Stronki na blogu

niedziela, 15 lipca 2012

William Peter Blatty „Dimiter”

Albania, rok 1973. Podejrzany o szpiegostwo mężczyzna jest torturowany przez służby bezpieczeństwa, pragnące uzyskać od niego kilka ważnych informacji. Jednak więzień uparcie milczy. Po kilku dniach podejrzanemu udaje się uciec. Akcja przenosi się do Jerozolimy w rok później. Do neurologa, pracującego w jednym z tamtejszych szpitali docierają plotki, że budynek jest nawiedzony. Mężczyzna nie daje temu wiary, dopóki nie odkrywa kilku niewyjaśnionych zgonów paru pacjentów. Tymczasem pewien policjant, prowadzący sprawę wypadku na jednej z ulic trafia na ślad kilku tajemniczych morderstw, które mogą być powiązane nie tylko ze sprawą, nad którą obecnie pracuje, ale również z dziwnymi zgonami w szpitalu. Co łączy te wszystkie, pozornie niezwiązane ze sobą, wydarzenia?
Autor kultowego „Egzorcysty”, na kanwie którego powstał jeden z najlepszych horrorów światowej kinematografii. Jak sam twierdzi, jego najnowsza powieść „Dimiter” jest najważniejszą dla niego osobiście pozycją, w całym jego dorobku literackim. Jeśli o mnie chodzi to jeszcze nigdy w całej swojej długiej karierze czytelniczej nie spotkałam się z taką konstrukcją fabularną. Na tak oryginalne poprowadzenie akcji chyba jeszcze nikt przed Blatty’m się nie zdecydował i choćby z tego powodu powieść zasługuje na uwagę odbiorców. Podczas obcowania z tą pozycją czytelnik właściwie nie wie, o czym ona tak naprawdę opowiada. Przez ponad 200 stron lektury śledzimy mnóstwo pozornie nic nieznaczących wątków, poznajemy kilku na pierwszy rzut oka niezwiązanych ze sobą bohaterów i nieustannie zastanawiamy się nad sensem tego wszystkiego. Podskórnie wyczuwamy, że oto mamy do czynienia z jedną wielką układanką, ale aż do końca lektury nie zdołamy jej poskładać. Początkowo nawet próbowałam rozszyfrować sens fabularny, ale gdy tylko udało mi się co nieco zrozumieć autor dorzucał kolejne wątki, które nijak nie pasowały mi do całości. W końcu się poddałam – czytałam, zapamiętywałam, co ważniejsze wydarzenia, ale oczywiście kompletnie nic nie rozumiałam. Blatty z uporem maniaka podrzucał mi kolejne części misternej układanki, a jak wręcz nie mogłam doczekać się zakończenia – w końcu niełatwo jest czytać o czymś, w czym nie dostrzega się najmniejszego sensu.
Pierwsza część powieści jest jeszcze w miarę zrozumiała. Poznajemy tajemniczego mężczyznę, mającego przy sobie dowód osobisty zmarłego człowieka, schwytanego przez albańskie służby bezpieczeństwa, którego podejrzewa się o szpiegostwo. Więzień nie reaguje na tortury fizyczne, zdaje się w ogóle nie odczuwać bólu; pod hipnozą przedstawia kilka różnych życiorysów, a wariograf wszystkie skwapliwie potwierdza. Każdy, kto dłużej wpatruje się w tego osobnika odnosi wrażenie, że gdzieś już go widział. Wiem, że to wszystko brzmi nadzwyczaj tajemniczo, ale czytelnik przynajmniej nadąża za akcją, czego nie będzie można powiedzieć po ucieczce więźnia i przeniesieniu akcji do Jerozolimy. Wówczas wszystko tak bardzo się komplikuje, że naprawdę nie sposób cokolwiek zrozumieć. Potencjalnym czytelnikom mogę poradzić tylko zapamiętywanie, co ważniejszych wątków, ponieważ pod koniec powieści autor zdecydował się na poskładanie tej osobliwej układanki w jedną spójną całość – wszystkie elementy idealnie wskakują na swoje miejsce, choć nie mogę powiedzieć, żeby finał był jakoś szczególnie wstrząsający, czego się spodziewałam zapoznając się z opiniami innych czytelników na temat „Dimitra”. Jak dla mnie zakończenie po prostu udowodniło, że Blatty przez cały czas doskonale wiedział, o czym pisał (przynajmmniej on), że doskonale przemyślał całą konstrukcję fabularną, celowo wyprowadzając czytelnika w pole. Jednak wyjaśnienie całej intrygi w moim odczuciu okazało się całkiem trywialne, nie dostrzegłam w nim niczego nadzwyczajnego. Ale dobrze przynajmniej, że autor wszystko dokładnie objaśnił, bo głupio byłoby skończyć lekturę nie wiedząc, o czym ona tak naprawdę traktowała:)
Nigdy nie gustowałam w warsztacie pisarskim Blatty’ego – jak dla mnie za mało skupia się na bohaterach i dokładniejszych opisach miejsc i wydarzeń przez niego kreowanych. Akcja jego poszczególnych powieści budowana jest przede wszystkim za pomocą dialogów, co skutecznie blokuje wyobraźnię, co bardziej wymagających odbiorców. Między innymi z tego powodu zawsze wolałam ekranizację „Egzorcysty”, od jego literackiego pierwowzoru. Niestety, w „Dimitrze” mamy do czynienia z takim samym, lakonicznym stylem wypowiedzi, co dodatkowo utrudnia zorientowanie się w całej intrydze tak pieczołowicie przez niego budowanej. Nie wiem, czy można z czystym sumieniem polecić komukolwiek lekturę tej powieści. Mnie zainteresowała przez wzgląd na swoje nowatorskie podejście do tematu, przez wzgląd na iście oryginalną konstrukcję fabularną. Powiem tak: jeśli ktoś lubi czytać o czymś, czego sensu nie dostrzega, a co wyjaśni się dopiero na ostatnich stronach książki to śmiało może ryzykować. „Dimiter” nie jest pozycją łatwą, niewymagającą myślenia, którą można czytać dla przyjemności – nie, tutaj nieustannie trzeba myśleć, co pewnie i tak nic nie da, z uwagi na niewyobrażalną komplikację każdego kolejnego wątku.
Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

sobota, 14 lipca 2012

„Inkubus” (2011)

Policja poszukuję mordercy kobiety. W trakcie przesłuchiwania jej chłopaka, głównego podejrzanego, na posterunku zjawia się mężczyzna, dzierżący w ręku odciętą głowę zamordowanej. Tajemniczy osobnik twierdzi, że jest stuletnim demonem, mordercą niezliczonej liczby ludzi, który teraz obrał sobie za cel policjantów tegoż posterunku. Początkowo gliniarze nie dają wiary jego słowom, ale kiedy mężczyzna w niewyjaśniony sposób ucieka i rozpoczyna swoją krwawą misję zostają zmuszeni do zmiany swoich poglądów.
„Inkub – demon płci męskiej, nawiedzający śpiące kobiety i kuszący je współżyciem seksualnym.”
Debiutancki, niskobudżetowy film gore Glenna Ciano, którego niedostatki finansowe są, aż nazbyt widoczne. Jednak zamiast szkodzić tej produkcji odniosłam wrażenie, że znacznie przyczyniły się do potęgowania klimatu wszechobecnego zagrożenia. Szczerze mówiąc do seansu zachęciła mnie tylko i wyłącznie demoniczna rola Roberta Englunda, bo czy można chcieć czegoś więcej, aniżeli „Freddy’ego Kruegera” w kreacji kolejnego intrygującego mordercy? Na nic szczególnego nie liczyłam, ale o dziwo wbrew negatywnym opiniom innych widzów dostałam kawał naprawdę przyzwoitego horroru. I choć zapewne zostanę za to zlinczowana muszę przyznać, że ani trochę nie przeszkadzały mi liczne niedoróbki realizatorskie – liczyła się tylko pełna scen gore fabuła, gęsty klimat grozy i rzecz jasna Robert Englund.
Pierwsza połowa filmu jest jedną wielką tajemnicą. Najpierw widzimy mężczyznę, przebywającego w zakładzie psychiatrycznym, który przypomina sobie koszmarne wydarzenia, którym niedawno świadkował. Okazuje się, że chory był detektywem, który wraz z kolegami pewnej nocy stanął do beznadziejnej walki z demonem. Mężczyzna, jak gdyby nigdy nic wszedł sobie na posterunek, z zakrwawioną głową kobiety w ręku, twierdząc, że jest Inkubusem, który przez lata dopuszczał się bestialskich mordów, które albo przypisywano, komu innemu, albo do dzisiaj nie znaleziono ich sprawców. Przykładowo upiera się, że jest legendarnym Kubą Rozpruwaczem, działającym w 1888 roku w londyńskiej dzielnicy Whitechapel. Rzecz jasna nasi sceptyczni protagoniście nie wierzą w ani jedno jego słowo – nawet, wówczas, gdy prezentuje im ułamek swoich magicznych zdolności. Następnie Inkubus ucieka, ale nie z posterunku – w końcu, skoro już tutaj przyszedł głupio byłoby wyjść zostawiając gliniarzy przy życiu. Nie, po postu krąży sobie gdzieś po budynku. Protagoniści, jakżeby inaczej, rozdzielają się, aby schwytać groźnego mordercę. Wędrują, w pełnym uzbrojeniu, po ciemnych korytarzach posterunku, szukając nieuchwytnego przestępcy, który bez najmniejszych problemów systematycznie ich wykańcza – i to w jak najbardziej okrutny sposób. Bohaterów ciągle ubywa, trup ściele się gęsto, a nasz Inkubus znakomicie się bawi. Wkrótce posterunek zamienia się w jedną wielką kostnicę, gdzie na każdym kroku można natknąć się na porozrzucane po kątach ludzkie kończyny. Anatomicznie kluczową rolę odgrywają tutaj jelita – nasz antagonista chyba najbardziej sobie je upodobał, ponieważ gdzie tylko widz nie spojrzy widzi te odrażające wnętrzności ludzkie, wręcz wylewające się z jego zadźganych ofiar. Ale to nic w porównaniu z moim zdaniem najmocniejszą sceną filmu, w której jeden z policjantów zostaje pozbawiony kręgosłupa, brutalnie wyrwanego z jego ciała, i to w całości! A najlepszy w tym wszystkim jest fakt, że sztuczna krew była fizycznie obecna na planie, o jakichś pikselowych efektach w kwestii gore nie ma tutaj mowy. Choć zauważymy malutką ingerencję komputera w momentach wizualizacji magicznych zdolności Inkubusa, ale są do tego stopnia zminimalizowane, że naprawdę nie wpływają negatywnie na realizm sytuacyjny filmu. Ponadto sugestywny klimat tej produkcji znacznie wzmagają niepokojące wstawki będące kompilacją krwawych obrazów z odrażającego porodu demona.
Z obsady, oczywiście, najjaśniej błyszczy wspaniały Robert Englund. Rola Inkubusa dała mu możliwość maksymalnego zaprezentowania swoich ironiczno-okrutnych możliwości aktorskich. Postać, którą tutaj kreuje, z całą jej hipnotyzującą mimiką i ewidentnie humorystycznymi akcentami nieodmiennie kojarzyła mi się z kultowym Kruegerem. Englund całkowicie przyćmił pozostałych członków obsady, nawet znanego Williama Forsythe’a.
Cały seans, od pierwszej sceny, aż po zakończenie, które można interpretować w dwójnasób całkowicie mnie wciągnął. Potrzebowałam czegoś niewymagającego myślenia, kładącego nacisk na atmosferę grozy i krwawe sceny, ale równocześnie nieepatującego bzdurnymi efektami komputerowymi. Nie myślałam, że jeszcze znajdę tego rodzaju współczesny horror, ale na szczęście Glenn Ciano zdecydował się na pokazanie światu swojej wizji kina grozy, która idealnie trafiła w mój chory gust. Polecam entuzjastom krwawych niskobudżetówek – osoby zakochane w hollywoodzkim rozmachu raczej nie znajdą tutaj nic dla siebie.

piątek, 13 lipca 2012

Zajdel 2012: Opowiadania

Pan Marcin Zwierzchowski i serwis Poltergeist we współpracy z autorami udostępnili opowiadania pięciu polskich autorów, nominowanych do nagrody Janusza A. Zajdla. Poniżej przekazuję link do strony, z której będziecie mogli pobrać te opowiadanka w formacie PDF. Życzę miłej lektury!

czwartek, 12 lipca 2012

„Dagon” (2001)

Recenzja na życzenie (Nukie)
Czwórka przyjaciół wybiera się w rejs łodzią. U wybrzeży Hiszpanii zaskakuje ich sztorm, podczas którego jedna z kobiet zostaje poważnie ranna. Jej mąż postanawia zostać z nią na łodzi, podczas gdy zakochani Paul i Barbara wyruszają pontonem w stronę pobliskiej wioski Imboca. Na miejscu odkrywają, że zamieszkują ją tajemnicze stwory, które czczą osobliwego boga, zwanego Dagonem.
Film Stuarta Gordona na podstawie opowiadania H.P. Lovecrafta pt. „Widmo nad Innsmouth”. Lubię horrory o ludziach, którzy docierają do podejrzanie prezentującego się miejsca, z dala od rozwiniętej cywilizacji, gdzie zostają skonfrontowani z jego dziwnymi mieszkańcami. Takie obrazy mają swój osobliwy klimat grozy. I tak też jest w „Dagonie”. Już w chwili przeprawy Paula i Barbary pontonem w stronę, ewidentnie sprawiającego wrażenie wymarłego miasteczka widz doskonale zdaje sobie sprawę, że „nasi śmiałkowie” znaleźli się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. To przeczucie potwierdzi moment pojawienia się kilku jego mieszkańców, których podejrzane zachowanie nie pozostawia żadnych wątpliwości, co do ich niecnych zamiarów. Tyle, że wbrew pozorom nasi bohaterowie nie będą mieli do czynienia ze zwykłymi psychopatycznymi antagonistami – jak to u Lovecrafta możemy spodziewać się nadnaturalnych stworzeń, egzystujących we własnej przerażającej rzeczywistości, w której obiektem czci jest okrutny bóg Dagon. Do budowania atmosfery grozy, poza fabułą, znacznie przyczynia się kolorystyka obrazu, w której dominującą barwą jest błękit.
„Dagon” jest produkcją niskobudżetową i niestety twórcom nie udało się tego faktu zamaskować. Z niedostatków finansowych wyłaniają się tutaj dwa dosyć istotne mankamenty. Po pierwsze sztuczna charakteryzacja potwornej anatomii antagonistów – kiczowate efekty komputerowe, ilekroć tylko się pojawią nieodmiennie wywołują niekontrolowany wybuch śmiechu u odbiorcy. Tak mało wiarygodne, wręcz bajeczne elementy nie mają absolutnie żadnych szans, aby zaniepokoić widza. To samo zresztą tyczy się scen gore, które również nie grzeszą wiarygodnością. Po drugie główny bohater, Paul, wykreowany przez mało znanego Ezrę Goddena. Nie wiem, czy tylko ja odniosłam takie wrażenie, ale jego amatorskie podejście do tematu częstokroć kazało mi podejrzewać, że nie mam do czynienia z aktorem tylko pierwszą lepszą osobą, zgarniętą wprost z ulicy. Myślę, że „Dagona” najlepiej podsumowuje zdanie: im dalej, tym gorzej. Na początku dominuje sugestywny, tajemniczy klimat – wiemy, że coś grozi protagonistom, ale nie wiemy co i taki zabieg całkowicie zdaje egzamin, niepokoi odbiorcę, który obawia się o bezpieczeństwo głównych bohaterów. Jednak z czasem Gordon popełnia taki sam błąd, jaki zniszczył już niejeden dobrze się zapowiadający horror – „odkrył wszystkie karty” i to w tak nieudolny sposób, że druga połowa filmu zostaje niemalże całkowicie oddarta z atmosfery grozy na rzecz nużących ucieczek Paula i sztucznych efektów komputerowych, które osiągają apogeum kiczowatości w finale filmu.
Myślę, że mimo wszystko wielbiciele twórczości H.P. Lovecrafta mają szansę znaleźć coś dla siebie w tej produkcji. Pierwsza połowa filmu na pewno zadowoli koneserów klimatycznych horrorów, druga natomiast ukontentuje entuzjastów baśniowych efektów komputerowych. Ja zaliczam się do tej pierwszej grupy odbiorców, więc potrafię docenić jedynie początkowe sceny filmu – później czułam jedynie nieustannie narastającą frustrację. Moim zdaniem twórcy zepsuli znakomity scenariusz oraz nie wykorzystali w pełni potencjału drzemiącego w tej historii, a to wszystko przez (jak zwykle) nagromadzenie niepotrzebnych efektów komputerowych.

wtorek, 10 lipca 2012

James Herbert „Nawiedzony”

Recenzja na życzenie (wielu osób)
David Ash jest pracownikiem londyńskiego Instytutu Badań Psychiki. Zajmuje się demaskowaniem szarlatanów, żerujących na ludzkiej wierze w życie pozagrobowe oraz racjonalnym wyjaśnianiem zjawisk uważanych powszechnie za paranormalne. Kiedy dostaje zlecenie od pewnej staruszki, Tessy Webb, mieszkającej na prowincji w wielkim starym domu zwanym Edbrook, ani chwili nie waha się przed udowodnieniem zarówno zleceniodawczyni, jak i jej siostrzenicy i dwóm siostrzeńcom, że rzekome nawiedzenie ich lokum można bez problemu przypisać zupełnie naturalnym zjawiskom. Kiedy dociera do Edbrook i poznaje ekscentryczną rodzinkę przystępuje do pracy, która przyniesie iście przerażające wyniki.
Moje ostatnie spotkanie z Jamesem Herbertem („Ciemność”) znacząco zaostrzyło mi apetyt na jego prozę. Z całej twórczości brytyjskiego autora ewidentnie największym zainteresowaniem w Polsce cieszy się „Nawiedzony” – pierwsza z jak dotąd trzech pozycji, traktujących o mrożących krew w żyłach przygodach Davida Asha. Jeśli miałabym podsumować „Nawiedzonego” jednym zdaniem, powiedziałabym, że jest doskonałą obietnicą przerażenia. No właśnie, tylko obietnicą, którą Herbert być może spełni w drugim tomie o perypetiach Asha („Duchy ze Sleath”), ale tutaj jeszcze w pełni nie wykorzystuje potencjału, drzemiącego w opowiadanej przez siebie historii. Powód? Zbyt mała ilość stron. Co prawda „Nawiedzony” już od początku wciąga czytelnika w wir koszmarnych wydarzeń, nie pozwalając mu ani na chwilę oderwać wzroku od lektury – i tak, aż do wstrząsającego zakończenia, czyli przez jakieś mniej więcej dwie godziny, bo tyle na oko zajmie wytrawnemu czytelnikowi zapoznanie się z tą pozycją. Nie wiem, jak można było tak znakomitą opowieść ograniczyć do takiego minimum, że niejednokrotnie ma się wrażenie obcowania z zarysem powieści zamiast zwykłą powieścią. Oczywiście, jeśli ktoś gustuje w krótkich formach literackich, które można przeczytać w trakcie jednego wieczora, powinien być w pełni usatysfakcjonowany. Mnie pozostał pewien niedosyt, tym bardziej, iż historia nawiedzonego Edbrook zaintrygowała mnie do tego stopnia, że mogłabym zapoznawać się z wydarzeniami, rozgrywającymi się w jego zimnych murach praktycznie bez końca. Wystarczył dosłownie jeden dodatkowy krok Herberta, jeden dłuższy klimatyczny wątek, aby zamiast zwykłego niepokoju wprawić mnie w paraliżujące przerażenie. A więc o wrażeniach na miarę „Lśnienia” Stephena Kinga z pewnością możemy zapomnieć. Herbert ewidentnie wycofał się z zamiaru zmrożenia krwi w żyłach swoich czytelników, zamiast tego postawił na lekkie uczucie niepokoju. Szkoda, ale to wcale nie znaczy, że zawiódł na pozostałych polach – wręcz przeciwnie, właśnie z powodu jego mistrzowskiej narracji i wspaniałego klimatu powieści czytelnik żałuje, że mógł obcować z nią tak krótko.
„W domu nazywanym Edbrook panowała martwa cisza. Nie słychać było odgłosów kroków, ani w mrocznych korytarzach, ani w zakurzonych pokojach. Jedynie robactwo toczyło spróchniałe meble, a na ścianach leniwie poruszały się pająki, uśpione późną porą roku. Kamienne ściany budynku strzegły spokoju. Przez okno zaglądał bezbarwny świt.”
Zdecydowanie na największą uwagę zasługuje miejsce akcji, które najmocniej potęguje osobliwy klimat „Nawiedzonego”. Wielki, stary, naznaczony zębem czasu dom na angielskiej prowincji. Jego wnętrze opanowały pajęczyny oraz wszechobecny kurz, zalegający na meblach. Co jakiś czas, w co poniektórych pomieszczeniach można odczuć gwałtowne spadki temperatury oraz zapach stęchlizny i pleśni. Kiedy David Ash rozstawia swoją specjalistyczną aparaturę w różnych pomieszczeniach Edbrook czytelnik zostaje skonfrontowany z niepokojącymi, niezdefiniowanymi zjawiskami – aparat fotograficzny i magnetofon same się włączają, a nasz łowca duchów w pewnym momencie jest świadkiem widmowego pożaru, którego wyczuwa wszystkimi zmysłami poza wzrokiem. Ale to jeszcze nie wszystko – prawdziwy koszmar Asha rozpocznie się z chwilą pierwszego spotkania ze zjawą ciemnowłosej dziewczyny w bieli, która zdaje się dybać na jego życie. Tak, mroczny klimat powieści, budowany wręcz po mistrzowsku, bez problemu pozwala czytelnikowi odczuć na własnej skórze niepokój sceptycznego Asha, który oto dostał wreszcie sprawę, której nie sposób wyjaśnić naukowo.
Główny bohater, David Ash, choć niezwykle przekonujący wręcz intrygujący, jest typową męską postacią w stylu Herberta – twardy, sceptyczny facet, tak bardzo przekonany, co do swoich cynicznych poglądów, że ani przez chwilę nie bierze pod uwagę zdania innych na temat zjawisk paranormalnych. Nawet, kiedy jest już pewne, że w Edbrook rzeczywiście zagnieździły się duchy, jego racjonalny umysł nadal nieustannie próbuje odrzucić taką możliwość. Herbert obdarzył Asha iście traumatyczną przeszłością, która z pewnością odgrywa kluczową rolę w jego teraźniejszych przekonaniach. Ponadto dzięki ciekawym retrospekcjom z innych spraw Davida czytelnik będzie miał okazję poznać go jeszcze bliżej, a przy okazji dostanie również inne przypadki rzekomych nawiedzeń, nad którymi niegdyś pracował nasz bohater, co wprowadzi pewnego rodzaju urozmaicenie w fabułę, pozwoli mu na chwilę odetchnąć od historii Edbrook. Mieszkańcy nawiedzonego domostwa to już zupełnie inna sprawa. W ich przypadku Herbert pokusił się o sporą dozę oryginalności. Największą zagadką jest oczywiście ich osobliwe zachowanie. Trójka rodzeństwa Mariellów to takie duże dzieci, które zdają się w ogóle nie przejmować swoim dojrzałym wiekiem i zamiast pomagać siedemdziesięcioletniej ciotce w pracach domowych i zajmować się finansami rodzinnymi wolą oddawać się beztroskiej, pełnej niewybrednych psikusów zabawie, najlepiej na świeżym powietrzu. Sposób, w jaki traktują swoją starą ciotkę również wzbudza pewnego rodzaju niepokój, gdyż niejednokrotnie podpada pod najzwyklejsze okrucieństwo. Obecność ducha w Edbrook tylko podsyca ich beztroski sposób bycia, w przeciwieństwie do panny Webb w ogóle się nim nie przejmują, zdaje się, że doskonale się bawią myślą, iż ich dom jest regularnie nawiedzany przez złośliwą obecność zza światów.
Najmocniejszym momentem książki jest wstrząsające zakończenie. W przeciwieństwie do jej ekranizacji ciężko jest domyślić się go wcześniej, niż chciałby tego Herbert. Choć autor podrzuca nam kilka tropów, prowadzących do rozszyfrowania finału, w nagromadzeniu tych wszystkich przerażających wątków trudno jest je wychwycić. Finalny wątek przeciągnięto do granic możliwości, a przez wzgląd na koszmarne wydarzenia, które mają wówczas miejsce odbiorca powinien być całkowicie zadowolony z takiego zabiegu narracyjnego.
„Nawiedzonego” czyta się naprawdę jak marzenie, tak wspaniale, że czytelnik całym sercem żałuje, iż Herbert nie pokusił się o znaczniejsze rozbudowanie fabuły, o jeszcze więcej opisów przerażających wydarzeń i jeszcze sugestywniejszego budowania klimatu. Przyrzekam każdemu wielbicielowi nastrojowych horrorów, że po skończonej lekturze krzyknie: JESZCZE!

poniedziałek, 9 lipca 2012

„Kula” (1998)

Amerykanie odnajdują na dnie Pacyfiku tajemniczy statek, który najprawdopodobniej spoczywa tam od 300 lat. Grupa uczonych i wojskowych schodzi na dno, celem zbadania dziwnego obiektu. Na miejscu odkrywają, że w statku znajduje się nieznana ludzkości, wielka kula. Podejrzewając, że jest ona dziełem istot pozaziemskich starają się odkryć jej właściwości. Gdy tracą łączność z powierzchnią kula powoli zaczyna objawiać przed nimi swą morderczą moc.
Ekranizacja powieści Michaela Crichtona. Autor jest specjalistą od tzw. technothrillerów, gdzie nadrzędną rolę odgrywa rozwój nauki i techniki, który nieodmiennie stwarza śmiertelne zagrożenie dla protagonistów. Duża popularność książek Crichtona sprawiła, że doczekały się one kilku głośnych ekranizacji, z których najbardziej znane to „Park Jurajski” i „Kongo”. Styl Michaela Crichtona ma to do siebie, że filmowcom wierne przeniesienie jego prozy na ekran nie nastręcz zbyt wiele kłopotów. Jednak, choć warsztat pisarski autora nie odznacza się jakąś szczególną górnolotnością – stawia on raczej na liczne dialogi i szybką akcję – nie można odmówić mu znakomitych, oryginalnych pomysłów, które choć ewidentnie obracają się w sferze science fiction są do tego stopnia prawdopodobne, ze niejeden czytelnik, podczas obcowania z literaturą Crichtona, jest przekonany, iż w niedalekiej przyszłości ten koszmarny scenariusz na pewno się ziści.
„Kula” jest kolejną bardzo wierną ekranizacją jednego z najbardziej znanych technothrillerów Michaela Crichtona. Zrealizowany na wysokim poziomie film Barry’ego Levinsona, z hollywoodzką obsadą (Dustin Hoffman, Sharon Stone, Samuel L. Jackson, Liev Schreiber) i jak przystało na solidny obraz science fiction widowiskowymi efektami komputerowymi. Konstrukcja fabularna tego rodzaju obrazów charakteryzuje się kilkoma punktami wspólnymi - mamy uczonych bądź wojskowych, którzy w odosobnieniu od reszty społeczeństwa zostają skonfrontowani z pozaziemską, nieznaną rasie ludzkiej technologią. Ich początkowa fascynacja czymś niespotykanym szybko przeobraża się w paraliżujące przerażenie, przed jej ogromną mocą, która bynajmniej nie manifestuje się w celach pokojowych. W obrazie Levinsona bezpośrednim zagrożeniem dla protagonistów jest wielka, złocista, pozaziemska kula, spoczywająca na statku kosmicznym, zbudowanym przez ludzi z przyszłości, która generuje niezwykłe morskie stworzenia, atakujące bazę chwilowo zamieszkiwaną przez amerykańskich uczonych i wojskowych i która znacząco wpływa na ciemną stronę ich osobowości. Pośrednikiem pomiędzy kulą a naszymi bohaterami jest tajemniczy Jerry, porozumiewający się z nimi za pomocą komputera. Nasz antagonista, abstrahując od tego, kim w rzeczywistości się okaże, jest niezwykle intrygującą osobowością. Pozornie zdziecinniały, w istocie niezwykle przebiegły; zapatrzony w siebie i nieliczący się z ludzkimi uczuciami; folgujący własnym zachciankom; prowadzący wyrachowane gierki z naszymi protagonistami, którzy są bezradni w konfrontacji z jego ogromną mocą. Mocą stwarzania siłą woli odrażających istot morskich. Z chwilą pojawienia się Jerry’ego akcja diametralnie przyśpiesza – pojawia się coraz więcej złośliwych stworzeń, atakujących bohaterów, którzy podejmują bezowocne próby ratowania życia.  A Jerry, rzecz jasna, doskonale się bawi. Tajemnicza kula momentalnie schodzi na plan dalszy, z początkowej fascynacji jej obecnością pozostaje jedynie mgliste wspomnienie.
Twórcy przede wszystkim zadbali o klaustrofobiczny klimat filmu – ciasna baza, pośrodku niczego, bez możliwości ewakuacji – oraz realizm sytuacyjny (na ile to oczywiście możliwe w kinie science fiction), ze szczególnym wskazaniem na reakcje ludzi na ekstremalne warunki, w jakich się znaleźli. Równocześnie postać psychologa, Normana Goodmana oraz odkrycie prawdziwej tożsamości Jerry’ego, a co za tym idzie kolejnej przerażającej zdolności kuli, wzbogaca fabułę w wątki psychologiczne. Wydarzenia znowu zmieniają bieg – widowiskową akcję zastępują gierki psychologiczne pomiędzy poszczególnymi, pozostałymi jeszcze przy życiu bohaterami filmu. Taka różnorodność (akcja, psychologia) ma szansę zaskarbić sobie sympatię dużej grupy odbiorców. Mnie szczególnie urzekły, niestety dość nieliczne momenty wizualizacji największego zagrożenia – niezwykle realistyczne morskie stwory, atakujące protagonistów, którzy z różnych powodów opuszczają „bezpieczną i przytulną” bazę, aby troszkę powałęsać się po oceanicznych odmętach:) Na minus należy zapisać dość mętne wyjaśnienie obecności w oceanie tajemniczego statku oraz kuli, która w nim spoczywa oraz ich właściwego pochodzenia. Choć dla czytelników książki Crichtona wszystko będzie doskonale zrozumiałe, obawiam się, że odbiorcy niezaznajomieni z pierwowzorem literackim mogą troszkę się pogubić. Na koniec warto wspomnieć o trywialnym, choć doskonale trafnym przesłaniu, wypowiedzianym w finale przez Normana, które znakomicie podsumowuje rzeczywistą naturę ludzkości.
Myślę, że wielbiciele kina science fiction powinni być zadowoleni z seansu „Kuli”. Natomiast dla pasjonatów twórczości Michaela Crichtona jest to pozycja wręcz obowiązkowa, stanowiąca przyjemny dopełniacz literackiego pierwowzoru. Jeśli ktoś poszukuje oryginalnej fabuły, zrealizowanej z właściwym dla Hollywoodu rozmachem niech prędko sięgnie po tę produkcję – nie powinien żałować tych dwóch godzin, poświęconych na projekcję tego obrazu.

sobota, 7 lipca 2012

Guy N. Smith „Pan ciemności”

Recenzja na życzenie (Marek Adamkiewicz)
Nauczycielka, Ann Rawsthorne, zatrudnia się prywatnej szkole dla bogatych nastolatków, położonej na uboczu, w Szkocji. Niepodzielną władzę nad wszystkim sprawuje tutaj surowy dyrektor, Dean Lazenby, którego sadystycznych metod wychowawczych boją się zarówno uczniowie, jak i personel szkoły. Ann wraz z nauczycielem wychowania fizycznego, Philem Cumbesem, z czasem odkrywa, że Lazenby wplątał niektórych uczniów w wyznawaną przez siebie, świętokradzką religię, w której czci morderczą istotę, która z dnia na dzień robi się coraz bardziej wymagająca. Ann i Phil będą musieli powstrzymać jej wskrzeszenie.
Autor horrorów klasy B, krótkich, jednorazowych czytadeł, bez aspiracji na coś bardziej ambitnego, Guy N. Smith, jak wielu innych twórców literatury grozy, jest osobą niezwykle płodną. Jak dotąd angielski autor napisał ponad osiemdziesiąt powieści, nie licząc masy opowiadań. Wydany po raz pierwszy w 1988 roku „Pan ciemności” trafił do rąk polskich czytelników dzięki uprzejmości wydawnictwa Phantom Press, którego zaprzestanie działalności było wielkim ciosem dla odbiorców literatury grozy. Wraz z tym wydawnictwem czytelnicy stracili niebywałą okazję zapoznania się z mało znanymi, niedocenianymi pozycjami zarówno znanych autów horrorów, jak i tych, którym nie udało się wybić. Z pewnością polski rynek wydawniczy nigdy już nie będzie taki, jak za czasów świetności Phantom Press. „Pan ciemności”, jak to u Smitha, ma za zadanie jedynie opowiedzieć zgrabną historyjkę grozy, bez zwracania najmniejszej uwagi na górnolotny styl wypowiedzi, jakąkolwiek oryginalność fabularną, czy chociażby zaskakujące zwroty akcji. Wszystko tutaj jest do bólu szablonowe i przewidywalne, z wszystkim w takiej czy innej formie zapoznaliśmy się już wcześniej w niezliczonej liczbie powieści i filmów. Czytelnik, który decyduje się na lekturę twórczości Smitha dokładnie tego po nim oczekuje – pragnie jedynie zrelaksować się przy niewymagającej myślenia opowieści, którą pochłonie w dosłownie jeden wieczór, po czym natychmiast o niej zapomni. I całe szczęście, że istnieją również tacy pisarze, jak Smith – w końcu każdemu od czasu do czasu należy się jakaś mało ambitna rozrywka, choćby w formie groszowej prozy.
Jak już wspomniałam fabuła nieustannie podąża utartym schematem. Wszystkie obrzędy Lazenby’ego na cześć jego okrutnego Mistrza, czarne msze z obowiązkowym piciem kurzej krwi i zapładnianiem dziewicy nie są niczym odkrywczym w tym gatunku, ale muszę przyznać, że teraz w porach burzowych owe momenty czytało się z całkiem przyjemnym dreszczykiem emocji – to samo można powiedzieć o wątkach wykradania jednego ciała z kostnicy, a drugiego wykopywania z ziemi. Ponadto będziemy również świadkami kilku zgonów sterroryzowanych przez Lazenby’ego uczniów. Czyli dla każdego coś miłego:) Z całej plejady bohaterów największą fascynację z pewnością budzi postać Lazenny’ego – osobnika z ewidentnie dyktatorskimi zapędami, wyładowującego swoją agresję na niewinnych uczniach, pragnącego stworzyć z nich rasę nadludzi (pachnie trochę Hitlerem), która pod przewodnictwem jego Mistrza zawładnie światem. Metody wychowawcze dyrektora rzeczywiście szokują swoim nieludzkim wręcz okrucieństwem, a sam Lazenby mimowolnie zaczyna wzbudzać strach nie tylko w fikcyjnych uczniach i nauczycielach, ale również w czytelniku. Kluczowymi protagonistami są Ann i Phil, którzy oczywiście z miejsca zdobędą naszą sympatię, mimo ich ewidentnej gapowatości – w końcu, kiedy już znajdują bezsprzeczne dowody bluźnierczej działalności Lazenby’ego, kiedy wszystkie części układanki idealnie dopasowują się do całości nasi bohaterowie w gruncie rzeczy przechodzą nad tym do porządku dziennego - zamiast ułożyć jakiś plan zwyczajnie wracają do swoich zwykłych zajęć, przy okazji na własne życzenie pakując się w jeszcze większe kłopoty. Tak, Smith choć dał czytelnikom kogoś, z kim mogliby sympatyzować, niestety nie pozwolił na całkowite utożsamienie się z nimi, zaniedbując nie tylko psychologiczny wymiar swoich postaci, ale również ich aspekt przyczynowo-skutkowy.
Jeśli ktoś szuka lekkiej lektury, w celu przyjemnego spędzenia nudnego, burzowego wieczora „Pan ciemności” powinien być w sam raz. Powieść skierowana jest tylko i wyłącznie do osób czytających dla rozrywki, niezainteresowanych napuszonym, ozdobnym stylem, czy oryginalną osią fabularną. Koneserom ambitnej, obsypanej licznymi nagrodami literatury stanowczo radzę trzymać się z daleka od twórczości Smitha.

czwartek, 5 lipca 2012

Zakupy

Skoro wszyscy chwalą się swoimi zdobyczami książkowymi, pochwalę się i ja. A co:) Dzisiaj dotarła do mnie paczka (zamówienie na Allegro) z klasykami horroru. Z wszystkich tych pozycji, które podaję poniżej mam zamiar zrecenzować tylko „Nawiedzonego” Jamesa Herberta, ale jeśli komuś zależy jeszcze na recce, którejś z tych powieści to niech pisze w komentarzach.
(kliknij w obrazek, aby powiększyć)


„Czarna śmierć” (2008)

Archeolog, Anna, postanawia zbadać w nocy stary szpital, w którym w zamierzchłej przeszłości dżuma zdziesiątkowała społeczność. Do budynku dostaje się również grupka młodych ludzi. Wszyscy zostaną uwięzieni w murach, jak się z czasem okaże, nawiedzonego przez chorobę budynku. Czarna śmierć po latach znowu zacznie zbierać krwawe żniwo, zmuszając niewinnych ludzi do rozpaczliwej walki o przeżycie.
Brytyjski obraz Curtisa Radclyffe’a. Film obejrzałam ze względu na Ginę Philips, która swoją rolą w „Smakoszu” przekonała mnie do siebie na tyle, żebym specjalnie dla niej zdecydowała się na seans „Czarnej śmierci”, pomimo niepochlebnych opinii, jakie na temat tej produkcji krążą wśród widzów. Gina, oczywiście, mnie nie zawiodła, ale oświetleniowcy już tak. A ja narzekałam, że w „Zejściu” mało, co widać – okazuje się, że tutaj jest jeszcze gorzej:/ Oczywiście, brak dodatkowego oświetlenia, poza wchodzącego w skład scenerii, wzbogaca obraz Radclyffe’a realistyczną, mroczną kolorystyką, ale w zestawieniu z irytującą niemocą zobaczenia, co ważniejszych scen raczej pozostawia spory niedosyt u widza. Doszło nawet do tego, że cieszyłam się, mogąc obejrzeć niektóre wydarzenia za pośrednictwem kamery jednego z bohaterów (a nie przepadam za tzw. kręceniem z ręki), ponieważ przeważnie wtedy dane mi było wszystko dokładnie zarejestrować. Naprawdę szkoda, że twórcy nie zdecydowali się trochę bardziej pochwalić swoim obrazem, bo pomijając oświetlenie, od strony realizacyjnej „Czarna śmierć” wypada nad wyraz profesjonalnie, nie ma tutaj miejsca na żadną amatorkę. A więc, jeśli zdecydujecie się na seans tej produkcji nie rozjaśniajcie obrazu, bo to i tak na nic się nie zda – z waszym sprzętem wszystko jest w najlepszych porządku, zawiedli tylko oświetleniowcy.
Cała oś fabularna opiera się na spanikowanych ucieczkach protagonistów po budynku, które co jakiś czas przerywa ingerencja sił nadprzyrodzonych, zgrabnie zsynchronizowana z krwawymi scenami. Na pewno nie jest to jakieś ambitne dzieło, nie ma tutaj nic, czego byśmy nie widzieli w innych horrorach, ale całość ogląda się naprawdę bezboleśnie – taka lekka rozrywka, pozwalająca przyjemnie spędzić czas, bez potrzeby nadwyrężania procesów myślowych. Na szczególną uwagę zasługują sceny migawkowe, podczas których na szczęście wszystko jest idealnie widoczne, a przy tym nad wyraz klimatyczne. Ponadto temat przewodni tego obrazu ma szansę zdobyć sympatię, co poniektórych odbiorców. Swego czasu bardzo interesowała mnie dżuma (z uporem maniaka wyszukiwałam wszelkich informacji na jej temat), więc tym bardziej zaintrygowała mnie tematyka tej produkcji. I rzeczywiście krwawe żniwo, które zbiera choroba od strony realizacyjnej wypada, aż nazbyt przekonująco. Szczególnie przypadła mi do gustu scena z ciężarną dziewczyną w wannie – najpierw urzekła mnie ścieżka dźwiękowa, a z czasem doszły również wrażenia wizualne, kiedy kobieta zaczyna krwawić z pochwy i odkrywa, że kąpie się wśród niezidentyfikowanych stworzeń. Naprawdę znakomita scena! Ale „Czarna śmierć” nie epatuje tylko i wyłącznie przemocą. Naszym protagonistom zagrażają tajemnicze, niepokojące siły, których każdorazowe pojawienie się na ekranie znacznie potęguje i tak już mroczny klimat filmu, już nie wspominając o ich przerażających wizualizacjach. Owszem, twórcy troszkę posiłkują się efektami komputerowymi, ale ograniczają się do absolutnego minimum, dzięki czemu nie zaniedbują realizmu sytuacyjnego. Zakończenie również przypadło mi do gustu, szczególnie że takiego obrotu spraw w ogóle się nie spodziewałam – naprawdę, ciężko jest przewidzieć finalne uderzenie nieco wcześniej.
Wiem, że recenzja jest raczej pozytywna. Wiem, że jestem odosobniona w swoim dość pozytywnym odbiorze „Czarnej śmierci”, w końcu spora grupa widzów dosłownie zmieszała ten obraz z błotem. Kurczę, nic nie poradzę na to, że pomijając zaniedbane oświetlenie i brak oryginalności fabularnej film przypadł mi do gustu. Jeśli ktoś szuka czegoś lekkiego w sam raz na wakacyjny, leniwy wieczór i nie przeszkadza mu niemożność dokładnego obejrzenia każdej sekwencji filmu to „Czarna śmierć” powinna, chociaż częściowo go usatysfakcjonować. Koneserom ambitnych horrorów radzę trzymać się od tej pozycji z daleka.

środa, 4 lipca 2012

„Nawiedzony” (1995)

Rok 1905, Anglia. Mały David Ash jest świadkiem utonięcia swojej siostry, podczas ich wspólnej zabawy. Po tym tragicznym wydarzeniu wyjeżdża do Stanów Zjednoczonych.
Rok 1928. David jest szanowanym demaskatorem tzw. zjawisk paranormalnych. Nie wierzy w duchy, co skutecznie udowadnia ludziom przez nich „nawiedzanych”. Pewnego dnia dostaje list od starszej pani, służącej rodziny Mariell, mieszkającej w dużej rezydencji w Wielkiej Brytanii, która twierdzi, że jest prześladowana przez obecności z zaświatów. Ash wyjeżdża na angielską prowincję, gdzie poznaje przerażoną służącą, oraz trójkę rodzeństwa, którzy po tragicznej śmierci rodziców są jedynymi lokatorami wielkiego, ponoć nawiedzonego domostwa. Wydarzenia, których świadkiem będzie David zmuszą go do porzucenia swojego sceptycyzmu.

Ekranizacja kultowej powieści Jamesa Herberta, wyreżyserowana przez Lewisa Gilberta. Brytyjski horror gotycki będący prawdziwą ucztą dla zmysłów odbiorcy. Wspaniały klimat angielskiej prowincji schyłku lat 20-tych XX wieku, surowa narracja, tak typowa dla tego rodzaju obrazów oraz wielki, stary dom, skrywający w swych zimnych murach mrożące krew w żyłach tajemnice. To wszystko daje odbiorcy wrażenie iście wysublimowanego smaku. Taką scenerię podziwia się z prawdziwą przyjemnością, której nie zepsuje nawet dyskomfort psychiczny, wywołany obecnością zjawisk paranormalnych. Groza emanująca z tego obrazu, ma całkowicie subtelny wydźwięk, jest ledwo uchwytna, czasem wręcz niezauważalna. To prawda, że klimat z minuty na minutę coraz bardziej gęstnieje, ale nieznacznie – odbiorca podskórnie wyczuwa tę zagęszczającą się aurę niezdefiniowanego zagrożenia, ale raczej intuicyjnie, aniżeli wzrokowo. I oczywiście słuchowo, ponieważ muzyka skomponowana przez Debbie Wiseman, nieobecna w trakcie dialogów pomiędzy bohaterami filmu, w momentach wkraczania nieznanego w znaną nam rzeczywistość delikatnymi tonami podkreśla przerażające wydarzenia, którym świadkujemy. No dobrze „przerażenie” to chyba za mocne słowo, powinnam raczej powiedzieć „niepokojące”, ponieważ doświadczony widz kina grozy z pewnością nie uświadczy tutaj niczego, co mogłoby śnić mu się po nocach. Raczej odczuje swego rodzaju dyskomfort, lekki zgrzyt, który być może na chwilę go zaniepokoi, ale nic poza tym. Przez większą część seansu będziemy świadkami typowych dla kina gotyckiego sposobów straszenia – samoistnie obracająca się klamka, łomotanie do drzwi, które oczywiście potrafią się same otwierać, gasnące światło (nie wiem czy na skutek ingerencji z zaświatów, czy przepalenia żarówki), samoczynnie kołyszący się fotel na biegunach i rzecz jasna tajemnicze głosy, nawołujące coraz bardziej zdezorientowanego Asha. Schematyczne rozwiązania fabularne, to prawda, ale o dziwo doskonale współgrające z całością.

Obok niepokojących zjawisk nadprzyrodzonych uważny widz dostanie również próbkę intrygującej tajemnicy rodzinnej. Z Mariellami od początku jest coś nie tak. Odbiorca nie ma wątpliwości, że strzegą oni jakiegoś sekretu – takiego, który całkowicie zmieni bieg narracji. Służąca zachowuje się, jak modelowa wariatka – rozmawia z duchami, stroni od reszty domowników, a jej twarz bez przerwy naznaczona jest paraliżujących przerażeniem. Pozostali lokatorzy, trójka rodzeństwa, również sprawiają dosyć niepokojące wrażenie, ale z początku odbiorcy nie będzie dane rozszyfrować, na czym konkretnie ten niepokój miałby się opierać. Bracia nieustannie szpiegują swoją dorosłą siostrę, która zdaje się być całkowicie podporządkowana ich woli – starszy pełni rolę jej ojca, a młodszego bez przerwy trzymają się niewybredne kawały. Pomyślicie, że nie ma w tym niczego nadzwyczajnego, w końcu po śmierci rodziców zostali sami, więc logicznym wydaje się fakt, że troszczą się o siebie nawzajem. Tak, ale mimo to w ich wzajemnych relacjach można wyczuć coś nienaturalnego, jakąś sztuczną pozę, przyjętą na użytek ich uczonego gościa. Nie sposób tego wyjaśnić słowami, ale gwarantuję, że każdy, kto zdecyduje się na seans „Nawiedzonego”, szybko domyśli się, o czym mówię. Aha, i jest jeszcze lekarz, lubujący się w rozdawaniu leków nasennych, którego służąca Mariellów panicznie się lęka. Wytrawny widz ghost story powinien szybko domyślić się, jak też będzie prezentowało się zakończenie tej osobliwej historii. No właśnie, finał choć bardzo oryginalny, dla niedoświadczonego odbiorcy kina grozy pewnie mocno zaskakujący, niestety przez wzgląd na liczne sygnały, które podrzucają nam twórcy w trakcie całej projekcji dla mnie jest najsłabszym momentem filmu, jedynym mankamentem, ponieważ niestety rozwiązanie akcji było dla mnie oczywiste już wcześniej. UWAGA SPOILER Wielu widzów sądzi, z czym muszę się zgodzić, że owo przegadane zakończenie „Innych” Alejandro Amenabary z 2001 roku jest zwyczajną kopią finału „Nawiedzonego” KONIEC SPOILERA.

Obsada bajeczna, lepszej naprawdę nie można było sobie wymarzyć. W roli głównej Aidan Quinn, który choć wywiązał się ze swojego zadania naprawdę przyzwoicie nie może konkurować z młodziutką (troszkę nieudolnie umalowaną) Kate Beckinsale, która jak zwykle zaprezentuje nam swój niebywały wręcz talent aktorski i kawałek golizny, co powinno usatysfakcjonować męską część widowni:)

Moim zdaniem „Nawiedzony” jest jedną z najlepszych produkcji gotyckich, jakie dane mi było obejrzeć. Jeśli ktoś gustuje w takiej subtelnej grozie i cechuje się pewną dozą cierpliwości powinien być całkowicie zadowolony z seansu. Widzom nastawionym na efekciarstwo i epatowanie przemocą stanowczo odradzam.