Stronki na blogu

wtorek, 13 lipca 2021

Alan Jones Diabeł x2

 
Dwie minipowieści o tematyce diabelskiej od polskiego autora dopiero wchodzącego na rynek literacki Alana Jonesa, wydane przez Ridero.
 

Diabelskie historie”

Diabelskie historie są okraszone makabrą, satyrą i rozpustą. Na ostatnim Zebraniu Diabłów określono zadania na najbliższy czas, czyli zahamowanie rozwoju technologii i powrotu do czasów ciemności. Jest to diabelnie zabawna, pełna perwersji, krwawych zawrotów głowy, opowieść, o tak ważnych sprawach, jak równowaga Zła i mniejszego Zła. Natomiast historia - Narodziny Diabła i Upadły Anioł, pokazują jak to wszystko się zaczęło. Kto zapoczątkował ten proces i jak przemycił na nasz ziemski grunt.

https://ridero.eu/pl/books/diabelskie_historie/

 

Wrota Piekieł”

Wrota Piekieł to horror przygodowy w piekielnie soczysto, humorystycznym wydaniu. Pewien Diabeł i jego przyjaciółka Vera, która jest robotem, oraz zwykły facet zamieniony w Kruka, przemierzają Piekło, które wygląda zupełnie inaczej, niż można się spodziewać. Spotkania z nieczystymi bestiami spowodują kołatanie przedsionków i pozwolą rozerwać się szatańsko. Autor zdaje relację, mało gościnnej, ale jednak barwnej czarciej krainy, z całą jej kulturą i obyczajami, kreśląc niezwykły wizerunek tworzących je demonów.

https://ridero.eu/pl/books/wrota_piekiel/

 

Źródło: materiały od autora, Alana Jonesa

poniedziałek, 12 lipca 2021

Zapowiedź: Stephen King „Billy Summers”

 
Najnowsza książka mistrza gatunku

Billy Summers jest najlepszy w swoim fachu. Eliminuje ludzi, ale tylko tych naprawdę złych. Był snajperem w Iraku, więc zna się na rzeczy i zawsze strzela celnie. Tym razem przyjmuje ostatnie zlecenie. Czas w końcu na zasłużoną emeryturę. Niestety, coś idzie nie tak… A nawet wszystko.

Tytuł oryginału: Billy Summers
Format: 142mm x 202mm
Liczba stron: 608
ISBN: 978-83-8234-215-4

Polska premiera: 3 sierpnia 2021 roku

Zwiastun książki: https://youtu.be/vHmiiC455eg

 

Źródło: https://www.proszynski.pl/

„Ulica Strachu – część 2: 1978” (2021)

 
Recenzja zawiera spoilery „Ulicy Strachu: 1994” Leigh Janiak

Lipiec 1978 roku. Camp Nightwing: wakacyjna przygoda dla młodych ludzi z, jak głosi miejscowa legenda, przeklętego przez wiedźmę Sarah Fier miasteczka Shadyside w stanie Ohio i sąsiadującego z nim miasta Sunnyvale. Wśród podopiecznych jest nastoletnia Ziggy Berman z Shadyside, prześladowana przez parę, też nastoletnich, opiekunek z Sunnyvale. Jej starsza siostra Cindy, na obozie pełniąca funkcję opiekunki, w przeciwieństwie do niej jest wzorem cnót wszelakich, co jest jednym z powodów ich nieustających kłótni. Ziggy ponadto nie może znieść naiwności i krótkowzroczności Cindy, która to wierzy, że uda jej się wyrwać z Shadyside i z kolei nie wierzy w istnienie wiedźmy oraz jej klątwy rzuconej na mieszkańców tej miejscowości. Cindy zwątpi w swoje przekonania, gdy pozorny spokój obozowiczów zakłóci oszalały morderca.

Druga odsłona - nakręcona jako ostatnia – dystrybuowanej przez Netflixa trylogii filmowej inspirowanej prozą R.L. Stine'a (powieściowa seria o nazwie „Fear Street”, pol. „Ulica strachu”) w reżyserii Leigh Janiak, twórczyni intensywnego horroru z 2014 roku pt. „Miesiąc miodowy”. Scenariusz „Ulicy Strachu – części 2: 1978” (oryg. „Fear Street Part Two: 1978”) stworzyła we współpracy z debiutującym w tej roli Zakiem Olkewiczem, który może być kojarzony z głośnym horrorem nadprzyrodzonym Davida F. Sandberga, „Kiedy gasną światła” (2016): jeden z producentów. W poprzedniej części, „Ulicy Strachu: 1994”, Leigh Janiak i jej ekipa ukłonili się „Krzykowi” Wesa Cravena, w drugiej natomiast napisali list miłosny do „Piątków trzynastego”, kultowego slasherowego cyklu, zapoczątkowanego w 1980 roku przez Seana S. Cunninghama – niektóre lokacje, imiona Alice i Tommy. Leigh Janiak nie ukrywa swojej miłości do starych slasherów – z lat 70-tych, 80-tych i 90-tych XX wieku – ale uznała, że co nieco zdałoby się poprawić. To znaczy w „Ulicy Strachu: 1978” chciała przywołać klimat i powtórzyć – o tyle o ile - prostotę fabularną XX-wiecznych camp slasherów, ale podobnych postaci nie chciała. Zależało jej na tym, aby publiczność miała szansę bardziej zżyć się z bohaterami przed ich nieuchronną(?) śmiercią.

Zgodnie z przewidywaniami druga wyprawa na „Ulicę Strachu” Leigh Janiak według mnie przebiła swoją poprzedniczkę. To już bardziej moje klimaty. Ale najpierw powrót do znanych bohaterów. Najpierw ciąg dalszy historii osadzonej w roku 1994. Ciekawiło mnie jak filmowcy to połączą. Zaczęli wszak od końca, od ostatniego z zaplanowanych rozdziałów – pomysłowa, dość eksperymentalna forma – który... jeszcze się nie skończył. Nie w pierwszej i chyba można już bezpiecznie założyć, że też nie w drugiej odsłonie rzeczonej triady. W każdym razie zaprawa, jaką sklejono dwie pierwsze cegiełki „Ulicy Strachu” od Leigh Janiak, to moim zdaniem pierwszorzędny materiał budowlany. Trzyma zaskakująco mocno. Początek części drugiej to zarazem przedłużenie części pierwszej i zawiązanie części drugiej. Rok 1994 to pień (klamra), a rok 1978 i 1666 (ostatni rozdział) to gałęzie. Gałęzie starsze od pnia. Filmowcy z gracją, płynnie przenoszą nas w czasie. Cofamy się o szesnaście lat i trafiamy na Camp Nightwing, gdzie jak co roku ściągnęła rzesza młodych ludzi – nastolatków i młodszych - z miasteczka Shadyside i miasta Sunnyvale. Wiemy już, że to dwa zwaśnione „rody”, że mieszkańcy tych miejscowości, a przynajmniej ci niepełnoletni, toczą między sobą małe wojenki. W 1978 roku ów konflikt zaznacza się jeszcze silniej niż poprzednio, czyli w przyszłości. Na obozie Nightwing jak w soczewce widać ową palącą wzajemną nienawiść, skrajną niechęć, a właściwie wrogie nastawienie młodzieży z Sunnyvale do młodzieży z Shadyside i na odwrót. Na pierwszym planie postawiono dziewczyny z Shadyside, Ziggy Berman i jej starszą siostrę Cindy Berman. UWAGA SPOILER Moje małe odkrycie, odkrycie stereotypowej blondynki (czy to jeszcze poprawne politycznie?): miałam myśleć, co uświadomiłam sobie dopiero pod koniec filmu – wcześniej przez myśl mi nie przeszło, że to ma być zagadka - że C. Berman, z jedynki oraz prologu i epilogu dwójki to Cindy Berman, starsza siostra Ziggy. Ale jakoś nie pomyślałam o tej magicznej literce przed nazwiskiem – ups, umknęło – weszłam więc w tę historię z nastawieniem, że C. Berman to Ziggy. A zatem to ona przeżyje, a zatem... nici z niespodzianki KONIEC SPOILERA. Wcześniej napisałam, że obie panny Berman zajmują centralne miejsce w tej opowieści, ale to nie do końca prawda. A przynajmniej ja nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że Ziggy, niezgodnie z zamiarami twórców, wysuwa się lekko przed siostrę. Pannę idealną: zero imprez, zero używek, zero seksu, zero przeklinania. Tylko ciężka praca. To jej przepustka do lepszego miejsca. Paszport niecovidowy, dzięki któremu wreszcie wyrwie się z Shadyside. Taka jest Cindy Berman, jedna z opiekunek na Camp Nightwing. Jak można się domyślić jedna z tych najbardziej pracowitych – po piętach depcze Cindy tylko jej chłopak Tommy. Pan idealny. Mamy więc (Cindy, nie Tommy) podręcznikową final girl. Model najbardziej rozpowszechniony w przedostatniej dekadzie XX wieku. W XXI wieku wykształcił się drugi model tej postaci. Przeciwieństwo jej... starszej siostry;) Młode spotyka się ze starym. Zderzają się w „Ulicy Strachu: 1978” finałowe dziewczyny z dwóch epok kina grozy. Oczywiście ten pierwszy model final girl nadal jest wykorzystywany przez filmowców, ale rzadko idzie w parze z postmodernistyczną final girl. Piękne zagranie! Nawet jeśli przypominają się „Dziewczyny śmierci” Todda Straussa-Schulsona. Jeśli? Przypomnijcie sobie proszę tamtą oprawę wizualną: to światło, tę kolorystykę, cały ten klimat. I jak? Podobne? Na pewno niełudząco podobne do starych, dobrych rąbanek. Ani to dziś, ani kiedyś. Nie w świetle dziennym, bo na moje oko po zapadnięciu zmroku klimat ucieka do przodu, w XXI wiek - metaliczne, bezpieczne, niezbyt zagęszczone, może nawet lekko plastikowe ciemności. Większy urok za dnia: ciepłe, a przy tym niejaskrawe, bardziej pastelowe, leciutko przygaszone barwy. Ale bez brudu, bez tego wspaniałego niechlujstwa. „Stary slasher po filtracji przeprowadzonej przez pedantów”. Porządnickim okiem na niskobudżetowe siekaniny hurtowo produkowane kiedyś. Przed erą takich bohaterek, jak Ziggy Berman.

Ziggy, Ziggy, Ziggy. Co z ciebie wyrośnie? Opryskliwa, pyskata, wściekła na cały świat, nieuznająca żadnych autorytetów, niezabiegająca o towarzystwo, szczera do bólu, nastolatka po przejściach. Właściwie to jej gehenna jeszcze się nie skończyła. Ziggy jest przekonana, że tak będzie już zawsze, że życie na tym padole nigdy nie będzie łatwiejsze. Jest źle, a będzie jeszcze gorzej. W takim przekonaniu trwa Ziggy, w takim przekonaniu trwam ja sama. I jeszcze ta jej nonkonformistyczna natura, ta zerowa skłonność do oszukiwania samej siebie (innych zresztą też), to uparte odrzucanie „różowych okularów”. I jak tu się z nią nie utożsamić? Ja w każdym razie nie potrafiłam się od tej panny odkleić. Weszłam w jej skórę, jak Sarah Fier w tych wszystkich nieszczęśników z Shadyside w stanie Ohio. Bo już wiadomo, że „Ulice Strachu” Leigh Janiak to opowieść o miasteczku obłożonym klątwą wiedźmy, którą stracono w 1666 roku. Wiemy już, że co jakiś czas czarownica wybiera jedną osobę spośród mieszkańców Shadyside i popycha do straszliwych zbrodni - opętuje, odbiera rozum, no jakimś sposobem zamienia w bezrozumną maszynę do zabijania. Ziggy Berman w przeciwieństwie do swojej niewiele starszej siostry Cindy, wierzy w te opowieści. Mało tego: nie ma wątpliwości, że z Shadyside nie ma ucieczki. Kto urodził się w tym przeklętym miasteczku, ten aż do śmierci (albo i dłużej) w nim pozostanie. Według Ziggy jej siostra oszukuje się, właściwie to wykazuje nieznośną dla niej naiwnością, uważając, że doskonałość pod każdym możliwym względem umożliwi jej ucieczkę z tego miejsca. Cindy nie wierzy w klątwę wiedźmy, więc pewnie chodzi o uzyskanie stypendium. Jeśli tylko w tym rzecz, to trzeba przyznać, że dziewczyna nadzwyczaj mocno się do tego przykłada. To nie tylko wzorowa, przykładna uczennica i bardzo pracowita opiekunka na letnim obozie, ale i „żelazna” dziewica, która jak ognia unika wszystkiego, co choćby tylko przypomina beztroską zabawę. Nie sądzę, żeby konieczne było aż takie poświęcenie, tak radykalna zmiana swojego życia. We wszystkich jego obszarach. Stąd moje podejrzenie, że Cindy gdzieś w głębi ducha czuła, że nie chodzi tylko o stypendium. Podświadomie cały czas wiedziała, że jej młodsza siostra ma słuszność w kwestii klątwy rzuconej przed wiekami na ich rodzinne miasteczko przez Sarah Fier. Najprawdziwszą czarownicę, której cielesna powłoka już dawno została zniszczona, a jej duch nigdy nie opuści tego miejsca. Chyba że znajdzie się sposób na jej całkowite unicestwienie. Przynajmniej jeden odważny bądź w wystarczającym stopniu zdesperowany człowiek, który strawi jej czoło. Najpierw jednak musi się dowiedzieć, jak zabić ducha. I jeszcze nie dać się zabić pewnemu młodzieńcowi z niepohamowaną, niemożliwą do odparcia żądzą mordu. Jak poprzednio: jakoś specjalnie krwisto to nie jest. Ciągnie wprawdzie Leigh Janiak do body horroru – oj, trochę ciągnie, na co wskazuje pewna pulsująca, oślizgła masa – ale niestety dla mnie, tak jakby, opierała się temu zewowi. Tak czy inaczej, filmowcy w „Ulicy Strachu: 1978” nie idą na całość. A tu rzucimy okiem na poszarpaną ranę, a tu ktoś zostawił niektóre kończyny, temu zetniemy główkę, a z tamtej zrobimy istną miazgę (siekamy i siekamy i... jak to? Jeszcze dycha?). Efekty specjalne dosyć przekonujące, ale nie radzę spodziewać się dłuższych, intensywnych zbliżeń – takie tam delikatne gore, co zresztą nie jest niczym nietypowym w tym podgatunku horroru. Niecodzienne to są postacie. Odmalowano je od szablonów, z których wielu już skorzystało i najprawdopodobniej jeszcze niejeden skorzysta, ale nie tak po prostu, na szybko. Zgodnie z obietnicami Leigh Janiak poświęciła swoim postaciom dużo więcej uwagi niż dyktuje tradycja. Więcej miejsca niż w większości znanych mi slasherów dla sympatycznych i zamierzenie niesympatycznych, nie tak głupiutkich, jak można się spodziewać (bo to slasher) pozytywnych postaci obojga płci. Także drugoplanowych, z których wyróżnić muszę Alice, przebojową dziewczynę, w którą, uważam, w bezbłędnym stylu wcieliła się Ryan Simpkins; zresztą to samo mogę powiedzieć o Sadie Sink i Emily Rudd, odtwórczyniach odpowiednio Ziggy i Cindy Bermanówek (rolę dorosłej panny Berman powierzono natomiast Gillian Jacobs, która ze swoją filmową odpowiedniczką, Rudd, na planie ani razu się nie spotkała). Jest też o Stephenie Kingu, a konkretnie trochę o „Carrie”, wspomnienie
„Miasteczka Salem” i „drobny zwiastun” jego powieści (albo raczej jej filmowej adaptacji...), która w świecie wykreowanym pod kierownictwem Leigh Janiak jeszcze nie została wydana. Taki mały trailerek z Camp Nightwing od zabójcy z siekierą, którego już widzieliśmy. W „Ulicy Strachu: 1994”, ale i skojarzenie z „Piątkiem trzynastego II” Steve'a Minera też mi rozbłysło. W jedynce nie, dopiero tutaj, w filmie, który miał korespondować przede wszystkim z tą kultową serią. Nie licząc oczywiście prozy R.L. Stine'a. Aha, stroje aktorów, na moje oko, już bardziej pasujące do epoki. Ścieżka dźwiękowa też mocniej wpadająca w moje ucho (a raz nawet straszno się zrobiło, pod drzewem; przy okazji, finał tej sceny to już cuda na kiju). Szkoda jedynie, że prostota fabularna znowu nie została podtrzymana. UWAGA SPOILER Rozumiem wiedźmę, ale po co aż taka obstawa? Po co znowu ta armia zabójców, przecież lepiej było nam(?) z jednym KONIEC SPOILERA.

Zakładam, że lepiej nie będzie. Że środkowa część trylogii „Fear Street”, w całości wyreżyserowanej przez Leigh Janiak i inspirowanej powieściową serią o tej samej nazwie, horrorami dla młodzieży (oczywiście, starsi też mogą czytać, nie ma zakazu) od R.L. Stine'a, to najlepsze co pod tym filmowym szyldem się wykluło. Ale jak już powiedziało się A i B, to trzeba też powędrować do roku 1666. Roku, w którym narodziła się straszliwa klątwa. Klątwa wiedźmy Sarah Fier. Tymczasem zapraszam na Camp Nightwing 1978. Otoczony gęstym lasem, pełen atrakcji – przewidziano różne gry i zabawy, a nawet małą wojnę, nie przewidziano natomiast „wielkiej rzezi” – obóz stworzony z myślą o młodych ludziach z dwóch zwaśnionych miejscowości w stanie Ohio. I z myślą o fanach XX-wiecznych camp slasherów. To nie to samo. Klimat, fabuła, nawet postacie: to coś innego. Niby retro, ale... Mniejsza o etykietę. Więcej takiego czegoś poproszę.

sobota, 10 lipca 2021

Sheryl Browne „Druga żona”

 

Rebecca przybywa do małego angielskiego miasteczka, aby wziąć udział w uroczystości pogrzebowej poświęconej jej najlepszej przyjaciółce Nicole, która podobno popełniła samobójstwo. Rebecca poznaje nareszcie drugiego męża Nicole, Richarda Graya, oraz jego dwudziestotrzyletnią córkę Olivię. I postanawia skorzystać z ich wielkiej gościnności, aby bliżej przyjrzeć się tym ludziom. Nicole wyszła za Richarda zaledwie rok wcześniej i choć w swoich wiadomościach do Rebekki nie dawała jej odczuć, żeby mąż źle ją traktował, jej przyjaciółka wie, że w domu Grayów nie działo się najlepiej. Nie wie tylko, czy Richard miał w tym jakikolwiek udział. Po bliższym poznaniu Rebecca skłania się ku temu, że ten wyjątkowo przystojny mężczyzna był dla swojej drugiej żony dokładnie taki, jak przedstawiała go ona sama: kochający i troskliwy. Co w takim razie popchnęło Nicole do samobójstwa? I czy to rzeczywiście było samobójstwo?

Druga, po „Opiekunce” (oryg. „The Babysitter”) wydana w Polsce powieść brytyjskiej autorki Sheryl Browne, piszącej thrillery psychologiczne, kryminały i romanse. „Druga żona” (oryg. „The Second Wife”) to dreszczowiec psychologiczny, który swoją światową premierę miał w roku 2019 i spotkał się z ciepłym przyjęciem czytelników. Sheryl Browne obecnie mieszka z partnerem w angielskim hrabstwie Worcestershire, jest członkinią The Crime Writers' Association i Romantic Novelists' Association oraz dumną opiekunką paru psów. Studiowała na Uniwersytecie w Birmingham, gdzie zrobiła magisterium z kreatywnego pisania. Później zrobiła kurs z medycyny sądowej, żeby ułatwić sobie pisanie thrillerów. Autorzy, którzy wywarli na nią największy wpływ to Stephen King, zwłaszcza jego „Misery”, oraz Martina Cole, zwłaszcza jej „The Ladykiller”. Pomysł na fabułę „Drugiej żony” poddał Sheryl Browne jej syn Drew.

Thriller psychologiczny, marriage thriller, o dwóch zaprzyjaźnionych kobietach, które rozdzieliła śmierć. Przychodzi ona już w prologu „Drugiej żony” - nie tak wiele mówiącym, jak mogłoby się wydawać, ale dość, by zepsuć największą z przygotowanych niespodzianek. Zabić tajemnicę... Nie, niezupełnie. Sporo jeszcze zostało do odkrycia. Tak przez Rebeccę, jak Nicole. Akcja „Drugiej żony” toczy się dwutorowo – w umownej teraźniejszości i niezbyt odległej przeszłości. Pierwszy z wymienionych obszarów najczęściej reprezentuje Rebecca (narracja trzecioosobowa i dotyczy to całości), a drugi jej najlepszej przyjaciółki od czasów studiów, Nicole. Miejsce akcji: niewielkie miasteczko o nazwie Marley w hrabstwie Worcestershire. Miasteczko, w którym mniej więcej przed rokiem osiadła Nicole, artystyczna dusza, z ogromnym bagażem doświadczeń. Pierwsze małżeństwo, z despotycznym, znęcającym się nad nią fizycznie i psychicznie, mężczyzną, nauczyło ją ostrożności w kontaktach z płcią przeciwną. Tak naprawdę to po zakończeniu tego długiego toksycznego związku, Nicole uznała, że najlepiej będzie jej w pojedynkę. Wybrała życie singielki i miała wszelkie powody, by sądzić, że był to wybór jak najbardziej trafiony. Uwiła sobie przytulne gniazdko w mieście z uroczym psiakiem ze schroniska i poświęciła swojej malarskiej pasji. I tak to trwało (niezbyt długo), dopóki w jej życiu nie pojawił się Richard Gray. Dobrze sytuowany, zabójczo przystojny mężczyzna, w którym Nicole szybko się zakochała. Wyglądało na to, że z wzajemnością. Nawet wtedy, gdy życie Nicole znowu zaczęło się psuć. A najgorsza w tym wszystkim jest świadomość, że cokolwiek Nicole zrobi, i tak czeka ją śmierć. Najgorsza, ale i najlepsza, bo świadomość, że dni, a właściwie miesiące, tej budząca sympatię i głębokie współczucie bohaterki są policzone, co może zaskakiwać, w moim uznaniu stanowi główny katalizator napięcia. Fatalizm w najczystszej postaci. Tragedia, która musi nastąpić. Do której w zasadzie już doszło. Chce się wierzyć, że Nicole przetrwa tę próbę, ale autorka na to nie pozwala. Nie daje nam nawet iskierki nadziei na ocalenie kobiety, do której tak silnie nas - a przynajmniej mnie – przywiązała. Bardzo niewygodna, frustrująca, absolutnie przygnębiająca sytuacja. Życzysz Nicole lepszego jutra, wiedząc przy tym, mając pewność, a nie co najwyżej podejrzenie, że ono nigdy nie przyjdzie. W domu Grayów – zimnej (białej ściany) rezydencji z basenem, stojącej w niewielkiej angielskiej miejscowości – Nicole wprawdzie przeżyje także szczęśliwe chwile u boku ukochanego mężczyzny, ale i na nich będzie się kładł cień, który, jak się domyślamy, będzie się rozrastał. Sheryl Browne w „Drugiej żonie” odmalowuje inny obraz toksycznego związku. To znaczy jej nieszczęśliwe małżeństwo jest ulepione z gliny nieprzypominającej tej, z którą najczęściej spotykamy się w tego rodzaju opowieściach. Cierpienie Nicole nie ma źródła w życiowym wybranku, jak to zazwyczaj bywa. Możliwe, że problem tkwi w niej samej, że w ich związku mieszają demony tego sponiewieranego w poprzednim małżeństwie umysłu. Nicole ma jednak inną teorię. Oczywiście trochę minie zanim nabierze pewności, zanim zacznie się przy niej upierać. Chora obsesja, zgubna paranoja? Jeśli tak, to zaraźliwa. Trudno wszak nie zauważyć tych wszystkich ostrzegawczych sygnałów wysyłanych przez autorkę, także w przestrzeni zajmowanej przez najlepszą przyjaciółkę nieżyjącej już Nicole. W retrospekcjach są one nieporównanie donośniejsze, zdecydowanie jaskrawiej się zaznaczają. Nie musi to jednak oznaczać, że słabsze, subtelniejsze alarmy wyłapywane przez Rebeccę, w mniejszym stopniu będą oddziaływać na odbiorcę tej emocjonującej historii. Chce się wierzyć Nicole, ale bezpieczniejszy wydaje się być osąd Rebekki. Trauma Nicole (ofiara przemocy domowej), osobiste zaangażowanie (miłość do Richarda), wyraźne uleganie emocjom i trochę mniejsza wiedza od tej, jaką dysponuje Rebecca: to może obniżać jej wiarygodność w oczach czytelnika. Wiarygodność jej obserwacji. Niby tak, ale kiedy rozum każe brać na to poprawkę, bardziej analityczny umysł Rebekki zaczyna zawodzić. Ale dlaczego? Bo jej ocena coraz bardziej rozmija się z moją? I Nicole. No cóż, wychodzi więc na to, że serce nie posłuchało rozumu, że paranoja(?) Nicole miała większą moc przekonywania niż racjonalizm, chłodna dedukcja Rebekki.

Nietypowe podejście, do bądź co bądź, destrukcyjnego małżeństwa - nawet jeśli Richard szczerze kochał swoją drugą żonę, nawet jeśli ze wszech miar starał się ją uszczęśliwić, to niewątpliwie mu się to nie udało - niestandardowy obraz takiego związku, jaki przynajmniej do pewnego momentu odmalowuje Sheryl Browne na kartach „Drugiej żony”, nie świadczy jeszcze o niekonwencjonalności całej historii. W sumie dość kurczowo trzymamy się znanych ram, całkiem mocno wydeptanych ścieżek. Znamy to: historia inna, ale w nieraz oglądanym opakowaniu; w dużym stopniu zbudowana ze sprawdzonych motywów. Motywów, które prawdę mówiąc jeszcze mi się nie przejadły, które wciąż potrafią dostarczyć mi pożądanych emocji, jeśli tylko odpowiednio je przedstawić. Browne niestety nie udało się wywieść mnie w pole, zaciemnić prawdy o życiu (konkretnie: jego ostatnim etapie) i śmierci Nicole, więc nie mogę powiedzieć, że wykazała się maksymalną biegłością, najwyższą sprawnością w manewrowaniu lubianymi przeze mnie motywami. Tutaj się nie udało, ale w moim poczuciu tylko tutaj (dobrze, przydałoby się też więcej odwagi w jednym punkcie). Owszem, obiektywnie rzecz rozpatrując, trzeba powiedzieć, że to duży ubytek, ale jako że niespodzianki nie są dla mnie wartością nadrzędną, jako że potrafię czerpać przyjemność także z mocno przewidywalnych historii, to miałam łatwiej. Łatwiej z tą oto przewidywalną opowieścią. Bez najmniejszego wysiłku ze swojej strony zaangażowałam się w tę niezbyt rozbudowaną, żeby nie rzec prostą opowieść osadzoną w małomiasteczkowej scenerii, gdzie przez ostatnie miesiące żyła i gdzie umarła Nicole Gray. I gdzie już w pierwszym rozdziale „Drugiej żony” zawita jej najlepsza przyjaciółka Rebecca. Rodowita Angielka (tak jak Nicole), która wiele lat wcześniej przeprowadziła się do Francji. Wdowa i matka niespełna dwudziestoletniego syna imieniem Sam, który studiuje w Wielkiej Brytanii i razem ze swoją dziewczyną Laurą wkrótce także przybędzie do małej miejscowości, w której zatrzymała się jego matka. Do rezydencji Grayów. Rebecca zamierza wrócić do Anglii, właściwie powoli już organizuje sobie przeprowadzkę - dopełnia formalności związanych ze sprzedażą domu we Francji i zamierza rozejrzeć się za jakimś lokum w swojej ojczyźnie, po pogrzebie Nicole. I poznaniu jej męża, doskonałego Richarda Graya. Z wiadomości, które w ostatnim roku Nicole wysyłała do Rebekki wynikało, że człowiek ten w niczym nie przypominał pierwszego męża późniejszej pani Gray, że Richard okazał się wprost wymarzoną partią dla tej niesamowicie skrzywdzonej - nie przez ślepy los, tylko mizogina z krwi i kości (swoją drogą to określenie pada „ciut” za często) – kobiety. Rebecca nie może zrozumieć jednego: skoro Nicole było dobrze, tak błogo, z Richardem, to dlaczego odebrała sobie życie? Skąd ta desperacja? Dlaczego skoczyła do rwącej, spienionej rzeki, wprost w (nie)litościwe ramiona Śmierci? Przez depresję, do której Richard w żaden sposób się nie przyczynił? Ten układny, szarmancki, empatyczny mężczyzna, któremu śmierć odebrała już dwie żony? Takie wrażenie sprawia, ale Rebecca zamierza wejrzeć głębiej. I ma ku temu wspaniałą okazję, bo Richard zaprasza ją do siebie. Na dłużej. Choć dopiero ją poznał. Jego dwudziestoczteroletnia córka z pierwszego małżeństwa Olivia wtóruje ojcu w serdecznym przyjęciu najlepszej przyjaciółki jej macochy. Ale, jak się spodziewamy, sytuacja z czasem zacznie się komplikować. Skomplikują się myśli, uczucia Rebekki... i innych osób. Równolegle będziemy śledzić wydarzenia z przeszłości, najczęściej z pozycji (narracja trzecioosobowa) Nicole. Dramatyczne, coraz to bardziej ściskające za serce, po prostu smutne dzieje kobiety, której delikatnie mówiąc życie się nie ułożyło. Z jednej strefy mroku w drugą. Od jednej bohaterki do drugiej stanowiącej jej zupełne przeciwieństwo. A może nie. A może Rebecca bardziej przypomina swoją przyjaciółkę, niż jej się wydaje. Czy wpadnie w te same sidła miłości, co Nicole? A jeśli tak, to czy podzieli jej tragiczny los, czy bardziej jej się poszczęści u boku mężczyzny, nad którym najwyraźniej ciąży jakieś fatum. Wiadomo jakie... Tak czy inaczej, z narastającym napięciem płynęłam przez to coraz bardziej wzburzone morze. „Płynęłam”, to odpowiednie słowo, bo taki warsztat przynajmniej w „Drugiej żonie” obrała nasza Sheryl Browne: płynny. Plastyczny, niepowierzchowny, ale co trzeba podkreślić daleko mu do rozwlekłości. Treściwy, pięknie przyswajalny (ukłon też w stronę tłumacza Jacka Żuławnik, wydanie W.A.B. z 2021 roku) i przemawiający do wyobraźni.

Całkiem klimatyczna, wciągająca mimo że mocno przewidywalna, skoncentrowana na postaciach, powieść o dwóch zaprzyjaźnionych kobietach, które ponad wszelką wątpliwość już nigdy więcej się nie spotkają. Jest jednak jeszcze coś, co wymaga wyjaśnienia. Coś, co musi zostać odkryte. Zrozumiane. „Druga żona” od poczytnej i całkiem płodnej brytyjskiej powieściopisarki, Sheryl Browne, to całkiem mroczny, trzymający w napięciu thriller psychologiczny o niebezpiecznych, toksycznych związkach, który zasadniczo trzyma się twardej konwencji, ale i lekki powiew świeżości może do Was dotrzeć. Was wszystkich, którzy zdecydujecie się wejść do okazałego domu Grayów. Niewygodnego, zimnego, odpychającego. Prolog może lepiej zostawić sobie na później (po pierwszym ostrym – najostrzejszym zwrocie akcji, który mógł być jeszcze ostrzejszy: jeden mały kroczek i zrobiłoby się naprawdę gorąco), ale omijać nie ma potrzeby. Namawiam raczej do zainteresowania się tą pozycją, oczywiście jeśli gustuje się w powieściowych dreszczowcach psychologicznych. Niezadowoleni też będą, jak zawsze, ale... ja bym przeczytała:)

Za książkę bardzo dziękuję księgarni internetowej

https://www.taniaksiazka.pl/

czwartek, 8 lipca 2021

„Aż do śmierci” (2021)

 

Emma Webster jest nieszczęśliwa w małżeństwie z wziętym prawnikiem Markiem. Pocieszania szuka w ramionach innego, ale ten sekretny związek jest dla niej na tyle stresujący, że postanawia go zakończyć. Z okazji rocznicy ich ślubu Mark przygotowuje dla Emmy niespodziankę: wspólny pobyt w ich domku nad jeziorem, leżącym w odludnym, obecnie zaśnieżonym zakątku blisko lasu. Po upojnej nocy Emma budzi się przykuta kajdankami do Marka, który na jej oczach popełnia samobójstwo. Sama pośrodku niczego, z nieodłącznymi zwłokami męża i bez możliwości wezwania pomocy. A to tylko początek jej kłopotów.

Porównywany do między innymi „Gry Geralda” Stephena Kinga, czy Mike'a Flanagana, pierwszy pełnometrażowy film S.K. Dale'a, „Aż do śmierci” (oryg. „Till Death”), nakręcony w oparciu o scenariusz Jasona Carveya, twórcy komedii kryminalnej „A New Wave”. Amerykański thriller o kobiecie, która „czuje się uwięziona w martwym małżeństwie, a teraz znalazła się w pułapce ze swoim martwym mężem”, jak to podsumował sam reżyser. Zdjęcia miały ruszyć w marcu 2020 roku w Sofii w Bułgarii, gdzie wówczas padał śnieg, ale pandemia COVID-19 zmusiła filmowców do powrotu do Stanów Zjednoczonych. Do Sofii wrócili w czerwcu tego samego roku. Latem, a ich historia wymagała śniegu, uznali więc, że najlepiej będzie pokryć plan śniegiem sztucznym. Martwego Marka Webstera „miał zagrać” manekin, ale ten dość kosztowny twór nie stanął na wysokości zadania; nie prezentował się realistycznie. Zatem zatrudniono kaskadera, który zachwycił S.K. Dale'e swoim poświęceniem: gotowością na niemały dyskomfort, wręcz ból. Podobnie odtwórczyni roli głównej, Megan Fox. Dale powiedział, że praca tej dwójki sama w sobie jest formą sztuki. Obraz trafił do kin na początku lipca 2021 roku.

Toksyczne małżeństwo, odizolowany domek nad jeziorem, w którym mężczyzna nagle pada trupem, a kobieta nie ma możliwości ucieczki, ani wezwania pomocy. Witamy w „Grze Geralda”? Nie, to skrótowy opis „Aż do śmierci” S.K. Dale'a, który wcześniej wyreżyserował jedynie kilka krótkometrażówek. Historii istotnie silnie kojarzącej się z „Grą Geralda” i pewną komedią o chłopcu, który przypadkiem zostaje sam w domu. Historii spisanej przez Jasona Carveya, niezbyt doświadczonego scenarzystę, ale... Tak, jak już dałam do zrozumienia, znajomo brzmiąca to opowieść, niezbyt odkrywcza, przewidywalna i... ujmująco prosta. Nie jestem wprawdzie fanką Megan Fox, muszę jednak przyznać, że w „Aż do śmierci” skradła moją uwagę. Choć raz jej się nóżka powinęła – w jednej rozemocjonowanej przemowie. Incydent, drobna wpadka przy pracy. Nad elektryzującą postacią. Niewymyślną, niektórzy zapewne powiedzą – i przyznam im rację – że dokładnie dopasowaną do sprawdzonego w kinie modelu. Ot, kolejna kobieta tkwiąca w toksycznym związku i niemająca odwagi, siły, wyjść z tej matrymonialnej pułapki. Pusta skorupa, stłamszona osobowość, oddychająca, ale już niewiele czująca marionetka w rękach egocentrycznego mężczyzny. Ofiara nadzwyczaj żarłocznego wampira energetycznego: takie wrażenie odniosłam patrząc na Emmę Webster w pierwszych scenach tego kameralnego i całkiem klimatycznego dreszczowca. Główna bohaterka to kobieta niewierna: zdradzająca niekochanego męża z jego kolegą z pracy. Też prawnikiem, który w przeciwieństwie do niej chciałby, żeby ich romans trwał. Najlepsze dla niej niewątpliwie byłoby pożegnanie się z mającym obsesję na punkcie kontroli mężem Markiem i ułożenie sobie życia z Tomem, mężczyzną, którego zauważalnie darzy miłością. Ale wybiera Marka, człowieka, który nie tylko ją unieszczęśliwia, ale wręcz odbiera jej prawo do decydowania o sobie. Jej zdanie nie ma dla niego żadnego znaczenia. Doskonale widać to podczas ich rocznicowej kolacji, kiedy to Mark, wbrew życzeniu Emmy, zamawia dla niej deser. Potem wręcza jej drogi prezent, ale gdy przychodzi jej kolej, Mark nie okazuje choćby krztyny tej wdzięczności, jaką chwilę wcześniej okazała mu Emma. Właściwie wprost mówi, że prezent jest zupełnie nietrafiony. Ostentacyjnie go odrzuca. To obcesowe zachowanie nie robi na jego partnerce żadnego wrażenia. Widać, że przywykła do tego tak bardzo, że nie spodziewała się niczego innego z jego strony na widok jej, też nietaniego, podarku. Chłód emanujący z Megan Fox, ogromne zdystansowanie nie tylko od Marka, ale w ogóle całego świata, ta głęboko rezerwa, jaką aktorka bez widocznego wysiłku oddaje na ekranie, mówi o Emmie wszystko. Ten obraz wyraża więcej niż tysiąc słów. Na temat aktualnego stanu ducha bohaterki. Kobieta wydrążona, prawie już nieczująca. Od jakiegoś czasu idąca przez życie „na autopilocie”, bez nadziei na lepsze jutro, praktycznie bez żadnych oczekiwań. Oddychająca, ale w środku, jeśli jeszcze nie martwa, to na pewno dogorywająca. Niczym zombie... Nie, jeszcze nie. Wciąż tli się w niej dawna Emma – wesoła, garściami czerpiąca z życia dziewczyna. Którą potem napadnięto. I wszystko się zmieniło. Emma się zmieniła, w czym jak się wydaje decydującą rolę odegrał nie tyle nieznajomy, który ją okaleczył, ile jej własny mąż. W sferze domysłów pozostaje, czy Mark zawsze był taki władczy wobec kobiet, czy raczej nabrał tego destrukcyjnego nawyku z niekłamanej troski o ukochaną, która potrzebowała wsparcia po brutalnym ataku, do jakiego doszło na początku ich związku(?) A może w ten sposób się poznali (ofiara i jej prawnik)? Domysły, domysły. Przydałoby się więcej informacji w tej przestrzeni scenariusza, przydałby się pełniejszy obraz „wtedy”. Takich problemów nie ma zaś z „teraz”, z nowym koszmarem, jaki niekoniecznie złośliwy los, zgotował długo uwięzionej kobiecie. Bo, jak łatwo się domyślić, ale na wszelki wypadek UWAGA SPOILER pułapka, w jakiej Emma znajduje się obecnie, w zasadzie jest... wybawieniem. Bolesnym, strasznym, ale jednak wybawieniem KONIEC SPOILERA.

Kobieta połączona kajdankami ze zwłokami swojego męża. Czego to jeszcze nie wymyślą? Ładny domek nad jeziorem, blisko lasu i daleko od innych zabudowań (budynków mieszkalnych, tak zwanej cywilizacji). Śnieg, dużo śniegu, trzaskający mróz i żadnego sposobu na wydostanie się z tego miejsca. Właściwie to Emma ma problem ze znalezieniem sposobu na odcięcie się od trupa, a co dopiero mówić o powrocie do miasta. Telefony odpadły. Samochód także. W ślad za wszystkimi(?) ostrymi narzędziami. A już chciało się przepiłować zimną kończynę znienawidzonego męża, który bez wątpienia stał się balastem. Pytanie tylko kiedy? Teraz czy lata wcześniej? Bo choć ciąganie zwłok dorosłego mężczyzny po domu i podwórzu musi być – i jest – okropnie męczące, to zaryzykuję twierdzenie, że nie tak jak wcześniejsze życie u boku tego człowieka. Wtedy to był balast. Wysiłek fizyczny to nic, w porównaniu do psychicznej mordęgi, jaką zgotował Emmie ten teraz już martwy człowiek. Prawie nic. Bo choć „złota klatka”, w której Emma dotąd tkwiła wreszcie się otwarła, to trzeba jeszcze pozbyć się kajdanków. Podwójne zabezpieczenie łabskiego Marka Webstera. Drania, hipokryty, megalomana i... samobójcy. Pomyślcie tylko: budzicie się rano, a Wasz partner bez słowa wyjaśnienia, na Waszych oczach, strzela sobie w głowę. Dlaczego, Mark? Dlaczego to zrobiłeś? Cóż, pewnie dlatego, że byłeś szaleńcem. Ale mniejsza z tym. Emma nie ma zamiaru dłużej się nad tym zastanawiać, w sumie to najwyraźniej nie ma czasu na roztrząsanie w myślach tej niepalącej przecież kwestii. Bo jeśli nie zamarznie, to umrze z głodu. Że w domu jest zimno wiemy od niej samej, a że nie ma jedzenia, widać podczas jej desperackich poszukiwań jakiegoś – jakiegokolwiek – ostrego narzędzia. Swoją drogą zastanowiło mnie, dlaczego Emma nie spróbowała po prostu zsunąć obręczy z nadgarstka zmarłego męża, tak jak próbowała z żelastwem oplatającym jej dłoń. Choćby ze skórą (skąd mi się to wzięło? No skąd?), bo przecież by nie zabolało... Tak czy inaczej, sytuacja pierwszoplanowej postaci bez wątpienia jest dramatyczna, ale i na swój sposób zabawna. Wiem jak to brzmi, może i mam (najpewniej mam) spaczone poczucie humoru, ale w pierwszym odruchu - na widok ciągania okaleczonego trupa po domu przez zbryzganą jego krwią, „małą kobietkę” - parsknęłam śmiechem. I nie był to jedyny taki przypadek. Przypadek? Nie sadzę. Wydaje mi się, że to było zamierzone, że twórcy świadomie uderzali w tragikomiczne struny. Wisielczy, nerwowy humor. Taki trochę śmiech przez łzy, śmiech w obliczu koszmaru, z którego lubiana (przeze mnie na pewno) bohaterka może nie wyjść cało. Jeśli nawet uda jej się przeżyć – a w to ani przez chwilę nie wątpiłam, mogłam się jednak mylić – to prawdopodobnie nie bez obrażeń. Ran na ciele, ale czy na duszy? Podobało mi się to podejście. Zamiast iść za, wydaje mi się, dużo częstszym rozwiązaniem (tak, tak, nie dotyczy to „Gry Geralda”), a więc najbardziej bolesne, traumatyczne chwile dla jednostki zaplanować na tu i teraz, przez cały czas nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że to i tak lepiej niż było, że największy koszmar Emma ma już za sobą. Prawdziwe piekło to ona już przeżyła. Powiecie może: ależ wcześniej nie groziła jej śmierć (rzecz jasna, pomijając atak nieznajomego sprzed mniej więcej dekady), a teraz, w domku nad jeziorem, jej życie ponad wszelką wątpliwości wisi na, coraz to cieńszym, włosku. Zgadza się, taka jest prawda. Nie jestem tylko pewna, czy u boku Marka – tego żywego, nie tego z roztrzaskaną głową – Emma była bardziej żywa niż martwa. To jeszcze życie, czy już stan bliższy śmierci? Straszliwa, powolna agonia osobowości. Któż chciałby tak żyć? Nie będąc już w pełni sobą i nawet nie starając się odzyskać swojej tożsamości. Zrezygnowana, prawie całkowicie zamknięta na świat i niewiele czująca. Trwająca w swego rodzaju niebycie, w nicości, do której, co gorsza, Emma się przyzwyczaiła. A zatem tak: może i cielesna powłoka tej kobiety przy Marku była w miarę bezpieczna, ale wnętrze, tak zwany duch już niemal opuścił to dawniej tak przytulne gniazdko. Emma stoczy zaciekłą walkę w zaśnieżonym domku nad skutym lodem jeziorem, będzie cierpiała, ale czy aż tak jak w małżeństwie? Czy ta nieprzyjemna przygoda w odizolowanym drewnianym domu pośrodku niczego może się jej w jakiś sposób przysłużyć? Zakładam, że tak właśnie będzie. Co więcej, wiedziałam jaka konkretnie korzyść dla Emmy z tej, w gruncie rzeczy bardzo ciężkiej sytuacji, wyniknie. Co nie znaczy, że miałam rację. Chwytliwa sceneria, przygaszone barwy (ach ten ponury klimacik!), charyzmatyczna bohaterka (nawet, a wręcz przede wszystkim, w „posągowej”, wypranej z wszelkich emocji odsłonie, która najmocniej zaznacza się w pierwszej partii filmu), dość logiczny ciąg wydarzeń, nieźle przemyślana fabuła (z nieprzemyślanych decyzji to wypatrzyłam tylko, o czym już wspominałam, niepodjęcie próby zsunięcia/wyszarpnięcia metalowej obręczy z ręki trupa; mam też lekkie wątpliwości, co do samobójstwa Marka. Czy to możliwe żeby... w sumie na tym świecie wszystko jest możliwe) i realistycznie się prezentujące, praktyczne, umiarkowanie krwawe efekty specjalne. Nie wykluczam jednak, że wiarygodność uwarunkował w moich oczach głównie pośpiech – nie ma długich zbliżeń, a zatem nie przyjrzałam się dokładnie. Trupowi Marka i jeszcze jednemu krwisto-mięsistemu momentowi: tyle gore. Chyba że doliczymy substancję imitującą krew.

Minimalistyczny, całkiem klimatyczny, stylowy i dosyć emocjonujący thriller od debiutującego w pełnym metrażu reżysera, S.K. Dale'a. „Aż do śmierci” wychodzi wprawdzie od niepospolitego pomysłu na ograniczenie swobody ruchów czołowej postaci, ale poza tym trzyma się raczej utartych w kinie ścieżek. Nie sadzę więc, żeby była to idealna propozycja dla poszukiwaczy jakichś większych innowacji. Tym bardziej osób celujących w bardziej rozbudowane i/lub pokomplikowane fabuły. Tak czy inaczej, swoją rekomendację ograniczę tylko do osób mających ochotę na coś skromniejszego. Prostą opowieść w ponurym opakowaniu. Zbudowaną ze sprawdzonych motywów przez całkiem zdolną ekipę. I ta pierwszoplanowa postać... Tak, jestem na tak.

wtorek, 6 lipca 2021

Koushun Takami „Battle Royale”

 

W autorytarnej Republice Wielkiej Azji Wschodniej władza lata temu wdrożyła tak zwany Program 68, polegający na zmuszaniu młodych ludzi do zabijania się nawzajem. Tym razem wybór pada na klasę trzecią B Gimnazjum Miejskiego w Shiroiwie. Czterdziestu dwóch uczniów w wieku czternastu i piętnastu lat zostaje porwanych podczas rzekomej szkolnej wycieczki i przetransportowanych na wyspę Okishima, która ma być areną tegorocznych wyjątkowo krwawych zawodów organizowanych przez zamordystyczny rząd. Nastoletni chłopcy i dziewczęta mają walczyć ze sobą dotąd, aż przy życiu zostanie tylko jedna osoba: zwycięzca programu. Dodatkowym utrudnieniem są supernowoczesne obroże, które wybuchają przy bardziej zdecydowanych próbach pozbycia się ich oraz po wejściu do którejś ze stref zakazanych, których liczba będzie się zwiększać w trakcie rozgrywki. Obroże wybuchną, i to u wszystkich nieszczęsnych zawodników, także po upłynięciu doby bez żadnej ofiary.

Po raz pierwszy wydany w 1999 roku debiutancki utwór literacki japońskiego dziennikarza (w latach 1991-1996 pracował w agencji informacyjnej Shikoku Shimbun) Koushuna Takamiego, urodzonego jako Hiroharu Takami, który odniósł międzynarodowy sukces i zapoczątkował nowy nurt w literaturze i kinematografii. Mocniej spopularyzowany przez oparty na tym utworze kontrowersyjny film - potępiony przez japoński parlament - z 2000 roku w reżyserii nieżyjącego już Kinjiego Fukasaku, pod tym samym międzynarodowym tytułem „Battle Royale”. W 2003 roku swoją premierę miał sequel tego obrazu, „Battle Royale II: Requiem”. Po wydaniu „Battle Royale” (oryg. バトル・ロワイアル), Takami skoncentrował się na komiksach (manga), które zilustrował Masayuki Taguchi – kilkunastotomowa seria inspirowana jak dotychczas jedyną powieścią Takamiego, pierwotnie wydawana w latach 2000-2005. I nie są to jedyne komiksowe dzieła spod szyldu „Battle Royale” Takamiego: franczyzę tę budowali też inni autorzy i ilustratorzy. A wszystko zaczęło się od scenki, która znienacka pojawiła się w na wpół uśpionym umyśle Koushuna Takamiego. Dziennikarz zobaczył nagle tytułową postać z japońskiego dramatu telewizyjnego pt. „3-nen B-gumi Kinpachi Sensei”, który z szerokim uśmiechem na ustach mówi swoim uczniom, że dzisiaj każe im się nawzajem zabijać. Budując opowieść na tej wizji, która jednocześnie go rozśmieszyła i przeraziła, Takami sięgał między innymi do wspomnień z lat 60-tych XX wieku, kiedy to na ulicach Japonii część ludności walczyła z brutalnością policji. Swój wpływ wywarła również jego ulubiona powieść: „Wielki Marsz” Stephena Kinga publikowany głównie pod pseudonimem Richard Bachman.

Kiedy Koushun Takami przedstawił znajomym swój pomysł na książkę, nasunęło im to skojarzenia ze sportem znanym jako battle royale – boks, zapasy, wrestling z wieloma walczącymi, gdzie zwycięzca może być tylko jeden. Suzanne Collins utrzymuje, że właśnie ten brutalny sport zainspirował jej „Igrzyska śmierci” - bestsellerowy trzytomowy cykl powieści z lat 2008-2010, przełożony na ekran w czterech hollywoodzkich superprodukcjach. Gdy o „Igrzyskach śmierci” zrobiło się głośno, w blogosferze rozpętała się mała burza. Część fanów „Battle Royale” Koushuna Takamiego zarzuciła Collins bezwstydne zapożyczenia z tej książki. Właściwie oskarżali ją o plagiat. Takami tymczasem starał się uspokoić nastroje. Podziękował czytelnikom za wstawiennictwo, ale i tłumaczył, że według niego każda powieść ma coś do zaoferowania i że jeśli czytelnicy znajdą coś dla siebie w którymkolwiek z tych dwóch „zwaśnionych” tytułów, to będzie dobrze. Suzanne Collins twierdzi, że zbieżności fabularne są zupełnie przypadkowe, że kiedy pisała swoje „Igrzyska śmierci” była kompletnie nieświadoma istnienia takiego utworu, jak „Battle Royale”. Nie znała ani powieści, ani jej filmowego odpowiednika. Jedni w to wierzą, inni nie. Zgłoszona do Japan Horror Fiction Award i odrzucona na ostatniej prostej ze względu na kontrowersyjną treść, dystopijna opowieść osadzona w czymś, co można by nazwać alternatywną Japonią. Jest rok 1997, a Japonią, właściwie całą tak zwaną Republiką Wielkiej Azji Wschodniej, twardą ręką rządzi jeden człowiek zwany Wodzem, który oczywiście ma na usługach całą armię całkowicie oddanych mu ludzi. Narodowy socjalizm, ekstremalna centralizacja, zamordyzm i wyjątkowo wydajna, silna, właściwie najpotężniejsza na świecie gospodarka. W „Battle Royale” wrogiem jest rząd. Nie jakiś obcy, mityczny, tylko, jak to się mówi twój rząd. Kierowany przez Orwellowskiego Wielkiego Brata? Tak czy inaczej, władza w „Battle Royale” to gargantuiczne stworzenie oplatające swoimi oślizgłymi mackami Azję Wschodnią. Kłamliwa rządowa propaganda, rozbuchana cenzura, ideologia w szkołach tj. indoktrynacja, wpajanie jedynego słusznego światopoglądu i eliminowanie z przestrzeni publicznej niepokornych. Zero litości dla „wrogów ojczyzny”, czyli każdego, kto ośmieli się wystąpić przeciwko władzy totalnej. Koushun Takami na kartach „Battle Royale” poddaje analizie ustrój autorytarny. Nie jest to oczywiście rozprawa na miarę chociażby „Roku 1984” George'a Orwella, ale wnioski, także na temat bierności zniewolonego, sterroryzowanego przez rządzących, społeczeństwa, moim zdaniem są jak najbardziej trafne. „Dlaczego coś takiego cały czas trwa? - To proste. Bo nikt się temu nie sprzeciwia. Dlatego”. A dlaczego nikt się nie sprzeciwia? Przede wszystkim ze strachu. Przed bezpowrotną utratą wolności, torturami i oczywiście śmiercią. Na „arenie gladiatorów”, na wyspie, na którą wbrew własnej woli zostają przetransportowani uczniowie klasy trzeciej B Gimnazjum Miejskiego w Shiroiwie, czytelnik zapewne bez trudu zauważy kolejny czynnik hamujący przewrót. Gimnazjalistów przymuszonych do walki na śmierć i życie chyba bezpiecznie można potraktować jako swoiste odbicie ludności Republiki Wielkiej Azji Wschodniej. Idąc tym tropem tak zwany wychowawca Kinpatsu Sakamochi, kierujący tym odrażającym przedsięwzięciem na miejscu, na wyspie gdzie toczy się gra, będzie uosabiał enigmatycznego Wodza tego mocarstwa. W każdym razie wśród młodocianych uczestników rządowego programu nastąpi pewien rozłam. Społeczeństwo będzie podzielone na tę mniejszość, która największego wroga upatruje w organizatorach tego haniebnego przedsięwzięcia oraz tych, którzy wolą uderzać w sąsiadów. Gdy my się bijemy, opętani żądzą bezgranicznej władzy osobnicy piją szampana. Divide et impera (dziel i rządź) zawsze doskonale się sprawdza. Wspaniale dla dyktatorów, gorzej dla niecałej reszty. Niecałej, bo jak pokazuje życie... yyy „Battle Royale” Koushuna Takamiego niektórym to jak najbardziej pasuje. Takie trwanie pod najeżonym kolcami politycznym butem.

Teraz napiszę coś strasznego: wolę „Igrzyska śmierci” Suzanne Collins. Warsztat i postacie, to przesądziło sprawę. Co nie znaczy, że cegła od Koushuna Takamiego większych wrażeń mi nie dostarczyła. Dobra rzecz, ale „Igrzyska śmierci” według mnie lepsze. Katniss Everdeen bardziej charakterna od Shūyi Nanahary. Dystopijne realia ze zdecydowanie większą dokładnością oddane u Collins niż na kartach kultowego utworu Koushuna Takamiego. „Igrzyskach śmierci” mają bardziej rozbudowaną fabułę (więcej wątków), która toczy się na nieporównanie szerszej przestrzeni. Krótko: świat przedstawiony w „Igrzyskach śmierci” jest zdecydowanie rozleglejszy. Takami proponuje nam bardziej kameralne ujęcie bliźniaczego tematu. Zabij albo giń. Walcz do upadłego albo umieraj. Innego wyboru nie ma. A przynajmniej tak się wydaje, bo jak łatwo się domyślić, znajdą się tacy, którzy będą szukać innych wyjść z tego piekła zgotowanego im przez „ich własny rząd”. Inni będą się chować, a jeszcze inni szukać tych, którzy się schowali. Po to by wyeliminować kolegów i koleżanki, tym samym przybliżając się do upragnionej wygranej. Największą nagrodą jest, rzecz jasna, życie, ale będą też pieniądze i – to dopiero coś – dyplom podpisany przez samego Wodza. A w bonusie być może trauma, której nigdy nie uda się przepracować. Tylko być może, bo jak się okazuje, wśród małoletnich gladiatorów kryją się i tacy, którzy wydają się mieć wrodzone czy wyuczone predyspozycje do takich „rozrywek”. Ludzie niemający skrupułów, pozbawieni empatii, przeraźliwie zimne jednostki, psychopaci, którzy nie spoczną dopóki nie zginą wszyscy pozostali niedobrowolni uczestnicy tej diabelskiej gry. Koushun Takami uśmierca swoje postaci na przeróżne, choć niekoniecznie oryginalne, sposoby. W ruch idzie różnego rodzaju broń, w którą uczniowie trzeciej gimnazjum zostali zaopatrzeni przez organizatorów tych bestialskich zawodów, przedmioty znalezione na wyspie i to, co w ogniu walki akurat wpadnie w rękę. Krew, wnętrzności, kończyny, mniej i bardziej poważne obrażenia cielesne – takich widów (gore) autor nam nie szczędzi, ale opisy nie są zbyt szczegółowe. Z niektórych przebija nawet odrobina humoru, wisielczego humoru. Bywa groteskowo, ale nawet w tych chwilach nie odstępowało mnie obezwładniające poczucie beznadziei. I bezsilna wściekłość na architektów tego koszmaru. Narastające poczucie klaustrofobii – niewielka wyspa, która stopniowo się kurczy, w miarę dodawania kolejnych stref zakazanych przez tak zwanego wychowawcę, Kinpatsu Sakamochiego. Hermetyczny, zamknięty światek, w którym zwykli, niczym niewyróżniający się ludzie zamieniają się w zabójców. Koledzy i koleżanki stają się śmiertelnymi wrogami. Nikomu nie można ufać. Trzeba myśleć tylko o sobie. O tym jak przeżyć i jak podejść przeciwnika. Taką samą ofiarę tego procederu. Takami skacze po postaciach, przedstawia raz krótki, raz trochę dłuższy żywot nieszczęsnych nastolatków na normalnie zamieszkałej wyspie, ale na czas rządowego battle royale tutejszych mieszkańców przeniesiono w inne miejsce. Postaci w większości papierowych. Prawie nieodróżnialnych od innych jednostek wciągniętych w grę, w której zwycięzca może być tylko jeden. A jest ich aż czterdziestu dwoje... W zasadzie to czterdziestu. Najwięcej uwagi Takami poświęcił Shūyi Nanaharze – główny bohater, obok którego znajdziemy jeszcze dwóch lepiej scharakteryzowanych graczy. A dalej jeszcze paru chłopców i jedną dziewczynkę, których będziemy mogli poznać mniej więcej w takich samym stopniu, co kompanów Nanahary. Czyli niezbyt dużym, ale wziąwszy pod uwagę pozostałych, patrząc na tamtych, to szczerze mówiąc byłam wdzięczna autorowi i za tę szczyptę informacji, za to minimum. W kilku słowach: jest klimat, jest krew i jest napięcie. Jest też jeden zgrabny zwrot akcji, dosyć mocnych wstrząs, niemal miażdżący. I oczywiście piękne wydanie. Pierwsze polskie, od wydawnictwa Vesper (rok 2021): standardowo twarda oprawa i grafiki (manga) od niedoścignionego Macieja Kamudy, który zaprojektował też krwistoczerwoną okładkę tej grubo ponad siedemsetstronicowej, ale naprawdę szybko się czytającej publikacji.

Pod koniec XX wieku, kiedy to „Battle Royale” debiutującego na rynku literackim japońskiego autora Koushuna Takamiego, który potem skupił się na pisaniu komiksów („Battle Royale” to jak na razie jedyna powieść w jego artystycznych dorobku), ujrzał światło dzienne, wartość poznawcza tej wizji zapewne była większa niż obecnie. Mogła szokować, oburzać, a w ślad za tym dawać do myślenia. Wytrącać ze strefy komfortu prostą i jakże prawdziwą konkluzją, że postawiony pod ścianą człowiek jest zdolny do wszystkiego. Jeśli jedyną możliwość przeżycia będzie widział w zabijaniu bliźnich, to w większości przypadków będzie zabijał. Nawet przyjaciół. Człowiek to najbardziej krwiożerczy drapieżnik, jakiego Ziemia kiedykolwiek nosiła. Zwykłe zwierzę desperacko trzymające się choćby nawet nieszczęśliwego żywota. Bo życie w niewoli jest lepsze od śmierci... Nie dla wszystkich, choć wszyscy muszą grać w tę grę. W dystopijnym świecie odmalowanym w kultowej powieści Koushuna Takamiego. Powieści, która zainspirowała niejednego artystę i pewnie niejednego jeszcze zainspiruje. Thriller z elementami gore, który może i nie wyszedł tak zupełnie obronną ręką ze starcia z nieubłaganie upływającym czasem, ale myślę, że nadal ma sporo do zaoferowania spragnionym mocniejszych wrażeń czytelnikom.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

niedziela, 4 lipca 2021

„Ulica Strachu – część 1: 1994” (2021)

 

Rok 1994. W miasteczku Shadyside w stanie Ohio, zwanym amerykańską stolicą zabójstw, właśnie kończy się seria morderstw człowieka, któremu nadano przydomek Czacha. Wedle legendy, szczególnie popularnej wśród tutejszej młodzieży, za aktami przemocy od wieków okresowo występującymi w Shadyside, odpowiada stracona w 1666 roku wiedźma Sarah Fier. Jednym z największych wyznawców tej teorii jest nastoletni Josh Johnson, który większość wolnego czasu spędza w wirtualnym świecie. Jego starsza siostra Deena nie wierzy w fantastyczne historie o wiedźmie. Ostatnio jej myśli zaprząta głównie rozstanie z dziewczyną, Samanthą Fraser, która przeprowadziła się do sąsiedniego miasta Sunnyvale. Deena przyjaźni się z handlującymi narkotykami Kate i Simonem, tak samo jak ona, uczniami liceum w Shadyside. Całe to towarzystwo znajdzie się w centrum kolejnego makabrycznego... psikusa wiedźmy?

Pierwsze informacje o „Fear Street”, filmowej adaptacji serii książek R.L. Stine'a pod tym samym tytułem, pojawiły się w roku 2015. Projekt rozpoczęła wytwórnia 20th Century Fox (obecnie 20th Century Studios) we współpracy z firmą Chernin Entertainment. W 2017 roku do publicznej wiadomości podano informację, że scenariusz napisze Kyle Killen, a następnie ujawniono, że na krześle reżyserskim zasiądzie Leigh Janiak, twórczyni „Miesiąca miodowego” z 2014 roku, która wraz z Philem Graziadeiem (z którym stworzyła scenariusz swojego pierwszego, dotąd jedynego, pełnometrażowego filmu, wspomnianego już „Miesiąca miodowego”) napisze nowy scenariusz, wykorzystując pomysły Killena. Zdjęcia ruszyły w marcu 2019 roku, a dystrybucja w kinach miała się rozpocząć w czerwcu 2020 roku, ale plany pokrzyżowała pandemia COVID-19. W sierpniu 2020 roku prawa do dystrybucji „Fear Street” nabył Netflix... wszystkich trzech filmów. „Ulica Strachu - część 1: 1994” (oryg. „Fear Street: Part One - 1994"), „Ulica Strachu - część 2: 1978” i „Ulica Strachu – część 3: 1666”: nietypowa trylogia wyreżyserowana przez Leigh Janiak, której poszczególne cegiełki w kinach miały ukazywać się w niewielkich odstępach czasowych. Ale nie aż tak niewielkich, na jakie mogła sobie pozwolić platforma VOD (kino rządzi się wszak innymi prawami). Netflix postawił na odstępy tygodniowe, od 2 lipca 2021 roku poczynając.

Reżyserka i współscenarzystka triady „Fear Street”, Leigh Janiak, nie ukrywa, że z radością przyjęła propozycję zajęcia się tym projektem, przedstawioną jej przez producentów z Chernin Entertainment. W okresie dorastania była wielką fanką powieści R.L. Stine'a (cykl horrorów dla młodzieży o nazwie „Fear Street”, pol. „Ulica strachu”), które miały posłużyć za podstawę tego filmowego przedsięwzięcia. Po zapoznaniu się ze szczegółami, entuzjazm Janiak jeszcze wzrósł, ponieważ uświadomiła sobie, że to ma być „coś nowego i przełomowego”. Przede wszystkim zaczynamy od końca – część pierwsza rozgrywa się w roku 1994, druga w 1978 (z trailera zamieszczonego, tuż przed planszą końcową, w jedynce, wynika, że będzie to camp slasher), a trzecia w 1666, czyli w roku, w którym , jak głosi legenda, narodziła się klątwa. Przekleństwo wiedźmy Sarah Fier rzucone na amerykańskie miasteczko Shadyside w stanie Ohio. Trzy różne historie, które, jak zapowiada Leigh Janiak, będą ze sobą powiązane. Niby odrębne całości, ale tak naprawdę jedna historia. Makrokosmos, w którym zbiegają się trzy mikrokosmosy. A wszystko silnie inspirowane prozą R.L. Stine'a – w zamyśle utrzymane w duchu jego „Ulic strachu”, osadzone w jego magicznym uniwersum. Lekkich powieści grozy, ukierunkowanych na nastoletnich czytelników, ale przez nich samych niekoniecznie odbieranych w takich kategoriach. Leigh Janiak wciąż pamięta, jak silnych emocji, dostarczały jej te utwory w okresie dorastania. I właśnie te emocje chciała przywołać w swoich „Ulicach Strachu”, tyle że... W pierwszej części widać coś, co można by nazwać spotkaniem dwóch perspektyw: perspektywy małoletniego odbiorcy książek, będących głównym materiałem źródłowym tej filmowej triady w reżyserii Leigh Janiak oraz perspektywy starszego i można powiedzieć już bardziej doświadczonego zjadacza wszelkiej maści opowieści z dreszczykiem. W efekcie powstało coś z pogranicza „Stranger Things”, „Gęsiej skórki” (2015) i „Krzyku” (1996). Taki dziwoląg. Nie dla dzieci (kategoria R), choć utrzymany w lekkim nastroju („bezpieczny”, nieprzygniatający mrok w familijnym opakowaniu) i nie bardzo dla starszych fanów gatunku, bo... utrzymany w lekkim nastroju. Z drugiej strony, ręka w górę, kto tęskni za przeżyciami, jakich dostarczały, choćby takie seriale, jak „Gęsia skórka” (1995-1998), notabene też inspirowane twórczością R.L. Stine'a oraz „Czy boisz się ciemności?” (1990-2000). Dorosłe już osoby, które „wychowały się” na takich lajtowych opowieściach z dreszczykiem, mają chyba nawet większą szansę na dobrą zabawę przy „Ulicy Strachu:1994” niż pokolenie, które nie musiało się użerać z magnetowidami „złośliwie” i notorycznie wciągającymi taśmę. Szansa to jeszcze nie gwarancja. Tego obiecać nie mogę, choćby dlatego, że sama mam raczej ambiwalentny stosunek do niniejszego dziełka. Największy problem mam z realiami, jakich nie udało się oddać ekipie pod kierownictwem Leigh Janiak. Mamy rok 1994, a ja praktycznie w ogóle tego nie czuję. Nie odznacza się to za mocno ani w strojach (tak młodzież nosi się i dziś), ani tym bardziej we fryzurach. To samo tyczy się wystrojów wnętrz – no może poza elektroniką (telewizor, komputer) i rzecz jasna faktem, że nastoletni bohaterowie „Ulicy Strachu: 1994” nie są „przyśrubowani” do smartfonów, bo jeszcze ich nie wynaleziono:) Stylizacji obrazu na powstały w ostatniej dekadzie XX wieku też nie ma. Nie ma nawet takiego minimum, jak przymglone, z lekka wyblakłe (jak po paru praniach) barwy. Żywe, trochę metaliczne, soczyste kolory, przypominające „Stranger Things”, ale można poczuć się też odrobinę (zaledwie odrobinkę) jak w „Mortuarium” Ryana Spindella. Ta baśniowość... Zasadniczo nie mam nic przeciwko podobnym klimatom, ale nie mogłam oprzeć się poczuciu, że pierwsza odsłona „Ulicy strachu” Leigh Janiak trochę odstaje od standardu: jeszcze mniej retro niż zazwyczaj.

Obsada „Ulicy Strachu: 1994” w zdecydowanej większości nie zawodzi. Według mnie najgorzej (co nie znaczy zupełnie nieprzekonująco) wypadły Kiana Madeira i Olivia Scott Welch, które wcieliły się w centralne postaci – czołowa parka – licealistki Deenę Johnson i Samanthę Fraser. Moją uwagę najbardziej przykuł Benjamin Flores Jr. (jako Josh Johnson, młodszy brat Deeny) – ma dzieciak talent. W skład tej grupy wchodzą jeszcze Simon i Kate: też udane występy Freda Hechingera i Julii Rehwald. Po widowiskowej czołówce, przenosimy się do centrum handlowego w miejscowości Shadyside w stanie Ohio, gdzie postawiono mały pomnik dla „Krzyku” Wesa Cravena – hołd dla tego kultowego teen slashera i zarazem zakończenie serii zabójstw dokonywanych przez człowieka w stroju kościotrupa. Stąd jego przydomek: Czacha. Potem dowiadujemy się, że w Shadyside od wieków źle się dzieje – nie bez kozery nazywa się to miejsce amerykańską stolicą zabójstw. Niektórzy wierzą, że za najdrastyczniejsze akty przemocy w historii tego miasteczka odpowiada wiedźma Sarah Fier, którą stracono w 1666 roku (wymowna data, nieprawdaż?). Tak głosi miejscowa legenda, ale prawdę mówiąc tylko nieliczni traktują ją poważnie. A wśród nich Josh Johnson, którego dzisiaj pewnie nazywano by nerdem. W każdym razie o dobrostan chłopaka dba jego starsza siostra, też nastoletnia Deena Johnson, właśnie przeżywająca bolesne rozstanie. Z dziewczyną, która przeniosła się do okolicznego miasta Sunnyvale (tamtejsza młodzież jest wroga nastawiona do swoich rówieśników z Shadyside i vice versa) i związała z chłopakiem. Tą dziewczyną jest oczywiście Samantha Fraser, która według Deeny – i trudno nie zgodzić się z jej wnioskami – boi się ujawnić swoje preferencje seksualne. Woli żyć w kłamstwie, udawać, że jest heteroseksualna, choć, tak jak nieukrywająca swojej orientacji Deena, jest lesbijką. Mamy więc standardową opowieść o strachu przed brakiem akceptacji ze względu na orientację seksualną, który w latach 90-tych XX wieku, ogólnie rzecz biorąc, był dużo większy, szerszy niż obecnie. Udawanie kogoś, kim się nie jest ze strachu przed reakcją społeczeństwa (rodziny, przyjaciół, sąsiadów, znajomych, ale i nieznajomych). Życie w niezgodzie z samą sobą. Taką ścieżkę wybrała Samantha, ale nie Deena. I wygląda na to, że właśnie ta, w oczach Deeny zapewne tchórzliwa, postawa Sam, w całej tej bolesnej dla obu stron sytuacji, najbardziej ją w tym wszystkich irytuje. Siostra Josha najzwyczajniej nie potrafi pogodzić się z tym, że jej ukochana wyrzekła się miłości z obawy przed tym, co ludzie powiedzą. Deena ma w nosie zdanie innych, można nawet powiedzieć, że jest nonkonformistką, zresztą podobnie jak jej najbliżsi przyjaciele Simon i Kate. Żyje jak chce... Choć nie, niezupełnie, bo jej życiowe plany raczej nie uwzględniały wychowywania młodszego brata. Kocha Josha, choć jak to często w rodzeństwie bywa, jest to miłość raczej szorstka, ale nie można powiedzieć, że opiekuje się nim, bo tak chciała. Bardziej musiała – konieczność, wrodzone poczucie obowiązku w stosunku do bliskiej osoby. „Ulica Strachu: 1994” to teen slasher, który może, ale wcale nie musi, nagle skręcić w stronę horroru nadprzyrodzonego o wiedźmie. Wiedźmie od wieków terroryzującej małe amerykańskie miasteczko. Na ten trop twórcy naprowadzają nas po czysto slasherowym prologu, po dość niskim ukłonie dla „Krzyku” Wesa Cravena, ale naturalnie jeszcze sprawy nie przesądzają. W sferze domysłów pozostawiają to, czy Sarah Fier, czarownica stracona w 1666 roku, faktycznie macza swoje brzydkie paluszki w najpotworniejszych zbrodniach, jakie się w tej krainie nieszczęśliwości wciąż i wciąż dokonują. Czy legenda o wyjątkowo mściwej wiedźmie, doskonale znana bodaj wszystkim mieszkańcom Shadyside w Ohio (swoją drogą Leigh Janiak wychowała się w tym stanie), to tylko bajka dla niegrzecznych dzieci? A może rację ma Josh? Może zła czarownica faktycznie przeklęła to miasto? Może to ona popycha ludzi do odrażających zbrodni? W pewnym sensie odrażających, bo choć „Ulica Strachu: 1994” dostała kategorię R, choć w zapowiedziach samej Leigh Janiak pojawia się słowo „krwawy”, to szczerze wątpię, żeby nawet słabiej zaznajomione z kinem gore osoby poczuły jakiś większy dyskomfort na widok makabry w takim ujęciu. Może poza jednym wyjątkiem – szybka akcja w dalszej partii, która co prawda o rozstrój żołądka akurat mnie nie przyprawiła (nawet lekki wstręt mnie nie ogarnął, skoro już o tym mowa), niemniej w tym miejscu filmowcy wykazali się największą śmiałością. I wreszcie coś bardziej kreatywnego od pchnięć nożem (a to w tors, a to w szyję), niezbyt dokładnego widoku podciętego gardła, czy już późniejszego ponad wszelką wątpliwość śmiercionośnego ciosu siekierą. Przyznaję, że finał mnie zaskoczył, ale biorąc pod uwagę całokształt tej historii, to czułam się trochę jak na huśtawce. I to tylko po części komplement. Wzloty i nieloty. Raz ciekawie, z umiarkowanym napięciem, czy całkiem przyjemnym humorem, a raz nudnawo, przesłodko (miłostki, przytulaski, buziaczki) i tak jakoś nijako. Fabularna prostota: tak. W tym największy urok tego filmowego przedsięwzięcia (w końcu ma być po staremu), ale... jednak wolałabym jeszcze bardziej klasyczne, jeszcze prostsze podejście. Nie tak przegadane - sporo niewiele wnoszących gadek, w których aż roi się od wulgaryzmów; kolejny powód, żeby klepnąć kategorię R temu bądź co bądź młodzieżowemu horrorowi. Całkiem „milusiej” rąbance, faktycznie czy tylko pozornie z elementami nadprzyrodzonymi, ale można było wycisnąć z tego dużo więcej.

Mogło być bosko, a było tylko nieźle. Na tej „Ulicy Strachu” w roku 1994 (no powiedzmy). W pierwszej odsłonie wyreżyserowanej przez Leigh Janiak ekranowej trylogii zainspirowanej powieściami R.L. Stine'a: cykl powieści grozy dla młodzieży pod tym samym tytułem. Następny będzie rok 1978, a na koniec zawędrujemy aż do roku 1666. To co? Spotykamy się na obozie z Leigh Janiak i jej ekipą? Ja będę, bo mam powody przypuszczać, że drugie spotkanie „na tej ulicy” przebiegnie w sympatyczniejszej atmosferze. Tak sympatycznej jak na obozie nad jeziorem Crystal Lake:) No nie, tak dobrze to na pewno nie będzie. Ale pójdę tam. Więcej: dojdę do końca. Bo coś w tym przedsięwzięciu jest. Uważam, na razie małe coś, które może się rozrośnie. Wspaniale by było...

piątek, 2 lipca 2021

„Dama Pik” (2021)

 

Anna, jej siedemnastoletnia opiekunka Katy oraz ich znajomi Matthew i Sebastian, są świadkiem samobójstwa młodego mężczyzny. Tuż przed śmiercią wspomina on Damę Pik, postać z rosyjskiego folkloru, którą jakoby można przywołać odprawiając odpowiedni rytuał przed lustrem. Sebastian dobrze zna tę legendę i po podzieleniu się swoją wiedzą z resztą towarzystwa, razem z Matthew namawia dziewczyny do podjęcia próby przywołania Damy Pik. Początkowo nic nie wskazuje na to, że przyniosła ona jakiś skutek, ale już wkrótce demoniczna istota zaczyna zaznaczać swoją obecność w życiu młodych ludzi, którzy ośmielili się ją wezwać.

Dama Pik” (oryg. „Queen of Spades”) to kanadyjski remake rosyjskiego horroru nadprzyrodzonego z 2015 roku pod tytułem „Pikovaya dama. Chyornyy obryad” (międzynarodowy: „Queen of Spades: The Dark Rite”), wyreżyserowanego przez Svyatoslava Podgaevskiy na podstawie jego własnego scenariusza. Pełnometrażowy debiut reżyserski Patricka White'a, również współautora scenariusza – opracował go we współpracy z Johnem Ainslie, twórcą między innymi horroru „The Sublet” z 2015 roku. Dla White'a opowieść o Damie Pik to coś w rodzaju rosyjskiego odpowiednika Krwawej Mary, urban legend, którą filmowiec zna od dzieciństwa. Budżet „Damy Pik” zauważalnie nie był wysoki, ale White'owi udało się skompletować obsadę, którą uznaje za główną atrakcję tego przedsięwzięcia. Horroru, choć nie ukrywa, że woli thrillery z elementami science fiction, ale też dreszczowce z pierwiastkiem nadprzyrodzonym, ze zjawiskami paranormalnymi, na których bądź co bądź skupia się „Dama Pik”. Film udostępniono na platformach VOD (w Polsce na CDA Premium) w czerwcu 2021 roku.

Oparty na klasycznych, wielokrotnie wykorzystywanych motywach, kanadyjski horror nadprzyrodzony, który swoje powstanie zawdzięcza rosyjskiej produkcji „Queen of Spades: The Dark Rite” (2015). Typowa opowiastka o demonicznej istocie prześladującej młodych ludzi, którzy jak by nie patrzeć, sami ją sprowadzili. Odprawiając rytuał, w którym główną rolę odegrało lustro – stąd zapewne skojarzenia Patricka White'a z legendą o Krwawej Mary. Jeśli zaś chodzi o kino grozy, to bodaj najbardziej znanym obrazem o przywoływaniu złego stojąc przed lustrem jest „Candyman” Bernarda Rose'a, film oparty na opowiadaniu „Zakazany” autorstwa mistrza Clive'a Barkera. Nikogo chyba nie zaskoczę wyrażając opinię, że do poziomu tamtego kultowego horroru, „Dama Pik” Patricka White'a nie dosięga. Prawdę mówiąc, wcale się na to nie nastawiałam. Liczyłam raczej na niezobowiązującą, prostą rozrywkę... bo ja prosty człowiek jestem. Na odstresowanie po męczącym dniu. Byle było w miarę wygodnie podane, byle twórcy nie zmasakrowali zanadto konwencji, pod którą siłą rzeczy (za rosyjskim „Queen of Spades”) się podpięli. Akcja zawiązuje się wyjątkowo szybko. Właściwie już w pierwszej scenie, kiedy to grupa młodych ludzi: siedemnastoletnia Katy, jej rówieśnicy Matthew i Sebastian (odpowiednio: Jamie Bloch i według mnie mniej przekonujący Nabil Rajo oraz Eric Osborne) i wreszcie młodsza od nich Anna (całkiem udany występ Avy Preston) są świadkami desperackiego kroku nieznanego im człowieka. Oto na ich oczach jakiś mężczyzna skacze z dachu, ale nie umiera od razu. Zdąża jeszcze wypowiedzieć, jak się domyślamy, fatalne słowa. Potwierdzenie na dobrą sprawę znajdujemy już w następnej scenie, gdy Sebastian snują swoją opowieść o tytułowej damie. Damie w czerni, która, jak wynika z jego słów, żyła w XIX wieku. Bogata Rosjanka, zlinczowana po odkryciu, że zabijała dzieci, którymi miała się opiekować. Potem narodziła się legenda, którą w swojej książce szczegółowo opisał obecnie mieszkający w Kandzie, stroniący od ludzi mężczyzna rosyjskiego pochodzenia, Smirnov (taki sobie pokaz Daniela Kasha). Zabawne, że w swoim dziele nie pominął sposobu przywołania swojego zaprzysięgłego wroga, demonicznej istoty znanej (niewielu) jako Dama Pik. Swoim czytelnikom Smirnov radzi, by nigdy, pod żadnym pozorem, nie przywoływali tej bestii, by przenigdy nie odprawiali rytuału, który w najdrobniejszych szczegółach im wyłuszczył. Cóż za brak wyobraźni, żeby nie powiedzieć skrajna naiwność. Tak czy inaczej, nikogo nie powinno dziwić, że znaleźli się tacy, którzy postanowili rzecz spraktykować. Jedni wołają Krwawą Mary, inni Candymana, a młodociani bohaterowie omawianego filmu przyzywają Damę Pik. Nierozsądnie? W tym gatunku takie posunięcie z całą pewnością mądre nie jest. My to wiemy, oni dopiero się o tym przekonają. I to dość szybko. Niedługo po trzykrotnym wypowiedzeniu przed lustrem (na którym uprzednio namalowano drzwi z prowadzącymi do nich schodami), z zapaloną świecą w ręku, zdania „Damo Pik, ukaż się”, dochodzi do tragedii, której okoliczności wskazują na działalność odzianej w czerń pani z lustra. Niemile widzianego, ale bądź co bądź proszonego gościa. Bo przecież sama się nie pchała, tylko usłużnie odpowiedziała na wezwanie szukających rozrywki tam, gdzie nie powinni, nastolatków. Pozytywnie zaskoczył mnie wygląd tytułowej antybohaterki, bo w kontaktach ze współczesnym kinem grozy nieczęsto się zdarza, żeby obrazy generowane komputerowo (może niezupełnie, ale zauważalnie majstrował przy tym komputer) nie wywoływały we mnie czegoś zbliżonego do zażenowania, a cóż dopiero, jak w tym przypadku, pracowały na korzyść danego straszaka. W każdym razie niepiękne oblicze istoty czerpiącej siłę z lustrzanych powierzchni, przykuwało moją uwagę, naprawdę nieswojo poczułam się jednak dopiero wtedy, gdy (dobra moja!) położono większy akcent na element, który w horrorze zawsze na mniej działał. Na przykład w „Martwym złu” Sama Raimiego...

Patrickowi White'owi i jego ekipie udało się wypracować dosyć ponury klimacik dla historii o morderczej istocie z zaświatów. Pozwolę sobie wysnuć, może i daleko idące, przypuszczenie, że przy wyższym budżecie oprawa wizualna miałaby mi mniej do zaoferowania: jak to nazywam, plastik zamiast tej posępności. Zamiast tych przygaszonych, przyblakłych barw znacznie uprzyjemniających mi seans. Muszę przyznać, w miarę intensywna - i to też niemałe zaskoczenie – aura panuje w „Damie Pik”. [Podkreślmy: jak na moje niewygórowane potrzeby.] W filmie o istocie, która od dawna, bo od XIX wieku, nie przynależy do świata żywych. Bardziej demon niż duch, uwięziony po drugiej stronie lustra. Ale mający swoje sposoby na przekraczanie tej lustrzanej bariery. Nie musi nawet faktycznie przechodzić przez tę taflę, żeby decydować o życiu lub śmierci bohaterów filmu. Bohaterów raczej stereotypowych, zasadniczo nieodkrywczych, a przy tym zdecydowanie ogólnikowo odmalowanych. Na pierwszy plan już w pierwszej scenie wysuwa się Anna, małoletnia dziewczyna mieszkająca tylko z matką, Mary (przyzwoita kreacja Kaelen Ohm) w dużym bloku z basenem. Kobieta ciężko pracuje na ich utrzymanie, co sprawia, że nie ma dla swojego jedynego dziecka tyle czasu, ile obie by chciały. Anna niby to rozumie, ale da się zauważyć, że chowa urazę do swojej rodzicielki. Wyraźnie dystansuje się od niej. Z drugiej strony to może mieć związek z ojcem Anny – czyżby dziewczyna winą za jego odejście (śmierć?) obarczała matkę? Spokojnie, wszystko się wyjaśni. Tymczasem dowiemy się, że pod nieobecność Mary Anną opiekuje się jej siedemnastoletnia sąsiadka (mieszkająca w tym samym bloku) Katy, która nie jest przyjaźnie nastawiona do matki swojej podopiecznej. Dziewczyna uważa że Mary zaniedbuje swoje dziecko. Cały ten wątek można odczytywać jako swoisty komentarz społeczny, naświetlenie jednego z częstych problemów rodziców, zwłaszcza samotnych, ale przecież nie tylko. Trudności, niemożność pogodzenia pracy z opieką nad dzieckiem/dziećmi. Katy łatwo mówić. Jest młoda, jeszcze niedoświadczona przez życie, niepracująca i oczywiście bezdzietna. Nie potrafi, przynajmniej póki co, wczuć się w położenie innych osób. Łatwiej krytykować, niż postarać się spojrzeć na coś z perspektywy drugiego, tego bezlitośnie ocenianego, człowieka. Ale to być może przyjdzie z czasem. Jeśli Katy uda się przeżyć bliskie spotkanie z Damą Pik. Jak można się tego spodziewać, w środkowej części filmu zobaczymy trochę mniej i bardziej zdecydowanych oznak obecności czarnej damy w otoczeniu młodocianych protagonistów. Możliwe że nie tylko w otoczeniu. Trudno odgadnąć, czy taki był zamiar twórców, ale już nazajutrz po przywołaniu demona, dopadło mnie cokolwiek nieprzyjemne przeczucie w stosunku do jednej z postaci. Przygotowałam się na... na skręt w stronę motywu, który niejednemu miłośnikowi gatunku zdążył już spowszednieć. Czy moje przeczucie się sprawdziło, tego nie zdradzę. Powiem tylko, że końcowa partia (nie mówię o epilogu, który niebrzydko zapachniał tragikomedią), zresztą też zgodnie z przewidywaniami, zgodnie z tradycją, jest utrzymana w szybszym, wręcz zawrotnym tempie. Szybka akcja, w której znajdziemy nową - może i już spraktykowaną w kinie (przez Svyatoslava Podgaevskiy?), ale jeśli tak, to ja to przegapiłam – wyjątkowo ryzykowną, desperacką metodę na... na coś, co w światku horroru nader często jest praktykowane. Podejrzewam jednak, że moje zainteresowanie w tych ostatnich scenach znacznie by opadło, gdyby nie wspomniany już upiorny szczegół. Wcześniej, gdy akcja posuwała się wolniej, aczkolwiek nie tak wolno, jak zwykło się to odbywać w tak zwanej noweli fali horroru -„Dama Pik” w ten trend się nie wpisuje - też było na czym oko zawiesić. Choć nad postaciami przydałoby się dłużej popracować, a narracja, samo podawanie tej historii nie zawsze mi sprzyjało - nazbyt gwałtowne, błędnie obliczone przeskoki w akcji, szarpany montaż (miejscami); czasami wkradało się coś zbliżonego do drobnej dezorientacji, tak jakby chwilowe zagubienie nie tyle w fabule, ile w emocjach. Bo jakieś emocje były. Niewysokie napięcie, leciutkie poczucie klaustrofobii i praktycznie nieodstępujące nadnaturalne zagrożenie, śmiercionośne widmo, pożądanie szpecące świat przedstawiony przez Patricka White'a i jego ekipę. Nieuchronność konfrontacji z nieznanym. Nieuchronność psychicznej i fizycznej udręki (dodatkowy plusik za mięsko: dwie brzydkie, soczyste rany: czyżby mały ukłon dla body horroru? Za to minusik za mało realistyczną sekwencję z wciąganiem dziewczyny do lustra, to znaczy w domyśle dużo mroczniejszej rzeczywistości po drugiej stronie lustra). Nieuchronność śmierci? Cóż, jak zwykle: pozostali przy życiu bohaterowie będę musieli znaleźć jakiś sposób na pozbycie się upartego demona. O ile takowy istnieje, bo jedyny znany im znawca tej legendy, upiera się, że go nie ma. Aha, urokliwe są też plansze z poszczególnymi dniami tygodnia – przemawiające do wyobraźni tło. Cienie drzew skąpane w szaro-białości. Ładne.

Pierwowzoru nie widziałam, ale remake upłynął mi dosyć gładko. Remake „Queen of Spades: The Dark Rite”, rosyjskiego horroru o demonicznej istocie z lustra. Kanadyjski straszak, „Dama Pik”, w reżyserii debiutującego Patricka White'a, który napisał też scenariusz, do spółki z Johnem Ainslie. Nieskomplikowana, konwencjonalna, niewiele wnosząca (jeśli w ogóle coś) do gatunku, opowieść o nastolatkach dręczonych przez nadnaturalną maszkarę, którą sami sprowadzili. Nawet klimatyczna i nie tak efekciarska, jak się obawiałam, pozycja, dla ludzi, którzy potrafią się zadowolić byle czym:) W każdym razie to jeden z tych filmów, który najpewniej nie znajdzie dużego poklasku. Niewielu spojrzy na niego przychylniejszym okiem, niewielu da się wciągnąć w tę historyjkę. U mnie przejdzie, ale namawiać nie będę.