Stronki na blogu

czwartek, 4 czerwca 2015

„V/H/S/2” (2013)


Po kasowym sukcesie „V/H/S” z 2012 roku, noweli filmowych, które w zamyśle miały być stylizowane na nagrania na kasetach wideo tylko kwestią czasu było dokręcenie kolejnych filmów, bazujących na podobnym pomyśle. Pierwszy sequel powstał w 2013 roku, drugi w 2014, ale to jeszcze nie koniec – na bieżący rok zaplanowano czwartą odsłonę „V/H/S” o podtytule „Massacre”. Z uwagi na fakt, że delikatnie mówiąc nie byłam zachwycona jedynką długo odwlekałam seans kontynuacji. Jak się okazało niepotrzebnie, bo twórcy dwójki, zrobili niemalże wszystko, aby przebić swojego poprzednika. 

Film rozpoczyna segment wyreżyserowany przez Simona Barretta na podstawie jego własnego scenariusza, zatytułowany „Tape 49”. Nowela zawiązuje akcję i stanowi swego rodzaju przerywnik pomiędzy pozostałymi historiami. Zaczyna się od nadmiernie rozchwianej kamery i tak dalece rozmazanego obrazu, że doprawdy ciężko jest cokolwiek dojrzeć. Za to dialog pomiędzy dwójką bohaterów jest doskonale słyszalny, dzięki czemu możemy dowiedzieć się, że to parka prywatnych detektywów poszukująca zaginionego studenta na zlecenie jego matki. Po włamaniu do jego, pozornie opuszczonego domu, odkrywają pokaźną kolekcję kaset VHS. Jak można się domyślić pozostałe segmenty będą projekcją owych nagrań. Pomiędzy poszczególnymi nowelami będziemy oczywiście świadkować dalszym dziwacznym wydarzeniom w domu studenta, zobrazowanym o wiele bardziej stabilnie niż krótki prolog. 

Pierwsze nagranie, z którym zapoznaje się pani detektyw zostało wyreżyserowane przez Adama Wingarda, na podstawie scenariusza wspomnianego już Simona Barretta. Ostatnimi czasy panowie wsławili się głośnymi, wspólnie stworzonymi obrazami, „Następny jesteś ty” i „Gość”, stworzyli również jedną nowelę w pierwszej części „V/H/S”. Ale takiego poziomu opowiadania, jaki zaprezentowali nam w sequelu próżno szukać w obu częściach. „Phase I Clinical Trials” traktuje o mężczyźnie, który po przeszczepie oka, z zamontowaną kamerą widuje w swoim domu zmarłych ludzi. Kręcenie z oka, a nie z ręki było doskonałym pomysłem, pomijając wszystko inne, gwarantującym sporą stabilność obrazu. Co więcej Wingard tak dalece zadbał o realizm przekazu, że nie zapomniał nawet o migawkowym zaciemnianiu obrazu, mającym obrazować mruganie oczami głównego bohatera. Mężczyzna po króciutkim wprowadzeniu zaczyna widywać doskonale, bo minimalistycznie ucharakteryzowane duchy, które pojawiają się w kadrze w iście zaskakujących, mocnych jump scenach. Mroczny, niebywale trzymający w napięciu klimat w połączeniu z tymi znacząco spotęgowanymi huczącą muzyką manifestacjami zjaw aż przykuły mnie do ekranu i niezmiennie podrywały z fotela w chwilach szczytowej grozy. Wingard i Barrett znacząco utrudnili zadanie pozostałym twórcom, bo nie wiem, co trzeba by było pokazać, aby dosięgnąć tak wysoko zawieszonej poprzeczki. Z tego też powodu pozostałe opowieści w pojęciu wielu widzów mogą wypaść blado w porównaniu do pierwszej taśmy, ale choć tak dalece nie niepokoją w moim mniemaniu mogą poszczycić się innymi superlatywami, które również zasługują na uznanie. 

Trzeci segment, a drugie nagranie wyreżyserowali Eduardo Sanchez, twórca minimalistycznych horrorów „Blair Witch Project”, „Seventh Moon", „Lovely Molly”, „Inny” i „Exists” i producent tych filmów Gregg Hale. Fabułę „A Ride in the Park” Sanchez rozpisał wspólnie z Jamiem Nashem, scenarzystą swoich pełnometrażowych produkcji. Dosyć oryginalna w kinie (ale nie w literaturze) wizja rozprzestrzeniającej się w Parku Narodowym zarazy zombizmu, podanej z perspektywy, łaknącego ludzkiego mięsa zarażonego. Kręcenie z głowy (przypiętej do czoła kamerki) podobnie, jak w poprzedniej noweli zagwarantowało w miarę stabilny obraz. I bardzo dobrze, bo fani gore naprawdę mają tutaj, na co popatrzeć. Celowo przerysowane, stylizowane na kino klasy B z lat 80-tych ujęcia rozszarpywania turystów i zjadania ich wnętrzności mocno czerpią z włoskiego nurtu kanibalistycznego, w lekko prześmiewczym wydaniu. Nie zniesmaczą koneserów filmów gore, ale istnieje szansa, że zaintrygują ich niecodzienną perspektywą filmowania i odwagą w prezentowaniu bądź co bądź groteskowej makabry. 

Trzecia taśma, „Safe Haven”, wyreżyserowana przez Garetha Evansa i Timo Tjahjanto, na podstawie ich wspólnego scenariusza to ekstremalne kino azjatyckie w całkiem niezłym wydaniu. Fabuła skupia się na tajemniczej sekcie, która udziela wywiadu młodym filmowcom w swoim zamkniętym dla reszty świata domostwie. Po zapoznaniu się z filozofią szalonego guru łatwo można się domyślić, że sekta z utęsknieniem wyczekuje jakiegoś mistycznego wydarzenia. I rzeczywiście dalsze partie filmu w śmiałym, choć groteskowym stylu obrazują przyjście na świat… czegoś, co troszkę moralizatorsko uważa, że ojcostwo do czegoś zobowiązuje. Potwór prezentuje się rażąco sztucznie, sceny gore również, ale ma to swój urok – jest takim swego rodzaju miłym powrotem do B-klasowych produkcji z dawnych lat i to w dodatku całkiem widowiskowym. Wystarczy przypomnieć sobie chociażby nawiązującą do body horrorów i eksploatującą motyw prokreacji sekwencję porodu, albo eksplodowanie ciała. Naprawdę całkiem zgrabnie się to wszystko spina w jedną interesującą całość, szczególnie jeśli jest się fanem niskobudżetowych krwawych horrorów z ostatnich dekad XX wieku, bo co, jak co, ale ducha tych czasów twórcy tego segmentu oddali idealnie. 

Najgorszą, w moim mniemaniu nowelę, „Slumber Party Alien Abduction”, wyreżyserował Jason Eisner, na kanwie scenariusza, którego rozpisał wspólnie z Johnem Daviesem. Rzecz traktuje o grupce małolatów spędzających noc w domu ze swoimi przyjaciółmi pod nieobecność rodziców. Pewnym dosyć ciekawym novum jest częste filmowanie z perspektywy psa, któremu młodzi ludzie zamontowali na głowie kamerkę, ale to wcale nie oznacza, że obraz nie jest nadmiernie chaotyczny – chwilami tak mocno, że nie sposób nadążyć za aktualnymi wydarzeniami. Zresztą, mała strata, bo fabuła żeruje na ogranym motywie inwazji Szaraków, których obecność zwiastują migające światła i sporadyczne uderzenia raniących uszy dźwięków. Antagoniści prezentują się zgodnie z myślą przewodnią całego tego projektu, czyli na modłę gumowatych potworków z kina dawnych lat, co akurat odebrałam pozytywnie, ale tylko to. Pozostałe wydarzenia, czyli chaotyczne ucieczki i porywanie protagonistów mocno mnie znużyły, a finał zbulwersował – wiem, że w kontekście kina grozy to jak najbardziej pożądany sposób na rozwiązanie akcji, ale nic nie poradzę na to, że takich chwytów zwyczajnie w kinie grozy nie akceptuję.

Po obejrzeniu tych wszystkich taśm, dotychczas jedynie na krótko przerywanych segmentem Barretta, wracamy do jego opowieści na mocny finał. Mało oryginalny, ale za to niebywale nastrojowy i spektakularny – chłopak z fantazyjnie zwisającą skórą twarzy i groteskowo długim językiem oraz pajęczy krok z niebywałym wyczuciem kompilują stylistykę kina grozy z akcentami komediowymi, udowadniając, że Barrett jest nietuzinkowym artystą, który jeśli nie zmieni ścieżki, jaką obrał w swojej karierze może nas jeszcze zaskoczyć. Podobnie, jak jego kolega, Adam Wingard, twórca w moim odczuciu najlepszego segmentu „V/H/S/2”.

W przeciwieństwie do jedynki nie żałuję, że zdecydowałam się obejrzeć tę produkcję, bo właściwie dostarczyła mi całej gamy wrażeń, jakich oczekuję od kina grozy. Od dyskomfortu, przez zaskoczenie jump scenkami po przerysowane, acz jakże urokliwe ujęcia gore. Film właściwie idealny dla wielbicieli krótkich horrorowych opowieści w starym stylu, podanych w konwencji verite. Raczej wątpię, żeby (pomijając ostatni segment) kolejne części „V/H/S” jakościowo sprostały historiom zaprezentowanym w drugiej odsłonie – takiego poziomu w tej serii chyba nie da się już powtórzyć.

wtorek, 2 czerwca 2015

Joseph Sheridan Le Fanu „W ciemnym zwierciadle”


Po raz pierwszy wydany w 1872 roku zbiór pięciu opowiadań irlandzkiego pisarza, Josepha Sheridana Le Fanu, który znacząco przyczynił się do rozwoju literatury gotyckiej (choć pisywał również kryminały). Już w epoce wiktoriańskiej twórczość Le Fanu cieszyła się dużym uznaniem. Głównie dzięki rzadkiej zdolności autora do budowania na kartach swoich powieści i opowiadań atmosfery niesamowitości oraz pozostawiania miejsca na wieloraką interpretację fabuł, czym Le Fanu udowadniał, że granica między zjawiskami nadprzyrodzonymi a chorobami psychicznymi często się zaciera, i że oba te warianty mogą być tak samo przerażające. „W ciemnym zwierciadle” po raz pierwszy opublikowano rok przed śmiercią Le Fanu. Dzisiaj zbiorek znajduje się w ścisłej czołówce literatury gotyckiej. Wydawnictwo Zysk i S-ka poważnie podeszło do kunsztu Josepha Sheridana Le Fanu, prezentując polskim czytelnikom znakomicie przełożone przez Mirę Czarnecką wydanie w twardej oprawie i w bardzo przystępnej cenie.

Pięć opowieści Le Fanu łączy wątek publikacji akt zgromadzonych przez doktora Martina Hesseliusa, który za życia badał szczególnie interesujące przypadki chorób psychicznych, które mogły również wskazywać na ingerencję sił nadprzyrodzonych w znaną nam rzeczywistość. Po śmierci doktora Hesseliusa jego uczeń wybiera spośród pokaźnej dokumentacji pięć w jego mniemaniu najciekawszych relacji i publikuje na użytek szerokiego grona czytelników. Co więcej Le Fanu znacząco komplikuje narrację wtłaczaniem w każde dziełko opowieści jego bohaterów, co w połączeniu z wątkiem akt doktora Hesseliusa każe zaklasyfikować ten zbiór do typu książki szkatułkowej (fabuła składa się z kilku różnych opowieści, które zgrabnie łączą się nie w jedną, a w kilka spójnych całości). Każdy tekst opatrzono krótkim prologiem, w którym uczeń Hesseliusa wyjaśnia, dlaczego z przepastnych akt doktora wyłowił tę konkretną relację, ale nie narzucając czytelnikom swojej własnej interpretacji danego przypadku. Aluzje do choroby psychicznej oczywiście się pojawiają, ale nie w sposób jednoznaczny, kategoryczny, niedopuszczający innej ścieżki interpretacyjnej. W ten sposób Le Fanu zmusza odbiorców swojej prozy do dojrzenia i indywidualnej oceny drugiego dna przynajmniej trzech z pięciu zamieszczonych w niniejszym zbiorku historii.

„Doznawałam niepojętego i gwałtownego podniecenia, które było przyjemne, ale od czasu do czasu mieszało się z niejasnym poczuciem strachu i obrzydzenia. Nie miałam żadnych konkretnych myśli o niej, gdy te sceny trwały, ale byłam świadoma miłości przeradzającej się w adorację, a także odrazy.”

Niedawna premiera filmu pt. „Klątwa Styrii” z Julią Pietruchą w jednej z głównych ról pewnie najsilniej zachęci odbiorców tej produkcji do zapoznania się z omawianym zbiorem, choćby po to, aby poznać pierwowzór tego obrazu. Ja również największy apetyt miałam na uświetniającą „W ciemnym zwierciadle”, „Carmillę” dzisiaj w wielu kręgach uważaną za jedno z najważniejszych dokonań w gatunku literatury wampirycznej. Opowiadanie rzekomo zainspirowało Brama Stokera do napisania swojego opus magnum pt. „Dracula”, ale też natchnęło filmowców do rozpropagowania w kinie grozy nurtu lesbijskiego wampiryzmu. W XX wieku powstało również wiele adaptacji i wariacji „Carmilli”, a do najpopularniejszych należą „… i umrzeć z rozkoszy” (1960) oraz „Wampiryczni kochankowie” (1970). Najnowsza filmowa wersja „Carmilli” obrazuje gotycką historię Le Fanu w klimacie rodem z dark fantasy i udowadnia jej ponadczasowość. Powrót do słowiańskich korzeni wampiryzmu na kartach książki Le Fanu był dla mnie doprawdy wielkim przeżyciem. Gotycki węgierski zamek na odludnych terenach Styrii i tajemniczy gość nastoletniej Laury oraz jej ojca, którego obecność sprowadza na tutejsze społeczeństwo osobliwą zarazę. Młode dziewczęta z wioski nawiedza nocą jakiś upiór, który zatapia kły na ich „piersi, tuż pod gardłem, w okolicy szyi”. Kilka dni później po osobliwej chorobie, objawiającej się apatią i ciągłym zmęczeniem ofiary tajemniczego upiora umierają. Owe wydarzenia zbiegają się w czasie z przyjęciem w swoje progi przez Laurę i jej ojca pięknej młodej dziewczyny, Carmilli, która poddaje się dziwnym zwyczajom. Na noc zamyka na klucz drzwi do swojego pokoju, czasami na wzmiankę o religii, czy własnej przeszłości wpada w histerię oraz czuje dziwny pociąg do swojej nowej przyjaciółki, Laury, notabene odwzajemniony. Le Fanu nie poprzestaje na aluzjach do relacji homoseksualnej – opisuje ją bardzo jednoznacznie, nie szczędząc takich szczegółów, jak żarliwe pocałunki, czułe przytulanie i narastające podniecenie Laury. Badacze literatury podkreślali, że Le Fanu między innymi tym dziełem znacząco wyprzedził swoją konserwatywną, pruderyjną epokę, szokując ówczesnych czytelników kontrowersyjnym wątkiem lesbijskim. I mieli rację, bo nie można mieć żadnych wątpliwości, co do właściwej natury „przyjaźni” głównych bohaterek. Ale to nie owa odwaga urzekła mnie w tym opowiadaniu najbardziej tylko gęsta atmosfera gotyckiej podskórnej grozy, która narasta z każdą przeczytaną stronicą. Podobnie, jak „Dracula” Brama Stokera „Carmilla” przeniosła mnie do czasów, w których wampira kreowano na prawdziwego, łaknącego ludzkiej krwi potwora zafascynowanego ideą zgonu z miłości - skłonienia szczególnie upatrzonej ofiary do „rzucenia się w objęcia śmierci” dla ukochanej osoby. Le Fanu tym nietuzinkowym utworem pokazał, że nadal jest jednym z czołowych twórców literatury gotyckiej i jednym z niewielu artystów rozumiejącym i potrafiącym przelać na karty książki istotę wampiryzmu, obecnie tak karygodnie profanowaną.

Trzy opowiadania zamieszczone w niniejszym zbiorze bazują na podobnych pomysłach, ale pomimo tego każde z nich ma w sobie jakiś niezaprzeczalny, trudno uchwytny urok. Le Fanu najsilniej podkreślił w nich niejednoznaczność interpretacyjną. Dwutorowość analizy ich fabuł zasadza się na wątku nadprzyrodzonym bądź chorobie psychicznej. „Zielona herbata” traktuje o wielebnym Jenningsie, który jest prześladowany przez widmową, złośliwą małpę dostrzeganą jedynie przez niego. Upiór próbuje nakłonić go do popełnienia strasznych rzeczy, co w jednej z interpretacji może być rozpatrywane, jako kolejna wariacja na temat biblijnego motywu kuszenia przez Szatana.
Do motywu biblijnego może odnosić się również opowiadanie zatytułowane „Sędzia Harbottle”. Ta jakże wciągająca, acz zdecydowanie za krótka opowieść skupia się na tytułowym nieprzejednanym epikurejczyku nadużywającym swojej pozycji w Cywilnym Sądzie Powszechnym. Znany z nieprzykładania większej wagi do XIX-wiecznych tematów tabu Le Fanu uatrakcyjnia tę historię wątkiem romansu sędziego ze swoją gosposią, pozostającą w związku małżeńskim ze skazanym na karę śmierci fałszerzem. Autor w znakomitym, dezorientującym stylu miesza w tym utworze fikcję z rzeczywistością, urzekając czytelnika wręcz hipnotyzującą, oniryczną aurą wszelkiej niesamowitości, która dotyka motywu Sądu Ostatecznego, ale w tożsamym dla pióra Le Fanu niejednoznacznym stylu.
Trzecie opowiadanie, „Prześladowca”, najsilniej uwypuklające dwutorowość interpretacyjną traktuje o byłym kapitanie statku „Dolphin”, Jamesie Bartonie, który po zejściu na ląd jest prześladowany przez „małego człowieczka w płaszczu wojskowym z czerwoną kamizelką i w czapce”, ale w przeciwieństwie do wielebnego Jenningsa z „Zielonej herbaty” inni ludzie również mogą go zobaczyć. Choć tajemniczy człowieczek nie wyjaśnia Bartonowi wprost, dlaczego za nim chodzi łatwo można się domyślić, że prześladowca symbolizuje Śmierć. Z czasem jego zaszczuta ofiara zaczyna wykazywać objawy agorafobii – zamyka się w domu swojej narzeczonej, ufając, że w taki sposób oszuka przeznaczenie. Le Fanu z rzadko spotykanym wyczuciem klimatu i psychologii oddał w tym utworze istotę stalkingu, który całkowicie niszczy życie ofiary osobliwego prześladowcy i duszącą, paranoiczną aurę zaszczucia.

Zbiór uświetnia jeszcze jedno, całkowicie odmienne, bo bardziej kryminalne opowiadanie. Najdłuższe dzieło zatytułowane „Pokój w gospodzie Le Dragon Volant” skupia się na losach młodego Richarda Becketta, który w drodze do Paryża poznaje piękną, zniewoloną przez męża hrabinę de Saint Alyre, zakrywającą twarz czarną woalką. Młodzik z miejsca się w niej zakochuje i kiedy wreszcie dociera do miasta postanawia zrobić wszystko, aby zdobyć jej serce. Le Fanu jedynie w tym opowiadaniu troszkę przedobrzył, zanadto rozbudowując wątki romantyczne, które szczególnie na początku nieco przykryły napięcie. Delikatna groza pojawia się dopiero po dotarciu Becketta do Paryża, gdzie zatrzymał się w owianym złą sławą pokoju w gospodzie Le Dragon Volant, w którym w przeszłości w niewyjaśnionych okolicznościach znikali ludzie. Jednak pomimo tych odniesień do niesamowitość łatwo można się domyślić, że owe opowiadanie gatunkowo będzie przynależeć do kryminału aniżeli horroru UWAGA SPOILER i to takiego w stylu noir, z femme fatale i spiskiem zakrojonym na szeroką skalę, co w finale pomimo wcześniejszych licznych przestojów w akcji wyniesie ten utwór na prawdziwe wyżyny literatury kryminalnej w starym, surowym stylu KONIEC SPOILERA. Pozory mogą mylić, co Le Fanu dobitnie wyraził w tym utworze, nagradzając cierpliwych czytelników mocnym finalnym uderzeniem, spychającym wątki romantyczne i horrorrowe na dalszy plan i w znakomitej formie uwypuklając inne, jakże interesujące aspekty tej opowieści. Nie jest to horror, ale to wcale nie oznacza, że „Pokój w gospodzie Le Dragon Volant” nie zasługuje na uwagę nawet wielbicieli literatury grozy, o fanach doskonale skonstruowanych intryg kryminalnych już nie wspominając.

Życzyłabym sobie, żeby polscy wydawcy publikowali więcej takich ponadczasowych perełek literatury grozy, bo mało jest współczesnych dzieł, które mogłyby równać się z geniuszem takich XIX-wiecznych pionierów gatunku, jak na przykład Joseph Sheridan Le Fanu, przez wielu stawiany na równi z Edgarem Allanem Poe i Bramem Stokerem. Wszystkim poszukiwaczom doskonale napisanych utworów gotyckich gorąco polecam ten znakomity zbiór, a do wydawców apel: proszę więcej takiej żelaznej klasyki literatury grozy na naszym rynku!

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

poniedziałek, 1 czerwca 2015

„Ludzka stonoga 3” (2015)


Naczelnik więzienia w Teksasie, Bill Boss, stara się znaleźć sposób na zminimalizowanie kosztów utrzymania więźniów, zapobieżenie częstym rozruchom i podniesienie ilości zresocjalizowanych osadzonych. Torturowanie, co poniektórych szczególnie groźnych więźniów nie przynosi oczekiwanych rezultatów – Bossowi nie udaje się w ten sposób przytępić ich agresywności. Jego asystent, Dwight Butler, poddaje szefowi pomysł zainspirowany kontrowersyjnymi filmami Toma Sixa. Z pomocą reżysera postanawiają stworzyć ludzką stonogę, złożoną z więźniów skazanych na śmierć i dożywocie.

Dwie odsłony „Ludzkiej stonogi” rozsławiły nazwisko ich scenarzysty i reżysera, Toma Sixa, ale nie w takim sensie, w jakim chciałoby tego większość artystów. W przekonaniu masowych odbiorców pomysł Sixa na przyszywanie ust do odbytów nie mógł ziścić się w głowie zdrowego psychicznie osobnika. Etykietki „zboczeniec” i „psychopata”, jak to zwykle w sztuce bywa przyczyniły się do komercyjnego sukcesu filmów Sixa. Ludzie z czystej ciekawości sięgali po jego kontrowersyjne produkcje, tym samym udowadniając, że to nie filmowcy są winni powstawaniu tego typu obrazów. Popyt determinuje podaż – i wszystko jedno, czy po obejrzeniu jakiegoś skrajnie szokującego obrazu krytycy i szeroka opinia publiczna w zdecydowanej większości nie szczędzili niepochlebnych opinii o „Ludzkich stonogach” i samym Sixie, ważne, że pieniążki ze sprzedaży już wpłynęły na konto. Podczas, gdy masowi odbiorcy utyskiwali na wysoki poziom brutalności dwóch poprzednich odsłon „Ludzkiej stonogi”, ja zarzucałam im zbyt dużą monotonność. Pierwsza część rozkręciła się dopiero w finale, druga była dużo lepsza, ale do połowy seans również niemiłosiernie mi się dłużył. Być może moje oczekiwania były zbyt wygórowane, w końcu filmy określano, jako skrajnie szokujące – w porywach takie były, ale to za mało, żeby całkowicie przyciągnąć moją uwagę. Tom Six zapowiedział, że trzecia część „Ludzkiej stonogi” będzie ostatnia. Rozpowszechniana głównie za pośrednictwem systemu VOD ta mocno komediowa „Ludzka stonoga 3” ma być jego pożegnaniem z tym pomysłem. 

Akcja trzeciej części „Ludzkiej stonogi” rozgrywa się w teksaskim więzieniu, w którym niepodzielną władzę sprawuje naczelnik, Bill Boss. Dieter Laser w tej roli (znany z pierwszej odsłony trylogii, w której kreował postać czarnego charakteru) jest tak dalece przerysowany, że wystarczy raz na niego spojrzeć, aby nabrać przekonania, że niniejszą produkcję należy traktować z dużym przymrużeniem oka. Nadpobudliwy, nadużywający swojej władzy szaleniec Boss, umila sobie czas torturowaniem więźniów i stosunkami ze swoją sekretarką. Asystuje mu Dwight Butler (w tej roli Laurence R. Harvey, który grał psychopatę w drugiej odsłonie trylogii) – milczący księgowy, który z niesmakiem przygląda się odrażającym poczynaniom szefa, ale równocześnie stara się na nim wzorować. Paleta tortur nie jest szeroka, bowiem Six przez większą część filmu największy nacisk kładzie na aspekty komediowe – maksymalne przejaskrawienie postaci, dialogi naszpikowane czarnym humorem i kontrowersyjną filozofię Bossa. Otóż, mężczyzna wychodzi z założenia, że humanitarne pozbawianie życia skazanych na śmierć przez organy władzy jest niesprawiedliwe, że owi zwyrodnialcy zasłużyli sobie na bolesny koniec. Dlatego też wdraża swój własny program zadawania cierpień szczególnie agresywnym osadzonym, dzięki czemu może pofolgować swoim zbrodniczym zapędom. Widzimy więc, w przekonaniu Bossa, ulepszoną wersję tortury z Guantanamo, z wykorzystaniem wrzącej wody oraz obcięcie jąder, które następnie zostają usmażone i podane naczelnikowi na lunch. Brzmi to może odstręczająco, ale tak nie wygląda. Six celowo zaniedbał realizm, podlewając sceny gore rażąco sztuczną, rozwodnioną posoką, aby dać do zrozumienia, że mamy do czynienia bardziej z parodią „Ludzkiej stonogi”, aniżeli kolejnym filmem nakręconym na poważnie. Ta część ma przede wszystkim śmieszyć widzów, a nie szokować i żeby jeszcze dobitniej to podkreślić Six wykorzystał znany z na przykład trzeciej części „Krzyku 3”, czy „Nowego koszmaru Wesa Cravena” trick „filmu w filmie”. Dwie części jego „Ludzkiej stonogi” cieszą się popularnością wśród personelu więzienia (z wyłączeniem samego Bossa, który określa je mianem B-klasowej szmiry) i stają się inspiracją do okrutnego eksperymentu na więźniach. Tom Six wystąpił w „Ludzkiej stonodze 3”, jako on sam, a swoją postać rozpisał dokładnie w taki sposób, w jaki widzą go masowi odbiorcy. Jako zafascynowanego ideą łączenia ludzi w jeden organizm ze wspólnym układem trawiennym zboczeńca, który pragnie zobaczyć zabieg w rzeczywistości. Ot, Six kpi z samego siebie, ale też z widzów, którzy dokładnie tak go sobie wyobrażają. 

W przeciwieństwie do „Ludzkiej stonogi 2” trzecia część nie pozostawia najmocniejszego uderzenia na koniec. Jakby Six wiedział, że jego pomysł już się zużył, o wiele bardziej nie tyle zniesmacza, co zaskakuje wątkami nieskupiającymi się na odrażającym eksperymencie Bossa. Wcześniej mamy tak osobliwe sekwencje, jak gwałt nerki, więźnia ze stomią, posiadającego sztuczny odbyt na brzuchu z którego odchody wypływają do woreczka, czy wreszcie krótkie ujęcie wchodzenia w pobitą, przebywającą w śpiączce sekretarkę. Owe wstawki nie zniesmaczą koneserów kina gore, ale istnieje szansa, że przynajmniej zwrócą uwagę na pomysłowość scenarzysty. Bo sama finalna scena oryginalna już nie jest. UWAGA SPOILER Co prawda stonoga jest o wiele dłuższa niż w poprzednich częściach, ale to nie zmienia faktu, że owy pomysł Six już tak wyeksploatował w poprzednich odsłonach, że nie ma szans ponownie zaszokować zaznajomionych z nimi odbiorców. Nawet nowy pomysł na ludzką gąsienicę mnie nie poruszył – już raczej odebrałam to, jako próbę wmówienia widzom, że Six miał jakiś pomysł na zaskoczenie odbiorcy. Cóż, mnie bardziej zażenował niż zaskoczył. Chociaż przyznaję, że wzmianka Bossa o eksperymencie gender mocno mnie rozbawiła KONIEC SPOILERA.

Po dwóch poważnych odsłonach „Ludzkiej stonogi” (z bardzo delikatnymi wstawkami humorystycznymi) Tom Six zrozumiał, że jego pomysł równie dobrze może sprawdzić się w konwencji mocno komediowej. Podobnie, jak „Kieł” Kevina Smitha „Ludzka stonoga 3” może zdać egzamin przede wszystkim, jako prześmiewczy obraz z mocno przerysowanymi wstawkami gore. Humor, co prawda z czasem staje się męczący, a bo Six natchnął nim niemalże wszystkie dialogi, a przejaskrawiona, pastelowa kolorystyka nieprzyjemnie bije po oczach, ale w ogólnym rozrachunku taka koncepcja całkiem znośnie się sprawdza. Nie jest to film, który wbiłby mi się w pamięć, którym byłabym bezbrzeżnie zachwycona, nie jest nawet lepszy od dwójki, ale nie mogę powiedzieć, żebym chwilami dobrze się nie bawiła w trakcie seansu. Troszkę się pośmiałam, a to już coś.    

niedziela, 31 maja 2015

„Let Us Prey” (2014)


Rachel Heggie rozpoczyna pracę, na nocnej zmianie, na posterunku policji w małym miasteczku. W drodze na dyżur jest świadkiem potrącenia samochodem mężczyzny przez młodego chłopaka, Caesara. Poszkodowany znika, a Rachel eskortuje kierowcę do celi. Wkrótce potem jej koledzy z pracy doprowadzają na posterunek potrąconego niedawno mężczyznę. Uporczywe milczenie zatrzymanego i niemożność poznania jego personaliów zachęca policjantów do zatrzymania go w areszcie na jedną noc pod zarzutem włóczęgostwa. Niedługo po osadzeniu tajemniczego mężczyzny w celi, policjantów i innych zatrzymanych zaczynają dręczyć wizje ich niechlubnych czynów z przeszłości. Rachel natomiast przypomina sobie traumatyczny okres z dzieciństwa, kiedy była więźniem psychopaty.

Brytyjsko-irlandzki horror początkującego w pełnym metrażu Briana O’Malley’a na podstawie scenariusza Davida Cairnsa i Fiony Watson. Reżyser podkreślał w wywiadach, że pragnął stworzyć ponadczasowy film grozy w duchu klasyki z lat 80-tych, tak aby opinia publiczna po samej realizacji nie była w stanie ocenić rzeczywistego wieku produkcji. Ambitny plan, jak na niedoświadczonego w pełnym metrażu artystę, ale chwali się, że O’Malley mierzy wysoko, nie zadowalając się półśrodkami (przynajmniej w swoich wyobrażeniach). Stylizacja na kino lat 80-tych udała się twórcom tylko w połowie. Z jednej strony mamy, bowiem parę efektów komputerowych, które nie prezentują się, jakby zostały wygenerowane w przedostatniej dekadzie XX wieku i mniej istotne szczegóły, jak na przykład model telefonu komórkowego Rachel. Ale z drugiej mamy klimat, który istotnie mogłaby stworzyć jakaś ekipa filmowców z lat 80-tych. Bez ziarna, jak na przykład w „Grindhouse: Death Proof” i „Grindhouse: Planet Terror” (tak dobrze to nie ma), ale za to z delikatnie wzorowanymi na horrorach z ostatnich dekad XX wieku oświetleniem, pracą kamery i ścieżką dźwiękową.

Już czołówka „Let Us Prey” wprowadza widzów w sugestywny klimat filmu – silnie skontrastowane zdjęcia ponurych krajobrazów, w kilku ujęciach rozciągających się w tle tajemniczego mężczyzny. Sprawia to wrażenie, jakbyśmy zostali wrzuceni w sam środek miasta-widmo, zamieszkanego przez jednego człowieka, dysponującego jakąś nadprzyrodzoną mocą. Kiedy zaczyna się właściwa akcja filmu okazuje się, że owe osobliwe odczucie nie mija się zanadto z prawdą. Poznajemy kilku bohaterów, ale poza tym nocna sceneria małego miasteczka prezentuje się, jakby wyjęto ją wprost ze „Strefy mroku”. Mieszkańcy zapewne już śpią, ale ta świadomość wcale nie zakłóca ogólnej impresji wymarcia niemalże całego społeczeństwa. Niemalże, bo na scenie „pozostali jeszcze” miejscowi policjanci i kilku aresztantów, z władającym niepokojącymi mocami bezimiennym mężczyzną na czele. Jego odciski palców odpowiadają liniom papilarnym zmarłego w latach 80-tych mężczyzny, a sam zainteresowany nie śpieszy się z objaśnianiem tej nieścisłości. Bez słowa sprzeciwu udaje się do celi, tak jakby już zawczasu przygotował sobie jakiś diabelski plan. I istotnie, późniejsze wydarzenia utwierdzają widzów w tym odczuciu. Scenarzyści szybko wyjawiają, że bezimienny mężczyzna to taka nowa wersja Andre Linoge’a z miniserialu „Sztorm stulecia”. Jestem przekonana, że pomysłodawcy fabuły wzorowali się na tej postaci, bo podobieństwa są aż nazbyt widoczne. Podobnie, jak Linoge więzień numer sześć biernie przyjmuje fakt swojego zatrzymania, również zna wszystkie grzeszki otaczających go ludzi i potrafi samą siłą woli wzbudzić w nich wyrzuty sumienia i popchnąć do samounicestwienia. Ale o ile w „Sztormie stulecia” mieliśmy całą gromadę ludzi, których złe uczynki nie były na tyle poważne, aby zasłużyli sobie na śmierć, to w „Let Us Prey” jedynie główna bohaterka, bardzo przekonująco wykreowana przez Pollyannę McIntosh zasłużyła sobie na sympatię odbiorców. Reszta dosyć szybko z pozytywnych bohaterów przeobraża się w czarne charaktery, których śmierci, w imię sprawiedliwości, wręcz się oczekuje. Nowy Linoge nie stosuje względem nich przemocy fizycznej. Korzystając ze swoich nadprzyrodzonych mocy stara się rozbudzić w nich głęboko skrywane destrukcyjne i autodestrukcyjne zapędy i pozwolić, aby sami doprowadzili się do zguby.

Lwia część akcji rozgrywa się wewnątrz mrocznego posterunku policji oraz w podziemnych zawilgoconych celach. Choć O’Malley nie ucieka się do zdecydowanych, niepokojących wstawek ingerencji nieznanego w znaną nam rzeczywistość samym gęstym klimatem, stworzonym dzięki ponurej kolorystyce i dudniącej ścieżce dźwiękowej generuje typową dla kina nadprzyrodzonego aurę niesamowitości. Dodatkowym smaczkiem jest kompilacja tego elementu ze scenami gore, lekko kiczowatymi, ale podejrzewam, że był to celowy zabieg, mający nasuwać skojarzenia z niskobudżetowymi horrorami z lat 80-tych. Wizje ofiar nowego Linoge’a nie tyle mają straszyć, co zniesmaczać. Na obytych z kinem gore widzach owe umiarkowanie drastyczne wstawki zapewne nie zrobią większego wrażenia, ale zamysł twórców powinien się ziścić w przypadku osób mniej zaznajomionych z krwawym kinem grozy. O’Malley nie tylko w retrospekcjach zahacza o gore, ale również w sekwencjach z teraźniejszości, które prezentują się jeszcze śmielej – między innymi poporcjowane ciało upchnięte w lodówce, odsłonięty mózg chłopaka i moim zdaniem najlepsza, choć najbardziej oszczędna w epatowaniu makabrą sekwencja z wiszącą kobietą. Twórcy, co prawda pokazali tylko jej nogi i plamę krwi rozlewającą się na podłodze, ale dzięki ciekawemu trickowi z oświetleniem owy mord najsilniej rozbudził moją wyobraźnię (sama dopowiedziałam sobie, jaki widok rozpościera się wyżej, a jak wiadomo to, co sobie wyobrazimy często przebija nawet najwymyślniejsze efekty specjalne). Żeby jednak nie było tak różowo jestem zmuszona zaznaczyć, że pomimo znakomitej realizacji „Let Us Prey” odrobinę traci na scenariuszu. Owszem, fabułę poprowadzono w taki sposób, aby rozbudzić zainteresowanie mniej wymagających widzów (czyli między innymi moje), ale tylko na czas seansu. Oprócz paru wstawek gore, które i tak zbytnio pomysłowe nie są, O’Malley nie pokazał tutaj nic, co miałoby szansę na dłużej zapaść w pamięć, a już na pewno nic, co w przyszłości kazałoby patrzeć na ten obraz przez pryzmat produkcji kultowej (do czego, jak sam przyznał reżyser zmierzał). Lekka stylizacja na horror z dawnych lat nie wystarcza, bowiem w obecnych czasach (i chwała za to) nie jest to już żadnym novum. Scenariusz pozostawiał pole nie tylko na mocniejsze uderzenia, ale również większą komplikację fabularną. Rozumiem, że O’Malley niczym twórcy kina grozy z lat 80-tych XX wieku stawiał na prostotę, ale kilka podatnych na wieloraką interpretację akcentów by nie zaszkodziło – jeśli już nie w środku seansu to przynajmniej w finale, który jest tak jednoznaczny i miałki, że już bardziej nie można.

W moim odczuciu cała obsada spisała się nadzwyczaj przekonująco, ale na największą pochwałę oprócz wspomnianej już Pollyanny McIntosh (gwiazdy między innym „Offspring” i „The Woman”) zasługuje kreacja więźnia numer sześć. Liam Cunningham w tej odsłonie był tak intrygująco tajemniczy wręcz charyzmatyczny, że aż nie mogłam oderwać od niego wzroku. Podobny zachwyt wzbudził we mnie Brian Vernel w roli aroganckiego, antypatycznie nastawionego do policji Caesara – mało doświadczony aktor, aczkolwiek mający zadatki na wyrazistą postać kina.

Pomimo silnej inspiracji „Sztormem stulecia” i braku bardziej wbijających się w pamięć rozwiązań fabularnych oraz efektów specjalnych polecę ten film. Ale tylko osobom nieoczekującym większych fajerwerków od kina grozy, akceptującym prostotę i wprost przepadającym za budowaniem dramaturgii za pośrednictwem mrocznego klimatu i umiarkowanie krwawych scen gore. Nic nadzwyczajnego, ale myślę, że istnieje szansa, iż „Let Us Prey” dostarczy trochę rozrywki, co poniektórym widzom.