać zadania tylko obserwuje wszystko z ukrycia? I wreszcie, dlaczego nie daje jej broni? Veronica też o to pyta, na co dostaje odpowiedź, że pistolety są niedoskonałe, bo mają ograniczoną liczbę naboi. Hmm, jakby wręczenie jej amunicji stanowiło jakiś problem… Żeby wyjaśnić sobie te wszystkie wątpliwości w miarę logiczny sposób pozostaje przyjąć wersję, że starcie z młodymi mordercami jest jedynie formą testowania Veroniki, celem sprawdzenia jej umiejętności przed jakimś owianym tajemnicą, o wiele trudniejszym zleceniem. Problem tylko w ewentualnej nadinterpretacji. Scenarzysta zdradza bardzo niewiele, stąd niemożność jednoznacznego, spójnego poskładania sobie całej tej historii w jedną całość. Doprawdy, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Prince zwyczajnie nie wiedział, jak rozwinąć ową koncepcję, nawet nie starał się skonkretyzować jednego z kluczowych wątków. Zamiast tego postanowił wiele rzeczy zwyczajnie przemilczeć, czym tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że wyobraźnia go zawiodła.

Pomijając wątek tajemniczej organizacji szkolącej Veronikę pozostaje nam klasyczne starcie kobiety z mordercami w nieprzyjaznej leśnej scenerii. Czterech młodych mężczyzn od dłuższego czasu urządza sobie polowania na blondynki w jednym konkretnym miejscu, ale jak dotąd są nieuchwytni. Policji jakoś nie udało się wpaść na ich trop pomimo, że swoje ofiary wyszukują w zapełnionym klientami barze (a przynajmniej tak można wnioskować, po ich dwóch ostatnich celach), którzy mogli zeznać, że widzieli kobiety w ich towarzystwie. W każdym razie nasi domorośli kłusownicy przed każdym polowaniem czynią stosowne przygotowania. Nie tylko jasnowłosa ofiara jest ważna, ale również prezencja. A więc na swoje wypady stroją się w garnitury i zbroją w różnego rodzaju broń (siekiera, pistolet, kij baseballowy). Kiedy wszystko jest już gotowe przewożą niczego nieświadomą, naiwną kobietę w jedno konkretne miejsce w lesie, straszą ją różnego rodzaju okrutnymi grami, po czym informują, że zamierzają ją zabić. Sam akt morderstwa ich nie zadowala – młodzi, zdemoralizowani, zakochani w polowaniach mężczyźni pragną dreszczyku emocji, jakich dostarcza im pogoń za spanikowaną ofiarą. Przyznaję, że portret antagonistów jest dosyć intrygujący. Reżyserowi udało się tak pokierować odtwórcami tych ról, aby należycie podkreślić ich niezdrową obsesję i spaczony pogląd na rzeczywistość, w którym to oni są panami życia i śmierci, prawdziwymi bogami, w swoim mniemaniu okazującymi łaskę kobietom ich szybką eliminacją tuż po schwytaniu. Patrząc na ich zdemoralizowane sylwetki, aż się człowiek cieszy, że w końcu trafili na godnego siebie przeciwnika – niezniszczalną Veronikę. Szkoda tylko, że jedynym w miarę interesującym elementem jej polowania jest tajemnicza substancja, którą poi morderców, mająca właściwości halucynogenne. Po spożyciu środek przywołuje najskrytsze lęki pijącego (Veronika też była zmuszona go zażyć, ale została wcześniej przygotowana na taka ewentualność, przez co potrafiła oddzielić prawdę od imaginacji). Pomysł niezły, ale wizualizacja przywidzeń już mocno rozczarowuje – oddarta z wszelkiego klimatu grozy manifestacja zamordowanych blondynek, groteskowy atak widmowych ludzi z pluszowymi łbami misiów na głowach, czy wreszcie próbujące szokować, acz bez rezultatu ujęcie pocałunku syna i matki. Halucynacji jest więcej, ale nawet nie warto ich przytaczać – wszystkie są w takim samym stopniu pozbawione aury tajemniczości i elementu zaskoczenia, chociaż sam pomysł wiele obiecywał. W przeciwieństwie do leśnej nocnej scenerii. Wprawnie skadrowane, silnie skontrastowane ujęcia osnutego mgłą, gęstego lasu nie tyle niepokoją, co zachwycają wyczuciem estetycznym. A miejscami znacząco przyczyniają się do podkreślenia iście survivalowego wydźwięku scenariusza. Tylko miejscami, bo już po pierwszym, rozczarowującym morderstwie widz uświadamia sobie, że nawet w tak nieskomplikowanej rąbance twórcy nie potrafią się odnaleźć. Zabrakło napięcia, makabryczności i inwencji podczas pozbawiania życia domorosłych kłusowników – wszystko jest tak płaskie, beznamiętne i przewidywalne, że gdyby nie zdjęcia mrocznego lasu zapewne przerwałabym seans w połowie. Za to pierwsze napisy końcowe (wiem, jak to brzmi, ale w tym konkretnym obrazie scena, która powinna być w czołówce pojawia się tuż przed „listą płac”) zachwyciły mnie swoją hipnotyzującą, znakomicie zmontowaną oprawą i przepiękną kolorystyką. Cóż, dostałam przynajmniej tyle, po wcześniejszej męczarni…

Debiutancki obraz Tylera Shieldsa nie wróży dobrze jego karierze, pomimo kilku ewidentnych smaczków. Wydaje mi się, że największym problemem tego twórcy jest przede wszystkim brak wyczucia gatunku, swego rodzaju podążanie po linii najmniejszego oporu – błędne przekonanie, że wystarcza leśna sceneria i troszkę sztucznej mgły, aby dostarczyć widzom wystarczających pokładów napięcia. Jeśli nie zweryfikuje swojego poglądu na kino grozy i będzie wybierał równie miałkie scenariusze, co w przypadku „Final Girl” to w moim mniemaniu zarówno w horrorze, jak i thrillerze nie ma szans się spełnić. Bo jakoś nie chce mi się wierzyć, że taki styl zatrzęsie światkiem filmowej grozy.  

sobota, 8 sierpnia 2015

„Djinn” (2013)


Młode małżeństwo, Salama i Khalid, przeprowadza się z Nowego Jorku, w swoje rodzinne strony. Ich nowe lokum, duże mieszkanie w apartamentowcu w Ras al-Chajma, udostępnione dzięki uprzejmości firmy, w której Khalid dostał dobrze płatną pracę, stoi w odizolowanym od świata, wiecznie zamglonym zakątku. Salama od początku przeciwna przeprowadzce nie jest zadowolona ze statusu bezrobotnej gospodyni domowej, całe dnie spędzającej w mieszkaniu, który w dodatku wzbudza jej lęk. Pierwszego dnia pobytu w nowym miejscu, podczas nieobecności męża kobieta świadkuje osobliwym zjawiskom, które zmuszają ją do zadumy nad własną kondycją psychiczną, na którą mogła wpłynąć strata dziecka w Nowym Jorku. Jednak z czasem Salama nabiera przekonania, że apartamentowiec został opanowany przez jakiś byt płci żeńskiej, który zdaje się oczekiwać czegoś od nowych lokatorów.

Doceniany w XX wieku, jeden z czołowych twórców amerykańskiego kina grozy, Tobe Hooper, w bieżącym wieku nakręcił kilka, chłodno przyjętych przez szeroką opinię publiczną pełnometrażowych produkcji: remake „The Toolbox Murders”, „Kostnicę” i „Djinna”. Coraz bardziej miażdżące recenzje jego współczesnych filmów wskazują, że gwiazda Hoopera przygasła, że nie jest w stanie dostosować się do wymagań współczesnych odbiorców i należycie korzystać z nowych technik kręcenia. Oczywiście, spoglądając na ten problem w szerszej perspektywie, pod kątem preferencji większości widzów, bo mnie osobiście współczesne horrory Tobe’a Hoopera dostarczają sporo, może nie niezapomnianej, ale przynajmniej przyzwoitej rozrywki. Tak też było w przypadku „Djinna”, dosłownie przygniecionego skrajnie negatywnymi recenzjami większości amerykańskich krytyków i zwykłych widzów, w Polsce natomiast, jak dotąd, borykającego się z ostracyzmem.

Jakiś czas temu oglądałam wyjątkowo niestrawny film pt. „Jinn”, który odrzucił mnie od współczesnych obrazów traktujących o tych konkretnych demonach. Przede wszystkim kazał mi podejrzewać, że czasy „Władcy życzeń” dobiegły końca, że teraz twórcy kina grozy, ilekroć sięgną po podobną problematykę to wyłącznie z zamiarem nakręcenia jakiegoś miałkiego, efekciarskiego tworu. To zapewne zbyt daleko idące wnioski, po zaledwie jednym filmie o dżinie, ale niejako wbrew sobie takie nastawienie przyjęłam. Również do najnowszego pełnometrażowego horroru Hoopera. Negatywne recenzje mnie nie zniechęciły, bo już dawno zauważyłam, że współczesne produkcje tego konkretnego reżysera nie cieszą się uznaniem szerokiej opinii publicznej, stojąc w opozycji do moich osobistych zapatrywań. Antypatycznie do „Djinna” nastawił mnie sam tytuł, bowiem obawiałam się powtórki z „Jinna”, ale że oglądam każdy film Hoopera, jaki wpadnie mi w ręce, mimo wszystko postanowiłam dać mu szansę. I… zachwycona nie byłam, ale efekt pracy reżysera nie rozczarował mnie w takim stopniu, jak większość Amerykanów, którym dane było tę produkcję obejrzeć. Hooper, oryginalnie zdecydował się nakręcić swój film w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, czyli u źródeł legend o dżinach. Ale choć sceneria pasowała do problematyki scenariusza to konwencja bardziej czerpała z tradycji ghost stories. Kilka luźno rzuconych informacji o specyfice dżinów, formy ochrony przed owymi istotami, skrótowa legenda dżina płci żeńskiej - i to właściwie tyle, jeśli idzie o akcentowanie właściwości tytułowego demona. Scenariusz Davida Tully’ego nade wszystko skupiał się na klasycznym nawiedzeniu, garściami czerpiąc z konwencji ghost stories. Gęsta mgła zalegająca nad okolicą, ograniczająca widoczność niemalże do zera była właściwie jedynym ustępstwem twórców na rzecz generowania klimatu tajemniczości. Bardziej dosłowne manifestacje nieznanego podano bez dbałości o odpowiednią atmosferę grozy, cały ciężar gatunkowy zrzucając na jump sceny i fragmentaryczne efekty komputerowe. Przy czym ten pierwszy zabieg wywołał u mnie zamierzony efekt tylko raz, podczas pobytu Salamy w sypialni, kiedy to w szybę niespodziewanie uderza czarna dłoń. Pozostałe jump scenki można już było łatwo wyliczyć w czasie, co oddarło je z wszelkiego zaskoczenia. Jednakże gwoli sprawiedliwości należy przyznać, że twórcy zadbali o należyte pogłośnienie dźwięku podczas tych konkretnych ujęć. Pomysłowości w formach straszenia również scenarzyście zabrakło. W miarę interesujący był jedynie atak na rodzinę Salamy, której samochód utknął pośrodku niczego w gęstej mgle. Inne manifestacje nieznanego w moim odczuciu nie odznaczały się już żadną innowacyjnością. Weźmy na przykład spacerującą na czworakach zjawę w czarnym odzieniu widzianą na monitorze dzięki zapisowi z kamer rozmieszczonych w apartamentowcu, przywodzącą na myśl skojarzenia z „The Grudge – Klątwą”. Za to ingerencja komputera, w co poniektórych ujęciach była zadowalająco minimalistyczna. Hooper nie starał się popisać nowoczesną technologią, upychając wszędzie, gdzie tylko się da rażąco sztuczne CGI. Ograniczył je jedynie do szybkich migawek, być może również niepotrzebnych, ale ze względu na swoją oszczędność nieirytujących zanadto.

Ktoś mógłby zapytać, skąd ten raczej pozytywny wstęp, skoro dalsza część recenzji krytykuje większość form straszenia przedstawionych w „Djinnie”. Otóż, moją uwagę silniej przyciągnęły fabuła i bohaterowie, aniżeli chwyty typowe dla horroru. Razane Jammal, co prawda w roli Salamy była nieco egzaltowana, ale już sama postać rozpisana przez Tully’ego wzbudziła moją sympatię. Główną bohaterkę na tle innych sylwetek kina grozy wyróżniał zaczepny charakter, zdecydowana postawa i nie ukrywając zrzędliwość, która jak pewnie każdy widz już na początku seansu zauważy ma swoje podstawy. Salama jest klasycznym obrazem kobiety na siłę wtłoczonej w rolę gospodyni domowej, wyzwolonej przedstawicielki płci pięknej, która nie godzi się z ekonomicznym uzależnianiem od męża, pragnącej rozwijać się w Nowym Jorku, z dala od konserwatywnych rodzinnych stron. Natomiast jej mąż, Khalid, odrobinę lepiej wykreowany przez Khalida Laitha oficjalnie wychodzi z założenia, że towarzystwo rodziny w tych trudnych czasach po śmierci ich dziecka pomoże Salamie odzyskać spokój ducha. Ale w domyśle opowiada się raczej za tradycyjnym modelem rodziny, w której to mąż utrzymuje kobietę i spełnia się zawodowo, podczas gdy ona posłusznie czeka na niego w domu. Odmienne sposoby postrzegania roli kobiety i mężczyzny w społeczeństwie są przyczynkiem do ciągłych sporów małżonków, o wiele ciekawszych, aniżeli tradycyjne próby straszenia odbiorców. Zresztą podobnie, jak tragiczna przeszłość Salamy i Khalida, co prawda przewidywalna, ale tchnąca w scenariusz sporą dozę zmuszającego do refleksji dramatyzmu. Kolejnym ciekawym wątkiem „Djinna”  są odwiedziny Salamy przez jej matkę, która zgodnie z tym, co zdradził nam wcześniej scenariusz nie miała prawa pojawić się w jej mieszkaniu. Owy ustęp wprowadza swego rodzaju aurę zakrzywienia rzeczywistości, obcowania z niepoddającymi się racjonalnym wyjaśnieniom zjawiskami w dodatku sprawnie poprowadzonymi. Bez miażdżącego klimatu grozy, ale z dbałością o intrygującą narrację. Co prawda twórcy tymi wstawkami zaburzającymi znaną nam rzeczywistość (osobliwe zachowanie portiera, przybieranie różnych postaci przez dżina) sugerują jeden z finalnych zwrotów akcji, ale akurat tego jednego przewidzieć mi się nie udało. W przeciwieństwie do prawdziwych oblicz Khalida i Salamy.

Gniot? W pojęciu sporej grupy widzów, którym dane było obejrzeć „Djinna” z pewnością tak, ale nie w moim. Oczywiście, film nie zadowala w kategoriach straszaka, na którym nieustannie byśmy podskakiwali, czy byli atakowani ciężką, mroczną atmosferą niezdefiniowanego zagrożenia, ale warstwa fabularna naprawdę nie zasługuje na taką krytykę. Może to tania, nieprofesjonalnie zrealizowana produkcja, może nie wnosi nic nowego do gatunku, ale skłamałabym, gdybym napisała, że nudziłam się podczas projekcji. Wręcz przeciwnie, bawiłam się całkiem dobrze, choć oczywiście zdawałam sobie sprawę z obecności kilku mankamentów, które pewnie odrzucą osoby z normalniejszym gustem filmowym od mojego.

piątek, 7 sierpnia 2015

„Extinction” (2015)


Dziewięć lat od wybuchu zarazy, zamieniającej ludzi w antropofagiczne bestie, ludzkość stoi na skraju zagłady. Jack i jego mała wychowanka Lu, zatrzymują się w niewielkim, zaśnieżonym miasteczku, Harmony, w którym przez długie lata nikt nie zakłóca ich spokoju. Mężczyzna jest przekonany, że mróz unicestwił wszystkich zarażonych, ale nie stara się odszukać innych ocalałych. Sąsiadujący z nim Patrick, który za jedyne towarzystwo ma psa z ukrycia obserwuje Jacka i Lu. Mimo, że są oni jedynymi mieszkańcami Harmony Patrick nie stara się nawiązać z nimi kontaktu. Samotne, monotonne życie całej trójki zakłóci pojawienie się zarażonych, którzy od czasu wybuchu epidemii wyewoluowały, przystosowując się do nieprzyjaznego klimatu i nabierając większej siły.

Hiszpańsko-francusko-amerykańsko-węgierski postapokaliptyczny horror z naleciałościami dramatu w reżyserii Miguela Angela Vivasa. Reżyser wspólnie z Alberto Marinim rozpisał również scenariusz „Extinction”, na podstawie powieści Juana de Dios Garduno zatytułowanej „Y pese a todo…”. Uwagę opinii publicznej Vivas zwrócił na siebie w 2010 roku, pokazując światu realistyczny, acz konwencjonalny obraz z nurtu home invasion pt. „Napaść”. W „Extinction” trzymał się takich samych wyznaczników, choć skonfrontował widzów z zupełnie innym zamysłem fabularnym. Innymi słowy po raz kolejny nie przykładał większej wagi do oryginalności, ale pamiętał o zachowaniu odpowiedniego klimatu i zadowalającego stopnia realizmu. Jego wysiłki nie zostały docenione przez krytyków, którzy nade wszystko nie potrafili zaakceptować mieszania stylistyki horroru z dramatem, zauważając, że elementy typowe dla tego drugiego gatunku nie absorbują uwagi.

Zamysł scenariusza przypominał mi „Maggie” i „Plague”. Twórcy starali się przedstawić historię, która przede wszystkim ogniskowałaby się na życiu kilku niedobitków w postapokaliptycznym świecie, zdziesiątkowanym przez zombie. Bo chyba tak można ich nazwać, pomimo wyglądu nieprzystającego do klasycznej sylwetki żywego trupa, który to można zrzucić na karb ewolucji wspomnianej przez bohaterów. Zarażeni w „Extinction” bardziej przypominają potworki z „Zejścia” (ostatnimi czasy coraz więcej twórców inspiruje się ich fizjonomią – „Leprechaun: Origins”, „Indigenous”) i podobnie jak oni są niewidomi. Ale inne ich zdolności (kanibalizm, infekowanie przez ugryzienie) oraz sposób ich uśmiercania (strzał w głowę) są już typowe dla postaci zombie, do jakiej przyzwyczaiło nas kino. Abstrahując od prologu i końcówki filmu Vivas z rzadka konfrontuje widzów z atakami żywych trupów, bardziej koncentrując się na egzystencji kilku ocalałych w postapokaliptycznych realiach. Przy czym wydaje się, że większą energię poświecił na zbudowanie odpowiedniej scenerii, aniżeli warstwy fabularnej. Zaśnieżone, mroźne, niemalże całkowicie wyludnione miasteczko i bezkresne pokryte śniegiem pola, przez które co jakiś czas przedziera się Patrick na skuterze, nie tylko tworzą przygnębiającą aurę wyalienowania, ale również zachwycają drobiazgowością twórców. Tutaj nie ma żadnych niedoróbek – każdy oblepiony śniegiem dom, każda ulica, każdy porzucony samochód z oszronionymi szybami, dosłownie wszystko tchnie takim autentyzmem, że wprost nie sposób oderwać od tego oczu. Gdyby rozpatrywać „Extinction” wyłącznie przez pryzmat oprawy wizualnej film zasłużyłby sobie na miano największego odkrycia zombie movies XXI wieku, ale ogólne wrażenia nieco obniża niedopracowana warstwa fabularna. Naleciałości dramatu mi nie przeszkadzały, bo jakoś bardziej przekonuje mnie takie stateczne kino o żywych trupach, aniżeli widowiskowe, dynamiczne twory, pełne efekciarskich pojedynków i strzelanin. Problem scenariusza zasadza się raczej na mało zajmującej historii, przewidywalnej i odżegnującej się od poruszania niewygodnych tematów, od zderzania widzów z szokującymi ewentualnościami zachowań ludzi w sytuacji ekstremalnej. „Plague” poruszał takie tematy, natomiast „Extinction” skupił się na napiętej relacji Patricka i Jacka, naznaczonej tragedią sprzed lat, której istotę Vivas skrzętnie ukrywa przez lwią część seansu, ale połączenie kilku luźnych tropów sporadycznie podrzucanych przez twórców nie nastręcza większych problemów. W ten sposób dostajemy klasyczny, przewidywalny obraz sporu dwóch mężczyzn, których stara się pogodzić dziewięcioletnia, rezolutna dziewczynka oraz parę ujęć z ich monotonnej codzienności. Patrzymy, jak Patrick pozyskuje jedzenie (przygnębiające zastrzelenie konia), jak nadaje przez radio do „nieistniejących” słuchaczy i jak Jack stara się przystosować małą Lu do życia w postapokaliptycznym świecie, w którym przyszło jej wzrastać. Twórcy, jakby zauważając monotonność fabuły wtłoczyli kilka bardziej dynamicznych sekwencji starć z zarażonymi, ale nie w celu zniesmaczenia odbiorców (starcia pokazano w kilku szybkich, dobrze zmontowanych migawkach) tylko z zamiarem wrzucenia relacji trójki protagonistów na nową płaszczyznę. Najbardziej szokuje i dosłownie wyciska łzy z oczu scena zabicia psa przez żywego trupa oraz dramatyczna reakcja jego przyjaciela, Patricka. Późniejsze próby zdynamizowania fabuły, jak na przykład zaatakowania Lu przez zombie, czy wreszcie finalny szturm gnieżdżących się w ścianach potworów („W mroku pod schodami”?) na naszych protagonistów nie dostarczyły mi mocniejszych emocji. Przyjmowałam je raczej beznamiętnie. Zresztą podobnie, jak chaotyczną historię ciężarnej kobiety, która chyba miała szokować, ale jej urywany, nieszczegółowy monolog jakoś sprawiał wrażenie wtłoczonego w scenariusz na siłę.

Ciekawą próbą wyrwania się poza wąskie ramy horrorów postapokaliptycznych, aczkolwiek często spotykaną w dziełach psychologicznych i ghost stories było sugerowanie widzom słabnącej kondycji psychicznej Patricka. Po śmierci ukochanego psa i ugryzieniu przez potwora mężczyzna, podobnie jak na przykład Lutz w „Amityville” słyszy głosy (tym razem wydobywające się z radia), które każą mu zabić Jacka. Przez parę następny ujęć istotnie wydaje się, że Patrick przychyli się do owych żądań, że w dalszej części projekcji będzie stanowił śmiertelne zagrożenie dla sąsiada. Taki rozwój akcji sugerują nie tylko „rozmowy” Patricka z nieistniejącym osobnikiem i widoczne rozchwianie emocjonalne, ale również przyzwoicie budowane napięcie, z odpowiednio wyważonym punktem kulminacyjnym (strzał w kierunku Jacka). Oprócz scenerii i wątku psychologicznego na plus można odnotować również obsadę – Matthew Fox, Jeffrey Donovan, Quinn McColgan, a nawet pojawiająca się dużo później Clara Lago wykrzesali z siebie maksimum energii, aby tchnąć życie w swoje postacie, co akurat w tym przypadku było nieodzowne dla właściwego wydźwięku scenariusza.

Moim zdaniem „Extinction” nie ma szans na międzynarodowy sukces w kręgu masowych odbiorców, co wcale nie oznacza, że nie spełni się w kategoriach czysto rozrywkowego kina niepretendującego do miana odkrycia roku. Wszak można przynajmniej nacieszyć oczy znakomitą scenerią i poczuć jakieś silniejsze emocje w trakcie dwóch przygnębiających scen mordowania zwierząt, a to już sporo, jak na współczesny film grozy. Dla widzów niewymagających cudów produkcja Vivasa powinna stanowić dobrą propozycję na jeden raz. Pozostałych natomiast zachęcam do obejrzenia zapierających dech w piersiach widoczków, bo w fabule żadnych nadziei raczej pokładać nie można.