Najnowszy prezencik od babci i ojca:) Limitowana edycja ekskluzywnych wydań
książek Alex Kavy – „Zło konieczne”, „Fałszywy krok” i „Kolekcjoner”. Troszkę
to kosztowało, ale warto było nie tylko ze względu na świetny warsztat Kavy,
ale również piękne wydania w twardych oprawach. Recenzje wkrótce.
poniedziałek, 21 stycznia 2013
niedziela, 20 stycznia 2013
EXIT
Ostatnio swoją działalność zakończył, moim zdaniem jeden z najlepszych blogerów – Cedro. Swoje powody, dla jednych zrozumiałe dla innych nie przedstawił w tym poście http://rebornstory.blogspot.com/2013/01/exit.html
Nie ukrywam, że będzie mi brakować jego, często pokrywających się z moimi poglądami postów, aczkolwiek do pewnego stopnia jestem w stanie zrozumieć jego argumenty. Prawie każdy bloger wie, ile nerwów to zajęcie kosztuje, dlatego też zainspirowana przemową Cedro postanowiłam w małym stopniu dołączyć się do jego bojkotu. Od tej chwili nie będę odpowiadać na żadne komentarze niedotyczące tematyki bloga. Jeśli ktoś chce dowiedzieć się czegoś na mój temat zachęcam do mailowania (choć nie wyobrażam sobie, żeby ktoś interesował się moją nudną osobą). Blog nie traktuje o mojej osobie, więc tym bardziej przerażają mnie liczne pomówienia na mój temat, które nie ukrywajmy tworzą mój fałszywy wizerunek w blogosferze – jeśli zaczynam się bronić jest jeszcze gorzej (nie jestem święta, mam więcej wad niż zalet, tyle, że ostatnio wiele osób wpiera mi, że posiadam inne wady, aniżeli te faktyczne), więc lepiej milczeć:) Żeby nikt nie czuł się olewany obiecuję, że na maile będę odpowiadać oraz na zapytania w komentarzach odnośnie tematyki bloga. Moje życie prywatne nie powinno być pożywką dla anonimowych internautów – takie jest moje zdanie, za które przepraszam, ale już naprawdę jestem zmęczona tego rodzaju polityką.
Na koniec taka adnotacja do Cedro. Wiem, że masz inne pogląd na temat milczenia w blogosferze ode mnie, wiem, że wolisz długie dyskusje na temat poglądów zarówno swoich, jak i innych blogerów, ale mam nadzieję, że do nas wrócisz, że jednak nie dasz się stłamsić i nadal będziesz robił swoją, nie ukrywajmy, godną pochwały robotę.
Nie ukrywam, że będzie mi brakować jego, często pokrywających się z moimi poglądami postów, aczkolwiek do pewnego stopnia jestem w stanie zrozumieć jego argumenty. Prawie każdy bloger wie, ile nerwów to zajęcie kosztuje, dlatego też zainspirowana przemową Cedro postanowiłam w małym stopniu dołączyć się do jego bojkotu. Od tej chwili nie będę odpowiadać na żadne komentarze niedotyczące tematyki bloga. Jeśli ktoś chce dowiedzieć się czegoś na mój temat zachęcam do mailowania (choć nie wyobrażam sobie, żeby ktoś interesował się moją nudną osobą). Blog nie traktuje o mojej osobie, więc tym bardziej przerażają mnie liczne pomówienia na mój temat, które nie ukrywajmy tworzą mój fałszywy wizerunek w blogosferze – jeśli zaczynam się bronić jest jeszcze gorzej (nie jestem święta, mam więcej wad niż zalet, tyle, że ostatnio wiele osób wpiera mi, że posiadam inne wady, aniżeli te faktyczne), więc lepiej milczeć:) Żeby nikt nie czuł się olewany obiecuję, że na maile będę odpowiadać oraz na zapytania w komentarzach odnośnie tematyki bloga. Moje życie prywatne nie powinno być pożywką dla anonimowych internautów – takie jest moje zdanie, za które przepraszam, ale już naprawdę jestem zmęczona tego rodzaju polityką.
Na koniec taka adnotacja do Cedro. Wiem, że masz inne pogląd na temat milczenia w blogosferze ode mnie, wiem, że wolisz długie dyskusje na temat poglądów zarówno swoich, jak i innych blogerów, ale mam nadzieję, że do nas wrócisz, że jednak nie dasz się stłamsić i nadal będziesz robił swoją, nie ukrywajmy, godną pochwały robotę.
„Mroki duszy” (2006)
Niemogąca zajść w ciężę, Susan Hamilton wraz z mężem Davidem decyduje się
na sztuczne zapłodnienie. Jeszcze przed zabiegiem zaczynają nawiedzać ją
przerażające sny, w których widzi samą siebie, noszącą imię Karen i borykającą
się z różnymi nadprzyrodzonymi zdarzeniami. Po konsultacji z hipnoterapeutą
Susan jest przekonana, że jej koszmary są odbiciem stresu przed zabiegiem
sztucznego zapłodnienia. Jednakże wkrótce zaczynają one mocno wpływać na jej
egzystencję.
Debiutancki obraz Raya Gowera, na podstawie jego własnego scenariusza. Długo zwlekałam z obejrzeniem tego obrazu przez wzgląd na główną rolę Thory Birch, której gra nieodmiennie mocno mnie irytuje. W „Mrokach duszy” wypadła równie mało przekonująco, jak w swoich pozostałych filmach, aczkolwiek należy oddać jej sprawiedliwość, że cała znacząco wyegzaltowana obsada była najsłabszym ogniwem tej produkcji. Ale pomijając aktorów z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że od czasu „Sinister” niedane mi było obejrzeć tak klimatycznego straszaka – powiem nawet więcej, nastrój grozy niejednokrotnie odznaczał się większą siłą rażenia, aniżeli we wspomnianym „Sinister”.
Debiutancki obraz Raya Gowera, na podstawie jego własnego scenariusza. Długo zwlekałam z obejrzeniem tego obrazu przez wzgląd na główną rolę Thory Birch, której gra nieodmiennie mocno mnie irytuje. W „Mrokach duszy” wypadła równie mało przekonująco, jak w swoich pozostałych filmach, aczkolwiek należy oddać jej sprawiedliwość, że cała znacząco wyegzaltowana obsada była najsłabszym ogniwem tej produkcji. Ale pomijając aktorów z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że od czasu „Sinister” niedane mi było obejrzeć tak klimatycznego straszaka – powiem nawet więcej, nastrój grozy niejednokrotnie odznaczał się większą siłą rażenia, aniżeli we wspomnianym „Sinister”.
Scenariusz bazuje na oryginalnym pomyśle równoległej rzeczywistości.
Blondynka Susan śni o swoim alter ego, brunetce Karen i odwrotnie. Cukierkowe
życie Susan u boku kochającego męża zostaje równomiernie skonfrontowane z
ciężką egzystencją Karen, która będzie największym pretekstem do wplecenia w
fabułę wątków, charakterystycznych dla filmowego horroru. Jej obskurne
mieszkanie wygląda, jakby żywcem wyjęto je z jakiejś mrocznej fotografii –
ostre, ciemne kolory o wyrazistych konturach. Kiedy kobieta znajduje się na
zewnątrz widz ma okazję popodziwiać wchodzące w sepię widoczki dużego miasta,
które w równym stopniu fascynują, co niepokoją. Sugestywny klimat grozy,
osiągnięty dzięki sprawnemu montażowi i hipnotyzującym zdjęciom najmocniej
potęgują efekty dźwiękowe, będące niezaprzeczalnym dziełem kolejnego
debiutanta, Andy’ego Pearce’a. Różnorodność mrożących krew w żyłach muzycznym tonów,
w dodatku rozbrzmiewających w najmniej spodziewanych momentach może mocno
zaniepokoić, co wrażliwszych odbiorców, aczkolwiek wbrew pozorom nie znajdziemy
tutaj tak charakterystycznych dla wszelkiego rodzaju straszaków jump scenek. Twórcy postawili na daleko
idącą dosłowność nie tylko w prezentowaniu krwawych scen (odrobinę kiczowatych,
acz przyjemnie kontrastujących z lekko sepiowym obrazem), ale również momentów
ingerencji sił nadprzyrodzonych w egzystencję przerażonej Karen. Jej praca w
zakładzie pogrzebowym dostarczy widzom chyba największej dawki strachu, wszak
kobieta widuje „chodzące trupy”, które bynajmniej nie są do niej nastawione
przyjaźnie. Tutaj na szczególną uwagę zasługuje „zmartwychwstanie” mężczyzny z
zaszytymi ustami, który niezwłocznie przystępuje do rozrywania krępujących go
nitek. Warto również wspomnieć o brudnych dzieciach, podążających śladami Karen
i przemawiających mrożącymi krew w żyłach głosami oraz nagraniu z jednej
niespokojnej nocy kobiety, na którym widzi gwałcącego ją poszukiwanego przez
policję mordercę. Przy postaci Karen wydarzenia z życia Susan bledną,
oczywiście jest ona świadoma ingerencji w jej egzystencję czegoś
niewyjaśnionego, aczkolwiek za radą mocno podejrzanego hipnoterapeuty zrzuca to
na karb stresu, wywołanego zbliżającym się zabiegiem sztucznego zapłodnienia.
Podczas snu jest jedynie, podobnie jak widzowie, niemym świadkiem tragedii jej
alter ego.
Jedyny znaczący minus filmu, obok amatorskiej gry aktorów, to postać
Nocnego Łowcy, mordercy kobiet, poszukiwanego przez policję. Już abstrahując od
tego, że odbiorca bez zbytniego wysiłku domyśli się jego personaliów, odniosłam
wrażenie, że ten wątek absolutnie nic nie wniósł do scenariusza, a tylko
dodatkowo i niepotrzebnie go skomplikował. Natomiast zakończenie,
pozostawiające więcej pytań niż odpowiedzi całkowicie mnie usatysfakcjonowało,
bowiem jeszcze przez długi czas zmusiło mnie do skrupulatnego analizowania
scenariusza Gowera.
Nie wiem, dlaczego „Mroki duszy” przeszły bez większego echa w polskim
światku horrorów. Może powodem takiego stanu rzeczy jest jego niski budżet i
irytująca obsada, aczkolwiek myślę, że są to elementy, na które można przymknąć
oko, podziwiając te znakomite zdjęcia, słuchając tej niepokojącej ścieżki
dźwiękowej i konfrontując się z kilkoma krwawymi scenami, będącymi dodatkiem do
właściwych aspiracji twórców tj. przerażenia odbiorcy daleko idącą
dosłownością, a nie pójściem na łatwiznę w posiłkowaniu się niewbijającymi się
w pamięć, modnymi ostatnio jump scenami.
sobota, 19 stycznia 2013
Tami Hoag „Głębiej niż grób”
Rok 1985, małe kalifornijskie miasteczko. Czworo dzieci znajduje w parku
częściowo zakopane ciało kobiety. Sprawca przed dopuszczeniem się morderstwa
ogłuszył i oślepił swoją ofiarę, którą następnie przez kilka długich dni więził
w sobie tylko znanym miejscu, a co gorsza najprawdopodobniej zabijał już
wcześniej. Sprawę prowadzi miejscowy policjant, Tony Mendez, który wzywa do
pomocy znajomego agenta FBI, specjalistę od profili psychologicznych seryjnych
morderców, Vince’a Leone. Pomocą służy mu również miejscowa nauczycielka, Anne
Navarre, która dzięki swoim dobrym kontaktom z dziećmi ma szansę pozyskać
wiarygodnych świadków. Tymczasem śledczy prowadzą walkę z czasem, bowiem
zabójca porwał następną kobietę.
„Większość ludzi nigdy nie dowie się, czym jest prawdziwy strach. Nie dawał się opisać żadnym przymiotnikiem. Był jak najgorętsze, białe światło i najgłośniejszy, najwyższy dźwięk, złożone razem, by dotrzeć do każdej części mózgu i układu nerwowego. Ale nawet taki opis nie był wystarczający.”
„Większość ludzi nigdy nie dowie się, czym jest prawdziwy strach. Nie dawał się opisać żadnym przymiotnikiem. Był jak najgorętsze, białe światło i najgłośniejszy, najwyższy dźwięk, złożone razem, by dotrzeć do każdej części mózgu i układu nerwowego. Ale nawet taki opis nie był wystarczający.”
Thriller autorki bestsellerów, Tami Hoag. Choć początkowo może się wydawać, że
oto mamy do czynienia z kolejnym, twardo trzymającym się konwencji kryminałem,
powinniśmy zmienić zdanie zaraz po znalezieniu ciała kobiety przez czworo
dzieci, uczęszczających do podstawówki. Autorka, zamiast niezwłocznie wrzucić
nas w wir żmudnego śledztwa postanawia pokrótce przybliżyć nam życie trójki z
nich – Tommy’ego, dręczącego przez obsesyjnie zorganizowaną, narcystyczną
matkę, której zależy przede wszystkim na dobrym wizerunku w oczach mieszkańców
miasteczka; wywodzącej się z na pozór kochającej rodziny Wendy oraz Dennisa,
którego ojciec policjant dzień w dzień gotuje swoim bliskim prawdziwe piekło,
używając zarówno pięści, jak i słów. Kolejne fakty z trudnego dzieciństwa
trójki naszych młodocianych protagonistów będą przeplatały się z intrygującym
śledztwem za seryjnym mordercą, który z każdą kolejną stroną, dzięki znakomitej
żonglerce autorki słowami będzie nasiąkał coraz większą dawką napięcia, które w
punktach kulminacyjnych nieodmiennie będą zaskakiwać coraz bardziej
zaintrygowanych czytelników.
Do świetności tej pozycji oprócz stylu i zaskakującej wyobraźni Hoag mocno
przyczyniły się postacie protagonistów. W moim mniemaniu najciekawszy jest
Vince Leone, sypiący jak z rękawa kolejnymi ciekawostkami z życia prawdziwych
seryjnych morderców, starający się wykorzystać swoje behawioralne zdolności do
schwytania tutejszego seryjnego mordercy, którego modus operandi, pozostawiający niewinne ofiary w całkowitej ciszy,
odcięte od własnych zmysłów, mrozi krew w żyłach. Nauczycielka Anne Navarre,
choć również bawiąca się w detektywa oprócz swojej nadzwyczajnej empatii nie
posiada raczej żadnych cech, mogących mocniej wbić się w pamięć odbiorcy,
aczkolwiek jest niezłym pretekstem do wplecenia w fabułę krótkiego wątku
miłosnego. Oprócz postaci dzieci i śledczych Hoag postanowiła przybliżyć nam
sylwetki ojców Tommy’ego, Wendy i Dennisa, co będzie niejakim sygnałem do poszukiwania
sprawcy wśród tych szanowanych oficjeli małego, cichego miasteczka lat 80-tych
XX wieku. Nasi podejrzani to brutalny, bijący żonę i jedenastoletniego syna-psychopatę,
policjant służbista; szanowany, cieszący się dużym poważaniem wśród mieszkańców
dentysta oraz zdradzający swoją żonę pracownik miejscowego centrum pomocy dla kobiet,
spośród którego nota bene morderca „rekrutuje” swoje ofiary. Vince, Tony i Anne
będą musieli poskładać tę układankę, której poszczególne części na pozór w
ogóle do siebie nie pasują, a przy okazji pomóc nieszczęśliwym dzieciom, które
z winy swoich rodziców codziennie borykają się z problemami zdecydowanie nieprzystającymi
do ich młodzieńczego wieku.
„Głębiej niż grób” to misternie skonstruowana intryga kryminalna, pełna
przerażających, aczkolwiek jakże prawdziwych problemów rozgrywających się za
zamkniętymi drzwiami pozornie szanowanych mieszkańców małego amerykańskiego
miasteczka. Brutalnie realistyczna, miejscami mocno nastrojowa opowieść nie
tylko o potworze w ludzkiej skórze, ale również, i to chyba najważniejsze,
piekle zgotowanym dzieciom przez ich własnych rodziców. Myślę, że przy tej
powieści wiele schematycznych kryminałów, które szczególny nacisk kładą na
śledztwo wypada nadzwyczaj blado, bowiem Hoag nie ograniczała się jedynie do
bestialskich czynów niezidentyfikowanego zabójcy, a rezultat jej eksperymentu
jest zaskakująco udany, tym samym stanowiąc lekturę obowiązkową dla entuzjastów
wszelkiego rodzaju brutalnych thrillerów.
Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu
piątek, 18 stycznia 2013
„Oszukać przeznaczenie” (2000)
Recenzja na życzenie (MandyLane)
Alex Browning wybiera się ze swoją klasą do Paryża. Po wejściu na pokład
samolotu doznaje wizji katastrofy. Wpada w panikę i wraz z kilkoma kolegami
oraz nauczycielką opuszcza pokład. Krótko po starcie samolot eksploduje, a
cudem ocaleni pasażerowie są przerażeni zetknięciem z niedającym się
racjonalnie wytłumaczyć zjawiskiem, w którego centrum tkwi teraz Alex. Wkrótce
po katastrofie ocaleni zaczynają ginąć. Chłopak staje do walki z nieubłaganym
przeznaczeniem, starając się oszukać śmierć.
Pierwsza część znanej obecnie serii Jamesa Wonga natchnęła skostniały nurt teen-horroru sporą dozą oryginalności,
która dopiero w części czwartej i piątej skłoniła się bardziej w stronę
efekciarskiej autoparodii. Pierwsze trzy części, choć podobne fabularnie nie
próbowały trafić w gusta szerokiego grona multipleksowych odbiorców, bardziej
celując w wielbicieli mało ambitnych, aczkolwiek wciągających teen-horrorów. „Oszukać przeznaczenie”
tak na dobrą sprawę jest prostą historyjką, wykorzystującą integralne dla kina
grozy przesłanie, które słyszymy z ust samego Alexa, opowiadającego o planie
śmierci, który dotyczy nas wszystkich. Czyli najkrócej mówiąc: od śmierci nie
ma ucieczki, cokolwiek byś zrobił i tak prędzej, czy później umrzesz.
Elementem, który wyróżnia niniejszą produkcję od niezliczonej liczby slasherów jest antagonista – nadnaturalny
przeciwnik w postaci Przeznaczenia, które nie cofnie się przed niczym, aby wyeliminować
osoby, które wbrew planowi opuścili pokład samolotu przeznaczonego do kasacji.
Wszyscy jego pasażerowie mieli zginąć, ale dzięki niewyjaśnionej wizji Alexa
kilkorgu udało się uniknąć swojego przeznaczenia. Teraz śmierć ma dla nich nowy
plan, a pomóc im może jedynie poznanie tego schematu oraz wypatrywanie znaków,
które w dość zawoalowany sposób sugerują w jakiż to sposób zginą.
Najbardziej zaskakujący jest początek filmu. Widzowie, którzy przed laty
pierwszy raz spotkali się z tą historią zostali umiejętnie wprowadzeni w błąd,
kiedy to po spektakularnym wstępie, podczas którego są świadkami widowiskowej
katastrofy, zabierającej na łono Abrahama wszystkich pasażerów… Alex wraca do przytomności
i wpada w zrozumiałą w takiej sytuacji panikę. Na pokładzie wybucha zamieszanie
i wraz z kilkorgiem znajomych oraz nauczycielką chłopak opuszcza samolot.
Bohaterowie są oczywiście maksymalnie schematyczni. Mamy starającego się
zrozumieć nadzwyczajną sytuację, w jakiej się znajduje Alexa bardzo przyzwoicie
wykreowanego przez Devona Sawę, który z biegiem trwania filmu wpada w prawdziwą
obsesję na punkcie śmierci, zamieniając się w samotnego wojownika stawiającego
jej czoło. Partneruje mu szkolna outsiderka Clear, która jako jedyna opuściła
pokład samolotu, ponieważ uwierzyła w złowieszcze ostrzeżenia chłopaka, w
którym nota bene się podkochuje. W tej roli nierozwinięta jeszcze Ali Larter,
która w pełni rozkwitnie dopiero w sequelu – tutaj zdaje się być mocno
zagubiona, jakby nie wiedziała, po co znalazła się na planie. Ciekawa jest
również rola szkolnego macho, Kerra Smitha oraz półgłówka Seanna Williama
Scotta. A prawdziwym ukłonem dla wielbicieli kina grozy jest oczywiście
epizodyczna kreacja Tony’ego Todda, który wystąpi w charakterze mentora,
radzącego Alexowi poznać nowy plan śmierci i stanąć z nią do nierównej walki.
Ponadto mamy obowiązkową mało lotną blondynkę oraz najlepszego przyjaciela
głównego bohatera – czyli w pełni konwencjonalni, typowi dla teen-horrorów protagoniści.
Fabuła, po uratowaniu przez Alexa kilkorga osób zmierza do finału utartym w
kinie grozy torem. Zaskakujące są reakcje jego znajomych, którzy zamiast być mu
wdzięczni za ocalenie życia zachowują się jakby to on był winnym tej katastrofy
– ojciec jego najlepszego przyjaciela zakazuje mu widywać się z Alexem, szkolny
macho jest niezadowolony, że ktoś inny wziął odpowiedzialność za jego
egzystencję, nauczycielka panicznie boi się Browninga, a młodociany półgłówek
dręczy go bezsensownymi pytaniami. Tak naprawdę nikt, oprócz Clear nie jest
wdzięczny Alexowi – spotkanie z nieznanym tj. wizją, która się ziściła nie
pozwala im w pełni cieszyć się drugą szansą, ofiarowaną przez ich kolegę. I
dopiero w momencie niewyjaśnionych zgonów poszczególnych ocalonych zwrócą się
po pomoc do Alexa, który w ich oczach będzie jedynym władnym pokonania
nieubłaganego Przeznaczenia. Krwawe sceny są do tego stopnia oszczędne
wizualnie, a przy tym tak umiejętnie trzymające w napięciu, że na pewno żaden
wielbiciel kina grozy nie będzie narzekał na brak realizmu, tak dostrzegalnego
w dwóch ostatnich częściach serii. Zobaczymy uduszenie nastolatka w wannie,
naznaczone pewną dozą humoru potrącenie blondynki przez autobus, zadźganie
nauczycielki w kuchni oraz moim zdaniem najlepszą scenę odcięcia głowy przez
zabłąkany kawałek blachy. Nawet dynamiczny finał, choć naznaczony kilkoma
widowiskowymi efektami specjalnymi nie wpływa negatywnie na realizm sytuacyjny
i równie mocno trzyma w napięciu, jak pozostałe sceny zgonów nastolatków.
Bazujący na oryginalnym pomyśle, ale poza tym mocno schematyczny film Wonga
od początku do końca konsekwentnie stawia na fabułę, nie przesłaniając jej
niepotrzebnym efekciarstwem. Dlatego też może okazać się przyzwoitą rozrywką
nie tylko dla nastoletnich odbiorców, do których przede wszystkim kierowane są teen-horrory, ale również zmęczonym powielaniem
oklepanych pomysłów w kinie grozy wielbicieli gatunku. Obok sequela to
zdecydowanie najlepsza część serii, później możemy zaobserwować jedynie
tendencję spadkową.
środa, 16 stycznia 2013
Denis Meikle „Johnny Depp. To tylko iluzja”
Biografia jednego z najpopularniejszych w ostatnich latach aktora, autorstwa wydającego niebeletrystyczne książki, poświęcone kinematografii, w szczególności z gatunku horroru, Denisa Meikle’a. Miałam pewne obawy odnośnie tej pozycji, bo już abstrahując od tego, że z zasady nie przepadam za biografiami, bałam się, iż Meikle poświęci swoje dzieło przede wszystkim życiu prywatnemu Deppa, a ja nigdy nie sympatyzowałam z faktami i mitami z życia gwiazd. Jednakże autor, ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu, bardzo pobieżnie potraktował osobiste problemy i triumfy Johnny’ego, przede wszystkim skupiając się na jego filmografii – tej, która weszła w życie, jak również tej, którą odrzucił. W ten sposób dostaliśmy znakomicie osadzone w realiach historycznych (liczne doniesienia Meikle'a na temat aktualnej sytuacji w Stanach Zjednoczonych i na świecie, poczynając od wojny wietnamskiej przez konflikt w Iraku po trwający do dziś kryzys ekonomiczny) sprawozdanie, obejmujące całokształt kariery Johnny’ego Deppa od chwili odkrycia go przez Wesa Cravena (a ściślej jego córkę) przez jego mało znane role w filmach niszowych po szczyt popularności, zagwarantowany przez kasowych „Piratów z Karaibów”.
„Kiedy się zestarzeję, będę mógł grać więcej ról charakterystycznych – dokładnie to chciałbym robić. Właśnie tym kierowałem się podczas wyboru filmów, w których wystąpiłem dotychczas – możliwością wcielenia się w postacie charakterystyczne. Chciałem zostać aktorem charakterystycznym od chwili, kiedy zacząłem grać. Naprawdę nie mogę się doczekać, aż się zestarzeję.” Johnny Depp
„Kiedy się zestarzeję, będę mógł grać więcej ról charakterystycznych – dokładnie to chciałbym robić. Właśnie tym kierowałem się podczas wyboru filmów, w których wystąpiłem dotychczas – możliwością wcielenia się w postacie charakterystyczne. Chciałem zostać aktorem charakterystycznym od chwili, kiedy zacząłem grać. Naprawdę nie mogę się doczekać, aż się zestarzeję.” Johnny Depp
Johnny Depp, według autora, zaczynał jako amatorski gitarzysta w nieznanym zespole punkrockowym. Prowadził hulaszczy tryb życia, pełen alkoholu i narkotyków i bynajmniej nie był ulubieńcem prasy oraz opinii publicznej. Meikle stara się dostarczyć czytelnikom mnóstwa ciekawostek z planu filmów, z jego udziałem, w tak dalece rzetelny sposób, że odbiorca po skończonej lekturze będzie od podszewki znał na przykład takie dzieła, jak „Koszmar z ulicy Wiązów”, „Edward Nożycoręki”, „Co gryzie Gilberta Grape’a”, „Truposz”, „Donnie Brasco”, „Dziewiąte wrota”, „Żona astronauty”, „Jeździec bez głowy”, „Czekolada”, „Z piekła rodem” i wreszcie „Piraci z Karaibów”, „Marzyciel”, „Sekretne okno”, „Sweeney Todd: Demoniczny golibroda z Fleet Street”, „Wrogowie publiczni” i „Turysta” – a to tylko niektóre pozycje z bogatej filmografii aktora. Poznamy również pokrótce zdania amerykańskich i brytyjskich krytyków o każdym z jego filmów, którym jak zwykle prawie nic nie będzie się podobało oraz reakcje opinii publicznej na owe dzieła kinematografii. Autor niniejszej biografii popełnił tylko jeden dosyć mocno wpływający na jej odbiór błąd, a mianowicie pokusił się o mocną dozę subiektywizmu. W skrócie wyglądało to tak: najpierw w rzetelny sposób zarzucał czytelnika w pełni obiektywnymi ciekawostkami ze świata filmu, co ewidentnie jest najmocniejszą stroną tej pozycji, po czym z uporem najzjadliwszego krytyka przystępował do, mówiąc kolokwialnie, obrzucania błotem niemalże każdej produkcji, w której dane było zagrać Deppowi, równocześnie poza „Żoną astronauty” wychwalając grę samego aktora. Oprócz jednego momentu w ogóle mi to nie przeszkadzało, bowiem podsumowywałam te obelgi, wyświechtanym frazesem „o gustach się nie dyskutuje”, w końcu biorąc pod uwagę fakt, iż Meikle tak na dobrą sprawę oszczędził jedynie „Edwarda Nożycorękiego” i „Piratów z Karaibów” można śmiało domniemywać, że woli komercyjne obrazy od niszowych, aczkolwiek sam sobie zaprzeczył w najbardziej irytującym momencie, w którym nazwał Stephena Kinga „mistrzem literackiej grozy pokolenia MTV”, co godzi nie tyle w pisarza, ile w jego fanów i jest mocno niesprawiedliwe. Czytelnikom niepotrafiącym tolerować kontrowersyjnych gustów innych radzę oszczędzić sobie lekturę tej powieści, z której dowiemy się między innymi, że „Koszmar z ulicy Wiązów” aspirował do psychologicznego horroru, co mu się nie udało (slasher, na litość boską!), „Dziewiąte wrota” przepełniono mnóstwem niezrozumiałych, niepotrzebnych wątków, „Jeździec bez głowy” bazował przede wszystkim na banalnym zamieszaniu fabularnym, „Żona astronauty” nie miała w sobie nic godnego uwagi, „Z piekła rodem” był najgorszym filmem w karierze Deppa (gorszym od głupiutkiej komedii z nurtu soft porno pt. „Wakacje w kurorcie”?), „Sekretne okno” było wtórną opowieścią autora tanich horrorów (tanich??), uratowaną przed całkowitą porażką jedynie przez znakomitą grę Deppa. Mogłabym tak wymieniać w nieskończoność, jednak na pocieszenie powiem, że dzięki danym ze sprzedaży biletów w Stanach Zjednoczonych i na świecie dowiemy się, że tak naprawdę publiczność wiedziała lepiej, a ich opinia prawie w ogóle nie pokrywała się z miażdżącym zdaniem Denisa Meikle'a, zakochanego w solidnej, aczkolwiek całkowicie komercyjnej przygodówce pt. „Piraci z Karaibów”.
Abstrahując od kontrowersyjnego subiektywizmu Meikle’a muszę przyznać, że lektura biografii Johnny’ego Deppa dostarczyła mi mnóstwa informacji, odnośnie moich ulubionych i tych mniej ciekawych filmów, a przy okazji podrzuciła kilka ciekawostek z osobistego życia Johnny’ego Deppa, który jak sam przyznaje nie odgrywa swoich postaci, a całkowicie się w nie zatapia, co pozwala mu na krótki czas być kimś innym, bowiem nie przepada za samym sobą. Podobne konkluzje nasuwają się w odniesieniu do całej „śmietanki” Hollywoodu, która w swojej obłudności często zaprzecza samej sobie, starając się przede wszystkim przypodobać znienawidzonym mediom, opinii publicznej oraz… Akademii Filmowej, bo w końcu Oscary są najważniejsze:) Niniejszą biografię mocno polecam nie tylko wielbicielom Johnny’ego Deppa, ale koneserom dobrego kina w ogóle, jednakże tylko takim, którzy tolerują różna, często mocno bulwersujące gusta filmowe.
Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu
wtorek, 15 stycznia 2013
Głosowanie 2011-2012
Ostatnie głosowania nie cieszyły się zbytnią popularnością – może dlatego,
że odeszłam w nich od filmów:) Tym razem jestem ciekawa zdania widzów na temat
ostatnich dwóch lat dla filmowego horroru, które w moim mniemaniu były bardzo
słabe. Próbując wskrzesić nudne ostatnio głosowania i dać jeszcze jedną szansę
internautom proponuję głosować na dwa ulubione horrory, które miały swoją
premierę światową w przedziale czasowym 2011-2012. Głosy proszę oddawać w komentarzach
lub mailowo (buffy1977@wp.pl). Jak spłynie wystarczająca liczba głosów na blogu
pojawi się kolejne obiektywne zestawienie najlepszych horrorów dwóch ostatnich
lat. Wszystkich chętnych zapraszam do zabawy i z góry dziękuję za oddane głosy!
niedziela, 13 stycznia 2013
Daphne du Maurier „Rebeka”
Młoda, biedna kobieta wychodzi za mąż za bogatego wdowca, właściciela okazałej posiadłości w Anglii, zwanej Manderley, Maxima de Wintera. Nieśmiała dziewczyna nie może przyzwyczaić się do nowego, wystawnego życia u boku dużo od siebie starszego mężczyzny, którego prześladują demony przeszłości. Jest przekonana, że nie dorówna jego zmarłej przed niespełna rokiem pięknej żonie Rebece, za którą wszyscy wprost przepadali – tym bardziej, że cień Rebeki nieustannie spowija całe Manderley.
Wydana po raz pierwszy w 1938 roku jedna z najpopularniejszych angielskich powieści, autorstwa poczytnej pisarki, zgrabnie łączącej romans z grozą i kryminałem. „Rebeka” doczekała się licznych ekranizacji, z których najbardziej znane jest dzieło Alfreda Hitchcocka z 1940 roku, nagrodzone dwoma Oscarami. O książce po raz pierwszy przeczytałam w „Worku kości” Stephena Kinga, w którym zachwalał przede wszystkim pierwsze jej zdanie: „Śniło mi się tej nocy, że znowu byłam w Manderley”. Jak się okazuje taki barwny, pobudzający wyobraźnię styl znamionuje całą niniejszą pozycję – drobiazgowe, kwieciste opisy miejsc oraz pełne egzaltacji dialogi zdają się być wizytówką „Rebeki”, która jak na klasyczną literaturę przystało nie epatuje wulgaryzmami i slangiem, co jest wręcz szpecącą normą w przypadku współczesnych powieści i co sprawia, że proza z XIX i XX wieku niezmiennie mocno mnie fascynuje.
„To było Manderley, nasze Manderley, tajemnicze i ciche jak zawsze. Szare mury lśniły w księżycowym blasku mojego snu, w gotyckich oknach odbijał się zielony trawnik i taras. Czas nie mógł zniszczyć doskonałej proporcji budowli ani samego położenia domu, które można przyrównać do klejnotu umieszczonego we wgłębieniu dłoni.”
Gatunkowo książka stanowi całkiem interesujący fenomen, bowiem posiada wszelkie znamiona powieści gotyckiej, wręcz modelowo trzyma się jej konwencji, ale pozbawiona jest jakichkolwiek zjawisk paranormalnych, przynajmniej w dosłownym znaczeniu tego słowa. Rozpatrując „Rebekę” pod takim kątem szybko dopatrzymy się tutaj pełnej narastającej grozy narracji, okazałej angielskiej posiadłości, o pięknie brzmiącej nazwie Manderley, antynomicznej pary, tajemniczej śmierci, rzutującej na życie wszystkich mieszkańców domu oraz okolicznego miasteczka i wreszcie demonicznej, odzianej w czerń szefowej służby, pani Danvers. Narratorką jest młoda, naiwna kobieta, która częściej przebywa w świecie wyobraźni, aniżeli w rzeczywistości. Autorka postanowiła ukryć przed czytelnikami jej personalia, tak więc niedane nam będzie ich poznać, nawet na końcu powieści. Po krótkim romantycznym wprowadzeniu dziewczyna poznaje bogatego właściciela wielkiej angielskiej posiadłości, wychodzi za niego, po czym jako pani de Winter wprowadza się do Manderley. Na miejscu szybko odkrywa, ze wszyscy, zarówno służba, jak i znajomi jej męża nadal, po niemalże roku, przeżywają śmierć pierwszej pani domu. Co gorsza, Maxim również zdaje się być pod ciągłym urokiem Rebeki (metaforyczne nawiedzenie) – nie życzy sobie wspominania jej w swojej obecności, ma zmienne nastroje, a swoją wściekłość często wyładowuje na młodej żonie. Reasumując mamy typową antynomiczną parę – niewinną, naiwną kobietę, która jak przystało na literaturę gotycką często „buja w obłokach” oraz z pozoru demonicznego Maxima, którego czytelnicy już na początku książki będą podejrzewać o najgorsze. Nie zabraknie również chyba najbarwniejszej postaci pani Danvers – odzianej w czerń, z twarzą przypominającą oddartą ze skóry czaszkę, która od początku pała nienawiścią do nowej małżonki jej pana, która wręcz ubóstwiała Rebekę i nadal nie może pogodzić się z jej przedwczesną śmiercią. Naszą narratorkę paraliżuje strach, ilekroć staje z nią oko w oko, a dzięki jej sugestywnym opisom sytuacyjnym ten niepokój poniekąd udziela się również czytelnikowi.
Wydana po raz pierwszy w 1938 roku jedna z najpopularniejszych angielskich powieści, autorstwa poczytnej pisarki, zgrabnie łączącej romans z grozą i kryminałem. „Rebeka” doczekała się licznych ekranizacji, z których najbardziej znane jest dzieło Alfreda Hitchcocka z 1940 roku, nagrodzone dwoma Oscarami. O książce po raz pierwszy przeczytałam w „Worku kości” Stephena Kinga, w którym zachwalał przede wszystkim pierwsze jej zdanie: „Śniło mi się tej nocy, że znowu byłam w Manderley”. Jak się okazuje taki barwny, pobudzający wyobraźnię styl znamionuje całą niniejszą pozycję – drobiazgowe, kwieciste opisy miejsc oraz pełne egzaltacji dialogi zdają się być wizytówką „Rebeki”, która jak na klasyczną literaturę przystało nie epatuje wulgaryzmami i slangiem, co jest wręcz szpecącą normą w przypadku współczesnych powieści i co sprawia, że proza z XIX i XX wieku niezmiennie mocno mnie fascynuje.
„To było Manderley, nasze Manderley, tajemnicze i ciche jak zawsze. Szare mury lśniły w księżycowym blasku mojego snu, w gotyckich oknach odbijał się zielony trawnik i taras. Czas nie mógł zniszczyć doskonałej proporcji budowli ani samego położenia domu, które można przyrównać do klejnotu umieszczonego we wgłębieniu dłoni.”Gatunkowo książka stanowi całkiem interesujący fenomen, bowiem posiada wszelkie znamiona powieści gotyckiej, wręcz modelowo trzyma się jej konwencji, ale pozbawiona jest jakichkolwiek zjawisk paranormalnych, przynajmniej w dosłownym znaczeniu tego słowa. Rozpatrując „Rebekę” pod takim kątem szybko dopatrzymy się tutaj pełnej narastającej grozy narracji, okazałej angielskiej posiadłości, o pięknie brzmiącej nazwie Manderley, antynomicznej pary, tajemniczej śmierci, rzutującej na życie wszystkich mieszkańców domu oraz okolicznego miasteczka i wreszcie demonicznej, odzianej w czerń szefowej służby, pani Danvers. Narratorką jest młoda, naiwna kobieta, która częściej przebywa w świecie wyobraźni, aniżeli w rzeczywistości. Autorka postanowiła ukryć przed czytelnikami jej personalia, tak więc niedane nam będzie ich poznać, nawet na końcu powieści. Po krótkim romantycznym wprowadzeniu dziewczyna poznaje bogatego właściciela wielkiej angielskiej posiadłości, wychodzi za niego, po czym jako pani de Winter wprowadza się do Manderley. Na miejscu szybko odkrywa, ze wszyscy, zarówno służba, jak i znajomi jej męża nadal, po niemalże roku, przeżywają śmierć pierwszej pani domu. Co gorsza, Maxim również zdaje się być pod ciągłym urokiem Rebeki (metaforyczne nawiedzenie) – nie życzy sobie wspominania jej w swojej obecności, ma zmienne nastroje, a swoją wściekłość często wyładowuje na młodej żonie. Reasumując mamy typową antynomiczną parę – niewinną, naiwną kobietę, która jak przystało na literaturę gotycką często „buja w obłokach” oraz z pozoru demonicznego Maxima, którego czytelnicy już na początku książki będą podejrzewać o najgorsze. Nie zabraknie również chyba najbarwniejszej postaci pani Danvers – odzianej w czerń, z twarzą przypominającą oddartą ze skóry czaszkę, która od początku pała nienawiścią do nowej małżonki jej pana, która wręcz ubóstwiała Rebekę i nadal nie może pogodzić się z jej przedwczesną śmiercią. Naszą narratorkę paraliżuje strach, ilekroć staje z nią oko w oko, a dzięki jej sugestywnym opisom sytuacyjnym ten niepokój poniekąd udziela się również czytelnikowi.
Dla współczesnego czytelnika „Rebeka” z pewnością będzie mocno przewidywalna. Już w momencie zdradzenia informacji o niedawnej śmierci pierwszej de Winter bez problemu powinien rozszyfrować całą, dosyć skąpo skonstruowaną intrygę kryminalną, aczkolwiek ta nachalna wręcz przewidywalności w ogóle nie psuje wrażeń z całości. Autorka postarała się dostarczyć wielbicielom romansu płomiennej miłości, a entuzjastom grozy kilku tajemniczych bohaterów, niepokojącej scenerii oraz demonów przeszłości, które nieustannie dręczą mieszkańców Manderley, ze szczególnym wskazaniem na jego gospodarza. W ogóle nie dziwię się, że „Rebeka” trafiła do kanonu najlepszych powieści romantyczno-gotyckich, ponieważ podróż przez tę historię dostarcza tak wielu różnorodnych emocji, iż ciężko będzie komukolwiek o nich zapomnieć jeszcze przez długi czas po skończonej lekturze. Jednym słowem: arcydzieło!
Subskrybuj:
Posty (Atom)












.jpg)


