Stronki na blogu

piątek, 24 grudnia 2021

Zakupy

 
Garstka tytułów dla poszukiwaczy lektur na wolne wieczorki. Jak zwykle: ostatnio zakupione, zapewne nie do recenzji i najpewniej z przeznaczeniem na długie leżakowanie na półce:) Ale macie chociaż namiary:

 
Silvia Moreno-Garcia „Mexican Gothic”
Thomas Tryon „Pan Żniw”
Caitlin R. Kiernan „Czerwone drzewo”
Stephen King „Colorado Kid”
Ramsey Campbell „Bezimienni”
Jarosław Molenda „Krwawy Peter”
Cody McFadyen „Cień bestii”
Cody McFadyen „Oblicze śmierci”
Matt Ruff „Kraina Lovecrafta”
M.L. Rio „Teatr złoczyńców”

 
William Landay „W obronie syna”
Belinda Bauer „Ostrze”
Ramona Fransson „Kosztowna miłość”
Graham Masterton „Świst umarłych”
Alex Marwood „Zatruty ogród”
Sue Watson „Idealna randka”
C.L. Taylor „Teraz zaśniesz”
Cara Hunter „Mroczna prawda”
Rachel Abbott „Odwróć wzrok”
B.A. Paris, Clare Mackintosh, Sophie Hannah, Holly Brown „Dublerka”

czwartek, 23 grudnia 2021

„Gwiazdka z duchami. Antologia opowiadań grozy”

 
ZYGMUNT KRASIŃSKI, MARGARET OLIPHANT, J.H. RIDDELL, MRS HENRY WOOD, ROMAN ZMORSKI

Każdego roku w okolicach Świąt Bożego Narodzenia wydawnictwo Zysk i S-ka wypuszcza twardo opakowaną antologię klasycznych opowieści grozy. Zaczęło się w 2019 roku od „Wigilii pełnej duchów”, następne było „Z duchami przy wigilijnym stole”, a rok 2021 przyniósł nam „Gwiazdkę z duchami” (i Wakacje wśród duchów"): trochę ponad sześćset stronicowe tomiszcze ze stylową, utrzymaną w duchu poprzednich zbiorów w tej edycji, okładką, zaprojektowaną przez Urszulę Gireń. Trzecie święta z duchami to dziewięć opowiadań, jedna minipowieść i jeden wiersz od w sumie pięciu autorów i autorek żyjących i tworzących w XIX i, w jednym przypadku, na początku XX wieku. Dawno, dawno temu, to jest głównie w epoce wiktoriańskiej, w okresie świątecznym wielu ludzi miało w zwyczaju raczyć się opowieściami niesamowitymi. Mrocznymi, tajemniczymi historiami o duchach, upiorach i innych przerażających zjawiskach. Całe wieki później polskie wydawnictwo Zysk i S-ka w pewnym sensie wskrzesiło tę magiczną tradycję w niejednym domu. Idą święta, a zatem pora na kolejną dawkę starych dobrych opowieści grozy. Bez nich „białych świąt” sobie nie wyobrażam. Już nie.

Prezentację potraw na tym wigilijnym stole pozwolę sobie zacząć od moich ulubionych. Spójrzcie na to duże naczynie. To największe. Tak, właśnie to. Autorką tego przepisu jest pochodząca z Anglii dama znana jako Mrs Henry Wood (prawdziwe nazwisko: Ellen Price). Ten „kulinarny” przysmak to „Bolesna historia. Opowieść Fatherstona”. Minipowieść o dwóch siostrach, które przeprowadziły się ze swojej rodzimej Anglii do francuskiej miejscowości Sainteville. Wcześniej w tym miejscu osiadła ich bliska przyjaciółka, siostra tytułowego doktora Fatherstona, który co warto zauważyć nie jest narratorem tej opowieści. Jest nim inny poboczny bohater tej historii, człowiek, który pojawi się później i odegra raczej niezbyt znaczącą rolę w historii sióstr. Panien, które niedługo po przybyciu do Francji znalazły sobie średnio przytulne lokum. Wolałyby wprawdzie coś bardziej okazałego, przywykły do większych wygód, ale jeśli się nad tym zastanowić, to i tak miały szczęście. Do emigracji zmusiła ich nie najlepsza sytuacja finansowa. W Anglii zapewne mogłyby sobie pozwolić na wynajęcie ciasnego mieszkanka, a w Sainteville trafia im się dom. Tak zwany czerwony domek, który przy pierwszym kontakcie wzbudza irracjonalny, w każdym razie zastanawiający, strach w starszej siostrze. Ale to jeszcze nie problem. To raczej zapowiedź problemów z mężczyzną, w którym zakocha się jedna z nich. Wpuści go do życia swojego i swojej ukochanej siostry, wbrew ostrzeżeniom tej drugiej. Zagadkowe napady paniki, alarmujące wizje, koszmarne sny, mroczna przepowiednia dotycząca przynajmniej jednej z sióstr. Takie „Oszukać przeznaczenie” naszych przodków:) Właściwie jest tu wszystko: mroczna atmosfera, narastające napięcie, zbrodnia, zjawiska nadprzyrodzone, kryminalna intryga... która dla współczesnego czytelnika pewnie będzie aż nazbyt czytelna, mocno przewidywalna, ale mnie nie odbierało to ani grama przyjemności z trwania w tym zdecydowanie niebezpiecznym świecie przedstawionym.

Skosztujcie proszę „Opowieści wigilijnej” wedle przepisu szkockiej autorki Margaret Oliphant. Tajemniczej, niepokojącej przygody pewnego mężczyzny, który spóźnił się na pociąg. Następny miał przyjechać dopiero nazajutrz. Najlepsze, co w tej sytuacji mógł zrobić nasz bohater to skierować się do najbliższej wioski i znaleźć tam sobie jakiś nocleg. I znalazł, ale na swoje nieszczęście znalazł też towarzystwo na najbliższy wieczór. Przyjął zaproszenie od nowo poznanego dziedzica, szanowanego w tych stronach dżentelmena mieszkającego w dużym domostwie na obrzeżach wioski z żoną i dorosłym synem. Kolacja u rodziny Addamsów... Nie, to może za dużo powiedziane, ale nie ulega wątpliwości, że pod tym dachem coś jest mocno nie w porządku. Coś dziwnego się tu odbywa. Cóż takiego? Ot, zagadka! Wielka tajemnica, która musi, po prostu musi, w końcu się wyjaśnić. Już naszego bohatera w tym głowa. Powiem tylko tyle: doskonałe zakończenie wybornej wycieczki w Nieznane.

Teraz, Panie i Panowie, przejdźmy do potraw, które też powinny popieścić Wasze podniebienia. Proszę, nie żałujcie sobie. Konsumujcie te - prawda, że wspaniale się prezentujące? - (nie)boskie ambrozje. Na przykład te tutaj „Drzwi donikąd. Opowieść niesamowitą na święta”. Wiedzieliście, że ten przysmak wymyśliła Margaret Oliphant. Tak, to też jej dzieło. Posłuchajcie tylko: była sobie rodzina, która przeprowadziła się do starej posiadłości w szkockim Brentwood. To taka wioska, która przypuszczalnie ma swojego ducha. Wszystko na to wskazuje, ale główny bohater historii, szczęśliwy mąż i ojciec trójki dzieci, który wraz z nimi zaczął urządzać się w tym na pierwszy rzut oka wyjątkowo spokojnym miejscu, nie jest człowiekiem łatwo przyswajającym takie fantastyczne opowieści. Uwierzę, jak zobaczę. Ewentualnie usłyszę. U podstaw jego działania nie leży jednak zaspokojenie ciekawości. Rozwiązanie zagadki lamentującej istoty, snującej się nocami w pobliży ruin niegdyś zapewne imponującej posiadłości niedaleko rezydencji naszej nieszczęsnej rodziny, jest motywowane poprawą stanu zdrowia jego potomka. Jedyny syn naszego bohatera, wybitnie wrażliwy chłopiec, najpewniej straci wszelką wolę życia, jeśli jego ojciec nie pośpieszy z pomocą tajemniczej istocie błąkającej się w tych stronach. Niewyszukana co prawda to historyjka z całą pewnością z dreszczykiem, ale sprawnie poprowadzona, zgodnie ze sztuką. Usłysz płaczliwe wołanie pośród drzew i drżyj. Bój się, ale też ulituj nad biednym, zagubionym duchem Brentwood.

Słyszeliście o dziewce nazwiskiem „Gina Montani”? Znała ją pani Henry Wood, czy raczej Ellen Price, ale to już wiecie. A zatem do rzeczy. Historia ta miała miejsce bardzo dawno temu, tak na oko w średniowieczu. Pewien hrabia, bogate panisko, zakochał się z wzajemnością w „nie najlepiej urodzonej” młodej kobiecie. Ale nie to przede wszystkim stanęło na przeszkodzie ich wielkiej miłości. Hrabia nie mógł poślubić tej dziewczyny głównie dlatego, że wyznawała nieakceptowaną w tych włoskich stronach wiarę. Na żonę wybrał sobie więc inną damę z zamiarem udawania przed całym światem, że darzy ją najgłębszym z uczuć. Ale Gina, mimo usilnych starań, nie zdołała długo wytrwać bez widoku swojej ukochanej twarzy. Postarała się więc o pracę w jego dworze – dołączyła do grona służek dumnej małżonki hrabiego. Ta legenda (bo w takim duchu ową rzecz spisano), jak zapewne się domyślacie, kończy się tragicznie. Ta depresyjna, okrutna historia miłosnego trójkąta. Niebezpieczne związki wieki temu.
I jeszcze „Tajemnica” Mrs Henry Wood. Też najwyraźniej nieszczęśliwa historia miłosna. W każdym razie tutejsi bez pamięci zakochani nie mogą być razem przynajmniej dopóki on nie znajdzie dochodowego zajęcia. Oczywiście, wszystko musi być lege artis. To rozumie się samo przez się, bo przecież taki warunek postawił powszechnie szanowany w swoich stronach prawnik – nie wprost, nie kategorycznie, ale tak został zrozumiany, taka wątłą nadzieję chcąc nie chcąc wlał w młodego człowieka zabiegającego o rękę jego jedynej córki. Młodzian udał się więc za Ocean z silnym postanowieniem zdobycia wyższej pozycji w hierarchii społecznej. A jego ukochana czekała i czekała, i powoli usychała z tęsknoty. I już prawie się doczekała, gdy... Wynikła pewna zagadkowa sprawa. Rzecz bardzo skomplikowana, przynajmniej okiem detektywów-amatorów, dżentelmenów usiłujących ją rozwikłać. Okiem dzisiejszego czytelnika ci mężowie mogą być odbierani jako ludzie chronicznie niezdolni do połączenia dwóch kropek. W dodatku leżących bardzo blisko siebie. W gruncie rzeczy rozwiązanie mają tuż przed nosem, chociaż... Tacy jesteście pewni, jak to się odbyło? To może teraz zwątpicie? Prawda, że sprawa już nie jest tak klarowna? Dojdźcie do końca, a zobaczycie, jak wspaniale się to domyka. Choć, prawdę mówiąc, to było do przewidzenia.

Tuszę, że zwrócili już Państwo uwagę na nadzwyczaj bogate walory smakowe dzisiejszej wieczerzy. Może zauważyliście, że w tym roku na ten oto stół trafiło zaskakująco dużo wybornych potraw. Może już trudno Wam wybrać swoich faworytów? Z góry więc uprzedzam, że teraz na Wasze talerze kolejno będą trafiać dania, które moje kubki smakowe też połechtały. Nic tylko konsumować. O, już wjeżdża „Dies Irae”, wedle przepisu Margaret Oliphant. Czujecie tę delikatną gorycz? Jest w tym jakiś ciężar. Nachodzą Was już może jakieś niewesołe refleksje? Myślicie o życiu? W każdym razie teraz jest ku temu najlepszy moment. Pani Oliphant na przykład znała – może nawet bardziej niż kogokolwiek innego – pewną dobrze urodzoną kobietę, która, wygląda na to, zmarła młodo. Tak czy owak, poznajemy ją gdy zdaje się przegrywa z chorobą. Gdy przenosi się „na tamtą stronę”. Duchowa podróż, trochę w stylu „Opowieści wigilijnej” Charlesa Dickensa. „Świętość to nieskończone współczucie dla innych” - takie przesłanie niesie ta historia. Mądra, pouczająca... banalna? Trochę pewnie tak, zapewne wszystko to już wiecie, ale rozejrzyjcie się proszę wokół siebie i powiedzcie, czy tej „świętości” nie jest aby stanowczo za mało? Przyjrzyjcie się uważnie nieskończenie smutnej wizji Czyśćca(?), Piekła(?) Margaret Oliphant (są i wyrywki z Pisma Świętego) i powiedzcie szczerze, czy tego właśnie chcecie? Taki świat sobie wymarzyliśmy? Nie? To dlaczego taki jest? Czyja to wina? No czyja?

Polski poeta i folklorysta wiązany głównie z tak zwanym czarnym romantyzmem, autor między innymi makabrycznych, upiornych niedługich utworów. O duchach, zmorach, strzygach i innych kreaturach. Ta bezdennie czarna potrawa, którą, drodzy biesiadnicy, właśnie Wam przyniesiono, to dzieło znamienitego kucharza, który żył w XIX wieku. Nazywał się Roman Zmorski, a ten konkretny przysmak nazwał „Skarb ukryty”. Dawno, dawno temu żył sobie bardzo okrutny i zachłanny dziedzic. W końcu umarł, ale lud, który przez długie lata ciemiężył bynajmniej nie mógł jeszcze odetchnąć z ulgą. Nocami to wielkie panisko nadal bowiem snuło się po włościach. Pewnie słyszeliście już o takich kreaturach. Na pewno kojarzycie te nieumarłe istoty. Musieliście już o nich słyszeć. Usłyszcie więc i o tym tu – wejdźcie w tę upiorną, bardzo klimatyczną opowieść o... poszukiwaniu skarbu.
Chcecie więcej pana Zmorskiego? W takim razie widelce w dłoń, bo oto wjeżdża „Ucieczka”. Mroczna historia miłosna. Już miał być ślub, ale przyszła wojna, przyszła śmierć. Czarna rozpacza ogarnęła młode serce. Nie ma już żadnej nadziei... aż tu nagłe puk, puk w okienko. Niektóre kwestie rymowane (interesujące) w tym doprawdy mrocznym, że tak to ujmę, histerycznie makabrycznym (niektórzy pewnie nazwą to po prostu makabreską) świecie przedstawionym. O miłości prawdziwej i trwodze straszliwej.

Brzuchy pełne? No to teraz coś lekkiego. Tak do pochrupania przy, mam nadzieję, zajmujących rozmowach, jakimi do białego rana będziemy się raczyć. Najpierw coś moim zdaniem odrobinkę słodszego. Taka tam „Świąteczna partyjka”, której jako pierwsza skosztowała irlandzka pisarka nazwiskiem Charlotte Riddell. Możliwe że kojarzycie ją jako J.H. Riddell. Znacie? Dobrze, więc teraz krótka historia tej przekąski. Wszystko zaczęło się od przeprowadzki do rezydencji, z którą jak się okazuje wiąże się tajemnicza historia. Jeden z poprzednich właścicieli tego przybytku nagle zniknął. Sprawy nigdy nie wyjaśniono, ale najpewniej duch, o którym szepczą mieszkańcy tego regionu to ów nieszczęśnik, który został uznany za zaginionego. Prosta, niezbyt klimatyczna, ale myślę idealna na rozluźnienie propozycja dla zagorzałych miłośników klasycznych ghost stories.

Jeden z wielkich polskich wieszczy, jeden z czołowych przedstawicieli epoki polskiego romantyzmu, Zygmunt Krasiński i jego, jak mniemam, mniej znane dzieło. „Mściwy karzeł i Masław, książę mazowiecki”. Anno Domini 1041, Kujawy. Okrutna pani na zamku; karzeł, który knuje przeciwko niej; młodzieniec, rzucający się na ratunek ukochanej i nie znający litości książę. Zgaduję, że pan Krasiński pisał to niejako pod wpływem historii Elżbiety Batory. Krwawej hrabiny. Tragiczna, prościutka, pompatyczna historia, w sumie zaskakująco łatwo się wchłaniająca. Szybko leci.

Kochani zebrani, gdyby ktoś zechciał wysłuchać wiersza napisanego przez Romana Zmorskiego, to zapraszamy do salonu. Wiersz nosi tytuł „Noc Świętego Jana” i szczególnie polecam ludziom zakochanym w starodawnej polszczyźnie. Interpretować się nie odważę. Za wysokie progi jak dla mnie.

Wszystko co dobre, kiedyś musi się skończyć. Było miło. Smacznie, wygodnie, w doborowym towarzystwie. Za rok może to powtórzymy. Może nawet uda się zorganizować jeszcze bardziej wystawne wigilijne przyjęcie. Ufam, że tak. Że ta „Gwiazdka z duchami” nie będzie ostatnim z naszych corocznych spotkań. Pytajcie organizatorów, ja tu tylko gadam. I zapraszam, zapraszam wszystkich miłośników opowieści niesamowitych do skosztowania tych klasycznych potraw. Coś dla smakoszy, ale i zjadaczy zwykłego chleba. Wykwintnie i swojsko. Mniam!

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

wtorek, 21 grudnia 2021

„Poroże” (2021)

 

Nauczycielka Julia Meadows niedawno wróciła do miasteczka Cispus Falls w Oregonie, w którym dorastała. Zamieszkała z bratem Paulem, tutejszym szeryfem i znalazła pracę w miejscowej szkole podstawowej. W jej klasie jest między innymi dwunastoletni Lucas Weaver, zamknięty w sobie chłopiec prześladowany przez szkolnych łobuzów, od śmierci matki mieszkający tylko ze swoim ojcem i siedmioletnim bratem. Julia nabiera podejrzeń, że w domu Lucasa źle się dzieje. Nauczycielka zakłada, że problem tkwi w jego ojcu i coraz bardziej angażuje się w tę tajemniczą sprawę. Lucas faktycznie coś ukrywa, coś zdecydowanie potworniejszego, niż myśli Julia. Zdany wyłącznie na siebie, mieszkający w zaniedbanym, stojącym w ustronnym miejscu, mrocznym domu z najbliższymi osobami, które jest zmuszony trzymać w zamknięciu.

Oparty na opowiadaniu Nicka Antoscy z 2019 roku pt. „The Quiet Boy”, amerykańsko-meksykańsko-kanadyjski horror nadnaturalny z elementami gore, w reżyserii Scotta Coopera, który pracował także nad scenariuszem, wspólnie z Henrym Chaissonem i Nickiem Antoscą, autorem utworu literackiego, od którego to wszystko się zaczęło. Obiecujący materiał na film dostrzegł w „The Quiet Boy” Guillermo del Toro, twórca między innymi „Kręgosłupa diabła” (2001), „Labiryntu fauna” (2006), „Crimson Peak. Wzgórza krwi” (2015) i „Kształtu wody” (2017). To on zwrócił się do Scotta Coopera z propozycją wyreżyserowania „Poroża” (oryg. „Antlers”) - sam zasilił grono producentów. Del Toro powiedział mu, że jego ostatnie trzy filmy to horrory, ale nikt o tym nie wie. Mówił o „Zrodzonym w ogniu” (2013), „Pakcie z diabłem” (2015) i „Hostiles” (2017), które formalnie nie są horrorami, ale stary wyjadacz del Toro dostrzegł w nich coś, co podpowiedziało mu, że Scott Cooper czuje ten gatunek. Nie trzeba chyba dodawać, że Cooper zapalił się do tego pomysłu. Absolutnie nie trzeba było go namawiać do zaangażowania się w ten projekt. Film kręcono w październiku i listopadzie 2018 roku w Kolumbii Brytyjskiej, prowincji Kanady. W zasadzie w 2018 roku, ewentualnie na początku roku 2019, obraz był już gotowy, ale pierwszy pokaz filmu odbył się dopiero w listopadzie 2021 roku, na amerykańskim Beyond Fest. W tym samym miesiącu rozpoczęto szeroko zakrojoną dystrybucję kinową.

Fikcyjne miasteczko Cispus Falls w stanie Oregon, posępna miejscowość, w której toczy się akcja „Poroża” Scotta Coopera to w rzeczywistości Vancouver w Kanadzie. Według Coopera ten region Stanów Zjednoczonych (Oregon) wygląda tak, jakby krył jakąś ponurą tajemnicę. Uwielbia tamtejsze światło. Blade, przymglone. „Ołowiane niebo, nisko wiszące chmury” - tego chciał w swoim pierwszym horrorze. To kojarzy mu się głównie z Oregonem i co bez trudu – w sumie nic dziwnego – znalazł też w Vancouver. Ekipa musiała jednak uzbroić się w cierpliwość: gdy przychodziły słoneczne dni zwykle wstrzymywano pracę i czekano na zmianę pogody. Na jesienną aurę, która doskonale współgra z „ukrytym” przesłaniem „Poroża”. Cooper chciał oszołomić widza bogactwem naturalnym Ameryki Północnej. Rzecz jasna, nie całym. To zaledwie ułamek tego, o co, my ludzie powinniśmy dbać, ażeby pewnego dnia nie obudzić się w takim Cispus Falls. Mała, senna mieścina „pośrodku niczego”, w której mieszka dwunastoletni chłopiec, na swoich wątłych barkach dźwigający przeogromny ciężar, w gruncie rzeczy w pojedynkę zmagający się z monstrualnym problemem, poza wszystkim innym miała być przestrogą przed nadmierną, wręcz szaleńczą, straceńczą eksploatacją zasobów naturalnych. Niszczymy planetę i najwyraźniej jest nam z tym dobrze. Widać śpieszno nam do takiego Cispus Falls. Do krainy rozpaczy. „Death of despair” - tak Cooper nazywa przedwczesne zgony Amerykanów powodowane różnymi problemami dnia codziennego. Problemami społecznymi, zmorami współczesnego świata, w tym uzależnianiami na przykład od twardych narkotyków. Po zamknięciu kopalni, zapewne w ramach walki z kryzysem klimatycznym, zaczęło się coś, co można nazwać powolną agonią Cispus Falls. Miasteczko nie było przygotowane na taką zmianę. Górnicy tak naprawdę mieli dwa wyjścia: wyjechać albo zostać i poszukać jakichś, niekoniecznie legalnych, źródeł utrzymania. Frank Weaver, który od śmierci żony samotnie wychowuje dwóch synów, dwunastoletniego Lucasa i siedmioletniego Aidena, był jednym z tych pechowców, którzy ratunek znaleźli w handlu narkotykami. Choć może „ratunek” to za dużo powiedziane – Frank zarabiał tyle, by utrzymać na powierzchni siebie i swoich synów, ale na mocno wzburzonym morzu. Wielki głód ciągle dyszał im w karki. A przynajmniej Frankowi. Jego na pewno nie opuszczała świadomość, że balansuje na cienkiej linie rozpostartej nad przepaścią, w którą w każdej chwili może spaść pociągając za sobą swoje dzieci. Wystarczyło zachorować... Nie, Frank z całą pewnością nie brał pod uwagę TAKIEJ choroby. Czegoś takiego nie mógł przewidzieć. Ani on, ani żaden innych zdroworozsądkowy biały człowiek. Na przykładzie aktualnie urzędującego szeryfa Cispus Falls, Paula Meadowsa, twórcy „Poroża” przedstawiają stosunek takich w swoim mniemaniu zdrowo myślących, twardo stąpających po ziemi ludzi, do co bardziej uduchowionych, według nich zabobonnych rdzennych Amerykanów. W sumie nawet ciekawa kreacja Jessego Plemonsa (Paul): nader niechętny do działania, przerażająco bierny, zahukany, kompletnie zagubiony, błądzący jak ten dzieciak we mgle, podręcznikowy przykład policjanta z przypadku, jakby z przymusu – w końcu sam w pewnym momencie stwierdza, że ktoś musiał pełnić tę, w domyśle niewdzięczną, funkcję, a innych chętnych nie było. Moją uwagę najbardziej jednak przyciągał mały Jeremy T. Thomas, jako Lucas Weaver (jego młodszego brata wykreował też zdolny Sawyer Jones, który rzeczywiście mógłby być jego bratem – wprost uderzające podobieństwo) oraz Keri Russell, grająca jego nauczycielkę, siostrę Paula, która po długiej nieobecności niedawno wróciła do Cispus Falls. Miejsca, w którym niewątpliwie nie żyło jej się dobrze. Miejsca, z którego uciekła, tym samym dużo tracąc w oczach swojego ukochanego brata. I tu zaczynają się schody.

Dla Scotta Coopera ten obraz miał być także, może nawet przede wszystkim, opowieścią o traumie pokoleniowej. O rozpaczy, która zżera człowieka od środka, która prawdopodobnie skraca jego żywot na tym padole łez. O okropnych wspomnieniach i jeszcze gorszej teraźniejszości. Julia Meadows, nauczycielka, obecnie pracująca w szkole podstawowej w swoim rodzinnym miasteczku Cispus Falls, uosabia rzeczone „okropne wspomnienia”. Kobieta walczy z demonami przeszłości. Jest już zmęczona, chce wreszcie ułożyć sobie życie, które zostało zdewastowane już w jej dzieciństwie. W każdym razie to właśnie wtedy wypadło z toru. Za sprawą kogoś innego ten „pociąg się wykoleił”. Co dokładnie się wydarzyło? Jak wyglądało dzieciństwo Julii i Paula Meadowsów, tego może się tylko domyślać. Z pojedynczych, rozproszonych, przyznam że niewiele mi mówiących obrazków retrospektywnych oraz oszczędnych, wręcz pourywanych kwestii od czasu do czasu rzucanych przez nauczycielkę i szeryfa, z tych „fusów” widz ma odczytać ich przeszłość. Ponad wszelką wątpliwość bolesną i związaną z ich rodzicielem. Tak, pewien obraz się z tego wyłania, ale jak dla mnie zbyt ogólny. Chciałoby się w to zagłębić, zanurzyć w tej strasznej przeszłości sympatycznej bohaterki „Poroża” i jej wybitnie niechętnego do działania, pasywnego brata. Tak, udało mi się nawiązać jakąś więź z Julią, mimo „kłód rzucanych mi pod nogi” przez scenarzystów. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że autorzy tej historii nie są zbyt zainteresowani tą postacią, że poświęcają jej mniej uwagi, niż na to zasługuje. A przynajmniej w moich oczach Julia miała dużo większy potencjał. Choć może nie tak duży, jak chłopiec, który cieszył się większym zainteresowaniem filmowców. Skradł część uwagi należnej Julii? I tak można na to patrzeć, ale z drugiej strony pewnie mało kto byłby zadowolony, gdyby postać Julii dopracowano kosztem jej problematycznego ucznia. Najlepszym wyjściem, myślę, byłoby wydłużenie tego „spektaklu”. W takim kształcie więcej mi obiecującego, niż dającego. Historię zainspirował pewien dość znany mit (wierzenia, kultura rdzennych Amerykanów). Tak czy owak, mający swoją niszę w popkulturze – powstało już trochę filmów i utworów literackich nawiązujących do tej legendy. Ale z takim podejściem do tego tematu jeszcze się nie spotkałam. Opowiadania Nicka Antoscy nie czytałam, ale można chyba w miarę bezpiecznie założyć, że w oryginale jest podobnie, że autor „The Quiet Boy”(też współscenarzysta „Poroża”) zaczął w tym samym punkcie, czyli od chłopca z mroczną tajemnicą i nauczycielki, która chce mu pomóc. Kobieta zakłada, że problem jej ucznia tkwi w jego opiekunie prawnym, samotnym ojcu dwunastoletniego Lucasa i siedmioletniego Aidena, który z jakiegoś powodu nie chodzi do szkoły. Julia podejrzewa, że młodszy brat Lucasa uczy się w domu. To nie byłby odosobniony przypadek – w Cispus Falls niejedno dziecko, przynajmniej w teorii, kształci się pod własnym dachem. W praktyce często jest tak, że miast się uczyć, nieletni pomaga swoim opiekunom pozyskać trochę grosza. Tak myśli Julia, ale my wiemy, że sprawa jest dużo bardziej skomplikowana. Niezwyczajna, niezwykła, tak dalece odbiegająca od normy, że trudno się dziwić, iż Julia wyciąga błędne wnioski z zachowania Lucasa. Może i chłopcy Weaver wcześniej toczyli taki żywot, jaki zwąchała główna bohaterka „Poroża” - znowu za mało danych, kolejny niepełny, dziurawy obrazek dysfunkcyjnej rodziny – ale teraz warunki panujące w brudnym, mrocznym, stojącym na uboczu, rozpaczliwie wymagającym remontu domu Weaverów są tak ekstremalne, jak nigdy dotąd. Lucas, ten zaledwie dwunastoletni chłopiec, teraz sam musi zadbać o swoje potrzeby. Żeby tylko swoje... Dlaczego? Ciężar zrzucony na barki tego chłopca najprędzej ma podłoże nadnaturalne. Jakaś mroczna siła nawiedziła to pozbawione wszelkiej nadziei, wymierające amerykańskie miasteczko, już niedługo, prawie na pewno już za chwilę miasteczko widmo. Jakaś nieludzka istota, rozgniewane stworzenie, które było tu przed człowiekiem i bardzo możliwe, że będzie tu, gdy ludzkość dopełni już swojego „wielkiego, jakże ambitnego” dzieła samozniszczenia. A może to jakaś nowa choroba? Wirus, bakteria albo pasożyt? Cyfrowe dodatki do fizycznie obecnych na planie elementów niekoniecznie straszących. Praktyczne efekty specjalne, czasami wspomagane komputerowo. Najmocniej, gdy zło ujawnia się w całej swojej... dziwności. Guillermo del Toro był kimś w rodzaju doradcy na planie „Poroża”, a ze słów samego reżysera, informacji podanych do wiadomości publicznej, można wywnioskować, że del Toro przyłożył także rękę do „głównego punktu programu”: pomysł na... na to coś. Nie mam wątpliwości, że twórcom zależało na zasianiu w widzach podskórnego niepokoju, obawy przed czymś nieznanym, które z czasem – co do tego chyba nikt nie będzie miał wątpliwości – objawi się w całej swojej... niedoskonałości. Efekt starań, jeśli o mnie chodzi, był praktycznie żaden. Doceniam przepiękne, przepięknie ponure zdjęcia Floriana Hoffmeistera. Zwłaszcza ta olśniewająca Natura. No coś wspaniałego, prawdziwa magia, której na co dzień wielu nawet nie zauważa. I jeszcze depresyjna muzyka Javiera Navarrete'ego, smutne dźwięki i zaśpiewy (jakby lament) w smutnym świecie, w którym tak naprawdę żyje mnóstwo ludzi. Niewidzialnych ludzi z poważnymi problemami, z którymi nierzadko zostają kompletnie sami. Tak jak Lucas, przynajmniej do niedawna. Zanim ktoś wreszcie wyciągnął do niego pomocną dłoń. Czy chłopiec skorzysta z tej oferty? Czy znajdzie w sobie siłę, by wyjść z tej matni? Cena jest wysoka, co z całą swoją ckliwą mocą, ujawni się w przedostatnim akcie (trochę to przedramatyzowane, niezbyt harmonizuje mi ta płaczliwa chwila z ognistym pojedynkiem tuż przed). Potem już tylko dość zagadkowy, złowieszczy finał i... Ach, i jeszcze gore. Ludzkie i zwierzęce szczątki, niemiłosiernie rozszarpane ciała. Trochę kończyn, trochę wnętrzności, trochę krwi – całkiem soczyste, wiarygodnie się prezentujące praktyczne efekty, czasami delikatnie, niezauważalnie (wiem to z wypowiedzi reżysera i współscenarzysty „Poroża”) obrabiane, retuszowane cyfrowo. Żeby mi się w żołądku zakotłowało od tego makabrycznego „przybytku”, to nie, ale dobre i to, gdy ma się do czynienia z tak dziwnie nijaką opowieścią. Jest klimat, był pomysł, tak na warstwę horrorową, jak społeczno-obyczajową i możliwe, że przy pierwszym podejściu (opowiadanie „The Quiet Boy”) doskonale się sprawdził. Tego nie wiem. Wiem tylko, że na ekranie ta historia nie dała z siebie wszystkiego.

W moim poczuciu filmowa wersja opowiadania Nicka Antoscy „The Quiet Boy” nie brzmi tak melodyjnie, jak mogłaby, gdyby scenarzyści zrobili jeszcze parę kroków w głąb – mocno skrzywdzone, cierpiące, zagubione, „z trudem oddychające” jednostki. Na tak zwanej nowej fali horroru, uważam, tej historii byłoby wygodniej. Przyjemniej by się jej płynęło. Mniej „po hollywoodzku” mi się ta historia marzy. Takie tam marzenia ściętej głowy:) Niemniej coś tam w tym „Porożu”, pierwszym horrorze w reżyserskiej karierze Scotta Coopera dla siebie znalazłam. Wystarczyło, żeby bez zaciekłej walki z samą sobą przetrwać do końca. Tego dla mnie średniawego (treść) produktu z genialnymi zdjęciami plenerowymi.

niedziela, 19 grudnia 2021

Peter Conradi „Krwawy rzeźnik”

 

Andriej Romanowicz Czikatiło, znany też jako Rzeźnik z Rostowa, radziecki seryjny morderca, który w latach 1978-1990 w bestialski sposób pozbawił życia ponad pięćdziesiąt kobiet i osób nieletnich obojga płci. Peter Conradi, brytyjski dziennikarz i pisarz specjalizujący się w non fiction, absolwent Uniwersytetu Oksfordzkiego (ponadto studiował na Uniwersytecie Ludwika i Maksymiliana w Monachium) były korespondent zagraniczny z siedzibą w Brukseli, Moskwie i Zurychu, autor między innymi „Hitler's Piano Player: The Rise and Fall of Ernst Hanfstaengl, Confidant of Hitler, Ally of FDR” (2004) i „Who Lost Russia?: How the World Entered a New Cold War” (2017). Te dwie skrajnie różne postaci połączyła książka, niezbyt poczytna biografia urodzonego na Ukrainie w latach 30-tych XX wieku Andrieja Czikatiło, „The Red Ripper” aka „The Red Ripper: Inside the Mind of Russia's Most Brutal Serial Killer”, która swoją światową premierę miała w roku 1992. W Polsce ukazała się dopiero w 2021 roku pod szyldem wydawnictwa Filia - „Krwawy rzeźnik. Historia Andrieja Czikatiły, jednego z najbardziej okrutnych seryjnych morderców XX wieku” - w miękkiej okładce zaprojektowanej przez Mariusza Banachowicza. Z wprowadzeniem brytyjskiego pisarza i filozofa Colina Wilsona. W środku znajdziemy też mapki zachodniego regionu byłego ZSRR i sąsiadujących z nim krajów oraz głównego obszaru działania Rzeźnika z Rostowa, kalendarium: chronologiczne zestawienie najważniejszych wydarzeń z życia i krwawej działalności Czikatiły oraz siedem stron z czarno-białymi zdjęciami archiwalnymi.

Colin Wilson w swojej przedmowie do „Krwawego rzeźnika” stwierdza, że niniejsza pozycja to jego zdaniem „jedno z najlepszych opracowań historii seryjnego mordercy od czasu publikacji w 1932 roku Der Sadist (Sadysta) Karla Berga – studium Wampira z Düsseldorfu Petera Kürtena”. Prawdopodobnie jest to jeden z najgłębszych wglądów w umysł popranej jednostki, jaki poczyniono na scenie true crime. W każdym razie moje wcześniejsze kontakty z tego typu literaturą (biografie seryjnych zabójców) nie przygotowały mnie na tak długie przebywanie w towarzystwie zbrodniarza. Takie publikacje zazwyczaj skupiają się nie tylko na ściganym, ale także na ścigających. Peter Conradi pracy tych drugich poświęca dużo mniej miejsca niż podwójnemu życiu Andrieja Czikatiły. Kochającego ojca dwójki dzieci - potem też kochającego dziadka – i niezbyt szczęśliwego męża, w jakiejś części tkwiącego „pod pantoflem” partnerki. Jeden z najokrutniejszych, najbardziej niesławnych seryjnych morderców ze wschodniej Europy (z filmów o tym/zainspirowanych, używając określania Colina Wilsona, archetypowym „żałosnym potworze” wypada odnotować „Obywatela X” Chrisa Gerolmo i „Mordercę ze wschodu” Davida Grieco), w domu zwykle bez szemrania wykonywał polecenia swojej małżonki. To ona, jak to się mówi, nosiła spodnie w tej rodzinie.

Andriej Czikatiło podporządkowywał się woli swojej życiowej wybranki, ale nie jeśli chodzi o ich kontakty seksualne. Na początku wykazywał jeszcze jakieś starania w kierunku zaspokojenia tych potrzeb swojej partnerki, ale z czasem ta sfera ich życia praktycznie przestała istnieć. Andriej znalazł inne źródło rozkoszy. Albo raczej jedyny sposób na zaspokajanie swoich seksualnych potrzeb. Mówiąc wprost: człowiek znany też jako Rzeźnik z Rostowa był impotentem. Impotentem, który znalazł najgorszy możliwy sposób na zaradzenie swojemu problemowi. Odkrył, że satysfakcję seksualną daje mu brutalne obchodzenie się z bliźnimi. Sadysta, który w wyjątkowo krwawy sposób odebrał życie ponad pięćdziesięciu osobom (przynajmniej): dorosłym kobietą oraz nastolatkom i dzieciom obojga płci. W swojej morderczej, odrażającej „karierze” Andriej Czikatiło między innymi odcinał/odgryzał/odrywał sutki i genitalia, zadawał nawet kilkudziesięciokrotne ciosy nożem, także w głowy, czasami wycinał macice (i nie tylko), które następnie z apetytem żuł. Jedną ze swoich ofiar poćwiartował. Zwłoki innej – zaledwie jedenastoletniej dziewczynki! - pozbawił głowy. Po przejściu przez ten fragment książki musiałam zrobić sobie przerwę – to najbardziej mną wstrząsnęło, nie dlatego, że historia Andrieja Czikatiły dotychczas nie była mi znana, tylko przez sposób w jaki to podano. Czułam się, jakbym tam była i to bynajmniej nie było przyjemne, właściwie to przeokropne uczucie. W zasadzie Peter Conradi przez cały czas w pewnym sensie kazał mi tkwić w rzeczywistości tytułowego antybohatera, ale ten odcinek jego morderczej drogi to już było za dużo na moją głowę. Najbardziej mnie zmasakrował. Struł. Pewnie zabrzmi to brutalnie, możecie nawet pomyśleć, że to chore, ale obawiałam się, że przy takiej liczbie ofiar, przy tych wszystkich makabrycznych opisach – Conradi przynajmniej pokrótce, ale nierzadko w drobniejszych szczegółów, odsłonił chyba wszystkie znane zbrodnie Czikatiły – prędzej czy później zacznę przyjmować to z absolutnie niewskazaną, niepożądaną obojętnością. Znane zjawisko, spotykane (przeze mnie na pewno) na przykład w tak zwanej prozie ekstremalnej: krwawa beletrystyka, „chore horrory”, jak zwał tak zwał. W fikcyjnych opowieściach jeszcze do zniesienia, ale w przypadku historii, która wydarzyła się naprawdę takie „oswojenie z makabrą” byłoby po prostu katastrofą. Opowieść o autentycznym seryjnym mordercy, która nie wzrusza, nie szokuje, nie dokonuje czegoś na kształt gwałtu na umyśle odbiorcy... Nie tym razem. Moje obawy się nie ziściły. „Krwawy rzeźnik” Petera Conradiego uderza bez opamiętania. Raz po raz rani dogłębnie. Wywraca trzewia, dławi krwią, ogłusza, paraliżuje, nokautuje. Niewyobrażalnie cuchnące bagno. Wyjątek z historii. O niebezpiecznej jednostce żerującej w całkiem komfortowych dla niej warunkach. W systemie, w którym takim osobnikom jak Andriej Czikatiło oburzająco łatwo utrzymywać się na powierzchni. Cieszyć się wolnością przez długie lata nawet bez zachowywania maksymalnej ostrożności. Rzeźnik z Rostowa co prawda działał dość metodycznie. Planował swoje zbrodnie i starał się nie zostawiać śladów, które mogłyby go obciążyć, naprowadzić na niego milicję, ale popełnił kilka dużych błędów, czy raczej zostawił ścigającym go ludziom trochę bezcennych darów. Dowodów, którym wypadało się bliżej przyjrzeć. Nie zaszkodziłoby też uważnie rozejrzeć się w okolicy, w której znaleziono zwłoki pierwszej znanej ofiary Andrieja Czikatiły. Dziewięcioletniej dziewczynki, którą zamordował w swoim sekretnym gniazdku w roku 1978. Za tę zbrodnię w tamtym czasie stracono kogoś innego. Na ścieżkę nieprawości Czikatiło wszedł jednak już wcześniej. Może i było to pierwsze morderstwo, jakiego się dopuścił, ale z pewnością nie pierwsze przestępstwo o charakterze seksualnym.

W porównaniu do takich pozycji z półki true crime jak choćby „Helter Skelter. Prawdziwa historia morderstw, które wstrząsnęły Hollywood” Vincenta Bugliosiego i Curta Gentry'ego, „Ted Bundy. Bestia obok mnie” Ann Rule, „Nocny Prześladowca. Życie i zbrodnie Richarda Ramireza” Philipa Carlo czy nawet „Kuba Rozpruwacz. Historia kompletna” Paula Begga, książka Petera Conradiego poświęcona Andriejowi Czikatile, prezentuje się dość skromnie. Nie tyle chodzi o jej długość (trochę ponad czterysta stron) - historię Kuby Rozpruwacza okiem Paula Begga też trudno nazwać „cegłą” - ile o styl, w jakim została napisana. Lżejszy, prostszy, niewątpliwie mniej wymagający od czytelnika warsztat autora. Conradi nie konfrontuje nas z tak obszernym materiałem dowodowym, nie analizuje pod wszystkimi kątami każdego dowodu pozyskanego w sprawie. Nie przechodzi przez wszystkie, zapewne poplątane, ścieżki tej kryminalnej sprawy niejako ramię w ramię z zespołem śledczym zajmującym się Rzeźnikiem nie tylko z Rostowa. Można powiedzieć, że w „Krwawym rzeźniku” droga jest przynajmniej tak samo grząska, ale nie biegnie przez las szczegółów. Tutaj tak jakby jesteśmy na otwartym terenie. Najczęściej, najdłużej w obecność jednego z najbardziej brutalnych seryjnych morderców działających w XX wieku. Nie wiem, czy to był świadomy wybór autora, czy raczej współpraca z rosyjskimi organami ścigania, z rosyjską administracją tak do końca nie ułożyła się po jego myśli, ale bez względu na powód, daleka jestem od uznania „Krwawego rzeźnika” za historię kompletną Andrieja Czikatiły. Śledztwo i proces Conradi chcąc czy nie chcąc, potraktował bardzo pobieżnie. Czego nie można już powiedzieć o samej Rosji. Tło społeczne, kulturowe, ustrojowe. Polityka, system prawny, który dla czytelnika z Zachodu może się wydać co najmniej dziwny, jeśli już nie haniebny. Policja, prokuratura i sądy działające na polityczne zlecenie, całkowicie podporządkowane rządzącym. Obrońca należy się oskarżonemu, nie komuś kto ma tylko status podejrzanego, a sala sądowa to w praktyce teatr jednego aktora, w przypadku Czikatiły arbitra i oskarżyciela w jednej osobie, który też jednoosobowo wydaje wyrok. Mieszkańcy wschodniej części Europy raczej nie będą potrzebować tych wszystkich objaśnień, które można by zatytułować „jak wygląda państwo z dykty”. Conradiemu nie zawsze udaje się ukryć swoje zdumienie, zniesmaczenie, czy nawet oburzenie tą czy tamtą cegiełką komunistycznego molocha, który niby upadł, ale... Zostawmy to. Poprzestańmy na tym, że jesteśmy w starym niedobrym ZSRR, który na kartach „Krwawego rzeźnika” jakby staje do z góry przegranej walki z liberalnym Zachodem. Autor w każdym razie nie ukrywa, że według niego życie na znienawidzonym przez komunistów „zgniłym zachodzie” jest pod każdym możliwym względem lepszą opcją dla zwykłych szarych obywateli; niejednokrotnie daje do zrozumienia, że demokracja w jego ocenie funkcjonuje może nie niezawodnie, ale na pewno nieporównywalnie lepiej od państwa, w którym wszystko jest scentralizowane, w którym jest jedna słuszna partia polityczna i oczywiście wódz nad wodzami (kult jednostki). Jest jeszcze KGB, ale o tym już dużo sobie tutaj nie poczytamy. Historia ZSRR w takiej pigułce, która wydaje się być niezbędna dla pełnego zrozumienia przypadku Andrieja Czikatiły. Polskiemu czytelnikowi przypuszczalnie i bez tego byłoby dość łatwo poruszać się w realiach, w których żył i zabijał tytułowy antybohater tej książki. Realiach zmieniających się w pewnym sensie na naszych oczach – Conradi przeprowadza nas przez te może i niezbyt głębokie, ale zawsze zmiany dokonujące się w otoczeniu człowieka, który już w dzieciństwie czuł się zepchnięty na margines społeczeństwa. Mała uwaga: na stronie 271 wkradł się chochlik: najstarsza ofiara Czikatiły miała czterdzieści cztery, a nie trzydzieści jeden lat. Dalej, wcześniej zresztą też, jest już dobrze.

Nieprzystosowany, nierozumiany, wyśmiewany, według niego zawsze niezasłużenie napominany, bezlitośnie obsztorcowywany w pracy. Małomówny, tłumiący w sobie emocje. Uległy w życiu prywatnym i zawodowym. W jednym życiu. Andriej Czikatiło miał bowiem też sekretne życie, do którego prawie nikogo nie wpuszczał. Prawie, bo przynajmniej pięćdziesiąt parę osób (skazany między innymi za pięćdziesiąt dwa zabójstwa, a w akcie oskarżenia postawiono mu jeszcze jeden taki zarzut) Rzeźnik z Rostowa podstępem zaprowadził tam, skąd mieli już nigdy nie wrócić. Tuż przed śmiercią, często w ogromnych męczarniach, pokazywał starszym i młodszym kobietom , nastoletnim chłopcom i dziewczynkom i zaledwie kilkuletnim dzieciom obojga płci swoją drugą twarz. Najpierw pan Jekyll, potem Hyde (nie czytaj dosłownie). Sympatyczny „wujaszek” raptem zmieniał się w opętaną żądzą mordu istotę, która przeważnie odchodziła dopiero po zaspokojeniu swojego chorego apetytu. Peter Conradi i jego do szczętu zdeprawowany obiekt badań. Peter Conradi i jego przerażająca biografia Andrieja Romanowicza Czikatiły. Peter Conradi i jego „Krwawy rzeźnik”, kolejna moim zdaniem warta uwagi pozycja true crime. Dość makabryczna, bolesna, wstrząsająca historia, którą napisało samo życie. Takie są najlepsze i zarazem najgorsze.

Za książkę bardzo dziękuję księgarni internetowej

https://www.taniaksiazka.pl/

Więcej nowości literackich

piątek, 17 grudnia 2021

Mary Burton „Jeden krok przed śmiercią”

 

Rok 2019. Agentka FBI Macy Crow niedawno doznała poważnych obrażeń na służbie. Nadzwyczaj szybko wróciła do pracy, ale już nie w terenie, na czym bardzo jej zależy. Mimo że nie odzyskała jeszcze pełnej sprawności fizycznej, Macy ubiega się więc o miejsce w elitarnym zespole profilerów kierowanym przez agenta Jerroda Ramseya. W ramach testu mężczyzna wysyła ją do miasteczka Deep Run w dolinie Shenandoah w Wirginii, gdzie przed paroma dniami odnaleziono zwłoki Tobi Turner, która zaginęła w 2004 roku w okresie nastoletnim. Agentka Crow uważa, że ta sprawa może być powiązana z gwałtami, do jakich dochodziło na tym terenie w zbliżonym okresie. Miejscowy szeryf, były członek zespołu agenta Ramseya i niegdysiejszy kochanek Macy, Mike Nevada, dopiero co uzyskał niezbity dowód na to, że w Deep Run grasował seryjny gwałciciel. I podobnie jak agentka Crow, skłania się ku temu, że Tobi została zamordowana przez tego samego osobnika, który prawdopodobnie ma na koncie więcej ofiar śmiertelnych. Macy Crow i Mike Nevada łączą siły w poszukiwaniach niezidentyfikowanego i najwyraźniej cały czas aktywnego, bardzo przebiegłego seryjnego mordercy i gwałciciela.

Mary Burton to bestsellerowa amerykańska autorka, której twórczość jest kojarzona między innymi z utworami Jamesa Pattersona, Lisy Jackson i Lisy Gardner. Pochodzi z Richmond w Wirginii, ukończyła Virginia's Hollins University, a potem przez jakiś czas pracowała w marketingu. Na rynku wydawniczym zadebiutowała w roku 2000. Laureatka między innymi Montlake Romance Diamond Award 2019 i częsta bywalczyni rankingów najpoczytniejszych książek Amazona i Kindle eBook Store – jej thrillery i romantic thrillery rutynowo trafiają do pierwszej dziesiątki. Burton jest członkinią Sisters in Crime, Mystery Writers of America, International Thriller Writers, Romance Writers of America i Novelists, Inc. „Jeden krok przed śmiercią” (oryg. „Hide and Seek”) to piąta - i jak na razie jedyna wydana w Polsce - odsłona jej poczytnej powieściowej serii „Criminal Profiler”, która swoją światową premierę miała w roku 2019. Pierwszy tom, „The Last Move”, ukazał się w roku 2017, a ostatni z dotychczasowych, szósty, światło dzienne ujrzał w 2020 roku pod tytułem „Never Look Back”.

Bohaterka z dość frapującą, ale „dziwnie” niepełną przeszłością. Zaledwie liźniętą, streszczoną, bardzo pobieżnie zarysowaną. W zastanawiająco maleńkiej pigułce... Zastanawiająco, bo przyznaję, że zasiadłam do lektury „Jednego kroku przed śmiercią” bez wiedzy, że to część większej całości. Że to nie pierwszy występ fikcyjnej agentki specjalnej Macy Crow. Szybki research i proszę: okazuje się, że traumatyczną przeszłość Macy jej stworzycielka zgłębiła wcześniej; tutaj jedynie przypomina swoim czytelnikom bodaj najważniejsze fakty z jej życia. Suche fakty. To małe zamieszanie wynika stąd, że w Polsce jakoś nie przebiła się informacja, że „Jeden krok przed śmiercią” to piąta odsłona powieściowej serii. Piąta w ogóle, a pierwsza przetłumaczona na język polski. Wydana pod szyldem wydawnictwa Muza, tego samego, które parę miesięcy wcześniej wypuściło powieść „Znajdź mnie” Anne Frasier, która swoją światową premierę miała mniej więcej rok po „Jednym kroku przed śmiercią”. Wspominam ją z tego prostego powodu, że historia agentki FBI Macy Crow przypomniała mi byłą agentkę Federalnego Biura Śledczego Reni Fischer, jedną z głównym postaci „Znajdź mnie”. Nie mogłam też oprzeć się skojarzeniom z „Dotykiem zła” Alex Kavy – agentka FBI przybywa do małego miasteczka, aby wspomóc tutejsze biuro szeryfa w poszukiwaniach seryjnego zabójcy grasującego na tym terenie. Co więcej, obie panie z szeryfami, z którymi zawiązują tymczasową współpracę łączy głębsze uczucie. Macy Crow zakłada, a raczej próbuje sobie wmówić, że jej pociąg do Mike'a Nevady jest czysto fizyczny. To znaczy był, bo Macy przybywa do Deep Run w Wirginii jakiś czas po zakończeniu ich romansu, który w mniemaniu Macy opierał się wyłącznie na seksie. Macy i Mike zbliżyli się do siebie przy okazji śledztwa FBI, w którym oboje brali udział. Teraz ich drogi przecinają się w malowniczej mieścinie, nieprzypominającej już tej sennej, „zabitej dechami” krainy, gdzie żyła i przedwcześnie zmarła Tobi Turner. Licealistka, która pewnego wieczora w roku 2004 wyszła z domu i nigdy nie wróciła. Niedługo potem zaginęła jej rówieśniczka, ale w przeciwieństwie do Tobi, jej los najwyraźniej nikogo nie obszedł. Policja uznała, że dziewczyna po prostu uciekła z domu i nie wszczęła poszukiwań. Ówczesny szeryf i jego ludzie skoncentrowali się na poszukiwaniach Tobi Turner, które nie przyniosły żadnych rezultatów. Dopiero po piętnastu latach we właśnie rozbieranej (przeznaczona do rozbiórki) starej stodole znaleziono szczątki Tobi Turner. Co więcej, obecny szeryf Mike Nevada mniej więcej w tym samym czasie zyskuje niezbity dowód na to, że przed kilkunastoma laty w Deep Run grasował seryjny gwałciciel. A Tobi mogła być jego pierwszą ofiarą śmiertelną. Pierwszą, ale nie ostatnią, co do tego czytelnik raczej nie będzie miał wątpliwości. Śledztwo prowadzone przez szeryfa Mike'a Nevadę, któremu partneruje stara znajoma, agentka Macy Crow, Mary Burton urozmaica bowiem szybkimi wglądami w umysł poszukiwanego osobnika. Czy raczej w jego dzisiejszą zbrodniczą działalność, która niewątpliwie trwa od lat. Eskalacja – najpierw tylko gwałcił i podduszał swoje młode ofiary, a z czasem przekroczył kolejną, ostateczną, granicę. Zabijanie stało się dla niego czymś w rodzaju silnego narkotyku. Uzależnił się od tego i nawet gdyby chciał, a nie chciał, to najpewniej nie potrafiłby oprzeć się tej zakazanej pokusie. Nie wpadł chyba dlatego, że uderzał w różnych miastach i miejscowościach. Zawsze zaczynał od długich obserwacji upatrzonych kobiet – cierpliwie, długo zbierał dane na temat ich zwyczajów. Wszystko skrupulatnie notował, potem przygotowywał sobie grunt pod szybkie porwanie – przeważnie przypuszczał atak w ich własnych mieszkaniach, niczym Richard Ramirez, autentyczny zabójca zwany między innymi Nocnym Prześladowcą. Zwykle przez parę dni przetrzymywał swoje ofiary w jakimś ustronnym miejscu, czerpiąc perwersyjną, chorą przyjemność z ich podduszania. „Zabawiał się” w ten sposób dopóty, dopóki dana ofiara trzymała się życia. Dopóki udawało się przywrócić ją do życia.

Jeden krok przed śmiercią” Mary Burton porusza się w ramach twardej konwencji. Schematyczny serial killer thriller, właściwie bez jakichś wyrazistszych, charakterystycznych akcentów. Może gdyby moja znajomość z agentką Macy Crow zawiązała się tam, gdzie chciała tego autorka (w którymś z wcześniejszych tomów „Criminal Profiler” Mary Burton)... A tak nawet ten jakże ciekawie zapowiadający się portret bohaterki, ostatecznie dość mocno mnie rozczarował. Mogłam zapoznać się jedynie z boleśnie ogólnikowym, jakby porwanym, podziurawionym obrazem kobiety po doprawdy nielichych przejściach. Macy Crow parę miesięcy wcześniej została potrącona przez ciężarówkę. Stało się to w trakcie pełnienia przez nią czynności służbowych. Podczas śledztwa, w którym uczestniczyła z ramienia Federalnego Biura Śledczego. Nie odzyskała jeszcze pełnej sprawności fizycznej, ale „robi dobrą minę do złej gry”. Bo chce wrócić do gry. Do pracy w terenie. Ma serdecznie dość tkwienia w biurze. Nie o tym marzyła, nie po to wystarała się o pracę w Federalnym Biurze Śledczym, by tkwić za biurkiem. Grzać ławę. Twarda, ogromnie zdeterminowana, nieulękła, uparta młoda kobieta, która nie ma w zwyczaju okazywać słabości. Nie chce być traktowana, jak „porcelanowa lalka” i wreszcie ma szansę udowodnić wszystkim swoją wartość. Swoją gotowość do pracy w terenie. Crow jeszcze przed wypadkiem dokonała wstrząsającego odkrycia natury osobistej. Otóż, dowiedziała się, że jej biologiczny ojciec był seryjnym mordercą. A jej matka, zaledwie nastoletnia dziewczyna, była jedną z jego ofiar. Porwana, zgwałcona i przetrzymywana w niewoli co najmniej do czasu narodzin... bliźniaczek. Tak, Macy odkryła, że ma siostrę bliźniaczkę, z którą zdążyła już nawiązać kontakt. Która opiekowała się nią w okresie rekonwalescencji. Niewielka miejscowość, w której toczy się akcja „Jednego kroku przed śmiercią” ma wprawdzie swój urok, ale myślę, że zwolennicy powieściowych thrillerów/kryminałów mieli już okazję gościć w ciekawszych mieścinach. Mroczniejszych. Takich, w których odbiorca czuje się jeszcze mniej pewnie. Mniej komfortowo. Takich, w których, zdaje się, na każdym kroku towarzyszy nam jakaś złowroga obecność. W Deep Run poczucie zagrożenia przypływało do mnie falami. Oczywiście, nie zapominałam, po co żeśmy się tutaj zebrali, ale nie czułam takiego napięcia, do jakiego przyzwyczaiły mnie opowieści o małych miasteczkach terroryzowanych przez przeważnie nadzwyczaj sprytnych, bardzo inteligentnych zbrodniarzy. Weźmy na przykład „Chemię śmierci” Simona Becketta – przyznacie chyba, że przynajmniej klimatem „Jeden krok przed śmiercią” nie może się równać z tamtym podejściem do motywu złego seryjnego. Tak czy inaczej, wybór nie najgorszy. Zaryzykuję przypuszczenie, że małe miasteczka należą do najskuteczniejszych wabików na ludzi łaknących mocniejszych wrażeń. Ustronne, nierzadko malownicze (bogactwo naturalne), do niedawna spokojne, czasem wręcz senne, małe rzekome enklawy. Miejsca, w których łatwo stracić czujność. Łatwo zapomnieć, w jak niebezpiecznym świecie właściwie wszyscy żyjemy. Tacy ludzie jak Macy Crow i Mike Nevada wiedzą to aż za dobrze. Tę cenną naukę wynieśli głównie z pracy dla Federalnego Biura Śledczego. Nauczyli się też ufać swojemu instynktowi, a teraz instynkt podpowiada Macy, że dziewczyna, o której zapomniano, którą pominięto w śledztwie otwartym w roku 2004, wcale nie uciekła z domu. W każdym razie nastolatka, która zniknęła niedługo po Tobi Turner, według agentki Crow, mogła paść ofiarą tego samego sprawcy albo mogła odegrać jakąś inną rolę w tej w tamtym czasie bardzo głośnej sprawie. Sprawie zaginięcia wzorowej uczennicy szkoły średniej, która na pewno znała, przynajmniej z widzenia, drugą zaginioną dziewczynę. Tą, którą zainteresowała się dopiero Macy Crow piętnaście lat po jej rzekomym(?) wyjeździe z Deep Run. Dlaczego wcześniej nikt nie uznał za konieczne zbadać tego wątku? Dlaczego poprzestano na pobieżnym wywiadzie, przesłuchaniu paru osób, którym uwierzono na słowo? Dlaczego tego nie sprawdzono? A to nie wszystko. Szeryf, który prowadził tę sprawę, poprzednik Mike'a Nevady, popełnił jeszcze jeden duży błąd. Niedopatrzenie, skrajna niekompetencja, niemożność pozyskania niezbędnych funduszy albo... Macy nie ma wątpliwości, że ta kwestia musi zostać wyjaśniona, że to może być klucz do rozwiązania zagadki, która przywiodła ją do doliny Shenandoah. Jakkolwiek się to rozwinie, gdzieś między słowami wybrzmiewa z tego, jak wynika z moich osobistych obserwacji trafny, krytyczny komentarz w stronę tak zwanych stróżów prawa. Nie wszystkich, co Burton pokazuje choćby na przykładzie Mike'a Nevady i jego zastępczyni Brooke Bennett (która notabene w poczuciu Macy też coś ukrywa). Ale daje nam też do zrozumienia, że przy pierwszym podejściu do tego śledztwa gliniarze, mówiąc brutalnie, uznali, że nie warto tracić czasu na zbuntowaną, sprawiającą problemy nastolatkę, która dorastała w przyczepie kempingowej z matką narkomanką i starszym bratem, który wyszedł na ludzi. Tak mogło być. Tacy doświadczeni śledczy, jak Macy Crow i Mike'a Nevada, nie mogą tego wykluczyć. Znają realia, a zatem na pewno nie zaskoczyłoby ich, gdyby się okazało, że jeden z nich nie zwykł zaprzątać sobie głowy ofiarami z tak zwanych nizin społecznych. Śledztwo zbudowane na kartach „Jednego kroku przed śmiercią” biegnie utartym szlakiem – dla niektórych bonusem może być wątek romantyczny, na szczęście dla mnie niezbyt rozbudowany (takie tam fragmenciki). Tożsamości sprawcy nie udało mi się przedwcześnie rozszyfrować (punkt dla autorki). Wpadłam na to niedługo przed ostateczną konfrontacją, ale jak sądzę, tak to sobie Burton zaplanowała: twarz sprawcy odkryła się wkrótce po właściwie wszystko mówiących sugestiach, ogromnych wskazówkach. Wstrząsów jednak nie było. Ot, prosta, konwencjonalna, niedostarczająca silniejszych emocji - no dobrze, jakieś tam napięcie sporadycznie docierało – opowiastka do poduszki.

Jeden krok przed śmiercią” amerykańskiej autorki Mary Burton, piąta odsłona jej powieściowej serii funkcjonującej pod nazwą „Criminal Profiler”, ale pierwsza wydana w Polsce, to w mojej ocenie thriller, który najlepiej brać po męczącym dniu. Niezobowiązująca, niewyszukana, właściwie to uparcie trzymająca się twardej konwencji, niegroźna opowieść o seryjnym mordercy-dusicielu ściganym przez między innymi agentkę FBI Macy Crow i małomiasteczkowego szeryfa, byłego agenta FBI Mike'a Nevadę. Powiedziałabym dozwolone od lat dwunastu:) W każdym razie liczyłam na więcej, ale jeśli szuka się odskoczni od cięższych klimatów, małego relaksu, to tak, myślę, że w miarę spokojnie można kierować się pod ten adres. Inna sprawa, gdy zwykle celuje się w lżejsze klimaty – w takim wypadku (i zapewne nie tylko w takim) wrażenia, rzecz jasna, powinny być większe. Emocje silniejsze.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu


środa, 15 grudnia 2021

„Musimy coś zrobić” (2021)

 

Z uwagi na zbliżające się tornado Robert i Diane wraz ze swoimi dziećmi, nastoletnią Melissą i młodszym Bobbym, zamykają się w łazience w swoim domu. Pogoda uspokaja się już nazajutrz, ale rodzina nie może się wydostać z niewielkiego pomieszczenia. Drzwi od drugiej strony blokuje powalone drzewo, a oni nie mają zapasów jedzenia. Zakładają, że szybko ktoś ich znajdzie, ale czas płynie, a odsiecz nie nadchodzi. Więźniowie we własnym domu powoli tracą nadzieję na ratunek. Są zdani wyłącznie na siebie. Na domiar złego mają powody przypuszczać, że na zewnątrz nie jest bezpiecznie, że świat jaki znali już nie istnieje.

Amerykański horror psychologiczny z elementami gore i szczyptą surrealizmu w reżyserii debiutującego w pełnym metrażu (film fabularny) Seana Kinga O'Grady'ego. Scenariusz napisał Max Booth III w oparciu o swoją własną minipowieść pierwotnie wydaną w roku 2020, pod tym samym oryginalnym tytułem: „We Need to Do Something” (polski tytuł filmu: „Musimy coś zrobić”). Nakręcony podczas pandemii COVID-19, w tak zwanym reżimie sanitarnym (maseczki, ograniczenie członków załogi na planie), w obiekcie należącym do firmy produkcyjnej Atlas Industries w stanie Michigan. Główne zdjęcia trwały mniej więcej miesiąc. Wszystko odbyło się w tajemnicy – nie zamieszczano żadnych ogłoszeń do czasu zakończenia zdjęć. Ten etap prac O'Grady porównał do życia w bańce obejmującej plan zdjęciowy i hotel. „Cudem wszyscy przeżyliśmy, nie mordując się nawzajem” - tak podsumował to O'Grady w wywiadzie, albo raczej sprawozdaniu, dla MovieMaker Magazine. „Musimy coś zrobić” Seana Kinga O'Grady'ego to pierwszy „podopieczny” firmy Spin a Black Yarn Productions (we współpracy z Atlas Industries i A Bigger Boat) założonej przez Ryana Lewisa i Josha Malermana, autora między innymi powieści „Nie otwieraj oczu”, przeniesionej na ekran przez Susanne Bier. Premiera pierwszego długometrażowego fabularnego obrazu O'Grady'ego odbyła się na Tribeca Film Festival w czerwcu 2021 roku. Do amerykańskich kin został wpuszczony już we wrześniu tego samego roku – główny dystrybutor IFC Films/IFC Midnight. W Polsce film pojawił się w grudniu 2021 roku w usłudze CDA Premium.

Historia zamknięta w łazience. Z wyjątkiem niedługich wycieczek w nieodległą przeszłość: sceny retrospektywne. Czteroosobowa rodzina - dwoje dzieci i małżeństwo w kryzysie - „ściśnięta” w łazience we własnym domu. Max Booth III wymyślił tę historię na użytek minipowieści „We Need to Do Something” (pomijam ewentualne zmiany wprowadzone do scenariusza – nie czytałam oryginalnej wersji, nie jestem więc w stanie ocenić w jakim stopniu film pokrywa się z książką), którą ukończył przed wybuchem pandemii COVID-19, ale Sean King O'Grady uznał, że teraz, w okresie panowania śmiercionośnego wirusa, opowieść Bootha zyskuje na znaczeniu. Książkę według reżysera tego drugiego można traktować jako alegorię, zupełnie przypadkowe - niektórzy mogą nazwać to proroctwem – odbicie zbiorowego lęku, zbiorowej traumy, paniki wywołanej zabójczą działalnością SARS-CoV-2. Filmowa wersja „We Need to Do Something” tworzyła się już w warunkach pandemicznych, co musiało być dość ciekawym doświadczeniem. Bierzemy na warsztat opowieść, która tak bardzo przypomina nasze obecne życie, choć narodziła się w zupełnie innej rzeczywistości. Uwięzieni we własnym domu. Stłoczeni w małej przestrzeni, niczym zwierzęta w klatce, jak te sardynki w puszce, biedni zdetronizowani „władcy” planety Ziemia. Samozwańczy królowie, którym Matka Natura pokaże, kto tu rządzi. Albo nie, bo wcale nie musimy mieć tutaj do czynienia ze zjawiskiem naturalnym. Ale gdyby, to gatunek ludzki najpewniej prędzej dokona samozniszczenia, niż przyzna, że z Naturą nie wygra. Nie spokornieje. Nie złoży broni. Choćby miało to znacznie zwiększyć bilans ofiar w ludziach, będziemy walczyć. Tylko jak długo, jak to się ładnie mówi, wolny człowiek wytrzyma w czterech ścianach? Tutaj dosłownie, dokładnie czterech. Bo bohaterowie „Musimy coś zrobić” Seana Kinga O'Grady'ego w przeciwieństwie do, zakładam, większości osób zamykanych i zamykających się w dobie najgroźniejszego z dotychczas odkrytych koronawirusów, mają do swojej dyspozycji tylko jedno małe pomieszczenie. Diane (przyzwoity występ Vinessy Shaw, którą fani kina grozy mogą kojarzyć choćby ze „Wzgórza mają oczy” Alexandre'a Aja, czy „Pobawmy się” Makinova, pierwszy to oczywiście remake kultowego obrazu Wesa Cravena pod tym samym tytułem, a drugi to remake też kultowego „Czy zabiłbyś dziecko?” Narcisa Ibáñeza Serradora), jej mąż Robert (w tej roli Pat Healy – m.in. „Zajazd pod duchem” Ti Westa oraz „Gwiazdy w oczach” Kevina Kölscha i Dennisa Widmyera – który trzeba przyznać dostał niemałe pole do popisu i moim zdaniem się spisał, a jakże!), ich nastoletnia córka Melissa (niezła kreacja Sierry McCormick) oraz kilka lat młodszy syn Bobby (no, no, rośnie nowa gwiazda; świetny mały John James Cronin), to w zasadzie jedyne postacie, z jakimi spotkamy się na głównym torze fabularnym. W umownej teraźniejszości. Pomijam tu oczywiście głosy, w tym Ozzy'ego Osbourne'a, który bardzo możliwe, że zjeży włosy na głowie. W każdym razie scenka z jego udziałem (wyłącznie głos) to jedna z tych bardziej upiornych. Przynajmniej w zamierzeniu, ale jeśli o mnie chodzi to tak, zadziałało. Się troszkę zlękłam. W sumie nietęgo się czułam praktycznie przez cały ten seans. Ciasno, duszno, obskurnie. Ten rodzaj, jakby pobrudzonych, zdjęć, który dla mnie jest swego rodzaju wizytówką kina grozy z lat 70-tych i 80-tych XX wieku, a już zwłaszcza niskobudżetowych rąbanek. Co, wydaje mi się, było zaplanowane. Myślę, że twórcom zależało na tym , by „Musimy coś zrobić” klimatem bardziej przystawał do tego, co było niż do tego, co jest teraz. Żeby był kojarzony ze starszymi i trzeba dodać umiarkowanie krwawymi horrorami. Wskazują na to choćby plansza tytułowa i napisy końcowe: niewątpliwie retro. Ale i bez nich pewnie skłaniałabym się ku czemuś co pozwolę sobie nazwać małym pomnikiem dla brudnych horrorów z lat 70-tych i 80-tych. Akcja toczy się w czasach współczesnych (smartfony), ale właściwie bez przerwy wydobywa się z tego boski smrodzik (oksymoron zamierzony) „zamierzchłych czasów”. Stare wdziera się w nowe. Plastikowa tandeta made in Hollywood nie ma tutaj wstępu. Przegoniona przez ten wspaniały odór, jakże przyjemny zapaszek przeszłości, która prawdę mówiąc już jakiś czas temu zaczęła rozgaszczać się w wieku obecnym. Coraz więcej tych powrotów do przeszłości w gatunku horroru. Nie żeby mnie to smuciło. Wręcz przeciwnie.

Musimy coś zrobić” Seana Kinga O'Grady'ego otwiera się już w łazience. Bohaterowie już umościli się w tym raczej niezbyt wygodnym pomieszczeniu, w którym naturalnie nie mają zamiaru zapuszczać korzeni. Chcą tylko przeczekać burzę. Nie byle jaką. Meteorolodzy przestrzegali przed tornadem – stąd te, powiedzmy, drastyczne środki ostrożności podjęte przez czteroosobową familię. Dlaczego akurat łazienka? Dobrze, piwnicy pewnie nie mają. Tyle można się domyślić, ale dlaczego łazienka, a nie na przykład salon? Może tu ściany są silniejsze? Nie wiem, nie znam się. Zresztą, jakie to ma znaczenie? W końcu gdzieś wypadało się schować. Tak na wszelki wypadek. Na wypadek, gdyby prognozy (wyjątkowo hehe) się sprawdziły. Padło na łazienkę i koniec pieśni. Wybór dobry, jak każdy inny. A jednak nie. Najgorszy z możliwych. Gdyby Robert, Diane i ich dzieci zostali w salonie to, o ile nie staliby w miejscu, w którym nagle pojawiło się drzewo, to najpewniej wyszliby z tego co najwyżej z jakimiś niegroźnymi obrażaniami – siniaki, zadrapania, te rzeczy. Bo tak się nader niefortunnie złożyło, że wspomniane już drzewo spadło zaraz za jedynymi drzwiami do łazienki. Blokada. Drzwi otwierają się na szerokość wystarczającą, by przedarło się przez nie „jakieś” rozjuszone, pełzające stworzenie, ale człowiek na pewno się nie przeciśnie. Chyba że najmłodszy członek tej nieszczęsnej rodziny... Wyważyć drzwi się nie udaje. Rozwalić raczej nie ma czym. Ściągnąć z zawiasów widocznie też się nie da. Tak czy owak, jedyne czego próbują przypadkowi więźniowie, to uderzanie, pchanie, kopanie w przeklęty „kawał dechy”. A wszystko przez tornado, czy tam zwykłą burzę? Otóż niekoniecznie. Przez jakiś czas to owszem będzie jedyne wyjaśnienie rozpaczliwego położenia bohaterów „Musimy coś zrobić”. Potem jednak sprawa nieco się skomplikuje. Nie będzie już tak klarowna, jak na początku. Nagle wleci mgiełka tajemniczości, która będzie się powoli, powolutku, zagęszczać. Jakby rzeczywistość właśnie przechodziła ze stanu twardego w ciekły. Witamy w Strefie Mroku. W świecie, w którym na pewno nie poczujesz się jak w domu. Coś jak inny wymiar. À la alternatywna rzeczywistość, nieporównywalnie bardziej niebezpieczna od tej, w której dotychczas egzystowałeś. Albo najzwyczajniejszy w świecie horroru zmasowany atak jakichś straszliwych stworzeń (na myśl nasunęła mi się „Mgła” Stephena Kinga). Może tylko jednego Złego, przybyłego z wewnątrz, z wnętrza, z gorących trzewi... Albo ulegamy zbiorowej histerii. Udziela nam się szaleństwo ludzi uwięzionych we własnym domu. Zaraza. Wirus psychozy. Nie wiemy już, czy to jawa, czy sen? Wspomnienia czy gorączkowe majaki. Projekcie poplątanego umysłu uwięzionego w nieubłaganie słabnącym, coraz głośniej dopraszającym się życiodajnego pokarmu ciele. Niechże to będzie nawet krakers, cokolwiek, choćby pląsający język. Mniami. Czy to jakieś czary? (Nie)klasyczne opętanie? Jakkolwiek będziemy to tłumaczyć, pewne jest, że najsłabszą psychikę w tym niewesołym gronie ma mąż i ojciec. Najmniej odporny na, bądź co bądź, ogromny stres. Życie w zamknięciu, można powiedzieć, jemu służy najmniej. Inni jeszcze w miarę się trzymają, gdy granica jego wytrzymałości już dawno została przekroczona. Innymi słowy Roberta sytuacja przerasta jako pierwszego. Właściwie to bardzo szybko jego cierpliwości się wyczerpuje. Coś w nim pęka i trudno spodziewać się czego innego poza stopniowym poszerzaniem się owej szczeliny. Z niezbyt troskliwego, ale też poszkodowanego, mocno zranionego, męża, który najwyraźniej ma lepszy kontakt z synem niż z córką, w bezrozumne, miotające się stworzenie. Jego chłodne podejście do Melissy może mieć związek z jej orientacją seksualną, z faktem, że spotyka się z dziewczyną, na dodatek gotką. To tylko luźne przypuszczenie – bardzo luźne, bo tak naprawdę oparte jedynie na zwyczajowych, to jest częstych reakcjach ludzi na wszystko co odbiega od tak zwanej normy. Stosunek do tak zwanej inności. Robert wcale nie musi być jednak osobą uprzedzoną czy to do homoseksualistów czy osób utożsamiających się z subkulturą gotycką. „Musimy coś zrobić” nie jest kolejnym moralitetem – pod płaszczykiem horroru tak zwana nauka tolerancji, próba przekonania nieprzekonanych, że dyskryminacja tych czy innych mniejszości do niczego dobrego nie prowadzi. Nie, twórcy „Musimy coś zrobić” nie robią wielkiego halo z orientacji seksualnej Melissy. Zdecydowanie bardziej zajmują ich okultystyczne ciągoty jej dziewczyny, Amy (w miarę przekonujący występ Lisette Alexis, choć po takiej roli spodziewałabym się ciut większej charyzmy; mrocznej, potencjalnie niebezpiecznej, ale z jakiegoś powodu przyciągającej, na swój sposób magnetycznej osobowości). To już historia z retrospekcji, które pod koniec dobiegną do głównego toru fabularnego. Zaczynamy niejako od środka, potem co jakiś czas cofamy się w czasie (tutaj jest faktyczny początek tej historii), a gdy już te nitki się zbiegną, możemy szykować się na wielki finał. W każdym razie dość makabryczny, aczkolwiek żałuję, że O'Grady i jego ekipa nie przeszli przez furtkę, którą sobie uchylili. UWAGA SPOILER Kanibalizm in extremis. Nie tylko Robert, ale też jego żona i córka mogliby zasiąść do widmowego stołu, trochę na podobieństwo pewnej zdegenerowanej rodzinki z Teksasu (Leatherface i reszta ferajny) KONIEC SPOILERA. Poza obficie sikającą krwią, zobaczymy na przykład (w głębokiej czerwieni: prosta i sprawdzona – choćby „Za czarną tęczą” Panosa Cosmatosa metoda na wprowadzenie surrealistyczno-onirycznej atmosfery, nadanie takiego wyrazu) pęknięcie brzucha oraz pewną akcję z żyłam. To drugie to według mnie najśmielsza melodia gore, jaka rozlega się w tym obrazie. Melodia, którą chyba już gdzieś słyszałam: może w którejś odsłonie „Hellraisera”? Efekty specjalne praktyczne, soczyste... smakowite:)

Klaustrofobiczny, brudny, krwisty horror psychologiczny w niezbyt gęstych oparach surrealizmu/oniryzmu – taki tam lekki puszek. Tajemniczy do samego końca, niedający jasnych odpowiedzi film o rodzinie, która na gwałt musi coś zrobić. Znaleźć wyjście z pułapki, jaką stała się ich własna łazienka. Jeśli tu zostaną, z całą pewnością będą umierać powoli. W mękach. Jeśli natomiast uda im się wygrzebać z tej „nory”, to może zginą szybko. Albo będą żyć. „Musimy coś zrobić” Seana Kinga O'Grady'ego, film oparty na minipowieści Maxa Bootha III, który odpowiada też za jego scenariusz, to jeden z najciekawszych horrorów, jakie mi ten raczej kiepski 2021 rok przyniósł. Zdecydowanie moje klimaty.

poniedziałek, 13 grudnia 2021

Przemysław Borkowski „Śmierć nie ucieknie”

 

Wschodząca gwiazda polskiej sceny muzycznej, Julia Gierszewska, po przebudzeniu w swoim mieszkaniu w Warszawie odkrywa zwłoki swojego menadżera Janusza Kozery. Nie pamięta nic z ostatnich godzin, ale zakłada, że to ona odpowiada za śmierć mężczyzny. Spanikowana pakuje trochę najpotrzebniejszych rzeczy i wzywa taksówkę. Kiedy wychodzi z mieszkania kierowca już na nią czeka, młody mężczyzna w nieoznakowanym samochodzie, który zgadza się zawieźć Julię aż do Zakopanego. Jeszcze tego samego dnia Gabrieli Seredyńskiej prokurator Prokuratury Okręgowej w Warszawie zostaje powierzona sprawa śmierci Janusza Kozery. Śledztwo prowadzi podkomisarza Rajmund Nowaczyk, który nie wzbudza sympatii pani prokurator. Wszystko wydaje się nad wyraz oczywiste: życiowa i zawodowa partnerka Kozery zabiła go z jakiegoś sobie tylko znanego powodu, po czym zbiegła. Organy ścigania rozpoczynają pościg za główną podejrzaną, a sprawa trafia na pierwsze strony gazet. Prokurator Seredyńska wie, że musi działać bardzo ostrożnie ze względu na polityczną przeszłość ojca Gierszewskiej, który przed laty zginął w dość zagadkowych okolicznościach.

Wydana w 2021 roku „Śmierć nie ucieknie” to druga odsłona planowanej powieściowej serii kryminalnej z prokurator Prokuratury Okręgowej w Warszawie Gabrielą Seredyńską, która otwarła się w roku 2020 trzymającym w napięciu „Rytuałem łowcy”. Serii zaplanowanej przez Przemysława Borkowskiego, członka Kabaretu Moralnego Niepokoju, felietonisty, autora między innymi poczytnej powieściowej trylogii z psychologiem Zygmuntem Rozłuckim. „Śmierć nie ucieknie” zapoczątkował obrazek, który pewnego razu wykwitł w umyśle Borkowskiego. Można powiedzieć, że to stałe źródło jego pomysłów, że w takich właśnie oderwanych, niewiele mówiących scenkach, wizjach zwykle swój początek biorą jego powieści. Tym razem wyobraźnia podsunęła mu obraz kobiety wsiadającej do taksówki i każącej się wieźć do innego, znacznie oddalonego miasta. Skąd ta decyzja? Dlaczego zdecydowała się na tę podróż? Czyżby przed czymś uciekała? I co spodziewa się znaleźć albo co zamierza zrobić, gdy już dotrze do celu swojej desperackiej wyprawy? Nie muszę chyba dodawać, że odpowiedzi między innymi na te pytania znajdziecie w drugiej odsłonie emocjonującego cyklu z nieustępliwą panią prokurator, która tym razem łączy siły z podkomisarzem Rajmundem Nowaczykiem. Znany z „Rytuału łowcy” emerytowany już komisarz Piotr Aleksanderski też będzie miał swój – niewielki - wkład w śledztwo, które może bezpowrotnie zakończyć prokuratorską karierę Gabrieli Seredyńskiej.

Trzymająca w napięciu opowieść drogi nierównomiernie przeplatająca się z oficjalnym śledztwem, którego twarzą jest prokurator Gabriela Seredyńska, która swój pierwszy występ miała w „Rytuale łowcy” tego samego autora. Znajomość pierwszej odsłony tego kryminalnego cyklu Przemysława Borkowskiego nie jest jednak niezbędna do nadążania za fabułą „Śmierć nie ucieknie”. W zasadzie to dwa oddzielne, praktycznie niezwiązane ze sobą (poza niektórymi postaciami), niezazębiające się śledztwa. Różne sprawy prowadzone przez tę samą panią prokurator. Prokurator, która wbrew oczekiwaniom swojej przełożonej, nie zwykła nadzorować, koordynować policyjnych działań z biura. Gabriela Seredyńska, w przeciwieństwie do wielu swoich kolegów po fachu, lubi działać w terenie. Brać czynny udział w śledztwach, nierzadko pakując się przy tym w nieliche tarapaty. Instynkt myśliwego: jak Seredyńska już zwietrzy trop, to żadna siła nie powstrzyma jej przed pójściem za tym zapaszkiem, choćby i prosto ku przepaści. Jeśli będzie trzeba główna bohaterka zaplanowanej serii Przemysława Borkowskiego postawi na szali własne życie. Nic więc dziwnego, że niespecjalnie martwi ją widmo rychłego zakończenia – i to zapewne z hukiem – kariery, którą z takim trudem, z poświeceniem budowała. Sprawa w ogólnym zarysie przedstawia się tak: dawno, dawno temu żył sobie pewien polityk, profesor prawa, który znęcał się nad swoją żoną i nastoletnią córką. Piekło w czterech niby dźwiękoszczelnych ścianach, które po śmierci oprawcy nie tyle się skończyło, ile wskoczyło na inny szczebel. Matka i córka, ofiary długoletniej przemocy domowej, trafiły do zakładu psychiatrycznego, a sprawa została wyciszona przez wysoko postawionych partyjnych kolegów denata. Bez nazwisk, bez nazw partii, ale informacji jest dość, by średnio zorientowany w polskiej polityce czytelnik domyślił się, z którego ugrupowania wywodził się ów „zacny” profesor prawa. I która z autentycznych postaci w tej fikcyjnej (powtórzę: fikcyjnej) opowieści Borkowskiego grała pierwsze skrzypce w wyciszaniu sprawy dla partyjnych korzyści - słupki, słupki, słupki poparcia. Zbliżały się wybory, więc sami rozumiecie, nie było wyjścia. Trzeba było zrobić wszystko, żeby uniknąć skandalu. Wszystko dla koryta. Historia może i fikcyjna, ale taki obraz polskiego środowiska politycznego bynajmniej nie wydaje mi się przesadzony. Wracając do naszej „mrocznej baśni”. Dowody wskazywały na sprawstwo nastolatki, która w przeciwieństwie do swojej rodzicielki po paru latach opuściła ośrodek psychiatryczny. Została piosenkarką, której kariera w ostatnim czasie nabrała rozpędu. Wyszła ze swojej niszy. Wystarał się o to jej menadżer. Mężczyzna, z którym tworzyła dla niej na pewno nieszczęśliwy, skrajnie niesatysfakcjonujący związek. Jej historia zatoczyło koło. Od jednego brutala do następnego. Ich koniec podobny: mocny cios w głowę nieutrwalony w pamięci domniemanej sprawczyni. Piosenkarki, która za drugim razem spróbuje wymknąć się wymiarowi sprawiedliwości. Z Warszawy do Zakopanego w towarzystwie nowo poznanego młodego mężczyzny, którego pasażerka nie informuje o swoim nader kiepskim położeniu. Nie mówi mu, że jest poszukiwana przez policję i robi wszystko co w jej mocy, żeby nie dowiedział się tego z innych źródeł. Co nie jest łatwe, zważywszy na wzmożone zainteresowanie mediów tą na pozór oczywistą sprawą. Winna została wskazana już na początku. Policji pozostaje już tylko rzucić się w pogoń za zabójczynią, która uwikłała niczego nieświadomego, biednego młodego człowieka w swoją przestępczą działalność.

(źródło: https://pl-pl.facebook.com/pzborkowski/)

Każdy naród musi przynajmniej raz w ciągu swojej historii zwariować, a prokurator Seredyńska miała ostatnio nieodparte wrażenie, że ten moment w dziejach Polski nieuchronnie się zbliża.”

Akcja „Śmierć nie ucieknie” biegnie po dwóch przylegających do siebie torach. Pierwszym pociągiem kieruje prokurator Gabriela Seredyńska, a drugim Julia Gierszewska. Choć jeśli chodzi o uciekającą piosenkarkę słowo „kieruje” wydaje się być na wyrost. Ujmijmy to więc tak: Gabriela i Julia są centralnymi postaciami tej historii. Tej pierwszej dostaje się przestrzeń stricte kryminalna, a drugiej opowieść drogi z solidnym podłożem psychologicznym. Śledztwo prokurator Gabrieli Seredyńskiej i podkomisarza Rajmunda Nowaczyka wprawdzie też nie grzeszy „psychologiczną pustką”, ale analityczne oko Przemysława Borkowskiego niewątpliwie chętniej kieruje się na postać, której, w przeciwieństwie do pani Seredyńskiej, nie mieliśmy jeszcze okazji poznać (nie spotkacie jej w „Rytuale łowcy”). Z Julią miał więc Borkowski większe pole manewru – główną bohaterkę tego cyklu dokładnie scharakteryzował już w poprzednim tomie. Julia była czystą kartą, która dopraszała się o wypełnienie. I jakie to wypełnienie! Spodziewacie się zimnokrwistej zabójczyni, niekwestionowanej antybohaterki? Tak byłoby łatwiej, ale autor „Śmierć nie ucieknie” w swojej mądrości przewidział dla Julii inną rolę w tej historii. Dostrzegł w niej większy potencjał. A że nie boi się wyzwań... Bo to, jak sadzę, było jakieś wyzwanie, nawet dla tak trzeźwo patrzącego na świat (nie tylko w czerni i bieli) artystę, jakim według mnie jest Przemysław Borkowski. Było to jakieś ryzyko, bo jak by nie patrzeć autor dołożył starań, aby czytelnik mocno przywiązał się do kobiety, która z całą pewnością zbłądziła. Głównej podejrzanej o zabójstwo swojego menadżera i chłopaka, która w okresie nastoletnim została uznana za winną spowodowania śmierci swojego ojca. Przypuszcza się, że po raz pierwszy zabiła w samoobronie, ale nic nie wskazuje na to, żeby Janusz Kozera zginął w podobnych okolicznościach. Na pewno w podobny sposób, ale śledczy nie mają powodu, żeby zakładać, że Julia znowu się broniła przed rozwścieczonym mężczyzną. Co najwyżej działała w afekcie, w silnych emocjach. Niewykluczone też, że dopadła ją jakaś choroba psychiczna. W końcu ma za sobą przymusowy pobyt w zakładzie psychiatrycznym. Tragiczna przeszłość Julii będzie się odsłaniać stopniowo, karta po karcie. Podczas jej straceńczej podróży do Zakopanego. Z niejakim Markiem Ziembą, taksówkarzem, którego Julia czyni kimś w rodzaju mimowolnego, nieświadomego wspólnika, którego wciąga na wybitnie wyboistą ścieżkę. Nie pamięta jak na nią wkroczyła. Nie potrafi przypomnieć sobie ataku na Janusza Kozerę, ale nie ma wątpliwości, że to ona sprowadziła na niego śmierć. Przejścia tej „egzotycznej pary” - Julii i Marka/Bonnie i Clyde'a (autor sam podrzuca ten trop, ale prawdę mówiąc to, bądź co bądź, przyjemne skojarzenie nawiedziło mnie wcześniej) - zmierzającej do Zakopanego, to z jednej strony iście sensacyjna, obfitująca w wydarzenia, szaleńczo rozpędzona opowiastka, a z drugiej wyczerpujące, dokładne studium tak naprawdę dwóch osobowości. Już nieporównywalnie wolniej rozsnuwana, zajmująca opowieść o ludziach niemających nic do stracenia (a przynajmniej tak im się wydaje), ludziach, którym jest już wszystko jedno. Ludziach postawionych pod ścianą, którym, warto nadmienić, sprzyja aktualna sytuacja panująca w kraju. „Apokaliptyczne realia”, w jakich przyszło im żyć. W zamaskowanym społeczeństwie łatwiej ukryć się przed policją. Julia w pewnym momencie dochodzi do wniosku, że nawet sama Marilyn Monroe nie zostałaby rozpoznana, gdyby stosowała się do tych wytycznych, które jakoby mają zatrzymać transmisję śmiercionośnego wirusa. A w połączeniu z lockdownami uratować życie milionów istnień. Przynajmniej do następnej fali... Tak czy inaczej i Marek, i Julia odczuli już negatywne skutki tak zwanej walki z covidem. On zdecydowanie bardziej od niej. Ona nie tylko zdołała utrzymać się na powierzchni, ale niedawno zaczęła nawet wypływać na szersze wody. A Marek? Pamiętacie coś takiego jak solidarność społeczna? No więc Marek był jednym z tych, którzy musieli się poświęcić dla dobra ogółu. Przebija ze „Śmierć nie ucieknie” gorycz. Gorycz poszkodowanego, którego los nikogo nie obszedł. Marek jest jednym z tych, których poświęcono, których satysfakcjonujące życie zawodowe przekreślono jednym rozporządzeniem. Borkowski nie każe nam się zastanawiać nad skutecznością tej taktyki, nie wdaje się w jakąś polemikę, nie feruje wyroków, nikogo nie osądza. Po prostu stwierdza fakt: lockdown nie jest „nieinwazyjną metodą leczenia”. To tak już trochę na uboczu, gdzieś na marginesie tej wciągającej, dość ponurej i niestety dość mocno przewidywalnej opowieści o straszliwie doświadczonej, pogubionej młodej kobiecie, dla której już być może nie ma żadnej nadziei (naprawdę smutna, wręcz wstrząsająca opowieść); jej nie tak znowu tajemniczym towarzyszu podróży i oczywiście mocno zdeterminowanej pani prokurator, która na pewno nie należy do tych strachliwych. I do tych, co to zwykli uważać się za lepszych od imigrantów ekonomicznych – nieprzyjazny, nieufny, bywa że i jawnie wrogi, konfrontacyjny stosunek części Polaków względem Ukraińców, którzy starają się dorobić trochę grosza. Postawa, która doprowadza do szewskiej pasji Gabrielę Seredyńską. Innym alergenem - choć może już trochę mniejszym - jest podkomisarz Rajmund Nowaczyk. Człowiek, którego pani prokurator znielubiła praktycznie od pierwszego wejrzenia.

Poziom moim zdaniem zachowany. Przemysław Borkowski wciąż w wysokiej formie. Powieść ani lepsza, ani gorsza od swojej poprzedniczki. Od pierwszego tomu mrocznych przygód prokurator Gabrieli Serdyńskiej, „Rytuału łowcy”. Fabularnie „Śmierć nie ucieknie” wydaje się być bardziej rozbudowana: intryga składająca się z większej ilości wątków, wielowarstwowa, bardziej złożona. W dużym stopniu przewidywalna, ale to nic. Jak się dostaje tak dogłębnie scharakteryzowane, fascynujące postaci, taki moim zdaniem nieprzekłamany, niewydelikacony, niepolukrowany obraz naszego polskiego piekiełka, współczesnych twardych realiów: mnóstwo odcieni szarości, niewiele bieli, trochę więcej czerni, to naprawdę można się obyć bez wielkich niespodzianek. Sprawdź to sam/a, jeśli nie wierzysz.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu