Stronki na blogu

poniedziałek, 8 stycznia 2018

Clive Barker „Cabal. Nocne plemię”

Aaron Boone jest przekonany, że z pomocą swojej dziewczyny Lori i psychiatry Deckera wyleczył się z choroby psychicznej, z którą przez dłuższy czas się zmagał. Zmienia zdanie, gdy jego terapeuta pokazuje mu zdjęcia jedenastu ofiar nieuchwytnego seryjnego mordercy i zwierza mu się ze swoich podejrzeń względem niego samego. Boone niczego takiego nie pamięta, ale szybko dochodzi do wniosku, że odpowiada za śmierć tych wszystkich ludzi: mężczyzn, kobiet i dzieci. Próbuje popełnić samobójstwo, ale rozpaczliwy krok nie przynosi pożądanego skutku. Zostaje odwieziony do szpitala, gdzie spotyka mężczyznę rozprawiającego o mieście, o którym Boone już wcześniej słyszał. Midian stanowi ponoć oazę dla takich wyrzutków jak on, ludzi, którzy nie pasują do cywilizowanego świata, Boone uznaje więc, że to najlepsze miejsce dla niego. Udaje się do Midian, leżącego nieopodal miasteczka Shere Neck, miasta, które okazuje się być opuszczone. Pod usytuowaną tam nekropolią, w podziemiach, ukrywają się jednak niezwykłe istoty, tworzące tak zwane Nocne Plemię, w szeregi którego Aaron Boone postara się wstąpić.

„Cabal. Nocne plemię” to krótka powieść Clive'a Barkera pierwotnie wydana w 1988 roku i przeniesiona na ekran w 1990 roku. Za reżyserię i scenariusz ekranizacji odpowiadał sam autor pierwowzoru, a obsadę zasilił zasłużony dla filmowego horroru David Cronenberg. W 1992 roku Clive Barker wyznał, że planuje napisać dwie kolejne części omawianej powieści, ale jak dotąd nie wprowadził tego zamysłu w życie. „Cabal. Nocne plemię” ma o wiele mniejsze gabaryty od wydanego rok wcześniej „Kobierca” tego samego autora, ale w 1986 roku po raz pierwszy opublikowano inną minipowieść tego znakomitego pisarza - „Powrót z piekła”, który to także został przeniesiony na ekran przez samego Clive'a Barkera („Hellraiser”). A jego debiutancka powieść, „Potępieńcza gra”, choć dłuższa od obu wcześniej wymienionych utworów, warsztatem przypomina „Cabala. Nocne plemię”. Dopiero w kilku powieściach, które nastały po tej publikacji Barker pokazał najprawdziwszy stylowy rozmach, w niektórych przypadkach na miarę, a w innych jeszcze większy od tego zaprezentowanego w „Kobiercu” - „Imajica”, „Sakrament”, „Wąwóz Kamiennego Serca”, „Wielkie sekretne widowisko”, „Everville”, „Galilee”.

Clive Barker powiedział, że w „Cabalu. Nocnym plemieniu” skonfrontował ze sobą potwory XIX-wieczne z potworami z XX wieku. Mitologiczne, demoniczne stwory spowite gęstą aurą tajemnicy zderzył z maniakalnym mordercą zainspirowanym Freddym Kruegerem, Jasonem Voorheesem i im podobnymi, zapytując przy tym czytelnika, czy naprawdę woli tych drugich od dziwnych, tajemniczych i niezwykłych stworów będących główną podporą horroru. Reprezentantem XX-wiecznych potworów na kartach omawianej powieści Barkera jest Maska – mężczyzna, który dopuszcza się okrutnych zbrodni „za podszeptem” kawałka materiału (biały len) z guzikami zamiast oczu i suwakiem w miejscu ust. Gdy wkłada rzeczoną maskę na głowę, czy to tylko w swoim mniemaniu, czy w rzeczywistości (raczej to pierwsze) staje się zupełnie kimś innym. Istotą opanowaną żądzą mordu, którą to z radością zaspokaja wybierając na swoje ofiary zarówno osobników dorosłych obojga płci, jak i dzieci. Maska nazywana też Starą Twarzą z Guzikami nie jest jednak jedynym członkiem frakcji złożonej z (kontynuując myśl Barkera) XX-wiecznych potworów, a moim zdaniem nie jest nawet najbardziej przerażającym osobnikiem wykreślonym w „Cabalu. Nocnym plemieniu”. Najbardziej niepokojący są ludzie nieskrywający swoich twarzy pod maskami i pozbawieni potwornej anatomii. Śmiertelnicy. Tacy ludzie, jakich codziennie mijamy na ulicach swoich miast, jednostki uważane za okazy zdrowia psychicznego. Ludzie, którzy z nienawiści, zazdrości bądź ze strachu przed innością dopuszczają się najobrzydliwszych czynów, wyzuci z moralności, niepotrafiący zaakceptować różnorodności, dążący do tego żeby każdy był taki, jak oni. Barker ze słuszną pogardą pisze: „Przywłaszczyli sobie władzę, samozwańcy. Arbitrzy dobra i zła, tego co naturalne i nieludzkie, usprawiedliwiający swe okrucieństwo fałszywymi prawami”. I w ten oto sposób, w podtekście, trafnie podsumowuje procesy myślowe rasistów, homofobów, ksenofobów etc. A kto jak kto, ale akurat Clive Barker doskonale wie, jak żyje się w mniejszości w tak zwanym cywilizowanym świecie, a w „Cabalu. Nocnym plemieniu” pokazał, że potrafi trafić w samo sedno bez porywania się na wielostronicowe analizy. Jego historia przeraża nie dlatego, że aż roi się w niej od potwornych postaci, okrutnych mordów dokonywanych przez zamaskowanego człowieka niby żywcem wyjętego z nurtu slash, tylko dlatego że osobami stającymi do walki z monstrami są jeszcze większe potwory i to w dodatku takie, które żyją wśród nas, których spotykamy w rzeczywistości, i których grono zdaje się nieustannie powiększać. Clive Barker wyraźnie sympatyzuje ze stworami ukrywającymi się w podziemiach nekropolii usytuowanej w wyludnionej mieścinie Midian (w filmie jest tylko cmentarz i jego podziemia), a jego sympatia naturalną koleją rzeczy udziela się czytelnikowi. Nie trzeba być wybitnie błyskotliwą jednostką, żeby zauważyć, że w umyśle autora owe monstra reprezentowały wszystkie mniejszości wypchnięte poza nawias społeczeństwa – opluwane, wyszydzane przez tych, którzy uważają, że mają prawo mówić innym jak żyć, tworzyć definicję normalności i akceptować tylko to, co mieści się w jej ramach. Nocne Plemię, żywe trupy o zróżnicowanych niezwykłych anatomiach, unikający światła słonecznego, bo jest ono dla nich zabójcze i zdolne przybierać różne kształty, przed laty na własnej skórze przekonali się do jakiego bestialstwa popycha ludzkość strach przed innością bądź w niektórych przypadkach najczystsza zazdrość. W ekranizacji omawianej powieści pada stwierdzenie, że ludzie zwykli niszczyć wszystko, czego nie zdołali posiąść, z czego można wnioskować, że według Barkera niejeden członek tak zwanej większości marzy o dostąpieniu zaszczytu zasilenia którejś z mniejszości. Zaznaczam jednak, że to tylko podtekst, w tej opowieści bowiem dosłownie sprowadza się to do tego, że co poniektórzy z nas pragną stać się nieśmiertelnym potworem, zaznać rozkoszy płynącej z bycia odrażającą bestią władającą nadzwyczajnymi mocami.

Charakter tej opowieści i w pewnym stopniu także styl obrany przez Clive'a Barkera, negatywnie wpływają na atmosferę grozy, wręcz przygniatającą aurę niebezpiecznej tajemnicy podszytej beznadzieją uosabianą arcyniewygodnym położeniem głównego bohatera, Aarona Boone'a i przekonaniem o potwornościach kryjących się w mieście-widmie. Jakich potwornościach? Jeszcze wtedy nic o nich nie wiemy – Barker daje nam tylko do zrozumienia, że w podziemiach ponurej nekropolii ukrywa się coś, co wymyka się ludzkiemu pojmowaniu i wiele wskazuje na to, że konfrontacja z tym czymś tylko pogorszy i tak trudną sytuację czołowej postaci. Po zastosowaniu przewrotnego zabiegu UWAGA SPOILER kojarzącego się z „Psychozą” Roberta Blocha zekranizowaną przez Alfreda Hitchcocka (ale później pociągniętego w innym kierunku) KONIEC SPOILERA, na pierwszy plan wysuwa się dziewczyna Aarona Boone'a, Lori, starająca się dowiedzieć, co tak naprawdę spotkało jej ukochanego. Jego śladami udaje się więc do Shere Neck, miasteczka nieopodal którego przycupnęło tajemnicze Midian, czyli następny przystanek w podróży młodej kobiety. Jeszcze wtedy, pomimo uchylenia rąbka tajemnicy na wcześniejszych stronach, Clive Barker bardzo ciasno oplata czytelnika atmosferą przyczajonego zagrożenia, stwarzanego przez osobników dużo potworniejszych od tych, które dane nam było zobaczyć w naszych najgorszych koszmarach sennych. Ten autor przyzwyczaił nas już do tworzenia mocno zróżnicowanych i nieziemsko pomysłowych bestii, do maszkar, które w umyśle większości ludzi nigdy by się nie wykluły, do potworów, do których wyobraźnia wielu autorów horrorów zwyczajnie nie sięga. Dopóki Clive Barker nie powoła ich do życia, dopóki nie postawi ich przed naszymi oczami w całej ich odrażającej okazałości. Pomysłowych potworów w „Cabalu. Nocnym plemieniu” nie zabrakło, ale maksymalnie uproszczony styl, nazbyt krótkie opisy uniemożliwiają wyobrażenie sobie wszystkich anatomicznych szczegółów. Jest tylko zarys tej wspaniałej brzydoty. I tego ostatniego określenia, po części zapożyczonego z „Galilee”, użyłam celowo, bo wydaje mi się, że doskonale opisuje ono podejście Clive'a Barkera do potworów wykreślonych na kartach „Cabala. Nocnego plemienia”. Ten pisarz jeszcze przed wydaniem omawianej powieści (potem również) dawał jasno do zrozumienia, że jest turpistą, człowiekiem rozmiłowanym we wszystkim co nieestetyczne, potrafiącym szokować wszelkiego rodzaju ohydztwami, ale też zmuszać nas do odbierania ich jako coś pięknego, co swoją drogą też jest mocno szokujące. W „Cabalu. Nocnym plemieniu” Clive Barker daje wyraz tym swoim zapatrywaniom na brzydotę w drugiej partii powieści. UWAGA SPOILER Sprawia, że czytelnik solidaryzuje się z bestiami żyjącymi w podziemiach cmentarza w Midian, to właśnie im kibicuje w walce z reprezentantami swojej własnej rasy – można wręcz powiedzieć, że zrzeka się człowieczeństwa, że to ono go mierzi i że tak jak Lori daje się porwać zewowi potworności. Dlaczego tak się dzieje? Ano dlatego, że Barker chwyta jego dłoń i prowadzi go przez świat, którego tak się obawiał, pokazując, że pozory mogą mylić, że nie zawsze to czego nie znamy, nie rozumiemy i to co prezentuje się nad wyraz odrażająco jest gorsze od tego co znamy, rozumiemy i co z zewnątrz przypomina nas samych. Autor „Cabala. Nocnego plemienia” oswaja nas z istotami zrodzonymi z najgorszych koszmarów, a nawet więcej: sprawia, że to właśnie im kibicujemy, im współczujemy, z nimi się utożsamiamy i nie ma przy tym dla nas żadnego znaczenia jak te postacie wyglądają i jakimi mocami dysponują. Sam zamysł całkowicie mnie przekonał, to swoiste odwrócenie ról było nadzwyczaj interesującym zabiegiem, podejrzewam nawet, że wielu zmusi ono do myślenia, że zachęci ich do spojrzenia na pewne rzeczy z innej perspektywy, z takiej której dotychczas w ogóle nie przyjmowali, ale moim zdaniem jeszcze więcej odbiorców „Cabala. Nocnego plemienia” dojdzie do wniosku, że autor mocno przy tym zaniedbał atmosferę oblepiającą tę opowieść. Na niekorzystne następstwa obnażenia tajników Midian nie mógł nic zaradzić (na odarcie z atmosfery tajemniczości), ale sama zmiana źródła zagrożenia nie powinna wpływać negatywnie na klimat grozy z taką siłą emanujący z pierwszej partii powieści. Wystarczyło bowiem zbudować go wokół ludzi atakujących Nocne Plemię KONIEC SPOILERA. Barker starał się tak zrobić, ale w moich oczach na tym polu nie odniósł porównywalnego sukcesu, głównie dlatego, że mocno zdynamizował końcowe partie powieści, skoncentrował się na akcji, po kawałku zabijając przy tym duszący klimat wypracowany wcześniej.

„Cabal. Nocne plemię” nie jest moim ulubionym utworem Clive'a Barkera, wolę wszak jego późniejsze oblicze, nieporównanie obszerniejsze i dużo bardziej fantazyjne powieści, których nie sposób przeczytać w jeden wieczór. Ten autor lepiej się odnajduje w historiach napisanych z dużym rozmachem, w wielowątkowych utworach z mnóstwem dogłębnie scharakteryzowanych postaci, zarówno tych ludzkich, jak i zasilających inne rasy, które narodziły się w niezwykłym umyśle tego utalentowanego Anglika. Ale to nie znaczy, że „Cabal. Nocne plemię” w moich oczach plasuje się poniżej średniej, że czas poświęcony na ten lekturę był dla mnie czasem straconym. Gdyby tak było to poprzestałabym na jednej lekturze, nie wracałabym do tej opowieści i nie planowałabym tego powtórzyć wówczas, gdy wszystkie szczegóły rozmyją się w mojej pamięci. Bo to tego rodzaju horror, do którego chcę wracać pomimo lapidarnego stylu i tendencji spadkowej, która dla mnie bardzo wyraźnie unaocznia się w trakcie każdej lektury „Cabala. Nocnego plemienia”.

sobota, 6 stycznia 2018

„The Night Child” (1975)

Anglik, Michael Williams, zawodowo zajmuje się kręceniem dokumentów dla telewizji. Od śmierci żony w pożarze w wychowywaniu córki, Emily, pomaga mu wyłącznie jej opiekunka Jill Perkins. Dziewczynka boryka się z napadami silnego lęku, koszmarami sennymi i stanami depresyjnymi, co jej lekarz tłumaczy traumą wywołaną stratą matki. Gdy dowiaduje się o planowanym wyjeździe Michaela do Włoch celem nakręcenia dokumentu traktującego o motywie Lucyfera w malarstwie, radzi mu zabrać ze sobą córkę, ponieważ uznaje, że wyjazd dobrze jej zrobi. Michael udaje się więc do Spoleto we Włoszech w towarzystwie Emily i jej opiekunki. Zaraz po przyjeździe poznaje producentkę dokumentu, nad którym obecnie pracuje, Joannę Morgan oraz księżną Cappelli utrzymującą, że potrafi przepowiadać przyszłość z kart tarota. To od tej ostatniej dowiedział się o istnieniu obrazu z między innymi podobizną diabła, który mocno go zaintrygował. Mężczyzna ignorując przestrogi księżnej Cappelli decyduje się włączyć omówienie tego obrazu do swojego dokumentu. Tajemnicze dzieło obecnie znajduje się w zamkniętej, nieużywanej willi będącej własnością państwa. Joanna Morgan zdobywa pozwolenie na kręcenie na tym terenie i dzięki temu Michael wreszcie może ujrzeć oryginał obrazu, który od dłuższego czasu bardzo go interesował. Tymczasem Emily jest coraz bardziej niezadowolona z obecności Joanny w życiu jej ojca. Stan jej zdrowia stopniowo się pogarsza, a księżna Cappelli jest bardzo zaniepokojona medalionem niedawno podarowanym dziewczynce przez jej ojca, który niegdyś był własnością matki Emily.

Do „The Night Child”, włoskiego horroru w reżyserii nieżyjącego już Massimo Dallamano, przylgnęła etykietka pochodnego „Egzorcysty” Williama Friedkina, filmu powstałego na fali popularności tego obrazu, wykorzystującego podobne motywy, aczkolwiek w zmienionym stylu. We Włoszech film był dystrybuowany pod tytułem „Il medaglione insanguinato” oraz „Perche?!” (także w wersji łączącej obie te nazwy), a anglojęzyczne tytuły to: „The Night Child” i „The Cursed Medallion”. Scenariusz Massimo Dallamano opracował wspólnie z Franco Marottą i Laurą Toscano, a jedną z ważniejszych ról (Emily Williams) dostała Nicoletta Elmi, fanom włoskiego kina grozy znana choćby z takich obrazów jak „Głęboka czerwień”, „Kto widział jej śmierć?”, czy „Demony” z 1985 roku.

W scenariuszu „The Night Child” istotnie odnajdujemy motywy nasuwające silne skojarzenia z ponadczasowym „Egzorcystą” Williama Friedkina. Tak silne, że istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, iż jego autorzy świadomie czerpali z tego dokonania, ale styl w niczym już nie przypomina wspomnianego arcydzieła kina grozy. Klimat i sposób opowiadania historii nasunęły mi na myśl „Nie oglądaj się teraz” Nicolasa Roega, horror z 1973 roku oparty na opowiadaniu Daphne du Maurier. Twórcy „The Night Child” nie stawiali na dosłowność wzorem „Egzorcysty” tylko na tajemniczość, swoistą niedookreśloność uwypuklaną iście metafizyczną aurą. Wyblakłe barwy i nastrojowy, acz chyba nazbyt często wybrzmiewający w tle (monotematyczność może z czasem zmęczyć odbiorcę), muzyczny motyw przewodni skomponowany przez Stelvio Cipriani sprawiają, że właściwie bez przerwy ma się wrażenie obecności jakiegoś nadnaturalnego bytu, a kilka onirycznych sekwencji tylko wzmaga to nieprzyjemne, ale tak poszukiwane przez fanów nastrojowych horrorów odczucie. Tematyka dokumentu, kręconego obecnie przez głównego bohatera filmu, Michaela Williamsa (w tej roli Richard Johnson), każe nam przypuszczać, że rzeczoną nadnaturalną obecnością czyhającą na życie jego i jego bliskich jest albo sam Szatan, albo któryś z pomniejszych demonów pozostających na jego usługach. Pytania rodzi jednak tajemniczy obraz, niepokojące malowidło, które wzięło się dosłownie znikąd, a willa, w której jest przechowywany przez wielu mieszkańców Spoleto jest uważana za siedlisko demona i związek tego obrazu z małą Emily Williams. Ponadto mamy medalion należący obecnie do dziewczynki, który bardzo niepokoi księżną Cappelli, kobietę, która powinna zjednać sobie wielbicieli horrorów już wówczas, gdy próbuje odciągnąć Michaela od ścieżki, na którą się zapuścił, czyli od badania ponoć przeklętego obrazu wiszącego na jednej z wewnętrznych ścian wiekowego budynku. W tym gatunku wszakże często okazuje się, że osoby wieszczące wszelakie niebezpieczeństwa mają słuszność, że pozytywni bohaterowie horrorów powinni stosować się do zaleceń osób optujących za jak najszybszym odwrotem. Nawet jeśli takowe są ekscentryczkami w podeszłym wieku, które święcie wierzą w magię tarota, w swoją zdolność przepowiadania przyszłości z kart, w istnienie demonów, w tym samego Lucyfera i różnorakich klątw rzucanych na przedmioty i ludzi. Ale jak to w horrorach zazwyczaj bywa Michael Williams nie weźmie sobie do serca przepowiedni majętnej kobiety, nie podzieli przekonania widza, co do prawdziwości jej słów i cały czas będzie podążał w stronę, jak myślimy, prawdziwego koszmaru, którego największą ofiarą niekoniecznie będzie on sam. Wiele wskazuje bowiem na to, że głównym celem demona niższego szczebla? Szatana? ducha? jest jego córeczką Emily. Ale wiele wskazuje też na to, że dziewczynka boryka się ze zwyczajną chorobą psychiczną, że jej psychika nie poradziła sobie ze świadomością śmierci ukochanej matki i że to ona może być owym tajemniczym zagrożeniem dla siebie samej i swojego otoczenia, a nie jakiś nadnaturalny byt. Niedługo po przyjeździe Michaela, Emily i Jill (kreacja Idy Galli) do Spoleto we Włoszech twórcy serwują nam pierwszy dowód przemawiający za ingerencją sił nieczystych w życie pierwszoplanowych bohaterów filmu, a więc sugerują także wpływ rzeczonego bytu na małą Emily. Rzecz dotyczy zagadkowego uszkodzenia filmu, a konkretniej nagrania pomieszczenia, w którym jest przechowywany ponoć obłożony klątwą obraz przedstawiający między innymi małą dziewczynkę i Szatana. W tym momencie każdy widz powinien nabrać pewności, że ma do czynienia z motywem opętania małoletniej osoby (jak w „Egzorcyście”), a z czasem być może dojdzie do wniosku, że zmiksowano go z jakimś wątkiem zapożyczonym z nurtu ghost story/innych horrorów nastrojowych (klątwa, złośliwy duch, śmiercionośny przedmiot i to niekoniecznie tylko jeden). Tak, tylko, że w tych swoich dociekaniach nie będzie mógł pominąć przesłanek przemawiających za schorzeniem psychicznym, za zwyczajną chorobą psychiczną, od której to twórcy poprzez owe czytelne sugestie przemawiające za istnieniem bytu nadnaturalnego mogą starać się odwrócić naszą uwagę.

Massimo Dallamano nie zachował maksymalnej płynności podczas snucia tej historii. Narracja jest trochę rozproszona, odrobinę poszatkowana – niektóre sceny drastycznie ucinano w mało dogodnych dla oka momentach, zaserwowano kilka nieodległych skoków w czasie, które nieco rozpraszały moją uwagę, a miejscami odnosiłam wrażenie, że niektóre ważne wydarzenia są bagatelizowane przez bohaterów filmu. Dlatego, że scenarzyści nie uznali za stosowne pociągnąć kilku wątku. Woleli enigmatyczność od szerokich omówień i to ma oczywiście swoje plusy, bo wzmaga oddziaływanie na widza tego znakomitego, iście tajemniczego klimatu, ale myślę, że przynajmniej dokładniejszy obraz reakcji Michaela na najgorszy z dotychczasowych ataków Emily, wyartykułowanie jego przemyśleń na ten temat, trawiących go obaw o jej przyszłość, nie wpłynęłoby negatywnie na aurę tajemniczości. Nawet przedstawienie kilku dłuższych rozmów Michaela, Jill i Joanny (w tej roli Joanna Cassidy) o być może tylko pozornie nadprzyrodzonych zjawiskach, którym świadkują moim zdaniem nie zniszczyłoby zagadkowego ducha tego obrazu. A takie dodatki z całą pewnością poprawiłyby mój odbiór tego filmu. Nie wymagał on gigantycznej poprawy, bo nawet z tymi niedostatkami „The Night Child” rozbudził we mnie niemałe zainteresowanie i natchnął mnie ekstatycznym wręcz poczuciem obcowania z prawdziwie klimatycznym kinem grozy. Trzymającym w napięciu, do pewnego momentu niebywale zagadkowym, a właściwie to nieprzeniknionym obrazem, który z czasem owszem stał się dla mnie mocno przewidywalny, ale nawet wówczas nie straciłam ochoty towarzyszenia pierwszoplanowym bohaterom w ich boju z chorobą bądź demonem. Wtedy już wiedziałam, z jakim zagrożeniem przyszło im się zmierzyć i nie dałam się zwieść mylącym tropom sukcesywnie podrzucanym przez twórców wespół z cennymi drogowskazami, które w tamtym momencie już bezbłędnie wyłapywałam, ale brakowało mi pewności, co do dwóch rzeczy. UWAGA SPOILER Nie wiedziałam, czy Emily opętał demon, czy duch zmarłej przed wieloma laty dziewczynki i czy cały ten koszmar skończy się czyjąś śmiercią, czy raczej scenarzyści zdecydują się na tchórzliwą ucieczkę przed taką skrajnością. Wybrali jedno z lepszych możliwych zakończeń – jedno, bo choć samo zamknięcie tej opowieści lepsze być nie mogło to moim zdaniem historia ta zyskałaby na wartości, gdyby nie opowiadali się oni za jedną interpretacją. Nie uczynili tego w jakiś szczególnie nachalny sposób, istnieje możliwość, że znajdą się widzowie, którzy po zobaczeniu całości nabiorą przekonania, że sprawcą wszystkich nieszczęść była choroba trawiąca psychikę Emily, ale mnie wystarczyła ta garstka informacji wrzucona przez scenarzystów, żeby stanowczo odrzucić tę możliwość i to już jakiś czas przed nastaniem finału KONIEC SPOILERA. Jeszcze innym niemałym superlatywem tej produkcji jest wątek poświęcony przypadłości Emily – wiarygodny i budzący złowróżbne przeczucia portret jej koszmarów sennych, które jak się daje nam do zrozumienia mogą okazać się prorocze, unaocznianie okresowych zmian osobowości (zachowuje się jak własna matka czy to charakter bytu, który się w niej zagnieździł?), nienawiść, jaką zaczyna żywić do księżnej Cappelli i Joanny Morgan. Jeśli chodzi o tę drugą to Emily ewidentnie nie podoba się to, że jej ojciec spędza z producentką jego dokumentu tak dużo czasu. Michael i Joanna mają się ku sobie, rozkwita pomiędzy nimi głębokie uczucie, a córka mężczyzny wolałaby, żeby jej ojciec nie związywał się z żadną kobietą. Wygląda to tak, jakby była o niego zazdrosna albo jakby jej zaborczość brała się ze zwyczajnego szacunku do zmarłej matki, z przeświadczenia, że romans z inną kobietą byłby tożsamy ze zdradą jej ukochanej matki. Ten motyw, omówienie zaburzonej (czy to chorobą, czy nadnaturalnym bytem) dziecięcej postaci, mocno wzbogaca fabułę „The Night Child”. O wątek psychologiczny, z jednoczesną silną sugestią obecności motywu opętania, ale później ten bardzo interesujący przypadek małej dziewczynki zostaje wykorzystany w jeszcze inny sposób, twórcy zahaczają o jeszcze jedną tradycję kina grozy i nawet jeśli aż prosiła się ona o większe rozbudowanie to muszę przyznać, że trzyma w napięciu z nie mniejszą siłą niźli poprzednie dobrodziejstwa (dobrze znane, ale lubiane przeze mnie motywy) płynące z tego rozwiązania fabularnego.

Fanom nastrojowych XX-wiecznych horrorów wypada polecić ten film, bo chociaż w mojej ocenie posiada kilka słabszych stron to nie rzutują one zbyt mocno na poziom całości. A ten jest całkiem wysoki, głównie za sprawą tajemniczego klimatu z silnie wyczuwalną sugestią przyczajonego niebezpieczeństwa, które to nawet wówczas, gdy widzowi uda się przedwcześnie udzielić sobie odpowiedzi na wszystkie pytania postawione przez scenarzystów nie wyparowuje, przygniata nas nawet wtedy, gdy przynajmniej prawie wszystko staje się dla nas jasne. Atmosfera jaką udało się uzyskać Massimo Dallamano nie jest jednak jedynym elementem przemawiającym na korzyść „The Night Child”, doceniać muszę wszakże także fabułę, którą to owszem poskładano z kilku dobrze znanych fanom horrorów motywów, ale zrobiono to w sposób tchnący taką indywidualnością, tak wyraźnie wyczuwalnym własnym duchem, że chyba nawet co poniektórzy poszukiwacze innowacyjności dadzą się przekonać tej oto obficie zakurzonej wizji nieżyjącego już Włocha.

wtorek, 2 stycznia 2018

„The Slayer” (1982)

Eric organizuje urlop na wyspie, na której poza sezonem zazwyczaj nie ma ludzi. Zabiera ze sobą swoją żonę Brooke, siostrę Kay i jej męża Davida. Wszyscy lokują się w domu należącym do znajomego Erica, który obecnie przebywa poza wyspą, ale wyraził zgodę na korzystanie z jego własności. Kay jest malarką, borykającą się z niezwykle realistycznymi koszmarami sennymi, które obecnie stanowią źródło inspiracji dla jej dzieł. Po przylocie na wyspę kobietę ogarniają złe przeczucia. Zniszczony budynek, który niegdyś był kinem przywodzi jej na myśl jej własny obraz namalowany jakiś czas temu. Chociaż Kay nigdy nie odwiedziła tego miejsca wydaje jej się ono bardzo znajome. Jest przekonana, że śniła o tej wyspie i obawia się, że niebawem stanie się coś strasznego. Wkrótce Kay zaczyna śnić o morderstwach dokonywanych na wyspie przez osobnika, którego oblicza nie jest stanie dostrzec. I ma powody sądzić, że nie są to zwykłe koszmary senne.

W filmografii amerykańskiego reżysera, scenarzysty i producenta, J.S. Cardone'a znajdziemy między innymi takie obrazy, jak „Strefa Cienia” (1990), „Straceni” (2001) i „Zombies” (2006). Wyreżyserował te pozycje na podstawie własnych scenariuszy, ale zdarzało mu się również ograniczać do tej drugiej funkcji – napisał między innymi scenariusze takich produkcji, jak „Pakt milczenia”, remake „Balu maturalnego” i remake „Ojczyma”, ale nie odpowiada za reżyserię tych obrazów. J.S. Cardone debiutował w 1982 roku dosyć nietypowym slasherem pt. „The Slayer”, który powstał w oparciu o jego własny scenariusz. Film trafił na niesławną brytyjską listę video nasty. Na tym obszarze po raz pierwszy legalnie ukazał się w 1992 roku, aczkolwiek krótszy o czternaście sekund. Nieocenzurowana wersja „The Slayer” została dopuszczona do sprzedaży w Wielkiej Brytanii dopiero w 2001 roku.

Debiutancki obraz J.S. Cardone'a bez wątpienia wpisuje się w poczet slasherów, ale nie trzeba nadwerężać wzroku, żeby dostrzec w nim elementy, które bardziej kojarzą się z innymi rodzajami kina grozy. Największym odstępstwem od normy jest motyw koszmarów sennych głównej bohaterki, Kay, wiarygodnie wykreowanej przez Sarah Kendall. Zagadkowa, lekko oniryczna otoczka przywodzi na myśl horrory nastrojowe, nie zaś standardowe rąbanki, a i dla ówczesnej publiki sama sugestia przenikania się umownej rzeczywistości ze światem wyśnionym zapewne stanowiło spory powiew świeżości w tym już wówczas dobrze znanym nurcie. Seria „Koszmarów z ulicy Wiązów” spopularyzowała podobny (nie identyczny) motyw, dlatego dzisiejszy odbiorca „The Slayer” wcale nie musi spoglądać na to rozwiązanie fabularne, jak na coś nietypowego dla podgatunku slash, ale w 1982 roku, dwa lata przed powstaniem pierwszej części wspomnianego cyklu w reżyserii Wesa Cravena, najprawdopodobniej właśnie tak było odbierane przez osoby zaznajomione z tym rodzajem filmowego horroru. Choć koncepcja Wesa Cravena nie była dokładną kopią tej zaprezentowanej w „The Slayer” to wcale nie zdziwiłabym się, gdyby jeszcze przed napisaniem swojego scenariusza zapoznał się on z omawianym przedsięwzięciem J.S. Cardone'a i choćby nawet nieświadomie w jakimś stopniu się nim zainspirował. W „The Slayer” tuż po przylocie czterech osób na wyspę, która o tej porze roku zazwyczaj jest obszarem bezludnym, twórcy dają nam wyraźnie do zrozumienia, że główna bohaterka filmu, malarka Kay, miewa prorocze sny. Zostaje to zasugerowane podczas chwilowej przerwy w ich wędrówce do domu przyjaciela jej brata Erica. Oczom kobiety ukazuje się wówczas budynek, który znalazł się na jednym z jej płócien – namalowała go zanim jej noga po raz pierwszy stanęła na tej wyspie. Kobieta jest przekonana, że to miejsce pojawiało się w jej koszmarach sennych, wie, że to z nich czerpie inspirację w obecnej fazie swojej twórczości. Są one tak realistyczne, że żyje w ciągłym strachu przed dniem, w którym po przebudzeniu odkryje, że jej dotychczasowe życie przestało istnieć, a w jego miejsce weszło to, które widuje w swoich koszmarach. Niedługo po zadomowieniu się w nowym miejscu widzimy śmierć mężczyzny patroszącego ryby, a ściślej mord dokonany na nim przez niewidocznego osobnika, który okazuje się być sceną wyśnioną przez Kay. Jeszcze wówczas nie wiemy, czy na wyspie rzeczywiście został jakiś rybak i czy główna bohaterka śniła o dokonującym się w tym właśnie momencie morderstwie w innym rejonie wyspy, czy mamy raczej do czynienia ze zwykłym snem, nieznajdującym odbicia w rzeczywistości. J.S. Cardone nie będzie długo zwlekał z udzieleniem nam odpowiedzi na to, postawione przez niego samego, pytanie, ale to posunięcie wcale nie będzie skutkować wyparciem całej tajemnicy. Wręcz przeciwnie: postawi przed nami inne pytania, tym samym zapraszając nas do równie, jeśli nie bardziej, zajmujących prób dochodzenia do prawdy w oparciu o wskazówki podrzucane przez J.S. Cardone'a. Tak naprawdę nie wiemy, czy scenarzysta nie wyprowadza nas w pole, czy informacje, które ujawnia mają ułatwiać nam rozwikłanie tej jakże frapującej zagadki, czy raczej utrzymywać nas z dala od prawdy, stanowić swoiste zabezpieczenie Cardone'a przed ryzykiem przedwczesnego dojścia do sedna tej opowieści przez oglądającego. Istnieje także trzecia możliwość, a mianowicie taka, że tylko niektóre tropy są mylące, że część podanych informacji, jeśli tylko właściwie je zinterpretować, doprowadzi nas do rozwiązania tej zagadki. Pytanie tylko, które z nich należy wziąć pod uwagę i jak je odczytać?

Fabuła „The Slayer” została osadzona na wyspie, twórcy postawili więc na jedno z moich ulubionych miejsc akcji w tym gatunku, spowijając je ponurą atmosferą, z której wyraźnie i nieustannie emanuje potężne i przy tym nie do końca zdefiniowane zagrożenie. Zdjęcia epatują wieloma odcieniami szarości, nawet za dnia są mocno przygaszone i lekko przybrudzone, a po zapadnięciu zmroku twórcy pozwalają aby te barwy wyparła czerń, ale nie nieprzenikniona. Chociaż protagonistów wówczas otacza ciemność nie ma się absolutnie żadnych trudności z dojrzeniem wszystkich szczegółów, ponieważ jest ona w umiejętny sposób, bo niezabijający nieprzyjemnego wrażenia napierającego zewsząd mroku, nieprzesadnie rozpraszana przez oświetleniowców. Wybór takiego miejsca akcji właściwie gwarantuje aurę wyalienowania, kompletnego odcięcia od reszty świata, niemożności szukania pomocy, zdania na własne siły w tej jakże nieprzyjaznej scenerii. Wyspy, która o tej porze roku jest ponoć całkowicie wyludniona, wyspy, na której rozciągają się spore obszary obrośnięte wysuszoną trawą i niewielkie lasy, a otacza ją plaża, która po przylocie protagonistów spoczywa pod ciężkim, brudnoszarym niebem. Później przybywa szalejąca burza. Pioruny przecinają niebo, zacinający deszcz ogranicza widoczność, a towarzyszący im porywisty wiatr szarpie między innymi okiennicami domostwa, w którym ulokowała się czwórka bohaterów „The Slayer”. To zjawisko atmosferyczne tylko potęguje poczucie wyobcowania, znajdowania się w pułapce bez wyjścia, bo jak już wcześniej nas poinformowano w takich warunkach żadna odsiecz nie nadejdzie. Ale nie tylko sceneria i zdjęcia, za które odpowiadała Karen Grossman przyczyniły się do stworzenia tak klimatycznej oprawy. Dużą zasługę miała w tym także ścieżka dźwiękowa skomponowana przez Roberta Folka, nastrojowa muzyka, która znakomicie koegzystowała z ponurymi kadrami. Warstwa wizualna i warstwa audio wzajemnie się uzupełniały, co najlepiej widać i słychać w sekwencjach podnoszących napięcie tuż przed spodziewanymi uderzeniami. Mordercy grasującego na wyspie, czy czegoś wyśnionego, żyjącego jedynie w koszmarach Kay i może popychającego ją w stronę szaleństwa? Najwięcej wątpliwości budzi to, że agresor atakuje, gdy główna bohaterka śpi – to właśnie ten jakże istotny szczegół tak bardzo utrudnia znalezienie logicznego wyjaśnienia dla wydarzeń, którym świadkujemy. Wybór każdej z podrzuconych przez scenarzystę możliwości rodzi jakieś wątpliwości, wcześniej czy później w każdej z nich dostrzeżemy wszak jakąś ogromną lukę, której nie będziemy potrafili załatać czymś w pełni satysfakcjonującym. A przynajmniej ja w takie ślepe uliczki się zapuszczałam. Brałam pod uwagę dwie interpretacje podrzucone przez J.S. Cardone'a, ale moje próby załatania wszystkich dziur w obu tych wersjach skończyły się fiaskiem. I wątpię, żeby dużej liczbie odbiorców udało się samemu to poskładać, ale nie mogę wykluczyć, że co poniektórzy, mniej liczni, widzowie poradzą sobie z tym niemałym wyzwaniem.

„The Slayer” może się pochwalić jeszcze jednym plusem. Nie mniej albo nie dużo mniej ważnym od już wymienionych, a mianowicie scenami mordów. Wędkowanie z człowiekiem w roli ryby i zaklinowanie głowy klapą w suficie są najbardziej pomysłowe, ale nawet w tych mało kreatywnych sposobach eliminacji ofiar (widły, uderzenie w głowę) uwidacznia się niemała odwaga twórców. Bo nie uciekają oni przed dosyć długimi zbliżeniami na poszarpane rany broczące posoką, na kawałki ludzkiego ciała, głowę i resztę, z zakrwawionymi kikutami włącznie (scena w łóżku pewnie jeszcze długo będzie gościć w mojej pamięci), aczkolwiek przesadą byłoby stwierdzenie, że „The Slayer” dosłownie ocieka substancją imitującą krew. Scen mordów nie ma wiele, ale każde z nich robi iście realistyczne wrażenie, co zawdzięczamy nie tylko solidnymi efektom specjalnym, ale również umiarowi. Ich twórcy nie posuwali się do granic absurdu w ilości krwi wydobywającej się z ludzkich organizmów, nie kąpali w niej całego planu, dzięki czemu zachowali duży realizm i nie wzbudzili we mnie wrażenia przesytu. Dla wielbicieli wszelkiej maści rąbanek pewnie nie będzie to szczególnie odrażające, pewnie nie będą zniesmaczeni ani zaszokowani tymi widoczkami pomimo zachowania wysokiej wiarygodności, ale w slasherach to normalne. Nie jest to wszak nurt, który często doprowadza do ekstremum płaszczyznę gore. „The Slayer” posiada też kilka, mankamentów, mniej niż plusów i zdecydowanie mniejszej wagi, ale zauważalnych. Scenkę z widłami i ostatnią partię za bardzo rozciągnięto w czasie. Rozumiem, że twórcom zależało na powolnym budowaniu napięcia i często ich starania przynosiły zamierzony efekt, ale w tych dwóch momentach zdecydowanie ich poniosło. Pierwsza z wymienionych sekwencji trochę przez to traci na wiarygodności, ponieważ morderca rusza się zbyt wolno nawet jak na slasherowe standardy, a druga od pewnego momentu zaczęła mnie zwyczajnie nudzić, męczyć, niecierpliwić, aczkolwiek muszę zaznaczyć, że pod koniec te nieprzyjemności zostały wyparte przez zaskoczenie, zaintrygowanie i prawie zachwyt na widok jednej atrakcji wizualnej. UWAGA SPOILER J.S. Cardone zahacza w tym momencie o tradycję monster movie, a zaraz potem serwuje scenkę, która jak myślę większość odbiorców „The Slayer” wprawi w osłupienie i zachęci do roztrząsania w myślach wszystkiego co widzieli wcześniej, poddawania tego analizie innej od tej, którą poprzednio wybrali. Zastanawiam się tylko, czy J.S. Cardone postawił na motyw snu małej Kay (w tym snów w śnie) dlatego, że nie miał pomysłu na wyjaśnienie wszystkich wątpliwości, na obmyślenie w pełni logicznego ciągu wydarzeń, czy od początku właśnie tak to sobie w głowie poukładał KONIEC SPOILERA.

O zobaczeniu „The Slayer” marzyłam od wielu lat, a teraz kiedy wreszcie mi się to udało cieszę się, że nie spotkało mnie rozczarowanie, że debiutancki obraz J.S. Cardone'a sprostał moim oczekiwaniom. Przyznaję, że pozwoliłam sobie na wiązanie niemałej nadziei z tą produkcją, a nieczęsto mi się to zdarza nawet w stosunku do horrorów nakręconych w moim zdaniem najlepszym okresie dla filmowego horroru. Dużo sobie obiecywałam i chociaż nie obyło się bez kilku w mojej ocenie słabszych momentów to w ogólnym rozrachunku jestem wielce zadowolona z efektu pracy twórców „The Slayer”. A więc nie pozostaje mi nic innego niż polecić ten obraz przede wszystkim fanom slasherów, ale całkiem możliwe, że sympatycy nastrojowego kina grozy z zagadką, która aż prosi się o rozwiązanie i jako tako rozwiniętą warstwą psychologiczną, także bez większych trudności odnajdą się w tej propozycji. Więc i im ośmielę się zarekomendować „The Slayer”.

poniedziałek, 1 stycznia 2018

Zapowiedzi na rok 2018

Poniżej przedstawiam zapowiedzi wybranych horrorów, które mają ukazać się w 2018 roku. Tak daty premier, jak i pozostałe informacje mogą jeszcze ulec zmianie (nie mam nawet pewności, że wszystkie te filmy w ogóle wyjdą). Dotyczy to także klasyfikacji gatunkowej, może się wszak okazać, że któryś z podanych obrazów wcale nie będzie horrorem. Innymi słowy poniżej znajdziecie to, co mi wiadomo dzisiaj z przeprowadzonych poszukiwań w Sieci. Aha, i starałam się (nie wiem czy z dobrym skutkiem) wybierać tylko te obrazy, które nie pojawiły się w innych postach poświęconych filmowym zapowiedziom.

„Halloween”, reż. David Gordon Green

Jamie Lee Curtis powraca w roli Laurie Strode, kobiety terroryzowanej przez swojego brata Michaela Myersa. Ci, co znają tę slasherową serię mogą zapytać: jakim cudem? Otóż najnowsze „Halloween” tak jak (w przypadku innego tytułu) „Piła mechaniczna” Johna Luessenhopa ma być alternatywną kontynuacją pierwszej części „Halloween” z 1978 roku. Tak więc w scenariuszu zignorowano wszystkie produkcje wchodzące w skład tej serii (tej nowej też), potraktowano je tak, jakby ich nie było. Producentem wykonawczym ponoć jest sam John Carpenter, twórca „Halloween” z 1978 roku, który skomponował również ścieżkę dźwiękową. Akcja filmu ma rozgrywać się czterdzieści lat po wydarzeniach ukazanych w pierwszej oryginalnej odsłonie.

„Predator”, reż. Shane Black

Remake, reboot, kolejny sequel? Różne informacje na ten temat przeczytałam, ale jak na tę chwilę najbardziej prawdopodobna jest wersja o kontynuacji serii. Wynika to ze słów samego Shane'a Blacka, który zasiadł na krześle reżyserskim. Zanim jednak przyjął zlecenie zażądał nadania „Predatorowi” kategorii R, ponieważ zamierzał kręcić ten film w duchu oryginału z 1987 roku, a żeby tego dokonać nie mógł przedstawić wydelikaconych scen ataków tytułowego potwora. Budżet najnowszego „Predatora” będzie ponoć wyższy od poszczególnych sum, którymi dysponowali twórcy poprzednich filmów wpisujących się w ten cykl.

„Naznaczony: Ostatni klucz”, reż. Adam Robitel

Twórca „Opętanej” z 2014 roku, Adam Robitel, wziął na siebie reżyserię kolejnego filmu spod znaku „Naznaczonego”, scenarzystą którego jest znany fanom cyklu Leigh Whannell. W obiegu przez jakiś czas była informacja, że „Naznaczony: Ostatni klucz” będzie prequelem części pierwszej i skoncentruje się na wcześniejszej biografii parapsycholog Elise Rainier. I rzeczywiście ta postać, znowu odegrana przez Lin Shaye stanęła na pierwszym planie, ale scenarzysta nie skupił się na młodszym okresie jej życia. W Sieci pojawiły się przypuszczenia, że akcja „Naznaczonego: Ostatniego klucza” rozgrywa się po wydarzeniach ukazanych w pierwszej odsłonie, a więc że film może być prequelem drugiej, nie pierwszej odsłony, ale najbardziej prawdopodobne wydaje się to, że rzeczona produkcja jest po prostu częścią czwartą. Elise Rainier wyruszy tutaj do swojego rodzinnego domu, aby stanąć do walki z nadprzyrodzoną istotą, która od jakiegoś czasu ją prześladuje.

„Cloverfield Movie” aka „God Particle”, reż. Julius Onah

Trzecia odsłona serii Cloverfield, w skład której wchodzą ponadto „Projekt: Monster” i „Cloverfield Lane 10”. Tym razem na krześle reżyserskim zasiadł Julius Onah, człowiek który dotychczas tworzył głównie shorty, reżyserując tylko jeden film pełnometrażowy pt. „The Girl Is In Trouble”. Film ma opowiadać o grupie astronautów, którzy na skutek tragicznego wydarzenia zostają uwięzieni na międzynarodowej stacji kosmicznej, gdzie będą zmuszeni do walki o życie.

„The Nun”, reż. Corin Hardy

Spin-off „Obecności 2” opowiadający o demonicznej zakonnicy (Valak), która pojawiła się również w „Annabelle: Narodziny zła”. Skonfrontuje się z nią ksiądz Burke, co będzie skutkiem jego śledztwa, którego celem jest zgłębienie tajemnicy śmierci pewnej zakonnicy. W jedną z ról wciela się Taissa Farmiga, prywatnie siostra Very Farmigi, fanom dwóch części „Obecności” znanej z kreacji postaci Lorraine Warren. Reżyserii podjął się Corin Hardy, twórca bardzo dobrego horroru „Z lasu”, scenariusz napisał Gary Dauberman (m.in. „Annabelle”, „Annabelle: Narodziny zła” i readaptacja „To” - w tym ostatnim przypadku był współscenarzystą), a James Wan został jednym z producentów „The Nun”.

„A Quiet Place”, reż. John Krasinski

Scott Beck i Bryan Woods, którzy współpracowali już ze sobą między innymi podczas pracy nad „Nightlight”, horroru z 2015 roku, przesłali swój scenariusz „A Quiet Place” zakupiony przez Paramount Pictures Johnowi Krasinskiemu, który miał wcielić się w jedną z głównych postaci. Jego żona, Emily Blunt, też przeczytała scenariusz i tak jej się spodobał, że wyraziła swoją chęć udziału w nim. Ona i jej mąż zostali zatrudnieni przez Paramount Pictures do odegrania małżeństwa na ekranie. Małżeństwa, które żyje w izolacji i w całkowitej ciszy, ponieważ zagraża im coś, co jest bardzo wyczulone na dźwięki. John Krasinski nie poprzestał na zasileniu obsady „A Quiet Place”, podjął się również reżyserowania niniejszego przedsięwzięcia.

„The House That Jack Built”, reż. Lars von Trier

Rok 1970. Ponadprzeciętnie inteligentny Jack jest seryjnym mordercą, który patrzy na swoje krwawe dokonania jak na prawdziwe dzieła sztuki. Ścigany przez policję mężczyzna decyduje się na podejmowanie większego ryzyka niż zwykle, pragnie bowiem przed jak się wydaje nieuchronnym schwytaniem stworzyć jeszcze większe dzieło od tych, które dotychczas wyszły spod jego ręki. Lars von Trier opracowywał koncepcję „The House That Jack Built” z myślą o miniserialu, ale w 2016 roku ogłosił, że będzie to jego kolejny pełnometrażowy film, który trafi na wielkie ekrany. Parę miesięcy później poinformował opinię publiczną, że główna rola przypadnie w udziel Mattowi Dillonowi. A dziś już wiemy, że obsadę zasili także między innymi Uma Thurman.

„Polaroid”, reż. Lars Klevberg

W 2015 roku ukazał się piętnastominutowy filmik Larsa Klevberga opowiadający o przeklętym aparacie fotograficznym. Autor postanowił rozwinąć ten pomysł w swoim pierwszym pełnometrażowym obrazie, którego premierę zaplanowano na rok 2018. Tak samo jak króciutki pierwowzór film będzie opowiadał o Polaroidzie mającym nadprzyrodzone właściwości. Trafi on w ręce licealistki, która odkryje, że każdego, komu zrobi nim zdjęcie spotyka okrutna śmierć.

„Gehenna: Where Death Lives”, reż. Hiroshi Katagiri

Japońsko-amerykański horror w reżyserii człowieka, który w światku filmowym spełnia się przede wszystkim jako twórca efektów specjalnych. Jak dotąd Hiroshi Katagiri wyreżyserował jedynie trzy shorty, których scenariusze napisał sam. W jego pełnometrażowym debiucie w tej drugiej funkcji wspomagali go Nathan Long i Brad Palmer, a jedna z ról przypadła w udziale Lance'owi Henriksenowi. „Gehenna: Where Death Lives” ma opowiadać o grupie ludzi, która wybiera się na wyspę Saipan, aby obejrzeć lokalizację swojej firmy. Na miejscu znajdują bunkier, który mógł być wykorzystywany przez japońskich żołnierzy w czasie II wojny światowej. Wchodzą do środka, tym samym nieświadomie skazując się na istny koszmar.

„Truth or Dare”, reż. Jeff Wadlow

Jeff Wadlow, reżyser między innymi moim zdaniem jednego z najlepszych XXI-wiecznych slasherów, a mianowicie „Kłamstwa” z 2005 roku, prawdopodobnie znowu skłonił się w stronę młodzieżowego horroru, przy czym tym razem zderzył się z tematyką nadprzyrodzonej obecności prześladującej młodego człowieka od momentu wzięcia przez niego udziału w popularnej grze „prawda czy wyzwanie”.

„The Open House”, reż. Matt Angel, Suzanne Coote

Naomi Wallace, wraz ze swoim nastoletnim synem Loganem, przeprowadza się do nowego domu, który wkrótce potem okazuje się być siedliskiem jakichś śmiercionośnych sił. Ten oto projekt nastrojowego horroru Matta Angela i Suzanne Coote, którzy to oprócz reżyserowania zajęli się także sporządzeniem scenariusza kupiła platforma Netflix, a więc to tam najprawdopodobniej już na początku 2018 roku ukaże się po raz pierwszy.

„The Shadow Within”, reż. Tiago Mesquita

Horror kryminalny z między innymi Lindsay Lohan, Charlotte Beckett i Giannim Capaldi. Scenariusz autorstwa Marka Morgana ponoć będzie skupiał się na śledztwie prowadzonym przez prywatnego detektywa, którego celem jest poznanie tajników śmierci jego wuja. Obaj wywodzą się z rodu wilkołaków, co od pokoleń jest przez wszystkich członków rodziny utrzymywane w ścisłej tajemnicy. W „The Shadow Within” mogą pojawić się także wampiry.

„Scream”, reż. Christian Obando

Scenarzysta i reżyser fanfilmu „Scream”, Christian Obando, utrzymuje, że jest to remake kultowego teen slashera Wesa Cravena z 1996 roku i w materiałach, które już ukazały się w Sieci rzeczywiście uwidaczniają się zbieżności fabularne. Ale widać też współczesne zdobycze technologiczne, wygląda więc na to, że jeśli Christian Obando faktycznie zdecydował się na wypuszczenie remake'u „Krzyku” to odszedł od realiów lat 90-tych na rzecz współczesności. Być może to pociągnie za sobą jakieś nowe rozwiązania fabularne, wątki odmienne od tych, które mieliśmy okazję zobaczyć w pierwszym „Krzyku”. Istnieje co do tego niemałe prawdopodobieństwo, bowiem już ujawniony skrótowy opis fabuły mówi o przeniesieniu akcji z liceum do college'u.

„The Lurker”, reż. Eric Liberacki

W „The Lurker” Erica Liberackiego zobaczymy między inni Scout Taylor-Compton, Naomi Grossman, Ariego Lehmana i Domenicę Cameron-Scorsese, a scenariusz autorstwa Johna Lerchena roztoczy przed nami historię grupki studentów czy to przygotowującej swoje ostatnie przedstawienie, czy świętującej zakończenie pokazów. To co robią zostanie zakłócone tajemniczymi zjawiskami, które będą dotykać poszczególnych członków ekipy.

„The Clinic”, reż. Darrell Wheat

Reżyser i scenarzysta „The Clinic” Darrell Wheat nie ma dużego doświadczenia w światku filmowym. Jak dotąd wypuścił jedynie piętnastominutowy filmik „Swallowed” i pełnometrażowy horror pt. „Recovery”. Jego kolejne przedsięwzięcie będzie ponoć skupiało się na kobiecie, która wybudza się ze śpiączki po przeprowadzeniu na niej pewnego eksperymentu. Stara się odnaleźć swoją córkę, która według niej znajduje się gdzieś w klinice, w której ona sama aktualnie przebywa. W klinice, w której główna bohaterka filmu nie może czuć się bezpiecznie.

„The House Next Door”, reż. Deon Taylor

Horror komediowy twórcy między innymi „Chain Letter”, który ma traktować o autorze bestsellerów, Carlu Blacku, który wraca do domu, w którym mieszkał w dzieciństwie, zabierając ze sobą swoją rodzinę. Jakiś czas po przeprowadzce uznaje, że warto zawiązać współpracę z osobliwymi sąsiadami w celu zwalczenia alfonsa, który może być wampirem. Tak wszyscy myślą, ale to wcale nie jest pewne.

„Tell Me Your Name, reż. Jason DeVan

Sydney Sweeney w roli Ashley, młodej kobiety, która nieświadomie dopuszcza do siebie demoniczne siły. Jej ciało zostaje opanowane przez jakąś nieczystą moc, a rodzina Ashley staje do walki o jej duszę. Tak w wielkim skrócie ma przedstawiać się fabuła „Tell Me Your Name”, nastrojowego horroru Jasona DeVana, którego scenariusz napisał sam.

„End of Term”, reż. Mark Murphy

Brytyjski horror na podstawie scenariusza Johna Paula Chapple, którego akcję osadzono w szkole artystycznej Ford Barrington. Pół wieku wcześniej przebywał tutaj pewien artysta, który doznawał niepojących wizji. Współcześni uczniowie dochodzą do wniosku, że prawdziwa sztuka wymaga ogromnych cierpień, a więc dla sztuki skłaniają się w stronę średniowiecznych tortur.

„Beneath Us”, reż. Max Pachman

Liz Rhodes (w tej roli Lynn Collins) zwabia do swojego domu grupkę imigrantów obietnicą dobrze płatnej pracy. Mężczyźni chętnie zgadzają się na przedstawione warunki, ponieważ nie zdają sobie jeszcze sprawy z tego, z kim tak naprawdę mają do czynienia. Nie wiedzą, jaki los zaplanowała dla nich nieznajoma kobieta.

„Itsy Bitsy”, reż. Micah Gallo

Pełnometrażowy debiut reżyserski Micah Gallo, którego scenariusz napisał wspólnie z Jasonem Alvino i Bryanem Dickiem, wcześniej jednak samemu obmyślając zarys fabularny. „Itsy Bitsy” będzie ponoć opowiadał o pewnej rodzinie, która przeprowadzi się do dworku usytuowanego w zacisznej okolicy, który niebawem zostanie zaatakowany przez ogromnego... brrr... pająka.

„Herbert West: Reanimator”, reż. Serge Levin

Opowiadanie H.P. Lovecrafta „Reanimator Herbert West” w 1985 roku zostało przeniesione na ekran przez Stuarta Gordona. Jego film doczekał się dwóch kontynuacji, ale nie jest mi wiadome, czy zapowiadany obraz Serge'a Levina będzie wchodził w skład tego cyklu, czy też odetnie się od niego. Postawiłabym na to pierwsze, ale pewności nie mam. Scenariusz „Herberta Westa: Reanimatora” też będzie koncentrował się na szalonym naukowcu, który zna sposób na przywracanie zmarłych do życia. Planuje ożywić swoją żonę, zanim policji uda się go schwytać. W filmie prawdopodobnie wystąpią Brad Dourif, Lin Shaye i sam reżyser, Serge Levin.

„Selfie from Hell”, reż. Erdal Ceylan

Kanadyjski horror opowiadający o vlogerce, Julii (w tej roli Meelah Adams), która przyjeżdża z Niemiec do Stanów Zjednoczonych, aby spędzić trochę czasu ze swoją kuzynką Hannah (kreacja Alyson Walker). Niedługo po przyjeździe Julia podupada na zdrowiu, a w jej otoczeniu zaczyna dochodzić do niepojętych zjawisk. Pragnąca rozwikłać tę zagadkę Hannah zanurza się w mroczne obszary Internetu.

„Behind the Walls”, reż. James Kondelik, Jon Kondelik

Rodzina z problemami przeprowadza się do nowego domu, w którym od lat nikt nie mieszkał. A jak się zdaje budynek cały czas czekał na nowych mieszkańców, ponieważ, o czym wkrótce przekonają się jego świeżo upieczeni właściciele to miejsce żyje, cały czas obserwuje i bardzo zależy mu na tym, żeby każdy, kto w nim zamieszka pozostał tutaj na wieki. James Kondelik i Jon Kondelik są zarazem reżyserami, jak i scenarzystami „Behind the Walls”, a krążące w Sieci informacje na temat tego projektu każą spodziewać się horroru nastrojowego, być może ghost story.

„The Turning”, reż. Floria Sigismondi
Kolejna filmowa wersja „W kleszczach lęku”, kultowej powieści Henry'ego Jamesa. Scenariusz napisali bracia Hayes, Carey i Chad, którzy mają na koncie scenariusze między innymi remake'u „Domu woskowych ciał”, „Obecności”, we współpracy z Jamesem Wanem i Davidem Lesliem Johnsonem „Obecności 2” i „Krucyfiksu” z 2017 roku. „The Turning” ma być uwspółcześnionym podejściem do historii młodej guwernantki, która zostaje zatrudniona przez człowieka mogącego skrywać jakąś mroczną tajemnicę.

„The Little Stranger”, reż. Lenny Abrahamson
Lenny Abrahamson, twórca między innymi „Pokoju”, głośnego dramatu z 2015 roku, tym razem najprawdopodobniej skonfrontuje się z nastrojowym horrorem. Scenariusz „The Little Stranger” oparto na gotyckiej powieści Sarah Waters pierwotnie opublikowanej w 2009 roku. Akcja ma się rozgrywać w 1947 roku i skupiać przede wszystkim na lekarzu Faradayu, który dostaje wezwanie do pacjenta mieszkającego w domostwie, w którym matka doktora pracowała niegdyś jako służąca. Jego nowy pacjent i wszyscy pozostali domownicy są nękani przez jakąś nieczystą siłę, z którą Faraday być może już wkrótce się skonfrontuje.

„Slender Man”, reż. Sylvain White
Film zainspirowany postacią stworzoną przez Erica Knudsena. Postacią pierwotnie stworzoną w formie mema creepypasta. Slender Man to nienaturalnie wysoki mężczyzna z pozbawioną rysów twarzą i odziany w czarny garnitur. Twórca między innymi „Koszmaru kolejnego lata”, Sylvain White, wziął na warsztat scenariusz pióra Davida Birke'a, a rola Slender Mana ponoć przypadła w udziale Javierowi Botetowi, który kreował choćby tak znaną postać jak The Crooked Man w filmie „Obecność 2”. Mamy zobaczyć też inną aktorkę związaną z „Obecnością”. W tym przypadku z częścią pierwszą, a mowa o Joey King.

„Unsane”, reż. Steven Soderbergh
Film, który równie dobrze może być horrorem psychologicznym, co takim samym thrillerem. Krążący w Sieci skrótowy opis fabuły nie daje bowiem żadnej pewności w tej kwestii. „Unsane” ma opowiadać o młodej kobiecie, która mimowolnie angażuje się w projekt psychiatryczny. Wkrótce zaczyna się zmagać z największym strachem, nie wiedząc czy jest on czymś autentycznym, czy jedynie wytworem jej umysłu. Reżyserem filmu jest Steven Soderbergh, twórca między innymi „Panaceum” z 2013 roku, który ponoć nakręcił go... iPhone'em.

„Incident in a Ghost Land”, reż. Pascal Laugier
Pascal Laugier, twórca „Szeptów w mroku”, „Martyrs. Skazanych na strach” i „Człowieka z Cold Rock” prawdopodobnie już w 2018 roku będzie mógł pochwalić się swoim kolejnym przedsięwzięciem. Jego „Incident in a Ghost Land” ma traktować o kobiecie, która wraz z córkami wprowadza się do domu odziedziczonego po śmierci ciotki. Gdy zapada zmrok nowe lokatorki zostają zaatakowane przez paru intruzów. Matka wygrywa walkę o życie córek, które to kilkanaście lat później powrócą do tego feralnego domostwa.

„In Fabric”, reż. Peter Strickland
„In Fabric” to brytyjski film twórcy między innymi „Berberian Sound Studio”, Petera Stricklanda, który to opierał się na swoim własnym scenariuszu. Ma to być historia przeklętej sukienki, która po opuszczeniu domu towarowego „wędruje” od osoby do osoby przynosząc każdej z nich cierpienie i śmierć. Wygląda więc na to, że na pierwszym planie postawiono ową feralną suknię, że to właśnie jej drogą widz będzie podążał, przyglądając się zniszczeniom jakie za sobą zostawia.

„Cadaver”, reż. Diederik Van Rooijen
Scenariusz „Cadaver” został napisany przez Briana Sieve'a, który wcześniej opracował scenariusze do dwóch pełnometrażowych filmów: drugiej i trzeciej części „Boogeymana”. Film będzie podobno przedstawiał historię byłej policjantki, która po zakończeniu odwyku zostanie zatrudniona na stanowisku nocnej strażniczki w miejskiej kostnicy. Gdzie wkrótce będzie musiała zmierzyć się z nadprzyrodzonym bytem, gnieżdżącym się w jednym z trupów przechowywanych w tym miejscu.

„Delirium”, reż. Dennis Iliadis
Horror o zjawiska nadprzyrodzonych w reżyserii twórcy między innymi remake'u „Ostatniego domu po lewej” i na podstawie scenariusz Adama Alleca, tego samego, który współtworzył scenariusz wspomnianej uwspółcześnionej wersji kultowego obrazu Wesa Cravena. „Delirium” ma być opowieścią o mężczyźnie, który po opuszczeniu ośrodka psychiatrycznego wprowadza się do rezydencji, którą odziedziczył po rodzicach. Irracjonalne zjawiska, którym świadkuje doprowadzają go niedługo potem do przekonania, że jego dom jest nawiedzony.

„Mara”, reż. Clive Tonge
Olga Kurylenko w tym oto filmie najprawdopodobniej wcieli się w postać Kate Fuller, psycholog kryminalną, która zaczyna badać okoliczności śmierci pewnego mężczyzny, rzekomo zamordowanego przez własną żonę. Jedynym świadkiem zbrodni była ich ośmioletnia córka Sophie. Kate wkrótce staje się celem starożytnego demona, który zabija ludzi podczas snu. Tak samo jak Sophie, którą kobieta również stara się ocalić. Ma jednak świadomość, że czasu jest mało, bo nie może przecież wiecznie wzbraniać się przed snem.