piątek, 30 grudnia 2011

Głosowanie

Witam wszystkich! Chciałabym przygotować zestawianie najlepszych filmów pierwszej dekady XXI wieku (premiera od 1 stycznia 2001 roku do 31 grudnia 2010 roku), aczkolwiek chciałabym żeby w zestawieniu znalazły się filmy wybrane przez wielbicieli kina grozy, zamiast moich subiektywnych odczuć. Z tego powodu bardzo proszę czytelników bloga o wymienianie w komentarzach lub w mailu do mnie (buffy1977@wp.pl) swoich trzech ulubionych horrorów z tego okresu. Filmy, które zdobędą najwięcej głosów znajdą się w zestawieniu. Głosowanie trwa do 15 stycznia 2012 roku.
Z góry dziękuję za głosy i życzę wszystkim horrormaniakom Szczęśliwego Nowego Roku!

środa, 28 grudnia 2011

Podsumowanie roku 2011

Jeden z najgorszych roczków dla kina grozy (jeśli nie najgorszy) już prawie dobiegł końca. W tym roku szalenie trudno było mi znaleźć obrazy godne uwagi z 2011 roku, ale przymykając lekko oczy na niedoróbki niektórych filmów jakoś udało mi się wybrać te pozycje, które według mnie zasługują na pochwałę. Natomiast o wiele prościej było z tymi słabszymi produkcjami, gdyż w tym roku na pewno ich nie zabrakło. Zaskakuje fakt, iż mijający rok dostarczył nam takiego podgatunkowego zróżnicowania - mieliśmy okazję obcować z obrazami torture porn, animal attack, wampirami, wilkołakami, teen-slasherami, gore, kinem satanistycznym oraz horrorem science-fiction. Ale to nie znaczy, że jakościowo wszystkie te filmy zdają egzamin... Miejmy tylko nadzieję, że następny rok będzie odrobinę łaskawszy dla tego gatunku filmowego - w końcu patrząc na zapowiedzi spokojnie można żywić taką nadzieję.

Pomyłki roku 2011

6. "Oszukać przeznaczenie 5" - przez wielu oczekiwana kolejna część popularnej serii teen-horrorów, która wiernych jej fanów całkowicie zadowoliła, ale wielbicieli kina grozy wprawiła w lekką irytację. Po średnio udanej, efekciarskiej czwórce mieliśmy nadzieję, że twórcy odsłony piątej wrócą raczej do konwencji trzech pierwszych filmów, zamiast kolejny raz serwować nam oklepaną fabułę pełną efektów specjalnych. Niestety. "Oszukać przeznaczenie 5" bazuje tylko i wyłącznie na wymyślnych scenach mordów, które aż rażą po oczach brakiem jakiegokolwiek realizmu. Fabuła niczym nas nie zaskakuje, powiela utarte schematy, nie dodając prawie nic nowego do znanej nam już historii, a co chyba najgorsze przez połowę seansu również nudzi zbędnymi, mało interesującymi dialogami bohaterów. Na uwagę zasługuje przede wszystkim zakończenie, które daje widzom jasno do zrozumienia, że miał do czynienia z prequelem, ale to niestety za mało, żeby zadowolić starych wyjadaczy kina grozy.

5. "Hostel 3" - zmiana reżysera oraz miejsca akcji trzeciej odsłony popularnej serii torture porn nie wyszła temu obrazowi na dobre. Szczątkowa fabuła, słabe aktorstwo oraz mało przekonujące sceny mordów sprawiają, że naprawdę ciężko jest przetrwać seans bezboleśnie. Jedynym plusem tego obrazu jest chyba rzadko ostatnio spotykana obecność sztucznej krwi na planie (zamiast wygenerowanie jej komputerowo), ale z drugiej strony twórcy nie postarali się o jej przekonującą barwę oraz konsystencję - w efekcie serwując widzom mordy, w które nie sposób uwierzyć i choćby przez chwilę poczuć obrzydzenia. Kolejny sequel, który dobitnie udowadnia, że żerowanie na znanym tytule nie odbywa się w trosce o widza, ale o pełne kieszenie twórców.

4. "Noc rekinów" - żart roku! Wzorowany na remake'u "Piranii" animal attack nakręcony chyba z myślą o najmłodszych widzach. Pełen niedorzeczności, wymuszonych żartów oraz sztucznych scen mordów powinien zostać zakwalifikowany do kina familijnego, zamiast horroru. Długo zastanawiałam się, czy nie umieścić tego obrazu na pierwszym miejscu owego zestawienia, ale w tym roku powstały jeszcze gorsze produkcje (niewiarygodne, ale prawdziwe), więc musiałam zadowolić się miejscem czwartym. Animal attack nigdy nie należał do ambitnego nurtu horroru, rzadko próbował straszyć widza - zamiast tego starał się kreować widowiskowe sylwetki morderczych zwierząt oraz iście przygodową fabułę, ale w "Nocy rekinów" niestety nie ma nawet tego. Fabuła nie posiada absolutnie żadnego interesującego akcentu, a sylwetki rekinów... no cóż, chyba nikt nie uwierzy, że te rybki są żywe.

3. "Skowyt: Odrodzenie" - ostatnimi czasy najsłynniejsze sylwetki horroru są bezlitośnie ośmieszane w obrazach przeznaczonych przede wszystkim dla nastolatków. Wampiry i wilkołaki nie są już krwiożerczymi bestiami tylko przystojnymi chłopcami pałającymi wielką miłością do śmiertelniczek (blee). Taka parodia nie ominęła również kolejnej kontynuacji słynnego tytułu "Skowyt", zapoczątkowanego w 1981 roku przez Joe Dantego. Po 30-stu latach powstała kolejna część owej serii, która poza mało widowiskowymi efektami specjalnymi, młodocianymi przygłupimi bohaterami oraz wątkiem miłosnym pomiędzy wilkołakiem i śmiertelniczką dorosłym widzom nie ma sobą nic do zaoferowania. Kolejny filmik familijny, który górnolotnie aspiruje do bycia horrorem, którym w żadnym razie być nie może.

2. "Dzieci kukurydzy: Geneza" - kolejny tasiemiec zapoczątkowany nowelą Stephena Kinga. Pierwszy film serii wyreżyserowany przez Fritza Kierscha ukazał się w 1984 roku. Natomiast w 2011 roku mieliśmy możliwość obcować z jego ósmą już odsłoną.Głupota głównych bohaterów nie zna tutaj żadnych granic, atmosfery grozy nie ma wcale, a fabuła poza początkiem i zakończeniem może posłużyć za całkiem skuteczny lek nasenny. Ten film dobitnie udowadnia, że tytuł "Dzieci kukurydzy" nie ma nam już nic ciekawego do pokazania i w trosce o własne zdrowie psychiczne radzę unikać widzom kolejnych odsłon tej serii, bo że takowe wkrótce powstaną nie mam żadnych wątpliwości.

1. "Hellraiser: Revelations" - "dumny" zdobywca pierwszego miejsca największych pomyłek 2011 roku. Dziewiąta odsłona zapoczątkowanej w 1987 roku przez Clive'a Barkera serii o morderczych Cenobitach na podstawie jego własnego opowiadania. Jeśli chcecie zobaczyć do bólu sztuczne sceny mordów, tak amatorsko wykonane, że aż nie sposób na to patrzeć to jest to obraz przeznaczony właśnie dla was. Realizacja, jak mówi przysłowie leży i kwiczy, kamera chaotycznie lata po planie, nie dając widzom szansy skupienia się na fabule. Zresztą sama fabuła również niczym oryginalnym nie zaskakuje, ale za to zaskakuje obsada - myślałam, że widziałam już wszystkie odmiany drewnianego aktorstwa, ale o dziwo dzięki projekcji tego filmu odkryłam, że zawsze można zagrać gorzej. Chyba tylko masochistą może spodobać się ten żałosny twór amerykańskiego kina, ponieważ w trakcie seansu istnieje spora szansa, iż odbiorca niejednokrotnie poczuje niemal fizyczny ból - głowy na pewno:)

Perełki roku 2011

6. "Postrach nocy" - remake klasycznego horroru komediowego Toma Hollanda z 1985 roku. Jak przystało na XXI wiek pełen efektów specjalnych, które stawiają raczej na dynamiczną akcję, aniżeli potęgowanie klimatu grozy. Największym plusem tej produkcji jest kreacja wampira, która w obecnych czasach raczej się nie zdarza - zamiast cukierkowatego, zakochanego w śmiertelniczce krwiopijcy mamy naprawdę złego, łaknącego ludzkiej krwi potwora, który zewnętrznie może pochwalić się przyciągającą oko żeńskiej części widowni aparycją, ale za to wewnątrz jest prawdziwym wampirem z krwi i kości. Po przemianie z ludzkiej sylwetki w bestię sprawia iście demoniczne wrażenie - w tym aspekcie spece od efektów specjalnych wypadli wręcz doskonale. Choć nie dorównuje swojemu pierwowzorowi nowy "Postrach nocy" stanowi całkiem interesującą rozrywkę na nudny wieczór, a przy okazji wzbudza w nas nadzieję na powrót do klasycznej, przerażającej sylwetki wampira.

5. "Droga bez powrotu 4: Krwawe początki" - kolejna część popularnej serii zapoczątkowanej przez Roba Schmidt'a w 2003 roku świetnym survivalem, którego kontynuacja poszła już zupełnie inną drogą podgatunkową - takim sposobem każda kolejna część "Drogi bez powrotu" jest już zwyczajnym obrazem gore. Czwórka, o dziwo, nie powiela nudnej fabuły odsłony trzeciej, dając nam widowisko na miarę sequela, ale niestety pozostające daleko w tyle za pierwowzorem. Świetna muzyka, obrzydliwe sceny mordów i konsumpcji protagonistów przez zdeformowanych kanibali mają sporą szansę zdobyć serca wielbicieli krwawego horroru. Trochę razi schematyczość fabularna, zarówno w przedstawianych wydarzeniach, jak i charakterystyki głównych bohaterów, ale myślę, że spokojnie można przymknąć na to oko.

4. "Coś" - prequel kultowego horroru science-fiction Johna Carpentera z 1982 roku. Wysokobudżetowe widowisko, które stawia raczej na interesujące efekty specjalne, aniżeli klimat grozy. Jednakże jako kino science-fiction spisuje się niemalże doskonale. Prequel drobiazgowo nawiązuje do wspaniałego dzieła Carpentera sprzed lat, ale równocześnie dostosowuje się do wymagań współczesnego widza. Jako horror odrobinę rozczarowuje, ale całkowicie zadowala od strony rozrywkowej. Na szczęście reżyser podkreślił tutaj swój szacunek do pierwowzoru nie przesadzając zbytnio z efektami komputerowymi i udowadniając, że rzeczywiście oglądał film Carpentera. Szkoda tylko, że nie udało mu się osiągnąć takiego klimatu, jaki odczuwaliśmy obcując z wersją z 1982 roku, ale pomijając owe potknięcie raczej nie należy narzekać.

3. "Seconds Apart" - film ów znalazł się w zestawieniu najlepszych produkcji grozy 2011 roku z prostego powodu: otóż, wyróżnia go oryginalna fabuła, której ze świecą szukać w obecnych czasach w tym gatunku. Ponadto "Seconds Apart" nie powinien zawieść entuzjastów krwawego kina, pełnego wyszukanych scen mordów, które od strony realizatorskiej mogą pochwalić się sporym realizmem. Obraz ten, bardzo niesłusznie, jest raczej niedoceniany w Polsce, ale moim zdaniem wielbiciele kina grozy, poszukujący czegoś nowego w tym gatunku powinni jak najszybciej zapoznać się z tą pozycją.


2. "Rytuał" - kolejny horror, który o dziwo nie jest remakiem, sequelem ani prequelem. Satanistyczna produkcja z doborową obsadą, traktująca o popularnych ostatnio egzorcyzmach. Podobno film został oparty na faktach, ale to nie ten fakt sprawia, że w moim subiektywnym rankingu cieszy się mianem jednego z najlepszych horrorów roku 2011. Film niejednokrotnie wywołuje autentyczne uczucie przerażenia u odbiorcy, co zawdzięczamy przede wszystkim starannie stopniowanej atmosferze grozy oraz kilkoma smaczkami w kreacjach opętanych osób. Nie ukrywam, że horrory satanistyczne należą do moich ulubionych w tym gatunku, a "Rytuał" znajduje się w ich ścisłej czołówce. Oby więcej takich nastrojowych produkcji, zmuszających do myślenia, a nie będących jedynie odmóżdżającą rozrywką dla mas.

1. "Krzyk 4" - tutaj zapewne zaskoczę wszystkich:) Po piętnastu latach Wes Craven postanowił przypomnieć nam o jednej ze swoich najsłynniejszych serii kręcąc czwartą odsłonę teen-slashera wszech czasów. "Krzyk 4" podobnie jak jego poprzednicy jest swego rodzaju pastiszem najsłynniejszych slasherów, ale równocześnie ich subtelną parodią. Co ciekawe Craven również ucieka się tutaj do autoparodii poprzednich części "Krzyku". Podczas gdy pierwowzór z 1996 roku kpił z zafascynowania publiczności schematycznymi slasherami, sequel brał na tapetę ich kontynuację, a część trzecia zajęła się parodią trylogii, czwórka wyśmiewa obecną modę na remake'i, co zważywszy na zniechęcenie wielbicieli grozy do "odgrzewanych kotletów" powinno ich zadowolić. Zdecydowanie najkrwawsza część serii, która w moim mniemaniu przebiła trójkę. Zdaję sobie sprawę, że film ten nie cieszy się wielką popularnością wśród polskich widzów, ale jeśli o mnie chodzi Craven dał mi dokładnie to, czego oczekiwałam i z niecierpliwością wypatruję odsłony piątej.

wtorek, 27 grudnia 2011

"Coś" (2011)

Antarktyda. Grupa norweskich badaczy znajduje pod lodem obcą formę życia. Wzywają do pomocy amerykańską paleontolog, Kate Lloyd, która nie podziela ich entuzjazmu w związku ze znaleziskiem. Wkrótce kobieta odkrywa, że Obcy potrafi przybierać postacie innych ludzi. Wraz z Norwegami będzie musiała stoczyć walkę z bezwzględnym pozaziemskim wrogiem.

"Coś" Johna Carpentera z 1982 roku to jeden z najpopularniejszych horrorów science-fiction, więc raczej nie powinien nikogo dziwić fakt, iż współcześni twórcy postanowili po prawie 30-stu latach wskrzesić historię o Obcym siejącym terror na Antarktydzie. Tym razem jednak nie zdecydowano się na remake, ale prequel. Wszak historia przedstawiona przez Carpentera ma miejsce w amerykańskiej bazie badawczej, po masakrze u Norwegów. Reżyser prequela Matthijs van Heijningen Jr. postanowił po 30-stu latach rozwiać tajemnicę wydarzeń w norweskiej bazie na Antarktydzie, których widzowie mogli się tylko domyślać obcując z oryginałem. Swoją drogą długo trzeba było czekać, aby poznać początek tej historii... Szczerze mówiąc nie miałam wielkich oczekiwań względem tego filmu - po pierwsze boleśnie się już przekonałam, jaki poziom prezentują sobą horrory z 2011 roku, a po drugie miałam spore obawy, co do efektów specjalnych, którymi przepełnione są dzisiejsze produkcje wysokobudżetowe. Recenzje fanowskie, które miałam okazję przeczytać popadają w dwie przeciwstawne skrajności. Widzowie podzielili się na dwa obozy, z których jedni wychwalają film pod niebiosa, a drudzy nie pozostawiają na nim suchej nitki. Ja plasuję się gdzieś pośrodku, ale tylko dlatego, że jeszcze przed seansem obiecałam sobie, iż nie będę porównywać tego obrazu do zjawiskowego oryginału Carpentera, ponieważ z góry było wiadomo, iż prequel w starciu z nim nie ma najmniejszych szans, a ja chciałam choć odrobinę dobrze się bawić, zamiast zestawiać ze sobą oba filmy, narzekając na niedoróbki nowej wersji.

Nowe "Coś" kładzie szczególny nacisk na dynamiczną akcję - tutaj Obcy nie atakuje z ukrycia, jak w oryginale, niemalże natychmiast ujawnia swe demoniczne oblicze, rozpoczynając pogoń za naszymi protagonistami. Jak można się tego spodziewać taki zabieg oddziera film z klimatu grozy, ale na szczęście twórcy nie zapominają o zachowywaniu napięcia oraz podtrzymywaniu w widzach niepewności, co do prawdziwej tożsamości bohaterów, którym nota bene kibicują. Ten zabieg udał się reżyserowi znakomicie - podczas seansu nieustannie męczy nas pytanie, czy aby na pewno wszyscy są tymi, za których się podają. "Coś" straszy nas tutaj starymi, sprawdzonymi metodami, czyli na zasadzie zaskoczenia. Początkowo nawet to skutkuje, nagłe wyskakiwanie nie wiadomo skąd Obcego mimowolnie wymusza na widzu zryw z fotela, ale niestety szybko zaczynamy się do tego przyzwyczajać. Z biegiem trwania filmu będziemy już idealnie wyczuwać momenty pojawienia się wroga, więc o jakimkolwiek zaskoczeniu nie będzie już mowy. Tym oto sposobem dochodzimy do efektów specjalnych, których tak się obawiałam. Oczywiście, niczym mnie nie zaskoczyły - były tak sztuczne, jak się tego spodziewałam, ale o dziwo choć na pewno nie mają szans nikogo przestraszyć, czy choćby zniesmaczyć to wizualnie stanowią całkiem niezłe widowisko. Twórcy nie przesadzili w ingerencji komputerowej, choć miałam nadzieję, że chociaż krew będzie fizycznie obecna na planie - szkoda, że zdecydowali się na pikselową posokę, która jedynie potęgowała sztuczność scen mordów.

Fabuła doskonale współgra z historią Carpentera sprzed lat. Twórcy prequela zadbali nawet o takie szczególiki jak wbita w ścianę siekiera, którą w starej wersji znajdują Amerykanie w norweskiej placówce badawczej. Choć wiele momentów skopiowano z dzieła Carpentera, jak na przykład badanie na obecność Obcego w organizmach ludzi (choć tutaj ma nieco inny przebieg) to absolutnie nie psuje to ogólnego wyrazu filmu, który co tu dużo mówić, przynajmniej nie nudzi, a miejscami ma nawet szansę wzbudzić spore zainteresowanie u odbiorcy. Ponadto zadbano również o zimową scenerię, która z uwagi na swoje odizolowanie od cywilizacji (jak okiem sięgnąć nic tylko śnieg) znacznie potęguje alienację bohaterów, zmagających się z odrażającym pozaziemskim wrogiem.

Najwyrazistszą postacią jest oczywiście Amerykanka Kate Lloyd wykreowana przez gwiazdkę Hollywoodu Mary Elizabet Winstead, która szybko obejmuje dowodzenie nad Norwegami. Kobieta nie miała łatwego zadania z udźwignięciem swojej roli, ale myślę, że idealnie wczuła się w odgrywaną przez siebie postać, sprawiając, że widzowie utożsamiali się przede wszystkim z nią.

Prequel "Coś" jako horror nie jest w stanie całkowicie zadowolić widza, ponieważ brak mu klimatu grozy oraz realizmu w kreacjach Obcego. Ale już jako kino science-fiction radzi sobie całkiem nieźle. Wielbiciele starej wersji nie powinni być zanadto zawiedzeni, jeśli oczywiście zapamiętają, aby nie porównywać ze sobą obu filmów, ponieważ w zestawieniu z ponadczasowym dziełem Carpentera prequel zostaje daleko w tyle. Jako jednorazowa, odprężająca rozrywka nowy "Coś" całkowicie spełnia swoje zadanie. Aczkolwiek nadal mam nadzieję, że doczekam się w końcu czegoś nowego od Amerykanów, bo szczerze mówiąc powielanie pomysłów sprzed lat robi się już nudne.

sobota, 24 grudnia 2011

"Gremliny rozrabiają" (1984)

Billy dostaje w prezencie od ojca nietypowe zwierzątko, zwane mogwaiem, na którego ojciec woła Gizmo. Chłopak otacza swoje nowe zwierzątko staranną opieką, jednak przez nieuwagę łamie trzy żelazne zasady przekazane mu przez ojca. Na skutek tego Gizmo rozmnaża się, a jego potomstwo zaczyna siać terror w całym miasteczku.

Joe Dante, reżyser takich klasyków kina grozy, jak "Pirania" (1978) i "Skowyt" (1981) nakręcił również horror komediowy, który w obecnych czasach uchodzi już za klasykę. To fakt, że obraz "Gremliny rozrabiają" ma niewiele wspólnego z filmową grozą, ale jako komedia niezmiennie zapewnia widzom świetną zabawę. Nie ukrywam, że film najlepiej ogląda się właśnie w okresie świąt, zważywszy, że jego akcja toczy się w tym szczególnym okresie, a co za tym idzie znakomicie wprowadza odbiorcę w wigilijny klimat.

Według mnie najmocniejszym elementem tego obrazu jest Gizmo - słodziutkie stworzonko, od którego nie sposób oderwać wzroku (swego czasu prosiłam rodziców, żeby mi takiego kupili), ale którego hodowla nastręcza kilku problemów. Po pierwsze Gizmo jest uczulony na silne świało, zwłaszcza słoneczne, które może go nawet zabić. Po drugie w kontakcie, z choćby kroplą wody zaczyna się rozmnażać, a jego potomstwo wyskakuje z... pleców. Po trzecie, nie wolno go karmić po północy, ponieważ zamienia go to w krwiożerczego, ohydnego gremlina, który sieje zniszczenie wszędzie, gdzie tylko się pojawi. Bohater filmu, Billy, jak można się tego spodziewać łamie wszystkie zasady, co sprowadza mu na głowę całą chmarę odrażającego potomstwa Gizmo, którym dowodzi wredny gremlinek z siwym irokezem na głowie:) Od 1984 roku film wcale się nie zestarzał, nawet współczesny widz powinien być zadowolony z seansu, zwłaszcza jeśli nastawia się na komedię. Nie ukrywam, że ścieżka dźwiękowa należy do najlepszych, jakie miałam okazję słyszeć w filmie, skomponowana przez Jerry'ego Goldsmitha szybko wpada w ucho i nawet po skończonym seansie nie sposób szybko się od niej uwolnić.

"Gremliny rozrabiają" jest obowiązkową pozycją dla widzów pragnących za pośrednictwem filmu wejść w atmosferę świąt Bożego Narodzenia, a przy okazji trochę się pośmiać. Osoby gustujące w obrazach z małymi, wrednymi potworkami, które nota bene dzięki doskonałej robocie speców od efektów specjalnych wyglądają jak żywe, również nie powinny narzekać. Słowem: idealny film na ten szczególny zimowy okres, przeznaczony zarówno dla dorosłych, jak i młodszych widzów.

Wszystkim horrormaniakom życzę Wesołych Świąt!

czwartek, 22 grudnia 2011

Jack Ketchum "Poza sezonem"


Redaktorka Carla wynajmuje dom na odludziu na terenie nadmorskiego miasteczka Dead River w stanie Maine, aby trochę popracować nad książką, którą redaguje. Zaprasza do siebie chłopaka, siostrę wraz z jej wybrankiem oraz swojego byłego i jego dziewczynę. Szóstka przyjaciół ma nadzieję miło spędzić czas na spokojnej wsi, jednak jeszcze nie wiedzą, że tutejszą jaskinię zamieszkuje rodzinka bezwzględnych kanibali.

"Jeśli przeczytasz w Święto Dziękczynienia, nie zaśniesz do Bożego Narodzenia." (Stephen King)
Geneza debiutanckiej powieści Jacka Ketchuma jest niezwykle interesująca. Pierwszy raz wydana w 1981 roku po wielu cenzorskich przeróbkach mocniejszych scen została prawie natychmiast wycofana z księgarń. Wydawnictwo Ballantine przestraszyło się niepochlebnych recenzji krytyków względem tej powieści, ale zupełnie nie zwracało uwagi na wysoką sprzedaż książki wśród czytelników. Ketchum, jako debiutujący pisarz zgadzał się na ciągłe przeróbki swojego dzieła, które miały na celu ułagodzić przedstawioną w niej daleko posuniętą przemoc, a oryginał powieści wyrzucił do kosza. Po latach, kiedy już wydawnictwa dorosły do takiej prozy, oczywiście szczerze tego żałował, jednakże w miarę możliwości odtworzył to, co przedstawił w pierwszej wersji książki i wydał ją ponownie w nieocenzurowanej wersji w 1999 roku. Polscy czytelnicy mogli cieszyć się tą pozycją dopiero w 2010 roku, dzięki uprzejmości wydawnictwa Papierowy Księżyc, które również wypuściło na rynek wersję nieocenzurowaną "Poza sezonem".


Fabuła książki nie rozkręca się długo, właściwie to można powiedzieć, że niemalże od początku serwuje nam podróż w otchłań szaleństwa. Poznajemy szóstkę protagonistów, turystów z Nowego Jorku, którzy postanawiają odpocząć na wsi. Równolegle z nimi zostaje przedstawiony nam miejscowy szeryf oraz jego zastępca, którzy znaleźli w rzece ciężko pobitą kobietę, która twierdzi, że skrzywdzili ją dzikusy z całą gromadą dzieci na czele. Szeryf postanawia rozwiązać tę sprawę wysyłając do lasów w Dead River swoich ludzi w celu poszukiwań tajemniczych oprawców. Tymczasem owe dzikusy napadają na dom wynajęty przez Carlę. Podczas, gdy szeryf stara się odnaleźć zdeprawowanych morderców Carla wraz z przyjaciółmi stanie do walki nie tylko o życie, ale również swoje człowieczeństwo.

Charakteryzacja antagonistów do tego stopnia szokuje, że czytelnik co chwilę zastanawia się, czy jego umysł jest w stanie to przetrawić. Rodzinka prymitywnych kanibali składa się nie tylko z mężczyzn i kobiet, ale również z dzieci (wśród, których jedno jest w ciąży), a sam ten fakt łamie już jedno tabu powszechnie panujące na świecie, mówiące o niewinności i delikatności małego człowieka. Tutaj dzieci to krwiożercze bestie, które wraz z dorosłymi osobnikami ze swojego rodu mordują i zjadają ludzi - nie łudźcie się, że Ketchum tylko sugeruje tutaj kanibalizm, sceny konsumpcji ludzkiego mięsa opisał w najdrobniejszych szczegółach, więc radzę czytać tę powieść z jakimś pojemnikiem na wymioty pod ręką:) Ród antropofagów nie ma żadnych skrupułów również w kwestii seksu - nawet dzieci kopulują tutaj w niezwykle odrażający sposób, co oczywiście Ketchum dokładnie opisuje. Jaskinia, którą zamieszkują kanibale, niczym podobna im rodzinka Sawney'a Beana z legendy, skąpana jest w ekskrementach, krwi, ludzkich wnętrznościach i kościach, a to wszystko ze swojej klatki obserwuje chłopiec porwany przez odrażającą familię.

"W głębi ducha błagała Boga o wybaczenie, choć wiedziała, że nigdy go już nie zazna. Strach przed śmiercią zmuszał do popełniania najgorszych czynów."
Jack Ketchum nigdy nie starał się o dokładną charakterystykę swoich postaci, ale tutaj w mistrzowski sposób udało mu się uchwycić istotę rzeczy. Wszak głównym przesłaniem tej książki jest teza, iż każdy człowiek w odpowiednio ekstremalnych warunkach jest zdolny dosłownie do wszystkiego. Utracić człowieczeństwo wcale nie jest tak trudno, co dobitnie udowadniają nam protagoniści "Poza sezonem", którzy powoli, acz konsekwentnie upodabniają się do swoich oprawców. Instynkt przetrwania zmusza ich do rozpaczliwej walki i jak to u Ketchuma często bywa czytelnik z biegiem trwania powieści będzie równie przerażony poznając losy rodzinki kanibali, jak i zapoznając się z psychiką dobrych bohaterów. Tym bardziej, że przez cały czas będzie świadomy tego, iż na ich miejscu zrobiłby dokładnie to samo. Jak autor wspomina w posłowiu kolejność eliminacji poszczególnych bohaterów jest iście nietypowa, jak na horror. Ketchum przyznaje, że starał się wyjść tutaj poza utarty schemat, serwując czytelnikom coś, czego nie będą się spodziewali i czego nie będą chcieli. Tutaj nie ma happy endu, nawet dla osoby, która wychodzi cało z opresji - w końcu w trakcie jednej nocy zatraciła swoje człowieczeństwo, w jej perspektywie rozciąga się życie pełne nieustannego cierpienia. A my zostajemy z pytaniem: czy nie lepiej byłoby dla niej gdyby również umarła?

Nie będę tutaj rozwodzić się nad krwawymi momentami powieści, ale mogę obiecać czytelnikom, że są do tego stopnia nieludzkie, że zdziwię się, jeśli ktoś chociaż raz nie poczuje mdłości podczas obcowania z tą lekturą. Ja czułam je nieustannie i równocześnie przeklinałam swoją wyobraźnię, że jest w stanie wyklarować mi w umyśle obrazy zarysowywane przez Ketchuma. Hasło: tylko dla ludzi o mocnych nerwach staje się już nudne. Ilekroć recenzuję jakąś powieść tego autora zawsze to podkreślam, ale w przypadku "Poza sezonem" radzę podwójnie wziąć sobie to ostrzeżenie do serca. Tak mocnego horroru nigdy wcześniej nie czytałam i muszę przyznać, że to przeżycie było dla mnie wprost piorunujące. Wydawnictwo Replika zapowiedziało, że na początku 2012 roku wypuści na polski rynek kontynuację "Poza sezonem" zatytułowaną "Potomstwo", więc wielbiciele prozy Jacka Ketchuma już mogą zacierać ręce.

środa, 21 grudnia 2011

"Hostel 3" (2011)

Grupka przyjaciół świętuje wieczór kawalerski w Las Vegas. W jednym z kasyn poznają dwie kobiety, które namawiają ich na wzięcie udziału w przyjęciu, mającym miejsce z dala od centrum miasta. Gdy tam docierają stają się ofiarami bogatych morderców, którzy spędzają czas na torturowaniu lub obserwowaniu cierpień innych ludzi.

Krytyk filmowy David Edelstein po obejrzeniu "Hostelu 2" określił go, jako kino torture porn (gorno). Nazwa się przyjęła i od tego momentu wielbiciele kina grozy używają tego terminu na określenie horrorów obrazujących realistyczne sceny mordów, prezentowane z wyjątkową dokładnością. Od gore odróżnia ten nurt nie tylko realizm w prezentowaniu tortur oraz liczne zbliżenia kamery, ale również fakt, że tortur porn jest podgatunkiem horroru ogólnie dostępnym, przeznaczonym dla sporej grupy odbiorców, wyświetlanym w kinach i obliczonym na spore zyski. W przeciwieństwie do gore, które przez długi czas zmagało się z cenzurą, a w okresie swojej świetności było praktycznie niedostępne dla widzów, do czego przyczyniła się między innymi niesławna lista video nasty.

Pierwsze dwie części Eli'ego Rotha nie cieszą się w Polsce zbytnią popularnością, a największy zarzut Polaków względem tego obrazu zdaje się dotyczyć wyboru miejsca akcji obu filmów, jakim jest Słowacja oraz przedstawienie tego kraju, jako siedliska szaleńców, gdzie panuje przysłowiowy bród, smród i ubóstwo. Nieposiadający dystansu zarówno do siebie, jak i swoich geograficznych sąsiadów Polacy są przekonani, że po obejrzeniu którejś z dwóch pierwszych części "Hostelu" Amerykanie będą przekonani, że nasza część Europy tak właśnie wygląda. Dla mnie takie opinie są zwyczajnie śmieszne - w końcu, jeśli ktoś ocenia kraj przez pryzmat tego, co widzi w fikcyjnym horrorze posiada iloraz inteligencji tostera. Ale reżyser trzeciej odsłony Scott Spiegel zdaje się iść na rękę obrażalskim Polakom i ku ich zadowoleniu akcję swojego filmu przenosi ze Słowacji do Las Vegas, co moim zdaniem oddarło ten obraz z interesującego klimatu, odczuwanego w dwóch pierwszych częściach. Torturowanie ludzi na forum publicznym wprowadza pewną nowość do fabuły, ale na pewno przyznacie mi rację, gdy powiem, że krwawe mordy popełniane w ciemnych, wilgotnych lochach zaprezentowane przez Rotha zapewniały odbiorcom odrobinę mrocznego, klaustrofobicznego nastroju, którego zdecydowanie zabrakło w odsłonie trzeciej.

"Hostel 3" nakręcony specjalnie na potrzeby DVD, co pozwala sądzić, że posiadał dość ograniczony budżet, niestety nie radzi sobie pod kątem realizmu w prezentowaniu scen mordów. To mi bardziej przypominało gore, aniżeli torture porn, ponieważ sztuczność gra tutaj niestety pierwsze skrzypce, o jakimkolwiek realizmie w ukazywaniu tortur nie może być mowy. Za przykład może tutaj posłużyć zrywanie skóry twarzy z chłopaka, ku uciesze obserwującej to publiczności - wyblakła barwa krwi oraz zauważalnie gumowa faktura skóry, aż razi po oczach, a co za tym idzie twórcom nie udaje się osiągnąć zamierzonego efektu, jakim jest obrzydzenie widza. Zresztą takich mocnych, krwawych scen nie ma tutaj zbyt wiele, co już samo w sobie zaskakuje, ponieważ w końcu mamy do czynienia z "Hostelem", więc minimalizacja tortur zupełnie rozmija się z konwencją tej serii.

"Hostel 3" aspiruje do poważnego obrazu, pozbawionego czarnego humoru Rotha z wcześniejszych części. Co dodatkowo go pogrąża. W jedynce i dwójce ironiczne żarty doskonale współgrały z realistycznymi scenami mordów, bo w końcu branie na poważnie takiego obrazu może wywołać jedynie uczucie politowania u odbiorców. W charakteryzacji głównych bohaterów również nie dostrzegłam żadnych niespodzianek: ot, grupka młodych chłopaków myśląca i konwersująca tylko i wyłącznie o seksie, która przez swoją żądze pakuje się w poważne tarapaty. Dodatkowo denerwuje ich drewniane aktorstwo, choć w przypadku Briana Hallisay'a żeńska część widowni będzie przynajmniej miała na kim zawiesić oko:) Największym mankamentem na pewno jest niezwykle nużąca fabuła. Przez większość czasu nic ciekawego się nie dzieje, a przerywanie tej nudy okazjonalnymi scenami mało krwawych tortur niczego nie ratuje. Widzowie, dla których fabuła jest najważniejszym elementem filmu będą mocno zawiedzeni. Najpierw oglądamy mordy dokonywane przez "Elitarny Klub Myśliwski" (jak mówią o sobie bogaci dewianci), a potem świadkujemy karkołomnej ucieczce niedoszłej ofiary, która nota bene, aby przeżyć sama staje się oprawcą. Standardowy, oklepany do bólu ciąg wydarzeń, który niczym szczególnym nas nie uraczy.

Zdaje się, że współcześni twórcy horrorów nie byliby sobą, gdyby nie robili z każdego świeżego pomysłu, który przyniósł jakiś tam zysk serii - od "Piły" przez "Oszukać przeznaczenie" po właśnie "Hostel". Patrząc na odsłonę trzecią tego ostatniego reprezentanta XXI-wiecznego horroru można śmiało stwierdzić, że Amerykanie do reszty już ugrzęźli w marnych sequelach, które dla wielbicieli kina grozy nie przedstawiają żadnych wartości. Jak na razie muszę odpocząć od horrorów z 2011 roku, ponieważ takiej dawki absurdu, jaką zaoferował nam ten kiepski roczek nawet święty długo by nie wytrzymał.

niedziela, 18 grudnia 2011

"Postrach nocy" (2011)

Charlie Brewster nareszcie osiąga w życiu to, czego zawsze pragnął: staje się popularny w szkole, spotyka się z ładną dziewczyną. Jego życie zmienia się, kiedy do domu obok wprowadza się tajemniczy Jerry. Charlie zaczyna zauważać, że ludzie z jego otoczenia znikają, a Jerry coraz bardziej zaczyna się nim interesować. Chłopak próbuje ostrzec matkę i dziewczynę przed nowym sąsiadem, ale nikt mu nie wierzy - w końcu Charlie upiera się, że Jerry jest wampirem.

W 1985 roku Tom Holland zrobił kiczowaty horror komediowy, do którego po dziś dzień mam ogromny sentyment, zważywszy na fakt, że w dzieciństwie była to jedna z moich ulubionych pozycji filmowych. Raczej nikogo nie powinno zaskoczyć, że Hollywood zdecydowało się nakręcić remake "Postrachu nocy" Hollanda - nie dość, że teraz panuje moda na "odgrzewane kotlety" to na dodatek młodzi ludzie wykazują ogromne zainteresowanie wampiryzmem. Problem polega jednak na tym, że remake "Postrachu nocy" nie ma nic wspólnego z obecną modą na cukierkowatych krwiopijców, które przez większość seansu robią "maślane oczy" do jakiejś osobniczki rasy ludzkiej. Reżyser Craig Gillespie na szczęście oparł się pokusie kręcenia horroru wampirycznego dopasowanego do dzisiejszej mody, ale czy ten fakt wystarczy, aby sięgnąć po tę produkcję?

W XXI wieku ze świecą można szukać filmu, w którym wampiry są złe, ale nawet biorąc pod uwagę ten fakt jakoś nie mogłam zmusić się do entuzjazmu względem nowej wersji "Postrachu nocy" - podchodziłam do niej raczej sceptycznie, a po skończonym seansie pozostaje mi jedynie powiedzieć, że do arcydzieł na pewno ten obraz nie należy, ale jako zwykła rozrywka dla raczej młodych ludzi nadaje się idealnie. Pierwsza połowa jest zdecydowanie lepsza pod kątem grozy, choć oczywiście nie ma jej w tej produkcji za wiele. Na początku poznajemy Charliego, który żyje sobie z matką na amerykańskich przedmieściach, jest popularny i lubiany w szkole i umawia się z piękną dziewczyną. Następnie na scenę wkracza przystojny, nieco blady Jerry i w tym momencie żeńska część widowni powinna być zadowolona, gdyż w roli wampira zobaczymy nikogo innego, jak gwiazdę Hollywoodu, Colina Farrella. Miałam małe obawy, co do jego udziału w tej produkcji, ale muszę przyznać, że stanowi największą siłę obsady, o dziwo doskonale odnajduje się w roli wampira. Jerry jest przystojny, pomocny dla sąsiadów, do nastolatków zwraca się per "ziom" i w ogóle spoko z niego gość. Tyle, że Charlie mu nie ufa. Chłopak niczym Kale z "Niepokoju" (2007) zaczyna szpiegować nowego sąsiada, a w trakcie jednej nocy, gdy słyszy krzyk kobiety dobiegający z domu Jerry'ego wzywa policję. Oczywiście, gliniarze kupują jakąś bajeczkę sprzedaną im przez Jerry'ego i odjeżdżają, a Charlie postanawia sam uratować zniewoloną kobietę. Moment kiedy Chłopak wchodzi do domu nowego sąsiada, podobnie jak początkowa scena, w której wraz z kolegą przeszukuje dom jednej z zaginionych rodzin, zapewni widzom całkiem zgrabne budowanie napięcia. Połączenie mrocznej kolorystyki obrazu i nastrojowej ścieżki dźwiękowej skutecznie potęgują atmosferę, podczas wędrówki Charlie'ego po domostwie wampira. Kiedy już chłopak odnajduje dziewczynę i wychodzi z nią na zewnątrz dostajemy niespodziewaną scenę, podczas której przyznam się bez bicia, aż podskoczyłam:) Niestety, w tym momencie kończy się dbałość twórców o fabułę i klimat filmu, a na scenę wkracza efekciarstwo.

W drugiej połowie niestety nie zauważyłam zbyt wiele godnych uwagi elementów. Oczywiście, jeśli ktoś lubi efekty specjalne i całe mnóstwo wybuchów powinien być zadowolony, ale dla wielbicieli kina grozy jedyną ciekawą rzeczą jest tutaj zewnętrzna przemiana Jerry'ego (i nie tylko jego) w krwiożerczą bestię. Choć to również zawdzięczamy efektom komputerowym to muszę przyznać, że akurat w tym aspekcie spece postarali się - twarze wampirów sprawiają naprawdę demoniczne wrażenie. Pod koniec, na szczęście, klimat na chwilę wraca. UWAGA SPOILER Aczkolwiek unicestwienie Jerry'ego to już zwykła animacja - efekty specjalne osiągają tutaj maksimum kiczowatości KONIEC SPOILERA. Wytrwałym widzom radzę zajrzeć również na napisy końcowe - miła dla oka oprawa graficzna.

Remake "Postrachu nocy" nie posiada niestety zbyt wielu elementów horroru, twórcy stawiają raczej na jego oddźwięk komediowy, co akurat również nie wychodzi im zbyt dobrze - żarty bohaterów wydają się być do tego stopnia wymuszone i nieadekwatne do sytuacji, że jedyną reakcją jaką mogą osiągnąć u widzów to politowanie. Film posiada oczywiście kilka nastrojowych momentów w pierwszej połowie, dynamiczną akcję w drugiej oraz ciekawą kreację wampira, ale radzę nie traktować go jako czystego horroru. Fabularnie z oryginałem nie ma on zbyt wiele wspólnego, i całe szczęście, bo kolejnej kalki chyba bym nie zniosła, ale myślę, że mimo to można poświęcić na niego odrobinę swojego czasu. Traktowany jako niewymagająca myślenia rozrywka, z pogranicza przygodówki i dreszczowca całkowicie spełnia swoje zadanie. No i rzecz jasna nie nudzi, a to już spore osiągnięcie, jak na twór tego roku:)

piątek, 16 grudnia 2011

Polecam bloga

Nie każdy o tym wie, ale redaktor serwisu Horrormania, Miłosz Górniak, prowadzi również bloga (Kontrolowany Obłęd Myślami Makabrycznymi) poświęconego szeroko pojętej grozie. Na szczególną uwagę zasługują jego opowiadania, w których również ja się zaczytuję:) Miłosz poinformował mnie, że założył drugiego bloga o tematyce muzycznej oraz kulturalnej (http://znosnalekkoscniebytu.blogspot.com/). W każdym razie polecam gorąco - na pewno nie pożałujecie!

czwartek, 15 grudnia 2011

Shirley Jackson "Nawiedzony"


Naukowiec, Montague, zaprasza nieznane sobie osoby do domu, o którym krążą pogłoski, że jest nawiedzony, w celu napisania pracy badawczej o zjawiskach metafizycznych. Zaprasza dwie osoby, które w przeszłości miały do czynienia z czynnikami nadprzyrodzonymi: Eleanor, która po śmierci matki nie może znaleźć swojego miejsca na świecie oraz Theodorę, bezpośrednią kobietę, mającą słabe zdolności parapsychiczne. Ponadto Montague ściąga do Domu na Wzgórzu młodego Luke'a - przyszłego spadkobiercę owej posiadłości. Cała czwórka stawi czoło niewyobrażalnym zjawiskom, które rozegrają się w owianym złą sławą domu, bowiem jeśli ktoś już przekroczy jego próg niełatwo będzie mu znaleźć drogę powrotną.

"Wizyta w Domu na Wzgórzu po prostu wstrząsa fundamentami naszej percepcji. Tak właśnie, sugeruje autorka, mógłby wyglądać telepatyczny kontakt z szaleńcem" (Stephen King "Danse Macabre")
"Nawiedzony" Shirley Jackson jest książką, którą w Polsce praktycznie nie sposób dostać. Sama "polowałam" na nią kilka lat, aż w końcu udało mi się odkupić od kogoś używany egzemplarz (za cenę nowego). Kontaktując się w wydawnictwem Zysk i S-ka, które wypuściło na polski rynek ostatni mały nakład dowiedziałam się, że nie posiadają już nowych egzemplarzy, a sami jak na razie nie planują wznowienia nakładu. Zysk i S-ka ostatnie wydanie "Nawiedzonego" przeprowadziło w 2000 roku, tym samym wykorzystując fakt, iż w 1999 roku miała miejsce premiera remake'u filmu na postawie prozy Jackson pod tytułem właśnie "Nawiedzony" w reżyserii Jana De Bonta. Dlatego też polskie tłumaczenie tytułu zapożyczono od ekranizacji zamiast przetłumaczyć go dosłownie, czyli "Nawiedzony Dom na Wzgórzu", co oczywiście brzmi lepiej, ale odbiorcy mogliby nie zorientować się, że mają do czynienia z pierwowzorem filmu, co znacznie obniżyłoby sprzedaż książki. W efekcie wszystkie nowe egzemplarze zostały wyprzedane, a dzisiaj polscy wielbiciele horroru literackiego mają ogromne trudności ze zdobyciem tej pozycji.


"Nawiedzony" po raz pierwszy wydano w 1959 roku, ale pomimo upływu tylu lat nadal cieszy się niesłabnącą popularnością. Nic dziwnego, w końcu to kamień milowy światowej literatury gotyckiej. Wielokrotnie interpretowany, reklamowany m.in. przez samego Stephena Kinga, który "bez mrugnięcia okiem" zalicza ową pozycję do swoich ulubionych utworów epickich. Książka jest stosunkowo krótka (przeczytałam ją w jakieś dwie godziny) i to jest jej największym mankamentem. W końcu, kiedy czytelnik już wkroczy do Domu na Wzgórzu z miejsca się w nim zaaklimatyzuje. Dla mnie ta powieść mogłaby ciągnąć się przez tysiące stron, a mój entuzjazm w trakcie czytania nie osłabłby nawet na sekundę. Podpisuję się pod twierdzeniem Kinga (zamieszczonym w jego "Danse Macabre"), że pierwsze zdania "Nawiedzonego" brzmią tak pięknie, iż nie sposób o nich zapomnieć (najwspanialszy wstęp książki, jaki miałam okazję przeczytać). Co prawda tłumaczenie Marii Streszewskiej-Hallab z Zysk i S-ka nie brzmi najlepiej:
"Żaden żywy organizm nie może na dłuższą metę normalnie funkcjonować w warunkach absolutnego realizmu. Niektórzy utrzymują, że nawet skowronki i koniki polne miewają sny. Dom na Wzgórzu, choć nienormalny, opierał się samotnie o swoje pagórki i tulił ciemność w swym wnętrzu. Stał tak już osiemdziesiąt lat i zapewne stać tak będzie przez następne osiem dziesięcioleci. W środku ściany wznosiły się pionowo do góry, cegły przylegały równo jedna do drugiej, podłogi były w całkiem niezłym stanie, a drzwi - dobrze zamknięte. Pomiędzy drewnem a kamieniami Domu na Wzgórzu zalegała głucha cisza, a to, co po nim chodziło, chodziło samotnie."

Ale już owy fragment powieści zamieszczony w "Danse Macabre" Stephena Kinga wydawnictwa Prószyński i S-ka w tłumaczeniu Pauliny Braiter i Pawła Ziemkiewicza brzmi idealnie:"Żaden żyjący organizm nie może istnieć zbyt długo w warunkach absolutnej rzeczywistości, nie popadając w szaleństwo; są tacy, którzy twierdzą, że nawet skowronki i pasikoniki mają jakieś sny. Dom na Wzgórzu, szalony dom, stał samotnie pośród wzniesień, kryjąc w swym wnętrzu ciemność. Stał tak od osiemdziesięciu lat i mógł stać następnych osiemdziesiąt. Wewnątrz ściany wznosiły się pionowo, cegły ciasno przylegały do siebie, podłogi były mocne, a drzwi - starannie zamknięte. Gruby płaszcz ciszy pokrywał drewno i kamień Domu na Wzgórzu, a cokolwiek wędrowało w tych murach, wędrowało samotnie."

Co sprawiło, że powieść pisarki, która nie ma zbyt wiele wspólnego z literacką grozą zdobyła status kultowej i stała się jedną z najważniejszych książek gotyckich, jaką napisano? Oczywiście, na pewno przyczynił się do tego piękny język Jackson, którym skutecznie rozbudza wyobraźnię czytelników spragnionych mocnych wrażeń. Ponadto należy wspomnieć o dwutorowej interpretacji fabuły owej pozycji. Każdy czytelnik po skończonej lekturze będzie się zastanawiał, czy owiany złą sławą Dom na Wzgórzu rzeczywiście jest nawiedzony, czy tylko poznał historię opowiedzianą z punktu widzenia szaleńca. Rzecz jasna Shirley Jackson nie tylko tytułem, ale również samym wstępem jasno mówi nam, że Dom na Wzgórzu jest siedliskiem jakiś nadprzyrodzonych sił, ale w toku trwania lektury czytelnik szybko odkryje, że o żadnych widocznych oku materializacjach nie może być mowy. Dowiadujemy się, że w domu drzwi samoistnie się zamykają, że w nocy słychać jakieś tajemnicze odgłosy, ale nie jesteśmy pewni, czy bohaterowie rzeczywiście są świadkami tych zjawisk, czy zwyczajnie nie stali się ofiarami zbiorowej halucynacji. Naszą dezorientację interpretacyjną potęguje również postać głównej bohaterki - narcystycznej Eleanor, która żyje we własnej bajce, myśli tylko o sobie i jest przekonana, że pozostali bohaterowie oraz ewentualne duchy zagnieżdżone w Domu na Wzgórzu interesują się tylko nią. W efekcie właściwie nie wiemy, czy wkroczyliśmy do jej umysłu i obserwujemy wszystkie wydarzenia z jej wypaczonej perspektywy, czy może Eleanor jest winna wszystkim dziwnym zjawiskom rozgrywającym się w domu (aby zwrócić na siebie uwagę innych, co pasowałoby do jej chorobliwego egocentryzmu), czy może rzeczywiście mamy do czynienia z klasycznym nawiedzeniem. Myślę, że każdy czytelnik ma rzadko spotykaną możliwość dobrania sobie interpretacji, która go zadowoli, choć sama autorka pewnie chciałaby, abyśmy postawili raczej na zwyczajną metapsychikę (choć nie ukrywam, że obarczenie winą psychotycznego umysłu Eleanor wydaje się najbardziej nęcącą interpretacją).

"Nawiedzony" jest pozycją, której sie nie czyta, ale wręcz pożera. Mimo niewątpliwego dyskomfortu emocjonalnego podczas obcowania z tą powieścią (w końcu będziemy mieć do czynienia z domem o zaburzonych proporcjach, w którym niepodzielną władzę sprawuje wręcz nieznośna groza emanująca z kart powieści) nikt, kto już zapozna się z pierwszą stroną nie odłoży tej pozycji na półkę przed jej ukończeniem. Wielbiciele literackiego horroru mają obowiązek zapoznać się z tą książką nie tylko dlatego, że to już dzieło kultowe, ale również z uwagi na jej wysoki poziom warsztatowy - przyznam się szczerze, że jak dotąd jest to najlepsza powieść gotycka, z jaką miałam okazję obcować. Myślę również, że osoby nieinteresujące się szeroko pojętą grozą znajdą tutaj coś dla siebie. Miejmy tylko nadzieję, że jakieś polskie wydawnictwo zdecyduje się na wznowienie nakładu "Nawiedzonego", ponieważ szkoda, aby nasze społeczeństwo ominęło tak wielkie przeżycie kulturalne, jakie ja odczułam zapoznając się z tą pozycją. Osobom zainteresowanym kinematografią polecam ekranizację prozy Jackson z 1963 roku w reżyserii Roberta Wise'a oraz wspomniany już remake z 1999 roku. Ponadto zachęcam do przeczytania obszernej recenzji autorstwa Stephena Kinga zamieszczonej w "Danse Macabre".

niedziela, 11 grudnia 2011

Jack Ketchum "Królestwo spokoju"


Pierwszy na polskim rynku zbiór opowiadań mistrza bezkompromisowej grozy Jacka Ketchuma. Książki tego autora, jak dotąd, wydawał Papierowy Księżyc, ale "Królestwo spokoju" jest pierwszym (i mam nadzieję, że nie ostatnim) wyjątkiem od tej reguły. Dzięki uprzejmości wydawnictwa Replika wielbiciele mrocznej prozy Ketchuma mają okazję zapoznać się z 32 jego opowiadaniami, których kluczowym elementem jest suspens. We wstępie autor stwierdza: "Nie wiem, dlaczego ze mną wytrzymujecie" i już to pierwsze zdanie zmusza czytelnika do rozmowy z samym sobą. W ogólnym rozrachunku zastanawiająca jest kwestia tak wielkiej popularności tego autora. Przewodnim tematem jego twórczości jest ludzkie okrucieństwo, raniące nas do tego stopnia, że zwyczajnie nie mamy odwagi spojrzeć w lustro. Przez Ketchuma wstydzimy się rasy, do której przynależymy, wstydzimy się samych siebie. Nie pomaga również fakt, że spora część jego historii inspirowana jest prawdziwymi wydarzeniami. Więc, skoro jego proza sprawia nam tak wielki ból, dlaczego wciąż po nią sięgamy? Dlaczego jesteśmy wręcz głodni jego bezlitosnego pióra? Myślę, że ilekroć sięgamy po jakąkolwiek książkę Ketchuma możemy być pewni, że dostaniemy coś, o czym długo nie zapomnimy, coś, co niczym odłamki szkła wbije nam się w pamięć i nieodmiennie doprowadzi do prostej konkluzji, do której w jednym z opowiadań w tym zbiorze dochodzi również sam autor: "Jesteśmy jedynymi zwierzętami na Ziemi, które znajdują komfort w niszczeniu rzeczy". Literacki rynek światowy nie może pochwalić się wieloma pisarzami pokroju Jacka Ketchuma, który nie boi się przekazać nam prawdy o świecie, w którym żyjemy oraz, co jeszcze straszniejsze - okrutnej prawdy o nas samych. Właśnie to, aż do tej chwili pociągało polskich czytelników, obcujących z jego powieściami. "Dziewczyna z sąsiedztwa" was zaszokowała? "Jedyne dziecko" rozbudziło w was wściekłość? To teraz wyobraźcie sobie, że dzierżycie w dłoni 32 różne historie napisane przez tego samego autora, że otworem stoi przed wami droga do 32 raniących serce opowieści, których wspólnym tematem jest okrucieństwo ludzkie. Z pewnością nie jest to odpowiednia dawka Jacka Ketchuma dla ludzi o słabych nerwach.

"Królestwo spokoju" oferuje nam idealnie wyważoną kompilację bezkompromisowej grozy. Jak zwykle autor nie boi się poruszać ważnych problemów gnębiących ludzkość: kazirodztwo, kanibalizm, pedofilia, okrutne tortury, gwałty, zabójstwa na zlecenie, a nawet dewiacyjne zafascynowanie tzw. snuff movies. Ponadto, co akurat jest sporą nowością w twórczości Ketchuma, będziemy mieli okazję na zapoznanie się z klasycznymi historiami grozy: ghost story, zombie oraz animal attack. Na dodatek dostaniemy również opowieść snutą w realiach Dzikiego Zachodu. Niezły miszmasz, jak na jeden stosunkowo niedługi zbiór opowiadań. Z zasady nie przepadam za krótkimi formami literackimi, ale w tym przypadku muszę stwierdzić, że od czasu "Nocnej zmiany" Stephena Kinga pierwszy raz spotkałam się z tak równymi jakościowo opowiadaniami. Oczywiście, jak w każdym tego typu zbiorze zdarzyło się parę słabszych opowiastek - szczególnie w momentach wkraczania Ketchuma na grunt klasycznej grozy, ale to nie zmienia faktu, że przeważająca większość nowel tego autora wprost wbija czytelnika w fotel. Kiedy już zaczniemy, jakąś historię nie oderwiemy się od niej, aż do zaskakującego zakończenia, a potem będziemy chcieli jeszcze! Ketchum dopilnował, aby każde opowiadanie zachowywało narastające napięcie, którego kulminacja następuje dopiero w finale, do którego spragniony mocnego uderzenia czytelnik zmierza w zastraszająco szybkim tempie. To właśnie kwintesencja hitchcock'owskiego suspensu, którego Ketchum opanował do perfekcji.
Jack Ketchum, podobnie jak to miało miejsce we wcześniej wydanych na polskim rynku jego powieściach, tak i tutaj operuje prostym, nieskomplikowanym językiem, budując krótkie, treściwe zdania. Nie zawraca sobie głowy rozwlekłymi opisami, kładąc szczególny nacisk na wywołanie szoku u odbiorcy. Nie waha się przed licznymi wulgaryzmami, niczego nie upiększa - jednym słowem przedstawia wizję świata taką, jaka jest w rzeczywistości w całej jej odpychającej, odrażającej okazałości. Czytelnicy szybko odkryją, że obcując z "Królestwem spokoju" powinni raczej zadbać o pusty żołądek, tym bardziej, jeśli posiadają bogatą wyobraźnię:)

W jednym z opowiadań autor stwierdza: "Kiedy dzieje się źle, z pewnością będzie gorzej" i to zdanie idealnie podsumowuje "Królestwo spokoju". Jeśli jakaś historia zamieszczona w tym zbiorze was zniesmaczy, zaszokuje lub zdruzgocze to nie martwcie się - będzie jeszcze gorzej. Im dalej będziecie zanurzać się w świat Ketchuma, tym bardziej będziecie cierpieć. Na pewno jesteście na to gotowi?

piątek, 9 grudnia 2011

"Oszukać przeznaczenie 5" (2011)

Grupa młodych ludzi wybiera się na wycieczkę integracyjną. Przejeżdżając przez wiszący most główny bohater, Sam, doznaje sugestywnej wizji, która zmusza go do opuszczenia autobusu, wraz z kilkoma znajomymi. Chwilę później most zawala się, a osoby, którym udało się uciec przeznaczeniu stają się jego kolejnym celem.

Seria "Oszukać przeznaczenie" stała się pewnego rodzaju polem do popisu dla speców od efektów specjalnych, którzy prześcigają się w wymyślaniu coraz to bardziej spektakularnych scen mordów, nie bacząc na ich stopień wiarygodności. Nie napiszę nic odkrywczego na temat fabuły piątej części, bo i sam film z pewnością do takich nie należy. Na początku mamy wizję głównego bohatera, gdzie widzi, że wiszący most, którym właśnie podąża autobusem wraz ze swoimi znajomymi zawala się, doprowadzając do śmierci niemal wszystkich osób na nim przebywających. Następnie wizja zostaje przerwana, a przerażony Sam wyprowadza z autobusu paru swoich przyjaciół, tym samym ratując im życie. Most, rzecz jasna, spada do rzeki, zupełnie jak to przeczuwał Sam. Sprawę zaczyna badać policja, którą przede wszystkim interesuje to, skąd nasz bohater wiedział, że dojdzie do katastrofy - zupełnie jak w części pierwszej. Idąc dalej będziemy świadkami uroczystości żałobnej ku czci zmarłych na feralnym moście, czyli kolejna kopia motywu z jedynki. A potem, jak zwykle, mamy już tylko zgony cudem ocalałych z katastrofy w takiej kolejności, w jakiej mieli zginąć w jej trakcie, gdyby nie interwencja Sama. Nowością fabularną jest jedynie wprowadzenie kolejnego sposobu uniknięcia przez bohaterów krwawego przeznaczenia. Otóż, okazuje się, że wystarczy, aby zamordowali jakąś osobę trzecią, tym samym zawłaszczając sobie jej życie. Ciekawe urozmaicenie fabuły, dające widzom pewnego rodzaju ułudę, że nie oglądają idealnych kopii poprzednich części.

Akcja "Oszukać przeznaczenie 5" jest do tego stopnia nierówna, że zauważalnie oscyluje pomiędzy kompletną nudą a miłą dla spragnionych mocnych wrażeń widowiskowością. Sekwencje niekończących się, mało interesujących dialogów pomiędzy protagonistami przeplatają się z wygenerowanymi komputerowo scenami rzezi, które swoją drogą poza pikselową sztucznością nie mają nam nic do zaoferowania. Pomysłowość twórców odnośnie eliminacji bohaterów przez nieubłagane przeznaczenie, oczywiście, jest godna podziwu, ale co z tego, skoro zabrakło tutaj najważniejszego: wiarygodności. Reasumując, jeśli chodzi o krwawe momenty dostaniemy coś na kształt "Piranii 3D", choć akurat jedna akcja przeznaczenia przykuła moją uwagę - dziewczyna poszatkowana przez laser, podczas badania wzroku. Niezły wynik, jak na półtoragodzinny seans...

Najciekawsze jest z pewnością zakończenie - jedyny powód, dla którego warto trochę pomęczyć się przez te półtora godziny. Jednakże muszę tutaj zaznaczyć, że finał zaskoczy jedynie osoby, które widziały jedynkę. UWAGA SPOILER Ukazanie na końcu wydarzeń z pierwszej części serii zrobiło z piątki prequel - historia zatoczyła koło, a przy okazji w interesujący sposób zamknęła całą sagę. Jeśli twórcy nie zdecydują się na kręcenie kolejnego sequela to rozwiązanie fabularne pokazane nam w tym filmie idealnie wszystko zakończy KONIEC SPOILERA. Dodatkowo przed napisami końcowymi czeka nas niespodzianka, będąca kompilacją scen mordów z poprzednich części, mająca pewnie za zadanie zapewnić gratisowe wrażenia widzom oglądającym film w kinie w technologii 3D.

Aktorstwo stoi na zadziwiająco niskim poziomie, szczególnie w przypadku odtwórców dwóch głównych ról: Nicholasa D'Agosto i Emmy Bell. Każdy ich ruch, każdy dialog i mimika są do tego stopnia drewniane, że aż zastanawiałam się, jakim cudem dano im szansę zaprezentowania swoich możliwości w wysokobudżetowym filmie. Z obsady jedynie podobał mi się Tony Todd, który po nieobecności z trójce i czwórce znów miał możliwość pojawienia się w roli epizodycznej w odsłonie piątej, szkoda tylko, że tak krótko możemy z nim obcować:(

Niewiarygodne, ale piątka jak dla mnie jest jeszcze gorsza od marnej czwórki, a myślałam, że bardziej już zepsuć się tej serii nie da. Kino idealne dla młodych ludzi, gustujących w nowoczesnej, efekciarskiej technice. Z horrorem to ten film dużo wspólnego nie ma - już prędzej zaklasyfikowałabym go do średniej klasy produkcji akcji. Taka mała dygresja do poważnych wielbicieli filmowej grozy - raczej nie warto marnować półtorej godziny życia dla intrygującej końcówki, lepiej od razu sięgnąć po pilota i przewinąć do finału.

poniedziałek, 5 grudnia 2011

"Martwe zło" (1981)

Grupka przyjaciół przyjeżdża do opuszczonego domku w środku lasu. Zwiedzając owe lokum znajdują magnetofon i odtwarzają nagranie poprzedniego lokatora drewnianego domku. Na taśmie utrwalono zaklęcie przywołujące demona, który wkrótce mocno da się we znaki naszym bohaterom.

W 1981 roku 19-letni wówczas Sam Raimi nakręcił film, który sporo namieszał w światku horroru. W latach 80-tych miał miejsce rozkwit niskobudżetowego kina gore. Twórcy prześcigali się w tworzeniu brutalnych, spływających krwią i wnętrznościami filmów grozy, których ze względu na wszechobecny kicz i groteskę nie sposób było traktować poważnie. Takie obrazy miały stanowić czystą rozrywkę dla spragnionej mocnych wrażeń publiczności, a fakt, że podczas seansów niejeden widz robił wszystko, aby powstrzymać mdłości nikomu w ogóle nie przeszkadzał. Takie właśnie jest "Martwe zło", pierwsza część trylogii Sama Raimi'ego, która obecnie zdobyła sobie status kultowej i bez wątpienia jest jednym z najlepszych horrorów gore, jakie dotychczas powstały. Zdania, co do budżetu "Martwego zła" są podzielone: Wikipedia podaje, że film zrealizowano za 350 000 dolarów, Horror Online mówi o 50 000 dolarów, a według "Leksykonu filmowego horroru" Bartłomieja Paszylka było to 90 000 dolarów. W każdym bądź razie budżet tej produkcji był niewielki, natomiast jego twórcy i obsada młodzi i niedoświadczeni. Tym bardziej zadziwia fakt, że ów film zyskał sobie tak wielką popularność, a co chyba najważniejsze jego realizacja stoi na naprawdę wysokim poziomie.

Już początkowe sceny dają nad przedsmak bijącej z ekranu grozy, którą będziemy odczuwać przez resztę seansu. Widzimy samochód pełen nastolatków, prowadzących swobodną rozmowę, ale w międzyczasie przenosimy się również w głąb ponurego, skąpanego we mgle lasu, ukazanego nam w szybkich najazdach kamery. To znak dla widzów, że coś złego czyha w owym lesie, co oczywiście nie wróży dobrze naszym młodym protagonistom. W końcu (po przeprawie przez zawalający się most) bohaterowie docierają do odpychającej drewnianej chatki, gdzie znajdują przedmiot, który przysparza im nie lada kłopotów - magnetofon szpulowy. Odtwarzają go i słyszymy wywód mężczyzny na temat Księgi Umarłych. Zdziwieni młodzi ludzie w wielkim skupieniu wysłuchują obco brzmiącej inkantacji (w rzeczywistości mamy do czynienia z językiem arabskim), która rzekomo ma moc wzywania demonów. Następnie widzowie mają okazję podejrzeć, co też ciekawego dzieje się w lesie - widzimy wybrzuszającą się glebę i nie mamy wątpliwości, że coś próbuje wydostać się spod ziemi, a równocześnie zaczynamy drżeć na myśl o tym, co też czeka naszych bohaterów.

Film "Martwe zło" trafił na przesławną listę video nasty, utworzoną w Wielkiej Brytanii w latach 80-tych i zawierającą tytuły filmów zakazanych ze względu na ich przepełnione brutalnością demoralizujące sceny. Głównym powodem umieszczenia "Martwego zła" na tejże liście nota bene nie było multum pojawiających się tutaj scen gore tylko kiczowata sekwencja drzewa gwałcącego dziewczynę. Oczywiście, owy kicz działa tutaj jak najbardziej na plus - mimo, że konary brutalnie rozdzierające zarówno ubranie, jak i skórę Cheryl wręcz porażają sztucznością to w pewnym sensie dodaje to owej scenie interesującego smaczku.
Zastanawia mnie fakt, że współcześni widzowie, sięgający po tę produkcję pamiętają z niej jedynie obrzydliwe krwawe sceny, a zapominają o największym osiągnięciu Raimi'ego. Myślę, że takiego klimatu, jaki osiągnął reżyser "Martwego zła" nie ma szans powtórzyć żaden z dzisiejszych twórców. Groza jest tutaj wyczuwalna niemal w każdej minucie, a dodatkowo potęgują ją piszcząca i dudniąca ścieżka dźwiękowa oraz rzecz jasna sceneria spowitego mgłą lasu. Mimo, że akcja gna do przodu w zawrotnym tempie, niemal nieustannie coś się dzieje, to i tak będziemy świadkami kilku jej spowolnień - szczególnie podczas dialogów pomiędzy protagonistami. Ale nawet wówczas niepokojąca atmosfera jest znakomicie wyczuwalna. To jest największe osiągnięcie Raimi'ego! Nie dynamiczna akcja, nie nagromadzenie scen gore, nawet nie wciągająca fabuła - najmocniejszym elementem "Martwego zła" jest znakomita dbałość twórców o klimat grozy, który nawet dziś ma szansę przerazić widzów.

Na uwagę zasługują również kreacje zawładniętych przez demona ciał nastolatków. Szczególnie elektryzują ich ogromne, białe oczy, które tak na marginesie sprawiły, że aktorzy grali na ślepo - nakładki na gałki oczne ograniczały im widoczność. Moją ulubioną sceną "Martwego zła", iście przerażającą, jest ta, w której dziewczyna Asha siedzi po turecku na podłodze i nuci jakąś dziecięcą rymowankę - zarówno jej głos, mimika, szpetny wygląd zewnętrzny, jak i hipnotyzujące przechylanie głowy mrożą krew w żyłach, przynajmniej w moim przypadku.

W roli głównej zobaczymy znanego w światku horroru Bruce'a Campbella, którego w latach 80-tych łączyły przyjacielskie stosunku z Samem Raimi'm. Zarówno on, jak i pozostali członkowie obsady spisali się całkiem nieźle - zgoda, czasami ich mimika jest odrobinę przesadzona, wręcz manieryczna, ale myślę, że nie psuje to ogólnej jakości filmu.

Nie widzieliście "Martwego zła", a uważacie się za wielbicieli kina gore? To w takim razie na pewno nimi nie jesteście. Ten film jest kamieniem milowym tego podgatunku i na pewno obowiązkową pozycją dla fanów tego nurtu horroru. Ale nie tylko. Entuzjaści gęstej atmosfery grozy również mogą śmiało sięgać po ten film - na pewno się nie zawiedziecie.

sobota, 3 grudnia 2011

"Hotel zła 3" (2010)

Grupka przyjaciół wybiera się na wycieczkę po górach. Docierają do starego hotelu, ale decydują się spędzić noc pod gołym niebem. Gdy zapada zmrok dwoje z nich zapuszcza się w głąb lasu, gdzie chłopak zostaje ranny, a dziewczyna biegnie sprowadzić pomoc. Pod jej nieobecność ranny nastolatek trafia w ręce zakapturzonego mężczyzny, który bynajmniej nie ma względem niego przyjaznych zamiarów. Pozostali bohaterowie stają się jego kolejnym celem. Rozpoczyna się walka o przetrwanie.

Co jest znakiem rozpoznawczym norweskich produkcji pod tytułem "Hotel zła"? Jak nietrudno się domyślić, oczywiście, miejscem akcji jest opuszczony hotel stojący pośród zaśnieżonych gór. Dwie pierwsze części tej serii rozgrywały się właśnie w takiej scenerii, ale nie jego najnowsza odsłona, która tak bardzo oddala się od wypracowanego wcześniej schematu, że śmiało można by traktować ją, jako osobny film. Na początku poznajemy paru młodych ludzi, którzy wędrując po górach docierają do zapuszczonego hotelu. Niedługo ma zapaść zmierzch, ale oni wcale nie mają zamiaru spędzić tam nocy - przecież jest tam pełno szczurów, na widok których dziewczyny przechodzą ciarki. Tak więc, decydują się spędzić noc na zewnątrz, co tam, że nie mają namiotów i zapomnieli wziąć czegoś na komary, które gryzą ich niemiłosiernie. Najważniejsze, że pod gołym niebem nie ma szczurów. Nastaje noc, rozpalają ognisko, po czym dowiadujemy się następnej ciekawej rzeczy o naszych bohaterach - zabrali ze sobą za mało jedzenia i tylko po jednym piwie na głowę. W to, że nastolatki mogą zapomnieć pożywienia jeszcze jestem w stanie uwierzyć, ale alkoholu? Jakoś wydaje mi się to mało prawdopodobne. W nocy chłopak i dziewczyna ruszają w głąb lasu, aby trochę się poobściskiwać, po czym wpadają do wykopanego w ziemi rowu. Chłopak zostaje ranny, a dziewczyna rusza po pomoc - tyle, że nie jest w stanie znaleźć przyjaciół. Jakoś wcześniej nie wpadła na to, że w nocy w lesie można się zgubić. Takich nielogiczności w zachowaniach bohaterów jest tutaj o wiele więcej i z pewnością stanowi to największą niedogodność podczas seansu, ale na szczęście znalazłam również kilka plusów.

Kiedy pojawia się zakapturzony morderca akcja diametralnie skacze do przodu. Teraz widzowie będą świadkami karkołomnych pościgów po lesie, które może i byłyby nudne, gdyby twórcy tak świetnie nie zadbali o napięcie. Sceneria i muzyka bardzo tutaj pomogły, a najciekawszy jest fakt, że owe pościgi w większości rozegrały się w dzień, więc tym bardziej jest to spore osiągnięcie. Gdy nasi bohaterowie docierają do domu mordercy i ukrywają się pod podłogą twórcy serwują nam całkiem sporą dawkę klimatu, szczególnie, gdy jeden z chłopców wychodzi i zaczyna spacerować po domu, przy okazji umykając przed zabójcą. Stopniowanie atmosfery w tym konkretnym momencie jest wręcz nieznośne - oczywiście, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Choć fabuła, zdecydowanie, jest najsłabszym elementem tego filmu, gdyż nie oferuje nam absolutnie niczego oryginalnego to przynajmniej nastrojowa realizacja dodaje trochę smaczku podczas projekcji. Muszę jeszcze przyczepić się do poziomu krwawych scen, które sprowadzono tutaj do absolutnego minimum. Jak dla mnie odrobinę za bardzo ugrzeczniono tę część serii, prawie w ogóle nie pokazując nam scen mordów.

"Hotel zła 3" posiada tytuł nieadekwatny do fabuły filmu, większość scen rozgrywa się w lesie, a owy hotel widzimy jedynie przez parę minut. Na tle innych produkcji grozy również niczym szczególnym się nie wyróżnia, ale myślę, że osoby, które akurat nie mają nic ciekawego do obejrzenia mogą zaryzykować zapoznanie się z tą produkcją, choćby przez wzgląd na jej klimat. W moim osobistym rankingu odsłona trzecia nieco przebiła słaby sequel, ale do pierwowzoru jej jeszcze bardzo daleko.

środa, 30 listopada 2011

Stephen King "Dallas '63"


Nauczyciel angielskiego, Jake Epping, zostaje dopuszczony przez swojego przyjaciela do wielkiej tajemnicy. Mężczyzna pokazuje mu miejsce w swojej spiżarni, które ma moc przenoszenia w czasie do roku 1958. Prosi Jake'a, aby przeszedł przez portal, zaczekał pięć lat i zapobiegł zabójstwu prezydenta Johna Kennedy'ego.

Najnowsza "cegła" Stephena Kinga, licząca sobie 860 stron. Historia, przedstawiona w tej powieści do oryginalnych na pewno nie należy, w końcu temat przenoszenia się w czasie był już wałkowany niezliczoną ilość razy nie tylko w literaturze, ale również kinematografii. Tylko, że tym razem będziemy mieli do czynienia z wersją samego Stephena Kinga, więc na tłumne niespodzianki na pewno można liczyć. Czytelnicy przyzwyczajeni do przydługich wstępów tego autora mogą liczyć na niemałe zaskoczenie, gdyż akcja na początku gna jak szalona. Najpierw poznajemy Jake'a Eppinga oraz jego przyjaciela Ala, znającego sposób na podróżowanie w czasie. Kiedy już zostaje Jake'owi udowodnione, że wehikuł czasu naprawdę istnieje dwaj mężczyźni zaczynają interesującą rozmowę. Otóż, dowiadujemy się, że po przejściu przez portal delikwent zawsze pojawia się w tym samym miejscu, tego samego dnia oraz w tym samym '58 roku. Gdy wraca w roku 2011 mijają jedynie dwie minuty. Przeszłość można zmienić, a gdyby przypadkiem coś poszło nie tak, zawsze można wrócić do roku 1958, co zapewnia pełny reset wszystkich wcześniej dokonanych zmian. Z uwagi na to, że Al jest śmiertelnie chory to właśnie Jake będzie musiał wziąć na siebie najważniejsze zadanie - przyjaciel prosi go, aby przeniósł się w czasie i zapobiegł zabójstwu Kennedy'ego. Wylicza mu nawet korzyści takiego obrotu spraw, w końcu według Ala to może tylko pomóc historii Ameryki, a w razie gdyby coś nie wyszło zawsze można to odkręcić, prawda? Jake'a przekonuje, ale jestem pewna, że czytelnicy znający Kinga cały czas będą pewni, że takie igranie z czasem nie wyjdzie naszemu bohaterowi na dobre, że to wszystko może skończyć się wprost fatalnie.


"Pewnie po prostu umarłbym tutaj, w przeszłości, o której wielu myśli z nostalgią. Zapewne dlatego, że zapomnieli, jak przeszłość cuchnie, albo w ogóle nie biorą pod uwagę tego aspektu złotych lat pięćdziesiątych."
Po mocnym początku akcja powieści diametralnie zwalnia. "Dallas '63" jest swoistym miszmaszem przygodówki, kryminału oraz wątków obyczajowych. W trakcie drugich przenosin w czasie w wykonaniu Jake'a będziemy świadkami dynamicznych wydarzeń z pogranicza thrillera i przygodówki. Ale już po jego trzecim przejściu przez portal King zacznie mieszać wątki kryminalne z obyczajowymi. Czytelnicy niezaznajomieni z tendencją pisarza do gawędziarstwa mogą poczuć się odrobinę zmęczeni. Mogą nawet odnieść wrażenie, że King nie wiedząc jak dalej pociągnąć wątki śledztwa Oswalda (zabójcy prezydenta) przeskakiwał do wydarzeń rozgrywających się w małym miasteczku, które dla naszego bohatera było prawdziwym domem, tym bardziej, że spędzał w nim czas ze swoją ukochaną Sadie. Przyznaję, że akcja jest dosyć nierówna, ale mnie w najmniejszym stopniu to nie przeszkadzało. W końcu zawsze uwielbiałam skłonność Kinga do opisywania życia w małych miasteczkach, w starych dobrych czasach. Myślę, że autorowi idealnie udało się nakreślić nam lata 50-60-te nie pomijając w nich niczego - w końcu każda epoka ma swoje dobre i złe chwile, o czym King, ani na chwilę nie zapomina. Czytając środek tej powieści miałam wrażenie, jakbym zanurzała się w tych minionych czasach, a przecież wtedy jeszcze nawet nie było mnie na świecie! Gdy za każdym razem sięgałam po tę książkę byłam przekonana, że znów znajdę się w tych sielskich latach 50-60-tych, które pomimo wielu problemów społecznych i politycznych stanowiły dla mnie istną wyprawę do krainy marzeń (chyba minęłam się z epoką) i Stephen King nigdy mnie nie zawiódł. Zaofiarował mi miłą alternatywę życia w tym ponurym roku 2011, a już za sam ten fakt należą mu się ogromne podziękowania.

"Przez moment wszystko nabrało wyraźnych kształtów, a kiedy tak się dzieje, widać, jak ulotny jest świat. Czyż wszyscy nie wiemy tego skrycie? To idealnie wyważony mechanizm wołań i ech udających koła i tryby, śniony zegar bijący pod tajemniczą szybą, którą zwiemy życiem. A za nim? Pod nim i wokół niego? Chaos, burze. Ludzie z młotkami, ludzie z nożami, ludzie z pistoletami. Kobiety, które wypaczają to, czego nie potrafią sobie podporządkować, i poniżają to, czego nie potrafią zrozumieć. Wszechobecna pustka i zgroza otaczająca samotną, rozświetloną scenę, na której śmiertelnicy tańczą na przekór ciemności."
Pod koniec akcja książki znowu "rusza z kopyta", aż do melancholijnego finału, niestety aż za bardzo przewidywalnego. UWAGA SPOILER Końcówka przypomniała mi film z 2004 roku zatytułowany "Efekt motyla". W powieści również bohater musiał poświęcić swoją miłość dla dobra ludzkości. Ponadto nasze złe przeczucia z początku książki, odnośnie skutków uratowania JFK sprawdzają się, świat zmienia się na gorsze KONIEC SPOILERA. Jak dla mnie finał powinien wyglądać odrobinę inaczej, żałuję, że mnie nie zaskoczył, ale mam nadzieję, że pozostali czytelnicy będę mieli więcej szczęścia.

"Dallas '63" jest kolejną powieścią Kinga, która udowadnia, że ten autor czuje się dobrze w niemal każdym rodzaju literackim, nie tylko horrorze. Tylko Stephen Kinga mógł tak oklepany temat zamienić w coś, co czyta się niemalże jednym tchem, odnosząc wrażenie, że nikt przed nim nie wymyślił motywu podróży w czasie. Jak zwykle u Kinga bohaterowie są tak drobiazgowo scharakteryzowani, że naprawdę zależy nam na ich szczęściu, przeżywamy z nimi zarówno chwile radości, jak i smutku, zarówno bezpieczną sielankową egzystencję, jak i pełne zagrożenia epizody i naprawdę ciężko jest nam się z nimi pożegnać, gdy książka dobiega końca. Ta pozycja to powrót do starego, dobrego Stephena Kinga, który udowadnia nam tutaj, że jeszcze na wiele go stać, że jeszcze nie powiedział ostatniego słowa.

niedziela, 27 listopada 2011

"Nie bój się ciemności" (2010)

Mała Sally przeprowadza się do wielkiego domostwa ojca i jego narzeczonej. Dziewczynka, zwiedzając nowe lokum, schodzi do piwnicy, w której słyszy tajemnicze odgłosy. Próbuje przekonać ojca, że ktoś zamieszkał w ich piwnicy, ale mężczyzna jest pewien, że Sally ma wybujałą wyobraźnię. Wkrótce nieproszeni lokatorzy zaczynają popełniać z pozoru niewinne żarty, a winą za nie ojciec obarcza swoją córkę. Wszystko jeszcze bardziej się komplikuje, gdy w piwnicy zostaje popełnione morderstwo.

Tak długo zwlekałam z obejrzeniem tego filmu z dwóch prostych powodów. Po pierwsze, jak pewnie wszyscy zdążyli zauważyć, był szeroko rozreklamowany w mediach, a nie od dziś wiadomo, że im większa promocja, tym gorsza produkcja. Po drugie jednym z producentów i współscenarzystą "Nie bój się ciemności" jest Guillermo del Toro, który ostatnimi czasy zajmuje się obrazami do szczętu przeładowanymi efektami specjalnymi z mało przekonującą fabułą (wyjątkiem jest "Labirynt fauna" z 2006 roku). I chociaż raz moje złe przeczucia się sprawdziły.

Integralny element filmu, czyli fabuła jest tak infantylna, że nie bardzo wiadomo, co też twórcy chcieli osiągnąć - rozśmieszyć widzów, czy może raczej zdenerwować. Pierwsza połowa produkcji, mimo schematyczności, przynajmniej prezentuje sobą, jakiś klimat grozy - wraz z Sally słyszymy tajemnicze głosy, wydobywające się z paleniska w piwnicy ponurego domostwa, które proszą naszą małą bohaterkę o wypuszczenie ich na wolność, ale broń Boże, bez żadnego zapalania światła. Rezolutna Sally, która przecież nie sprawia wrażenia kompletnego przygłupa daje się skusić i praktycznie bez zastanowienia zabiera się za spełnianie próśb niezydentyfikowanych istot. Oczywiście, my wiemy, że nie wróży to niczego dobrego mieszkańcom domu, ale jeszcze nie wiemy kim są nieproszeni goście. Ten fakt, w myśl zasady: "boimy się tego, czego nie widzimy" znacznie podsyca klimat, jest niezawodnym sposobem na stopniowanie atmosfery. Powiem nawet więcej: w takich momentach niejednego widza może ogarnąć autentyczny niepokój. Ale, niestety, nic nie trwa wiecznie, co też twórcy filmu dobitnie udowadniają nam w drugiej połowie projekcji. Nasi antagoniście wreszcie wychodzą z ukrycia, prezentują się nam w całej swojej okazałości, a my... wybuchamy śmiechem. UWAGA SPOILER Kiedy zobaczyłam właścicieli mrożących krew w żyłach głosów zastanawiałam się, co też zmusiło twórców "Nie bój się ciemności" do wygenerowania komputerowo takich istotek. Bo chyba nie mieli zamiaru przestraszyć publiczności - wszak, ich baśniowy wygląd nie jest w stanie poruszyć choćby dziecka, że już nie wspomnę o wielbicielach horroru. Podobne stworki mieliśmy w filmie "Gremliny rozrabiają" (1984), tyle że tam o wiele lepiej współgrały z fabułą. Natomiast tutaj ich pojawienie się niszczy klimat i suspens, pozostawiając jedynie irytację z powodu tak karygodnego zniszczenia potencjału, jaki zarysowywał się nam podczas pierwszej połowy seansu KONIEC SPOILERA. Już od pierwszych minut filmu wiemy, że właściciele tajemniczych głosów żywią się zębami dzieci (!), a już ten fakt powinien dać widzom do myślenia z czym też będą mieli do czynienia w dalszej części obrazu - takie rozwiązanie fabularne w końcu do najmądrzejszych nie należy. Nie radzę również liczyć na ciekawe zakończenie. Po półtoragodzinnej męczarni, w trakcie której byłam świadkiem tak daleko posuniętych głupot, że cudem również nie zidiociałam twórcy zaprezentowali mi pełną akcji końcówkę, której finał niezmiernie mnie zaskoczył. Po przebrnięciu przez bezsensowną drugą część produkcji myślałam już, że do większej głupoty posunąć się po prostu nie można, ale niestety twórcy całkowicie zmienili moje spojrzenie, udowadniając, że jeśli tylko ktoś się uprze może zepsuć dosłownie wszystko.

W roli głównej zobaczymy hollywoodzką gwiazdkę Katie Holmes, którą zatrudniono tutaj chyba tylko dla ozdoby - wiadomo znane nazwisko, rozpoznawalna twarz. Ta pani nie jest złą aktorką, ale postać macochy Sally chyba nie bardzo jej się spodobała. Obserwując jej twarz przez większość seansu widać na niej wyraz permanentnego zagubienia, jakby pytała: Co ja tutaj, do licha, robię? To samo można powiedzieć o filmowej Sally, wykreowanej przez Bailee Madison. O wiele lepiej spisał się pan domu, Guy Pearce - przynajmniej u niego widać jako taką ekspresję.

"Nie bój się ciemności" jest kolejną efekciarką współczesną produkcją grozy, a tym samym kolejnym gwoździem do trumny dla tego gatunku. Przeznaczona tylko i wyłącznie dla młodzieży, spragnionej mocnych komputerowych wrażeń w kinie oraz dzieciaków zakochanych w baśniach. Wielbicielom horrorów radzę obejrzeć tylko pierwszą połowę filmu, na resztę naprawdę szkoda czasu.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...