piątek, 11 stycznia 2019

„You Might Be the Killer” (2018)

Kierownik obozu letniego, Sam, ukrywa się przed zamaskowanym mordercą w jednej z drewnianych chat stojących na terenie kempingu. Dzwoni do swojej najlepszej przyjaciółki Chuck, wybierając numer sklepu, w którym kobieta pracuje. Mówi jej, że w obozie należącym do jego rodziców pojawił się tajemniczy osobnik, który zabił większość opiekunów. Sam jest przekonany, że morderca wkrótce dopadnie i jego, jeśli szybko czegoś nie wymyśli. Prosi Chuck o radę, wiedząc, że interesuje się takimi historiami. Kobieta chce, by przyjaciel zrelacjonował jej cały przebieg wydarzeń, ale Sam początkowo niewiele pamięta. Pamięć wraca mu stopniowo. Mężczyzna na bieżąco przekazuje Chuck wszystko co mu się przypomina, a kobieta korzystając ze swojej wiedzy na temat horrorów stara się mu pomóc.

W lipcu 2017 roku pisarz Sam Watkins (publikujący jako Sam Sykes) oraz pisarz, bloger, autor komiksów i scenarzysta Chuck Wendig zabawiali się na Twitterze snuciem historyjki grozy z elementami komedii. Niedługo potem rozpoczęto pracę nad filmem pt. „You Might Be the Killer” opartym na pomyśle Watkinsa i Wendiga. Scenariusz napisali Thomas P. Vitale, Covis Berzoyne i Brett Simmons. Ten ostatni zasiadł również na krześle reżyserskim. Brett Simmons ma już pewne doświadczenie w kinie grozy - „Husk” (2011), „Małpia łapa” (2013), „Monstrum” (2014) – ale jak dotąd nie odnosił na tym polu sukcesów. Jak dotąd, bo „You Might Be the Killer” może być przełomem w jego karierze...

W 2015 roku ukazał się, moim zdaniem doskonały, pastisz camp slasherów w reżyserii Todda Straussa-Schulsona, pt. „The Final Girls”. Film zarówno śmiejący się, jak i składający należny hołd temu nurtowi kina grozy. Tetralogia „Krzyk” Wesa Cravena to również tego rodzaju ekperymencik, a i „You Might Be the Killer” można spokojnie rozpatrywać w kategoriach pastiszu. Więcej w nim dowcipu niż w „Krzykach” Cravena, warstwa komediowa jest zdecydowanie szersza, ale to wcale nie oznacza, że Brett Simmons i jego ekipa zepchnęli horror poza margines. I bynajmniej nie kierowało nimi przede wszystkim pragnienie wyśmiania reguł, jakimi rządzą się slashery w ogólności i camp slashery w szczególności. „You Might Be the Killer” to również pochwała konwencji, coś na kształt pomnika dla horrorów o mordercach polujących na ludzi. Pomnika stworzonego przez osoby doskonale orientujące się w nurcie slash, przez twórców, którym, czego jak czego, ale niezrozumienia reguł, jakimi rządzą się slashery zarzucić na pewno nie można. Braku inwencji również, bo choć „You Might Be the Killer” ma za zadanie uwypuklać znane motywy tego rodzaju rąbanek, choć ta powtarzalność jest niezbędnym składnikiem tego projektu, to trzeba filmowcom (albo pomysłodawcom tej historii w osobach Sama Watkinsa i Chucka Wendiga) przyznać, że mieli swój pomysł na punktowanie zasad jakimi rządzą się slashery (wiemy jednak, że nie wszystkie). Za podstawę tej opowieści najwidoczniej posłużył kultowy „Piątek trzynastego” Seana S. Cunninghama, a właściwie to seria tych camp slasherów, ale Brett Simmons i jego ekipa przywołują też inne znane tytuły (zresztą nie tylko slasherów) wprost oraz w bardziej subtelny sposób. Miłośnicy filmów slash najpewniej bez trudu wyłapią również te bardziej zawoalowane, mniej oczywiste nawiązania do kultowych rąbanek. Weźmy na przykład postać Jamie, jednej z opiekunek obozu prowadzonego przez Sama (dobre kreacje Jenny Harvey i Frana Kranza) – fanom slasherów to imię prawdopodobniej skojarzy się tylko z jednym tytułem (tak naprawdę będącym tytułem serii horrorów), przynajmniej dla nich, tym najbardziej oczywistym i na tym powinni zakończyć poszukiwania, bo twórcom „You Might Be the Killer” zależało na skojarzeniu Jamie z tą pozycją (tymi pozycjami), o których część odbiorców ich produkcji od razu pomyśli. Tym co przede wszystkim przemawia za niemałą kreatywnością autorów omawianej historii jest zaburzenie chronologii. Zamiast tradycyjnie najpierw zapoznać nas z bohaterami filmu, z postaciami, na które później będzie polował tajemniczy morderca (jego tożsamość, inaczej niż to zazwyczaj bywa, poznajemy bardzo szybko), twórcy wrzucają nas w końcowy etap rzezi. Na ekranie pojawia się napis (będzie ich więcej) informujący, że zginęło już wielu opiekunów obozu – napis w stylu retro – a my patrzymy na jednego z tych, którzy przeżyli, na zakrwawionego Sama, który w panice szuka jakiejś kryjówki. W końcu chowa się w drewnianym domku stojącym na terenie należącym do jego rodziców i dzwoni do swojej najlepszej przyjaciółki Chuck (znakomita rola i przekonująca kreacja Alyson Hannigan). I gdy już wyśmiejemy pomysł wyżalenia się koleżance przed zawiadomieniem policji, dowiemy się, że jednak Sam wcześniej zadzwonił do szeryfa, ale go nie zastał, więc po prostu zostawił wiadomość na automatycznej sekretarce i czym prędzej skontaktował z Chuck. I tak jakby ten lokalny glina był jedynym przedstawicielem prawa w Stanach Zjednoczonych, ani Sam, ani jego powierniczka nie decydują się powiadomić innych policjantów o rzezi, do jakiej niedawno doszło na Camp Clear Vista. „You Might Be the Killer” to horror komediowy, a więc nie należy mieć za złe protagonistom takich głupich zachowań. Poza tym wiemy, że nurt, nad którym Brett Simmons się tutaj pochylał słynie między innymi z nielogicznych zachowań pozytywnych postaci. Twórcy omawianego obrazu celowo je uwypuklali, absurd zamierzenie goni tutaj absurd, dając miłośnikom kina grozy dwojakiego rodzaju wrażenia: możemy zarazem śmiać się z reguł, jakimi rządzą się slashery (serdecznie, nie złośliwie) oraz po raz kolejny zachwycać niezaprzeczalnym urokiem, jaki w nich tkwi. Bo Brett Simmons i jego ekipa zauważalnie mają dużo sympatii, wręcz miłości dla tego podgatunku, nawet humor zawarty w tym obrazie jest im życzliwy – owszem, śmiejemy się z takich historii (dowcip jest naprawdę dobry, żeby nie rzec błyskotliwy), ale nie szydzimy z nich. Ten śmiech jest absolutnie przyjazny, wątpię żeby nawet najbardziej ortodoksyjni miłośnicy slasherów poczuli się tym urażeni.

Nie da się nie zauważyć, że zdjęcia były stylizowane na kino grozy (konkretnie nurtu slash) z lat 70-tych i 80-tych, że twórcy starali się (według mnie skutecznie) przywołać ducha slasherów powstałych w tych dwóch dekadach XX wieku. Ziarno pojawia się z rzadka, chyba tylko na przynajmniej niektórych „tablicach” z napisami, ale sposób prowadzenia kamer, kolorystyka zwłaszcza za dnia na obozie prowadzonym przez pierwszoplanową postać (na obozie, na którym gdy toczy się właściwa akcja filmu dzieci jeszcze nie ma), te przyblakłe, z lekka przybrudzone obrazki muszą, po prostu muszą, kojarzyć się ze slasherami z najlepszego okresu tego podgatunku. Ta stylizacja nie jest kompletna, to znaczy w „You Might Be the Killer” widać także współczesność – uwidacznia się ona też w warstwie technicznej, nie dotyczy to jedynie takich nowoczesnych sprzętów, jak smartfony – ale to o dziwo wzbogaca klimat tego filmu. Tak, ta mieszkanka, zmiksowanie tych dwóch okresów, wręcz mnie oczarowało, bo realizatorzy „You Might Be the Killer”, podeszli do tego z tak niezwykłym wyczuciem klimatu, z tak niebiańskim smakiem, że nic tylko konsumować. Wróćmy jednak do eksperymentalnej narracji tego filmu. Wcześniej zdradziłam, że ta historia ta dla widza rozpoczyna się od jej końcowej fazy (w sumie to prawie, bo to jeszcze nie finał), ale tylko niezbyt jasno zasugerowałam, że zostaniemy zapoznani z wcześniejszymi wydarzeniami. Nie po kolei, retrospekcje będą wrzucane bez poszanowania chronologii, większa część tej historii będzie snuta od tyłu – zaczynamy prawie od końca i cofamy się etapami do początku, gdzieś tam po drodze, również we wcześniejszym etapie, natykając się na jakieś odstępstwa od tej reguły, jakieś zaburzenia również tej, nazwijmy ją, narracji wstecznej. Takie snucie opowieści rodzi niebezpieczeństwo w postaci niemożności sympatyzowania czy wręcz identyfikowania się z pozytywnymi postaciami filmu (i w większości przypadków rzeczywiście tak jest), bo skoro tak długo mamy czekać na „wieczorek zapoznawczy”, skoro najpierw dowiadujemy się o śmierci większości z nich, to jak mamy wczuć się w ich sytuację? Ale ta moja obawa zrodzona na początku tej historii, na szczęście nie do końca się ziściła. Twórcy poniekąd wyszli z tego obronną ręką – i nie chodzi mi tutaj tylko o Chuck i Sama. UWAGA SPOILER Choć w przypadku tej dwójki może być różnie (to zależy od widza). Chuck, jako istna specjalistka w dziedzinie horroru, nie mogła nie zyskać mojej sympatii, nawet wziąwszy pod uwagę, to komu starała się pomóc. A mianowicie mordercy, którym był... Sam. Ale czy ten fakt oznacza, że trudno o jakieś pozytywne odczucia względem niego? Otóż niekoniecznie. Chociaż brzmi to strasznie, niejako wbrew sobie, można go polubić. Swoją drogą pomysł na obranie perspektywy mordercy, na swego rodzaju ocieplanie jego wizerunku, ale jednocześnie pokazywanie okrucieństwa czarnego charakteru w pewnym sensie z drugiej strony maski (i notabene przez maskę, co każe mu współczuć, bo w sumie też jest ofiarą) delikatnie skojarzyło mi się z „Behind the Mask: The Rise of Leslie Vernon” Scotta Glossermana KONIEC SPOILERA. Inny bardzo pomysłowy akcent dotyczy final girl – młodej kobiety całkowicie czystej, może nawet czystszej od inspiratorek tych postaci, od najsłynniejszych, legendarnych wręcz final girls, bo ta dziewica nie unika tylko alkoholu, narkotyków i papierosów, ona nawet od kofeiny trzyma się z dala... Lepszego materiału na wybawicielkę, na osobę pokonującą zamaskowanego mordercę nie można więc sobie wymarzyć, prawda? A sytuacji w jakiej znajduje się ta niewiasta ktoś mógłby jej pozazdrościć, ktoś niezbyt czysty, ale kto powiedział, że final girl może być tylko cnotliwe dziewczę? No kto? Cóż, Chuck tak mówi, jest tego absolutnie pewna. I ciężko nie przyznać jej racji, tyle że UWAGA SPOILER Chuck jest również przekonana (i większość widzów pewnie też będzie), że final girl pokona zło. Nawet do głowy jej nie przychodzi możliwość, że to ona, ta cnotliwa niewiasta, może stać się wysłanniczką rzeczonego zła. Cóż za przewrotność... nieprzekombinowana, całkiem zaskakująca, w ciekawy sposób reinterpretująca archetyp final girl. Epilog też mnie ujął – wspaniały ukłon w stronę pewnego motywu często wałkowanego przez ten podgatunek KONIEC SPOILERA. Tak na marginesie maska mordercy jest niezła, a podobieństwo do maski Jasona Voorheesa wcale mi nie przeszkadzało, właściwie to traktowałam to jako korzyść. Scenom mordów również niczego zarzucić nie mogę – no dobrze, może pomysłowości nie ma w tym wiele, ale efekty specjalne prezentują się nader realistycznie, a trup snuje się gęsto. Na zaniedbanie przynajmniej tej konkretnej płaszczyzny miłośnicy umiarkowanie krwawych horrorów narzekać więc nie powinni (przynajmniej, ale skłaniam się ku temu, że wielu z nich, jeśli nie wszyscy, będą zadowoleni z całości). A piosenka "You Might Be the Killer" wymiata (napisy końcowe).

„You Might Be the Killer” Bretta Simmonsa to jeden z najlepszych współczesnych horrorów komediowych, jaki widziałam. Nie tak dobry, jak „The Final Girls” Todda Straussa-Schulsona (nie według mnie), ale też tchnący miłością do kultowych slasherów (i nie tylko) oraz oczywiście głębokim zrozumieniem reguł, jakimi rządzi się ten nurt horroru. Bawiący się tym podgatunkiem, dowcipkujący w dosyć błyskotliwy sposób, ale zarazem wychwalający motywy z nim związane, oddający cześć tradycji zarówno fabułą, jak i realizacją. Oczu od tego nie mogłam oderwać, właściwie to wpadłam w czysty zachwyt, choć przyznaję, że po tym reżyserze spodziewałam się czegoś nieporównanie gorszego. W sumie to nie uwierzyłabym, gdybym tego nie zobaczyła – Wy też pewnie sceptycznie podejdzie do tych moich pochwalnych słów pod adresem tej pozycji. I pewnie część z Was rzeczywiście powinna zaufać tym złym przeczuciom i trzymać się od tej produkcji z daleka. Ale mam nadzieję, że wieloletni miłośnicy slasherów nie pozwolą sobie na opuszczenie tej pozycji. Bo ten film bez wątpienia kręcono z myślą o nich.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...