Stronki na blogu

sobota, 21 listopada 2015

„Odsłony” (1983)


Aktorka Samantha Sherwood w ramach przygotowań do głównej roli w filmie Jonathana Strykera pod tytułem „Audra” udaje chorobę psychiczną, aby dostać się do zakładu zamkniętego. Wtajemniczony w jej plan reżyser po jakimś czasie zostawia ją jednak samej sobie, nie informując nikogo o mistyfikacji i zaprasza sześć kobiet na przesłuchania do roli Audry do swojego stojącego na odludziu domu. Tymczasem Samantha opuszcza zakład psychiatryczny i poprzysięga zemstę na Strykeru. Tuż przed wyjazdem jedna z zaproszonych kobiet zostaje zamordowana. Na miejscu pojawia się pięć pozostałych kandydatek oraz Sherwood. Niedługo potem jedna z dziewcząt znika.

Slasher Richarda Ciupki, którego nazwisko nie pojawia się w czołówce. Zamiast niego widnieją personalia stworzonego na potrzeby filmu reżysera, Jonathana Strykera, kreowanego przez Johna Vernona. Nie był to celowy, w zamyśle mający podnosić wiarygodność filmu zabieg tylko efekt nieporozumień pomiędzy Ciupką i producentem Peterem R. Simpsonem. Scenariusz Roberta Guzy Jr. można było przedstawić na ekranie na jeden z dwóch sposobów – jak chciał tego reżyser, jako klasyczny thriller, bądź po myśli Simpsona, jako slasher. Rozbieżność artystycznych wizji zaowocowała wycofaniem się Ciupki z projektu przed zakończeniem zdjęć. Ten krok z kolei zaprocentował wycięciem wielu wcześniej nakręconych sekwencji, wprowadzeniem poprawek w scenariuszu oraz w czołówce – Ciupka zdecydował zastąpić swoje nazwisko w czołówce fikcyjnymi personaliami, co wcale nie przeszkodziło opinii publicznej poczytywać „Odsłon” w kategoriach jego reżyserskiego debiutu.

Choć ostatecznie większościowo „Odsłony” przyjęły kształt, za którym opowiadał się Simpson, czyli slashera nie zrezygnowano z większości wkładu Ciupki, przez co film chwilami mocno się rozjeżdżał. Widać, że twórcy nie mogli się zdecydować, w jaką stylistykę wkomponować scenariusz, bo choć ogólnie bliżej mu do slashera w szczegółach nie jest to takie oczywiste. W wizji Ciupki dostrzegalnie nie było miejsca na epatowanie przemocą. Podczas scen mordów kamera koncentrowała się na wykrzywionych w grymasie przerażenia twarzach ofiar, uciekając od ujęć obrazujących kontakt narzędzi zbrodni z ciałami bohaterek. Tylko raz zastosowano odstępstwo od tej reguły i to nie w sekwencji samego zabójstwa tylko uprzedniego zranienia ofiary. Scena na dzikim lodowisku swego czasu była szeroko komentowana przez wielbicieli kina grozy, można nawet spokojnie wysunąć tezę, że jest najbardziej rozpoznawalnym fragmentem „Odsłon”. Zachwycano się nie tyle aspektami gore, bo takowe praktycznie się tutaj nie pojawiają (chyba, że za takie poczytywać moment zagłębiania się sierpa w ciele dziewczyny z minimalną porcją posoki), ile oświetleniem i pomysłowym budowaniem dramaturgii. Zdjęcia w śnieżnobiałym dziennym świetle zimową porą na skraju lasu, poprzedzone jazdą figurową młodziutkiej pretendentki do roli Audry skumulowane ujęciem znalezienia lalki ze smutną twarzą zakopanej w zaspie. Już sam moment odkopywania niepokojącej zabawki znamionuje ogromny ładunek napięcia, ale moment szczytowej grozy rozpoczyna się z chwilą pojawienia się mordercy w znakomitej masce staruszki, po czym dzięki spowolnieniu zostaje znacząco rozciągnięty w czasie. Widzimy zabójcę szybko zmierzającego na łyżwach w stronę dziewczyny oraz przerażenie malujące się na jej twarzy. Jeśli porównać ujęcia poprzedzające atak do samego ataku to kulminacja wypada wielce rozczarowująco na tle dramatycznego, podnoszącego poziom adrenaliny we krwi wstępu. Poza późniejszym odnalezieniem głowy domorosłej łyżwiarki w toalecie przez inną kandydatkę do roli Audry nie jestem w stanie wypunktować innych śmiałych, charakterystycznych scen, bo liczne ukryte przed wzrokiem widza zatapianie noża w ciałach ofiar z całą pewnością za takowe uznać nie można. A szkoda, bo scenariusz pozostawiał rozległe pole na kilka pomysłowych, umiarkowanie krwawych ustępów.

Richard Ciupka zaniedbał sceny eliminacji ofiar większą wagę przykładając do aspektów psychologicznych, co było wyrazem jego wizji scenariusza „Odsłon", odchodzącej od konwencji slashera na rzecz stylistyki typowego dreszczowca. Początkowo intrygę próbował budować na zasadzie zaskakujących zwrotów akcji, ale już po sfinalizowaniu wstępnej sceny w gabinecie dyrektora zakładu psychiatrycznego zasygnalizował, jak skończy się pierwsza szarża napastnika na jedną z zaproszonych przez Strykera pretendentek do roli Audry. Długie skradanie się zamaskowanego osobnika wokół jej domostwa, choć umiejętnie dawkuje napięcie traci na efekcie zaskoczenia, bowiem już prolog zasugerował ewentualny finał owej sekwencji. Po tym wydarzeniu Ciupka na szczęście zrezygnował z podobnych trików, skupiając się na budzących podejrzenia osobowościach kilku bohaterów. Główną podejrzaną, dosyć nachalnie, przedstawił w osobie zdradzonej przez Strykera, Samanthy Sherwood, która przybywa do jego rezydencji, aby zemścić się za niedawne krzywdy. Jej interlokutor, sławny reżyser, tymczasem przedstawia sobą same przywary sławnych i bogatych. Ochoczo wykorzystuje swoją wyższość nad, w jego mniemaniu, zależnymi od jego woli kobietami. Przybyłe na przesłuchanie przedstawicielki płci pięknej nie mają większych oporów przed sprzedawaniem swojego ciała, w zamian za nadzieję zdobycia upragnionej roli, a Stryker ochoczo wykorzystuje swoją dominującą pozycję. W warstwie psychologicznej, istotnie „Odsłony” wypadają lepiej, aniżeli w konwencji filmu slash, bo choć nie zabrakło kilku pełnych podskórnego napięcia sekwencji oraz zapadającej w pamięć maski mordercy równie ważne dla owego nurtu sceny eliminacji poszczególnych bohaterów tracą na śmiałości i oryginalności. Szczerze mówiąc poza sceną na dzikim lodowisku nie ma żadnych wyróżniających się ustępów atakowania bezbronnych kobiet, więc nie pozostaje nic innego jak zagłębić się w relacje międzyludzkie, sportretowane w miarę zajmująco. Wizjonerskie niedostatki ujawniają się również w końcowych minutach seansu, podczas niepotrzebnie rozwleczonej, a co za tym idzie z czasem nużącej pogoni za przedostatnią ofiarą, odznaczającej się jednym charakterystycznym dla slasherów ustępem (ogłuszenie napastnika, ale bez dobicia go) i na początku nawet klimatycznej, ale z czasem zwyczajnie męczącej. Bardziej udany jest natomiast sam finał, czyli ujawnienie tożsamości sprawcy, którą przewidziałam dosłownie parę minut wcześniej, ale to i tak późno jak na tani slasher z lat 80-tych.

Nie jestem do końca przekonana, co do „Odsłon” Richarda Ciupki. Podejrzewam nawet, że film wypadłby o wiele lepiej, gdyby reżyserią w całości zajął się producent, Peter R. Simpson. Możliwe, że wówczas powstałby z tego rasowy slasher z kilkoma jeśli nie mocno krwawymi to przynajmniej pomysłowymi scenami mordów. A tak dostałam owszem niezły zapychacz wolnego czasu ze szczególnym wskazaniem na warstwę psychologiczną, ale nic ponad to. Nic dziwnego, że ten tytuł długo umykał mojej uwadze, bo nie wyróżnia się niczym szczególnym na tle innych reprezentantów tego najbardziej preferowanego przeze mnie podgatunku horroru.     

czwartek, 19 listopada 2015

Chris Pavone „Wypadek”


Nowy Jork. Agentka literacka, Isabel Reed, kończy czytać demaskatorski manuskrypt przysłany przez anonimowego autora, który obnaża pilnie strzeżone tajemnice właściciela Wolfe Worldwide Media, Charliego Wolfe’a, w które zamieszani są agenci CIA. Isabel jest przekonana, że tekst zatrzęsie rynkiem literackim, przynosząc jej milionowe zyski, ale niedługo po przedłożeniu go w wydawnictwie uświadamia sobie, że jego publikacja nie będzie wcale łatwa. Były agent CIA, Hayden Gray formuje zespół, który rusza śladami manuskryptu i wszystkich jego kopii, zamiarem zniszczenia ich, równocześnie starając się odnaleźć autora. Kiedy asystentka Isabel zostaje zamordowana kobieta uświadamia sobie, że wszyscy, którzy zapoznali się z treścią manuskryptu znajdują się w ogromnym niebezpieczeństwie, włącznie z nią. Na domiar złego nie może zwrócić się do władz, bo najprawdopodobniej im również zależy na wyciszeniu tej sprawy. Jedynym wyjściem z sytuacji zagrożenia jest jak najszybsza publikacja książki i ukrycie się przed zespołem Haydena Gray’a.

Sukces pierwszej powieści amerykańskiego autora, Chrisa Pavone, pt. „Kobieta, której nikt nie znał” zdeterminował powstanie kolejnego dzieła jego pióra. Anthony Award i Edgar Award za najlepszy debiut oraz status międzynarodowego bestsellera wysoko postawiły poprzeczkę, której Pavone w moim mniemaniu sięgnął w kolejnej swojej publikacji, zatytułowanej „Wypadek”. Druga jego powieść, w Stanach Zjednoczonych opublikowana w 2014 roku, podobnie jak pierwsza, trafiła na listę bestsellerów New York Timesa i zebrała bardzo pozytywne recenzje. Książkę docenili między innymi Stephen King i Michael Connelly, dowodząc, że „Wypadek” jest jedną z najlepszych pozycji literackich wydanych w 2014 roku. „Wypadek” łączy w sobie elementy typowe dla thrillera i powieści szpiegowskiej, przy czym w tym drugim przypadku Chris Pavone, podobnie, jak w „Kobiecie, której nikt nie znał” zdecydował się na kameralną intrygę, swoimi mackami sięgającą wąskiego grona bohaterów, rezygnując z szeroko zakrojonego spisku, w który zamieszani są niemalże wszystkie persony z najwyższych szczebli władzy. W ten sposób, pomimo umiejscowienia niektórych kluczowych dla sprawy wydarzeń w różnych zakątkach świata, intryga nie jest tak rozproszona i dezorientująca, jak w co poniektórych reprezentantach literatury szpiegowskiej, z większym rozmachem podchodzących do wątków przewodnich. Kolejna analogia z „Kobietą, której nikt nie znał” ujawnia się w narracji – snuciu opowieści w dwóch przedziałach czasowych: przeszłości i teraźniejszości. Aktualne wydarzenia zapoczątkował ciąg incydentów z poprzednich lat, ale jak można się tego spodziewać Pavone oszczędnie żongluje faktami z przeszłości poszczególnych bohaterów, starając się jak najdłużej utrzymywać odbiorcę w niepewności, co do prawdziwej istoty portretowanej sprawy. Zbieżności z „Kobietą, której nikt nie znał” można dopatrywać się również w osobie współpracownicy Gray’a, Kate, której rolę Pavone w „Wypadku” mocno ograniczył, przez co nie można rozpatrywać niniejszej powieści w kategoriach bezpośredniego sequela. Tym bardziej, że konfrontuje czytelnika z całkowicie inną fabułą.

„To jeden z tych momentów, które mówią, jakim jesteś wydawca albo nawet, a co tam, jakim jesteś człowiekiem. Czy jesteś w stanie zaryzykować karierę, a może nawet życie, żeby zrobić, co do ciebie należy?”

Główną bohaterką „Wypadku” jest agentka literacka, Isabel Reed, niegdyś najjaśniejsza gwiazda w swojej branży, która po osobistych przejściach straciła entuzjazm do pracy. Jej karierę może uratować demaskatorska powieść, spisana przez anonimowego autora, ale podobnie jak główni bohaterowie „Millennium” Stiega Larssona kobieta przede wszystkim poczytuje tę szansę przez pryzmat swoich idealistycznych przekonań. W jej mniemaniu opinia publiczna ma prawo dowiedzieć się o niecnych czynach paru zajmujących ważne stanowiska osób, o których traktuje problematyczny manuskrypt, a branża literacka pomijając wszystko inne pełni również rolę informacyjną, spełniając misję tożsamą z prasą. Bez wahania przedkłada więc tekst innym reprezentantom branży wydawniczej, spośród których możemy wyróżnić persony wyznające podobne zasady, co ona. Osoby, gotowe narazić się w imię rzetelnego informowania opinii publicznej, ale niewyzbyte również bardziej egoistycznych pobudek, bo jeśli przyjrzeć się bliżej motywacjom poszczególnych reprezentantów branży wydawniczej oprócz podniosłych przekonań można dopatrzeć się również ich bardziej przyziemnych poglądów. Pavone sporo miejsca poświęca niniejszemu zagadnieniu, przez co jego intryga zyskuje na dojrzałości. Zamiast papierowych, jednowymiarowych postaci mamy dogłębnie scharakteryzowane, niejednoznaczne osobistości, które stanęły przed szansą zaistnienia na rynku literackim, jak się okazuje kosztem własnego życia. Smaczku całej sprawie dodaje fakt, że właściwie przez większą część powieści nie wiemy, o co ten cały szum. Podczas, gdy kolejni bohaterowie zapoznają się z treścią manuskryptu czytelnikowi pozostają jedynie mętne domysły, na podstawie jego krótkich fragmentów, sporadycznie wtłaczanych we właściwą akcję. Frustrujące, że bohaterowie, którym towarzyszymy są lepiej poinformowani od nas, ale nie da się ukryć, że obranie tego rodzaju narracji z każdą kolejną stronicą wzmaga ciekawość. Naprawdę pragnie się poznać wszystkie rewelacje zawarte w manuskrypcie i nie tylko dlatego, że niemalże każdy, kto zapoznał się z jego treścią niedługo potem zostaje zamordowany, ale również ze zwykłej, trywialnej chęci odkrywania brudnych sekretów wysoko postawionych person, nawet jeśli są jedynie fikcyjnymi postaciami, stworzonymi na potrzeby książki.

Pavone posiada rzadki talent do długiego utrzymywania czytelnika w niepewności z równoczesnym budowaniem suspensu na miarę Alfreda Hitchcocka, napięcia, które towarzyszy odbiorcy w trakcie niemalże całej lektury, a którego wszystkich źródeł niedane nam jest szybko poznać. Co wcale nie oznacza, że niektórych części układanki nie da się przedwcześnie właściwe zinterpretować. W drugiej połowie książki autor popełnia kilka klasycznych błędów, pomiędzy słowami wyjawiając akurat tyle, aby niechcący uświadomić, co bardziej uważnym czytelnikom istotę ważnych faktów, wchodzących w skład całej intrygi, czym minimalizuje siłę rażenia finału. Ale to chyba jedyny mankament, na który zwróciłam uwagę podczas lektury „Wypadku”, poważny owszem, ale na szczęście obniżający poziom tylko jednej części składowej fabuły. Bo w końcu druga książka Pavone oprócz klasycznej pogoni za uwikłanymi w niejasną sprawę protagonistami dotyka również pobocznych, równie interesujących tematów. Autor poświęcił trochę miejsca roli mediów w naszym życiu, dając do zrozumienia, że w XXI wieku ostało się niewielu obiektywnych, nienastawionych na tanią sensację dziennikarzy. Stronnicze, krótkie, epatujące przemocą reportaże większości z nich nie mają wiele wspólnego z misją, jaką powinny wypełniać prasa i telewizja. Moralitet, a i owszem, ale przenikliwy. Podobną błyskotliwością Pavone wykazał się w częstych opisach Nowego Jorku, w którym dominuje samotność i wieczna pogoń za pieniądzem, którego obywatele nie mają czasu przysiąść i zastanowić się nad kłamstwami determinującymi ich egzystencje.

Wydaje mi się, że „Wypadkiem” Chris Pavone ugruntuje swoją pozycję na rynku literackim, udowadniając wszystkim sceptykom, że nie jest pisarzem jednego hitu, że zarówno w literackim thrillerze, jak i w powieści szpiegowskiej ma jeszcze sporo do powiedzenia. Oczywiście, podobnie jak w „Kobiecie, której nikt nie znał” autorowi miejscami brakowało doświadczenia nieodzownego dla umiejętnego wyprowadzania czytelnika w pole, przez co niektóre części składowe całej intrygi z czasem stały się mocno oczywiste. Ale poza tym nie mogę mieć żadnych zastrzeżeń do jego drugiego dzieła. „Wypadek” wydaje się być zrównany poziomem z debiutem, głównie przez błyskotliwe, drobiazgowe spojrzenie na rzeczywistość oraz szczegółowe portretowanie niejednoznacznych postaci zarówno głównych, jak i epizodycznych. Ale też podskórne napięcie i mistrzowskie rozbudzanie uwierającej ciekawości przez większą część powieści.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

środa, 18 listopada 2015

„Linia życia” (1990)


Studenci medycyny postanawiają przeprowadzić eksperyment, który może udzielić im odpowiedzi na odwieczne pytanie o życie po śmierci. Pierwszym ochotnikiem jest pomysłodawca projektu, Nelson. Koledzy zatrzymują pracę jego serca, a niedługo potem reanimują go. Po powrocie do świata żywych kolega informuje ich o niezwykłych rzeczach, jakim świadkował po drugiej stronie i niezapomnianym uczuciom, które mu towarzyszyły. Zachęcony relacją przyjaciela, Joe, również decyduje się na ten krok. Podobnie David i Rachel, aczkolwiek każdy z nich wraca z innymi wspomnieniami z życia po śmierci. Ostatni członek eksperymentu, Randy, nie zdąża jednak przeżyć tego, co koledzy, bo alarmują go pozostali, którzy niedługo po powrocie z tamtej strony doznają niepokojących halucynacji, które mają tendencję do przybierania fizycznej formy.

Nominowany do Oscara za montaż dźwięku horror Joela Schumachera, który podzielił krytyków. Reżyser między innymi „Straconych chłopców” i „Czasu zabijania” przeniósł na ekran scenariusz Petera Filardiego (późniejszego scenarzysty między innymi „Szkoły czarownic” i readaptacji „Miasteczka Salem” w formie miniserialu), ale pomimo sporych zysków i pozytywnych opinii rzeszy zwykłych widzów nie przekonał wszystkich krytyków. „Linii życia” zarzucano przede wszystkim zbytnie wycofanie w scenach grozy i niedopracowaną fabułę. Pomysł wyjściowy odrobinę przypomina „Odmienne stany świadomości” Kena Russella, przy czym o ile tamto dokonanie było ciężką psychodelią, niepróbującą wejść do kina głównego nurtu, o tyle „Linię życia” zrealizowano tak, aby sprostać oczekiwaniom szerokiej opinii publicznej. To niekoniecznie musi być mankamentem, szczególnie jeśli o narrację dbał Joel Schumacher, który potrafi zrównoważyć elementy atrakcyjne dla odbiorców mainstreamowego kina ze składnikami skierowanymi w stronę wielbicieli kina grozy. Nawet podejmując tematykę bądź co bądź często poruszaną przez filmowe horrory, choć innej w szczegółach. Zagadnienia życia po śmierci, jednej z ewentualności świata rozpościerającego się po tamtej stronie i potencjalnych zgubnych następstw śmierci klinicznej, ilekroć nie byłyby poruszane przez twórców niezmiennie budzą moje zainteresowanie. W końcu to ciekawe doświadczenie – obcować z różnymi wyobrażeniami życia po śmierci. Oglądając „Linię życia” w dzieciństwie nie byłam zachwycona i po latach to się raczej nie zmieniło. Ale choć Schumacherowi nie udało się wprawić mnie w ekstazę to i tak zaserwował mi kawałek dobrego kina, który jeśli już w całości nie zapada na długo w pamięci to przynajmniej dostarcza rozrywki na przyzwoitym poziomie w trakcie seansu. Tę pozycję dosłownie niesie kilka najważniejszych części składowych, nienastawionych na straszenie w dosłownym tego słowa znaczeniu tylko na generowanie aury tajemniczości, metafizycznych doznań nade wszystko rozbudzających ciekawość, bez uporczywych prób poderwania widza z fotela. Twórcy nie odwracają uwagi widza od istoty scenariusza tanimi technikami mającymi wprawić go w przerażenie, choć niewykluczone, że psychodeliczne wizje, jakich doznają bohaterowie miejscami wywołają u co poniektórych widzów delikatny niepokój.

Kreujący doprawdy ciekawe postacie gwiazdy kina, często współpracujący z Schumacherem Kiefer Sutherland, Kevin Bacon, William Baldwin, Oliver Platt i Julia Roberts, do której od zawsze czuję jakąś trudną do uargumentowania awersję, wcielili się w studentów medycyny, którzy kierowani trudną do odparcia ciekawością decydują się zaryzykować własnym życiem, aby dowiedzieć się, czy istnieje coś po śmierci. Jak można się tego spodziewać ich obsesja sprowadzi na nich zagrożenie w postaci grzechów z przeszłości. Ilekroć, któryś z nich na chwilę umiera twórcy serwują widzom ciąg niepojętych zdarzeń, fragmentaryczne obrazy z niechlubnych występków z ich przeszłości przemieszane z migawkową manifestacją niedalekiej przyszłości. Choć scenografia każdej podróży na tamtą stronę porwała mnie swoim minimalizmem to przygoda Nelsona i tak znacząco wybiła się ponad ogólny poziom. Sceny z okresu w dzieciństwie dziś dorosłego mężczyzny, w którym dopuścił się karygodnego czynu osnuto zdecydowanie najmroczniejszym klimatem. A silnie skontrastowane zdjęcia, jakby żywcem wyjęte z jakiegoś koszmaru sennego były na tyle charakterystyczne, że jako jedyne ostały się w mojej pamięci od czasu pierwszej projekcji. Schumacherowi udało się również dostarczyć mi sporych wrażeń oprawą wizualną w momentach konfrontacji bohaterów z nadnaturalnym zagrożeniem już po powrocie do świata żywych, hipnotyzując rażącą czerwienią i zimnym błękitem oraz aurą nieznanego dosłownie wiszącą nad bohaterami. Istota fabuły, wzbogaconej dobrze rozpisanymi, często dowcipnymi kwestiami postaci, zasadza się na problematyce winy i odkupienia, przez co jest taki przewrotny moment, w którym początkowo wzbudzający sympatię, acz bez wątpienia lekkomyślni protagoniści zaczynają wzbudzać naszą niechęć. Wydaje mi się, że to celowy zabieg, każący zastanowić się nad pojęciem przebaczenia za grzechy, pozostawiając w naszej indywidualnej ocenie kwestię sprawiedliwości. Czy nieustraszeni studenci medycyny zasłużyli sobie na los, który ich spotkał, czy raczej ich późniejsze czyny, determinowane przede wszystkim strachem, ale też pragnieniem katharsis zasługują na przebaczenie? Scenarzysta jednoznacznie opowiada się za jedną tezą i to w dość ckliwym stylu, moim zdaniem szkodzącemu zakończeniu (które mogłoby być mocniejsze), ale to wcale nie oznacza, że widz nie ma możliwości roztrząsania tej kwestii na własny sposób. Paru krytyków zarzuciło scenariuszowi „Linii życia” pewne niedopracowanie i w jednym aspekcie mogę się z tą opinią zgodzić. O ile perypetie Nelsona, Rachel i Davida z nieznaną siłą, konfrontującą ich z przeszłością zostają wiarygodnie sfinalizowane, o tyle koszmar Joego kończy wydarzenie nieprzystające do myśli przewodniej, tak jakby Filardi po prostu o tej postaci zapomniał. Ale to właściwie jedyne uchybienie w fabule, które rzuciło mi się w oczy, moim zdaniem nieistotne aż tak, żeby dyskredytować cały scenariusz.

„Linia życia” to w mojej ocenie całkiem zgrabny horror nastrojowy, który co prawda nie porusza szczególnie innowacyjnej problematyki i nie przyprawia o szybsze bicie serca efektami specjalnymi, czy trikami operatorskimi, ale ma w sobie, coś co angażuje odbiorcę praktycznie od pierwszej do ostatniej minuty. Być może jest to wyważone podejście do akcji i oprawy audiowizualnej, w którym jedno nie przyćmiewa drugiego, a w końcu akurat w tym przypadku nietrudno było zaserwować nam klasyczny przypadek przerostu formy nad treścią. Na szczęście Schumacher jest na tyle dobrym reżyserem, żeby nie przedobrzyć, dzięki czemu stworzył naprawdę godną uwagi pozycję, która owszem nie wbije w fotel wielu wyjadaczy kina grozy, ale istnieje spore prawdopodobieństwo, że przynajmniej zaintryguje ich na tyle, aby przyjemnie spędzili trochę czasu przed ekranem.

poniedziałek, 16 listopada 2015

„Bone Tomahawk” (2015)


Dziki Zachód. Do niewielkiej osady przybywa włóczęga, który wzbudza podejrzenia szeryfa Franklina Hunta. Aby przeszkodzić mu w ucieczce stróż prawa oddaje strzał w jego nogę, po czym wzywa do celi pomocnicę miejscowego lekarza, posiadającą wiedzę medyczną, Samanthę O’Dwyer. Kobieta wraz z zastępcą szeryfa, Nickiem, ma spędzić noc u boku włóczęgi po ówczesnym opatrzeniu jego nogi. Jednak rano do szeryfa Hunta docierają wieści o nocnym ataku na wioskę. Paru członków zdziczałego plemienia Indian zamordowało jednego ze stajennych i porwało troje ludzi przebywających na posterunku, w tym Samanthę, żonę Arthura O’Dwyera, trudniącego się transportem bydła. Po konsultacji z zaprzyjaźnionym Indianinem mężczyźni dowiadują się, że padli ofiarami kanibalistycznego, niewładającego językiem plemienia bez nazwy, którego nieludzkie okrucieństwo obrosło legendą. Szeryf Hunt decyduje się jednak wyruszyć do ich siedliska, aby przechwycić zakładników. Ranny Arthur upiera się mu towarzyszyć, podobnie doświadczony zabójca Indian, John Brooder oraz rezerwowy zastępca szeryfa, posiadający doświadczenie lekarskie, podstarzały Chicory. Mężczyźni wiedzą, że wyruszają w niebezpieczną podróż, być może na spotkanie ze śmiercią, ale to nie powstrzymuje ich przed podjęciem wyzwania.

Scenarzysta „The Incident” z 2011 roku, S. Craig Zahler, spisał scenariusz „Bone Tomahawk” w 2007 roku, ale dopiero po latach zdecydował się przenieść go na ekran w swoim reżyserskim debiucie. Na planie udało mu się zgromadzić rozpoznawalnych aktorów – między innymi Patricka Wilsona, Kurta Russella, Matthew Foxa, Richarda Jenkinsa i Davida Arquette’a, co jest sporym wyczynem, jak na debiutanta, notabene bardzo pomocnym przy reklamowaniu produkcji. Inna sprawa, czy „Bone Tomahawk” w ogóle potrzebował jakiejś szumnej promocji, wszak dobry film broni się sam, a biorąc pod uwagę choćby entuzjastyczne opinie zwykłych amerykańskich widzów oraz krytyków Zahler sprostał wymaganiom opinii publicznej. Moim też, co wielce mnie zaskoczyło, zważywszy na moje niechętne podejście do gatunku, w ramach którego porusza się lwia część scenariusza.

Western z elementami horroru podany zarówno w poważny, jak i dowcipny sposób i to w równych proporcjach to nie jest coś, co nastrajałoby pozytywnie do projekcji, a takie wnioski przebijały z recenzji „Bone Tomahawk”. Jednak coś mnie podkusiło, żeby dać temu obrazowi szansę, ot zaserwować sobie jakąś odskocznię od gatunków filmowych, po które na ogół sięgam. I jestem ogromnie rada z owych podszeptów podświadomości, bo gdybym ich nie posłuchała przegapiłabym naprawdę zacne widowisko, w którym dosłownie wszystko zdaje się być głęboko przemyślane. Przeszło dwugodzinny seans, który w przeważającej mierze traktuje o niebezpiecznej wyprawie czterech osadników tropem kanibalistycznego, indiańskiego plemienia, które przetrzymuje mieszkańców ich osady. To zapewne nie zabrzmi zachęcająco dla optujących za czystością gatunkową wielbicieli horroru, a umiejscowienie akcji na Dzikim Zachodzie najprawdopodobniej odrzuci przeciwników westernów. Radziłabym jednak zaryzykować, bo wydaje mi się, że już zawiązanie fabuły przykuje uwagę co poniektórych reprezentantów tych dwóch, wyżej wspomnianych grup. Bo już wówczas Zahler pokazuje próbkę swoich niebanalnych zdolności – rzadko spotykanemu talentowi do opowiadania oraz niezwykłemu wyczuciu środków ciężkości w scenariuszu. Portretując wioskę białych osadników twórcy uderzyli w pastelowe barwy, mieniące się żółcią i pomarańczem w pełnym słońcu pustynnych terenów Ameryki Północnej. To w połączeniu z idealnie rozpisanymi, często dowcipnymi, acz nienachalnie dialogami (scena przy fortepianie to w moim odczuciu prawdziwy majstersztyk humoreski)  być może nie wróży dobrze konwencji kina grozy, ale to nie ma najmniejszego znaczenia, bo fabuła ma duże szanse wciągnąć nienastawionego na efekciarskie kino widza już od pierwszych minut. W prologu dowiadujemy się, że na rozległych, jałowych terenach znajduje się jakiś pogański cmentarz (odrobinę podobny do cmentarzyska Micmaców ze „Smętarza dla zwierzaków”), którego strzegą obsypani białym proszkiem, zdziczali kanibale. I mając w pamięci ów złowieszczy wstęp zostajemy przerzuceni do wioski białych osadników, w której pojawia się mężczyzna świadkujący okrutnemu wydarzeniu w prologu. Mimo, że fabułę napędzają prześmiewcze dialogi, a jej kluczowym wątkiem jest związek O’Dwyerów (postać Samanthy i kreacja Lili Simmons wprawiły mnie w prawdziwy zachwyt) oraz praca twardego, porywczego szeryfa Hunta, widz mając w pamięci początkowe wydarzenia nie będzie mógł odeprzeć od siebie aury zagrożenia wiszącej nad mieszkańcami osady. Chociaż Zahler nie akcentuje tego złowieszczego klimatu kolorystyką, czy choćby podnoszącą napięcie ścieżką dźwiękową i tak wiemy, że niedługo wydarzy się coś złego i jeśli już doskonale opowiedziane wstępne zdarzenia nie koncentrują naszej uwagi to jesteśmy ciekawi dalszego rozwoju wypadków. A ten skręca w stronę przygodówki – długiej podróży przez jałowe, bezkresne tereny, częściej obfitującej w przygnębiające, aniżeli zabawne incydenty. Poczucie beznadziei, aż przygniata, szczególnie, jeśli spojrzymy na opadającego z sił, ale zdeterminowanego, rannego Arthura, kuśtykającego śladami kolegów. Ignorując dojmujący ból i widmo amputacji kończyny mężczyzna wytrwale toczy się w stronę siedliska kanibalów, pchany nadzieją ocalenia ukochanej. Brzmi mdło, wiem, ale twórcy naprawdę zrobili wszystko, co tylko w ludzkiej mocy, żeby natchnąć ten wątek przygnębiającą aurą tragizmu, nawet nie zbliżając się do tkliwego romansu.

Choć podróż czterech białych śmiałków rzadko jest urozmaicana jakimiś bardziej charakterystycznymi sekwencjami, scenarzysta pilnował, aby nawet standardowe obrazki z wyprawy przykuwały uwagę, choćby malowniczymi krajobrazami, czy naprawdę interesującymi konwersacjami wzbudzających sympatię bohaterów. Ale to wcale nie znaczy, że mocniejszych przerywników nie ma wcale. Wręcz przeciwnie i jak już się pojawiają dzięki przeważającej monotonii w podróży uderzają z podwójną silą. Bestialskie, zimne morderstwo Meksykanów, czy wyciskające łzy z oczu dobicie konia (na szczęście rozgrywające się poza kadrem) mają w sobie taki ładunek emocjonalny, że nawet bez „pornograficznych” zbliżeń Zahlerowi udało się podnieść poziom adrenaliny w mojej krwi. Poza tym mamy jeszcze sekwencję nastawiania złamanej nogi (również w większości ukrytej przed wzrokiem widza, ale pobudzającej wyobraźnię) i… to chyba byłoby na tyle, jeśli idzie o zbaczanie scenarzysty w stronę jakichś mocniejszych ustępów. Ale jak już wspomniałam oszczędne szafowanie bardziej charakterystycznymi ujęciami w najmniejszym stopniu nie obniża aury beznadziei i zagrożenia, na spotkanie którego zmierzają protagoniści. Zagrożenia, które okazuje się być czystym horrorem – dopiero w ostatnich sekwencjach Zahler zdecydowanie osiadł w ramach tego gatunku, rezygnując z makabry rozgrywającej się poza kadrem i stawiając na drobiazgowe portretowanie rzezi. Pomysłowej dodajmy, bo odcinanie skalpu, rozpłatanie ciała od przyrodzenia po tors, czy wreszcie wkładanie rozgrzanej piersiówki pod skórę do sztampowych na pewno nie należą. Do sztucznych wizualnie również, bo Zahler naprawdę wystarał się o maksimum realizmu, nawet w sekwencji rozpłatania szyi trupowi, kiedy to posoka nie bryzga na wszystkie strony (częsty błąd filmowców, którym się wydaje, że nawet zwłoki obficie krwawią). Okazjonalnego humoru w makabrze również nie zabrakło, co paradoksalnie jedynie podnosi poziom tragizmu – prymityw przechadzający się z nogą ofiary, którą ze smakiem podgryza to prawdziwa kwintesencja czarnego humoru. Jedynie finał nie zadowala w takim stopniu, jakiego się spodziewałam po tego rodzaju widowisku, ale to i tak niewiele jak na film oddany w westernowym klimacie, który to rzadko mnie przekonuje.

„Bone Tomahawk” to western z elementami horroru kanibalistycznego, który zauważalnie był kierowany do widzów optujących za produkcjami spoza głównego nurtu. Pomimo znanych nazwisk w obsadzie i profesjonalnej realizacji nie gwarantuje dobrej rozrywki osobom gustującym w efekciarskich, dynamicznym tworach, których scenariusze obfitują w zapadające w pamięć zwroty akcji. To produkcja cechująca się stonowaniem i melancholią zarówno w warstwie fabularnej, jak i technicznej, która kompleksowo dopiero pod koniec uderza w mocniejszy ton. Czyli rzecz idealna dla mnie, ale mam obawy, czy w naszym kraju odnajdzie pokaźne grono miłośników, choćby przez wzgląd na brak czystości gatunkowej.