Stronki na blogu

czwartek, 14 lutego 2019

„The Hole in the Ground” (2019)

Sarah o O'Neill i jej kilkuletni syn Chris niedawno przeprowadzili się z miasta w okolice lasu, nieopodal małego miasteczka. W tej społeczności nadal krążą plotki o jednej z mieszkanek, która jakoby przed laty zabiła swoje jedyne dziecko, a teraz snuje się bez celu po jednej z dróg, prawie nie znajdując kontaktu z otoczeniem. Sarah czuje się nieswojo przy tej kobiecie, ale jeszcze bardziej niepokoi ją zapadlisko w głębi lasu, na które natknęła się kilka tygodni po przeprowadzce w te okolice. Pewnej nocy zauważa, że jej syna nie ma w domu. Przerażona dzwoni pod numer alarmowy, ale gdy rozmawia z dyspozytorem Chris się odnajduje. Chłopiec utrzymuje, że cały czas był w domu, ale nieco później Sarah zaczyna podejrzewać, że istota, z którą mieszka nie jest jej synem. Początkowo bierze pod uwagę to, że jej stan psychiczny mógł się pogorszyć, ale z dnia na dzień coraz bardziej skłania się ku temu, że kilkulatek, który wygląda jak Chris tak naprawdę Chrisem nie jest.

Irlandzki horror nastrojowy pod tytułem „The Hole in the Ground” jest dziełem człowieka, który wcześniej nie realizował się w pełnym metrażu. Reżyser i scenarzysta Lee Cronin od 2004 roku stworzył kilka shortów, jeden segment antologii grozy „Minutes Past Midnight” (2016) i pracował nad jednym serialem, ale dopiero na początku 2019 roku pojawił się jego pierwszy pełnometrażowy film. Pierwszy pokaz „The Hole in the Ground” odbył się na Sundance Film Festival w styczniu 2019 roku.

Scenariusz „The Hole in the Ground” Lee Cronin napisał wespół ze Stephenem Shieldsem, który też nie ma doświadczenia w pełnym metrażu. Ale to nic – dla tych panów brak doświadczenia najwidoczniej większej przeszkody nie stanowił, a przynajmniej według mnie stworzyli coś, czego mogliby im pozazdrościć dużo bardziej obyci z filmowym horrorem artyści. Fabuła „The Hole in the Ground” oryginalnością pochwalić się nie może. Skojarzenia z „The Hollow Child” Jeremy'ego Luttera i „Głębią ciemności”, powieścią autorstwa Michaela Laimo oraz jej filmową wersją w reżyserii Colina Theysa, nasunęły mi się dosyć szybko, ale miałam świadomość, że Lee Cronin i Stephen Shields z czasem mogą inaczej ukierunkować tę niezbyt odkrywczą koncepcję. Dostrzegałam tylko jedną alternatywę, którą to zresztą twórcy omawianej produkcji wcale nie ukrywali. Najprawdopodobniej chodziło im o to, by widz przez większość seansu żywił podejrzenia zarówno względem małego Chrisa, jak i jego matki Sarah (dobre kreacje Jamesa Quinna Markeya i Seany Kerslake), co w kinie grozy również żadnym novum nie jest. W każdym razie ową nieufność do obu tych postaci wygenerować postanowili poprzez stosunkowo szybkie wprowadzenie czytelnych sugestii na przemian oskarżających Chrisa i Sarah. Oczywiście, może się okazać, że żadna z tych ścieżek rozpostartych przez twórców nie będzie właściwa, że w finale zobaczymy jakąś inną, dotychczas skrzętnie ukrywaną odpowiedź na pytania, które zadawaliśmy sobie wcześniej. Nie mogę zdradzić czy tak się stanie, ale chyba nikomu nie zaszkodzi stwierdzenie, że wyjaśnienie tego wszystkiego mocno mnie rozczarowało, że wybór właśnie takiego zamknięcia owej historii uważam za największy błąd scenarzystów. Ale znajdą się i takie osoby, które porównywalny zawód przeżyją dużo wcześniej, bo „The Hole in the Ground” absolutnie nie jest horrorem podążającym za aktualnymi trendami. Największym uznaniem cieszą się obecnie te horrory nastrojowe, w których pełno efektów specjalnych i jump scenek, te fabuły, w których nie ma wiele przestojów tj. te, które rozwijają się na tyle szybko, by spragnieni mocniejszych wrażeń odbiorcy nie musieli czekać na zaspokojenie tego apetytu. „The Hole in the Ground” też dostarcza mocniejszych wrażeń, ale nie czyni tego w sposób preferowany przez mainstream. Agresywnych prób straszenia nie znajdziemy tutaj wiele, a i te dosłowniejsze momenty, które się pojawiają o szybsze bicie serca pewnie wielu widzów nie przyprawią. Efekty specjalne jakoś szczególnie szkaradnie się nie prezentują, a te nieliczne jump scenki, które się pojawiają pożądanego skutku nie odnoszą (przynajmniej na mnie nie zadziałały) – jeśli można je tak nazwać, bo szczerze powiedziawszy nie mam pewności, czy twórcy kierowali się w tych miejscach potrzebą uraczenia widza tymi chwytami. Bo tak do końca do owego prymitywnego trendu mi to nie pasowało. Ale to niezbyt istotne, bo jak już wspomniałam efekciarstwo niezbyt pociągało twórców „The Hole in the Ground”. To znaczy, efekciarstwo jako szafowanie wymyślnymi, obliczonymi na wywarcie przerażenia i/lub odrazy dodatkami, bo dosyć silne wrażenie film ten bez wątpienia może wywierać. Na mnie w każdym razie wywarł.

Coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że ogólnie rzecz biorąc, największym mankamentem irlandzkich filmowych horrorów jest to, że jest ich tak mało. Irlandczycy zdążyli mi już udowodnić, że potrafią zbudować odpowiednią oprawę dla filmu grozy, z wykorzystaniem naturalnych krajobrazów, z których zazwyczaj wydobywają oszałamiające piękno i zarazem nieokiełznaną wrogość. Oczywiście uogólniam – nie dotyczy to wszystkich irlandzkich horrorów, które dotychczas obejrzałam, ale było ich dość, by narodziło się we mnie wspomniane przekonanie. „The Hole in the Ground” dopisuję do listy tych irlandzkich horrorów, które budują klimat grozy również w oparciu o naturalną scenerię, które wprost zachwycają przepięknymi widokami, mającymi tendencję do pokrywania się różnymi odcieniami szarości i gęstym mrokiem, w którym ma się wrażenie, że coś się czai. Coś złego, coś dzikiego, jakaś nieujarzmiona siła bądź odrażająca istota, która czeka na dogodny moment, by się ujawnić. Albo dziura w ziemi, zapadlisko mające nadzwyczajne właściwości: w jakiś sposób zamieniające zwyczajne dzieci w potwory. Główna bohaterka „The Hole in the Ground” z czasem właśnie tak zaczyna myśleć – że zapadlisko w głębi lasu, nieopodal którego stoi jej dom, zabrało jej syna. Scenarzyści przez długi czas nie zdradzają, czy kobieta wychodzi z założenia, że ktoś lub coś porwało Chrisa, a jego miejsce zajęła jakaś nadnaturalna istota tylko wyglądająca jak jej syn, czy raczej skłania się ku temu, że chłopiec został przemieniony w potwora. Ale choć nie pada to wprost, z zachowania kobiety łatwo wywnioskować, ku której teorii przede wszystkim się skłania. Głównie, bo Sarah zauważalnie bierze pod uwagę różne możliwości. Przez jakiś czas nie odrzuca całkowicie nawet tego, że postradała zmysły. Lee Cronin i Stephen Shields jasno dają do zrozumienia, że w niedalekiej przeszłości Sarah przeżyła jakiś koszmar, ale jego szczegółów nie przybliżają – a przynajmniej nie wprost, bo jeśli o mnie chodzi, to nie miałam problemów z wyrobieniem sobie zdania na ten temat, w oparciu o aluzje podrzucone przez scenarzystów. Aczkolwiek wcale nie wykluczam tego, że moja wersja pochodzenia blizny na czole Sarah może nie pokrywać się z myślą autorów, że chcieli by widzowie wyjaśnili to sobie w jakiś inny sposób, na który zwyczajnie nie udało mi się wpaść. Niektórzy odbiorcy „The Hole in the Ground” wyrzucają temu obrazowi zbyt dużą enigmatyczność, uciekanie od jasnych odpowiedzi na ważne pytania wypływające ze scenariusza i w sumie to najbardziej zachęciło mnie do obejrzenia omawianego filmu. Moje odczucia okazały się jednak inne – nastawiłam się na tajemnicę, którą trzeba będzie samemu przeniknąć, na fabułę, która daje więcej pytań niż odpowiedzi, w ten sposób pobudzając wyobraźnię widza, a tymczasem dostałam jedną z tych oczywistych opowieści grozy. Nie znaczy to, że historia ta nie miała przede mną żadnych tajemnic, że wszystko od razu było aż nazbyt klarowne, bo śledząc tę niewyszukaną, ale wciągającą mnie bez reszty, dosyć mocno trzymającą w napięciu, mroczną opowieść, aż do ostatnich partii nie byłam niczego absolutnie pewna. Nie mogłam w pełni zaufać żadnemu z głównych uczestników prezentowanych wydarzeń – dziura w ziemi (ewentualnie coś, co kryło się pod ziemią) była tak wyraziście eksponowana przez twórców filmu, że łapałam się na tym, że podmiankę czy metamorfozę/opętanie Chrisa biorę za pewnik, ale szybko się reflektowałam: mówiłam sobie, że może to być pułapka, zmyłka stosowana przez twórców po to, by odciągać uwagę widza od matki chłopca, od głównej bohaterki filmu, która może po prostu osuwać się w otchłań szaleństwa. Upominałam się, że Sarah może mylić się, mówiąc, że istota, która z nią mieszka nie jest jej synem (skojarzeniom z „Inwazją porywaczy ciał” Jacka Finneya i/lub którąś z filmowych wersji tej powieści, wielu widzów pewnie nie będzie mogło się oprzeć), że to straszne podejrzenie może się brać z jakieś choroby psychicznej, która właśnie zaczęła się w niej rozwijać. Jak już wspomniałam odpowiedź na to najważniejsze pytanie mocno mnie rozczarowało, ale pewną pociechą był stan w jaki mnie wprawiono pod koniec filmu – do emocjonalnego napięcia, poczucia alienacji i nieustającej pewności obecności jakiegoś bardziej czy mnie pospolitego zagrożenia generowanych przez twórców wcześniej, dołączyło UWAGA SPOILER poczucie klaustrofobii. Normalnie nie odczuwam lęku przed ciasnymi pomieszczeniami, ale to, co pokazano mi pod koniec „The Hole in the Ground” wywołało u mnie nieprzyjemny zawrót głowy, czułam się tak, jakby coś przysiadło na mojej klatce piersiowej znacznie utrudniając oddychanie KONIEC SPOILERA. Ale nie zaskoczyło mnie to, bo już na początku filmu nabrałam przekonania, że warstwa techniczna (ze ścieżką dźwiękową włącznie) da mi wiele z tego, co w kinie grozy uważam za najcenniejsze, że realizacja nic tylko będzie mnie zachwycać. I tak też było.

Miłośnicy nieefekciarskich horrorów nastrojowych, których fabuły rozwijają się nieśpiesznie, przykładając przy tym dużą wagę do budowania napięcia, które zazwyczaj nie znajduje ujścia w jakichś mocno widowiskowych momentach, przybierających formę prymitywnych jump scenek, moim zdaniem powinni najszybciej jak tylko się da, sięgnąć po debiutancki pełnometrażowy film Lee Cronina. Fabuła może ich nie zachwyci, być może nawet mocno rozczarują ich te wszystkie klisze wykorzystywane przez scenarzystów, łącznie z kierunkiem, jaki ostatecznie obiera ich opowieść, ale nie sądzę, żeby wielu z nich nie potrafiło mimo wszystko wciągnąć się w tę historię. Realizacja będzie w tym pomocna, a i te wszystkie wątpliwości zasiewane przez twórców, pytania na które chce się poznać odpowiedzi powinny w jakimś stopniu wynagrodzić im brak większej oryginalności w warstwie tekstowej. Tym, którym będzie to przeszkadzać, bo całkiem możliwe, że przynajmniej część fanów nastrojowego kina grozy, tak jak ja, nie przekona się jedynie co do końcówki, a i prawdopodobnie znajdą się i tacy, których absolutnie żadne konwencjonalne zagranie scenarzystów nie będzie uwierało. Tak czy tak, polecam absolutnie wszystkim miłośnikom powolniejszych, nieepatujących drogimi efektami specjalnymi, bardzo klimatycznych filmów grozy.

wtorek, 12 lutego 2019

„Śmierć i kremacja” (2010)

Nastoletni Jarod Leary jest outsiderem. Nie ma przyjaciół, a na domiar złego dręczy go grupka jego rówieśników. Od śmierci ojca mieszka tylko z matką, która, ku wielkiemu niezadowoleniu Jaroda, niedawno zaczęła spotykać się z mężczyznami. Kobieta chce, by jej syn znalazł jakąś pracę, do której mógłby chodzić po szkole i w weekendy. Jarod udaje się więc do krematorium należącego do mężczyzny imieniem Stan, który nikogo nie zatrudnia. Nie jest on chętny do dania posady Jarodowi, ale propozycja, którą chłopak mu przedstawia jest na tyle atrakcyjna, że postanawia dać mu szansę. Nastolatek bardzo przykłada się do pracy, ale dla Stana większe znaczenie ma to, że ma wreszcie kogoś, z kim dobrze się rozumie. Chłopak nie wie o tym, że Stan jest seryjnym mordercą, polującym głównie na osoby, które w jakiś sposób mu się naraziły i przechowującym urny z prochami swoich ofiar w krematorium, którego jest właścicielem. A teraz nie zawaha się również zabić każdego, kto uprzykrza życie Jarodowi.

„Śmierć i kremacja” to niezależny amerykański thriller w reżyserii debiutującego w pełnym metrażu Justina Steele'a. Scenariusz napisał on wespół z również niedoświadczonym Alecciem Bracero. Zdjęcia ruszyły latem 2009 roku w Los Angeles i jego okolicach. Kręcono między innymi w kilku domach pogrzebowych i w parku przyczep w Montebello. Pierwszy pokaz filmu odbył się w październiku 2010 roku na Screamfest Film Festival, a w kwietniu 2012 roku trafił na amerykański rynek DVD. Nie dotarł jednak do wielu widzów, tak w Stanach Zjednoczonych, jak i w innych krajach świata (włącznie z tymi, w których gościł na małych ekranach, do których to zaliczyć można Polskę), ale większość tej garstki osób, która film obejrzała, a potem zrecenzowała, wspomina go całkiem dobrze.

„Śmierć i kremacja” to teatr dwóch aktorów: Jeremy'ego Sumptera i Brada Dourifa (tak, tak, Chucky), w całkowicie przekonujący sposób wcielających się w pierwszoplanowe postacie, które stosunkowo szybko połączy przyjaźń. Ten drugi jest właścicielem krematorium, które cienko przędzie (co zresztą w ogóle Stanowi nie przeszkadza) i zarazem seryjnym mordercą, pozbywającym się głównie tych osób, które w jakiś w sposób mu się naraziły. Ich zwłoki Stan poddaje kremacji w swojej firmie, gdzie przechowuje również urny z ich prochami. Akcja „Śmierci i kremacji” toczy się na amerykańskim przedmieściu, które bynajmniej nie jawi się niczym malownicza oaza (z zewnątrz, na pierwszy rzut oka), pełna przemiłych ludzi, którzy na pozór nie mają żadnych trosk. W thrillerach (i horrorach) przedmieścia, małe miasteczka zresztą także, najczęściej odmalowuje się właśnie w takich sposób: z zewnątrz istny raj, a wewnątrz zgnilizna. Ale zdjęcia Akisa Konstantakopoulosa nie pozwalają dopisać „Śmierci i kremacji” do tego rodzaju dreszczowców. Klimat jest tak ponury, że nie ma mowy, o tym jakże dla mnie atrakcyjnym, tworzeniu pozorów pozostawania w zacisznej, ładnej okolicy, w której nagle zaczyna dziać się coś złego, burząc spokój mieszkańców. Obrazy wydają się być z lekka pobrudzone, a na pewno całkiem mroczne – jak na standardy XXI-wiecznych thrillerów to nawet bardzo. I chociaż niektóre zbliżenia według mnie są kompletnie od czapy (na przykład picie wody przez nastolatkę), to w przeważającej mierze ta leniwa praca kamer bardzo przydaje się w budowaniu dramaturgii. Chciałabym, by twórcy hollywoodzkiego współczesnego kina grozy obejrzeli reżyserski debiut Justina Steele'a i wyciągnęli z niego naukę, bo tak zrealizowane dreszczowce to mogę spokojnie oglądać, w przeciwieństwie do tego hollywoodzkiego plastiku. Warstwie technicznej „Śmierci i kremacji” moich zdaniem bliżej do lat 90-tych XX wieku niźli pierwszej dekady wieku XXI, w której to tak naprawdę został nakręcony. Bardziej przypomina ten wcześniejszy okres, ale i bez wątpienia nie jest to podobieństwo całkowite, bo i nie sądzę, by twórcom zależało na wytworzeniu w widzach ułudy obcowania z produkcją stworzoną w minionym wieku. Tak po prostu wyszło. A przynajmniej tak ja to odebrałam, nie jestem bowiem przekonana, że innym atmosfera „Śmierci i kremacji” również nasunie na myśl kino grozy z ostatniej dekady XX wieku. Kolejnym elementem, który kazał mi myśleć o starszych produkcja była fabuła filmu. Twórcy współczesnych thrillerów nader często zanadto kombinują – od czasu do czasu trafia mi się jeszcze jakaś prosta opowieść tego typu, ale niestety najczęściej muszę zmagać się z wymuszonymi pomysłami zmętniającymi daną historię i postacie, które w niej występują. Scenariusz „Śmierci i kremacji” jest natomiast z gruntu prosty, nieprzekombinowany, pospolity można by rzec, gdyby nie niecodzienna przecież relacja dwóch osób, które dzieli niemała różnica wieku, będąca podstawą tej opowieści. To na tym wątku najsilniej skoncentrowali się scenarzyści „Śmierci i kremacji” - na przyjaźni nastolatka i starszego mężczyzny, który skrywa przed światem mroczny sekret. Zarówno Jarod, jak i Stan są samotnikami, outsiderami, którym w sumie przede wszystkim zależy na życiu w spokoju. Nie starają się jakoś dopasować do społeczeństwa, w którym przyszło im żyć, nie zabiegają o sympatię innych, chociaż można domniemywać, że akurat Jarod ma potrzebę bliskości drugiego człowieka. Stan raczej takiego pragnienia nie odczuwa. Ale gdy w jego życie wkracza ten dręczony przez grupkę swoich rówieśników nastolatek, właściciel krematorium odkrywa, że chociaż nie zdawał sobie z twego sprawy, przez długie lata tęsknił za towarzystwem. Nie pierwszej lepszej osoby, tylko kogoś, kto będzie go rozumiał, kto pod pewnymi względami będzie przypominał jego samego.

Brad Dourif ponoć zasugerował Justinowi Steele'owi, by jego postać miała brzydkie rany na twarzy. W scenariuszu wspomniano, że Stan miał bądź ma łuszczycę, a Dourif uznał, że dobrze będzie wyraźnie to podkreślić. Charakteryzacja tej postaci, tak jak i substancja służąca za krew, wypadają bardzo realistycznie – poza widokiem zmiażdżonej czaszki (w sumie nieobfitującym w szczegóły) nie ma jednak w „Śmierci i kremacji” ujęć odrażających śmiertelnych obrażeń, które Stan zadaje wybranym osobom. Jego ulubionym narzędziem zbrodni wydaje się być kij baseballowy, ale nie ogranicza się do tego przedmiotu, w swojej zbrodniczej działalności wykorzystuje też inne narzędzia (na przykład młot), a i samochód czasami bardzo mu się przydaje. Trup nie ściele się w „Śmierci i kremacji” często – celem twórców zauważalnie nie było epatowanie makabrą, zrobienie z tego zwykłej rąbanki, filmu o maniaku, który nic tylko zabija każdego, kto się napatoczy. Stan wydaje się być typem mordercy, który swoje ofiary wybiera bardzo starannie, typem sprawcy zorganizowanego, dokładnie planującego swoje zbrodnie, których to dopuszcza się w konkretnym celu. Nie pada to wprost, ale miałam wrażenie, że Stanem kieruje potrzeba oczyszczenia okolicy, w której żyje z jednostek, które w jakiś sposób szkodzą innym (pojedynczym osobom bądź całej wspólnocie). Do tego wniosku doprowadziła mnie jedna z rozmów pomiędzy Stanem i jego jedynym przyjacielem, nastoletnim Jarodem Learym. Chłopak chwali wówczas działalność poszukiwanego przez policję seryjnego mordercy, uwalniającego innych spod jarzma zdemoralizowanych jednostek, a Stan ochoczo mu przytakuje – widać po nim, że Jarod rozpracował jego motywacje. Czy chłopak już wtedy wiedział, że jego pracodawca i zarazem przyjaciel odpowiada za zniknięcia, które wstrząsnęły tą niewielką społecznością? Tego nie mogę zdradzić, ale pewnie nikt nie będzie miał trudności z domyśleniem się, jaką ścieżką będzie podążać ta opowieść już w początkowych scenach filmu. To znaczy, myślę, że nie ostanie się ani jeden widz, który nie przewidzi jak rozwinie się ta sytuacja, do jakiego punktu Jaroda doprowadzi przyjaźń z tym dużo starszym od siebie mężczyzną. Trudniej natomiast rozszyfrować, jak zadziała ona na Stana, trzeba bowiem brać pod uwagę zarówno to, że grono jego ofiar będzie ciągle się rozrastać (tj. od teraz będzie też zabijał osoby, które naraziły się jego przyjacielowi, a nie jak wcześniej tylko jemu), na co wskazuje reakcja Stana na opowieść Jaroda o jego przejściach w liceum, ale i to, że odnalezienie bratniej duszy będzie miało dla niego zbawienny skutek, że przyjaźń z innym outsiderem da właścicielowi krematorium spełnienie, które dotychczas dawało mu tylko zabijanie, traktowane przez niego jak coś w rodzaju misji ratowania świata (albo raczej przedmieścia, na którym mieszka i pracuje). Prawie przez cały czas niejako zmusza się widza do brania pod uwagę obu tych ewentualności, nie można oprzeć się jednak wrażeniu, że jedna z nich jest faworyzowana przez twórców, że w jedną z tych stron coraz bardziej się przechylają. Czy ma to na celu zmylić odbiorcę, czy w ten oto sposób od pewnego momentu starają się odciągnąć jego uwagę od tej drugiej możliwości, sprawić, by odrzucił tę teorię, która pod koniec filmu okaże się tą właściwą? To musicie sprawdzić sami – ostrzegam jednak, że możecie srodze rozczarować się tym konkretnym procesem twórczym, że jakby na to nie patrzeć Justin Steele i jego ekipa nie przykładają większej wagi do zagęszczania niepewności, nie zasiewają w widzach dręczących wątpliwości, a i przez cały czas może się wydawać, że ta historia nie dąży do jakiegoś mniejszego, czy większego zwrotu akcji. Ani do czegoś zaskakującego, ani chociażby jakiegoś mocniejszego, zapadającego w pamięć uderzenia. Niemniej w napięciu „Śmierć i kremacja” przez cały czas mnie trzymała – frapującej zagadki, owszem, nie dostałam, ale przez cały czas towarzyszyło mi poczucie nieuchronności tragedii, wrażenie staczania się jednostki w otchłań, z której nie będzie odwrotu, w otchłań, która w jej mniemaniu jest lepszą alternatywą dla egzystencji, którą to dotychczas ta osoba wiodła. To nie znaczy jednak, że nie miałam apetytu na jakieś bardziej charakterystyczne zamknięcie, na coś generującego silniejsze emocje od tych, które serwowano mi do tego momentu. Tak, ten apetyt niestety zaspokojony nie został, ale inne owszem. Dlatego nie umiem gniewać się na twórców omawianego filmu za tę, notabene dość poważną, niedogodność.

„Śmierć i kremacja” to niestety mało znany kameralny thriller w reżyserii Justina Steele'a, który tym oto przedsięwzięciem rozpoczął swoją przygodę z pełnym metrażem. „Niestety”, bo jak na standardy XXI-wiecznych dreszczowców (horrorów zresztą również) jest to film całkiem mroczny, dostarczający sporo napięcia, a i pokazujący coś, co dla mnie zawsze było oczywiste, a mianowicie to, że nie trzeba mocno rozbudowanych, pokomplikowanych, naszpikowanych zaskakującymi zwrotami akcji, fabuł, by zyskać zainteresowanie widzów. Bo większość opiniujących ten obraz widzów ta opowieść faktycznie zdołała wciągnąć, pomimo tego, że scenariusz nie oferuje praktycznie niczego, co mocno wyróżniałoby się na tle całego gatunku. Realizacja za to, ze ścieżką dźwiękową włącznie, ma szansę pozytywnie zaskoczyć miłośników tak filmowych thrillerów, jak i horrorów. Bo takiego klimatu moim zdaniem nie powstydziłby się nawet horror, chociaż oczywiście do tego gatunku „Śmierć i kremacja” nie przynależy.

niedziela, 10 lutego 2019

Zapowiedź: Dominika Tarczoń „Pieśń o Warszawie”


Daj się porwać Pieśni
W Pieśni o Warszawie nie znajdziesz samotnych mścicieli czy niezniszczalnych bohaterów. Poczujesz za to bijące od płonącego miasta gorąco. Klaustrofobię korytarzy, w których warszawiacy chronią się przed upałem. Stres, kiedy każdy kolejny dzień zmienia się w prawdziwą walkę o przetrwanie.

Kiedy zginie roślinność, ludzkość umrze razem z nią
Rośliny umierają, a na świecie panuje głód. Po serii wojen o resztki surowców ludzkość przegrała z kataklizmem. Nastąpił Koniec – globalny głód i wymieranie o apokaliptycznych wręcz rozmiarach. Warszawa nigdy nie miała łatwej historii, jednak to jej mieszkańcy zawsze stanowili o sile stolicy. I to właśnie oni są jednymi z ostatnich żyjących ocaleńców. Wśród mieszkańców jest Oskar – wyrzutek, próbujący znaleźć swoje miejsce w umierającym świecie.

Trawiona pożarami Warszawa, walka o przetrwanie i dramat jednostki
Oskar żyje na granicy społeczeństwa po tym, jak oskarżono go o tajemnicze morderstwo. Warszawiacy już wydali na niego wyrok, zwłaszcza że znał ofiarę. Chłopak żyje w nieustającym strachu i poczuciu winy. Co naprawdę stało się tamtego tragicznego dnia? Niespodziewanie, Oskar otrzymuje zadanie, od którego zależy jego los – bezlitosny wyrok lub całkowita amnestia.

Data premiery: 20.02.2019


Dominika „Nerd Kobieta” Tarczoń 
Z postapokalipsą związana jest od 2012 r. Od 2013 r. współtworzy Post – Apokalipsa Polska, największy w Europie serwis poświęcony postapokalipsie, gdzie szefuje Działowi Literatura. Jako blogerka wypromowała już niemal setkę książek, imprez i twórców w estetyce postapo. Literacko interesuje ją fantastyka – od dark fantasy po solar punk. Jednak to postapokalipsa jest gatunkiem, który darzy największym uczuciem. Debiutowała w dwumiesięczniku Fantom opowiadaniem "Filtr". Zawodowo zajmuje się tworzeniem treści i marketingiem. Prywatnie włóczykij, pasjonatka urbexu i freestyle iceskatingu. Sercem związana z warszawską Pragą Północ.

Źródło: wszystkie materiały od autorki książki  

sobota, 9 lutego 2019

Josh Malerman „Nie otwieraj oczu”

Niespełna pięć lat temu na świecie pojawiło się coś, co w niedługim czasie zdziesiątkowało ludzkość. Prawie każdy, kto na to spojrzał odbierał sobie życie, przedtem często krzywdząc innych, a większość z tych osób, którym udało się przeżyć musiała przywyknąć do życia w zamknięciu. Wyjścia z domu najlepiej było ograniczyć do absolutnego minimum i zawsze pamiętać o zasłonięciu oczu. Gdy świat obiegały doniesienia o pierwszych przypadkach tajemniczych samobójstw i aktów nieuzasadnionej agresji, Malorie oswajała się z myślą, że jest w ciąży z mężczyzną, z którym nie wiązała swojej przyszłości. Potem, gdy sytuacja znacznie się pogorszyła, młoda kobieta postanowiła opuścić swój dom i dotrzeć do stojącej w tym samym mieście nieruchomości, w której jakoby znajdowali się ludzie oferujący innym schronienie. I faktycznie, Malorie znalazła tam grupę osób, którzy przyjęli ją do swojego grona. Teraz, niespełna pięć lat później, kobieta przywołuje w pamięci swoją niedawną przeszłość, jednocześnie starając się dotrzeć do innej bezpiecznej przystani. Towarzyszy jej dwójka czteroletnich dzieci, które Malorie przez wszystkie te lata uczyła żyć w tej, dla niej nowej, ekstremalnie niebezpiecznej rzeczywistości. Środkiem ich transportu jest łódź, a podróż znacznie utrudnia to, że wszyscy pasażerowie mają zawiązane oczy.

Pierwotnie wydany w 2014 roku horror „Nie otwieraj oczu” to powieściowy debiut Amerykanina, fana literackiego i filmowego horroru, Josha Malermana, który pisze nie tylko powieści, opowiadania i nowele, ale również scenariusze (jak na razie tylko shortów) i teksty piosenek dla zespołu The High Strung, którego jest członkiem. W jednym z wywiadów Malerman wyznał, że wstępny szkic „Nie otwieraj oczu” stworzył przed ukazaniem się „Zdarzenia” M. Nighta Shyamalana i „Drogi” (nie precyzuje, czy chodzi o książkę Cormaca McCarthy'ego, czy jej filmową wersję w reżyserii Johna Hillcoata), a gdy zapoznał się z tymi dziełami załamał się psychicznie, ponieważ sądził, że podobieństwa jego książki do tych dzieł sprawią, że nikt nie zechce jej wydać. Tak się nie stało. Powieść najpierw, w marcu 2014 roku, została opublikowana w Wielkiej Brytanii, a niespełna dwa miesiące później pojawiła się na amerykańskim rynku. A w 2018 roku ukazała się jej filmowa wersja w reżyserii Susanne Bier.

Josh Malerman jest fanem literackiego i filmowego horroru, i wyraz tej miłości daje w swojej debiutanckiej powieści. „Nie otwieraj oczu” to w mniejszości horror apokaliptyczny, a w większości postapokaliptyczny, fabuła którego wyrasta z bardzo interesującego pomysłu (przez wielu kojarzonego z „Cichym miejscem” Johna Krasinskiego – tyle że tam lepiej było nie mówić, a tutaj lepiej nie patrzeć), wykorzystując przy tym motyw bardzo dobrze znany miłośnikom opowieści grozy o różnego rodzaju kataklizmach dziesiątkujących ludzkość. W tym samym wywiadzie, o którym pisałam wcześniej Malerman wspomina „Mgłę” Stephena Kinga – nie przeczy, że „Nie otwieraj oczu” (oryginalny tytuł: „Bird Box”) ma w sobie coś z prozy H.P. Lovecrafta, ale przyznaje, że wstępem do jego koncepcji było wzmiankowane opowiadanie Kinga, nie zaś twórczość Samotnika z Providence. Nie neguje jednak tego, że później inspirował się Lovecraftem. To, co zapożyczył od tego legendarnego pisarza, Malerman nazywa „Lovecraftowskim nakładaniem się wymiarów”. Chodzi o sytuację, w której ludzie widzą coś, czego ich umysły nie są w stanie pojąć, coś tak dalece osobliwego, że działającego niszcząco na psychikę. Rzecz jasna jedynie tych ludzi, którzy nie są chorzy psychicznie. A zwierzęta? Czy je widok tego czegoś także doprowadza do szaleństwa: zamienia w agresywne stworzenia, które po chwili targają się na własne życie? O tym w książce również będzie mowa, ale trochę później. Akcja książki rozgrywa się w trzech przestrzeniach czasowych. W umownej teraźniejszości główna bohaterka Malorie, wraz z dwójką bezimiennych dzieci (chyba że za imiona uznamy zwroty „Chłopiec” i „Dziewczynka”), przeprawia się łodzią przez rzekę w nadziei na rychłe dotarcie do bezpiecznej przystani. Ich podróż utrudnia konieczność utrzymywania na oczach opasek – nie mogą polegać na zmyśle wzroku, bo świat opanowały jakieś istoty, czy jakieś siły, na które nie wolno patrzeć, jeśli chce się przeżyć. Podczas tej ekstremalnie trudnej przeprawy Malorie polega przede wszystkim na słuchu czterolatków, którymi się opiekuje. Dzięki jej staraniom zmysł ten u dzieci jest dużo bardziej rozwinięty niż u przeciętnego człowieka, niż u niej samej: kobiety urodzonej i wychowanej w nieporównanie lepszym świecie. Ta umowna teraźniejszość przeplata się z retrospekcjami z życia Malorie. Najwięcej miejsca w książce zajmuje czas jaki spędziła w pewnym domu, wśród początkowo kompletnie obcych dla niej ludzi, których z czasem zaczęła traktować niemal jak rodzinę. I nic w tym dziwnego, skoro przez dosyć długi czas żyli pod jednym dachem, wspierając się nawzajem, dzieląc między sobą obowiązki, wśród nich i takie, które miały zwiększyć szansę przetrwania w tej nowej, śmiertelnie niebezpiecznej rzeczywistości. Po apokalipsie spowodowanej czymś, na co pod żadnym pozorem nie wolno patrzeć. Malerman co jakiś czas (dużo rzadziej) wskakuje w okres z życia Malorie przypadający pomiędzy wspomnianymi już przestrzeniami czasowymi – mowa o czasie, w którym Malorie wychowywała Chłopca i Dziewczynkę. W ten sposób dostajemy dosyć szczegółowy obraz bohaterki, która przez te wszystkie lata (to znaczy prawie pięć) nieustannie walczyła o przetrwanie, ale i w której przez ten czas zaszły spore zmiany. W tej odleglejszej retrospekcji kobieta dopiero uczy się życia w postapokaliptycznej rzeczywistości, w dużej mierze polegając na innych, zwłaszcza na pomysłowym Tomie, nieformalnym przywódcy grupy, do której Malorie przystąpiła po śmierci swojej siostry i zarazem współlokatorki. Muszę przyznać, że bardziej podobał mi się portret filmowej Malorie, w powieści bowiem najczęściej „widziałam” osobę, która znajduje się o pół kroku przed postawieniem ołtarzyka jednemu z mężczyzn, z którym mieszka pod jednym dachem (Tomowi). Kobietę zapatrzoną w niego, jak w obrazek, wręcz od niego uzależnioną, polegającą bardziej na nim niż na samej sobie. Nie jest to klasyczna miłość kobiety do mężczyzny, tylko platoniczne przywiązanie do osoby, którą to Malorie uważa za swoisty gwarant bezpieczeństwa. Wolę silne, niezależne bohaterki literackie (i filmowe). Malorie staje się taka później – tylko że u niej zostaje to posunięte do takiego ekstremum, że i tutaj nie potrafiłam całkowicie się do niej przekonać. Zmiana, jaka zajdzie w Malorie przez te niecałe pięć lat jest całkowicie zrozumiała, w pełni uzasadniona. Surowe obchodzenie się z dziećmi, nie tyle wychowanie, ile szkolenie, jakiemu Malorie poddawała je od czasu, gdy nauczyły się chodzić, nieokazywanie im takiej czułości, jakiej każde dziecko ma prawo oczekiwać od matki – to może przynajmniej z lekka odrzucać czytelnika od tej bohaterki, ale całkowicie potępić jej nie sposób, bo ma się świadomość, że takie wychowanie zwiększa szansę przeżycia Chłopca i Dziewczynki w tej nieprzyjaznej rzeczywistości kreowanej przez Josha Malermana. Co nie znaczy, że z łatwością można główną bohaterkę jego książki polubić, że nie emanuje z niej taki chłód, który może uniemożliwić nawiązanie silniejszej więzi z tą postacią. Ja w każdym razie nie zdołałam się do niej przywiązać tak bardzo, jakbym tego chciała. Z pozostałymi bohaterami (poza psami) w sumie też jakoś mocno się nie zżyłam, ale akurat tutaj spisano się lepiej niż w filmie. Portrety psychologiczne towarzyszy Malorie są bardziej wyczerpujące i zróżnicowane niż w przypadku adaptacji. Bo według mnie film Susanne Bier jest adaptacją, nie ekranizacją – ogólna koncepcja została zachowana, ale sporo wątków w filmie opuszczono, a i dodano trochę takich, których z kolei w powieści nie znajdziemy.

„Istotą, której się boimy, jest człowiek.”

W „Nie otwieraj oczu” Josha Malermana widać, że artysta ten ma predyspozycje do pisania scenariuszy. I faktycznie tym też się zajmuje, ale jak na razie nie poświęca temu tyle uwagi, ile literaturze. A szkoda, bo wydaje mi się (choć mogę się mylić), że jego talent bardziej rozkwitłby w branży filmowej niż literackiej. Nie dziwi mnie to, że zdecydowano się przenieść na ekran debiutancką powieść Malermana, bo odbierałam ją niczym gotowy scenariusz. Podobnie czytało mi się na przykład dwie powieści Iry Levina, „Dziecko Rosemary” i „Żony ze Stepford” (co nie znaczy, że autor omawianej książki w każdym calu dorównuje temu nieżyjącemu już pisarzowi), co jakąś ogromną przeszkodą dla mnie nie było, ale nie mogę powiedzieć, że ten prosty styl w moich oczach przysłużył się tej opowieści. Tak jak w opowiadaniu, które do pewnego stopnia inspirowało Josha Malermana („Mgła” Stephena Kinga), w „Nie otwieraj oczu” równie ważne albo nawet ważniejsze od tego, co dzieje się na zewnątrz, co wzięło we władanie planetę Ziemia, jest to co dzieje się wewnątrz. Nie tylko wewnątrz pewnego domu usytuowanego w do niedawana spokojnej amerykańskiej dzielnicy, ale także w umysłach grupy niedobitków, która toczy ciągłą walkę o przetrwanie w postapokaliptycznym świecie. Warstwa psychologiczna pełni więc tutaj bardzo ważną rolę, a skoro tak, to chciałoby się (a przynajmniej ja bym chciała), móc głębiej wnikać w psychikę postaci, którym w tych retrospekcjach towarzyszymy (w umownej teraźniejszości ta potrzeba nie była we mnie aż tak silna). A żebym mogła tego dokonać, musiałabym dostać nie tyle bardziej wyczerpujące opisy myśli i przeżyć protagonistów, chociaż i tym bym nie pogardziła, ile mniej suchych kawałków, mniej tego a la dziennikarskiego stylu. Nie chcę przez to powiedzieć, że „Nie otwieraj oczu” to horror wyjałowiony z emocji, że to powieść, w której nie znać pasji, rozszalałego napięcia, dręczącej niepewności, alienacji, przyczajonego zagrożenia i upiorności uosabianej przez coś, co jak wszystko na to wskazuje jest tak odmienne od tego, do czego przywykły nasze umysły, że jedno spojrzenie na to coś wystarczy, by postradać zmysły i odebrać sobie życie (w wielu przypadkach wcześniej też innym). Książka, owszem, dostarczyła mi wszystkich tych emocji, absolutnie nie przyjmowałam jej całkowicie beznamiętnie, ale jestem przekonana, że te wszystkie pierwiastki można było zintensyfikować, że przeżywałabym to nieporównanie silniej, gdyby warsztat autora był bardziej rozbudowany – gdyby operował dłuższymi, treściwszymi i barwniejszymi zdaniami, zwłaszcza podczas budowania płaszczyzny psychologicznej. Jeśli zaś chodzi o same wydarzenia składające się na niespełna pięcioletni ciąg, który doprowadził Malorie na łódkę, którą musi sterować z zawiązanymi oczami, mając w dodatku pod opieką dwójkę czterolatków, to w książce jest ich więcej niż w filmie (co było do przewidzenia). W literackim pierwowzorze nie znalazłam wszystkich tych wątków, które widziałam na ekranie (z tego wszystkiego żałowałam jedynie tego, że ten najbardziej wstrząsający moment na łódce – kto oglądał pewnie wie, o którym mowa – nie wyszedł od Malermana), ale dostałam wiele innych, z których to większość, pomimo tego uproszczonego stylu, trzymało mnie w napięciu silniej niż to miało miejsce podczas seansu adaptacji w reżyserii Susanne Bier. Myślę jednak, że twórcy filmu dobrze zrobili rezygnując z udziału psów, bo chociaż do tych stworzeń podczas lektury „Nie otwieraj oczu” przywiązałam się najbardziej, to jak to często w horrorach bywa, ostatecznie pożałowałam tego, że przewidziano dla nich miejsce w tej historii. Na koniec muszę dodać coś, co pewnie najbardziej ciekawi tych, którzy mają już za sobą seans adaptacji, a dopiero zamierzają sięgnąć po literacki pierwowzór. A więc tak, Josh Malerman, poniekąd wyjaśnia czym jest to coś (przypuszczenia stworzone na podstawie różnych obserwacji i doniesień prasowych oraz słowa człowieka o wątpliwej wiarygodności) oraz daje odpowiedź na pytanie, czy to coś wchodzi do domów. Wyjaśnia też znaczenie oryginalnego tytułu książki i filmu, „Bird Box”, oraz mówi jak to jest ze zwierzętami w tym jego postapokaliptycznym świecie.

Myślę, że warto znać „Nie otwieraj oczu” Josha Malermana, zwłaszcza jeśli jest się sympatykiem apokaliptycznych i postapokaliptycznych horrorów opartych na jakichś bardziej kreatywnych koncepcjach. Ci, co mają już za sobą seans filmowej wersji „Nie otwieraj oczu” według mnie obawiać się powtórki z rozrywki nie powinni, bo wątków, których nie znajdziemy w filmie jest tutaj całkiem sporo, a i niektórych wydarzeń przedstawionych w ekranowej wersji, na kartach debiutanckiej powieści Johna Malermana nie ma. Co nieco w filmie zmodyfikowano, dosyć sporo opuszczono i trochę dodano, dzięki czemu moim zdaniem można sprawdzić to i to, nie narażając się na nudę spowodowaną znajomością tej historii z tego drugiego dziełka (książki lub filmu). No i warto tę powieść znać, bo to w sumie całkiem niezły debiut jest (moim zdaniem), w miarę solidny horror, który potrafi trzymać w napięciu. Ale myślę też, że potencjał do końca wykorzystany przez autora nie został, a bo nie operuje on na tyle rozbudowanym stylem (możliwe, że jego warsztat jeszcze się rozwinie), żebym nie miała wrażenia niedosytu, żebym czuła się w pełni zaspokojona. Ale i tak cieszę się, że to przeczytałam i nie mam wątpliwości, że wielu fanów gatunku też wyboru też książki nie pożałuje.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

czwartek, 7 lutego 2019

Eva Garcia Saenz de Urturi „Cisza białego miasta”

Recenzja przedpremierowa

Przed dwudziestoma laty w Vitorii grasował seryjny morderca, którym okazał się być lokalny bohater: archeolog, autor książek historycznych i powieści kryminalnych oraz gospodarz programu telewizyjnego, Tasio Ortiz de Zarate. Dowody jego winy pozyskał jego brat bliźniak, policjant Ignacio. Tasio wszystkie te lata spędził w więzieniu, ale już za parę dni ma wyjść na przepustkę. I właśnie teraz ten sam morderca bądź jego naśladowca uderza ponownie. Inspektor Unai López de Ayala zostaje wezwany do Starej Katedry, w której porzucono zwłoki dwudziestoletnich kobiety i mężczyzny, ułożonych w dokładnie takiej samej pozycji, w jakiej ciała swoich ofiar układał seryjny morderca popełniający swoje zbrodnie dwadzieścia lat wcześniej. Unai prowadzi tę sprawę wraz ze swoją partnerką, inspektor Estibaliz Ruiz de Gauna, nie mając wątpliwości, że ofiar będzie więcej. Unai bierze pod uwagę to, że Tasio może sterować mordercą zza krat, ale nie może też zupełnie ignorować tego, że człowiek ów mógł zostać niesłusznie skazany na długoletnie więzienie. Pracę Unaia i Estibaliz nadzoruje nowa podkomisarz, Alba Diaz de Salvatierra, z którą tego pierwszego połączą skomplikowane relacje.

Eva Garcia Saenz de Urturi to hiszpańska powieściopisarka, która odnosi niemałe sukcesy także poza granicami swojego kraju. Urodzona w Vitorii, obecnie mieszkająca w Alicante, Saenz de Urturi przez dziesięć lat realizowała się w branży optycznej. Potem pracowała na Uniwersytecie w Alicante, swoją pierwszą książkę pisząc głównie wieczorami. Zajęło jej to mniej więcej trzy lata – powieść ukazała się w 2012 roku pt. „La saga de los langevos”. „Cisza białego miasta” to pierwsza książka Evy Garcii Saenz de Urturi przetłumaczona na język polski. Pierwsza część trylogii, która została bardzo dobrze przyjęta nie tylko przez hiszpańskich czytelników. Prawa do sfilmowania odsłony pierwszej zostały sprzedane firmie Atresmedia Cine. Wyreżyserowany przez Daniela Calparsoro film w Hiszpanii najprawdopodobniej ukaże się już w sierpniu 2019 roku. My natomiast trzymajmy kciuki przede wszystkim za to, żeby w Polsce już niedługo ukazały się pozostałe książki wchodzące w skład tej trylogii.

Od jakiegoś czasu mam przyjemne wrażenie, że literackie thrillery o seryjnych mordercach przeżywają swoją drugą młodość. W przeciwieństwie do filmów, nie mam większych problemów ze znajdowaniem naprawdę dobrych współczesnych powieści tego rodzaju. Na tyle często, żebym nie miała poczucia niedosytu, ale oczywiście nie obraziłabym się, gdyby polscy wydawcy jeszcze bardziej rozszerzyli tę ofertę. Bo że na świecie wychodzi mnóstwo obiecujących powieści o seryjnych mordercach, to wiem od dosyć dawna, problem jednak w tym, że nie każda taka powieść ukazuje się w Polsce. Ale póki co potrafię cieszyć się tym, co mam. A „Cisza białego miasta” Evy Garcii Saenz de Urturi jest jednym z powodów mojego zadowolenia. Chociaż nie. Myślę, że bardziej adekwatne będzie tutaj słowo „szczęście”. Dokładnie tak – mam ochotę skakać z radości na samą myśl o tym, że książka ta trafiła na moją półkę. Bo dzięki temu będę mogła wracać do niej, kiedy tylko zechcę. A podejrzewam, że jeszcze nie raz, nie dwa, ogarnie mnie taka potrzeba. Eva Garcia Saenz de Urturi obdarowała mnie thrillerem, w którym zatraciłam się już w trakcie pierwszego rozdziału. Przez celowo enigmatyczny prolog w sumie przebiegłam jedynie wzrokiem (wróciłam do niego później, po dokładnym zorientowaniu się w tej opowieści) – wtedy jeszcze nawet nie podejrzewałam, że aż tak dalece wsiąknę w tę opowieść. Takiej pewności nabrałam parę stronic później. Już sam styl tej hiszpańskiej powieściopisarki zmusił mnie do wejścia w tę opowieść.(oczywiście, swoją zasługę ma w tym również tłumaczka, Joanna Ostrowska), do wiernego trwania u boku przesympatycznego inspektora Unaia Lópeza de Ayali, o którym dowiedziałam się wszystkiego, co wiedzieć chciałam. Chcę przez to powiedzieć, że w mojej ocenie jest to bohater kompletny – nie jakaś tam papierowa postać, tylko człowiek z krwi i kości, mężczyzna po przejściach, którego nie traktowałam jak fikcyjnego pierwszoplanowego bohatera książki. Patrzyłam na niego jak na przyjaciela, nie tylko dlatego, że to najczęściej on „oprowadzał mnie” po bajecznej i zarazem mrocznej Vitorii. Bo przysięgam, że czytając „Ciszę białego miasta” czułam się tak, jakbym dosłownie przeniosła się w ten rejon Hiszpanii – Eva Garcia Saenz de Urturi tak idealnie zaprezentowała mi miasto, z którego sama pochodzi i jego okolice, że nie wiem, jak bardzo musiałabym się starać, by całkowicie nie zatracić poczucia rzeczywistości. Zresztą po co miałabym to robić? Wspaniale jest przecież wejść całym/całą sobą w powieściową historię (w filmową zresztą też). To bezcenne doświadczenie, przeżycie, które chciałoby się, by trwało jak najdłużej, którego ze wszech miar nie chce się kończyć, nie ma się najmniejszej ochoty kiedykolwiek dojść do ostatniej stronicy książki. „Cisza białego miasta” liczy sobie grubo ponad pięćset stron, a więc obiektywnie rzecz biorąc, nie tak znowu mało, ale subiektywnie to zdecydowanie niewiele. Sądzę, że gdyby objętość tej książki była trzy razy większa, to dla mnie i tak okazałaby się za krótka. Tak dobrze mi się to czytało i tak bardzo nie chciałam opuszczać mojego przyjaciela Unaia Lópeza de Ayali i rodzinnych stron autorki „Ciszy białego miasta”. I jestem przekona, że większość z tych osób, które dadzą szansę tej pozycji będzie miało taki sam problem – nie będą chcieli rozstawać się z tą powieścią tak bardzo, że gdy ta chwila w końcu nadejdzie (bo przecież w końcu nadejść musi) ogarnie ich przemożny smutek, a wręcz złość na autorkę za to, że „Cisza białego miasta” zajmuje zaledwie grubo ponad pięćset stronic... I na polskich wydawców za to, że od razu nie wpuścili na nasz rynek całej tej trylogii. Ja w każdym razie na pewno wiele bym dała za możliwość rozpoczęcia lektury części drugiej zaraz po zakończeniu omawianej powieści.

Wielbiciele thrillerów o seryjnych mordercach ogólnego zarysu fabuły prawdopodobnie nie uznają za szczególnie oryginalny. Ot, mamy serię zabójstw, która wedle wszelkiego prawdopodobieństwa łączy się z morderstwami popełnionymi w tym rejonie Hiszpanii dwadzieścia lat wcześniej, ze zbrodniami, za które skazano na długoletnie więzienie lokalną gwiazdę, wywodzącego się z bogatej rodziny, Tasia Ortiza de Zarate. Smaczku tej sprawie dodaje fakt, że dowody jego winy ujawnił jego brat bliźniak, policjant Ignacio. Braci od zawsze łączyła silna wieź, zawsze bardzo się kochali, wręcz byli uzależnieni od siebie nawzajem, można więc spokojnie założyć, że Ignacio przed dwudziestoma laty podjął najtrudniejszą decyzję swojego życia, że skazał się na niewyobrażalne cierpienie, wierząc, że to jedyna słuszna droga. Wówczas nie było na całym świecie człowieka, który myślałby, że Ignacio popełnił błąd. Możliwe, że on sam również nie miał wątpliwości co do winy swojego brata – tak jak inni przez dwie następne dekady trwał w przekonaniu, że jego bliźniak jest największym zbrodniarzem, jakiego wydała vitoriańska ziemia. Chyba. Bo dwadzieścia lat później przestaje to już być tak oczywiste. Już widok pierwszych dwóch ciał nie pozostawia wątpliwości, że morderstwa te wiążą się z tymi, które przed dwudziestoma laty przypisano Tasiowi Ortizowi de Zarate. Eva Garcia Saenz de Urturi tym jednym posunięciem dokonanym już w pierwszym rozdziale książki mocno komplikuje sprawę. Już wtedy nasuwa się nam kilka równie prawdopodobnych możliwości. Tak naprawdę zanim jeszcze któryś z bohaterów przedstawi je na głos. Pierwsze co mnie nasunęło się na myśl to to, że Tasio jest po prostu niewinny, że dwie dekady spędził za kratkami za coś, czego nie zrobił, a prawdziwy morderca przez cały ten czas pozostawał w uśpieniu, tzn. aż tyle trwał okres wyciszenia pomiędzy morderstwami. Zaraz potem jednak, uznałam, że teoria, w stronę której główny bohater książki wydawał się wtedy skłaniać, jest nie mniej prawdopodobna – że jest bardzo możliwe też to, iż wciąż siedzący w wiezieniu Tasio steruje niebezpiecznym człowiekiem przebywającym na wolności, że wyszkolił sobie następcę, że „wyhodował na swojej piersi” bestię, która kontynuuje jego życiowe dzieło. Kiedy okazało się, że Tasio ma kogoś, kto przekazuje internautom jego słowa, kto prowadzi jego profil na pewnym portalu społecznościowym, teoria jeszcze zyskała na prawdopodobieństwie. W tym miejscu muszę wspomnieć o motywie, który może być celowym nawiązaniem do „Czerwonego smoka” i/lub „Milczenia owiec” Thomasa Harrisa (bądź do filmowych wersji tych literackich dzieł) – współpraca inspektora Unaia Lópeza de Ayali z człowiekiem, który od dwudziestu lat przebywa w zamknięciu silnie skojarzyła mi się z kontaktami Clarice Starling i Willa Grahama z ponadczasowym fikcyjnym seryjnym mordercą, Hannibalem Lecterem. Oczywiście, nie była to relacja, aż tak pasjonująca, Tasio nie pogrywa sobie z Unaiem w tak diabolicznie mistrzowskim stylu, ale „słuchając go” ma się wrażenie, jakby faktycznie prowadził jakąś niepokojącą grę, której zasady zna tylko on sam. A przynajmniej na razie. Ale wracając do ścieżek, które to Saenz de Urturi już na początku „Ciszy białego miasta” przed nami rozpościera, choć niekoniecznie wprost,. Myślę, że już z tego, co dotychczas na temat fabuły rzeczonej książki zdradziłam, można wywnioskować na kim, już wkrótce przede wszystkim, i ja i prowadzący tę fikcyjną sprawę śledczy, skoncentrowaliśmy podejrzenia. Nie zdradzę czy słusznie, ale myślę, że nikomu nie zaszkodzi informacja, iż summa summarum udało mi się co nieco przewidzieć, że chociaż nie od razu, ale jednak, zdołałam znaleźć mordercę w tym gąszczu doskonale scharakteryzowanych bohaterów (nawet postacie epizodyczne w moich oczach papierowe nie były). Skłamałabym jednak, gdybym napisała, że przewidziałam każdą rewelację, jaką Saenz de Urturi wrzuciła w tę swoją jakże klimatyczną opowieść (jedna z tych bardziej przewidywalnych mogła zostać zainspirowana pewnym znanym serial killer movie). Tę niezwykłą atmosferę tworzą głównie opisy malowniczej Vitorii. Dojrzały, barwny styl autorki sprawia, że ma się wrażenie, jakby wszystkie te cuda architektoniczne, naturalne krajobrazy i raz bardzo mroczne, a innymi razy kolorowe (zwłaszcza podczas hucznych imprez na trwałe wpisanych w baskijską kulturę) uliczki tego regionu Hiszpanii rozpościerały się dookoła nas, jakby ta wręcz magicznie przedstawiona przez autorkę „Ciszy białego miasta” Vitoria była dla czytelnika dosłownie na wyciągnięcie ręki. Można wręcz poczuć smak tego miejsca, oddychać jego czasami gorącym, czasami mroźnym powietrzem. Bo chociaż wątek przewodni rozgrywa się w środku lata, to i vitoriańską zimę będziemy mogli obejrzeć, za sprawą retrospekcji, które wciągały mnie z taką samą siłą, jak śledztwo prowadzone wiele lat później przez sympatycznego policjanta, który sporo już w życiu przeżył i na tym bynajmniej jego cierpienia się nie kończą. Więcej nie powiem. Jeśli chcecie dowiedzieć się o nim czegoś więcej to prostu sięgnijcie po tę książkę – nie mam wątpliwości, że przynajmniej większość z Was tego wyboru nie pożałuje.

Rok w sumie dopiero się zaczął, ale już teraz mam powody, by przypuszczać, że „Cisza białego miasta”, mroczny thriller pióra hiszpańskiej poczytnej autorki Evy Garcii Saenz de Urturi będzie jedną z najjaśniej błyszczących powieści tego gatunku wydanych w Polsce w roku 2019. A może nawet jednym z najlepiej sprzedających się zagranicznych thrillerów z ostatnich lat. Niewykluczone jednak, że okaże się to myśleniem życzeniowym. Może po prostu tak bardzo pragnę, by książka ta została przeczytana przez jak największą liczbę osób, że na wyrost wyobrażam sobie, że tak właśnie się dzieje. Zróbcie mi więc tę przyjemność i sprawcie, by ta wizja się ziściła. Dajcie szansę tej powieści, nawet jeśli nie przepadacie za thrillerami o seryjnych mordercach, bo nie tylko na tym ta operująca znakomitym wręcz stylem pisarka w „Ciszy białego miasta” się skupia. A Wy, szanowni polscy wydawcy zróbcie mi przysługę (zresztą nie tylko mnie) i czym prędzej wypuśćcie kolejne tomy tej trylogii. Bo naprawdę nie uśmiecha mi się na długo rozstawać z bohaterem, którego tak bardzo polubiłam (w sumie to nie jednym) i miastem, które dzięki Evie Garcii Saenz de Urturi poznałam niemal tak dobrze, jak to, w którym sama mieszkam.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

środa, 6 lutego 2019

„Nocne istoty” (2017)

W jednej z dzielnic Buenos Aires mają miejsce niewytłumaczalne wydarzenia. Mężczyznę nachodzi nocami jakaś istota, niedawno zmarły chłopiec wraca do swojej matki, a inna kobieta ginie z winy jakiejś niewidzialnej siły. O tę ostatnią zbrodnię podejrzewany jest mąż denatki. Mężczyzna zostaje zatrzymany, a jakiś czas później odwiedzają go były koroner Jano Mario i specjaliści od zjawisk paranormalnych, doktorzy Mora Albreck i Rosentock, którzy zamierzają zbadać osobliwości mające miejsce w tej najprawdopodobniej nawiedzonej dzielnicy Buenos Aires. Po otrzymaniu od mieszkańców zgód na wejście do ich domów, przyjeżdżają na feralną ulicę wraz z miejscowym policjantem Funesem.

„Nocne istoty” to argentyński horror o zjawiskach nadprzyrodzonych w reżyserii i na podstawie scenariusza Demiana Rugny, który osiągnął dobry wynik oglądalności w swoim rodzimym kraju. Mimo że jego dystrybucja kinowa była ograniczona – film trafił na ekrany mniej więcej osiemdziesięciu argentyńskich kin – to zajął czwarte miejsce na liście najchętniej oglądanych argentyńskich horrorów w historii tego kraju. Pierwsze miejsce w tym zestawieniu od niedawna zajmuje „No dormiras” Gustavo Hernandeza. Sukces „Nocnych istot” nie ma jedynie natury stricte komercyjnej - recenzje większości dotychczas opiniujących ten obraz krytyków z wielu krajów świata są mu bardzo przychylne, a i wielu fanów gatunku znajduje dla niego mnóstwo pochlebnych słów.

Demian Rugna w fabułę swoich „Nocnych istot” wchodzi z impetem. I choć może się wydawać, że to klasyczny prolog, po którym nastąpi dłuższe wprowadzenie do właściwej akcji filmu, to względnie szybko nabiera się pewności, że twórcy nie zamierzają na jakiś czas spowolnić akcji. Ktoś powie, że to dobrze, bo nie trzeba przedzierać się przez denerwujące przestoje, że nie ma tutaj miejsca na nudę, ale na mnie ten dynamizm z czasem zaczął oddziaływać w dokładnie taki sam sposób, jak przesadnie rozrośnięte zawiązanie akcji. Zacznijmy jednak od początku. Od nasuwającego skojarzenia z powieścią „To” Stephena Kinga przeżycia pewnej kobiety, z którego pewnego popołudnia zwierza się swojemu mężowi. Otóż, dowiadujemy się, że podczas prac w kuchni usłyszała ona jawną groźbę wydobywającą się z… odpływu umywalki. I już nazajutrz, z samego rana, groźba ta została wprowadzona w życie. Dosyć długa sekwencja bezlitosnego uderzania tą nieszczęsną kobietą o ściany łazienki, widok jej zakrwawionego, bezwładnego ciała, widok pomazanych posoką ścian tego niewielkiego pomieszczenia, w połączeniu z widokiem nieprzerwanego obijania unoszącej się nad ziemią, umierającej kobiety o te do niedawna nieskazitelnie czyste, jasne ściany, to w sumie dosyć zgrabny ukłon w stronę kina gore. Wstęp nader obiecujący, zwłaszcza jeśli jest się sympatykiem krwawego kina grozy. A miłośnicy nastrojowych horrorów o różnego rodzaju zjawiskach paranormalnych prawdopodobnie poczują się zachęceni już chwilę wcześniej, po usłyszeniu opowieści o... nawiedzonych rurach? Gdyby jednak to im nie wystarczyło, to Demian Rugna przygotował dla nich inne niespodzianki – petardy, które zacznie odpalać niedługo po wyeliminowaniu kobiety, która została ostrzeżona za pośrednictwem własnej umywalki. Scenarzysta krótko obrazuje dalsze losy jej męża, który to niedługo po zatrzymaniu przez organy ścigania przyjmie nietypowych gości (tj. trzy osoby, które wierzą, że ulica, przy której mieszka jest nawiedzona), po czym gwałtownie przechodzi do retrospekcji. Najpierw skupia się na sąsiedzie, później owdowiałego mężczyzny, którego już poznaliśmy, na kawalerze imieniem Walter, którego nocami dręczy jakaś nadnaturalna istota. Upiornie prezentujący się mężczyzna, najczęściej ukazujący się w cielesnej postaci (czasem jako cień), ale nie ma się żadnych wątpliwości, że do świata żyjących ów jegomość nie przynależy. Choć twórcy „Nocnych istot” nie skupiają się na Walterze długo, choć koszmar, jaki przechodzi ten mężczyzna z punktu widzenia widza jest krótki, to Rugna i jego ekipa zdążyli wykrzesać z tego sporo napięcia, osnuć to mrokiem, z którego wręcz emanuje nieokiełznana wrogość w postaci istoty najpewniej przybyłej z innego świata. Potem płynnie przechodzą do historii chłopca, który niczym Gage Creed z „Cmętarza zwieżąt” Stephena Kinga (czyżby Demian Rugna był zagorzałym czytelnikiem prozy niekoronowanego króla współczesnego literackiego horroru?) wygrzebuje się z własnego grobu i wraca do domu, do znajdującej się na skraju załamania nerwowego, kochającej matki. I właśnie wtedy na scenę wkracza były koroner Jano Mario, wezwany na ową feralną ulicę Buenos Aires przez prowadzącego tę sprawę, inspektora Funesa. Gnijący chłopiec (bardzo dobra charakteryzacja) siedzi bez ruchu przy stole, ale twórcy nie pozostawiają nam wątpliwości, że to tak naprawdę żywy trup. A więc, cielesne szkaradne istoty z innego świata, niematerialne siły mogące być klasycznymi duchami, a teraz jeszcze zombie. Kogoś tu poniosło? Co za dużo, to niezdrowo? Szczerze mówiąc w ogóle mi się to ze sobą nie gryzło, sama ta paleta nadnaturalnych maszkar problematyczna dla mnie nie była, a bo nie miałam wrażenia sięgania po wszystko, co się napatoczy bez żadnego pomyślunku. Przeszkodą nie do pokonania było dla mnie coś innego.

Wrzucenie mnie w sam środek akcji, już na początku seansu, i konsekwentne rozpędzanie tego wiru nadnaturalnych wydarzeń, praktycznie nie dało mi szans na zaznajomienie się z bohaterami. Wiedziałam kto jest kim, poznałam parę faktów z wcześniejszego życia ważniejszych postaci i odnotowałam zarysy ich osobowości – niestety mętne – ale to nie wystarczyło, bym miała poczucie towarzyszenia bohaterom z krwi i kości, wyrazistym, charyzmatycznym protagonistom, przy których chciałoby mi się wiernie trwać. Właściwie to wielokrotnie łapałam się na tym, że traktuję ich jak tło, które czeka by stać się pożywką dla różnego rodzaju nadnaturalnych istot, biorących we władanie pewną dzielnicę Buenos Aires. Nieustannie szukałam wzrokiem tych ostatnich, praktycznie jedynie prześlizgując się oczami po ludziach, których najpewniej wkrótce wyeliminują. „Nocne istoty” w pewnym sensie są zlepkiem scen z udziałem różnych maszkar, które mają przede wszystkim mrozić krew w żyłach odbiorcy filmu, miejscami z lekka go zniesmaczać i praktycznie ciągle utrzymywać go w stanie wysokiego napięcia. Osobiście wolę żonglowanie napięciem – powolne podnoszenie adrenalinki, gwałtowne intensyfikacje emocji, uderzenia, po których cały ten proces rozpoczyna się na nowo. Twórcom „Nocnych istot” na moje oko brakowało do tego cierpliwości. Do takiej konkluzji doszłam krótko po rozpoczęciu, jakże doskonale znanego miłośnikom nastrojowych horrorów, wątku badania zjawisk paranormalnych od jakiegoś czasu zachodzących w pewnej dzielnicy Buenos Aires. Jedna udana jump scenka (to znaczy taka, która przyprawiła mnie o szybsze bicie serca), przekonujące charakteryzacje upiorów (nawet efekty komputerowe mnie nie zraziły, bo ich twórcy znali umiar) i wprawiający w lekki dyskomfort rodzaj pogwałcenia praw fizyki poprzez eksperymentowanie z perspektywą: swego rodzaju odkształcanie jej, zaburzanie, wypaczanie. To tyle, jeśli chodzi o pozytywne wrażenia dostarczane mi w dalszej partii seansu, tj. w wątku skoncentrowanym na czterech osobach, które przybyły do nawiedzonej dzielnicy Buenos Aires po to, by przyjrzeć się nadzwyczajnych zjawiskom, jakie w niej zachodzą, zrozumieć je w nadziei, że dzięki temu znajdą rozwiązanie tego problemu, zdołają zażegnać poważny kryzys, który najwidoczniej się rozprzestrzenia. Można domniemywać, że jeśli nikt nic z tym nie zrobi, to tytułowe nocne istoty będą obejmować coraz większe obszary, rozplenią się najpierw w mieście, potem w całych państwie, a wreszcie na całym świecie. Ta świadomość dodaje smaczku owej opowieści i gdyby tylko zechciano trochę zwolnić, gdyby tylko akcja tak nie pędziła (od początku do końca), gdyby te całkiem mroczne obrazki zmontować w mniej chaotyczny, bardziej płynny sposób, to pewnie dołączyłabym do grona osób wręcz zachwyconych tym obrazem.

„Nocne istoty” Demiana Rugny każą mi przypuszczać, że w artyście tym drzemie spory potencjał, że ma predyspozycje ku temu, by kiedyś zostać jednym z wyróżniających się twórców współczesnego kina grozy. Cennym dla Argentyny eksporterem horrorów nastrojowych i/lub obrazów gore (bo w omawianym obraz daje również do zrozumienia, że jest zainteresowany także tą stylistyką, w której zresztą odnajduje się całkiem nieźle). I w sumie już teraz Argentyna może być z niego dumna, bo film został dobrze przyjęty przez widzów z wielu krajów świata, z krytykami włącznie. Ale ja jeszcze nie czuję się w pełni usatysfakcjonowana – mogło być zdecydowanie lepiej i myślę, że jeśli Demian Rugna da sobie szansę, jeśli zostanie przy horrorze i trochę nad sobą popracuje, to prędzej czy później da światu coś nieporównanie lepszego. Trzymam za niego kciuki, bo naprawdę niebyt dużo brakowało, by jego „Nocne istoty” autentycznie mnie uszczęśliwiły. Według mnie na razie tylko nieźle, ale myślę, że jest szansa na, że tak to ujmę, lepsze jutro - na coś, co może niekoniecznie zatrzęsie światkiem filmowego horroru, ale przynajmniej wskoczy na poziom wyższy od tego, na którym tłoczy się większość znanych mi współczesnych obrazów z tego gatunku.

poniedziałek, 4 lutego 2019

Zapowiedź: Stephen King „Instytut”

Opis (Stany Zjednoczone): W środku nocy w domu przy cichej ulicy na przedmieściach Minneapolis ktoś po cichu morduje rodziców Luke’a Ellisa a jego samego porywa czarnym SUV’em. Wszystko trwa mniej niż dwie minuty. Luke budzi się w Instytucie, w pokoju identycznym jak ten, z którego go zabrano, ale bez okna. Za drzwiami są inne drzwi a za nimi inne dzieciaki posiadający specjalne zdolności – telekinezę czy telepatię – które znalazły się w tym miejscu w taki sam sposób jak Luke. Kalisha, Nick, George, Iris i dziesięcioletni Avery Dixon. Trafiają oni do Frontowego Skrzydła. Inni jak się dowie Luke, kończą w Tylnym Skrzydle. Jak mówi Kalisha, „tak jak w motelu, meldujesz się, ale już nie możesz się wymeldować”.
W tej złowieszczej instytucji dyrektorka pani Sigsby i jej personel oddani są temu by wydobyć z dzieci ich paranormalne zdolności i nie mają przy tym żadnych skrupułów. Jeśli się podporządkujesz dostajesz żetony do automatów, jeśli nie, czeka cię brutalna kara. Gdy Luke widzi, że znikają kolejne ofiary, jest coraz bardziej zdesperowany by uciec i sprowadzić pomoc. Ale jeszcze nikt nigdy nie uciekł z Instytutu.
Niesamowity jak „Podpalaczka” z siłą dzieciaków z „To” „Instytut” przynosi skręcającą wnętrzności opowieść o walce dobra ze złem w świecie gdzie dobrzy faceci nie zawsze wygrywają.

Opis (Wielka Brytania): Jest tylko jedna droga ucieczki…
Głęboko w lasach stanu Maine znajduje się mroczny państwowy obiekt gdzie uprowadza się i więzi dzieci z całych Stanów Zjednoczonych. W Instytucie poddawane są one testom i zabiegom wykorzystującym ich szczególne dary, telepatię i telekinezę, dla osiągnięcia pewnych celów. Ostatnim rekrutem jest 12 letni Luke Ellis, który nie jest po prostu mądrym chłopcem, jest super mądry i posiada jeszcze jeden dar, który Instytut chciałby wykorzystać...
Daleko od tego miejsca, w małym miasteczku w Południowej Karolinie były gliniarz przyjął robotę u lokalnego szeryfa. Na co dzień po prostu patroluje ulice ale lada chwila stanie przed największą sprawą w swojej karierze.
Korytarze Instytutu obwieszone są plakatami mówiącymi o „kolejnym dniu w raju” ale Luke, jego przyjaciółka Kalisha i reszta dzieciaków nie mają wątpliwości, że nie są tutaj gośćmi a więźniami. I nie mają szans na ucieczkę. Ale nawet mały trybik może poruszyć wielką maszynę. Luke połączy siły z nowym, jeszcze młodszym rekrutem, Averym Dixonem, który ma zdolność czytania w myślach potężną jak nikt inny. Podczas gdy Instytut chce wykorzystać ich zdolności do ukrytych celów, połączone siły Luke’a i Avery’ego dadzą rezultaty, których nie mogą się spodziewać nawet ci, którzy przeprowadzają eksperymenty, włączając w to niesławną Panią Sigsby.

Planowana światowa premiera 10 września 2019 roku

Źródło: http://stephenking.pl/

niedziela, 3 lutego 2019

„Velvet Buzzsaw” (2019)

Pracująca w galerii sztuki Josephina znajduje zwłoki swojego sąsiada, Vetrila Dease'a. Niedługo potem znajduje w jego mieszkaniu mnóstwo obrazów, które niezwłocznie przenosi do siebie. Najpierw pokazuje je krytykowi sztuki, Morfowi Vandewaltowi, biseksualiście, który zdradza z nią swojego partnera. Mężczyzna jest zachwycony obrazami, tak samo szefowa Josephiny, Rhodora Haze, do której szybo dociera wieść o wartościowych nabytkach jej pracownicy. Rhodora proponuje Josephinie współpracę, która wedle wszelkiego prawdopodobieństwa przyniesie spory zysk im obu. Josephina zgadza się dzielić wpływami z obrazów Vetrila Dease'a ze swoją szefową, a ta w zamian dopełnia formalności prawnych, wystawia obrazy w swojej galerii i zajmuje się sprzedażą. Znawcy sztuki, z innymi artystami włącznie, są zachwyceni twórczością nieżyjącego już Vetrila Dease'a, jego obrazy niemalże hipnotyzują ludzi, poruszają w nich jakąś czułą strunę. Ale wkrótce osoby, które mają styczność ze sztuką Dease'a zaczynają umierać.

Twórca „Wolnego strzelca” (2014) i „Romana J. Israela” (2017), Dan Gilroy skręca w stronę horroru o zjawiskach nadprzyrodzonych w swoim trzecim filmie zatytułowanym „Velvet Buzzsaw”. Tak jak w przypadku swoich poprzednich filmów scenariusz napisał sam. Produkcją i dystrybucją zajął się Netflix – pierwszy pokaz filmu odbył się pod koniec stycznia 2019 roku na Sundance Film Festival, a parę dni potem został udostępniony na platformie Netflix. Dan Gilroy jest miłośnikiem sztuki (ale nie jej kolekcjonerem), na pierwszy rzut oka może więc zaskakiwać, w pewnym sensie, satyryczne spojrzenie twórcy „Velvet Buzzsaw” na ten artystyczny światek. Ale jeśli wejrzeć głębiej i gdy przeczytać wypowiedzi Gilroya na temat omawianej produkcji, staje się jasne (przynajmniej dla mnie), że nie starał się napiętnować, wyśmiać, wykpić sztuki samej w sobie tylko dać nam do zrozumienia, że my sami przestaliśmy dostrzegać esencję sztuki. Przestaliśmy patrzeć na różnego rodzaju dzieła, jak na twórczą duszę artysty, którą należy traktować jak świętość, a nie jak to zazwyczaj ma miejsce, maszynkę do robienia pieniędzy, wytwory marketingu, nad którymi zachwycają się miliony, tylko dlatego, że tak zwani znawcy nazywają je istnymi arcydziełami.

Nie mogę zrozumieć, dlaczego Dan Gilroy zdecydował się zrobić z tego horror. Owszem, dotarły do mnie doniesienia, że reżyserowi i zarazem scenarzyście „Velvet Buzzsaw” specjalnie nie zależało na tym, abyśmy patrzyli na rzeczony film przez pryzmat tego gatunku (nie wiem, czy ta informacja pokrywa się z prawdą), ale jeśli rzeczywiście tak było, to po co sięgał po elementy charakterystyczne dla horroru? Spokojnie można było opowiedzieć tę historię w inny sposób – zrobić z tego na przykład komediodramat, w każdym razie film całkowicie pozbawiony prób straszenia odbiorców – bo w mojej ocenie podpinanie się pod horror najbardziej szkodzi tej produkcji. Innymi słowy: nie chodzi o to, że uważam, iż „Velvet Buzzsaw” horrorem nie jest, tylko o to, że jest... Film ten może co poniektórym nasunąć delikatne skojarzenia z „Ręką mistrza” Stephena Kinga. Pomysł trochę podobny, ale jakość... cóż, to już inna sprawa. Wprowadzenie do, że tak to ujmę, świata horroru, wejście nieświadomych jeszcze tego bohaterów filmu do strefy mroku, nie jest jeszcze takie złe. Pracująca w renomowanej galerii sztuki Josephina (taka sobie kreacja Zawe Ashton) zwabiona miauczeniem kota wchodzi do mieszkania swojego niedawno zmarłego sąsiada, Vetrila Dease'a. W środku znajduje dosyć mroczne obrazy – nie musi ich szukać, bo mieszkanie jest nimi niemalże przepełnione – które kradną całą jej uwagę. Kobieta wygląda tak, jakby była zahipnotyzowana, jakby wpadła w trans, z którego po chwili oczywiście wychodzi, ale bynajmniej nie zamierza pozwolić na to, by dzieła te skończyły na śmietniku. Przenosi wszystkie obrazy Dease'a do swojego mieszkania, a widz już wtedy nie ma żadnych wątpliwości, że kobieta właśnie popełnia straszliwy błąd. Już sam wcześniejszy widok wpływu, jaki owa twórczość wywarła na Josephinę, ten stan zbliżony do transu i oczywiście tajemnicza śmierć człowieka, który namalował rzeczone obrazy, wystarczy, żeby odbiorca „Velvet Buzzsaw” nabrał przekonania, że coś z tymi dziełami jest mocno nie tak, że twórczość sąsiada Josephiny jest śmiertelnie niebezpieczna. Dan Gilroy opowiada swoją historię z perspektywy kilku postaci - w „Velvet Buzzsaw” nie ma jednego głównego bohatera, scenarzysta na pierwszym planie stawia parę osób, które rzecz jasna się znają, ale trudno powiedzieć, że działają razem. To znaczy nie mamy tutaj do czynienia z ludźmi łączącymi siły w obliczu zagrożenia albo z grupą przyjaciół razem walczącą ze złem. „Każdy sobie rzepkę skrobie” - tak to można w skrócie ująć. Josephina ściśle współpracuje ze swoją szefową Rhodorą Haze (według mnie najjaśniej błyszcząca w obsadzie tego filmu, Rene Russo), właścicielką prestiżowej galerii sztuki, do łask której Josephina na powrót się wkradła dzięki przywłaszczeniu sobie zachwycających obrazów swojego zmarłego niedawno sąsiada, Vetrila Dease'a. Częściej jednak występują w pojedynkę, tj. rzadziej widzimy je razem niźli osobno, ale mają taki sam cel. Znają wartość sztuki Vetrila Dease'a, wiedzą, że mogą na niej sporo zarobić i rozsławić swoje nazwiska (w przypadku Haze jeszcze bardziej, bo kobieta już jest dobrze znana w hermetycznych światku malarstwa i rzeźby) i zamierzają wykorzystać tę szansę. Mniej więcej tyle samo czasu, co tym dwóm kobietom, poświecono krytykowi sztuki, biseksualiście Morfowi Vandewaltowi, ze zdaniem, którego liczą się praktycznie wszyscy ludzie związani ze sztuką współczesną. W tę rolę wcielił się Jake Gyllenhaal, który moim zdaniem był trochę przerysowany, ale możliwe, że wpływ na moją ocenę jego wkładu w „Velvet Buzzsaw” ma to, że nie przepadam za tym aktorem, bo zauważyłam, że część dotychczasowych odbiorców omawianego filmu jest wprost zachwycona kreacją Morfa Vandewalta. W każdym razie Gyllenhaal gra człowieka, który wdaje się w płomienny romans ze swoją dotychczasową przyjaciółką, Josephiną, tym samym zdradzając mężczyznę, z którym od jakiegoś czasu jest w związku. Poza tym, zawodowo pisze recenzje, opiniuje sztukę współczesną i można wywnioskować, że ciężko sprostać jego wymaganiom. Trudno wprawić go w czysty zachwyt, a tak właśnie mężczyzna ten reaguje na twórczość nieżyjącego już Vetrila Dease'a.

Nie odbierałam „Velvet Buzzsaw” w kategoriach „krzywego zwierciadła”, opowieści celowo przerysowanej, wyolbrzymiającej ludzkie wady po to, by w dobitny sposób przekazać widzom jakieś głębsze treści. Dan Gilroy, owszem, moralizuje, ale nie wydaje mi się, żeby przejaskrawił tutaj współczesny światek sztuki. Patrząc na głównego konkurenta Rhodory Haze, który zachwyca się workami wypełnionymi śmieciami, myśląc, że to najnowsze dzieło artysty, o którego długo zabiegał (dopóki on sam nie uświadomi właściciela galerii, że... to zwykłe śmieci), osoby w jakiś sposób związane ze tym światkiem mogą poczuć się urażeni. Ale jeśli o mnie chodzi to mogę się założyć, że w tym środowisku są takie osoby – ludzie tylko udający, że znają się na sztuce, którzy patrząc na płótno pełne kleksów widzą to, co taki laik jak jak, a mianowicie... no, najzwyczajniejsze kleksy, które każde dziecko potrafiłoby zrobić. Wiem, wiem, brzmi jak bluźnierstwo, ale nic nie poradzę na to, że nie potrafię w paru maźnięciach farbą dostrzec tej głębi przekazu, o której tak szeroko rozpisują się znawcy tego rodzaju sztuki. Jestem na to za głupia, ale się do tego przyznaję, w przeciwieństwie do głównego konkurenta Rhodory Haze, który moim zdaniem ma swoich odpowiedników w rzeczywistości. Inna wiele mówiąca na ten temat sekwencja to ta, w której odwiedzający galerię Haze, ze strażnikami włącznie, biorą zwłoki kobiety za część ekspozycji. W pobliżu kuli o wielce intrygujących właściwościach, w kałuży krwi, leży sobie trup kobiety, zmarłej w nocy na skutek wykrwawienia po stracie ręki i nikogo to nie niepokoi, bo skoro zwłoki leżą w galerii sztuki to odwiedzający, pewnie z wielkimi znawcami sztuki włącznie (haha), zakładają, że nie są prawdziwe, że to jest właśnie Sztuka (przez duże S). Ta filmowa śmierć to moim zdaniem jedyna scenka osadzona w stylistyce horroru, która w miarę się twórcom udała – wreszcie jakiś konkret, tj. widok broczącego krwią kikuta, kiedy już nabrałam pewności, że mam do czynienia z boleśnie ugrzecznionym obrazem. I w sumie wszystko, co pokazano mi potem, kazało mi wrócić do tego przekonania. Jedna scena to za mało, żebym miała wrażenie obcowania z odważniejszym horrorem, z dziełem osób, które robią wszystko, co w ich mocy by zaszokować publiczność albo chociaż delikatnie ją zaniepokoić. Atmosfera osnuwająca sekwencje obrazujące nadnaturalne właściwości obrazów Vetrila Dease'a przypominała mi tę, z jaką najczęściej spotykam się w horrorach i thrillerach telewizyjnych – to samo zresztą mogę powiedzieć o napięciu. Widać, że twórcy starają się go wytworzyć, tak samo jak widać próby zaniepokojenia i przynajmniej raz zniesmaczenia odbiorcy, ale przynajmniej w mojej ocenie praktycznie nic z tego nie wynika. Niemalże całą warstwę (poza wspomnianym wyrywaniem ramienia) egzystującą w ramach horroru, przyjmowałam z prawie całkowitą obojętnością. Prawie, bo nie mogłam się nie zirytować na widok niektórych efektów specjalnych (małpy, nadnaturalna farba pokrywająca ciało jednej z kobiet), posmutnieć na widok takiego zmarnowania potencjału drzemiącego w tej koncepcji i poczuć czegoś na kształt zażenowania na widok tego rozpaczliwego, bezproduktywnego zabiegania twórców o wykrzesanie z tego choćby odrobiny grozy.

„Velvet Buzzsaw” to według mnie kolejny przereklamowany film, który nie rozczarował mnie tylko dlatego, że przestałam robić sobie nadzieję na to, że Netflix kiedykolwiek wypuści horror, który sprostałby moim, niewygórowanym przecież, oczekiwaniom. Bo nie podzielam zdania tych odbiorców rzeczonego filmu Dana Gilroya, którzy nie uważają go za horror. Nie mam wątpliwości, że w ramach tego gatunku się porusza, ale i elementy komediowe można w nim odnaleźć. To nie tylko horror o zjawiskach nadprzyrodzonych, ale również swego rodzaju satyra na współczesny światek sztuki, która według mnie jest dosyć błyskotliwa, momentami zabawna, ale nieprzerysowana. I gdyby pozbawić ten film motywów charakterystycznych dla horroru, gdyby nie było mowy o przeklętych obrazach, dziełach nieżyjącego już człowieka, które zabijają ludzi, gdyby zrobić z tego choćby komediodramat, to pewnie mój odbiór „Velvet Buzzsaw” byłoby lepszy. A tak, nie mogę przecież zignorować tych wielce nieudolnych prób wytworzenia napięcia i klimatu grozy, nieefektywnych starań w kierunku przede wszystkim zaniepokojenia widza coraz to bardziej agresywnymi (czasami efekciarskimi) manifestacjami nadnaturalnej siły, której notabene ludzka chciwość bardzo się przydaje...