Stronki na blogu

czwartek, 14 lutego 2013

„Hitchcock” (2012)

Po premierze filmu „Północ – północny zachód” naciskany przez producenta Alfred Hitchcock poszukuje pomysłu na swój nowy film. Przypadkiem trafia na książkę Roberta Blocha, zatytułowaną „Psychoza” i postanawia ją zekranizować. Sceptycznie nastawiony do tak zwyrodniałego filmu Paramount nie zgadza się na finansowanie go. Po konsultacji z żoną, Almą, Hitchcock opłaca wszystkie koszty produkcji, mając nadzieję, że owe przedsięwzięcie nie zrujnuje go finansowo. Podczas zdjęć Hitchcock jak zwykle wykazuje niezdrowe zainteresowanie blondwłosą aktorką, Janet Leigh, a jego żona coraz więcej czasu spędza z pewnym scenarzystą, o którego Alfred wkrótce staje się mocno zazdrosny.
Głośna ekranizacja książki Stephena Rebello z Anthonym Hopkinsem w roli głównej. Sacha Gervasi, mając do dyspozycji wysoki budżet nakręcił kawałek biografii legendarnego reżysera Alfreda Hitchcocka, przy okazji znakomicie oddając realia schyłku lat 50-tych i początku 60-tych. Film obrazuje mniej więcej rok z życia reżysera, ze szczególnym wskazaniem na proces powstawania jego najsłynniejszego dzieła oraz problemów małżeńskich. Po lekturze kilku recenzji niniejszej produkcji spodziewałam się maksymalnie wyidealizowanej kreacji Hitchcocka, jednakże moje odczucia jak zwykle były nieco inne niż u większości widzów.
Mając już za sobą seans niskobudżetowej „Dziewczyny Hitchcocka”, która obrazuje nieco późniejszy okres życia reżysera tym razem zmierzyłam się z początkami jego niezdrowej obsesji na punkcie blondwłosych aktorek. Uważny widz szybko zauważy, że analogicznie do kręconego właśnie przez Hitchcocka dreszczowca on również walczy ze swoją własną psychozą. Pierwsze sygnały jego negatywnej strony osobowości widzimy już w trakcie pierwszej kolacji z Almą i nowo zatrudnioną aktorką, Janet Leigh (wykreowaną przez Scarlett Johansson, której nie darzę zbytnią sympatią, aczkolwiek przyznaję, że całkiem zgrabnie udźwignęła swoją rolę). Hitchcock już wówczas, ku niezadowoleniu swojej żony, wykazuje niezdrowe zainteresowanie młodą kobietą. Kiedy w dalszej części seansu na scenę z rzadka wkracza odtwórczyni roli Very Miles, Jessica Biel, dowiadujemy się o jej antypatycznej postawie względem Hitchcocka, który niegdyś miał obsesję na jej punkcie – zakończonej po zajściu przez nią w ciążę. Teraz Hitchcock nie może zrozumieć wyższości potomka nad sławą, miłość macierzyńska jest dla niego abstrakcyjnym pojęciem, co wprost wyjawia Janet. Dodajmy do tego chorobliwą zazdrość o żonę, którą sam rani swoimi relacjami z blondynkami oraz Eda Geina w roli jego wewnętrznego głosu. To kim był owy mężczyzna jest aż nadto wymowne. Równocześnie twórcy skupili się na perfekcyjności Hitchcocka w sferach zawodowych oraz jego ściskającym serce zagubieniu, podsycanym strachem przed samotnością. Ta dwoistość głównej postaci filmu nie była łatwa do odegrania, aczkolwiek kto poradziłby sobie z nią lepiej niż Anthony Hopkins? Choć jego mimika znacznie zubożała po przywdzianiu maski, imitującej twarz prawdziwego Alfreda Hitchcocka w zamian jego teatralny sposób bycia nieodmiennie mnie intrygował.
Traktując „Hitchcocka” jako preludium „Dziewczyny Hitchcocka” wydaje mi się, że jedyną całkowicie inaczej wykreowaną postacią jest Alma. Mam wrażenie, że Helen Mirren w tej roli spisała się jeszcze bardziej przekonująco niż Hopkins. Jej Alma jest silną, samowystarczalną kobietą, bez której Hitchcock, jak sam przyznaje, byłby nikim. To głównie dzięki niej teraz, po tylu latach możemy oglądać legendarne dzieło, jakim bez wątpienia jest „Psychoza”, a już na pewno zawdzięczamy jej znakomitą ścieżkę dźwiękową w trakcie kultowej sceny pod prysznicem (o ile uwierzymy, że wszystkie wydarzenia pokazane w filmie wydarzyły się naprawdę). Jeśli chodzi o proces powstawania „Psychozy” to myślę, że twórcy nie pokazali jej fanom niczego, czego nie wiedzieli już wcześniej – wykupienie przez Hitchcocka wszystkich egzemplarzy książki Blocha z całych Stanów Zjednoczonych; przeprawa z cenzurą, która zabroniła pokazywania nagości, noża zagłębiającego się w ciało ofiary oraz… sedesu (co współczesnego widza z pewnością mocno rozbawi) i późniejsze przysięgi urzędnika odnośnie faktu, że w sławetnej scenie pod prysznicem narzędzie zbrodni weszło w ciało Janet (jak wiemy ówczesna publika dzięki sile sugestii również była o tym przekonana). Ponadto obawy Alfreda i Almy, odnośnie przyjęcia „Psychozy” przez publikę nie udzielają się widzowi, ponieważ doskonale zdaje on sobie sprawę z końcowego efektu ich ciężkiej pracy na własny rachunek.
„Hitchcocka” oglądałam z prawdziwym zainteresowaniem, bo choć w moim mniemaniu nie dorównuje „Dziewczynie Hitchcocka” jest naprawdę sprawnie zrealizowanym, pełnym interakcji międzyludzkich i na szczęście nienastawionym na bezsensowne efekciarstwo dramatem biograficznym, traktującym między innymi o jednym z moich ulubionych filmów – legendarnej „Psychozie”. Wszystko tutaj jest „dopięte na ostatni guzik” od realizacji, przez problematykę i scenerię po obsadę. Jednak widzów nastawionych na kinowy, pełen nieustającej akcji super hicior z pewnością ta produkcja mocno zawiedzie.

środa, 13 lutego 2013

Świat Książki uratowany!

Z nieukrywaną przyjemnością informuję, że Świat Książki został kupiony przez wrocławskie wydawnictwo Bukowy Las. Nowy właściciel deklaruje zachowanie odrębnego profilu Świata Książki z istniejącym obecnie planem wydawniczym na 2013 rok, jak najszybsze wznowienie działalności oraz chęć dalszej współpracy z częścią dotychczasowego zespołu. Teraz czekamy na wieści „co dalej”- czy Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów wyda zgodę na transakcję, na „co dalej”od nowego właściciela. Oraz jak planują kontynuować i kto trafi do ich ekipy pracowników.
Drugą informację, a raczej prośbę kieruję do czytelników książek. W blogosferze istnieje blog http://wyczytanezapisane.wordpress.com/, na którym gromadzone są różne wpadki językowe i stylistyczne, wynotowane z książek. Jeśli ktoś natknął się na takie „smaczki” proszę o podesłanie na adres wyczytane.zapisane@gmail.com

wtorek, 12 lutego 2013

„Kolekcjoner” (2012)

Recenzja na życzenie
Elena wybiera się wraz z dwójką przyjaciół do nocnego, elitarnego klubu, który wkrótce potem zostaje opanowany przez seryjnego mordercę, zwanego Kolekcjonerem. Za pomocą przemyślnie skonstruowanych pułapek mężczyzna pozbawia życia niemalże wszystkich uczestników imprezy, a Elenę zabiera do swojej kryjówki. Tymczasem jej ojciec wysyła grupę przeszkolonych bojowo ludzi do Arkina, który niedawno przeżył spotkanie z Kolekcjonerem. Mężczyzna zgadza się zaprowadzić ich do opuszczonego hotelu, w którym przebywa morderca wraz z porwaną dziewczyną. Kiedy tylko przekraczają jego próg stają w szranki nie tylko z Kolekcjonerem, ale również z jego śmiertelnymi pułapkami.
Sequel głośnego obrazu torture porn z 2009 roku, którego reżyserem i współscenarzystą również jest Marcus Dunstan. Ilekroć przychodzi mi sięgać po wysokobudżetowe horrory, które trafiły do kin w dodatku w 3D zapala mi się przysłowiowa czerwona lampka, bowiem faktem jest, że w takich przypadkach twórcy rzadko, kiedy myślą o wielbicielach gatunku, stawiając raczej na daleko posunięte efekciarstwo, które ma szansę przypaść do gustu „kinowym wyjadaczom”. O ile pierwsza część dbała o klimat i napięcie „Kolekcjoner” niemalże całkowicie z tego rezygnuje na rzecz jakże pomysłowych i jakże krwawych scen mordów. Akcja rozpoczyna się już po dziesiątej minucie filmu, kiedy to widzimy, jak niemalże wszyscy uczestnicy elitarnej imprezy zostają poszatkowani przez ogromną kosiarkę. Choć ta scena niewątpliwie dała twórcom pretekst do maksymalnego wykorzystania sztucznej posoki, na miarę „Martwicy mózgu” niestety nie skorzystali z okazji, dość oszczędnie szafując czerwienią – dodam, że sztuczna krew, choć niewygenerowana komputerowo (co się chwali) zdecydowanie nie przekonuje swoją zbyt jasną barwą i rozcieńczoną konsystencją, zarówno w trakcie omawianej sceny gore, jak i każdej kolejnej. A jest ich naprawdę mnóstwo. Scenarzyści poświęcili fabułę na rzecz pomysłowych pułapek, co z jednej strony okaże się zbawienne dla wielbicieli krwawych horrorów, ale równocześnie znuży nastawionych na większą komplikację widzów.
Fabułę w skrócie można podsumować w następujący sposób: grupa ludzi wchodzi do naszpikowanej pułapkami kryjówki Kolekcjonera, aby uratować młodą dziewczynę. Reszta to zwykła rzeź, której finał przewidzimy już w pierwszych minutach seansu. Niczym w „Pile 2” opuszczony hotel staje się istnym torem z przeszkodami dla grupki śmiałków, którzy stopniowo się „wykruszają”. Zobaczymy między innymi metalowe pale, wychodzące z sufitu i przyszpilające mężczyznę do podłogi; kobietę przybitą gwoździami do ściany; ludzi w klatce miażdżonych przez dodatkową ściankę; łamanie ręki; nabijanie na haki i tak dalej, i tak dalej. Oczywiście, kiepska realizacja scen mordów nie pozwoliła mi na jakieś większe zniesmaczenie, sprawiła raczej, że oglądałam te wszystkie wynaturzenia z maksymalną beznamiętnością. Z kilkoma wyjątkami. Pierwsza scena, która przypadła mi do gustu dotyczy naszpikowanych lekami ludzi – okaleczonych nieszczęśników, zachowujących się jak wściekłe psy. Jak stwierdza jeden z bohaterów filmu przywodzą na myśl klasyczne zombie, dzięki znakomitej charakteryzacji, rzecz jasna. Najbardziej poruszyła mnie scena z włochatymi pająkami, ale tylko przez wzgląd na moją wrodzoną arachnofobię. I na koniec, chociaż cały seans w przeciwieństwie do części pierwszej pozbawiony jest jakiejkolwiek dozy klimatu to zauważyłam JEDNĄ pełną umiejętnie stopniowanego napięcia scenę, w trakcie samotnej wędrówki Arkina, osnutego migającym światłem. Tutaj oświetleniowiec naprawdę się postarał, aczkolwiek kompozytor, Charlie Clouser, podobnie, jak przez cały seans zwyczajnie drzemał.
W roli głównej ponownie zobaczymy Josha Stewarta, który aktorsko przez te trzy lata prawie w ogóle się nie poprawił, aczkolwiek jego „narkotyczne” spojrzenie nieodmiennie mnie hipnotyzowało. Pierwiastek żeński, Emma Fitzpatrick, został sprowadzony do nieustannego panikowania i mało przekonującego wrzasku i podobnie, jak pozostali członkowie obsady był tłem dla postaci Arkina.
Jeśli ktoś lubi takie niewymagające myślenia „rąbanki” bez większej komplikacji fabularnej to może śmiało sięgnąć po „Kolekcjonera” (nawet nie znając części pierwszej bez problemu poradzi sobie ze scenariuszem). Jako jednorazowa, niewbijająca się w pamięć rozrywka na jeden raz może zdać egzamin, aczkolwiek radzę nie spodziewać się niczego nadzwyczajnego.

niedziela, 10 lutego 2013

Jeffrey Ford „Portret pani Charbuque. Asystentka pisarza fantasy”

Wydawnictwo Mag przygotowało prawdziwą niespodziankę zarówno dla wielbicieli opowiadań, jak i powieści, będących swego rodzaju miszmaszami gatunkowymi. Proza Jeffrey’a Forda wymyka się jakimkolwiek klasyfikacjom, bo choć najbliżej jej do fantasy uważny czytelnik dostrzeże również echa science fiction, horroru, dramatu, kryminału, a nawet romansu. Jego styl nie tylko pobudza wyobraźnię swoją kwiecistą konstrukcją, ale przy okazji daje czytelnikowi trudne do zignorowania przesłanki, że tak naprawdę nie ma do czynienia ze zwykłą, nastawioną na rozrywkę opowieścią, ale czymś o wiele głębszym, trudno uchwytnym, a jednak delikatnie wyczuwalnym.
Na pierwszą część książki składa się 16 opowiadań (opatrzonych odautorskimi notkami krótko omawiającymi ich genezę) będących szybkim przeglądem zdolności pisarskich Forda. Choć zbiorek, obok absolutnych hitów, oferuje nam również kilka mniej interesujących historii tak na dobrą sprawę daje nam powody przypuszczać, że oto zetknęliśmy się z autorem o nieograniczonych pokładach dziwnej wyobraźni, który nie boi się eksperymentować z gatunkami literackimi. Inność bardzo często idzie w parze z oryginalnością i tak też jest w tym przypadku. Ford konfrontuje nas między innymi z drzewnym stworzeniem powołanym do życia przez chłopca zainspirowanego przypowieścią biblijną o Adamie i Ewie; asystentką pisarza fantasy, która przenosi się do baśniowego świata; planetą robali zakochanych w XX-wiecznych filmach Ziemian; realiami pewnego sprzedawcy, próbującego namówić kogoś do kupna myślącego mózgu, zamkniętego w pojemniku; przejażdżką z Jezusem i diabłem (pachnie bluźnierstwem, aczkolwiek gwarantuję, że czarny humor Forda raczej odwróci uwagę chrześcijan od bohaterów tego opowiadania). Muszę przyznać, że byłam mocno zaskoczona nie tylko poziomem warsztatowym niniejszych krótkich form literackich, ale również zwariowanymi pomysłami autora, które co tu dużo kryć, dostarczyły mi sporej frajdy. Najbardziej wstrząśnięta byłam po przeczytaniu trzystronicowej historii zatytułowanej „Pansolapia”, gdzie Ford w bardzo chaotyczny sposób przedstawia swoją wizję na znaną tezę, że całe nasze życie nieustannie rozgrywa się w różnych wymiarach. Po zapoznaniu się z tą opowieścią przeszłam do notki odautorskiej, gdzie autor, jakby czytał mi w myślach pisze: „Podejrzewam, że większość osób po przeczytaniu Pansolapii pokręci głową i powie: Co to, kur***, jest?”. Taki właśnie jest Jeffrey Ford:)
„Życie nie polega na trwaniu w idealnym bezruchu. Taka stagnacja sama w sobie jest śmiercią. Życie to chaos, który przechyla szalę na którąś ze stron.”

Druga część książki to powieść zatytułowana „Portret pani Charbuque”, osadzona w roku 1893 w Nowym Jorku. Opowiada o pewnym znanym portreciście, Piero Piambo, który dostaje niecodzienne zlecenie od bogatej kobiety, która pragnie, aby ją namalował nie widząc jej. Aby mu to ułatwić dama obiecuje, że odpowie na każde pytanie, dotyczące jej egzystencji. Jak można się spodziewać Piambo wkrótce wpadnie w sidła niszczącej obsesji na punkcie tajemniczej pani Charbuque, ale będzie również musiał zmierzyć się z jej mężem oraz dziwną chorobą „krwawiących oczu”, na którą zapadają niektóre mieszkanki Nowego Jorku, a która zdaje się łączyć z niesamowitą historią życia byłej wróżbitki pani Charbuque.
Mam słabość do XIX-wiecznych książek, ale zadowalam się również współczesnymi lekturami, których akcja jest tylko osadzona w tamtym okresie. Ford, jak zwykle oparł swoją historię na oryginalnym, mocno intrygującym pomyśle, po czym przystąpił do eksperymentowania gatunkami – fantasy i kryminałem, osnutych delikatną aurą wszechobecnej grozy. Tak znakomicie udało mu się podsycić moją ciekawość, że zwyczajnie nie mogłam się doczekać końca, który jak podejrzewałam powie mi, jak też wygląda tajemnicza pani Charbuque. Jedyne, czego Fordowi zabrakło to archaiczny styl, który powinien być obecny w historii osadzonej w XIX wieku oraz oryginalne zakończenie – niestety, finał choć zaskakujący jest jedynie powtórką z innych znanych mi książek. Jednakże abstrahując od tych dwóch wpadek muszę przyznać, że dałam się porwać wizji XIX-wiecznego Nowego Jorku w pojmowaniu Forda – bogacze i ich niecodzienne zachcianki, laudanum, portretowanie, wróżbiarstwo, tajemnicza choroba i zgubna obsesja, czyli dokładnie to, co w tego typu literaturze lubię najbardziej.

Jeśli jesteś koneserem warsztatowo dopracowanej, barwnej prozy, wymykającej się jakimkolwiek szufladkom gatunkowym to niniejsza książka została napisana właśnie dla ciebie. Daj się porwać dziwności Forda i przeżyj przygodę, której długo nie zapomnisz!

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

sobota, 9 lutego 2013

„Przeklęty” (1996)

Recenzja na życzenie
Zmagający się ze sporą nadwagą prawnik, Billy Halleck, potrąca samochodem leciwą Cygankę. Dzięki pomocy sędziego i szeryfa zostaje uniewinniony, jednak społeczność romska nie zamierza pozostawić ich bez kary. Ojciec zmarłej Cyganki rzuca na całą trójkę śmiertelne przekleństwa. Podczas gdy sędzia i szeryf zmagają się z nimi w zaciszu własnych domów, Halleck, który z dnia na dzień traci coraz więcej kilogramów postanawia odnaleźć staruszka i wymusić na nim zrzucenie klątwy.
Stephen King, tak samo jak każdy pisarz, miewa swoje lepsze i gorsze chwile. Choć często jego książki ocierają się o najczystszy geniusz (w kategoriach literatury grozy, oczywiście) to niestety ma na swoim koncie również kompletne gnioty i średniawki. Powieść „Chudszy”, której ekranizacja wyreżyserowana przez Toma Hollanda, na podstawie jego scenariusza, nosi polski tytuł „Przeklęty” moim zdaniem należy właśnie do takich epickich przeciętniaków. Nic więc dziwnego, że film w ogólnym rozrachunku również nie wypadł jakoś nadzwyczajnie.
Jak to zwykle bywa w przypadku adaptacji książek Stephena Kinga Holland sporo wątków opuścił, ale również dodał coś od siebie – absolutnie nie wpływa to na fabułę, ale dla czytelników, których nużą szczegółowe ekranizacje może okazać się zbawienne. Ja należę do tej grupy odbiorców, aczkolwiek modyfikacje fabularne, zaproponowane przez reżysera tak na dobrą sprawę nie zaskoczyły mnie niczym nadzwyczajnym. Panowie z pewnością będą zadowoleni dodaniem postaci prawnuczki cygańskiego wodza, bowiem odtwórczyni jej roli, Kari Wuhrer, może pochwalić się miłą dla oka aparycją. Jednakże ten plusik został całkowicie przesłonięty przez spłycienie wątku Cyganów, który w książce był najważniejszym przesłaniem autora. Reżyser zrezygnował z zaprezentowania reakcji białoskórego, miastowego społeczeństwa na ich obecność. Ta ksenofobia, często poruszana w powieści tutaj została niemalże całkowicie pominięta, tym samym stając się najzwyklejszą rozrywką bez pretendowania do czegoś głębszego. Zaskoczyły mnie również peany widzów na cześć klimatu „Przeklętego”, który jakoby jest kwintesencją horrorów lat 90-tych. Jako, że bardzo sobie cenię ten okres filmowej grozy muszę z ubolewaniem stwierdzić, że w tym przypadku nastrój został brutalnie zepchnięty na drugi plan. W latach 90-tych powstało wiele innych adaptacji prozy Kinga, jak na przykład „Misery”, czy „Mroczna połowa”, które w porównaniu do „Przeklętego” były wręcz przeładowane tym specyficznym „kingowskim” klimatem.
W moim mniemaniu fabuła posiada więcej znamion dramatu, aniżeli horroru. Osnuty tajemnicą, która jak słusznie podejrzewa odbiorca lada chwila dotrze do swojej kulminacji, wypada nadzwyczaj przyzwoicie, aczkolwiek nie sposób nie zauważyć, że w tym przypadku mamy do czynienia z klasycznym obrazem wpisującym się w zasadę „im dalej, tym gorzej”. Widz będzie obserwował wysiłki zrzucenia zbędnych kilogramów przez Billy’ego Hallecka oraz jego początkowo pozytywne reakcje na odkrycie diety cud – pożywia się tyle samo, co zawsze, a mimo to chudnie w zastraszającym tempie. Dodajmy do tego jego problemy małżeńskie – jego żona, współwinna potrącenia Cyganki, wedle podejrzeń Hallecka zdradza go z jego lekarzem, a w momencie stanowczego sprzeciwu męża odnośnie leczenia w miejscowej klinice planuje go ubezwłasnowolnić. Jedyny element czystego horroru to klątwy rzucone przez romskiego wodza na trójkę cwaniaczków, manipulujących wymiarem sprawiedliwości, w tym Hallecka, który po odkryciu tego smutnego faktu postanawia odnaleźć i przebłagać staruszka. Od tego momentu będziemy mieli do czynienia z klasyczną robotą detektywistyczną, co sprawi, że horror znowu dyskretnie usunie się na plan dalszy. W ogólnym rozrachunku „Przeklęty” jest typowym obrazem o niesprawiedliwym systemie prawnym i wymierzaniu sprawiedliwości na własną rękę. Przerysowany, niepotrzebnie komiczny Robert John Burke, w roli Hallecka bynajmniej nie jest postacią pozytywną, bo choć posiada pewien kręgosłup moralny to tak na dobrą sprawę jest zwyczajnym cwaniaczkiem, starającym się za wszelką cenę uniknąć zasłużonej kary, która według niego należy się jego żonie – no tak, w końcu to ona pobudzała go oralnie podczas feralnej przejażdżki samochodem, a on tak uporczywie się przed tym wzbraniał…
Pomimo ewidentnej popularności, jaką cieszy się ten obraz nie mogę z czystym sumieniem polecić go wielbicielom horrorów, bowiem pomijając motyw klątwy i wstrząsające zakończenie daleko mu jeszcze do tego gatunku filmowego. Jeśli lubicie dramaty z kulawym klimatem grozy to jak najbardziej możecie dać się skusić, ale mam nadzieję, że jeśli przyśniecie w trakcie seansu do mnie pretensji mieć nie będziecie:)

piątek, 8 lutego 2013

Zakupy

Człowiek na Allegro naprawdę może czasem znaleźć tanie, co prawda używane, ale zadbane egzemplarze ciekawych książek. Zgodnie z moim postanowieniem skompletowania wszystkich powieści Alex Kavy o Maggie O’Dell dokupiłam sobie kolejne cztery pozycje: „Łowcę dusz” (wiem, wiem okładka jest koszmarna), „Czarny piątek”, „Śmiertelne napięcie” i „Zabójczy wirus”. A bonusowo moim zdaniem najbardziej przerażająca (bo bardzo prawdopodobna) powieść Deana Koontza, którą kiedyś już czytałam, ale MUSZĘ ją sobie odświeżyć:)

czwartek, 7 lutego 2013

Mira Grant „Przegląd Końca Świata: Feed”

W roku 2014 ludzkość przez przypadek wynalazła wirus, zamieniający ludzi w zombie, który błyskawicznie rozprzestrzenił się po całym świecie. Przeszło 20 lat później życie na Ziemi przypomina obóz przetrwania – większość ludzi nie opuszcza bezpiecznych kompleksów, drżąc przed snującymi się po ulicach żywymi trupami. Tymczasem trójka blogerów dostaje życiową szansę zrelacjonowania kampanii wyborczej republikańskiego kandydata na prezydenta Stanów Zjednoczonych. Wkrótce odkrywają polityczny spisek, który może sprowadzić na nich śmierć.
Co się stanie, jeśli wielbicielka zombie movies napisze książkę? Cóż, jeśli będzie to Mira Grant istnieje spora szansa, że zdobędzie serca milionów czytelników, nie tylko ze światka horrorów. „Przegląd Końca Świata” to odświeżający powiew daleko idącej oryginalności, łączący w sobie kilka nurtów szeroko pojętej grozy. Postapokaliptyczny klimat, tajemnicza choroba, zamieniająca ludzi w zombie, survival, troszkę gore i czarnego humoru, a to wszystko w realiach politycznego światka. Nie uświadczycie tutaj konwencjonalnego, do bólu oklepanego schematu, znanego z dziesiątków zombie movies – Mira Grant proponuje wam zupełnie nowe spojrzenie na tę skostniałą tematykę, tym samym napełniając nadzieją na lepsze jutro nie tylko literackiego, ale również filmowego horroru.
„Ktoś mnie kiedyś zapytał, czy wierzę w Boga. […] Czy wierzę, że wszystko dzieje się przez Niego, a po śmierci coś na nas czeka? Że jest jakiś cel w tym całym gównie? Nie wiem. Chciałabym móc powiedzieć: „Tak, oczywiście” prawie w takim samym stopniu jak chciałabym móc stwierdzić, że : „Absolutnie nie”, ale po obu stronach barykady są pewne dowody. Dobrzy ludzie umierają za nic, małe dzieci chodzą głodne, skorumpowani ludzie dzierżą władzę, a straszliwe choroby pozostają nieuleczalne.”
Mamy lata 2039-2040. Dwudziestoparoletnie rodzeństwo, Georgia i Shaun Masonowie, są blogerami, którzy to w tych czasach cieszą się niemalże równie wielkim uznaniem, co dziennikarze oraz dzielą się na kilka sekcji, w zależności od tematyki ich blogów. Narratorka, Georgia, jest Newsie, która skupia się wyłącznie na faktach i opiniach, przekazując światu aktualne nowinki ze świata zombie. Shaun to Irwin, nastawiony przede wszystkim na nieustanne ryzyko, bez przerwy stający „oko w oko” z żywymi trupami tylko po to, aby w dalszej kolejności zdać relację swoim czytelnikom z przebiegu pełnej suspensu akcji. Ich przyjaciółka, Buffy (hehe) jest Fikcyjną, która na ogół nie opuszcza bezpiecznego schronienia, błądząc w świecie wyobraźni i karmiąc swoich czytelników poezją i opowiadaniami. Kiedy cała trójka dostaje propozycję relacjonowania kampanii wyborczej kandydata na prezydenta Stanów Zjednoczonych bez wahania przyjmują wakat, ufając, że podniesie on ich statystki, które stanowią ich jedyne źródło dochodu. Przez dalszą część powieści czytelnik będzie konfrontowany z wszelkiego rodzaju starciami z żywymi trupami, politycznymi spiskami, technologicznymi nowinkami i biologicznymi ciekawostkami z budowy i właściwości wirusa, który przed laty tak drastycznie zmienił świat. Przez większą część książki narratorką jest Georgia, która w moim mniemaniu jest najmocniejszym elementem tej lektury – jej ironiczne poczucie humoru w połączeniu z twardą powierzchownością znacznie ubarwiają przygodę z „Feed”, spychając pozostałych protagonistów na dalszy plan. Jedyne, do czego mogłabym mieć zastrzeżenia to troszkę zbyt rozwlekłe opisy nowinek technologicznych, które może w filmie zdałyby egzamin, ale podczas obcowania z powieścią chwilami mocno nużą. Jednakże te słabsze wątki zostają całkowicie zrekompensowane przenikliwością Grant, która za pomocą ust Georgii artykułuje niezwykle przenikliwe przemyślenia, odnośnie sensowności polityki, z jej skorumpowaniem na czele, fanatyzmu religijnego oraz kondycji nie tylko przyszłościowego, ale również obecnego dziennikarstwa, skupiającego się przede wszystkim na żerowaniu na popularności innych. Georgia i jej ekipa są inni – oni pragną jedynie prawdy, którą czują się w obowiązku przekazać swoim czytelnikom. Problem w tym, że prawda czasem może zabijać…
Jak dotąd nie spotkałam się z tak zgrabnie i przede wszystkim dojrzale napisaną powieścią, traktującą o żywych trupach i przyszłości ludzkości w postapokaliptycznym świecie, z równie zróżnicowanymi bohaterami i tak znakomicie uwypuklonymi emocjami, które siłą rzeczy udzielają się czytelnikom. „Przegląd Końca Świata: Feed” to pierwsza część trylogii, jednakże przez wzgląd na zakończenie – przygnębiające i zaskakujące, czyli dokładnie w moim stylu – mam pewne obawy przed sięgnięciem po tom drugi. Ostatecznie, z ciekawości pewnie się skuszę, aczkolwiek obawiam się, że nie utrzyma wysokiego poziomu niniejszej pozycji. Teraz tylko marzę o ekranizacji – może wówczas skostniały nurt zombie movies zaraziłby się tą odrobiną świeżości, ku uciesze jego wielbicieli. Jak dla mnie Mira Grant napisała coś niesamowitego, pełnego pasji i niemieszczącego się w jakichkolwiek normach tego rodzaju literatury, sprawiając, że nawet laicy w tematyce żywych trupów mają szansę znaleźć tutaj coś dla siebie.
Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

wtorek, 5 lutego 2013

„Droga śmierci” (2003)

Recenzja na życzenie
Pewna rodzina zmierza na kolację wigilijną do swoich krewnych. Ojciec postanawia zjechać z autostrady i pojechać skrótem – szosą poprowadzoną w otoczeniu gęstego lasu. Wkrótce spotykają samotną kobietę z niemowlęciem, wędrującą wzdłuż drogi. Od tego momentu będą konfrontowani z coraz to dziwniejszymi wydarzeniami.
Koprodukcja francusko-amerykańska, wyreżyserowana przez Jeana-Baptiste Andrea i Fabrice Canepa, na podstawie ich wspólnego scenariusza. Pamiętam, że moje pierwsze spotkanie z tym obrazem okazało się mocno zaskakujące, bowiem rzadko, kiedy mam okazję natrafić na prawdziwie klimatyczny horror z intrygującym pomysłem. Film Andrea i Canepa wpisuje się w nurt tzw. produkcji drogi, co oznacza, że przez większą część seansu będziemy obserwować naszych protagonistów we wnętrzu samochodu, podróżujących przez niekończącą się, ciemną szosę, w samym środku lasu. Jednakże, co jakiś czas pięcioosobowa rodzinka będzie zmuszona opuszczać bezpieczne schronienie, jakim jest ich środek lokomocji – a to, aby pomóc zabłąkanej kobiecie z dzieckiem na ręku, a to aby przesunąć wózek, który jakimś cudem znalazł się na środku drogi. Powody są różne i jak można się domyślić niemalże każda wycieczka na zewnątrz zaowocuje jakimś zgonem. Analogiczna sytuacja miała miejsce w „Smakoszu” (2001) – tam również samochód do pewnego momentu był oazą spokoju, a jego każdorazowe opuszczenie owocowało konfrontacją z nieznanym.
Choć tak na dobrą sprawę fabuła w dużej mierze powiela znane schematy – podejrzany skrót, rozdzielanie się, czy opuszczanie samochodu, które okazuje się śmiertelne dla naszych protagonistów – to zostały one tak zgrabnie wplecione w główną oś fabularną, dając złudzenie jedynie mało istotnego dodatku, że zamiast razić tylko urozmaicają seans. Zdecydowanie najmocniejszym elementem tej produkcji jest muzyka, skomponowana przez Grega de Belles’a – to przede wszystkim ona ma decydujący wpływ na mroczny klimat, utrzymywany przez całą projekcję, działa na widza dobitniej niż złowieszcza sceneria. Można również śmiało orzec, że nasi protagoniści w żadnej mierze nie wpisują się w konwencjonalny rys psychologiczny bohaterów filmów grozy, a przynajmniej niektórzy. Najbarwniejszą postacią z pewnością jest matka, wykreowana przez Lil Shaye, już na początku lekko oderwana od rzeczywistości, aby wkrótce zamienić się w wesoło szczebioczącą wariatkę, której psychika przegrała w starciu z nieznanym. Ponadto mamy jej statecznego, mocno ironicznego męża – w tej roli Ray Wise; ich dzieci: nastoletniego, palącego zioło, słuchającego Marilyna Mansona oraz masturbującego się przed plakatem roznegliżowanej kobiety, Richarda oraz jego siostrę-psycholożkę wraz z jej chłopakiem. Autorzy scenariusza postanowili całkowicie odciąć się od oklepanych dialogów, wkładając w usta bohaterów filmu pełne ironicznego humoru, często mocno nieadekwatne do ich opłakanego położenia, teksty, tym samym sprawiając, że obok klimatycznej, zdecydowanie nastawionej na maksymalne przerażenie odbiorcy rozrywki dostajemy odrobinę czarnego humoru, znakomicie zrównoważonego z wszechobecną grozą.
Fabuła, oprócz kliku schematycznych motywów, oferuje widzom również pewną dozę oryginalności. Kiedy tylko feralna rodzinka wjeżdża na przeklętą drogę ich zegarki zatrzymują się; przez cały czas trwania jazdy nie mijają ani jednego samochodu, nie licząc zabytkowego wozu, który wkrótce zacznie eskortować kolejnych członków rodziny w miejsca ich zgonów. Ponadto twórcy odrobinę eksperymentują z prawami fizyki – kiedy ojciec i córka wchodzą w las z jednej strony, za chwilę wychodzą z drugiej, a po długiej jeździe w linii prostej, jakimś cudem znów trafiają do punktu wyjścia. To wszystko wyjaśni zaskakujące zakończenie (albo nie, w zależności od jego interpretacji). UWAGA SPOILER Jak się okazuje nasza familia miała wypadek przed wjazdem na przeklętą szosę. W tym momencie powstaje pytanie, czy wszystkie wydarzenia ukazane w filmie są swego rodzaju czyśćcem, czy zwidami jedynej ocalonej, psycholożki Marion. Sytuację znacznie komplikuje scena, pojawiająca się po kilku napisach końcowych, jasno sugerująca, że nasi protagoniści rzeczywiście mieli nieprzyjemność skonfrontować się z nieznanym, co zaowocowało ich niechybną śmiercią KONIEC SPOILERA.
Jeśli szukacie naprawę klimatycznego, lekko dowcipnego horroru z pomysłem to „Droga śmierci” jest produkcją właśnie dla was. W mojej opinii to jeden z najlepszych obrazów grozy XXI wieku – pełnokrwisty straszak, który intryguje od początku do końca, bez epatowania bezsensowną przemocą i przerysowanymi efektami specjalnymi.

niedziela, 3 lutego 2013

„Dziewczyna Hitchcocka” (2012)

Po zakończeniu współpracy z Grace Kelly, legendarny reżyser, Alfred Hitchcock do swojego najnowszego dzieła zatytułowanego „Ptaki” angażuje nieznaną modelkę, Tippi Hedren. Na początku ich współpraca układa się bardzo dobrze, ale wkrótce Hitchcock zaczyna wykazywać niezdrową fascynację piękną blondynką. Kiedy Hedren odrzuca jego zaloty reżyser zaczyna skutecznie komplikować jej pracę na planie. Zrozpaczona kobieta nie zamierza się poddać i po skończeniu zdjęć do „Ptaków” postanawia przyjąć kontrakt na kolejny film reżysera, zatytułowany „Marnie”. Tymczasem Hitchcock z dnia na dzień staje się coraz bardziej zapalczywy względem niej.
Film Juliana Jarrolda, wyprodukowany dla telewizji HBO. Fabułę oparto na zeznaniach Tippi Hedren oraz innych członków ekipy pracujących przy produkcji legendarnych „Ptaków” Alfreda Hitchcocka. Nie będę dociekać, które wydarzenia przedstawione w „Dziewczynie Hitchcocka” wydarzyły się naprawdę, a które są czystym wymysłem świadków w celu zwrócenia na siebie uwagi. Ze światem hollywoodzkim jest ten problem, że praktycznie niczemu nie można dawać wiary, bowiem to, co sławni i bogaci przekazują opinii publicznej obliczone jest jedynie na skandale i windowanie swojej popularności. Jednakże gdybym miała orzec, która filmowa biografia legendarnego reżysera w mojej opinii jest bardziej prawdopodobna – ta z „Dziewczyny Hitchcocka”, czy ta wykreowana przez głośny ostatnimi czasy wysokobudżetowy obraz zatytułowany po prostu „Hitchcock” to zdecydowanie postawiłabym na tę pierwszą ewentualność – ot, tak przez mój wrodzony pesymizm.
Już na początku czuję się w obowiązku nadmienić, że „Dziewczyna Hitchcocka” jest filmem przeznaczonym przede wszystkim dla wielbicieli filmów tego reżysera, ale nie jego samego. Tak, więc ortodoksyjni fani Hitchcocka, jako człowieka, a nie twórcy, aby uniknąć niepotrzebnej irytacji powinni darować sobie seans. Wbrew powszechnym opiniom jestem wierną fanką kreacji Melanie Daniels w wykonaniu Tippi Hedren – moim zdaniem ta aktorka była największym odkryciem Hitchcocka. Posiłkując się opinią, która pada na jej temat w niniejszym filmie jej aktorską profesję można podsumować jednym zdaniem: „kamera ją lubi”. Wątpiłam, aby odtwórczyni roli Hedren, Sienna Miller, poradziła sobie z tą kreacją, ale jak zwykle moje przeczucia okazały się całkowicie nietrafne. Hedren w przeciwieństwie do postaci, którą odgrywała w „Ptakach” była osobą obdarzoną niezwykłą siłą, zarówno fizyczną, jak i psychiczną, czego z pewnością nie dostrzegał Hitchcock patrząc na nią. Sienna Miller nie tylko wiarygodnie oddała postać odkrytej przez Alfreda aktorki, ale również wiernie skopiowała jej mimikę na planie „Ptaków”. Tymczasem nasz antagonista, Hitch, wyznający kontrowersyjną filozofię, mówiącą, że blondynki są znakomitymi ofiarami (pewnie dotyczy to filmów, ale twórcy „Dziewczyny Hitchcocka” postanowili dopasować owe twierdzenie do jego życia prywatnego) wpada w sidła niszczącej obsesji na punkcie swojego nowego odkrycia. Zauważalnie ocenia Hedren przez pryzmat infantylnej Melanie Daniels, będąc przekonanym, iż całkowicie podporządkuje ją swojej woli. Nie bacząc na uczucia swojej żony Hitchcock przystępuje do z góry skazanych na niepowodzenie prób uwiedzenia blondwłosej piękności, a kiedy ta odrzuca jego coraz bardziej zapalczywe zaloty reżyser rozpoczyna mocno infantylną vendettę. Toby Jones w roli Hitchcocka spisał się równie profesjonalnie, jak Miller i podobnie jak ona wcale nie miał łatwego zadania. Jego Hitch jest profesjonalistą w każdym calu, dbającym o najmniej istotne szczegóły swoich dwóch filmów – „Ptaków” i „Marnie”. Charakterologicznie okazuje się być najzwyklejszym tyranem, ofiarą własnych zgubnych żądz, borykającą się z impotencją. Próbkę jego despotyzmu dostaniemy między innymi podczas scen z planu „Ptaków”, kiedy to jego żałosna vendetta doprowadza do poranienia Hedren kawałkami szkła (scena szturmu ptaków na zamkniętą w budce telefonicznej Melanie) oraz całkowitego wycieńczenia, podczas niezliczonego dublowania sceny atakowania Daniels przez żywe (!) ptaki. Na gruncie prywatnym Hitchcock nieustannie stawia Hedren w niezręcznych sytuacjach, opowiadając w jej obecności sprośne dowcipy i poniżając ją przy innych członkach ekipy. Z dnia na dzień kobieta niebezpiecznie zbliża się do granicy załamania nerwowego, ale mimo to postanawia się nie poddawać i przyjąć propozycję tytułowej roli w kolejnym arcydziele reżysera pt. „Marnie”.  Jak się okazuje ta decyzja postawi aktorkę w obliczu niemoralnej propozycji, która ostatecznie utwierdzi widza w negatywnej opinii odnośnie legendarnego Hitchcocka.
Uwielbiam filmy, traktujące o silnej kobiecie tłamszonej przez despotyczną jednostkę, więc „Dziewczyna Hitchcocka” pomimo (a może dzięki) swoich szokujących aspektów odnośnie podobno prawdziwego oblicza jednego z moich ulubionych reżyserów niezmiernie mnie zaintrygowała. Mimo, że to film telewizyjny, a więc niemogący pochwalić się jakimś nadzwyczajnie wysokim budżetem wszystko tutaj jest „dopięte na ostatni guzik” – profesjonalna realizacja, skrupulatne oddanie realiów lat 60-tych i przekonująca obsada. Dodajmy do tego mnóstwo ciekawostek z planu „Ptaków” i „Marnie” (w które podobnie, jak w kreację Hitcha można wierzyć, albo nie) oraz dogłębną psychologię postaci, a dostaniemy naprawdę wciągający dramat o piekle, jaki przeżyła pewna aktorka. Aż nasuwa się pytanie: czy warto było tyle wycierpieć dla dwóch filmów, które owszem są arcydziełami światowej kinematografii, ale w konfrontacji z człowieczeństwem powinny jednak okazać się niczym.  Jak się okazuje nie dla Hitchcocka…

sobota, 2 lutego 2013

„Pif-Paf! Jesteś trup!” (2002)

Recenzja na życzenie
Wzorowy uczeń, Trevor Adams, nagle zmienia się nie do poznania – opuszcza się w lekcjach, stroni od rówieśników, a w końcu podkłada w szkole atrapę bomby. Jak się okazuje chłopak stara się zwrócić uwagę dyrekcji na haniebne zachowanie członków drużyny football’owej, jednak czego by nie uczynił wina zawsze spada na niego. Kiedy jego nauczyciel proponuje mu główną rolę w sztuce, zatytułowanej „Pif-Paf! Jesteś trup!”, traktującej o chłopcu zabijającym swoich rodziców i kilku kolegów ze szkoły, Trevor zgadza się. Wkrótce pomiędzy football’istami i szkolnymi wyrzutkami dochodzi do poważnych starć.
20 kwietnia 1999 roku dwóch nastolatków weszło z bronią palną na teren szkoły, po czym zamordowało dwunastu uczniów i jednego nauczyciela, raniąc dwadzieścia cztery osoby i popełniając samobójstwo. Całe zdarzenie media szumnie nazwały „Masakrą w Columbine High School”. Od tego czasu opinia publiczna jest skrupulatnie informowana o każdym tego typu zamachu, ale nie tylko dziennikarze zwietrzyli „materiał”, gwarantujący wysoką oglądalność – jak się okazuje również twórcy filmów dostrzegli wielki potencjał tkwiący w niniejszej problematyce. Najpierw była sztuka autorstwa Williama Mastrosimone’a, do tej pory wystawiona w przeszło 20 000 szkół na terenie całych Stanów Zjednoczonych. W Warszawie miała swoją premierę dopiero 28 kwietnia 2005 roku. Inspirując się „modnymi” ostatnio zamachami na placówki szkolne oraz szumną sztuką Mastrosimone’a Guy Ferland na podstawie jego scenariusza nakręcił głośny, niskobudżetowy film, który zyskał sobie uznanie nie tylko nastoletnich, ale również dorosłych widzów.
„Pif-Paf! Jesteś trup!” z pewnością nie został nakręcony z myślą o widzach, preferujących widowiskowe efekty specjalne, bowiem od początku do końca kładzie nacisk na inteligentną fabułę, zrealizowaną małym nakładem pieniężnym, co będzie widoczne nawet dla średnio zaznajomionego z kinematografią odbiorcy. Może i przypisałabym tę ocierającą się o amatorszczyznę pracę kamery do minusów tego obrazu, ale myślę, że takie rozwiązanie tylko pomogło osiągnąć zamierzony cel twórców – uświadomić widzom, że szkoła jest gwarantem szczęśliwej przyszłości młodzieży jedynie z zewnątrz, to fasada, mająca przysłonić rzeczywistą hierarchię w niej panującą, w której najsłabsze osobniki mogą skończyć, jako zatwardziali przestępcy. Mamy grupkę tzw. mięśniaków, popularnych członków drużyny football’owej, przekonanych o własnej wyższości, którzy dzień w dzień znęcają się zarówno fizycznie, jak i psychicznie nad mniej znanymi uczniami – wkładają ich głowy do śmietników i toalet, zmuszają do wylizywania pisuarów, zamykają ich w szafkach, itd. Dyrekcja, pomimo wprowadzenia polityki zwanej „Zero Tolerancji” na podobne zachowania, jakimś cudem nie zauważa, na co pozwalają sobie „gwiazdy szkolne”. Zmęczeni tego rodzaju hierarchią, tzw. Troglodyci, szkolni outsiderzy, postanawiają stanąć do walki z szerzącą się niesprawiedliwością, nie wahając się przed użyciem broni palnej. Troglodyci starają się pozyskać w swych szeregach, okrzykniętego mianem „Bombiarz”, cichego Trevora Adamsa, znakomicie wykreowanego przez Bena Fostera. Chłopak boryka się z konsekwencjami swojego czynu, tj. podłożenia atrapy bomby na terenie szkoły. Ojciec urządza mu regularne awantury, sąsiedzi i rówieśnicy uciekają przed nim w popłochu, a dyrekcja stara się znaleźć, jakiś dobry powód, aby go wyrzucić. Poza młodym nauczycielem tak naprawdę nikt nie wierzy w Trevora, co się zmieni z chwilą okazania radzie pedagogicznej jego nagrań, dokumentujących haniebne zachowanie „szkolnych gwiazdek”. Jego belfer ma również nadzieję, że kontrowersyjna sztuka, w której Adams dostał rolę główną uratuje go przed całkowitą destrukcją, a tym samym zwróci uwagę innych na jego prawdziwą wartość. Problem w tym, że nikt nie chce wyrazić zgody na wystawienie przedstawienia o takim tytule, traktującym o nastoletnim mordercy…
„Pif-Paf! Jesteś trup!” to produkcja „ku przestrodze”, ale nie dla uczniów tylko dyrekcji. Jestem przekonana, że każdy, kto uczęszcza lub kiedyś uczęszczał do szkoły zgodzi się z wykreowanym przez twórców, bezwzględnym światem, rządzonym przez zdemoralizowaną młodzież – w końcu w większym lub mniejszym stopniu takie zdarzenia mają miejsce w każdej placówce oświatowej. Problem w tym, że zarówno nauczyciele, jak i dyrekcja nie chcą lub nie mogą dostrzec rezultatów ciągłego znęcania się nad niewinnymi nastolatkami. A jak to kończy się w skrajnych przypadkach? Cóż, poczytajcie trochę o masakrze w Columbine High School. Moim zdaniem ten film, choć niskobudżetowy, wpisuje się do wąskiego grona naprawdę inteligentnych, dających do myślenia dramatów z elementami thrillera – przygnębiający, szokujący i jakże prawdziwy!