niedziela, 30 czerwca 2013

"Zombiefilia" do pobrania za darmo!

Pierwsza polska antologia zombie "Zombiefilia" jest już dostępna do ściągnięcia!
Antologię można pobrać pod adresem:
wydaje.pl/e/zombiefilia
Chcecie przeżyć noc, świt i dzień żywych trupów skumulowane w jednej książce? Przedstawiamy Wam "Zombiefilię" - pierwszą w Polsce antologię o zombie. Znajdziecie w niej wszystko, o czym fan gnijących maszkar może zamarzyć - od mrocznych i śmiertelnie poważnych opowieści z nieumarłymi w roli głównej, aż po absurdalne twory z pogranicza gatunków. Ekipa polskich autorów grozy, wspierana przez amerykańskiego mistrza bizarro, Carltona Mellicka III, obiecuje czytelnikom dość zaskoczeń, by starczyło do grobowej deski - i jeszcze trochę dłużej.

Zapraszamy również na fanpage:
www.facebook.com/pages/Zombiefilia/636110429748890

Top 15 slasher

!!! SPOILERY !!!
Slasher to jeden z najpopularniejszych nurtów horroru, którego rozkwit datuje się na lata 70-te i 80-te (co nie znaczy, że później nie powstawały pojedyncze godne uwagi perełki). Zdanie, co do pierwszego w historii kina slashera jest podzielone: jedni uważają, że prekursorem tego podgatunku jest „Psychoza” Alfreda Hitchcocka z 1960 roku, która sama w sobie horrorem nie jest, aczkolwiek posiada charakterystyczne dla filmów slash tło fabularne; natomiast druga grupa widzów za pierwowzór omawianego nurtu podaje „Krwawy obóz” Mario Bavy z 1971 roku. Przez te wszystkie lata slasher wykształcił sobie ścisłe ramy konwencjonalne, które oczywiście bywały nieco modyfikowane, przez co odważniejszych twórców, jednakże główny zamysł pozostał taki sam: grupa ludzi będąca pożywką dla (najczęściej zamaskowanego) mordercy, którego profil psychologiczny przegrywa w starciu z oryginalnym modus operandi (odwrotnie niż w thrillerze). Ważną częścią typowego slashera stała się również tzw. final girl, czyli cnotliwa kobieta, która uchodzi cało z masakry bądź umiera jako ostatnia, aczkolwiek twórcy coraz częściej odstępują od tego procederu – w niektórych przypadkach z domniemanej final girl robiąc morderczynię („Wszyscy kochają Mandy Lane”, „Blady strach”) bądź decydując się na parkę szczęśliwców, najczęściej w sobie zakochanych („Koszmar minionego lata”). Nie eksperymentuje się jedynie z ofiarami, biorąc pod lupę także główne postacie filmów slash, czyli morderców. Sean S. Cunningham w pierwszym „Piątku trzynastego”, wbrew przewidywaniom widzów, antagonistką uczynił Pamelę Voorhees, zamiast (jak wynikałoby z osi fabularnej) jej niedorozwiniętego syna, Jasona, który pojawi się dopiero w kolejnych częściach serii. Drugim przykładowym odstępstwem od typowej slasherowej charakterystyki oprawcy jest pastiszowa seria Wesa Cravena, zatytułowana „Krzyk”, gdzie zabójców zawsze jest dwóch, aczkolwiek noszą oni wspólne miano: Ghostface.
Chociaż, obiektywnie rzecz biorąc, slasher nigdy nie charakteryzował się jakąś większą ambicją, stanowiąc raczej doskonałą, acz niewymagającą myślenia rozrywkę na nudny wieczór (najlepiej w gronie przyjaciół) paradoksalnie najsilniej ze wszystkich podgatunków horroru trafił w mój gust. Nic, więc dziwnego, że w zalewie tych wszystkich obejrzanych przeze mnie slasherów wyodrębniłam żelazną piętnastkę, do której mam szczególny sentyment. Wszystkie poniższe filmy uszeregowałam w porządku chronologicznym, ponieważ nie potrafiłabym jednoznacznie przypisać ich do danego miejsca. Jednakże należy pamiętać, że w niniejszym subiektywnym zestawieniu całkowicie pominęłam młodszych braci slasherów, tj. survivale (m.in. „Droga bez powrotu”, „Wzgórza mają oczy”) i torture porn (m.in. „Hostel”, „Piła”).

1. „Halloween” (1978)
Reżyseria: John Carpenter
Morderca: Michael Myers (Tony Moran)
Final girl: Laurie Strode (Jamie Lee Curtis)

Legendarne dzieło Johna Carpentera, które zapoczątkowało modę na "niekończące się” serie slasherów, połączonych jedną charakterystyczną postacią seryjnego mordercy, przy okazji będące przepustką dla mało wówczas znanej Jamie Lee Curtis do świata filmowego horroru, w którym nieodmiennie dostawała role final girl. Zabójca w białej masce, Michael Myers, wychodzący na żer w każde święto Halloween stał się ikoną popkultury i głównym sprawcą niesłabnącej popularności, obecnej legendy kina grozy, Johna Carpentera. W 2007 roku Rob Zombie pokusił się o remake tej kultowej produkcji, w moim mniemaniu wygrywając z oryginałem pod kątem fabuły, którą znacznie rozbudował i scen mordów, ale pozostając daleko w tyle z klimatem wszechobecnego zagrożenia, uosabianego przez nieśmiertelną sylwetkę Myersa.

2. „Piątek trzynastego” (1980)
Reżyseria: Sean S. Cunningham
Morderczyni: Pamela Voorhees (Betsy Palmer)
Final girl: Alice Hardy (Adrienne King)

Zrealizowany na fali popularności “Halloween” kultowy camp slasher, będący zaczątkiem jednej z najpopularniejszych serii horrorów o feralnym obozie nad jeziorem Crystal i lansującym kolejną ikonę światowej popkultury: Jasona Voorheesa – rosłego mordercę w masce hokejowej, dzierżącego w ręku maczetę. Paradoksalnie w pierwszej i w moim mniemaniu najlepszej części serii (pomimo braku jednego z moich ulubionych horrorowych antagonistów) rola psychopatki przypadła matce Jasona, tym samym w czasach swojej świetności niezmiernie zaskakując widzów niespodziewanym finałem. Postać Jasona po raz pierwszy pojawi się dopiero w sequelu (nie licząc zagadkowej końcówki pierwowzoru), ale będzie trzeba poczekać, aż do trójki, aby przywdział on swoją legendarną hokejową maskę.

3. „Upiorne urodziny” (1981)
Recenzja: tutaj
Reżyseria: J. Lee Thompson
Morderczyni: Ann Thomerson (Tracey E. Bregman)
Final girl: Virginia Wainwright (Melissa Sue Anderson)

Głośny slasher J. Lee Thompsona, którego na tle tych wszystkich niskobudżetowych krwawych horrorów zapychających filmowy rynek w latach 80-tych, wyróżnia szereg pomysłowych, mocno oryginalnych scen mordów i niebanalna, nieprzewidywalna fabuła, zwieńczona kultową sceną urodzinowej kolacji w towarzystwie trupów. Obecnie „Upiorne urodziny” zostały już prawie całkowicie zapomniane, co biorąc pod uwagę ich niepowtarzalny klimat i problematykę wydaje się być, aż nadto niesprawiedliwe.

4. „Uśpiony obóz” (1983)
Recenzja: tutaj
Reżyseria: Robert Hiltzik
Morderczyni: Angela Baker (Felissa Rose)
Final girl: brak

Powstały na fali popularności “Piątku trzynastego” camp slasher, rozgrywający się w obozie Arawak. Choć Hiltzik całą oś fabularną swojego filmu zamknął w ciasnych ramach kampowej konwencji (ubarwiając ją jakże widowiskowymi scenami mordów) to znacznie się z niej wyłamał w finale, który na tyle sparaliżował ówczesną publiczność, że niedługo po premierze wpisał się w poczet najlepszych horrorowych scen w historii kina.

5. „Koszmar z ulicy Wiązów” (1984)
Recenzja: tutaj
Reżyseria: Wes Craven
Morderca: Freddy Krueger (Robert Englund)
Final girl: Nancy Thompson (Heather Langenkamp)

Ponadczasowa produkcja Wesa Cravena, która doczekała się, aż sześciu sequeli, crossovera i remake’u, a w planach są już kontynuacje odświeżonej wersji z 2010 roku. „Koszmar z ulicy Wiązów” wywindował Cravena do pozycji jednego z czołowych twórców horrorów, a antagonista serii, Freddy Krueger, w szybkim czasie stał się ikoną światowej kinematografii – jednym z najbardziej rozpoznawalnych filmowych seryjnych morderców.

6. „Prima aprilis” (1986)
Recenzja: tutaj
Reżyseria: Fred Walton
Morderca: brak
Final girl: brak

Slasherów bez final girl powstało całkiem sporo, ale do czasu “Prima aprilis” chyba nikt nie pokusił się o zrezygnowanie także z mordercy, czyli integralnej postaci tego podgatunku, co bez wątpienia znacznie wybija produkcję pana Waltona ponad przeciętność. Podczas, gdy wszystkie wydarzenia poprzedzające finał są typowym przykładem mało odkrywczego slashera, opartego na systematycznej eliminacji grupy młodych ludzi to już samo zakończenie dobitnie mówi, że cały czas mieliśmy do czynienia bardziej z czarną komedią, aniżeli czystym horrorem. Innymi słowy: istny przewrotny geniusz!

7. „Laleczka Chucky” (1988)
Reżyseria: Tom Holland
Morderca: Charles Lee Ray / Chucky (Brad Dourif)
Final girl: brak

Pierwsza część kultowej serii slasherów o seryjnym mordercy, którego dusza ugrzęzła we wnętrzu plastikowej lalki. Do niezwykłej popularności niniejszego obrazu znacznie przyczynił się czarny humor, będący domeną Chucky’ego (być może zainspirowany postacią Freddy’ego Kruegera) bestialsko mordującego każdego, kto stanie mu na drodze do celu, czyli przejęcia ciała małego Andy’ego Barclay’a, którego sylwetka jest pewnym odstępstwem twórców od powtarzania fenomenu final girl. Dotychczas ukazało się pięć filmów o Chucky’m, ale ku mojemu ubolewaniu każda kolejna odsłona coraz dalej odchodzi od horroru w stronę czystej komedii.

8. „Candyman” (1992)
Recenzja: tutaj
Reżyseria: Bernard Rose
Morderca: Daniel Robitaille / Candyman (Tony Todd)
Final girl: brak

Adaptacja opowiadania Clive’a Barkera, która doczekała się dwóch sequeli, nawiązująca do tzw. urban legend o człowieku z hakiem, mordującym każdego, kto wypowie pięć razy jego przydomek, patrząc w lustro. „Candyman” poraża przede wszystkim duszącym klimatem grozy i z pewnością nie należy do szerokiego grona maksymalnie schematycznych slasherów – głównie za sprawą finału, odbierającego widzom domniemaną final girl, celem wzmocnienia antagonistycznego pierwiastka.

9. „Nowy koszmar Wesa Cravena” (1994)
Reżyseria: Wes Craven
Morderca: Freddy Krueger (Robert Englund)
Final girl: Heather Langenkamp (Heather Langenkamp)

Po dziesięciu latach od premiery swojego kultowego dzieła o mordercy z nożami zamiast palców, Wes Craven powraca w siódmej, finalnej części starej serii, aby po raz kolejny przyłożyć rękę do umocnienia nieśmiertelności Kruegera. Choć wielu widzów zawiódł zmodyfikowany wygląd Freddy’ego, fabularnie film natchnął niebywałą świeżością ten skostniały nurt horroru – imitując rzeczywistość, dzięki rzekomemu obrazowaniu prywatnego życia gwiazd, które wystąpiły w pierwowzorze „Koszmaru z ulicy Wiązów”. Podobny zabieg Craven zastosował w trzeciej osłonie „Krzyku”, ale w porównaniu z „Nowym koszmarem” to kopiowanie własnych pomysłów nie zdało egzaminu.

10. „Krzyk” (1996)
Recenzja: tutaj
Reżyseria: Wes Craven
Mordercy: Billy Loomis (Skeet Ulrich), Stuart (Matthew Lillard) / Ghostface
Final girl: Sidney Prescott (Neve Campbell)

Pierwsza część znanej pastiszowej serii Cravena, która stała się prekursorem modnego, aż po dziś dzień odłamu slasherów z przedrostkiem “teen”, mającym sugerować nie tylko uczestnictwo młodych ludzi w rolach głównych, ale również kopiowanie tzw. „zasad Randy’ego”, głoszonych w „Krzyku” i będących swego rodzaju poradnikiem dla pragnących przeżyć protagonistów slasherów. Choć pierwszą część niniejszej serii cenię sobie na równi z jej kontynuacją uznałam, że miejsce w tym zestawieniu należy jej się bardziej, choćby przez wzgląd na jej udział w kształtowaniu się historii horroru, jaka by ona w rezultacie nie była.

11. „Koszmar minionego lata” (1997)
Recenzja: tutaj
Reżyseria: Jim Gillespie
Morderca: Benjamin Willis (Muse Watson)
Final girl: Julie James (Jennifer Love Hewitt)

Pierwsza część znanej trylogii teen-slasherów, powstałej na kanwie “Krzyku” Wesa Cravena. Konwencjonalna fabuła, oparta na systematycznej eliminacji grupki młodych ludzi przez rybaka, dzierżącego w dłoni hak, ewidentnie nawiązująca do znanej w Stanach Zjednoczonych miejskiej legendy, zyskała tak dużą rzeszę fanów, że przyczyniła się do wzrostu popularności czwórki, wówczas mało znanych, aktorów: Jennifer Love Hewitt, Sarah Michelle Gellar, Freddie’go Prinze Jr. i Ryana Phillippe’a.

12. „Blady strach” (2003)
Recenzja: tutaj
Reżyseria: Alexandre Aja
Morderczyni: Marie (Cecile De France)
Final girl: Alex (Maiwenn)

Debiutancki horror Alexandre Aja, który w późniejszych latach zasłynął kręceniem remake’ów (“Wzgórza mają oczy”, “Pirania 3D”), będący niekonwencjonalnym podejściem do schematu slasherów i równocześnie (co nie jest zbyt częste w tym podgatunku) zmuszający widza do drobiazgowego przeanalizowania fabuły już po skończonym seansie.

13. „Teksańska masakra piłą mechaniczną” (2003)
Recenzja: tutaj
Reżyseria: Marcus Nispel
Morderca: Thomas Hewitt / Leatherface (Andrew Bryniarski)
Final girl: Erin (Jessica Biel)

Głośny remake kultowego dzieła Tobe’a Hoopera z 1974 roku, który doczekał się czterech kontynuacji (biorąc pod uwagę alternatywną dwójkę z 2013 roku). Nowa wersja jak dotychczas zainspirowała jedynie Jonathana Liebesmana do nakręcenia prequela w 2006 roku, wyjaśniającego niektóre wątki poruszone w remake’u. Antagonista serii – rosły, zdeformowany Leatherface w masce uszytej ze skóry twarzy swoich ofiar, dzierżący w ręku piłę łańcuchową, obok Kruegera, Voorheesa i Myersa jest najpopularniejszym slasherowym mordercą w historii filmowego horroru.

14. „Kłamstwo” (2005)
Recenzja: tutaj
Reżyseria: Jeff Wadlow
Morderczyni: Dodger Allen (Lindy Booth)
Final girl: brak

Zauważalnie zainspirowany scenariuszem “Prima aprilis” z 1986 roku teen-slasher, który podobnie, jak swój prekursor slasherem nie jest – przynajmniej biorąc pod uwagę zakończenie, ponieważ wydarzenia go poprzedzające ewidentnie twardo trzymają się schematu tego nurtu. Podobnie, jak „Koszmar minionego lata” „Kłamstwo” kontynuuje modę na młodzieżowe „rąbanki”, zapoczątkowaną „Krzykiem” Wesa Cravena i jego zasadami, radzącymi jak przeżyć w filmie grozy.

15. „Wszyscy kochają Mandy Lane” (2006)
Recenzja: tutaj
Reżyseria: Jonathan Levine
Mordercy: Emmet (Michael Welch), Mandy Lane (Amber Heard)
Final girl: brak

Utrzymany w klimacie horrorów lat 80-tych, głównie za sprawą oldschool’owych szlagierów w ścieżce dźwiękowej oraz eksperymentujący z pastelowymi barwami i nasyceniem światła, konwencjonalny teen-slasher, zaskakujący finałem, ewidentnie odchodzącym od utartego schematu tego nurtu dzięki uczynieniu z potencjalnej final girl morderczyni.

piątek, 28 czerwca 2013

„Inny” (2006)

Recenzja na życzenie (angusa)
Wyatt posiada niezwykłe zdolności, polegające na odbieraniu sygnałów wysyłanych przez kosmitów, ukrywających się na Ziemi. Gdy pewnej nocy jego znajomi przynoszą obezwładnionego, szkaradnego Obcego do jego garażu sprawy przybierają nieciekawy obrót – położone z dala od większych aglomeracji miejsce zamieszkania Wyatta staje się dla nich śmiertelną pułapką.
Eduardo Sanchez zasłynął w 1999 roku głośnym horrorem verite pt. „The Blair Witch Project”, od tego czasu niezmiennie tkwiąc w tym gatunku filmowym, czego dowodem są m.in. „Lovely Molly” i „S-VHS”. Wyreżyserowany przez Sancheza horror science fiction zatytułowany „Inny” jest swego rodzaju powrotem do starych, dobrych czasów, kiedy jeszcze twórcy zdawali sobie sprawę, że w tym gatunku efekty komputerowe są niepożądane, stawiając na kostiumy i fizycznie obecne na planie rekwizyty. Pod tym kątem „Inny” może poszczycić się szczyptą realizmu miejscami zgrabnie zmieszanej z subtelnym kiczem, tak uwielbianym w wielu kręgach koneserów kina grozy. Jednakże to dążenie do odtworzenia horrorowych realiów przeszłych lat, w których oprócz nadużywania ingerencji komputera królowała prostota fabularna nie pozwoliło mi należycie wciągnąć się w oś wydarzeń, niejednokrotnie niemiłosiernie nużąc mnie przydługimi, niewiele wnoszącymi dialogami i kilkoma pozbawionymi większego napięcia scenami akcji.
Jak już wspomniałam realizacja w kontekście horroru stoi na naprawdę wysokim poziomie, ponieważ należy pamiętać, że w tym gatunku to właśnie minimalizm najczęściej zdaje egzamin. Dla przykładu weźmy „gumowego” kosmitę, schwytanego przez naszych protagonistów – twórcy nie tylko należycie postarali się o jego wizualny realizm, ale również odstręczającą, oślizgłą prezencję. Co prawda nie jest to jeszcze kunszt na miarę Johna Carpentera i jego legendarnego „Cosia”, ale daleko mu do sztuczności popisowego CGI, którego mieliśmy nieszczęście widzieć w prequelu wspomnianego dzieła. Wyłupiaste oczy, pełna długich, spiczastych zębów paszcza i gruzowate ciało Obcego sprawia iście demoniczne wrażenie, a w połączeniu z jego nadnaturalnymi zdolnościami hipnotyzowania ludzi za pośrednictwem wzroku i zamieniania ich w rozpadające się kreatury okazało się strzałem w dziesiątkę – najlepszą częścią składową niniejszej produkcji. Drugim plusem są równie należycie zrealizowane sceny mordów, naznaczone lekką groteską, objawiającą się również w dialogach i mającą sugerować widzom, że Sanchez nie miał zamiaru stworzenia niczego poważnego, że jego film należy traktować z lekkim przymrużeniem oka, a niekontrolowane wybuchy śmiechu są jak najbardziej wskazane. Dla przykładu można tutaj przytoczyć jakże oryginalną, odstręczającą, ale równocześnie zabawną scenę przeciągania jelit jednego z bohaterów albo ciosy zadawane Wyatt’owi przez rozpadającego się przyjaciela, kiedy to każde uderzenie skutkuje złamaniem ręki. To zdecydowanie najmocniejsze sekwencje filmu w zestawieniu, z którymi banalny i pozbawiony jakiegokolwiek napięcia finał oraz wcześniejsze pełne wulgaryzmów i wymuszonych dowcipów dialogi wypadają nadzwyczaj blado. Nie wiem, dlaczego Sanchez natchnął „Innego” tak przeogromną dozą nierówności, która niejednokrotnie mocno mnie irytowała – moje zmieniające się, jak w kalejdoskopie nastroje (od niezmiernego zainteresowania przez humorystyczną oryginalność scen gore po zwyczajne znużenie) wybijały mnie z rytmu, nie pozwalając całkowicie zagłębić się w fabułę, w większości rozgrywającą się w jednym, zamkniętym pomieszczeniu. Poziom filmu znacznie zaniżyła również obsada z przesadzoną kreacją Adama Kaufmana na czele i jego przymuloną dziewczyną, Catherine Mangan w tle.
Szkoda, że Eduardo Sanchez nie pokusił się o większe rozbudowanie fabuły, osnutej mocniejszym potęgowaniem napięcia, ponieważ biorąc pod uwagę tak uwielbianą przeze mnie w horrorach minimalistyczną realizację „Inny” mógłby wówczas okazać się wielkim hitem (przynajmniej dla mnie), a tak niestety pozostał lekki niedosyt, każący mi sklasyfikować tę produkcję do pokaźnej rzeszy zwykłych średniawek kina grozy.

środa, 26 czerwca 2013

Paul Carson „Ostatni dyżur”

Uzdolniony kardiochirurg, Jack Hunt, przeprowadza się wraz z żoną Beth i ośmioletnim synkiem, Dannym, do Chicago, mając nadzieję na objęcie jakiegoś wysokiego stanowiska w szpitalu. Trafia do renomowanego Szpitala imienia Cartera, w którym wkrótce potem zostaje zamordowany ordynator oddziału kardiologicznego. Jack dostaje jego posadę i z miejsca przystępuje do reformowania polityki swojego działu równocześnie angażując innych lekarzy do wspólnej pracy nad jego badaniami, mogącymi w przyszłości mieć przełomowe znaczenie dla medycyny. Ambitny profesor nie wie jeszcze, że naraził się potężnej i bezwzględnej organizacji farmaceutycznej, która nie cofnie się przed niczym, aby należycie wypromować swój „cudowny lek”.
W Polsce w kontekście literackich thrillerów medycznych najczęściej wymienia się dwa nazwiska pisarzy: Robina Cooka i Tess Gerritsen. Zastanawiam się, dlaczego Paul Carson jeszcze nie znalazł się obok nich – nie wiem czy to wina małej promocji jego książek, czy jakiegoś przeoczenia czytelników, bo pod kątem warsztatu pisarskiego nie można mu absolutnie niczego zarzucić. Carson zgrabnie łączy aspekty medyczne z dynamiczną sensacją, skrupulatnie dbając o przyczyny i skutki wszystkich posunięć swoich bohaterów, przy okazji kreując ich z tak daleko posuniętą dbałością, że niejednokrotnie wydaje się, iż obcujemy z żywymi postaciami, do których w zależności od ich charakterystyki albo żywimy wielką sympatię, albo czystą nienawiść.
„Ostatni dyżur” to doskonały przykład na to, jak zgrabnie połączyć światek szemranej medycyny z narastającym z każdą przeczytaną stroną suspensem, godnym Hitchcocka. Pierwsza połowa książki to powolne nawarstwianie się napięcia, zalążek zakrojonej na szeroką skalę intrygi, w której centrum tkwi nieświadomy jeszcze niczego ambitny i niezwykle uczciwy Jack Hunt oraz potężna korporacja farmaceutyczna, która prośbą i groźbą wciąga do współpracy każdego liczącego się w światku medycyny człowieka, mającego na tyle silny autorytet, aby promować ich rzekomo cudowny lek, cyclint, zapobiegający zawałom serca, który niedługo pojawi się na rynku. Autor, za pośrednictwem Jacka jasno daje nam do zrozumienia, co myśli o takowych praktykach, przy okazji zmuszając nas do głębokich przemyśleń. Bo po cóż, tak naprawdę firmy farmaceutyczne wydają miliony na promocje swoich leków, płacąc również lekarzom za przepisywanie ich swoim pacjentom, skoro gdyby naprawdę były takie skuteczne to obroniłyby się same? Żadna reklama nie byłaby im potrzebna. Odpowiedź nasuwa się sama: albo firmy farmaceutyczne doskonale zdają sobie sprawę, że ich leki są nieskuteczne, albo mają co do tego poważne wątpliwości i z takiego też założenia wychodzi Jack Hunt, kategorycznie zabraniając swoim podwładnym współpracy z takimi korporacjami. Jak można się tego spodziewać jego decyzja rozzłości kilku wysoko postawionych osobników, którzy niezwłocznie przystąpią do zatruwania życia Hunta i jego rodziny. Ich zdecydowane naciski będą oscylować pomiędzy nachalnymi telefonami i obietnicami wielkich pieniędzy po bestialskie pobicie Danny’ego, syna Jacka, które przez wzgląd na doskonały styl Carsona niebywale mnie wzruszyło, ponieważ jak już wspomniałam wcześniej przez ten krótki okres czytania „Ostatniego dyżuru” zwyczajnie żyłam życiem jego bohaterów - razem z nimi przeżywałam ich troski i radości oraz wspólnie z nimi wstąpiłam w sam środek koszmaru, przygotowany w drugiej połowie powieści przez bezwzględną firmę farmaceutyczną.
Podczas lektury „Ostatniego dyżuru” niejeden czytelnik z pewnością będzie przekonany, że udało mu się przewidzieć wszystkie ukryte motywy potężnego antagonisty i być może na niektóre wpadnie bez większego problemu, ale jestem przekonana, że zakończenie zaskoczy każdego, że naczelny motyw postępowania korporacji farmaceutycznej wbije w fotel nawet starego wyjadacza thrillerów. I co ważniejsze da mu poczucie, że Carson dokładnie przemyślał całą fabułę swojej książki jeszcze przed jej napisaniem, ponieważ nie ma tutaj miejsca na nagle pojawiające się wątki, ignorujące aspekty przyczynowo-skutkowe. Cała fabuła „Ostatniego dyżuru” od pierwszej do ostatniej strony tak mocno się klei, przy okazji tak skrupulatnie dbając o nieznośne wręcz napięcie emocjonalne, że chyba na całym świecie nie znajdzie się jej odbiorca, który mówiłby o jakimkolwiek niedopracowaniu. Jak dla mnie to istne mistrzostwo thrillera medycznego, po które każdy entuzjasta tego gatunku literackiego powinien sięgnąć w trybie natychmiastowym!
Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

wtorek, 25 czerwca 2013

„Riddle” (2013)

Nastoletnia Holly spuszcza z oczu swojego chorego brata, Nathana, który w tym czasie wybiera się na przejażdżkę ze znajomymi, Mattem i Cameronem, mieszkającymi w pobliskim miasteczku Riddle. Podczas postoju na stacji benzynowej Nathan znika bez śladu. Trzy lata później Holly wydaje się, że dostrzega w tłumie ludzi swojego zaginionego brata. Trop prowadzi ją do Riddle, gdzie z pomocą Matta, Camerona i córki szeryfa odkrywa mroczne sekrety miasteczka.
Utrzymany w młodzieżowych klimatach, niskobudżetowy thriller mało doświadczonych reżyserów, Johna O. Hartmana i Nicholasa Mrossa. Już to pierwsze zdanie powinno skutecznie zniechęcić do seansu koneserów widowiskowego kina. Dla mnie braki finansowe zawsze są atutem (wolę fabuły od efektów specjalnych), dlatego też zasiadłam przed ekranem wiele sobie obiecując. W efekcie skłamałabym, gdybym powiedziała, że Hartman i Mross w pełni zaspokoili moje oczekiwania, aczkolwiek jak na teen-thriller żółtodziobów nie jest jeszcze tak tragicznie.
Gdy zobaczyłam w roli głównej Elisabeth Harnois mimowolnie się uśmiechnęłam. Nie tylko dlatego, że od czasu serialu „Miasteczko Point Pleasant” darzę ją sporą sympatią, ale również przez wzgląd na specyfikę jej roli. 34-letnia aktorka wciąż kreująca postacie nastolatek… Ktoś mógłby powiedzieć, że to uporczywe trzymanie się czasów, które dawno już przeminęły, ale z drugiej strony, czy ktoś nieorientujący się w wieku aktorów uwierzyłby, że tak młodo wyglądająca osóbka ma już trzeci krzyżyk na karku? Jedno jest pewne – Harnois czy jej się to podoba, czy nie, jak na razie jest skazana na młodzieżowe kino, w którym, nie ukrywajmy, czuje się całkiem swobodnie. W „Riddle” ponownie do maksimum wykorzystuje swój wygląd zewnętrzny oraz doświadczenie zdobyte m.in. na planie utrzymanych w młodzieżowej konwencji, „Keith’a” i „Przesilania”. Konstrukcja fabularna „Riddle” z pewnością nie pretenduje do niczego odkrywczego – raczej należy go traktować, jako typowy, niewymagający myślenia „zapełniacz czasu”. Odprężający, przy odrobinie dobrej woli, ale szybko ulatujący z pamięci. Klasyczna historia porwania chorego chłopca (przyzwoita kreacja Ryana Malgarini) i jego siostry, która nie bacząc na grożące jej niebezpieczeństwo, wspólnie z trójką znajomych próbuje go odnaleźć. Młodzieńcze rozterki przeplatają się tutaj z kryminalną zagadką, a to wszystko osnuwa małomiasteczkowy klimat, zintegrowanej społeczności, nieprzepadającej za obcymi, ingerującymi w ich monotonne, uporządkowane życie. Mentalność mieszkańców Riddle uosabia postać szeryfa Richardsa. Val Kilmer w tej roli nie miał łatwego zadania, ponieważ musiał przekonująco oddać ambiwalentność swojego bohatera – z jednej strony stojący na straży prawa, długo poszukujący Nathana, postawny gliniarz, a z drugiej człowiek, który z jakiegoś powodu panicznie obawia się obecności Holly w swoim mieście. Już podczas jego pierwszego spotkania z dziewczyną widz nabierze podejrzeń, co do jego prawdziwych intencji, wietrząc spisek, w którym szeryf najprawdopodobniej macza palce. Kilmerowi bez większych problemów udało się wykreować prawdziwie podejrzaną postać, skupiającą na sobie wzmożoną uwagę odbiorców.
Pierwsza część seansu jest ni mniej, ni więcej jak lekkim teen-thrillerkiem, obrazującym śledztwo czwórki młodych ludzi – Holly Teller, przystojnego Matta, średnio odegranego przez Bryana Lillisa, narwanego Camerona, czyli równie przeciętnego Bena Bledsoe’a oraz pozbawionej mimiki Amber: Diora Baird w tej roli nie operując zbyt wielkim kunsztem aktorskim paradoksalnie pokazała iście intrygującą postać, mówiącą przyciszonym głosem i nieokazującą żadnych wyraźniejszych uczuć, jakby nieustannie przebywała we własnym, wyimaginowanym świecie. Choć przez większą część filmu fabuła nie odznaczała się niczym szczególnym, o dziwo, przyciągnęła moją uwagę na tyle, aby z umiarkowanym zainteresowaniem śledzić dalszy rozwój wydarzeń, który nabierze większego tempa z chwilą odkrycia przez Holly swojej prawdziwej tożsamości – od tego momentu jej małe śledztwo zaobfituje kilkoma dynamiczniejszymi scenami, jak na przykład zaatakowaniem dziewczyny przez szanowanego mieszkańca Riddle w kamieniołomie oraz dotarciem do chatki porywacza, w której będzie miała miejsce finalna rzeź: rzecz jasna niecharakteryzująca się porażającym gore – w końcu to film przeznaczony głównie dla młodych odbiorców, ale przynajmniej niepozostawiająca miejsca na maksymalnie przesłodzone zakończenie. Twórcy „Riddle” popełnili dwa poważne błędy, które znacznie psują odbiór ich filmu. Przede wszystkim przesadzili ze sztucznym oświetleniem, a co za tym idzie wyblakłe kolory niejednokrotnie rażą po oczach amatorską wizualizacją. Ponadto z chwilą odkrycia przez Holly swojej prawdziwej tożsamości, czyli największego zwrotu akcji w filmie, fabuła niczym nas już nie zaskoczy, ponieważ nawet najbardziej niedoświadczony w tego rodzaju kinie widz bez jakichkolwiek problemów rozszyfruje istotę całej intrygi, którą w drugiej połowie filmu będzie już obserwował bez jakichś większych emocji, pomimo jej szybszego tempa.
„Riddle” to taka typowa teen-thrillerowa średniawka, mogąca przypaść do gustu jedynie wielbicielom mało ambitnych niskobudżetówek, nastawionych na umiarkowaną rozrywkę widza i równocześnie spychających oryginalność fabularną poza nawias. Oglądałam tę produkcję całkowicie bezboleśnie, głównie z powodu mojego zamiłowania do podobnych „odmóżdżaczy”. Jeśli istnieją widzowie, którzy również żywią jakiś sentyment do takowych niewymagających myślenia produkcji to zapraszam na seans „Riddle”. Natomiast poszukiwaczy mocnych bądź ambitnych thrillerów odsyłam pod inny adres.

niedziela, 23 czerwca 2013

„Martwe zło 2” (1987)

Ash i jego dziewczyna Linda zatrzymują się w małej chatce w środku lasu, mając nadzieję na romantyczny wieczór. Na miejscu odnajdują magnetofon z nagranym monologiem poprzedniego mieszkańca tego lokum – profesora, który zajmował się tłumaczeniem prastarej Księgi Umarłych zwanej również Necronomiconem. Gdy z taśmy rozlega się obco brzmiące zdanie na powierzchnię wychodzą demony, atakując zakochanych. Okazuje się, że inwokacja nagrana na taśmie, zaczerpnięta z Necronomiconu była kluczem, otwierającym drzwi pradawnemu Złu do naszego świata.
Kiedy w 1981 roku świat ujrzał niskobudżetowe dzieło 22-letniego wówczas Sama Raimi’ego pt. „Martwe zło” kwestią czasu było tylko pozyskanie producenta, który zapłaciłby za solidniejszą w oczach filmowców realizację pomysłu młodego reżysera. Długo nie trzeba było czekać, bo już sześć lat później miała miejsce premiera sequela, który z uwagi na liczne podobieństwa do pierwowzoru więcej ma wspólnego z remake’iem aniżeli stricte kontynuacją. Po sensie „Martwego zła 2” widzowie podzielili się na dwa obozy – entuzjastów niskobudżetowej acz nakręconej z pasją, a nie dla pieniędzy jedynki oraz koneserów solidniejszego, pełnego efektów specjalnych wykonania widocznego w sequelu (remake’u). W latach 90-tych, po premierze trójki, do tego podzielonego fanklubu dołączyła kolejna grupa, wychwalająca najbardziej komediową z całej serii trójkę.
Główną różnicą pomiędzy „Martwym złem” a jego remake’iem (nie będę używać terminu sequela, ponieważ należę do tej grupy widzów, która uważa niniejszy film za odświeżoną wersję pierwowzoru) jest inwokacja grozy. Podczas gdy w jedynce mieliśmy do czynienia z prawdziwą ucztą gore, osnutą duszącym klimatem wszechobecnego, mrocznego zagrożenia w remake’u Raimi zdecydował się ułagodzić tę osobliwą atmosferę wieloma wstawkami stricte komediowymi. Nie mogę powiedzieć, że jestem w pełni zadowolona z takiego wybiegu, bo choć kilka scen, jak na przykład walka Asha z pragnącą jego zguby prawą dłonią (którą bez zastanowienia sobie odpiłuje), czy uwodzicielski, hipnotyzująco zrealizowany taniec ducha, umiejętnie przeplatają grozę z humorem to z czasem, jak to zwykle w takich miszmaszach gatunkowych bywa prym wiedzie głównie komedia, zmuszając horror do dyskretnego odwrotu. Nie twierdzę, że Raimi zrezygnuje z klimatu, bo ten odczuwalny będzie przez cały czas – od skopiowanej z pierwowzoru znakomitej pracy kamery przedzierającej się przez przeklęty las po sztuczną mgłę, spowijającą nawiedzone drzewa i ziemię, z której wynurzą się demony. Problem tkwi raczej w nastawionych na śmieszność, w moim mniemaniu mocno zbędnych scenach walki ze Złem, gdzie za przykład może posłużyć szarpanina z rozczłonkowaną Lindą oraz z martwą żoną profesora, który pokusił się o przetłumaczenie Necronomiconu, kiedy na jej obietnicę pożarcia duszy Asha ten przykładając jej lufę do głowy odpowiada: „Pożryj to” i pociąga za spust. Takich ściśle humorystycznych scen jest więcej – niektóre znacznie ubarwiają fabułę, ale kilka odznacza się zbyt wymuszoną, wręcz nachalną próbą rozśmieszenia widza, co owocuje całkowicie odwrotną reakcją.
Skoro już ponarzekałam wypada przejść do peanów pochwalnych, na czele których stoi oczywiście sławetny Bruce Campbell, kreujący Asha i będący swoistą wizytówką całej trylogii. Jego mimiczna, celowo przesadzona, ekspresja tak znakomicie harmonizuje z zabawową konwencją tej produkcji, jakby aktor narodził się tylko po to, aby dostać tę rolę – z tak genialnej strony już nigdy niedane mu było się pokazać. Kolejnym niewątpliwym plusem jest charakteryzacja demonów – na szczęście Raimi również tutaj zainspirował się oryginałem, dbając przede wszystkim o demoniczne, białe oczy antagonistów oraz ich szkaradnie zdeformowane twarze – Ed Getley z rozdziawioną paszczą rządzi! Chociaż zaraz pewnie ktoś mi zarzuci zachwalanie wszystkiego, co ma jakikolwiek związek z pierwowzorem (nic nie poradzę na to, że kocham wersję z 1981 roku) dodam, że kolejną sceną, która niezmiernie mnie ucieszyła był atak ożywionego drzewa na młodą dziewczynę – ok, dynamiczna praca kamery odebrała mu sporo uroku, widocznego w oryginale, ale przynajmniej odświeżyła w mojej pamięci tę legendarną już sekwencję powstałą sześć lat wcześniej. Niewątpliwą niespodzianką są również efekty komputerowe, które w większości scen nie kolidowały z klimatem duszącej grozy. Raimi przesadził tylko w prologu, omawiającym Księgę Umarłych widocznie wklejoną w pełne irytujących animacji tło, w momencie wizualizacji unoszącej się w powietrzu entoplazmowej twarzy profesora i w finale, gdzie znów wykorzystał proces wklejania w tło – tym razem całej postaci Asha. Pozostała ingerencja komputera ożywczo harmonizowała z koszmarem protagonistów, zamkniętych w podupadającej chatce i co pewnie okaże się ważniejsze dla miłośników szybkich fabuł, już od pierwszej minuty seansu narzuciła zawrotne tempo akcji. Osobiście gustuję w wolniejszym stopniowaniu napięcia, bowiem zabieg zaproponowany przez twórców w niniejszej produkcji chwilami wprowadzał tak wielki chaos przyczynowo-skutkowy, że bardziej byłam skupiona na dostosowywaniu się do tempa, aniżeli wczuciu w tę osobliwą atmosferę czystego Zła.
Porównując „Martwe zło 2” do pierwowzoru w moim mniemaniu wypada o wiele gorzej (nie wiem, dlaczego Raimi uznał, że arcydzieło wymaga poprawy), zarówno pod kątem klimatu, konstrukcji fabularnej (wolę czyste horrory, bez wstawek komediowych), jak i scen gore, których tutaj uświadczymy naprawdę niewiele - jak już jakaś posoka się pojawi to tak rozwodniona, że aż człowiek się zastanawia, jakim cudem dysponując o niebo niższym budżetem twórcom udało się pozyskać bardziej przekonującą wizualnie sztuczną krew w oryginale. Jednakże, jeśli miałabym zestawić ten obraz ze współczesnymi, jeszcze mocniej przekombinowanymi horrorami, pełnymi CGI i 3D to musiałabym przypiąć mu etykietkę arcydzieła kina grozy, bo tak zwariowanych, ale równocześnie mocno klimatycznych obrazów, ku mojemu ubolewaniu, już się nie kręci.

piątek, 21 czerwca 2013

Max Bentow „Ptaszydło”

Berliński komisarz, Nils Trojan, zmaga się z atakami paniki, co jest naturalną konsekwencją jego życia zawodowego pełnego krwi i przemocy. Mężczyzna w tajemnicy przed kolegami z pracy korzysta z pomocy psycholog, Jany Michels, która stara się doprowadzić go do równowagi psychicznej. Niestety, terapii Trojana przeszkodzi seryjny morderca, nazywający siebie Ptaszydłem, który w okrutny sposób morduje blondynki, obcina im włosy, a w pobliżu ich ciał zostawia martwego ptaka. Sprawę prowadzi Nils, który równocześnie stara się zapanować nad napadami lęku na tyle, aby nie przeszkadzały mu w śledztwie, które znacznie komplikuje się po porwaniu małej córeczki jednej z ofiar Ptaszydła oraz konferencji prasowej, która skierowuje uwagę mordercy na Trojana.
Serie kryminałów i thrillerów, których łączą ci sami bohaterowie cieszą się sporą popularnością wśród czytelników. I nic w tym dziwnego, zważywszy na tendencję człowieka do szybkiego przywiązywania się do szczególnie interesujących fikcyjnych postaci. 3 lipca na polskim rynku pojawi się pierwsza część cyklu thrillerów psychologicznych, autorstwa niemieckiego pisarza Maxa Bentowa, która w swoim rodzimym kraju zyskała status bestsellera. Nie wiem, czy u nas „Ptaszydło” powtórzy ten sukces, jednakże istnieje spore prawdopodobieństwo, że polscy czytelnicy zapałają sympatią do głównego bohatera tej powieści, Nilsa Trojana na tyle, aby chcieć poznać jego dalsze losy, o co już wkrótce zadba Wydawnictwo Dolnośląskie.
„Jej głowa była prawie zupełnie łysa, skóra na niej usiana ranami ciętymi; pojedyncze kępki włosów sterczały we wszystkich kierunkach, nad lewą skronią zwisał kawałek skóry, jakby ktoś próbował oskalpować swoją ofiarę. Na całym ciele widniały krwawe pasy, zawsze dwa bok siebie.”
Thrillery psychologiczne, traktujące o seryjnych mordercach zazwyczaj trzymają się utartego schematu – morderstwo, żmudne śledztwo, kolejne morderstwo i tak na przemian, aż do zaskakującego finału, wyjawiającego tożsamość antagonisty. Bentow odrobinę zmodyfikował tę konwencję, maksymalnie skracając kryminalne aspekty na rzecz następujących po sobie w iście zastraszającym tempie bestialskich mordów. Choć uwielbiam tendencję autorów tego rodzaju literatury do drobiazgowego przeprowadzania czytelnika przez żmudny proces śledztwa muszę przyznać, że zamysł Bentowa nacechował oś fabularną tak trzymającą w napięciu dynamiką, tak gęsto ścielącym się trupem, że chwilami ciężko było oderwać się od lektury. Już sam modus operandi sprawcy grzeszy sporą dozą oryginalności. Nasz antagonista w przebraniu ptaka wyszukuje blond ofiarę, podrzuca do jej mieszkania żywego ptaka, aby nazajutrz powrócić i przystąpić do jej okaleczania: cięcia żyletkami jej ciała, wydłubywania oczu, obcinania włosów i pozostawiania w jej brzuchu wypatroszonego ptaka. I choć finalna charakterystyka sprawcy przypomina odrobinę Franka Zito z kultowego „Maniaka” Williama Lustiga to jego bestialskie obchodzenie się z niewinnymi kobietami udowadnia, że Bentow może poszczycić się niezmierzonymi pokładami wyobraźni – troszkę przerażającej, ale przynajmniej niekopiującej inwencji innych autorów thrillerów psychologicznych. Oczywiście, najmocniejszym elementem „Ptaszydła” jest postać antagonisty, ale na uwagę zasługuje również czołowy protagonista, Nils Trojan – uczciwy, empatyczny rozwiedziony ojciec nastoletniej córki, który na co dzień staje twarzą w twarz z prawdziwymi koszmarami swojej pracy w wydziale zabójstw. Obrazy okrutnych czynów psychopatów, których codziennie ściga powracają do niego w nocy, wtrącając go w otchłań irracjonalnego lęku, odbierając dech i napawając przerażeniem. Okazuje się, że Bentow skazując Trojana na męczące napady lęku po raz kolejny skłonił się w stronę oryginalności, przy okazji obdarzając swojego bohatera cechą, wzbudzającą w czytelniku lekką dozę współczucia (przynajmniej we mnie, bo z własnego doświadczenia wiem, co też Nils przeżywał nocami), a co za tym idzie skłaniając go do sympatyzowania z tym zagubionym, acz diablo inteligentnym gliniarzem. Troszkę słabiej wypada, niestety, postać Jany Michels – blond psycholog, którą z Trojanem połączy coś więcej aniżeli relacje lekarz-pacjent. Odniosłam wrażenie, że skupiając się na Ptaszydle i Nilsie autor równocześnie zaniedbał żeński pierwiastek, co być może naprawi w kolejnych częściach serii.
„Ptaszydło” dało mi nadzieję na kolejną godną uwagi serię thrillerów psychologicznych, bo choć odznacza się kilkoma niedoróbkami warsztatowymi obiecuje czytelnikom lekki powiew świeżości na naszym skostniałym rynku tego rodzaju literatury. Mam tylko nadzieję, że kolejne powieści o Nilsie Trojanie nie zrezygnują z tego zastraszająco szybkiego tempa, zaskakującej tożsamości sprawcy i odrażającego okrucieństwa, bo głównie to przyciągnęło mnie do pióra Maxa Bentowa.
Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

czwartek, 20 czerwca 2013

Data premiery "Zombiefilii" już znana!

Znamy datę premiery pierwszej polskiej antologii o zombie - "Zombiefilii". Ten darmowy e-book ukaże się za pośrednictwem serwisu wydaje.pl już 29 czerwca. Poniżej zamieszczamy spis treści:

Kazimierz Kyrcz Jr - Wstęp
Dawid Kain – Anioły zjedzą wiosnę
Magdalena Maria Kałużyńska – Die Hard
Sylwia Błach – Głód
Marcin Rojek – Jak ja ich nie cierpię
Paweł Waśkiewicz – Relikt epoki
Aleksandra Zielińska – Deus ex machina
Paulina Kuchta – Widzę cię, widzę was
Paulina Kuchta – Amanda
Artur Olchowy – Zabieg na całe ciało
Paulina J. Król – Drosera animalia
Michał Stonawski – Druga strona medalu
Michał Stonawski – Powtórne przyjście
Grzegorz Gajek – Skorupa
Karol Mitka – Aby sprawiedliwości stało się zadość
Łukasz Radecki – Trójca. Oto słowo moje.
Marcin Podlewski – Inspekcja
Robert Rusik – Gajusz
Artur Kuchta – Życie pozagrobowe
Krzysztof T. Dąbrowski – Zombiczny dla poszczątkujących
Magdalena Maria Kałużyńska – RPG
Maciej Kaźmierczak – Kto pyta, ten błądzi
Rafał M. Skrobot – Stasio
Rafał Christ – Rudy
Bartosz Orlewski – Czerń i ostrogi
Carlton Mellick III – Cytrynowe noże i karaluchy


Z autorami zbioru będzie można spotkać się na żywo.
Pojawią się na dwóch panelach dyskusyjnych, które będą miały miejsce w Warszawie i w Krakowie.

Panel w Warszawie odbędzie się w kawiarni Między Książkami, która znajduje się na III piętrze Traffic Clubu przy ul. Brackiej 25. Spotkanie planowane jest na 2 lipca (wtorek) o godzinie 18.00.
Wydarzenie organizuje Stowarzyszenie Avangarda.

Panel w Krakowie to jeden z punktów programu konwentu Krakon. Zaplanowany jest na 27 lipca (sobota) w godzinach 12.00 - 14.00.

Wszystkich zainteresowanych antologią zapraszamy na stronę:
https://www.facebook.com/pages/Zombiefilia/636110429748890

„Lęk” (2007)

Recenzja na życzenie
Grupa przyjaciół wyjeżdża do irlandzkich lasów, celem zakosztowania tutejszych grzybów halucynogennych. Przewodnik opowiada im o stojącym nieopodal ich obozu tzw. Zakonie, w którym przed laty miała miejsce rzeź, rzutująca na późniejsze losy turystów – kilka osób zaginęło w tutejszych lasach. Młodzi ludzie, niezrażeni miejską legendą, spożywają grzybki halucynogenne, po czym stają się celem zakapturzonego mordercy. Pytanie tylko, czy to rzeczywistość, czy raczej omamy wywołane przez narkotyk?
Koprodukcja Danii, Irlandii i Wielkiej Brytanii, wyreżyserowana przez Irlandczyka Paddy’ego Breathnacha, będąca świeżym spojrzeniem na rozsławiony przez Amerykanów nurt teen-slasherów. Mówiąc „świeży” nie mam na myśli fabuły, która już bardziej konwencjonalna być nie mogła, a raczej umiejętny montaż, dający widzom złudzenie obcowania z projekcją umysłu, podczas koszmarnego snu bądź niepokojących omamów, wywołanych spożyciem narkotyku. Metaliczna kolorystyka obrazu i rozległe lasy skąpane w skrywającym zagrożenie cieniu pozwoliły twórcom osiągnąć całkiem przyzwoity (jak na standardy XXI-wiecznych horrorów) klimat całkowitego odcięcia od cywilizacji, zagubienia protagonistów wśród bezkresu nieubłaganej natury i śmiertelnego niebezpieczeństwa, symbolizowanego przez zakapturzonego mordercę, obdarzonego nadprzyrodzonymi zdolnościami, które między innymi pozwalają mu znikąd pojawiać się w pobliżu ofiar. Już sam fakt tak umiejętnie budowanej atmosfery grozy powinien zachęcić wielbicieli horrorów do seansu, ale ten gatunek nie opiera się tylko i wyłącznie na tym jednym aspekcie, a pozostałe, niestety wypadają nadzwyczaj blado.
W teen-horrorach rzadko, kiedy spotykamy się z bohaterami, do których możemy zapałać jakąś większą dozą sympatii. Nie licząc potencjalnej final girl, która w przeciwieństwie do swoich towarzyszy (nastawionych głównie na dobrą zabawę, zakrapianą alkoholem, doprawianą narkotykami i urozmaicaną przygodnym seksem) od początku seansu musi odznaczać się zdroworozsądkowym myśleniem. Tak też jest w przypadku Tary, jednakże mało przekonująca Lindsey Haun, z wiecznie zamglonym wyrazem twarzy skutecznie odrzuciła mnie od kreowanej przez siebie postaci. To już pozostała część obsady, z Jackiem Hustonem na czele odznacza się większym talentem aktorskim, co wcale nie znaczy, że do któregokolwiek protagonisty uda się nam w pełni przekonać, a co za tym idzie dopingować jego walce o przetrwanie. Właściwie cała konstrukcja fabularna „Lęku” opiera się na ciągłych ucieczkach bohaterów po bezkresnym lesie (głównie w pojedynkę, bo rozdzielanie się w sytuacjach kryzysowych to domena tego nurtu horroru), byle z dala od tajemniczego zabójcy, który w szybkim tempie eliminuje przerażonych młodych ludzi. Z wszystkich tych nastawionych na straszenie scen na uwagę zasługuje jedynie moment kastracji napalonego chłopaka oraz końcowe błądzenie dziewczyny po bagnie, kiedy to twórcom udało się osiągnąć wyżyny zagubienia jednostki: samotnie rozglądającej się wokoło oraz przeświadczyć widza o jej rychłej zgubie w jakże niepokojącej scenerii. Tymczasem pozostałe wydarzenia, łącznie z wejściem do „przeklętego domu” oraz spotkaniem z dwójką miejscowych dziwaków oprócz okazyjnego eksperymentowania z montażem (zamazywanie konturów przy niektórych ruchach protagonistów) nie odznaczały się niczym szczególnym, prędzej mnie nużąc aniżeli trzymając w jakimś większym napięciu emocjonalnym.
Przez cały seans twórcy sugerują odbiorcom, że mają do czynienia z przywidzeniami po lekkomyślnym zażyciu grzybków halucynogennych przez protagonistów. Takie przeświadczenie narasta w widzach szczególnie dzięki montażowi, mającemu zasugerować obcowanie z naćpanymi umysłami młodych ludzi. UWAGA SPOILER I kiedy już odbiorca nabierze pewności, że udało mu się przewidzieć finał, reżyser odwraca całą fabułę do góry nogami, pokazując nam, że nic nie było tym, na co wyglądało. Owszem, okaże się, że byliśmy świadkami imaginacji chorego umysłu, ale nie wszystkich protagonistów tylko samej głównej bohaterki – Tary, która niczym Marie z „Bladego strachu” pozabijała swoich przyjaciół, po czym zastąpiła te bestialskie czyny wyimaginowanymi sytuacjami. Zakończenie zaskakuje (a jakże!), ale co z tego, skoro jest niemalże dokładną kopią zamysłu Alexandre Aja z 2003 roku? KONIEC SPOILERA.
Ciężko jest mi jednoznacznie ocenić „Lęk”, bo z jednej strony charakteryzuje się nadzwyczajnie mrocznym klimatem, tak poszukiwanym przeze mnie w tym gatunku oraz oryginalnym montażem, a z drugiej żeruje na ogranych motywach, których nachalna powtarzalność niejednokrotnie mocno mnie znużyła, a w przypadku finału zwyczajnie zirytowała. Najbezpieczniej chyba będzie, jak w podsumowaniu orzeknę, że miałam do czynienia ze zwykłą średniawką, przeznaczoną głównie dla osób, poszukujących słabych fabuł, okraszonych mocnym klimatem.

środa, 19 czerwca 2013

Głosowanie – wyjazd

Głosowanie na slashery wprowadziło zbyt duże zamieszanie (obiecuję, że jak tylko znajdę chwilę zamieszczę subiektywne zestawienie tego nurtu). Teraz będzie łatwiej. Wystarczy w komentarzach bądź mailowo (buffy1977@wp.pl) podać tytuły swoich trzech ulubionych horrorów, opartych na motywie „grupa przyjaciół wyjeżdża…” powstałych w latach 2000-2012 (premiera światowa, nie polska). Nie ważne, czy będą to krwawe pozycje, czy nadnaturalne – ważne, żeby traktowały o wyjeździe grupki znajomych (nie rodziny) bądź parki zakochanych lub parki przyjaciół do jakiegoś miejsca, w którym staną oko w oko z koszmarem. Sequele, prequele, pastisze i remake’i dozwolone. Czas jak zwykle nieokreślony: gdy spłynie wystarczająca liczba głosów na blogu pojawi się zestawienie horrorów z niniejszym motywem. Wszystkich zainteresowanych zapraszam do wspólnej zabawy i z góry dziękuję za oddane głosy.

wtorek, 18 czerwca 2013

Stephen King „Joyland”

Dwudziestojednoletni student, Devin Jones, znajduje wakacyjną pracę w wesołym miasteczku, gdzie szybko zaprzyjaźnia się z pozostałymi pracownikami, którzy pomagają mu zapomnieć o zawodzie miłosnym. Szybko okazuje się, że Devin posiada liczne kuglarskie talenty, które w szybkim czasie z żółtodzioba windują go do pozycji jednego z wartościowszych pracowników Joylandu. Ten swoisty „amerykański sen” skończy się, gdy chłopak postanowi na własną rękę rozwiązać tajemnicę morderstwa młodej dziewczyny sprzed lat – odnaleźć jej zabójcę i uwolnić jej duszę z Domu Strachu, w czym pomoże mu przyjaźń z niezwykłym niepełnosprawnym chłopcem.
Długo oczekiwana książka Stephena Kinga, będąca swoistym połączeniem dramatu, obyczajówki i kryminału. Takie odstępstwa od horroru w przypadku tego autora nie są niczym nowym, wystarczy sobie przypomnieć choćby „Zieloną milę”, czy „Dolores Claiborne”, w których to King udowodnił, że przydomek „mistrza literatury grozy” nie oznacza, iż ogranicza się on tylko i wyłącznie do jednego gatunku. Nie byłabym zaskoczona, gdyby wielbiciele horrorów poczuli się zawiedzeni – sama w trakcie lektury odnosiłam wrażenie, że kilka wątków, aż prosiło się o większą dawkę klimatu nadnaturalnej grozy, aczkolwiek udało mi się zmienić swoje nastawienie, co w efekcie znacznie umiliło mi lekturę „Joylandu”.
„Kiedy człowiek ma dwadzieścia jeden lat, życie to mapa drogowa. Dopiero w wieku dwudziestu kilku lat zaczyna podejrzewać, że przez cały czas patrzył na tę mapę odwróconą dołem do góry, a jako czterdziestolatek wie to na pewno. Kiedy dobija do sześćdziesiątki, możecie mi wierzyć, jest zagubiony jak cholera.”
Gdy przed laty czytałam powieść Deana Koontza pt. „Wesołe miasteczko”, w którym autor zręcznie przeciwstawia atmosferę magicznego objazdowego parku rozrywki z wyczuwalną, acz długo nieuchwytną grozą zastanawiałam się, jak w podobnej tematyce wypadłby mistrz sugestywnych, pobudzających wyobraźnię opisów, Stephen King. Długo przyszło mi czekać na wesołe miasteczko w wydaniu tego autora, a biorąc pod uwagę pierwszą połowę „Joylandu” warto było. Narratorem jest Devin Jones, chłopak, do którego czytelnik z miejsca zapała sympatią – odpowiedzialny, pełen empatii, zawsze służący pomocą człowiek ze złamanym sercem, który naprawdę stara się być kimś wartościowym dla społeczeństwa. Choć wchodzi do Joylandu, jako zadatek na wspaniałego mężczyznę musi jeszcze wiele nauczyć się o otaczającym go świecie i w pełni ukształtować swój pączkujący charakter. Nowa praca nie będzie dla niego jedynie okazją do wakacyjnego zarobku, a raczej swego rodzaju wentylem, który wyzwoli w nim najlepsze cechy, tak potrzebne w dalszej godnej egzystencji. Pierwsza połowa „Joylandu” to King w najczystszej postaci – facet, który z prawdziwą wirtuozerią wprowadza swoich czytelników w magiczny świat karuzel, kolejek i waty cukrowej z taką mocą, że osoba obdarzona, choćby strzępem wyobraźni bez problemu przeniesie się do tego zjawiskowego, niestety dawno już zapomnianego świata rozrywki - usłyszy krzyki dzieci, z zachwytem przeżywających niezapomniane chwile i poczuje wszechogarniający zapach hot dogów. Równocześnie będzie świadkować być może trywialnym, ale jakże znajomym z własnych doświadczeń rozterkom egzystencjalnym Devina, jego procesowi przyśpieszonego dorastania: smutkom i radościom, które tak mocno przyczynią się do kształtowania w nim prawdziwie dorosłych cech. To wszystko King osnuje lekką aurą tajemnicy, objawiającą się mrożącą krew w żyłach historią morderstwa młodej dziewczyny sprzed czterech lat, której oprawca nigdy nie został schwytany, a jej duch wedle zeznań licznych świadków nadal nawiedza miejsce zbrodni – przerażający Dom Strachu w Joylandzie.
„Historia to zbiorowe i dziedziczne gówno rodzaju ludzkiego, wielka i stale rosnąca kupa łajna. Dziś stoimy na jej szczycie, ale wkrótce zostaniemy pogrzebani pod sraką następnych pokoleń.”
Niestety, druga połowa „Joylandu” odrobinę mnie zawiodła. Zaczyna się zachęcająco, od zacieśniania znajomości z małym niepełnosprawnych Mike’m i jego matką Annie. Tragedia chłopca: jego samotność wywołana nieuleczalną chorobą i świadomość rychłej śmierci sprawiła, że niejednokrotnie łezka zakręciła mi się w oku (aby pod koniec powieści zamienić się w prawdziwy strumień, spływający po twarzy), aczkolwiek nie jestem zadowolona z jego po macoszemu potraktowanych interakcji z Devinem. Gdzie im do relacji Michaela i małej Kyry z „Worka kości”? Wyglądało to tak, jakby King koniecznie chciał maksymalnie skrócić tę opowieść, a nie od dziś wiadomo, że najlepiej czuje się właśnie w długich historiach, pełnych drobiazgowych opisów. Drugą sprawą jest wątek kryminalny, tak delikatny i umiejętnie dawkowany w pierwszej połowie książki, aby w finale przysłonić pozostałe aspekty fabularne. Dość powiedzieć, że tożsamość mordercy z Domu Strachu łatwo przewidzieć, jeśli oczywiście zna się tok rozumowania Kinga, ale i tak najbardziej irytuje moment rozmowy telefonicznej Devina z zabójcą, po której chłopak udaje się do Joylandu na spotkanie z nim – nie mogę pojąć, dlaczego uprzednio nie zawiadomił policji… Niestety, nie mogę przekonać się do kryminału w wydaniu Kinga i nawet nie chodzi tutaj o drobne dziury logistyczne – zwyczajnie przeszkadzał mi ten brak większego rozbudowania fabularnego, w dodatku osnuty znienawidzonymi przeze mnie dobrymi duchami, które nie mają w sonie ani krztyny grozy.
Mimo troszkę zepsutej drugiej połowy książki „Joyland” czytało się całkiem znośnie – pewnie przyczyniło się do tego miejsce akcji oraz główny bohater z jego wszystkimi rozterkami egzystencjalnymi, którego nie można nie lubić. Gdyby King pokusił się o bardziej drobiazgowe rozbudowanie historii mógłby to być literacki hit roku, a tak pozostała jedynie dobra lektura przeznaczona głównie dla wielbicieli dramatów.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...