Rok
1960. W miasteczku Derry w stanie Maine coś zabija dzieci.
Najczęściej ukazuje się pod postacią klauna Pennywise'a, ale jest
w stanie przybierać również inne postacie zaczerpnięte z ludzkich lęków. Dorośli nie są w stanie ujrzeć tej istoty, dzieci
nie mogą więc szukać u nich pomocy. Siedmioro z nich, sześciu
chłopców i jedna dziewczyna, których połączyła wielka przyjaźń,
postanawia zgładzić Pennywise'a. Gdy w końcu dochodzi do
konfrontacji zyskują nam nim przewagę, ale nie są pewni, czy udało
im się go unicestwić. Przysięgają więc że jeśli potwór wróci
ponownie staną z nim do walki. Trzydzieści lat później jeden z
nich, Mike Hanlon, jako jedyny wciąż mieszkający w Derry, znajduje
dowód świadczący o powrocie Pennywise'a. Telefonuje do reszty,
którzy aż do tej chwili nie pamiętali o koszmarnych wydarzaniach z
dzieciństwa, jakby po opuszczeniu przez nich Derry jakaś siła
ingerowała w ich wspomnienia. Hanlon przypomina im o obietnicy,
którą złożyli przed laty. Wszystko bowiem wskazuje na to, że
Pennywise wrócił i przypuścił atak na kolejne niewinne istoty. Ci
którzy przed laty stawili mu czoło muszą więc ponownie zmierzyć
się ze swoimi lękami, w nadziei, że nadal drzemie w nich potężna
siła, która w dzieciństwie pomogła im w starciu z potworem.
Chociaż
wydarzenia rozgrywające się w 1990 roku w zestawieniu z
retrospekcjami wypadają o wiele mniej korzystnie to i tak najwięcej
żalu (nie tyle do twórców, miniserialu „To”, co do telewizji
ABC) mam o właśnie dawne dzieje protagonistów, których połączyła
tak silna, że wręcz rozczulająca przyjaźń. Większa ilość
retrospekcji moim zdaniem lepiej komponowałaby się z mniej
atrakcyjnym spotkaniem po latach w rodzinnym Derry. Chociaż z
drugiej strony pomocne mogłoby być również bardziej zrównoważone
przeplatanie tych dwóch okresów czasowych. W pierwszej połowie
dominują wszak retrospekcje, w drugiej natomiast pojawiają się w
rzadkich kilkuminutowych wstawkach – o ile lepiej prezentowałoby
się to, gdyby proces przeplatania wątków ze wspomnianych dwóch
okresów życia protagonistów rozciągnąć na cały obraz, łącznie
z zakończeniem, które notabene w porównaniu do książki jest
mocno ugrzecznione, co wziąwszy pod uwagę fakt, że zrealizowano go
dla telewizji w ogóle mnie nie dziwi. Gwoli sprawiedliwości efekt
mógł jednak prezentować się dużo gorzej, gdyby tylko projekt
powierzono mniej utalentowanej ekipie bądź reżyserowi, który nie
byłby w stanie zsynchronizować się ze spojrzeniem Stephena Kinga
na tę doskonale skonstruowaną opowieść. Tommy Lee Wallace to
potrafił – nawet w sytuacji, która „nie pozwalała mu rozwinąć
skrzydeł” w takim stopniu, jak uczynił to autor książki, udało
mu się przywołać ducha powieści. W mniej porażającym,
pobudzającym wyobraźnię stylu, ale i tak całkiem mocno
odczuwalnego. Co więcej upiorna postać Pennywise'a w wykonaniu
znakomitego Tima Curry'ego, niepokojący efekt starań uzdolnionych
charakteryzatorów, po dziś dzień przez wielu wielbicieli horrorów
jest uważana za jedną z najbarwniejszych sylwetek w historii
kinematografii grozy. Kultowy czarny charakter, który ze wszystkich
licznych superlatywów miniserialu Tommy'ego Lee Wallace'a bez
wątpienia zasłużył sobie na najwyższe uznanie. Obok
niepowtarzalnej kreacji Tima Curry'ego i zapadającej w pamięć
charakteryzacji (która może przyprawić o zawał serca widzów
borykających się z koulrofobią) na odnotowanie zasługuje również
idealne wyczucie czasu, którym wykazali się twórcy podczas
dosłownie każdej manifestacji Pennywise'a. Jego wymalowana facjata
wypełnia ekran w najbardziej sprzyjających momentach, przy czym nie
wygląda to tak, jakby filmowcy starali się podrywać widzów z
fotela prymitywnymi jump scenkami, a przynajmniej nie podczas
wszystkich takowych upiornych manifestacji. Z mojego punktu widzenia
częściej porywali się na dużo trudniejszą sztukę powolnego
zbliżania się zagrożenia pod postacią złośliwego klauna
(uwielbiam moment z „ruchomą fotografią”), albo choćby
krótkiego zasygnalizowania jakimś wiele mówiącym upiornym
akcentem jego pojawienia się w następnym ujęciu (ryzykowny wybieg,
ale zazwyczaj udawało się go właściwie przeprowadzić), dzięki
czemu Pennywise o wiele silniej zakotwicza się w ludzkim umyśle.
Dużym uznaniem opinii publicznej cieszy się również ścieżka
dźwiękowa skomponowana przez Richarda Bellisa (zdobywczyni nagrody
Emmy), która rzeczywiście odegrała niemałą rolę w budowaniu
atmosfery miniserialu, zwłaszcza pozornie sielankowych wstawek z
dzieciństwa protagonistów, aczkolwiek w scenach szczytowej grozy
charakterystyczne melodie również nie były bez znaczenia –
znacznie intensyfikowały napięcie wzmagając złowrogą tonację
burzliwej sfery wizualnej.












