Stronki na blogu

czwartek, 11 marca 2021

„Bloody Hell” (2020)

 

Były amerykański żołnierz, Rex, rozprawia się z zamaskowanymi, uzbrojonymi ludźmi zamierzającymi obrabować bank. W trakcie jego szarży dochodzi jednak do tragedii, za co mężczyzna zostaje skazany na osiem lat więzienia. Po odsiedzeniu wyroku mający nawyk prowadzenia rozmów z samym sobą, Rex, decyduje się na podróż do Finlandii. Tuż po wylądowaniu w Helsinkach zostaje porwany przez szaloną rodzinkę. Unieruchomiony w piwnicy ich domu mężczyzna rozpaczliwie będzie się starał znaleźć jakiś sposób na wydostanie się z tego miejsca zanim jego oprawcy skończą to, co zaczęli.

Australijsko-amerykański horror komediowy „Bloody Hell” powstał na podstawie scenariusza Roberta Benjamina. Pomysł przyszedł do niego w trakcie pewnej podróży, kiedy to na lotnisku zwrócił uwagę na rodzinę być może ze wschodniej części Europy. Nieznajomi prowadzili rozmowę w swoim języku, przyglądając mu się przy tym. Wspominając te chwile Benjamin przyznaje, że najprawdopodobniej ludzie ci nie mówili niczego złego, ale „będąc paranoikiem i szaleńcem” (to jego własne, pewnie trochę żartobliwe słowa) w tamtej chwili pomyślał, że zamierzają go porwać. I zaczął się zastanawiać, co by zrobił, gdyby nagle znalazł się w ich piwnicy. A potem zaczął pisać – gdy wywołano jego lot miał już prawie cały zarys filmu. Zainteresowanie scenariuszem „Bloody Hell” wyraził Sean Byrne, twórca „The Loved Ones” (2009) i „The Devil's Candy” (2015), właściwie to był nim zachwycony, ale musiał odrzucić propozycję reżyserii, ponieważ uznał, że dano mu zbyt mało czasu na poczynienie odpowiednich przygotowaniach. Ostatecznie zadania podjął się Alister Grierson, twórca między innymi „Sanctum” (2011). Robert Benjamin powiedział, że jak będzie takie zapotrzebowanie to chętnie dopisze kolejny rozdział historii Rexa, nowego Asha Williamsa(?) - w planach jest nawet trylogia – w którego prawdopodobnie znowu wcieliłby się Ben O'Toole. Aktor już zdążył wyrazić swoją gotowość do związania się z tym projektem na dłużej.

Bloody Hell” otwiera zamierzenie pocięty, poszarpany prolog z ryzykownej akcji przeprowadzonej przez byłego żołnierza imieniem Rex w jednym z amerykańskich banków. Traf chciał, że mężczyzna był w środku, gdy rozpoczął się napad. Grupa zamaskowanych osobników z bronią w rękach wpadła nagle do banku terroryzując klientów oraz personel i nie wiadomo jakby się to skończyło, gdyby Rex nie zdecydował się działać. Mężczyzna w pojedynkę rozprawił się z rabusiami, a w nagrodę za ten bohaterski czyn przyznano mu ośmioletnią odsiadkę na koszt państwa. W prologu specjalnie pominięto moment, który przesądził o jego losie, ale wyjątki z rozprawy sądowej zdradzają, że akcja byłego żołnierza dla kogoś skończyła się tragicznie. I za tę tragedię Rex został skazany na osiem lat bezwzględnego więzienia (przystał na propozycję prokuratora). Następnie akcja przeskakuje o osiem lat do przodu. Rex odzyskuje wolność... w każdym razie połowiczną wolność, bo jego sprawa wciąż budzi żywe zainteresowanie mediów. Opinia publiczna jest podzielona – jedni uważają go za bohatera, inni za zbrodniarza. Jedni go kochają, inni nienawidzą. Ale Rex nie przywiązuje do tego większej wagi, bo już za kratkami zdecydował się na podróż do Finlandii. Dlaczego akurat tam? Ta kwestia być może wyjaśni się później, a na razie wraz z Rexem przenosimy się na lotnisko. I zaczyna się scenka z życia wzięta. Rexowi przydarza się prawie dokładnie to samo, czego doświadczył scenarzysta „Bloody Hell”, i co dało Robertowi Benjaminowi impuls do stworzenia tej zwariowanej historii. To też pierwszy sygnał, że życie Rexa ponownie jest zagrożone, że mężczyzna właśnie znalazł się na celowniku niczym niewyróżniającej się, z pozoru zupełnie nieszkodliwej nie najmłodszej już pary. Małżeństwa, które jak się okazuje pochodzi z Finlandii i ma kilkoro dzieci. Kolejny etap znojnych dziejów sprawiającego sympatyczne wrażenie, choć trudno uznać go za niewiniątko, mężczyzny, który ma zwyczaj konwersowania z samym sobą, to tak naprawdę kolejne podejście do wielokrotnie wykorzystywanego w kinie, również w kinie grozy, motywu porwania. W sumie nawet nie znając zdolności Rexa – a te mieliśmy już okazję podpatrzeć w prologu - zapewne weszlibyśmy w tę środkową partię „Bloody Hell” z przekonaniem, że bohater łatwo się nie podda. Nawet jeśli nie uda mu się ujść z tego z życiem, to na pewno będzie stawiał zdecydowany opór porywaczom. Będzie walczył jak lew o być albo nie być na tym padole. Jest jednak mały problem. Jedno „maciupkie” utrudnienie. Pewna niedogodność, która w uderzającej w poważniejsze tony opowieści niewątpliwie w pojęciu każdego widza drastycznie zminimalizowałaby szanse Rexa. Ten z gruntu prosty pomysł jakby nie patrzeć odróżnia „Bloody Hell” od innych historii o bezwzględnych porywaczach. Porywaczach i mordercach, bo co do tego też nie można mieć wątpliwości. Nie mam też wątpliwości, że widząc to wyjątkowo kiepskie położenie Rexa, widząc w jak beznadziejnej sytuacji się znalazł (a pewnie już myślał, że najgorsze – pobyt w więzieniu – ma za sobą), przynajmniej większa część publiki będzie się skłaniać ku temu, że to szalona fińska rodzinka powinna obawiać się o życie. Powinna mieć się na baczności, bo ten oto człowiek nauczył się radzić sobie w każdej sytuacji. No dobrze, może niezupełnie w takich, w tak szalenie trudnych, ale przecież dał się już poznać, jako człowiek, który potrafi szybko się dostosować. Jego oprawcy tymczasem sprawiają wrażenie takich, którzy zdążyli już poddać się rutynie. Wszystko wskazuje na to, że dotychczas cały ten proceder przebiegał na tyle gładko, by wyzbyli się czujności. Działają mechanicznie, w pewnym sensie automatycznie, a to w kinie grozy prosta droga do upadku. W każdym razie, kiedy trzyma się w piwnicy taką bestię, jak Rex.

Odtwórca czołowej postaci „Bloody Hell”, Ben O'Toole, nie ukrywa, że rola była dla niego dość wymagająca. Musiał się nielicho natrudzić, włożyć w to sporo energii, głównie za sprawą manii jego bohatera. Zwyczaju, który w istocie otworzył przestrzeń na podwójną rolę (swoją drogą jest jeszcze jeden podobny przypadek: w bliźniaków wchodzących w skład morderczej rodzinki też wcielił się jeden aktor, Travis Jeffery). Z perspektywy O”Toole'a tak to mniej więcej się przedstawiało, ale w świecie przedstawionym w „Bloody Hell” Rex jest tylko jeden. A przynajmniej takie złudne wrażenie przez większość seansu filmowcy starają się w nas podtrzymywać (czyżby szykowali skręt w jakimś innym kierunku? Na przykład wypróbowanego już w kinie rozdwojenia jaźni?). Ot, jeden człowiek, ale pokazany w dwóch w zasadzie identycznych (no powiedzmy) ciałach. Takie tam uosobienie gadania z samym sobą, ze swoim sumieniem. Nie tyle bicia się z myślami, toczenia ukradkowej, „cichej” debaty w swojej głowie, a w każdym razie nie zawsze, ile imaginowania sobie „drugiego siebie, drugiego, twardszego Rexa. W środkowej części filmu rozmów Rexa z Rexem miałam lekki przesyt. Tak jakby brakło pomysłu na rozwinięcie tej partii – scenarzysta zafiksował się głównie na tym temacie, ale gwoli uczciwości nie aż tak, by zapomnieć o osobnikach odpowiedzialnych za obecne położenie naszego sponiewieranego bohatera. Tyle że poza akcją z najmłodszym członkiem fińskiej familii i jego starszą siostrą Alią (przyzwoita kreacja Meg Fraser, ale nie licząc Bena O'Toole'a moją uwagę najmocniej przykuwała Caroline Craig w roli „kochającej” mamusi), familii, która wyspecjalizowała się w polowaniach na ludzi, nic z tego silniejszych emocji we mnie nie rozbudziło. Wkradł się w to pewien marazm, zbytni przestój w akcji, który sam w sobie nie byłby przeze mnie niemile widziany, gdyby tylko poświęcono więcej uwagi całej emocjonalnej otoczce wynikającej z tej niecodziennej sytuacji, w jakiej najpewniej bez swojej winy, znalazł się, wcześniej niesprawiedliwie potraktowany przez tak zwany wymiar sprawiedliwości, czy wręcz przeciwnie (ocenę tego stanu rzeczy twórcy pozostawiają w gestii widza), były żołnierz w służbie Stanów Zjednoczonych. Przydałoby się podkręcić napięcie, wzmóc dręczące poczucie tkwienia w dusznej, ciasnej przestrzeni bez możliwości szybkiego i bezbolesnego wydostania się z tej pułapki. Pułapki strzeżonej przez morderczą rodzinkę, której motywy z czasem zostaną nam dokładnie objaśnione. Tym sposobem „Bloody Hell” podepnie się pod pewien konkretny nurt kina grozy. Tym sposobem dostajemy wyraźną zapowiedź – notabene nie pierwszą – rychłego wkroczenia na krwawe terytoria filmowego horroru. Jak sama nazwa wskazuje niebawem rozpocznie się makabryczne piekiełko. W każdym razie na coś takiego twórcy wyraźnie starają się nas przygotować. Czynią takie aluzje, właściwie wysyłają jednoznaczne uwagi co do tego, że wcześniej czy później (raczej później) bardziej zdecydowanie uderzą w gore. Inna sprawa, czy obietnica ta zostanie spełniona. To już zależy od widza. Jego dotychczasowych doświadczeń z kinem grozy, ale chyba jeszcze bardziej od oczekiwań, jakie będzie żywił wobec tej konkretnej pozycji. Chcę przez to powiedzieć, że choć nie szczędzono mi sygnałów, że „Bloody Hell” oprze się na makabrycznych efektach specjalnych, że film prostą drogą zmierza ku (nie)tradycyjnej horrorowej rąbance, to nie miałam filmowcom za złe, że nic z tego zamierzonego wrażenia na mnie nie wywarło. Efekty specjalne wypadają całkiem realistycznie, ale trudno żeby było inaczej skoro tak mało widać. Poza jedną kończyną, z wystającą zeń ostrą kością, nie zarejestrowałam niczego, o czym warto by wspomnieć. Żadnych długich zbliżeń na poszarpane rany, żadnych dogodniejszych kątów nachylania kamery, tj. nie dostałam pełnego, szczegółowego wglądu w obrażenia odnoszone na tym polu bitwy. Czyli w średnich rozmiarów, na pierwszy rzut oka niczym niewyróżniającym się, zwyczajnym, przytulnym wręcz domku w dość zacisznym rejonie Helsinek (scenarzysta wybrał to miasto ze względu na jego – prawda, że pasującą? - nazwę). Ale jak już się rzekło, nie przeszkadzały mi zbytnio uporczywe ucieczki twórców „Bloody Hell” od dosadniejszej przemocy. Dobrze się bawiłam i bez tego (akcja z kijem golfowym bezcenna!). Szkoda tylko, że tak duży obszar środkowej partii upłynął mi pod znakiem zniecierpliwienia. Ale momenty były. Głównie zabawne. Jak na przykład przesłodzona wstawka wyobrażająca marzenie Alii. Później coś podobnego zobaczymy z udziałem trzeba przyznać dość zaskakującej kochanki Rexa, jeśli wolno mi użyć tego przesadnego określenia. Wycieczki te miały chyba nawiązywać – w zasadzie naśmiewać się – do trendu praktykowanego w starszym kinie, dużo częściej przed nastaniem siódmej dekady XX wieku. Ponadto znajdziemy w „Bloody Hell” niezawoalowane odniesienia do znanych tytułów – na przykład „Skazanych na Shawshank” i „Misery” w oryginałach (pierwsze, literacie wersje) autorstwa Stephena Kinga. Uwaga: pomiędzy napisami końcowymi jest jeszcze jedna krótka sekwencja, którą można potraktować jak swoiste dopełnienie alarmistycznej przesłanki puszczonej chwilę wcześniej. UWAGA SPOILER Na marginesie: Robert Benjamin zdradził, że jego szalona rodzinka powstała z inspiracji „Teksańską masakrą piłą mechaniczną” Tobe'a Hoopera lub Marcusa Nispela oraz „Wzgórza mają oczy” Wesa Cravena lub Alexandre'a Aja. Źródłem inspiracji była też baśń „Jaś i magiczna fasola”, której fragment zresztą przywołał w swoim scenariuszu KONIEC SPOILERA.

Nie żebym nie mogła się pozbierać po tym widowisku, nie żebym piała z zachwytu nad tym reżyserskim dokonaniem Alistera Griersona opartym na scenariuszu Roberta Benjamina, korzystającym ze sprawdzonych motywów, które jednak poddaje swoistej obróbce (tchnie w to trochę świeżości, ma trochę inny pomysł na poprowadzenie historii o ludziach porywających bliźnich). Nie, tak dobrze moja relacja z „Bloody Hell” się nie ułożyła. Horrorem zmiksowanym z czarną komedią, który owszem jakiejś tam rozrywki mi dostarczył, ale do pełni satysfakcji to jeszcze sporo mi brakuje. Niezłe patrzydło, ale moim zdaniem nie wykorzystano całego potencjału drzemiącego w tej szalonej opowiastce o człowieku po przejściach, który zostaje wrzucony w jeszcze głębszego bagno. Z podobnych klimatów i ze zbliżonego rocznika na pewno chętniej poleciłabym „Złoczyńców” w reżyserii Dana Berka i Roberta Olsena.

wtorek, 9 marca 2021

Ashley Audrain „Odruch”

 

Blythe i Fox Connorowie prowadzili szczęśliwy żywot, dopóki na świecie nie pojawiło się ich pierwsze dziecko, Violet. Kobieta bała się, że nie wywiąże się należycie z roli matki, że będzie taka, jak jej własna rodzicielka, ale też miała nadzieję, że z nią będzie inaczej. Miała obawy, ale pragnęła dziecka prawie równie mocno, co jej mąż. I starała się nawiązać tę niezwykłą więź ze swoją córką, o jakiej wszyscy mówią, ale wciąż nie mogła oprzeć się wrażeniu, że Violet jest do niej uprzedzona, że do szczęścia potrzebuje tylko ojca. W jego obecności dziewczynka zawsze zachowywała się wzorowo, ale matce chętnie pokazywała swoje ciemne oblicze. A przynajmniej zdaniem Blythe z Violet od początku coś było nie tak. Kiedy dziewczynka podrosła jej matka zaczęła podejrzewać, że stanowi ona realne zagrożenie dla innych, gdy tymczasem jej mąż coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że to ona, Blythe, ma problem. Światło w życie kobiety wniosło dopiero drugie dziecko, Sam. Wreszcie zaczęła spełniać się w roli matki i wyglądało na to, że Violet zaakceptowała swojego braciszka. Relacja matki i córki nieco się poprawiła. Ich wspólne życie wreszcie zaczęło się układać. Ale nie trwało to długo...

Powieściowy thriller psychologiczny „Odruch” (oryg. „The Push”) to literacki debiut Kanadyjki Ashley Audrain. Do roku 2015 była dyrektorem do spraw promocji i komunikacji w wydawnictwie Penguin Random House, kiedy to odeszła z przyczyn osobistych. I zajęła się domem, dziećmi, a gdy jej drugie z dwójki dzieci miało pół roku rozpoczęła pracę nad swoją pierwszą książką. W wywiadzie dla „Toronto Star” opisała ją jako dramat psychologiczny opowiedziany przez pryzmat małżeństwa, a w „The Sunday Magazine” omawiając swoją książkę, powiedziała, że macierzyństwo wiąże się z dużym strachem i stresem, i że tak naprawdę jest to niezbadane terytorium, że ma ono też swoją ciemniejszą stronę. W każdym razie na pewno w jej powieści. Porównywanej między innymi do „Musimy porozmawiać o Kevinie” Lionel Shriver, docenionej przez krytyków i kolegów/koleżanki po piórze Audrain, poruszającej, przerażającej opowieści, która swoją światową (i polską) premierę miała w roku 2021.

Bolesna historia od początkującej pisarki, której nie poleciłabym ludziom spodziewającym się dziecka. Zwłaszcza pierwszego. W „Odruchu” Ashley Audrain porusza tematy, o których zwykle się nie mówi. Podważa medialną tezę, że bezgraniczna miłość do własnego dziecka, instynkt macierzyński, przychodzi kobiecie naturalnie. Debiutancka książka Ashley Audrain wzięła się między innymi z jej przemyśleń na temat oczekiwań, jakie duża część danego społeczeństwa żywi wobec matek. Wyobrażeń o dobrych matkach. Matkach idealnych, bo inaczej być może. Audrain zadała sobie pytanie, dlaczego domagamy się od kobiet bycia dobrymi matkami? Dlaczego uważamy, że trwała więź pomiędzy matką i dzieckiem jest czymś tak pewnym, jak to, że wszystkich nas czeka śmierć? I dlaczego w świadomości publicznej funkcjonuje przekonanie, że rodzicielstwo jest usłane różami, że przeważnie to najszczęśliwszy okres w życiu człowieka? A już szczególnie matki. Dlaczego tak mało mówi się o niedogodnościach, jakie się z nim wiążą? Dlaczego złe strony rodzicielstwa nadal w wielu kręgach są tematem tabu? Dlaczego tak wielu rodziców tak niechętnie – jeśli w ogóle – opowiada o strachu, stresie, chronicznym zmęczeniu, czy napadach gniewu, jakie wiążą się z wychowywaniem dziecka? Może i rodzicielstwo nie zawsze ma również mroczniejszą stronę, ale to zjawisko na tyle częste, że powinno uznać się je za coś normalnego. W każdym razie nie powinniśmy z góry zakładać, że wychowywanie dziecka to istna sielanka. I nie powinniśmy oczekiwać od wszystkich matek perfekcyjnego wypełniania swoich, w przekonaniu niektórych, wspaniałych obowiązków macierzyńskich. Nie powinniśmy tak gorliwie oceniać rodziców. Dzielić na tych kochających i wyrodnych. Chwalić i piętnować. Gloryfikować i demonizować. Centralną postacią „Odruchu” Ashley Audrain i jednocześnie narratorką, przynajmniej z jednym wyjątkiem (epilog), jest Blythe Connor. Swoją relację kieruje ona bezpośrednio do własnego męża - umownie historia spisana na użytek Foxa Connora. Główny, najobszerniejszy tor akcji rozpoczyna się od streszczenia pierwszej fazy związku z mężczyzną, który potem został jej mężem, i z którym doczekała się dwójki dzieci. Od czasu do czasu przenosimy się do okresu trudnego dzieciństwa Blythe. Jest jeszcze trzecia gałąź tej depresyjnej historii, która przedstawia nam też bardzo ciężkie dzieje jej matki, Cecilii, wzrastającej u boku prawdopodobnie niekochającej rodzicielki - babki Blythe noszącej imię Etta. Mamy więc obraz trzech pokoleń, trzech blisko spokrewnionych kobiet, które mają solidne powody, by nie chcieć iść śladami swoich matek. Cecilii wprawdzie się nie udało, można powiedzieć, że stała się swoistą kopią Etty. Tak samo nie okazywała należytej uwagi swojej córce, a nawet dawała jej jasno do zrozumienia, że jest dzieckiem niechcianym (przez nią na pewno, trochę inaczej sprawa zdaje się przedstawiać z ojcem Blythe). Nasza narratorka najbardziej pragnie być zupełnie inną matką niż jej własna. Chce dać swojemu dziecku wszystko to, czego nie dostała od swojej mamy. Ale udaje jej się to dopiero za drugim razem. Lata poprzedzające urodziny Sama, wskazywały raczej na to, że... upodobniła się do matki? Tak można na to patrzeć. Można przyjąć punkt widzenia męża Blythe, który sprowadza się mniej więcej do tego, że jego żona nie spisała się w roli matki. Przyjęcie perspektywy Foxa nie jest sztuką łatwą, jego interpretacja wydarzeń nie narzuca się sama przez się, z tego prostego powodu, że losy rodziny Connorów relacjonuje Blythe. A więc osoba, która bynajmniej nie jest postronną, obiektywną obserwatorką wydarzeń. Kobieta ta tak naprawdę stoi w centrum koszmaru, który przyszedł wraz z jej pierworodnym dzieckiem. Uroczą dziewczynką, Violet, która kategorycznie odrzuciła jej miłość. W każdym razie takie podejrzenie narodziło się w głowie Blythe niedługo po urodzinach Violet. Później wprawdzie zdarzały się lepsze, szczęśliwe wręcz chwile z córką, ale mimo wszystko w Blythe narastało przekonanie, że Violet nie darzy jej takimi uczuciami, jakich każda oddana matka spodziewa się od swojego dziecka. Mówiąc wprost: narratorka „Odruchu” nabrała pewności, że Violet jej nienawidzi. A jakby tego było mało Blythe wkrótce zaczęły dręczyć myśli, że dziewczynka stanowi poważne zagrożenie dla innych. Śmiertelne zagrożenie.

Czy „Odruch” Ashley Audrain opiera się na motywie „złego dziecka”, małoletniego zachowującego się w niedopuszczalny sposób, agresywnego stworzenia w ciele aniołka? Co do tego pewności mieć raczej nie będziemy. Oczywiście autorka zadbała o to, by raz na jakiś czas ogarniało nas takie przekonanie, ale wystarała się też o to, by zaraz potem przychodziły do nas wątpliwości. W moim przypadku praktycznie zawsze tak się działo. Najpierw pewność, że zagrożenia należy upatrywać w dziecku, a „w następnej scenie” już przechył w stronę jej matki. Upatrywanie niebezpieczeństwa w postaci Blythe. Kobiety, która wmówiła sobie, że Violet jej nienawidzi i że dopuszcza się rzeczy strasznych. Czyni z kilkuletniego dziecka wyrafinowaną agresorkę, „zepsute nasienie”, które celowo dopuszcza rodzicielkę do swoich brudnych sekretów. Wiele wskazuje na to, że Violet zwraca uwagę na to, żeby do jej matki docierały alarmujące sygnały odnośnie jej prawdziwej natury, którą z kolei skrzętnie ukrywa przed ukochanym ojcem. Chce, by Blythe wiedziała, że dopuszcza się czynów karygodnych. Chce by się jej bała? Chce doprowadzić znienawidzoną matkę do takiego stanu, który doprowadzi męża tej ostatniej do przekonania, że Violet nie jest bezpieczna przy własnej matce? Czyżby tej młodziutkiej istocie zależało na doprowadzeniu swojej rodzicielki do szaleństwa i w efekcie zostaniu tylko z ojcem? Kompleks Elektry to raczej nie jest, chociaż... Ujmę to tak: lektura „Odruchu” to tak naprawdę istna huśtawka podejrzeń. Podana w prostych, aż treściwych zdaniach historia, którą można czytać w dowolny sposób, ale jak już wspomniałam potrzeba wysiłku, by wybiegać poza poniekąd narzucany przez Audrain punkt widzenia. Trzeba się postarać, by zobaczyć coś więcej niż tylko, być może zafałszowany, obrazek odmalowywany przez Blythe. Bez względu na to, do jakiego wniosku ostatecznie doprowadzi nas Audrain - o ile w ogóle zdecyduje się rozwiać wszelkie wątpliwości narosłe w trakcie tej naprawdę ciężkiej opowieści, postawić jednoznaczne odpowiedzi na kluczowe pytania odnośnie ewentualnych zbrodni Violet, a więc i ewentualnych, nazwijmy to problemów, Blythe - moim zdaniem warto podejmować próby wyjrzenia poza zawężone ramy narracji pierwszoosobowej, nie tylko dlatego, że dzięki temu prawdopodobniej zyskamy dodatkowe powody do obaw, odkryjemy rzeczy, które jeszcze bardziej nam w głowie zamieszą. Dla mnie ważniejsze było to, by zrozumieć także pozostałych uczestników „tego dramatu”, wczuć się w sytuację męża, ale i dziecka, które w oczach Blythe nabrało tak demonicznych rysów. Nie było to łatwe, ale i nie niemożliwe. Właściwie mimo wszystko nie mogłam oprzeć się poczuciu, że tej, nie mam wątpliwości obdarzonej ogromnym talentem i jeszcze większą empatią, kanadyjskiej powieściopisarce (właściwie to stawiającej pierwsze, ale na pewno nie nieśmiałe kroki w tym szacownym zawodzie), zależy bym podchodziła do wszystkich Connorów bez daleko idących uprzedzeń. Bym powstrzymywała się od osądów, od szufladkowania tych ludzi nawet wtedy, gdy ranili się nawzajem i zaniedbywali swoje domowe obowiązki. Nawet wtedy, gdy pojawiły się przesłanki wskazujące na to, że przy Connorach nikt nie może czuć się bezpieczny. A przynajmniej przy małej Violet – co najmniej, bo jak już nadmieniłam nie można wykluczyć, że ta ryba psuje się od Blythe, a więc trzeba założyć, że ta odczuwalnie wielkimi krokami zbliżająca się przemoc wybuchnie za jej sprawą. Z winy choroby psychicznej, która mogła zostać jej przekazana w genach? Na to wskazują dwie krótsze odnogi fabularne – również wyjątkowo przygnębiające żywoty jej babki i matki, które swoją drogą pomagają czytać dzieje Connorów w inny sposób od tego przyjętego przez narratorkę. „Odruch”, i nie ma w tym cienia przesady, to jedna z najcięższych powieści jaką w ostatnich latach przeczytałam. Historia, która dosłownie mnie sponiewierała. Wyciskająca łzy z oczu, mrożąca krew w żyłach, szarpiąca nerwy, tak mroczna, jak tylko mroczna może być powieść, historia, w której jest Prawda. Prawdą, o której niewielu ma odwagę mówić. Niedotycząca oczywiście wszystkich rodzin, ale nie mam wątpliwości, że podobne przeżycia ma sobą niejeden rodzic, niejeden mąż, niejedna żona i niejedno dziecko. Za odwagę mówienia głośno o tych sprawach, wydobywania na światło dzienne potworności, które w przestrzeni publicznej nader rzadko są poruszane, w debatach medialnych prawie nigdy nie są poruszane i za pomoc w zrozumienia bardzo istotnej dla mnie rzeczy – za to jestem najbardziej wdzięczna Ashley Audrain. Za to przede wszystkich, ale nie tylko, pokochałam tę powieść. Powieść przy której autentycznie cierpiałam. Przez ból do serca, tak to można ująć. Ból i objawienie.

Chcąc nie chcąc mam bardzo osobisty stosunek do „Odruchu” Ashley Audrain. Nie potrafię inaczej, a więc nie wykluczam, że moja wielce entuzjastyczna opinia na temat tej powieści niektórym wyda się trochę przesadzona. Ale też nie mam powodów wątpić, że ten nadzwyczaj ponury, mroczny, depresyjny thriller psychologiczny będzie zbierał więcej ciepłych niż gorzkich słów. Na to wskazują reakcje dotychczasowych odbiorców „Odruchu” z różnych stron świata. Ciężka to opowieść, można chyba nawet powiedzieć, że tylko dla ludzi o mocnych nerwach. A i podejrzewam, że przynajmniej niektórzy z nich nielicho pocierpią przy tej w sumie niezbyt skomplikowanej, na pozór dość zwyczajnej historii, ale tak naprawdę badającej obszary, na które niewielu artystów się wypuszcza. Trzeba wszak ogromnej odwagi, by naświetlić taki obraz macierzyństwa, jaki wybrała ta początkująca powieściopisarka. I oby tej odwagi nie straciła, oby jej kolejne powieści były tak bezkompromisowe, jak ten straszny „Odruch”.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu


niedziela, 7 marca 2021

Robert A. Heinlein „Obcy w obcym kraju”

 

Przed trzecią wojną światową na Marsa zostaje wysłana grupa badawcza, ale tuż przed zaplanowanym lądowaniem kontakt z Ziemią zostaje utracony. Ćwierć wieku później z Czerwonej Planety zostaje sprowadzony Valentine Michael Smith, dziecko dwóch nieżyjących już członków załogi statku kosmicznego poprzednio wysłanego na Marsa. Władze Światowej Federacji Wolnych Narodów pod przewodnictwem sekretarza generalnego Josepha Edgertona Douglasa przetrzymują Człowieka z Marsa w szpitalnej izolatce. Dziennikarz Ben Caxton uważa, że to pogwałcenie praw wolnego człowieka, jakim formalnie jest Valentine Michael Smith i nie ma wątpliwości, że rządem kieruje przede wszystkim chęć przejęcia wyjątkowego prawa, które najprawdopodobniej zyskał jako Ziemianin i zapewne również ogromnego bogactwa, jakie posiadł wraz z przybyciem na trzecią planetę od Słońca. Caxton z pomocą swojej przyjaciółki, pielęgniarki Gillian 'Jill' Boardman, pracującej w szpitalu, w którym przetrzymywany jest Smith, postanawia uwolnić Człowieka z Marsa. Nie wszystko idzie zgodnie z planem, ale udaje się przewieźć tego niezwykle cennego mężczyznę do posiadłości znajomego Caxtona, doktora, pisarza, filozofa i aktora Jubala E. Harshawa. Tam Valentine Michael Smith zacznie przyswajać sobie dla niego nadzwyczaj skomplikowaną wiedzę o tej planecie i przede wszystkim o gatunku, do którego sam również przynależy.

Robert A. Heinlein, nieżyjący już wielokrotnie nagradzany amerykański pisarz specjalizujący się w fantastyce naukowej, jeden z pionierów nurtu hard science fiction, a poza tym oficer marynarki i inżynier aeronautyki. Wchodzący w skład tak zwanej Wielkiej Trójki anglojęzycznych autorów science fiction, wraz z Isaacem Asimovem i Arthurem C. Clarke'iem. W jego imponującej bibliografii znajdziemy między innymi taki żelazny klasyk literatury fanatycznej, jak pierwotnie wydaną w 1951 roku powieść „Władcy marionetek” (oryg. „The Puppet Masters”), jedno z najważniejszych dzieł – obok „Inwazji porywaczy ciał” Jacka Finneya - o Obcych przejmujących kontrolę na ludzkimi ciałami, która w 1994 roku doczekała się swojej filmowej wersji, obraz pod tym samym tytułem w reżyserii Stuarta Orme. Wyróżnić trzeba jeszcze uhonorowaną Nagrodą Hugo powieść z 1959 roku pod tytułem „Żołnierze kosmosu” (oryg. „Starship Troopers”), przełożoną na ekran przez Paula Verhoevena: film z 1997 roku pod tym samym tytułem, który zyskał kilka kontynuacji. I wreszcie „Obcy w obcym kraju” (oryg. „Stranger in a Strange Land”), kontrowersyjne dzieło z 1961 roku (z inicjatywy jego trzeciej żony Virginii, wydane ponownie w 1991 roku, trzy lata po śmierci autora w oryginalnej, dłużej wersji, sprzed edycji poczynionej ręką samego Heinleina), które w 2012 roku przez Bibliotekę Kongresu zostało uznane za jedną z osiemdziesięciu ośmiu książek, które ukształtowały Stany Zjednoczonej Ameryki Północnej. „Obcy w obcym kraju” w 1962 roku został obdarowany Nagrodą Hugo i jako pierwsza powieść science fiction trafił na listę bestsellerów „The New York Times Book Review”. Ale w tamtym czasie zebrał sporo negatywnych, nienawistnym wręcz recenzji od krytyków. Książkę najpierw usunięto z listy lektur szkolnych (przez jej, jak wówczas uważano, obrazoburczą tematykę: na przykład propagowanie wolnej miłości), a następnie z bibliotek szkolnych. To ostatnie było podyktowane informacją, jaka obiegła Stany Zjednoczonego, że jakoby „Obcy w obcym kraju” Roberta A. Heinleina był w jakiś sposób powiązany z mordercą Charlesem Mansonem. W latach 60-tych XX wieku Timothy Zell, który później przyjął nazwisko Oberon Zell-Ravenheart, założył wciąż funkcjonujący Kościół Wszystkich Światów, częściowo wzorowany na organizacji pseudoreligijnej stworzonej przez Heinleina na potrzeby „Obcego w obcym kraju”.

Korzenie jednej z najpoczytniejszych książek Roberta A. Heinleina sięgają pewnego wieczora roku 1948. On i jego żona Virginia urządzili sobie burzę mózgów, z której wykluł się pomysł na coś w rodzaju nowej wersji „Księgi dżungli” Rudyarda Kiplinga – zastąpienie ludzkiego dziecka wychowanego przez wilki, człowiekiem, który dorastał wśród Marsjan. Pierwszym tytułem wybranym przez Heinleina był „The Heretic”, ale z czasem został zmieniony na „Stranger in a Strange Land” (zapożyczenie z Pisma Świętego). Pisarz celowo wydłużył sobie pracę nad tą pozycją – aż o dekadę! Przerywał by zająć się innymi projektami, ponieważ czuł, że świat nie jest jeszcze gotowy na „Obcego w obcym kraju”. Czekał na zmianę obyczajów. Nie miał wątpliwości, że owa rewolta w końcu się dokona, bo odbierał rozliczne sygnały mówiące mu, że ten „magiczny” proces już się rozpoczął. Można powiedzieć, że Robert Heinlein cierpliwie czekał, aż amerykańskie społeczeństwo dorośnie do „Obcego w obcym kraju”. Heinlein uważał, że odnaleźć się w tej powieści mogły tylko osoby wolne od uprzedzeń, jak to się mówi samodzielnie myślące. Autor „Obcego w obcym kraju” powiedział, że książka ta jest zaproszeniem do myślenia, a nie do wiary. Co prawda starannie wybrał (wyczekał) moment ukończenia/publikacji tego dzieła, ale już po samych skrajnie negatywnych reakcjach niemałej części ówczesnej amerykańskiej opinii publicznej, można wnosić, że troszkę się pośpieszył. Albo tak właśnie miało być – święte oburzenie stopniowo przechodzące w zrozumienie. Takie otwieranie oczu na Prawdę, przynajmniej z punktu widzenia Roberta A. Heinleina. Bo choć tezy, analizy, spostrzeżenia o świecie i człowieku zgromadzone w omawianej powieści dziś już raczej nikogo (może prawie nikogo) zaszokować nie mogą, to też nikogo nie powinno dziwić, że na początku lat 60-tych XX wieku, kiedy to wypuszczono pierwszą – krótszą – wersję „Obcego w obcym kraju”, historia ta u wielu odbiorców rozbudziła gniew, a nawet wstręt. Można powiedzieć, że Heinlein wykazał się niemałą odwagą wypuszczając z gniazda to odrażające ptaszysko. Tę moralną zgniliznę, którą zainfekował dumne, cnotliwe Stany Zjednoczone. I nie tylko. Dziś „Obcy w obcym kraju” bardziej uchodzi za zbiór powszechnie znanych prawd. Dla wielu, większości(?) obywateli tak zwanego Zachodniego Świata „oczywistych oczywistości”. Tak czy inaczej w tym arcydziele literatury science fiction Robert A. Heinlein z całą mocą unaocznił swoją nonkonformistyczną naturę. Nie po raz pierwszy i nie ostatni, ale to prawdopodobnie jego najbardziej osobisty utwór. Mniej więcej pięćset sześćdziesiąt stron (edycja wydawnictwa MAG z 2020 roku, w twardej oprawie z poruszającą grafiką na froncie autorstwa Dark Crayon i starannym tłumaczeniem Arkadiusza Nakoniecznika) obcowania z czystą, nieupiększoną prawdą o nas samych. Prawdą o niedoskonałym, ułomnym, strasznym świecie, jaki sobie ludzkość stworzyła. Świecie, którym rządzi pieniądz. O zakłamanych realiach, w których często z głupkowatym uśmiechem się obracamy. Tak nas zaprogramowano, byśmy nie kwestionowali ustalonego porządku świata. Nie doszukiwali się sensu w tym czy owym. Od kołyski aż po grób trwali z wyłączonym myśleniem, dbając o to, by kolejne pokolenia nie-myślały tak samo. Taką rzeczywistość zastaje człowiek wychowany w iście egzotycznej kulturze. Człowiek, który wzrastał wśród Marsjan. W cywilizacji pod każdym możliwym względem różniącej się od ziemskiej. Trudno nie doszukać się tutaj analogii do sytuacji ziemskich imigrantów/uchodźców, ludzi zderzających się z inną kulturą. Sytuacja Valentine'a Michaela Smitha, Człowieka z Marsa, jest jednak o tyle cięższa, że on w ogóle nie myśli po ludzku. Nie miał szans pojąć nawet podstaw ziemskiej cywilizacji. Ale wszystko wskazuje na to, że nie spocznie dopóki wszystkiego nie zgrokuje. Całej tej tak obcej dla niego planety, gdzie w istocie ma swoje korzenie.

Rząd, rzeczywiście! Pasożytnictwo wymieszane pół na pół z głupotą. […] Doskonale zdawał sobie sprawę, że człowiek jako istota społeczna jest skazany na akceptowanie różnego rodzaju rządów, podobnie jak każdy jest skazany na obcowanie ze swoimi wnętrznościami. Jednak fakt, że zło istnieje i że nie można go uniknąć, nie jest wystarczającym powodem, by zacząć uważać je za dobro! Nie miałby nic przeciwko temu, żeby cały ten rząd gdzieś sobie poszedł i przepadł na wieki.”

Doktor Jubal E. Harshaw. Wolny ptak, pod dach którego trafia nadzwyczaj zagubiony młodzieniec władający niezwykłymi mocami, które bez większego trudu opanował dzięki marsjańskiemu wychowaniu, to można powiedzieć literackie odbicie samego Roberta A. Heinleina. Odpowiednik autora, ale pewnie trochę podkoloryzowany, powiedzmy, pociągnięty trochę dalej. Kiedyś odnoszący sukcesy prawnik i znany aktor, ale od dłuższego czasu przede wszystkim pisarz. I to z rodzaju tych, co to rzadko opuszczają swoją małą przystań. Harshawa nie można jeszcze nazwać pustelnikiem, bo mieszka w swojej przestronnej posiadłości w Górach Pocono z paroma osobami, które dla niego pracują. Utrzymuje też kontakt ze światem zewnętrznym, ale najczęściej robi to bez wychodzenia z domu. Jubal woli żyć w swoim małym światku, gdzie do niczego nie musi się zmuszać. Robi tylko to, na co ma ochotę. Czyli niewiele ponad dyktowanie swoim sekretarkom, pełniącym również obowiązki pomocy domowej, utworów literackich przeznaczonych do druku. Jedni uznają tę barwną, niewątpliwie nieprzeciętnie inteligentną postać, za niepoprawnego pesymistę, a nawet zatwardziałego cynika. Inni natomiast nazwą go realistą. Nie będą mieć wątpliwości, że Jubal jest jednym z tych nielicznych osób, które widzą świat takim, jaki jest naprawdę. Niczego nie lukrują, ani nie demonizują. Prawdy, jakie przekazuje nam Jubal dla współczesnego czytelnika żadnym objawieniem zapewne nie będą. Co nie znaczy, że dzisiaj nie znajdzie się już nikt, kto przynajmniej w niektórych punktach nie podziela oglądu świata tego fascynującego bohatera. Z jednej strony to dobrze, że mimo swojego dość sędziwego wieku, publikacja ta nadal zachęca do polemiki. Nie zażartej kłótni, tylko rzeczowego, kulturalnego wymieniania się poglądami, chociaż... Powiedzmy, że niektóre zagadnienia nawet dziś mogą wywoływać ostre spory. Właściwie to wcale bym się nie zdziwiła, gdyby niektórzy śmiertelnie pogniewali się na Roberta A. Hainleina. Choćby za „ataki na religie”, „ataki na polityków”, „ataki na całą ludzkość”. Tak to można odebrać. Jeśli ma się przekonanie, że zinstytucjonalizowana religia nie ma nic wspólnego z trzepaniem mamony i/lub że polityka co do zasady polega na ułatwianiu nam wszystkim życia i to z czysto altruistyczny pobudek. I wreszcie, gdy darzy się bezkrytyczną miłością cały rodzaj ludzki. Nie będę wymieniać wszystkich obserwacji również naszej rzeczywistości (bo w sumie niewiele się zmieniło, w tematach, jakie Heinlein poruszył w „Obym w obcym kraju od czasu wydania tej książki), bo mnóstwo czasu, by to pochłonęło, a i tak nie zdołałabym streścić tego tak, by należycie naświetlić te wiecznie aktualne, na pozór może i banalne, ale tak naprawdę wybitnie ważkie myśli autora. Sztuka, technologia, wiara, nauka, seks, przemoc, konsumpcjonizm napędzany kolorowymi, przeważnie kłamliwymi reklamami, konformizm i nonkonformizm, współzawodnictwo, nieodparta potrzeba zagarniania dla siebie, jak największej władzy. Po trupach do celu. I wreszcie moralność. Czyli coś, co przyznaję trochę mi w głowie namieszało. Było to dla mnie dość świeże doznanie, raczej nowe doświadczenie. Dał mi Robert Heinlein materiał do przemyślenia. Nie chodzi o pruderię, czystą hipokryzję, ale proste zapytanie o sens tłumienia seksualności, życia w monogamii (choć nad tym jednym zdarzało mi się w bezsenne noce dumać), czy nawet ukrywania swojego boskiego ciała - „Tyś jest Bogiem” - pod ubraniami. Paleta interesujących, porządnie scharakteryzowanych i dość zróżnicowanych postaci. Łatwo przyswajalny, plastyczny język. Wciągająca, ożywiająca przeróżne emocje, fabuła i genialny w swojej prostocie pomysł wyjściowy. Zamiast tradycyjnego Obcego przybywającego na Ziemię, Heinlein daje nam Obcego, ale nie-Obcego. Człowieka (powtarzam: człowieka) z Marsa. I bawi, i niepokoi, i wzrusza. Trzyma w napięciu i zachwyca również swoją wizją przyszłości. Na marginesie: to Heinlein wymyślił łóżko wodne!

Obcy w obcym kraju”: zaproszenie Roberta A. Heinleina do myślenia. Nieprzyjmowania wszystkiego, co w istocie osobiście nas dotyczy, na wiarę. Nie dajmy sobą manipulować, nie pozwalajmy, by inni dyktowali nam, jak mamy żyć. Odwołajmy się do logiki, miast kultury, w jakiej wzrastaliśmy. Spróbujmy, a może odkryjemy lepszą drogą dla nas wszystkich. Osiągniemy wyższy poziom ewolucji. Osiągniemy samoświadomość (moce?), o jakiej dotychczas nawet nam się nie śniło. Między innymi takie przesłanie płynie z tej wielkiej książki. Chyba nie przesadzę mówiąc, że to pozycja obowiązkowa dla miłośników literatury fantastycznonaukowej. Kamień milowy w historii tego gatunku. Według mnie powieść lepsza nawet od - w Polsce chyba szerzej znanych - „Władców marionetek” tego samego autora. Zjawiskowa rzecz, i na tym ten wywód zakończę.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

piątek, 5 marca 2021

„Son” (2021)

 

Laura samotnie wychowuje ośmioletniego syna Davida. Pewnej nocy w pokoju pogrążonego we śnie chłopca, zastaje grupę ludzi. Wzywa pomoc, ale intruzi znikają. Policja nie znajduje żadnych śladów świadczących o włamaniu. Jeden z prowadzących tę sprawę detektywów podejrzewa, że Laurze się to przyśniło, ale jego partner, Paul, jest przeciwnego zdania. Początkowo nic nie wskazuje na to, że Davidowi stała się jakaś krzywda, ale niedługo po tym incydencie chłopiec zapada na tajemniczą chorobę. Aby ocalić swojego jedynego syna Laura będzie musiała zaryzykować utratę wszystkiego innego. Nawet swojej wolności.

Son”, irlandzko-amerykańsko-brytyjsko-singapurski horror nastrojowy z elementami gore, twórcy między innymi „The Canal” (2014), Ivana Kavanagha, powstał z inspiracji jego osobistymi doświadczeniami. Po wyjątkowo ciężkim porodzie jego pierwszego dziecka. W trakcie bardzo stresującego okresu, jaki nastąpił tuż po nim, Kavanagh przyglądał się, jak wykształca się niezwykła więź pomiędzy jego żoną i ich nowo narodzonym synem. Pierwotna więź, która według niego znacznie różni się od tej, jaka zwykle łączy dziecko i ojca. Artysta zaczął się wtedy zastanawiać nad tym, czy istnieje coś, czego kochająca matka nie zrobiłaby dla ochrony swojego potomstwa. Kavanagh, jak sam mówi, scenariusz „Son” pisał pomiędzy płaczem i karmieniem swojego pierwszego dziecka, taktując to jako swoistą terapię. Swoim zwyczajem wlał w tę opowieść własne (dręczące go w tamtym czasie) obawy. Lęki związane z rodzicielstwem.

Pochodzący z Irlandii filmowiec, Ivan Kavanagh, w światku horroru zasłynął za sprawą swojego wydanego w 2014 roku pełnometrażowego filmu pod tytułem „The Canal”, choć swoje pierwsze kroki w tym gatunku postawił już kilka lat wcześniej - „Tin Can Man” (2007). Główną rolę w swoim kolejnym horrorze zatytułowanym po prostu „Son”, Kavanagh powierzył Andi Matichak, która fanom kina grozy może się kojarzyć z „Halloween” Davida Gordona Greena i „Assimilate” Johna Murlowskiego, i która, moim zdaniem, ze swojego zadania wywiązała się praktycznie bezbłędnie. W tytułową postać wcielił się natomiast nieźle zapowiadający się młodociany aktor Luke David Blumm. A Emile Hirsch wykreował ostatnią ważniejszą postać, detektywa Paula, który stara się pomóc samotnej matce przypuszczalnie stanowiącej zagrożenie dla siebie i innych. W dużej mierze na fabułę „Son” składają się wielokrotnie już wykorzystywane w kinie grozy motywy. Wątki niewątpliwie znane wieloletnim miłośnikom gatunku, ale niekoniecznie w zbliżonej konfiguracji. Kavanagh w dość zdumiewający sposób łączy elementy, które na ekranie rzadko idą w parze i co ważniejsze, nie stwarza przy tym wrażenia niedopasowania, pomieszania z poplątaniem. Wszystko ładnie się skleja, choć gdyby zapytać mnie przed seansem „Son”, czy spodziewam się satysfakcjonującego efektu po takim miszmaszu, zapewne sceptycznie bym się na to zapatrywała. Do „Son” podeszłam bez takich uprzedzeń z tego prostego powodu, że miałam znikomą wiedzę na temat fabuły. W zasadzie wiedziałam tylko, że będzie to opowieść o matce, która wszelkimi sposobami stara się znaleźć sposób na ocalenie swojego jedynego dziecka. Chłopca, który nagle zapadł na niezidentyfikowaną chorobę. Akcja filmu zawiązuje się bardzo szybko. Kavanagh w niedługim wstępie wykreśla sytuację życiową czołowych postaci. Pokazuje szczęśliwy obrazek notabene niepełnej rodziny. Troskliwej matki, której bez widocznego trudu, udaje się godzić samotną opiekę nad synem z pracą. I nie tylko, bo grafik Laury jest szczelnie wypełniony zajęciami, których nie dzieli z synem, ośmioletnim Davidem. Ewidentnie najważniejszej osoby w jej życiu. Osoby, dla której, jak się okazuje, bez namysłu, zrezygnuje z wszystkiego, co przez ostatnie lata udało jej wypracować. Kavanagh dawkuje informacje o tej dwójce – na pogłębioną charakterystykę Laury i Davida będziemy musieli trochę poczekać, ale wierzcie mi już ten szczątkowy obraz otwierający „Son” wystarczył, bym zaskakująco mocno się do nich przywiązała. A niby nic jakoś znacząco odbiegającego od tradycyjnych modeli bohaterów horrorów o zjawiskach nadprzyrodzonych. Niby podobne osobowości ostatnimi czasy nader często goszczą w tego typu obrazach. Niby w pierwszej partii dostałam tylko ogólnikowe przedstawienie centralnych postaci tego całkiem mrocznego widowiska. Takie jakie najczęściej znajduję w mainstreamowych straszakach. Choć zważywszy na dużą i wciąż rosnącą popularność tak zwanej nowej fali kina grozy (wolniejsze narracje, skupienie na klimacie, nieśpiesznym, acz konsekwentnym budowaniu napięcia z niewielkim albo zerowym wspomaganiem wymyślnymi efektami komputerowymi i/lub prymitywnymi jump scenkami), mam wątpliwości, czy aby „skoczne straszaki” nieskąpiące przynajmniej w zamiarze przerażających dodatków, nadal winno się tak określać. Czy aby tak zwana nowa fala horroru nie wypchnęła już dynamicznych i bardziej efekciarskich pozycji z głównego nurtu? Rzecz do rozważania. Tak czy inaczej „Son” nie idzie za tymi, można powiedzieć, najnowszymi trendami w filmowym horrorze. Upraszając: to bardziej obraz w stylu „Obecności” Jamesa Wana niż „Coś za mną chodzi” Davida Roberta Mitchella. Według mnie mniej efektywny od „The Canal” tego samego reżysera, ale i tak się broniący. Uważam, jak najbardziej zasługujący na uwagę fanów gatunku. A już zwłaszcza tych, którzy są zdania, że horror rozpaczliwie potrzebuje zupełnie nowych motywów. Ivan Kavanagh w swoim „Son” pokazuje, że stare też może tchnąć świeżością. Trzeba tylko ruszyć głową. Nie zadowalać się półśrodkami. Mierzyć wyżej, a nie tyko chodzić po linii najmniejszego oporu. Tkwić w wypróbowanej, a więc względnie bezpiecznej strefie.

(źródło: https://www.pophorror.com/)
Akcja „Son” Ivana Kavanagha nabiera tempa z chwilą wprowadzenia tajemniczych intruzów. Jak już nadmieniłam nie będziemy musieli długo na to czekać. Jest noc. Laura jeszcze nie śpi. Nagle coś zwraca jej uwagę. Zakłada, że to David, ale gdy nie otrzymuje odpowiedzi na swoje zawołania, postanawia sprawdzić jego pokój. Otwiera drzwi i widzi grupę ludzi stłoczoną wokół łóżka, na którym bez przytomności leży jej półnagi syn. Milczących obcych z nieodgadnionymi, niewyrażającymi żadnych emocji obliczami zwróconymi w jej stronę. Dość upiorna chwila. I całkiem zagadkowa. Kim są ci ludzie? I czy w ogóle są? Laura w panice wybiega z domu i kieruje się prosto do zaprzyjaźnionej sąsiadki, starszej kobiety imieniem Susan, która zwykle zajmuje się Davidem pod nieobecność jego matki, i prosi ją o natychmiastowe wezwanie policji. W ten sposób „na scenę” wkracza detektyw Paul, który w przeciwieństwie do swojego partnera nie wierzy, że Laurze się to wszystko przyśniło. Zamierza bliżej przyjrzeć się tej sprawie i przy okazji zaopiekować się tą dwójką. Jest wprawdzie przekonany, że włamywacze nie wrócą, że z ich strony kobiecie i chłopcu nic już nie grozi, ale Laurze wyraźnie takiej pewności brakuje. Jest przerażona, potrzebuje wsparcia, przyjaciela, a może i kogoś więcej, kto pomoże jej odzyskać poczucie bezpieczeństwa. Prawdziwy koszmar ma jednak dopiero nadejść. Koszmar kochającej matki, która bezsilnie przygląda się swojemu umierającemu dziecku. W każdym razie wszystko wskazuje na to, że David już niedługo na zawsze ją opuści. Krótko po najściu na dom czołowych postaci, Ivan Kavanagh sięga po motyw tajemniczej choroby. Ośmioletni chłopiec skarży się na ból brzucha, chwilę potem zaczyna wymiotować krwią, a jego ciało pokrywa się niewątpliwie bardzo bolesnymi ranami, przypominającymi oparzenia. W międzyczasie będziemy przenosić się do świata marzeń sennych Laury. Koszmarów, które uważny widz może uznać za prorocze, ale z czasem bardziej palącą kwestią stanie się to, jakie przeszłe wydarzenia kryją się w tych niepokojących snach ofiary lub mimowolnej sprawczyni makabrycznych wydarzeń następujących później. Takich pokazów przemocy nie spodziewałabym się nawet po współczesnych rąbankach, a co dopiero propozycji, której bliżej do horroru nastrojowego. UWAGA SPOILER Pomimo, że Kavanagh chwyta się w „Son” motywu żywienia się ludzkim mięsem, tym razem nie przez pełnoprawnego człowieka tylko demona/pół demona. Jeśli dodamy do tego motyw tajemniczej choroby, wątek satanistycznej sekty i jeszcze negację przynajmniej dwóch ostatnich elementów tego scenariusza, czyli całkiem realną, wraz rozwojem fabuły w moich oczach coraz to bardziej się uprawdopodabniającą, możliwość, że tak naprawdę mamy do czynienia z nawrotem epizodów psychotycznych u pierwszoplanowej bohaterki. Kobiety, jak się okazuje, z traumatyczną, potworną przeszłością. Swoją drogą Kavanagh już na początku filmu umieścił wskazówkę odnośnie tego domniemanego przypadku chorobowego, ale zrobił to na tyle sprytnie, że nie obdarzyłam tego należytą uwagą. KONIEC SPOILERA Co naturalnie dodało jeszcze jedną nieprzewidzianą atrakcję do tego i tak już całkiem zaskakującego pościgu za prawdą i jednocześnie zaciętą walką o życie ośmioletniego chłopca. Bardzo możliwe, że niektórym widzom to umknie, ale twórcy przy budowie mrocznej atmosfery „Son” korzystali z obrazów zakupionych w sklepach ze starociami w stanie Missisipi, gdzie między innymi powstawały zdjęcia „Son” (jego reżyser i scenarzysta uznał, że właśnie ten stan jest najbardziej przesiąknięty folkową atmosferą swoistego rozkładu, na której, ze względu na obraną tematykę, bardzo mu zależało). Można tego nie zauważyć, bo oko kamery zwykle rejestruje je w tle. Wówczas, gdy uwagę widza w całości ma pochłaniać co innego. Wyjątkiem jest białe płótno pochlapane czerwoną farbą, co wygląda jak fragment wyrwany z miejsca zbrodni. W scenach gore nie przekonała mnie substancja służąca za krew. Przez swoją jaskrawą barwę. Ale praktyczne efekty specjalne imitujące okrutnie potraktowane ludzkie ciała to już, uważam, kawał naprawdę solidnej roboty. Efekty „buu!” też są, ale nie miałam poczucia dosłownego przeładowania nimi tej opowieści. Żadna z zaprezentowanych jump scenek o szybsze bicie serca mnie nie przyprawiła, ale muszę pochwalić udźwiękowienie – wprawiające w lekki dyskomfort, zgrzytliwe tony. I dosyć upiorny obrazek chłopca pojawiającego się z nagła w kadrze podczas jednego z koszmarnych snów Laury. Chłopca, który szeroko rozdziawia buźkę i... Ładnie skręcone. Nie jestem tylko przekonana co do finału. Niby powinnam się tego spodziewać, ale jakoś nie pomyślałam, więc zaskoczenie było. I był jeszcze jeden smaczek. Coś, co niektórzy mogą potraktować jak „słodziutką” wisienkę na tym wielopiętrowym torcie. Ale ja chyba wolałabym bez tego epilogu.

Tym oto sposobem irlandzki filmowiec, Ivan Kavanagh, utwierdził mnie w przekonaniu, że horror to jego naturalne gniazdo. Ten gatunek jest mu przeznaczony. Tutaj może tworzyć rzeczy... wielkie? No dobrze, bez przesady. Niech będzie, że rzeczy, które wielu będą się podobać. „Son” w moich oczach nie dorasta do poziomu poprzedniego horroru tego uzdolnionego pana, ale i tak pozostaje jednym z ciekawszych straszaków, jaki w ostatnim czasie obejrzałam. Jednym z bardziej zajmujących. W moim odbiorze zadowalająco klimatyczne, całkiem emocjonujące dziełko. Dziełko doprawione – niezbyt obficie - dość śmiałą, jak na standardy współczesnego kina grozy, krwawą makabrą. I wreszcie dziełko, które w zaskakujący, dobrze pomyślany sposób, odświeża/reinterpretuje sprawdzone motywy. I już nie wydają się tak skostniałe, tak zniechęcająco ograne.

środa, 3 marca 2021

„Dom znoju i łez” (2018)

 

Starsza kobieta, która jakoby doświadcza objawień maryjnych gromadzi wokół siebie, w zaniedbanej, po spartańsku urządzonej budowli, grupę całkowicie posłusznych wyznawców. Jedynie młoda kobieta imieniem Sophie waży się regularnie łamać niektóre z twardych zasad przywódczyni sekty. W obawie przed karą zazwyczaj stara się jednak robić to bardzo dyskretnie. Duchowa przewodniczka rządzi bowiem żelazną ręką. Każdą niesubordynację, tak w słowach, jak w czynach, spotyka sroga kara. Droga do zbawienia też jest bolesna. Przywódczyni sekty wierzy, że cierpienie przybliża bogobojnych ludzi do Boga, że umartwianie jest konieczne, jeśli chce się dostąpić Jego łaski. Wkrótce w jej skromnych progach zawita jednak ktoś, kto ma zgoła odmienne podeście do wiary. I zagrozi pozycji kobiety utrzymującej, że została wyróżniona przez samą Matkę Boską.

Hiszpański thriller psychologiczny (częściej klasyfikowany jako horror nastrojowy), „Casa de sudor y lágrimas” (pol. „Dom znoju i łez”, międzynarodowy: „House of Sweat and Tears”) w reżyserii i na podstawie scenariusza Sonii Escolano powstał z inspiracji autentyczną historią Luz Amparo Cuevas Arteseros nazywanej El Escorial seer. Hiszpańskiej zagorzałej katoliczki, która po ogłoszeniu, że objawiła jej się Matka Boska - 14 czerwca 1981 roku w El Escorial - zgromadziła wokół siebie grupę bezgranicznie oddanych wyznawców. Ludzie z różnych stron świata ściągali do miejsca, w którym Amparo, wedle jej własnych słów, ukazała się Matka Boska. Sprawa wywołała dość spore kontrowersje. Amparo zmarła w 2012 roku. Pochowano ją w miejscu, w którym podobno objawiła jej się Matka Boska, gdzie wzniesiono kapliczkę mającą upamiętniać to cudowne doświadczenie. Objawienia Luz Amparo oficjalnie nie zostały jeszcze uznane przez Kościół katolicki. „Dom znoju i łez” Sonii Escolano był nominowany do nagrody Best Fantastic Feature na Fantastic Fest i uznany za najlepszy film fabularny listopadowej edycji 2018 FIFFLONDON. Został również uhonorowany Oniros Film Award.

Oficjalne plakaty „Casa de sudor y lágrimas” raczej nie zachęcają do sięgnięcia po ten obraz. Mnie osobiście kazały się przygotować na nieudolnie zrealizowane, ekstremalnie niskobudżetowe filmidło. Przeczucie graniczące z pewnością, że „Dom znoju i łez” nakręcono za bardzo małe pieniądze, samo w sobie tak naprawdę przyciągało mnie do tej produkcji. Miałam za to poważane wątpliwości, czy Sonia Escolano i jej ekipa potrafili przekuć to na korzyść swojego przedsięwzięcia. W szeroko pojętym kinie grozy z łatwością można odnaleźć pozycje, które pokazują, że wyższe nakłady pieniężne wcale nie są tutaj niezbędne, że można stworzyć solidny horror czy thriller za tak zwane grosze. To według mnie jest największą sztuką – zrobienie czegoś z prawie niczego. Widać, że „Dom znoju i łez” Sonii Escolano pokaźnej gotówki nie skonsumował. Widać też, że ekipa nie znalazła sposobu na tę, bądź co bądź, przeszkodę. W każdym razie w moich oczach prezentacja ta, ogólnie rzecz biorąc, wypadła dość sztucznie. Trochę jak w podrzędnym teatrzyku, który jednak miał niebywałe szczęście do scenografów. Scena obiecująco udekorowana, ale już reżyseria, scenariusz i występy aktorów mogą okazać się nie do zniesienia przynajmniej dla osób, którzy oczekują zachowywania wysokiej wiarygodności we wszystkich odgrywanych scenkach. Nie że przez cały czas trwania „Domu znoju i łez” czułam się, jakbym dryfowała w oparach sztuczności. Z tego stanu wytrącały mnie choćby nocne wędrówki Sophie po rozpaczliwie wymagającej remontu, na swój sposób odpychającej, klaustrofobicznej budowli. Obdrapane ściany, wyraźnie zawilgocone, brudne, zimne, skromnie umeblowane pomieszczenia, gdzie mrok rozpraszają na przykład świece – obiekt nie jest podłączony do sieci elektrycznej najpewniej dlatego że sekta zaanektowała sobie nieużytek przypuszczalnie przeznaczony do rozbiórki. Muszę przyznać, że filmowcom udało się stworzyć naprawdę nośny klimat dla tej historii - mroczny, ponury, ciasny, a nawet brudny – na co jednak w głównej mierze, moim zdaniem, zapracowało miejsce akcji. Mniej, co oczywiście nie znaczy, że wcale. oświetleniowcy i operatorzy. Ścieżki dźwiękowej właściwie nie zarejestrowałam (była jakaś?), a montaż nierzadko działał wyjątkowo drażniąco. Gwałtowne cięcie, zaciemnienie, po czym wskok w inną sytuację. Gdzie zdecydowana większość to w zasadzie obrazki z dnia codziennego w obskurnej siedzibie niezbyt licznej sekty pod przewodnictwem starszej kobiety, której podobno objawia się Matka Boska. Jako że sprawuje owa totalitarne, zamordystyczne rządy w tym zgromadzeniu, jako że jest zwolenniczką teorii, że cierpienie zbliża do Najwyższego, trochę, powiedzmy, mocniejszych akcentów w „Domu znoju i łez” się przewija, ale nie mogę oprzeć się poczuciu, że jakieś siedemdziesiąt-osiemdziesiąt procent scenariusza zajmują natchnione monologi i dialogi, gadanie i gadanie, i gadanie na tematy wiary (można było to okroić bez żadnej szkody dla fabuły, a zapewne z korzyścią dla ludzi, którzy nie miłują się w długich teologicznych dysputach i na dobrą sprawę wpadających w monotonię, niby w kółko powtarzanych naukach „boskich wybrańców”) oraz niemiłosiernie porozciągane w czasie, unaoczniane z przesadną drobiazgowością różnego rodzaju obrządki, rytuały (sekciarskie czary-mary) i takie pospolite zajęcia, jak na przykład praca w ogrodzie, czy przyrządzanie i spożywanie posiłków.

(źródło: https://www.imdb.com/)
Najpoważniejszą kandydatką na główną bohaterkę „Domu znoju i łez” Sonii Escolano jest Sophie, w którą w nieprzekonującym mnie stylu wcieliła się początkująca aktorka, Coline Charvin. Tylko kandydatką, bo łatwo też dojść do wniosku, że film ten nie ma protagonisty. Ciężar scenariusza tego wątpliwej jakości spektaklu, jest porozkładany na różne osoby wchodzące w skład sekty, której lideruje dość mocno posunięta w latach, schorowana kobieta, potencjalny czarny charakter. I jest jedyna kreacja – w wykonaniu Alziry Gómez – co do której żadnych zastrzeżeń nie mam. Abstrahując oczywiście od wkładu scenarzystki – solidny warsztat aktorski dla niezręcznie prowadzonej przez Sonię Escolano postaci. To samo zresztą można powiedzieć o owieczkach staruszki, której jakoby objawia się Najświętsza Panienka. I to rzekomo Ona pokazuje jej drogę do zbawienia nieśmiertelnej duszy. Tą bezcenną wiedzą „poczciwa kobiecina” ochoczo dzieli się z pozostałymi członkami sektami. Młodymi i starszymi ludźmi, których najwyraźniej bezgranicznym, ślepym zaufanie już od dłuższego czasu się cieszy. Ona każe, oni robią. Bez dyskusji, bez ociągania się. Władza absolutna. Niekoniecznie jednak krytyka takiego podejścia do wiary... Chcę przez to powiedzieć tylko tyle, że nie znalazłam w „Domu znoju i łez” wyczerpującej i konsekwentnej analizy prania mózgów z wykorzystaniem zrozumiałych potrzeb natury duchowej. Podporządkowywania sobie podatnych na manipulację, zagubionych jednostek za pomocą religii, w tym przypadku chrześcijańskiej. Mamienia bliźnich obietnicami dostąpienia łaski pańskiej, wkroczenia do Królestwa Niebieskiego tylko po to, by uczynić ich swoimi niewolnikami. Zainspirowana autentyczną postacią Luz Amparo Cuevas Arteseros, niepełnosprawna przywódczyni duchowa w „Domu znoju i łez” nie wygląda na osobę, która z premedytacją oszukuje swoje owieczki. Nie wygląda na taką, która wszystko to czyni z myślą o własnych potrzebach. Wiele wskazuje na to, że święcie wierzy w swoje nauki. Wierzy, że wskazano jej drogę do serca raczej starotestamentowego Boga, drogę, którą ma pokazać też innym. W „Dom znoju i łez” Sonii Escolano odnajdziemy coś w rodzaju polemiki pomiędzy naukami Starego i Nowego Testamentu Pisma Świętego. Starotestamentowego Boga i Jezusa Chrystusa. Co dla mnie stanowiło dość nieoczekiwaną atrakcję. Niewielką, ale zawsze. Na plus odnotowuję też wymowne, prowadzące do niespodziewanego wniosku i co jeszcze lepsze nieprzesądzające sprawy, ostatnie ujęcie wtłoczone w napisy końcowe oraz niektóre fizyczne niewygody, właściwie rany zadawane nieopierającym się, rzecz jasna, owieczką. W sumie najbardziej zadziałała na mnie wizualnie bezkrwawa, ale pobudzająca wyobraźnię, wstępna scenka ze szkłem. A najmniej bicie po twarzy kobiety, która zgrzeszyła mową – doskonale widać, że uderzenia są tylko symulowane, bo po amatorsku sfilmowane. Trochę krwi w „Domu znoju i łez” wprawdzie wycieka, ale radzę nie nastawiać się na jakiś wielki pokaz fizycznej przemocy. Twórcy chyba bardziej skłaniali się ku sferze psychicznej. Ale to raczej miałki thriller psychologiczny. Z odrobinką gore. Dość klimatyczny dreszczowiec, ale niewystarczająco pogłębiony. Poruszający dość istotne kwestie. Ale motyw tak naprawdę już sprawdzony. Na dobrą sprawę w ogólnym zarysie temat ten wielokrotnie już na ekranie wałkowano. Powiem więcej: nie przypominam sobie tak męczącej filmowej przeprawy przez żywot jakiejś sekty. „Domu znoju łez” to opowieść uparcie prowadzona w sposób niesprzyjający podtrzymywaniu przynajmniej mojego zainteresowania. Pozorna bezcelowość akcji, warunkowana głównie narracyjnym rozgardiaszem – skoczymy tu, skoczymy tam, a potem jeszcze gdzie indziej i nieważne, że to nie bardzo się klei. Ktoś na przykład może się zastanawiać, gdzie i przede wszystkim w jakim celu garstka wyróżnionych owieczek starszej pani w tych zwracających uwagę białych maskach, się od czasy do czasu wypuszczała. UWAGA SPOILER Albo dlaczego mężczyzna podający się za Jezusa Chrystusa pytał o Emmę? Dlaczego szukał tej nieszczęsnej niewiasty? KONIEC SPOILERA Zamierzone niedopowiedzenia, tj. zostawienie obszaru na osobistą interpretację każdego widza? Może i tak, ale ja odebrałam to jako wielgachne dziury w scenariuszu. Trza było jakoś inaczej to podać, bo tak to wygląda, jakby się Escolano co nieco pozapominało.

Drugi pełnometrażowy obraz, a pierwszy samodzielny, Hiszpanki Sonii Escolano, „Casa de sudor y lágrimas” (pol. „Domu znoju i łez”), według mnie thriller psychologiczny, ale oficjalnie sklasyfikowany jako horror nastrojowy, ewentualnie zmiksowany z dramatem. Horror nastrojowy. Mroczny, posępny, klaustrofobiczny, a nawet brudny klimat, na pewno jest. Inna sprawa, czy będzie to w jakimś większym stopniu oddziaływało na odbiorców tej historii. Bo sama historia... jest trudna. Trudno się to ogląda i bynajmniej nie jest to komplement. To znaczy ja wolałabym bardziej zrównoważoną, nie tak nielinearną narrację. Też trochę więcej treści i zdecydowanie silniejszą koncentrację na postaciach. Niechże chociaż jednej. Swoje momenty miał, ale za mało bym nie żałowała tego wyboru. Po prostu czuję, że zmarnowałam czas.

poniedziałek, 1 marca 2021

Dolores Redondo „Niewidzialny strażnik”

 

W małym hiszpańskim miasteczku Elizondo położonym w dolinie Baztán, grasuje seryjny morderca, który na cel obiera nastoletnie dziewczyny. Sprawa zostaje powierzona pochodzącej z tych stron, obecnie mieszkającej w Pampelunie, inspektor z wydziału zabójstw Policji Regionalnej Nawarry Amai Salazar. Na czas trwania śledztwa kobieta postanawia zatrzymać się w domu mieszkającej w Elizondo ciotki Engrasi, a jej mąż, znany rzeźbiarz amerykańskiego pochodzenia, James, decyduje się jej towarzyszyć. W miasteczku szerzy się przekonanie, że za zabójstwa odpowiedzialny jest basajaun, leśny strażnik wywodzący się z mitologii baskijskiej, a Amaia i jej zespół śledczy w oparciu o dowody, nie mogą wykluczyć tej teorii. Poza mierzeniem się z niezwykle trudną, stresującą sprawą, Amaia zmaga się z traumatycznymi wspomnianymi związanymi z Elizondo. Powrót do rodzinnego miasteczka budzi od dawna uśpione demony, z którymi Amaia będzie musiała wreszcie się skonfrontować, aby zwiększyć szanse na rozwiązanie najtrudniejszej sprawy w całej swojej dotychczasowej karierze policyjnej.

Hiszpańska pisarka, Dolores Redondo, miłośniczka prozy między innymi Agathy Christie, Petera Strauba, Thomasa Harrisa, Stiega Larssona i Alicii Giménez-Bartlett, zaczynała od pisania opowiadań dla starszych i młodszych czytelników. Jej pierwsza powieść, „Los privilegios del ángel”, ukazała się w roku 2009 roku, ale nie zyskała wielkiego rozgłosu. Międzynarodową sławę przyniósł jej kolejny projekt, literacka trylogia kryminalna Baztán, w skład której weszły „Niewidzialny strażnik” (oryg. „El guardián invisible”), „Świadectwo kości” (oryg. „Legado en los huesos”) i „Ofiara dla burzy” (oryg. „Ofrenda a la tormenta”). Potem Redondo dopisała też prequel, pierwotnie wydaną w 2019 roku powieść „La cara norte del corazón”, która w Polsce ukazała się pod tytułem „Kształt serca”. „Niewidzialny strażnik” był nominowany do CWA Dagger Award, a przez hiszpański dziennik „La Vanguardia” został okrzyknięty najlepszą powieścią kryminalną roku 2013. Na ten rok przypadło pierwsze światowe (polskie też) papierowe wydanie „El guardián invisible”, ale w wersji elektronicznej powieść wyszła już w roku 2012. W 2017 roku swoją premierę miał film oparty na tym utworze – pod tym samym tytułem - wyreżyserowany przez Fernando Gonzáleza Molinę, który przeniósł też na ekran drugą i trzecią odsłonę Trylogii Baztán: odpowiednio w latach 2019 i 2020.

Dolores Redondo od dawna jest zapaloną czytelniczką kryminałów, brakowało jej jednak takich utworów opartych na motywie policyjnego śledztwa, w które przynajmniej jeden ze śledczych byłby w jakimś większym stopniu osobiście zaangażowany. I takich, które przedstawiałyby historyczne bogactwo wybranego regionu geograficznego. I jeszcze kwestia zaszłości – mniej i bardziej odległych w czasie wydarzeń, które w jakiś sposób rzutowałyby na umowną teraźniejszość. Elizondo, miasteczko leżące w dolinie Baztán, niewielka miejscowość, w którym toczy się akcja omawianej książki, znajduje się dość blisko miejsca, w którym dorastała Dolores Redondo. Dobrze więc znała tę malowniczą okolicę, gdzie wciąż dopuszcza się wiarę w istnienie mitologicznych stworzeń, rzucanie złych uroków i inny niezwykłych zdolności. Podobnie jak później uczyniła jej rodaczka, Eva García Sáenz de Urturi w swojej Trylogii Białego Miasta, Redondo nadała miejscu akcji mistyczną otoczkę. Poszła nawet o krok dalej – swoją kryminalną intrygę wzbogaciła o potencjalne elementy nadprzyrodzone. Niektóre przeżycia inspektor Amai Salazar, przynajmniej przez jakiś czas, każe nam przyjmować jako zdarzenia magiczne. Daje nam jasno do rozumienia, że w Elizondo zaciera się granica pomiędzy tym co realne a tym co fantastyczne. W twardą rzeczywistość coraz śmielej wkraczają różnego rodzaju pierwiastki, które przypuszczalnie nie przynależą do naszego świata. Kraj Basków w „Niewidzialnym strażniku” ukazuje się w dwóch wymiarach: przyziemnym i mitologicznym. Realizm zderza się w świecie przedstawionym przez Dolores Redondo z niezwyczajnym. Kryminał, ale moim zdaniem również thriller psychologiczny spotyka się z fantasy. W każdym razie takie wrażenie powinno nam towarzyszyć do czasu spodziewanego rozjaśnienia sytuacji przez Dolores Redondo, naszą profesjonalną przewodniczkę po przepięknym, ale i mrocznym, może nawet autentycznie przeklętym, obłożonym straszną klątwą, hiszpańskim Elizondo. Małym miasteczku, w którym wychowała się główna bohaterka Trylogii Baztán oraz jej prequela, i z którego nie bez solidnych powodów uciekła, gdy tylko nadarzyła się ku temu okazja. Inspektor z wydziału zabójstw Policji Regionalnej Nawarry, Amaia Salazar, od lat mieszka w Pampelunie wraz ze swoim troskliwym, bezgranicznie jej oddanym mężem Jamesem, cenionym rzeźbiarzem amerykańskiego pochodzenia. Dawno temu pogrzebała potworne wspomnienia ze swoich rodzinnych stron. Teraz jednak ma poprowadzić sprawę seryjnych mordów dokonywanych na terenie Elizondo. Ofiarami są nastoletnie miejscowe dziewczęta, których obnażone, ponad wszelką wątpliwość upozowane ciała, sprawca zostawia w miejscach poniekąd otwartych, niejako na widoku. Jego podpisem jest regionalny przysmak, ciasteczko txantxigorri, które swoją drogą Redondo przy okazji wypromowała poza granicami Nawarry. Wcześniej poza tym regionem wypiek ów był zdecydowanie słabiej znany. Umowna teraźniejszość w „Niewidzialnym strażniku” poprzetykana jest niezbyt obszernymi, ale wielce wymownymi powrotami do przeszłości. Obszar retrospektywny otwiera się dla nas w roku 1989. Powroty te oczywiście dotyczą czołowej postaci, Amai Salazar. Redondo stopniowo odkrywa wstrząsającą przeszłość bohaterki. Niezwykle ciężkie przeżycia małej, potem już nastoletniej, niewinnej, bezbronnej dziewczynki, które, myślę, skruszą nawet najtwardsze serca. Autorka „Niewidzialnego strażnika” bezlitośnie odsłania przed nami obraz straszliwie skrzywdzonego dziecka. I to przez osobę, od której miało prawo oczekiwać miłości. Amaia dostała od losu nieporównanie gorszą karty niż jej starsze siostry, Flora i Rosaura 'Ros'. One zostały w Elizondo i przejęły fabrykę ze słodyczami funkcjonującą pod nazwą Mantecadas Salazar. Wytwórnię od pokoleń prowadzoną przez ich rodzinę, która pod rządami Flory zyskała niespotykaną dotąd renomę. Relacja sióstr Salazar też odegra swoją rolę w tej historii. Dolores Redondo w zasadzie poświęci sporo miejsca wszystkim najbliższym krewnym głównej bohaterki: siostrom i posuniętej już w latach ciotce o imieniu Engrasi. Bo jak już dałam do zrozumienia „Niewidzialny strażnik” to nie tylko szczegółowy portret policyjnego śledztwa w sprawie tajemniczego seryjnego mordercy nazywanego basajaunem - właściwie to w Elizondo panuje przekonanie, że sprawcą naprawdę jest Pan Lasu, olbrzym wywodzący się z baskijskiej mitologii – ale również dogłębna analiza psychologiczna, studium umysłu, w którym po wielu latach budzą się szkaradne demony przeszłości. Okropne wspomnienia nadzwyczaj interesującej, mającej w sobie jakąś wielce zastanawiającą energię, tajemną moc(?), bohaterki, która chyba na trwałe zapisała się już w dziejach literackiego kryminału. Tak czy inaczej pewnym kultem zdążyła już obrosnąć, ta nasza Amaia Salazar.

Myślę, że na oszałamiający sukces Trylogii Baztán - ponad milion sprzedanych egzemplarzy, przetłumaczona na trzydzieści języków – w największej mierze zapracowała wyjątkowa aura, jaką udało się wypracować Dolores Redondo. Właściwie to cała ta ścieżka, na jaką w „Niewidzialnym strażniku” wkroczyła owa hiszpańska pisarka (czy na niej została dopiero się zobaczy, bo kolejne części dopiero przede mną), cały ten świat przedstawiony, zasadniczo różni się od tych, do których przeważnie wciągają nas autorzy kryminałów. Starannie wykreślona płaszczyzna psychologiczna, która nie kończy się na głównej bohaterce, choć naturalnie na Amai Salazar Redondo koncentruje się najsilniej, to jedno. Ale w sumie literatura kryminalna zna już podobne przypadki – swoiste połączenia rasowego kryminału z dreszczowcem psychologicznym. Za przykład niech posłużą powieści o Hannibalu Lecterze (przynajmniej „Czerwony smok” i „Milczenie owiec”) pióra Thomasa Harrisa, który notabene należy do grona ulubionych pisarzy Dolores Redondo. Gdyby autorka „Niewidzialnego strażnika” na tym poprzestała to podejrzewam, że nie odznaczyłaby się tak wyraziście na tle współczesnej literatury kryminalnej. Tym, co odróżnia tę pozycję od całej masy powieści opartych na motywie policyjnego śledztwa, a ściślej utworów z półki serial killer, jest czysta magia, jaką autorka tchnęła w tę opowieść. Bez względu na to, do jakich wniosków ostatecznie Redondo nas doprowadzi (jeśli w ogóle, bo nie można mieć pewności, że już w pierwszej odsłonie Trylogii Baztán rozwieje wszelkie tajemnice, z jakimi „na naszych oczach” zderzają się postacie tej książki), przynajmniej do ostatniej, teoretycznie rozstrzygającej partii, trzyma nas nie tyle w niepewności co do istnienia nadnaturalnego, ile wręcz w przekonaniu, że w Elizondo żyją ludzie, którzy faktycznie mają za sobą jakieś niezwyczajne przeżycia. Którzy na własne oczy widzieli mitologicznego strażnika lasu, którzy zetknęli się z najprawdziwszymi czarownicami. Wierzą, że tutejsze lasy od czasu do czasu nawiedza pewne żeńskie bóstwo, wierzą w złe uroki, wierzą w coś w rodzaju szóstego zmysłu, wierzą w moc kart tarota. I czytelnik zapewne też uwierzy. W każdym razie przyjmie, że świat przedstawiony w „Niewidzialnym strażniku” składa się także z elementów, których oczekuje się od literatury fantastycznej (fantasy, powiedziałabym nawet, że w lekkim skłonie ku dark fantasy), nie zaś kryminałów czy thrillerów psychologicznych. Sięgając po powieść opowiadającą o policjantach niestrudzenie starających się rozwiązać sprawę bestialskich mordów dokonywanych na młodych dziewczętach, raczej nie szykujemy się na spotkania z mitologicznymi stworzeniami, służebnicami Szatana, tj. autentycznymi wiedźmami, czy protagonistami obdarzonymi jakimiś nadzwyczajnymi zdolnościami. Dolores Redondo sprawiła, że czułam się trochę jak na pograniczu dwóch światów. Im głębiej wchodziłam w tę lekturę, tym większą pewność miałam, że Redondo porusza się po właściwie dwóch gatunkach (kryminał i thriller psychologiczny) na swój własny sposób, że trzyma się swojej ścieżki nie bacząc na ryzyko. Bo jakby nie patrzeć miłośnicy literatury kryminalnej, a więc to grono osób, w które nie mam wątpliwości przede wszystkim tą publikacją celowała, zwykle liczą na może i brutalne, ale na pewno nie tak baśniowe klimaty, jak ten tutaj. I proszę, ilu się zakochało w tej na swój sposób śmiałej wizji Dolores Redondo. W tych szczegółowo rozpisanych, mrocznych twardych realiach, zręcznie koloryzowanych... czymś przynajmniej na pozór pochodzącym ze świata magii i czarodziejstwa. Folklor, historia (na przykład pewne czarne karty w dziejach chrześcijaństwa), naturalne piękno i miła dla oka architektura. Pomysłowe modus operandi seryjnego mordercy grasującego w Elizondo, dosyć zawiła intryga (choć tożsamość sprawcy może się okazać przewidywalna), zadowalająco scharakteryzowane, interesujące postaci, a w przypadku Amai Salazar wręcz porywająco... No aż nie chce się wychodzić z tego oszałamiającego świata przedstawionego, w którym rozpanoszyło się Zło.

Wiem, że jestem w ogonie jeśli chodzi o cykl Baztán stworzony przez hiszpańską autorkę Dolores Redondo. Podczas gdy ja mam za sobą dopiero, trzeba zaznaczyć, wyśmienitą przygodę z „Niewidzialnym strażnikiem”, a więc pierwszą odsłonę głośnej trylogii (która doczekała się też swojego prequela) ze światowej sławy inspektor Amaią Salazar, cała rzesza ludzi z wielu krajów świata, zna już całość. Ale zapewne ostało się jeszcze trochę takich maruderów jak ja. Osób, którzy choć cenią sobie literaturę kryminalną i/lub powieściowe thrillery psychologiczne i/lub utwory utrzymane w bardziej magicznych, mistycznych klimatach, nie mieli jeszcze okazji albo po prostu nie mieli apetytu na to bestsellerowe czterotomowe osiągnięcie Dolores Redondo. Do nich kieruję te słowa: dajcie, proszę, szansę „Niewidzialnemu strażnikowi”, bo prawie na pewno nie pożałujecie i prawie na pewno na tym jednym etapie Wasza wyprawa do doliny Baztán pod przewodnictwem tej hiszpańskiej pisarki, się nie skończy.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu


niedziela, 28 lutego 2021

Obiecujące zapowiedzi wydawnictwa Albatros

 
Stephen King „Później”


Tylko umarli nie mają sekretów.

Jamie od najmłodszych lat widuje zmarłych. I nie przypomina to tego, co znamy ze słynnego filmu z Bruce’em Willisem. Jamie może zobaczyć to, czego nikt inny nie widzi, i poznać sekrety, których nikt inny nie zna. Ale cena, jaką musi płacić za swoje nadnaturalne zdolności, jest bardzo wysoka. O czym doskonale wie matka Jamiego, która namawiała go, aby nikomu nie mówił, co potrafi. Taki dar nie może długo jednak pozostać niezauważony. I Jamie wkrótce będzie musiał pomagać nowojorskiej policji w śledztwie w sprawie, w której pewien morderca groził uderzeniem zza grobu.

Czasami dorastać znaczy stanąć twarzą w twarz z prześladującymi cię demonami.

Później”, najnowsza powieść Stephena Kinga, to horror w najlepszym wydaniu – przerażający i poruszający. To także historia o straconej niewinności i konieczności wyborów między dobrem a złem. Uważny czytelnik znajdzie w niej echa jednej z najsławniejszych powieści Kinga – TO – i odpowiedź na pytanie, co trzeba zrobić, aby stawić czoło złu we wszystkich jego postaciach.

Masz ochotę na dreszcz emocji, ale nie masz czasu na czytanie 1000-stronicowej powieści? To idealna lektura przed snem. Tylko nie myśl, że później zaśniesz…"

Kirkus Reviews

Zabawna i świeża lektura ze znakomitą historią, która udowadnia, że King słusznie jest nazywany literacką legendą."

AARP Magazine”

Polska premiera: 10 marca 2021

 

Joe Hill „Pudełko w kształcie serca” (wznowienie)

Książka uhonorowana nagrodami Bram Stoker Award i Locus Award.

Według magazynu „Publishers Weekly” jedna z najlepszych książek 2007 roku

Debiutancka powieść Joego Hilla, która otworzyła mu drzwi do sukcesu w świecie horroru!

Książka kucharska dla kanibali, pętla, na której zawisł samobójca, film, z zapisem morderstwa…

Jude Coyne, starzejąca się gwiazda rocka, ma naprawdę imponującą kolekcję makabrycznych przedmiotów. Ale żadna z nich nie jest tak kusząca jak posiadanie prawdziwego ducha.

Nic dziwnego, że Jude nie może się oprzeć ogłoszeniu w internecie: „Sprzedam ducha mojego ojczyma temu, kto da najwięcej”. Za tysiąc dolarów staje się właścicielem garnituru nieboszczyka, złożonego starannie w czarnym pudle.   
Jude radził sobie w życiu z różnymi demonami: z agresywnym ojcem, kochankami, kolegami z zespołu… Ale kiedy otwiera pudełko w kształcie serca, w którym przywieziono garnitur, uwalnia coś o wiele bardziej namacalnego niż widma z jego przeszłości. I o wiele groźniejszego…

Dzika, oczarowująca i perwersyjnie zabawna. Ta książka to prawdziwa walentynka z piekła."
„New York Times”

Pudełko w kształcie serca to miks powieści psychologicznej i horroru. Wspaniały, chwytający za gardło i świetnie napisany."
„Denver Post”

Książka ponura i mrożąca krew żyłach, tak jak ponury i mrożący krew w żyłach może być telefon od starego znajomego, który dawno temu umarł…"
„Entertainment Weekly”

Zaskakująca i świeża powieść o duchach. Hill znalazł dla siebie własne miejsce jako autor horrorów."
„Chicago Tribune”

Polskie wznowienie: 10 marca 2021

 

Źródło: https://www.wydawnictwoalbatros.com/