Stronki na blogu

piątek, 12 października 2018

3. Przegląd Horrorów Fest Makabra

Najciekawsze i najoryginalniejsze horrory tego sezonu premierowo w Polsce!
3. Przegląd Horrorów FEST MAKABRA w kinach od 26 października
 
FEST MAKABRA to ogólnopolski przegląd horrorów, prezentujący najciekawsze i najoryginalniejsze dokonania światowego kina grozy ostatniego sezonu. W programie wydarzenia znajdują się mrożące krew w żyłach filmy z różnych stron świata, w zdecydowanej większości pokazywane w Polsce premierowo.

Seanse FEST MAKABRY odbywają się w kinach studyjnych i lokalnych w całej Polsce oraz na nocnych maratonach największych sieci kin. Organizatorem wydarzenia jest dystrybutor filmowy Kino Świat.

W ramach poprzednich edycji Przeglądu Horrorów FEST MAKABRA polscy widzowie mogli obejrzeć m.in. takie filmy, jak: „Lament”, „Zombie Express”, „Słudzy diabła”, „Szklana trumna”, „Pamiętam Cię” i „Bodom”.

Oficjalny plakat 3. Fest Makabry:
 
Autor plakatu: Albert Krajewski

 
Program 3. Przeglądu Horrorów FEST MAKABRA:
 
MROK
95 min. | Horror | Reż. Justin P. Lange | Austria 2018
Zwiastun: https://www.youtube.com/watch?v=ggu9GWhkTj8&t=23s

Porównywana do kultowego obrazu „Pozwól mi wejść” mroczna i brutalna historia o przyjaźni dwojga samotnych nastolatków i ich nieokiełznanych instynktach. Odważny debiut reżysera i scenarzysty Justina P. Lange’a w błyskotliwy sposób łączy krwawy horror o zombie z przejmującym motywem dorastania i społecznego wykluczenia. W roli głównej hipnotyzująca Nadia Alexander, laureatka nagrody dla Najlepszej aktorki na festiwalu FrightFest. „Mrok” został nagrodzony za Najlepszy Scenariusz na Międzynarodowym Festiwalu Filmów Fantastycznych Fantaspoa.

Ukrywająca się w lasach nieumarła nastolatka (Nadia Alexander) w trakcie polowania spotyka niewidomego chłopca (Toby Nichols), który właśnie wydostał się z rąk przetrzymującego go porywacza. Oboje doświadczyli ogromnego okrucieństwa ze strony dorosłych, co sprawia, że szybko nawiązują bliską więź. Ich zaskakująca przyjaźń i wspólna walka z demonami przeszłości zaczną zbierać krwawe żniwo.

NOC POŻERA ŚWIAT
93 min. | Horror | Reż. Dominique Rocher | Francja 2018
Zwiastun: https://www.youtube.com/watch?v=k9zMtlCPQuU

Jak przetrwać inwazję zombie i nie zwariować? „Noc pożera świat” to niezwykle pomysłowy, niepozbawiony humoru i przerażający francuski horror, który łączy w sobie szaleństwo „28 dni później” i humor „Wysypu żywych trupów”. W doborowej obsadzie: Anders Danielsen Lie („Personal Shopper”, „Oslo, 31 sierpnia”), Golshifteh Farahani („Paterson”, „Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara”) i Denis Lavant („Holy Motors”). Film prezentowany m.in. na festiwalach Nowe Horyzonty, Tribeca, Fantasia i FrightFest.

Młody mężczyzna budzi się po imprezie w paryskiej kamienicy i z przerażeniem odkrywa, że miasto zostało opanowane przez hordy wygłodniałych żywych trupów. Aby przetrwać, musi zabarykadować się w starym domu i przystosować się do nowych ekstremalnych okoliczności.
 
WYLECZENI
95 min. | Horror | Reż. David Freyne | Irlandia 2017
Zwiastun: https://www.youtube.com/watch?v=2x8oUhQFi_8&t=1s

Błyskotliwy, przerażający i nowatorski w podejściu do tematyki zombie irlandzki horror o świecie po apokalipsie, w którym udało się wynaleźć antidotum na wirusa zamieniającego ludzi w zombie. Znakomicie przyjęty na festiwalu filmowym w Toronto pełnometrażowy debiut reżyserski Davida Freyne’a z nominowaną do Oscara Ellen Page („Incepcja”, „Juno”), Samem Keeleyem („Wszystkie odloty Cheyenne’a”) i Tomem Vaughan-Taylorem („Avengers: Wojna bez granic”).

Po wielu latach globalnej epidemii wirusa, zamieniającego ludzi w krwiożercze bestie, zostaje wynaleziony lek, który kładzie kres apokalipsie. Zarażeni wracają do życia, a świat staje przed problemem reintegracji byłych zombie z resztą społeczeństwa niedotkniętą zarazą. Wyleczeni traktowani są z pogardą i nienawiścią, co doprowadza do poważnych społecznych napięć i aktów przemocy. Jednym z wyleczonych jest Senan (Sam Keeley) - młody mężczyzna prześladowany wspomnieniami bestialskich czynów, który trafia pod dach swojej bratowej Abbie (Ellen Page). Jego próba powrotu do codzienności staje się coraz trudniejsza w obliczu nasilającej się społecznej opresji i agresywnych nastrojów.

ZABIJ I ŻYJ
98 min. | Horror, Thriller | Reż. Colin Minihan | Kanada 2018
Zwiastun: https://www.youtube.com/watch?v=2J7vp2dQNsI&t=3s
 
Co zrobisz, gdy Twoja ukochana osoba niespodziewanie zwróci się przeciwko Tobie? „Zabij i żyj” to żywiołowa, pełna fabularnych twistów i pozbawiona hamulców filmowa jazda bez trzymanki z rewelacyjnymi rolami Brittany Allen i Hannah Emily Anderson. Bezlitosny horror o miłości, która potrafi być zabójcza. Film w reżyserii Colina Minihana, twórcy cenionych horrorów „Krew na piasku” i „Tropiciele mogił” (jako połowa duetu The Vicious Brothers. Światowa premiera „Zabij i żyj” odbyła się podczas festiwalu filmowego SXSW w Austin.

Jackie (Hannah Emily Anderson) i Jules (Brittany Allen) wyjeżdżają do malowniczego domu nad jeziorem, aby uczcić pierwszą rocznicę ślubu. Żadna z kobiet nie spodziewa się, że idylliczne lasy, będące scenerią dla gorącego uczucia, staną się areną przemocy i makabrycznej gry w kotka i myszkę.

PORONIONY
87 min. | Horror, Thriller | Reż. Brandon Christensen | Kanada 2017
Zwiastun: https://www.youtube.com/watch?v=_SYcph-ZYAk&t=1s

Kultowe obrazy „Dziecko Rosemary” i „Babadook” dobitnie uświadamiają, że macierzyństwo nie jest po prostu trudne – jest ekstremalnie przerażające. Porównywany do „Paranormal Activity”, „Ducha” i wspomnianego arcydzieła Romana Polańskiego, gęsty od napięcia kanadyjski horror o wyczekiwanym macierzyństwie, które zamienia się w koszmar i desperacką walkę o przetrwanie. Laureat nagrody dla Najstraszniejszego filmu na festiwalu The Overlook.

Utrata jednego z bliźniąt podczas porodu wywołuje u Mary wielką traumę. Zdruzgotana śmiercią dziecka, popada w szaleństwo, podejrzewając, że na ocalałe niemowlę czyha złowroga siła, która nie cofnie się przed niczym, by zrealizować swój okrutny plan.

3. Przegląd Horrorów FEST MAKABRA w kinach od 26 października
 
Oficjalna strona: http://festmakabra.pl/
Facebook: https://www.facebook.com/festmakabra/
 
Źródło: wszystkie materiały od Kino Świat Sp. z o.o.

czwartek, 11 października 2018

Peter Straub „Upiorna opowieść”

Lata 70-te XX wieku. W małym amerykańskim miasteczku Milburn w stanie Nowy Jork działa nieformalne stowarzyszenie funkcjonujące pod nazwą Stowarzyszenie Chowder. Obecnie należy do niego czterech starszych mężczyzn: prawnicy Frederick Hawthorne i Sears James, lekarz John Jaffrey oraz lowelas Lewis Benedikt. Wcześniej grupa ta liczyła pięć osób, ale zajmujący się pisaniem autobiografii znanych ludzi Edward Wanderley zmarł przed rokiem. Stowarzyszenie Chowder to w istocie zaprzyjaźnieni starsi panowie, którzy spotykają się, by opowiadać sobie upiorne historie. To mężczyźni, których od jakiegoś czasu dręczą koszmary senne, którzy zaczynają podejrzewać, że znajdują się w ogromnym niebezpieczeństwie. Mają powody by przypuszczać, że ktoś lub coś ich prześladuje. Jakaś nadnaturalna siła, która nie bez ich winy ściągnęła do Milburn. Pomocy członkowie Stowarzyszenia Chowder postanawiają poszukać u siostrzeńca ich nieżyjącego już przyjaciela, Donalda Wanderleya, pisarza specjalizującego się w horrorze.

Pierwotnie wydana w 1979 roku „Upiorna opowieść”, opus magnum amerykańskiego pisarza Petera Strauba, autora między innymi „Julii”, „Krainy cieni”, „Zaginionego, zaginionej”, „Pana X”, „Tajemnicy” oraz napisanych wspólnie ze Stephenem Kingiem „Talizmanu” i „Czarnego domu”. Jedna z najbardziej reprezentatywnych pozycji literackiego horroru nastrojowego, przeniesiona na ekran w 1981 roku przez Johna Irvina (z pominięciem wielu istotnych wątków, w dużym uproszczeniu), doceniana przez krytyków, wychwalana przez niezliczonych długoletnich fanów literatury grozy, „Upiorna opowieść” powstała z natchnienia innymi wielkimi dziełami gatunku, ale i sama stanowiła (stanowi) źródło inspiracji dla innych artystów. W Polsce była znana jedynie nielicznym, bo wydano ją tylko raz (wydawnictwo Rebis) i to w 1993 roku. Do niedawna więc, jeśli szczęście dopisało, można było zakupić jedynie używany egzemplarz „Upiornej opowieści”. Egzemplarz, do tłumaczenia którego miałam spore zastrzeżenia, ale to wcale nie powstrzymywało mnie przed wracaniem do tej powieści. Nie będę się pastwić nad starym wydaniem, bo gdyby nie ono, nie poznałabym wcześniej tego wyjątkowego dzieła. Przyszłoby mi długo na to czekać... aż do roku 2018, kiedy to „Upiorna opowieść” Petera Strauba doczekała się wreszcie polskiego wydania godnego rangi, jaką książka ta posiada w światku literatury grozy. Wydawnictwo Vesper przygotowało dla polskich czytelników nakład w twardej oprawie, z klimatyczną okładką, poprawionym tłumaczeniem (hurra!), krótkim wstępem Roberta Ziębińskiego i obszerniejszym posłowiem Piotra Borowca, tekstem, z którego bije ogromna miłość do horroru (tutaj literackiego). A takie analizy wprost uwielbiam.

W mojej biblii, „Danse Macabre”, Stephen King zauważa, że „Upiorna opowieść” ma w sobie coś z wcześniejszej, mniej znanej, powieści Petera Strauba zatytułowanej „Julia”. I rzeczywiście pod pewnymi względami ta ostatnia może jawić się niczym wprawka do omawianego arcydzieła jednego z najlepszych autorów literatury grozy, wciąż ewidentnie zaniedbywanego przez polskich wydawców. W „Danse Macabre” znajdziemy także wypowiedź samego Petera Strauba, w której to przyznaje się, że świadomie nawiązywał do wybranych wielkich dzieł literatury grozy (zresztą nigdy tego nie ukrywał) i jak się okazało jest to jedna z głównych atrakcji „Upiornej opowieści”. „Legenda o Sennej Kotlinie” Washingtona Irvinga,
„W kleszczach lęku” Henry'ego Jamesa, „Wielki Bóg Pan” Arthura Machena to tylko niektóre ze źródeł, z jakich czerpał Straub podczas pracy nad „Upiorną opowieścią”. O nich często się wspomina w różnego rodzaju omówieniach tej ostatniej pozycji, ale myślę, że z pozostałych licznych muz Strauba warto jeszcze wymienić „Miasteczko Salem” Stephena Kinga. Autor „Upiornej opowieści” tego również nie ukrywa (znowu „Danse Macabre”), ale nawet gdyby tak było żadnemu miłośnikowi twórczości niekoronowanego króla współczesnego literackiego horroru nie mogłyby umknąć podobieństwa do „Miasteczka Salem” (te opisy losów pobocznych postaci żyjących w małym amerykańskim miasteczku, które wzięło we władanie najczystsze zło). Ja jednak będę się upierać, że główną inspiracją Strauba było fenomenalne opowiadanie Arthura Machena pt. „Wielki Bóg Pan”, większą nawet niż „W kleszczach lęku” Henry'ego Jamesa, z której to przecież autor omawianego arcydzieła zaczerpnął motyw ludzi opowiadających sobie straszne historie, czyli jeden z ważniejszych wątków „Upiornej opowieści”. Ale według mnie istnieją dwie istotniejsze składowe – wątek femme fatale i konstrukcja tej historii. 


Zaczynamy od pytania, które później pożyczy sobie nieżyjący już Jack Ketchum na użytek swojej powieści „Straceni”. „Jaka była najgorsza rzecz, którą kiedykolwiek zrobiłeś?” Wystarczy, żeby zaintrygować czytelnika, prawda? Z pewnością, ale Straub w prologu na tym nie poprzestaje – rozpościera przed naszymi oczami obraz człowieka, który z jakiegoś powodu porwał małą dziewczynkę. Dziewczynkę, w której widzi zagrożenie, a i my szybko zaczynamy tak na nią patrzeć. Pod koniec prologu padają dwa zdania, po których ja podczas swojej pierwszej lektury „Upiornej opowieści” autentycznie skamieniałam. Przez dłuższą chwilę nie mogłam się ruszyć, a gdy ten stan minął jeszcze długo czułam się nieswojo. W „Danse Macabre” Stephen King poświęca trochę miejsca na omówienie tych dwóch krótkich zdań, stara się wyjaśnić ich fenomen, ubrać w słowa czysty geniusz ujawniony w zaledwie kilku słowach. Moim zdaniem właśnie tutaj znajdujemy jądro tej opowieści, to jest moment, w którym ujawnia się najczystsza groza, horror w najpiękniejszym, najpotężniejszym i najskuteczniejszym wydaniu. W „Upiornej opowieści” Peter Straub zastosował narrację, która przypomina tę wykorzystaną przez Arthura Machena w jego „Wielkim Bogu Panu”. W tamtym opowiadaniu też mamy pomieszanie różnych okresów czasowych i podawanie czytelnikom wielu istotnych faktów za pośrednictwem opowieści snutych przez niektórych bohaterów na użytek innych postaci. To podobieństwo niemałej wagi, ale nie jestem pewna, czy bym to zauważyła, gdyby nie tajemnicza kobieta, czarny charakter występujący pod różnymi nazwiskami, a w „Upiornej opowieści” również pod różnymi postaciami. I nawet nie chodzi o postać femme fatale samą w sobie, ani też o skrupulatne budowanie w odbiorcach obu tych dzieł pewności, że dana zarazem piękna i odpychająca niewiasta jest istotą nadnaturalną, że kimkolwiek by nie była, na pewno nie jest człowiekiem. Rzecz w tym, że czytając „Upiorną opowieść” my, czytelnicy, w przeciwieństwie do protagonistów od początku wiemy kto zacz – gdy w jednej z retrospekcji Straub opisuje tragicznie zakończone przyjęcie urządzone na cześć pewnej młodej aktorki, nie mamy żadnych wątpliwości, że już ją poznaliśmy, tyle że w dużo młodszym wydaniu. Gdy rok później do Milburn zawita inaczej wyglądająca i przedstawiająca się młoda kobieta, my wiemy, że to ta sama osoba, którą porwie Don Wanderley i którą niegdyś gościł jego wuj. Kobieta zmienia co prawda imiona i nazwiska, ale inicjały prawie zawsze są takie same. Prawie, bo dalszy rozwój wypadków pokaże, że bardzo długie korzenie tej historii sięgają innego inicjału. A Straub jest zdecydowany przeprowadzić nas przez to wszystko bez zachowania chronologii, podobnie jak przed nim, w mniejszej skali, uczynił to Arthur Machen w swoim „Wielkim Bogu Panu”. W tamtym mistrzowskim opowiadaniu grozy czytelnik też będzie mógł z łatwością uprzedzać wnioski protagonistów jeśli chodzi o postać femme fatale – przynajmniej raz wpadnie na jej trop dużo szybciej od nich, właściwie to natychmiast po ponownym pojawieniu się jej w Londynie pod innym nazwiskiem. Ale jak już wspomniałam to, według mnie, świadomie rozegrane przez Strauba (myślę, że przez Machena też) stawianie czytelnika w roli bardziej uświadomionego od głównych bohaterów powieści (jeśli chodzi o każde kolejne i poprzednie, bo nie zapominajmy o retrospekcjach, wcielania czołowego czarnego charakteru) zostało przedstawione z dużo większym rozmachem, miało nieporównanie większą skalę, cechowało się większą śmiałością, energicznością i przede wszystkim tajemniczością. Ta ostatnia dosłownie oblepia niemal każdą stronicę „Upiornej opowieści”, emanuje z kart tego utworu z siłą, której nie powstydziliby się główni reprezentanci literatury gotyckiej i horroru nadnaturalnego. Tak, podejrzewam, że nawet H.P. Lovecraft i Edgar Allan Poe byliby pod ogromnym wrażeniem atmosfery stworzonej przez Petera Strauba w jego opus magnum, w powieści, która przyniosła mu w pełni zasłużoną sławę.

Akcja „Upiornej opowieści” rozgrywa się w różnych okresach czasowych i w różnych miejscach, przy czym najszerzej autor omawia czasy współczesne czołowym bohaterom powieści, czyli lata 70-te XX wieku. Z pięciu członków Stowarzyszenia Chowder zostało tylko czterech, ich przyjaciel bowiem, Edward Wanderley zmarł przed rokiem w dosyć zagadkowych okolicznościach. Ale już wkrótce na ich wezwanie w niewielkim, sennym miasteczku Milburn, w którym wszyscy oni mieszkają, pojawi się młody siostrzeniec zmarłego, powieściopisarz Don Wanderley. Przedtem jednak autor na chwilę cofnie akcję o rok, przenosząc nas na przyjęcie, które jak już wiemy będzie miało tragiczny koniec, a jeszcze wcześniej przeniesie nas jeszcze dalej wstecz poprzez opowieść Searsa Jamesa snutą podczas jednego ze zwyczajowych spotkań Stowarzyszenia Chowder. Ta historia to prawdziwa kwintesencja nurtu ghost story, opowieść, której się nie zapomina i bynajmniej nie dlatego, że poraża oryginalnością, czy wstrząsa bezkompromisowością (choć kontrowersyjny temat też porusza). Nie, ona po prostu hipnotyzuje niebywale mrocznym klimatem, odpycha i zarazem przyciąga, zupełnie jak femme fatale wykreowana przez Strauba na kartach „Upiornej opowieści”. Pod kątem atmosfery ten fragment w mojej ocenie nie ustępuje nawet takiej perle, jak „Nawiedzony” (inny tytuł: „Nawiedzony dom na wzgórzu”) Shirley Jackson, ale chociaż to ogromna pochwała to muszę przyznać, że w „Upiornej opowieści” jest historia, która wywarła na mnie jeszcze większe wrażenie. Niegdysiejsze przejścia Dona Wanderleya z pewną tajemniczą kobietą to rzecz, którą każdorazowo czytam z zapartym tchem, z wypiekami na twarzy, z narastającym poczuciem zagrożenia czyhającego nie tyle na głównego bohatera i zarazem narratora tej opowieści, ile na mnie osobiście, bo ilekroć czytam tę historię wpadam w coś w rodzaju transu. Nie żartuję – tak się w tym pogrążam, że jeśli w tym czasie ktoś chce nawiązać ze mną kontakt najpierw musi mną potrząsnąć (przekonała się o tym pewna bliska mi osoba), a i potem trochę odczekać, bo po takiej prozatorskiej bombie nie potrafię błyskawicznie wracać do rzeczywistości, szybko odzyskiwać przytomność, że tak się wyrażę. Najlepsze jednak w całej tej powieści jest to, że Peter Straub praktycznie nieustannie daje nam dowody na to, że subtelnością, niedookreślonością, enigmatycznością wręcz można wstrząsnąć czytelnikiem dużo mocniej niźli szczegółowymi opisami odrażających istot, w skrajnie makabryczny sposób odbierających życie wybranym osobnikom. Finezja i tajemniczość to połączenie dużo efektywniejsze od wszelkich dosłowności tak chętnie stosowanych przez wielu autorów literatury grozy – Peter Straub był tego w pełni świadom podczas pisania „Upiornej opowieści”, a wiem to, bo tę wiedzę unaocznił w owym cudeńku. Nie zdziwiłabym się, gdyby te przebłyski dosłowności, których najwięcej jest w ostatnich partiach omawianej książki Straub wtłoczył nie z potrzeby wzmocnienia zaniepokojenia czytelnika tylko po to, by poprzez zestawienie tej wcześniejszej subtelności z późniejszą dosłownością doszedł on do wniosku, że to drugie wypada zwyczajnie śmiesznie, że pomiędzy tymi dwiema formami literackiego horroru rozciąga się szeroka i głęboka przepaść. Bo subtelność i tajemniczość sięgają aż do podświadomości, wwiercają się w umysł odbiorcy danego dzieła i zostają tam przynajmniej na jakiś czas, podczas gdy wszelkiego rodzaju szczegółowo ukazane ekstremum przez mgnienie gra na niższych ludzkich instynktach, nie docierając do tej głęboko ukrytej struny w naszych umysłach, do tego tajemnego mechanizmu, który jeszcze nie raz, nie dwa zostanie wprawiony w ruch podczas bezsennych nocy, kiedy to umysł odbiorcy „Upiornej opowieści” bez jego woli zawędruje do Milburn w stanie Nowy Jork i kilku innych miejsc tak sugestywnie przedstawionych przez Petera Strauba w tym nieziemskim utworze.

Jeśli uchowali się jeszcze jacyś długoletni miłośnicy literatury grozy, którzy „Upiornej opowieści” Petera Strauba jeszcze nie przeczytali (a to wielce prawdopodobne zważywszy na małą dostępność wcześniejszego polskiego wydania) to według mnie najlepiej zrobią, jak bez zastanowienia sięgną po tę pozycję teraz, gdy wreszcie doczekała się ona godnego sobie wydania w języku polskim. W mojej ocenie to horror z tak wysokiej półki (najwyższej mówiąc ściśle), że nawet jeśli ktoś ze wspomnianej grupy akurat ma mocno ograniczone fundusze to lepiej zrobi zaoszczędzając na jedzeniu niż odkładając w czasie lekturę tego arcydzieła. A w każdym razie, gdybym ja była na ich miejscu, gdyby parę lat temu mi się nie poszczęściło i nie zdobyłabym pierwszego polskiego wydania „Upiornej opowieści” (dodam że w dobrym stanie i aż nieprzyzwoicie niskim kosztem), nie miałabym możliwość otrzymania egzemplarza do recenzji od wydawnictwa Vesper i było u mnie krucho z pieniędzmi, to bez namysłu odjęłabym sobie od ust, żeby tylko wreszcie to przeczytać. I nie pożałowałabym tej decyzji. Czy Wy również nie pożałujecie lektury tej opowieści, czy Wy także obdarzycie ja dozgonną miłością? Nie wiem, ale szansy nie powinniście jej odmawiać. Nie, jeśli jesteście oddanymi wielbicielami literatury grozy.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

środa, 10 października 2018

„Na krańcu świata” (1971)

John Grant, nauczyciel z Tiboonda w Australii, postanawia odwiedzić swoją dziewczynę mieszkającą w Sydney. Pociągiem dociera do miasta Bundanyabba, przez miejscowych nazywanego Yabba, gdzie planuje spędzić trochę czasu przed wejściem na pokład samolotu, który zabierze go do Sydney. Sytuacja finansowa Granta ulega jednak drastycznemu pogorszeniu, przez co nauczyciel jest zmuszony przedłużyć swój pobyt w przesadnie gościnnym mieście. John poznaje paru mężczyzn, którzy pokazują mu jak wygląda życie w Yabba. Całonocne zabawy suto zakrapiane alkoholem, hazard, seks bez zobowiązań i polowania na zwierzynę to codzienność tutejszych mężczyzn, a Grant stopniowo się do nich dopasowuje. Spokojny dotychczas nauczyciel oddaje się prymitywnym rozrywkom z grubiańskimi ludźmi bez perspektyw, odnajdując w tym taką przyjemność, jakiej nigdy wcześniej nie zaznał.

W 1961 roku w Australii wypuszczono pierwsze wydanie powieści Kennetha Cooka, pt. „Wake in Fright”. Jakiś czas potem kupiono prawa do jej ekranizacji/adaptacji, napisanie scenariusza filmu powierzono Evanowi Jonesowi, a na reżysera filmu wybrano Kanadyjczyka Teda Kotcheffa. Zdjęcia ruszyły w 1970 roku, a pierwszy pokaz odbył się na Festiwalu Filmowym w Cannes w roku 1971. Oryginalny tytuł filmu pokrywa się z tytułem jego literackiego pierwowzoru („Wake in Fright”), acz istnieje też alternatywna nazwa „Outback”. W Polsce natomiast film funkcjonuje pod tytułem „Na krańcu świata”. Zrealizowany za, w przybliżeniu, osiemset tysięcy dolarów australijskich, thriller psychologiczny Teda Kotcheffa wzbudził niemałe kontrowersje, co obok lichej dystrybucji, jest uważane za jedną z przyczyn jego komercyjnej porażki. Przez lata produkcja ta była rozpowszechniana na bardzo wąską skalę. Dysponowano jedynie niskiej jakości kopią ocenzurowanej wersji omawianego obrazu. Ale odpowiadający za montaż „Na krańcu świata” Anthony Buckley po latach bezowocnych poszukiwań w końcu trafił na dobrą kopię filmu. Znalezisko to odrestaurowano i w 2009 roku wypuszczono na DVD i Blu-ray. W 2017 roku pojawił się miniserial „Wake in Fright” - readaptacja powieści Kennetha Cooka o tym samym tytule bądź remake thrillera psychologicznego Teda Kotcheffa. Nie jestem w stanie tego stwierdzić, ponieważ rzeczona książka i nowa wersja „Wake in Fright” nie są mi znane.

Australijsko-amerykańsko-brytyjski „Na krańcu świata” przez niektórych jest przypisywany do kina exploitation (rzadziej ozploitation), bo został zrealizowany tanim kosztem i porusza kontrowersyjne tematy. Mnie jednak tak do końca nie pasuje ten obraz do exploitation. Pomijam to, że jego techniczna jakość jest nieporównanie wyższa od tej, którą zazwyczaj można zaobserwować w tego typu kinie, bo (niestety) widziałam odrestaurowaną wersję tego filmu (jak pewnie każdy dzisiejszy odbiorca niniejszego obrazu), nie potrafię więc sformułować w tej materii żadnego wniosku. Tematyka „Na krańcu świata” to już zupełnie inna sprawa. Przeciętny Australijczyk, zwłaszcza ten mieszkający w mniejszych skupiskach ludzkich (miasteczka, wsie) ma prawo czuć się oburzony. W sumie to i mężczyzn mieszkających w innych rejonach świata takie spojrzenie na ich płeć może mocno bulwersować. Zresztą i kobietom się tutaj dostaje, więc wychodzi na to, że grupa rozgniewanych powinna być szeroka... Tak, tylko czy rzeczywiście u odbiorców tego filmu taka reakcja będzie dominować? W Sieci można znaleźć informację (nie wiadomo czy pokrywa się ona z prawdą), że podczas jednego z kinowych pokazów „Na krańcu świata” w Australii, jakiś widz wstał, wskazał na ekran i krzyknął „To nie my!”, na co aktor Jack Thompson (jeden z członków obsady omawianego filmu) odpowiedział „Usiądź kolego, to my”. I faktycznie ciężko zarzucić twórcom tego obrazu mijanie się z prawdą i nie chodzi tutaj tylko o australijską prowincję. Jedyne co można w tym miejscu im wytknąć (albo autorowi książki, bo nie wiem w jakim stopniu trzymali się oryginału) to stronniczość – pokazanie tylko „jednej strony medalu”, ukazanie całego skupiska ludzkiego w jednym, negatywnym świetle. Tacy ludzie, jak ci pokazani w „Na krańcu świata” istnieją i nie jest ich mało, ale obok nich egzystują przecież ich całkowite przeciwieństwa, których to w rzeczonym filmie nie znajdziemy. To może co poniektórych widzów drażnić, ale ja nie czynię z tego zarzutu, bo fikcyjne miasto Byndanyabba, w którym toczy się lwia część akcji filmu, dla mnie było czymś w rodzaju oazy dla prymitywnych jednostek i zarazem miejscem, które pobudzało ciemniejszą stronę ludzkiej natury, jednocześnie powoli uśmiercając tę jasną. Yabba nie jest przekrojem całego świata, według mnie absolutnie nie należy tak na to patrzeć. To raj dla alkoholików, chamów, leniów, hazardzistów i ludzi niepotrafiących powściągać swoich seksualnych popędów (i to ostatnie nie dotyczy tylko mężczyzn). To środowisko, które silnie oddziałuje nawet na dotychczas spokojne, poważne, praworządne, pracowite jednostki, bo przecież perspektywa robienia tego co się chce i kiedy tylko się chce ma prawo być dla nich bardzo nęcąca. Domyślam się, że nieobiektywne podejście do postaci zaludniających ten obraz miało wzmagać potępiający wydźwięk fabuły – nie da się bowiem nie zauważyć, że scenariusz piętnuje hulaszczy tryb życia, że twórcy wymierzają oskarżycielski palec w tych samców, którzy myślą wyłącznie o swoich własnych potrzebach, o zaspokajaniu swoich pragnień i o zarażaniu takim myśleniem innych ludzi. Tylko że jak się to ogląda to ma się nieodparte wrażenie, że filmowcy zwracają się bezpośrednio do nas, że to na nas kierują te pełne odrazy oskarżenia, zapytując przy tym, czy naprawdę chcemy tak żyć. Serio, nawet jeśli stroni się od alkoholu można pokryć się rumieńcem wstydu w reakcji na pijaństwo pokazywane na ekranie, można poczuć się osobiście dotkniętym takim ujęciem postaci, bo przynajmniej chwilowo mogą się oni wydawać odzwierciedleniem nas samych. I wierzcie mi, dokładnym odbiciem niezliczonych ludzi stąpających po ziemi (anty)bohaterowie „Na krańcu świata” faktycznie są.

Pustynny krajobraz i przybrudzone, lekko zamglone zdjęcia tworzą doprawdy duszny klimat wyalienowania, potęgując ponadto degrengoladę członków gatunku ludzkiego obserwowanych na ekranie. Ludzi, którym naprawdę nie chce się towarzyszyć, z którymi nie sposób sympatyzować, na których nie da się nie spoglądać ze sporą odrazą. I czołowa postać filmu nie jest tutaj żadnym wyjątkiem. John Grant (niezła, aczkolwiek miejscami egzaltowana kreacja Gary'ego Bonda) jest ubogim nauczycielem z małego miasteczka Tiboonda, który decyduje się spędzić Święta Bożego Narodzenia w Sydney, ze swoją mieszkającą tam dziewczyną. Pech chce, że robi sobie postój w mieście Bundanyabba, którego mieszkańcy, jak szybko zauważa, wykazują się agresywną wręcz gościnnością. Grant staje się kolejną ofiarą hazardu. Zostaje bez pieniędzy, ale znajduje się w mieście zamieszkanym przez ludzi, którzy aż palą się do pomagania turystom. Tyle że pomaganie rozumieją jako zapewnianie im stałego dostępu do piwa, wciąganie ich w swoje całonocne imprezy, podczas których zdarza im się niszczyć cudze mienie i wdawać ze sobą w bójki. Potrzebującym oferują też dach nad głową – Granta gości u siebie miejscowy lekarz-alkoholik, Clarence F. Tydon, niepobierający wynagrodzenia za swoją wątpliwej jakości pracę, w którego w znakomitym stylu wcielił się Donald Pleasence, fanom horrorów znany przede wszystkim jako doktor Samuel Loomis (oryginalna seria „Halloween”). Ale to potem. Najpierw zostaje ugoszczony przez niejakiego Tima Hynesa, którego córka, Janette, jest nimfomanką. Twórcy nie mówią o tym wprost, ale ze słów Tydona można wywnioskować, że ta kobieta nie odmawia nawet swojemu ojcu, że z nim też sypia. Podkreślam jednak, że wyczytałam to jedynie między słowami, a to zdecydowanie za mało, żebym z pełną stanowczością mogła stwierdzić, że Ted Kotcheff odważył się poruszyć także wątek kazirodczy. To samo mogę powiedzieć o homoseksualizmie. To zostało tylko zasugerowane i to tak, aby nasza wyobraźnia stworzyła dość niewygodny obraz takiego stosunku seksualnego i bynajmniej nie dlatego, że dotyczy to dwóch osób tej samej płci. Największe kontrowersje wzbudzają jednak innego rodzaju scenki – pokazane w najdrobniejszych szczegółach i tym bardziej szokujące, że będące autentycznym zapisem śmierci, często w straszliwych męczarniach. UWAGA SPOILER Przemoc koncentruje się na zwierzętach, przede wszystkim kangurach, ale mamy też lisa i królika. To może niektórym wystarczy do włożenia „Na krańcu świata” do szufladki opatrzonej napisem „exploitation”, ale ja jakoś nie potrafię tak patrzeć na film, w którym nie ma ofiar z ludzi (w którym nie padają oni trupem, bo w psychologicznym sensie są ofiary, ofiary własnych autodestrukcyjnych zapędów). Rzeź kangurów jest jednak straszna, to bez wątpienia. Tym bardziej traumatyczna, bo prawdziwa – to nie jest sztuka, to autentyczny zapis polowania z udziałem ludzi w tym wyspecjalizowanych (i ponoć przy tym pijanych), włączony do filmu po konsultacji z obrońcami praw zwierząt z Australii i Wielkiej Brytanii, jako sprzeciw wobec polowań na zagrożoną wyginięciem zwierzynę. Twórcy filmu wyraźnie dają tutaj do zrozumienia, że na kangury poluje się głównie dla sportu, dla rozrywki, a nie dla pożywienia, a sposób w jaki to ukazują jest tak bezlitosny, tak wstrząsający, tak rozbrajająco szczery, że niejeden widz faktycznie może zwątpić w zasadność polowań na zwierzynę. Filmowcy chcieli obrzydzić widzom to zajęcie, maksymalnie je potępić, pokazać jakim barbarzyńskim gatunkiem jesteśmy. Mnie przekonywać do tego nie musieli, bo już dawno to wiem. I szczerze mówiąc wolałabym, żeby nie pokazywali mi prawdziwych mordów kangurów, bo nie uważam tego za sztukę – w tym miejscu sztuką byłoby stworzenie wiarygodnie się prezentujących efektów specjalnych. Niemniej doceniam cel, jaki chciano przez to osiągnąć KONIEC SPOILERA.

„Na krańcu świata” nie jest thrillerem jakich wiele. Właściwie to wcale się nie zdziwię, jeśli część jego odbiorców dopatrzy się w tym obrazie Teda Kotcheffa więcej elementów dramatu niźli dreszczowca (oficjalnie przypisano go do obu tych gatunków), choćby przez to, że bardziej koncentrowano się tutaj na ukazywaniu godnych pożałowania, ale też zasługujących na potępienie ludzkich zachowań, na powolnym staczaniu się na samo dno przyzwoitej jednostki, która miała to nieszczęście, że wpadła w środowisko, które umożliwiło jej dopuszczenie do głosu dotąd tak starannie tłumionych prymitywnych popędów. Tak, „Na krańcu świata” bardziej skupia się na psychologii niż powolnym budowaniu i intensyfikowaniu napięcia, na konstruowaniu duszącego, odrażającego wręcz świata przedstawionego będącego istnym rajem dla ludzi chcących żyć bez większych zahamowań. Ludzi, zwłaszcza mężczyzn, stroniących od obowiązków i wprost lgnących do różnego rodzaju rozrywek, do niczym nieskrępowanych zabaw dla dużych dzieci. Nad tym wszystkim przez cały czas wisi jednak widmo rychłego nieszczęścia. Bez trudu można odczuć, również za sprawą tej dusznej, przybrudzonej atmosfery, że wszystko to zmierza do jakiegoś tragicznego końca, czy to w sensie fizycznym, czy psychologicznym. I dlatego właśnie moim zdaniem bliżej temu obrazowi do thrillera psychologicznego niż dramatu. Polecam jednak obu tym grupom, ale tylko pod warunkiem, że nie odrzuca ich kontrowersyjne, bezkompromisowe kino, bo jedna składowa tego obrazu nawet dziś może rodzić spory, a na pewno szokować, zniesmaczać, oburzać, do głębi wstrząsać nawet zaprawionym w kinie gore widzem (chociaż „Na krańcu świata” do tego nurtu się nie wpisuje). Pozostałe elementy już niekoniecznie będą rodzić tak mocne reakcje, ale ręki sobie za to nie dam uciąć...

niedziela, 7 października 2018

„Uciszyć zło” (2018)

Glasgow, rok 1986. Studentka psychologii Angela, jej brat Jackson, jego dziewczyna Beth i ich kolega Elliot reklamują się jako łowcy duchów. Odpłatnie rzekomo egzorcyzmują miejsca, które przez ich właścicieli są uważane za nawiedzone. Młodzi ludzie nie wierzą w duchy. Z premedytacją dają przedstawienia na użytek swoich zleceniodawców, starając się przekonać ich do skuteczności swoich poczynań. I zazwyczaj im się to udaje. Angela wkrótce nabiera jednak pewności, że posiada niezwykły dar, najpewniej odziedziczony po matce, która przed laty popełniła samobójstwo. Dziewczyna może kontaktować się z duszami ludzi, które nie przeszły „na tamtą stronę”. Kiedy więc pojawia się nowe zlecenie Angela początkowo odmawia jego przyjęcia. Daje się jednak przekonać Jacksonowi i już wkrótce czwórka fałszywych łowców duchów dociera do wiekowego domostwa należącego do starszej kobiety, pani Green. Przed laty zamordowano tutaj trzy dziewczynki, których dusze, wedle słów właścicielki posesji, od tego czasu gnieżdżą się w jej domu.

W 2011 roku w Stanach Zjednoczonych opublikowano krótką powieść grozy Evy Konstantopoulos pod tytułem „Hush”, którą jakiś czas potem postanowiono przenieść na ekran. Napisanie scenariusza filmu powierzono autorce literackiego pierwowzoru i Benowi Ketaiowi, mającego już pewne doświadczenie w kinie grozy, jako reżyser i scenarzysta, („30 dni mroku: Czas ciemności”, „Z głębi”, „Las samobójców” z 2016 roku, „Ostatnia klątwa”, „Nieznajomi: Ofiarowanie”). Reżyserem brytyjskiego horroru na kanwie powieści Evy Konstantopoulos, któremu nadano tytuł „Malevolent” (w Polsce „Uciszyć zło”) został Islandczyk Olaf de Fleur Johannesson, który to po raz pierwszy zmierzył się z tym gatunkiem.

„Uciszyć zło” to kolejny obraz od Netflixa, który daje mi podstawy do przypuszczeń graniczących z pewnością, że platforma ta nie obdaruje już fanów filmowych horrorów i thrillerów taką jakością, z jaką mogli się zetknąć przy okazji seansów „Gry Geralda” i „1922”, produkcji opartych na prozie Stephena Kinga. Oczywiście, chciałabym się mylić – jako że jestem niepoprawną pesymistką lubię, gdy moje czarne przewidywania okazują się przesadzone. Jednak w tym przypadku póki co uparcie się sprawdzają i jak już dałam do zrozumienia „Uciszyć zło” Olafa de Fleura Johannessona kontynuuje tę złą passę Netflixa w sferze pełnometrażowych horrorów i thrillerów. Omawiany film zalicza się do pierwszego z wymienionych gatunków. A ściślej do nurtu ghost story. Na pierwszym planie postawiono młodą aktorkę Florence Pugh, która według mnie nie odnalazła się w roli Angeli – nieprzekonujące mnie, drewniane wręcz aktorstwo, ale żeby było zabawnej jeśli zestawić ją z pozostałymi członkami obsady (z wyjątkiem Celii Imrie) to dostajemy drugą Meryl Streep:), tak słaby był warsztat prawie wszystkich filmowych partnerów Pugh. Poza tym po głównym scenarzyście „Nieznajomych: Ofiarowania” spodziewałam się czegoś bardziej zajmującego, a już na pewno nie tak rozproszonego. Bo chociaż miałam tutaj do czynienia z prostą, konwencjonalną opowieścią, to nadążanie za jej rytmem sprawiało mi pewne trudności. Było nawet coś, czego nie zrozumiałam. Nie wiem, czy ta informacja w ogóle w scenariuszu padła, czy zwyczajnie mi to umknęło, ale zabijcie mnie jeśli wiem, kim za życia były trzy dziewczynki, których duchy straszą w domu pani Green. Jej rodzonymi córkami, czy sierotami przygarniętymi przez właścicielkę wiekowego domostwa i jej (w czasie, gdy rozgrywa się akcja filmu, nieżyjącego już) męża. Czyżby kiedyś to był sierociniec, który przestał istnieć po trzech morderstwach, których dopuścił się syn pani Green? Nie mam bladego pojęcia. Ale to niezbyt istotne, a w każdym razie nie tak bardzo, jak niekonsekwentna narracja. Wygląda to mniej więcej tak: pierwsza, niedługa partia z szybkością błyskawicy serwuje nam różne fakty z życia głównej bohaterki i, w mniejszym stopniu, jej współpracowników. Wszystkie istotne informacje ich dotyczące skumulowano w tym krótkim wstępie, bezlitośnie przeskakując od jednego wydarzenia do innego, co wypada doprawdy chaotycznie. Liźniemy ten temat, potem dotkniemy następnego i kolejnego, ale nie będziemy sobie zawracać głowy wdawaniem się w szczegóły. Angela zaniedbuje studia, bo dużo czasu poświęca działalności w grupie oszustów (tak, to nie są klony, że tak się wyrażę, Wanowskich Warrenów), ludzi, którzy zarabiają na wmawianiu innym, że potrafią wypędzać z różnych miejsc byty nadprzyrodzone. Angela nagle odkrywa, że faktycznie jest medium i dochodzi do wniosku, że jej matka, która przed laty popełniła samobójstwo też nią była. Angela wysłuchuje krótkiej historii o swojej rodzicielce, a tymczasem jej brat Jackson, szefujący fałszywym łowcom duchów, wpada w poważne tarapaty. Angela coraz częściej odbiera sygnały od nieżyjących już ludzi i pewnie dlatego odmawia przyjęcia nowego zlecenia. Nie upiera się jednak długo przy tej decyzji i już wkrótce ona, Jackson, Beth i Elliot jadą do wiekowego, położonego na odludziu domu niejakiej pani Green. Kobiety w podeszłym wieku dręczonej przez duchy trzech zamordowanych tu kiedyś dziewczynek. Jak później zauważa Angela dziewczynek z zaszytymi ustami, co nie jest oczywiście oryginalnym pomysłem, ale na pewno chwytliwym. Pod warunkiem, że wiarygodnie ukazanym, a w „Uciszyć zła” prezentuje się to całkiem nieźle. Przybycie fałszywych łowców duchów do rezydencji pani Green rozpoczyna dłuższy, acz niekoniecznie ciekawie opowiedziany wątek.

(źródło: https://www.netflix.com/pl/)

Nie powiedziałabym, że Olaf de Fleur Johannesson się nie starał. Wręcz przeciwnie: wydaje mi się, acz mogę się mylić, że on starał się aż za bardzo. Przegiął w drugą stronę. I nie chodzi mi tutaj o przeładowanie tego obrazu przekombinowanymi efektami specjalnymi i prymitywnymi jump scenkami tylko o nieustannie przeze mnie odbierany podczas seansu „Uciszyć zło” brak lekkości. Taką toporność, jakby kręcenie tej produkcji było dla Olafa de Fleura Johannessona najprawdziwszą drogą przez mękę. Jakby przedzierał się przez bagno w przekonaniu, że jeśli tylko się przyłoży uda mu się jakoś z tego wybrnąć. Wyjść z twarzą. Niczym polski rząd szabelką grożący Rosji, reżyser „Uciszyć zło” mierzył się z zadaniem ponad swoje siły. Ma już na swoim koncie pewne sukcesy w innego rodzaju filmach, więc wygląda na to, że po prostu nie czuje akurat tej stylistyki, tj. horroru nastrojowego traktującego między innymi o duchach. Z takiego scenariusza oczywiście ciężko było dużo wycisnąć, ale gdyby dopracować montaż, lepiej pokierować obsadą i operatorami kamer to może „Uciszyć zło” w moich oczach dobiłby do średniej. Najbardziej w tym wszystkim żal ścieżki dźwiękowej, nastrojowej kompozycji Ala Hardimana, która powinna iść w parze z powolnymi wędrówkami kamerzystów po mrocznym domostwie pani Green, bo one wprowadzałyby i zagęszczały napięcie, a nie tymi bez pomyślunku, beznamiętnie posklejanymi zdjęciami. Wśród których znalazły się też takie, które według mnie marnowały się w tym filmidle. Nie oddawały one klimatu lat 80-tych XX wieku – właściwie to szybko zapomniałam o tym, że akcja nie toczy się w czasach nam współczesnych – ale dzięki oświetleniowcom i miejscu akcji (stary, wielki dom na odludziu) dostrzegłam potencjał w sferze wizualnej (i nie chodzi mi tutaj o te, na szczęście, rzadkie wstawki „kręcone z ręki”). Szkoda tylko, że zaprzepaszczony przez ten przeklęty pośpiech operatorów, montażystów i samego reżysera, bo przecież jego zadaniem było odpowiednio ich wszystkich poprowadzić. Doceniam sporą niechęć twórców do jump scenek, do podkreślania manifestacji nieznanego głośnymi dźwiękami mającymi poderwać widza z fotela. Ale jeśli już stawia się na dłuższe sekwencje z duchami, na wolniejsze najazdy kamer na rzeczone bezcielesne byty to wypadałoby zadbać przy tym o napięcie. Bo snujące się po ciemnych korytarzach duchy dziewczynek z takim podejściem ekipy technicznej zwyczajnie nie miały prawa emanować narastającą wrogością. Nawet mając zaszyte usta. Dalej: taki zwrot akcji, jaki wybrali scenarzyści „Uciszyć zło” wielu miłośników kina grozy na pewno nie zaskoczy. Żadną niespodzianką nie powinny być też dla nich nieprzemyślane zachowania protagonistów UWAGA SPOILER (jak zwykle nie dobijamy napastnika, w tym przypadku napastniczki albo szukamy pomocy w najmniej odpowiednim miejscu) KONIEC SPOILERA , które można usprawiedliwiać paniką, szokiem, niewiedzą etc., ale równie dobrze (i znając podejście większości odbiorców horrorów do tego typu zachowań bohaterów obawiam się, że taka reakcja na nie będzie dominować) można głośno się z tego śmiać.

„Uciszyć zło” to kolejny współczesny koszmarek, którego boję się polecać nawet najmniej wymagającym miłośnikom horrorów nastrojowych. Ci, co oglądają wszystkie ghost stories, jakie tylko wpadną im w ręce, pewnie zaryzykują seans owego obrazu Olafa de Fleura Johannessona, choćby nawet wcześniej przeczytali multum niepochlebnych opinii na jego temat. Rozumiem tę postawę, bo mam tak samo (a przede wszystkim ze slasherami), ale jeśli mogę coś wtrącić to bardzo proszę tę konkretną grupę o obniżenie oczekiwań względem „Uciszyć zło” do absolutnego minimum, bo to może im pomóc w odbiorze tej produkcji. To tak na wszelki wypadek, bo przecież nie można wykluczyć tego, że film ten idealnie wstrzeli się w gusta jeszcze co poniektórych widzów (jeszcze, bo już trochę fanów ma), może nawet tych, którzy nie przepadają za horrorami z nurtu ghost story. Podejrzewam jednak, że ewentualne grono sympatyków rzeczonej produkcji będzie bardzo wąskie.

piątek, 5 października 2018

„The Domestics” (2018)

W postapokaliptycznym świecie małżeństwo, Mark i Nina Westowie, próbuje dostać się do mieszkających w Milwaukee rodziców kobiety. Podróż nie jest łatwa, głównie przez agresywne, konkurujące ze sobą gangi, które rozpleniły się po Stanach Zjednoczonych po zagładzie między innymi dużej części gatunku ludzkiego. Przed apokalipsą Mark i Nina znajdowali się w trakcie postępowania rozwodowego, ich relacja jest więc dosyć napięta. Mimo wszystko jednak mężczyzna jest zdecydowany chronić swoją małżonkę, nawet jeśli miałby przy tym ryzykować własnym życiem.

„The Domestics” jest pierwszym pełnometrażowym filmem Mike'a P. Nelsona (na podstawie jego własnego scenariusza). Nie licząc jednego segmentu w antologii horroru z 2006 roku pt. „Summer School”, w roli reżysera i scenarzysty sprawdzał się tylko w krótkich filmikach. O pracach nad postapokaliptycznym thrillerem „The Domestics” opinię publiczną poinformowano już w marcu 2016 roku. Wtedy ujawniono też między innymi nazwisko reżysera i scenarzysty filmu. Pierwszy pokaz filmu odbył się dopiero w czerwcu 2018 roku, w jego rodzimych Stanach Zjednoczonych.

„Doomsday” Neila Marshalla. Myśl właśnie o tej produkcji przelatywała mi przez głowę w trakcie seansu „Domestics” Mike'a P. Nelsona. Nie chcę przez to powiedzieć, że jakość jest porównywalna, bo jednak „Doomsday” dał mi mroczniejszy klimat i ciekawszą pierwszoplanową postać, w dodatku odegraną przez jedną z moich ulubionych aktorek, Rhonę Mitrę. Nina West nie ma takiej charyzmy jak Eden Sinclair - nie tylko, a nawet nie przede wszystkim dlatego, że Kate Bosworth według mnie nie spisała się tak dobrze jak Mitra. Nina UWAGA SPOILER przez lwią część seansu (bo absolutnie nie dotyczy to późniejszych scen) KONIEC SPOILERA jest zamknięta w sobie, nie do końca obecna duchem, zamyślona i niezbyt zadowolona z towarzystwa swojego męża Marka, choć przecież gdyby nie on to albo już by nie żyła, albo byłaby teraz seksualną niewolnicą któregoś z licznych gangów szalejących w postapokaliptyczych Stanach Zjednoczonych. Powiedzieć, że Nina jest niezbyt pomocna to za mało – chociaż chce żyć, kobieta nie wykazuje najmniejszej gotowości wsparcia męża na polu walki, a bywa nawet, że wykazuje się sporą bezmyślnością (scenka ze słuchawkami, ta na poddaszu i późniejsze włączenie głośnej muzyki już bez słuchawek). Wygląda to tak, jakby w ogóle nie brała pod uwagę tego, że takim postępowaniem może zwrócić na siebie i swojego męża uwagę śmiertelnie groźnych gangów. Można to wyjaśnić traumą, którą właśnie przechodzi. Już samo znalezienie się w rzeczywistości tak bardzo odmiennej od tej, w której dotychczas egzystowała może zniszczyć psychikę niejednej jednostki, a Nina dodatkowo martwi się o rodziców i nie czuje się komfortowo u boku mężczyzny, który jej towarzyszy w tej ekstremalnie trudnej podróży do Milwaukee. Właśnie tam mieszkają ojciec i matka Niny, z którymi to do niedawna córka miała kontakt radiowy. Ten jednak nagle się urwał i choć scenarzysta „The Domestics” o tym nie mówi, można się domyślać, że to właśnie wtedy kobieta zamknęła się w sobie. Więcej energii poświęca próbom nawiązania kontaktu z rodzicami niż wspomaganiu męża w jego walce o życie ich obojga. Czy Nina zaczęła już osuwać się w otchłań szaleństwa? Takie pytanie nasuwa się patrząc na tę bohaterkę. Ale chociaż trauma, jaką kobieta przeżywa jest usprawiedliwieniem dla jej nieprzemyślanych zachowań, to nie zmienia to faktu, że w postapokaliptyczych obrazach bardziej zajmują mnie silne, niezależne jednostki pokroju Eden Sinclair z „Doomsday” niż takie ciche, wycofane postacie, nad którymi ktoś rozkłada parasol bezpieczeństwa. W „The Domestics” tym kimś jest mąż Niny, Mark West kreowany przez Tylera Hoechlina, na moje oko wypadającego mniej wiarygodnie od Kate Bosworth, która to przecież (moim zdaniem) na wyżyny aktorskiego rzemiosła się tutaj nie wspięła... Aktorstwo aktorstwem, ale dobrze było dostać taką waleczną postać, tym bardziej w sytuacji, gdy na pierwszym planie (albo obok, bo trudno to rozsądzić) postawiono do pewnego stopnia zobojętniałą, zagubioną bohaterkę, jak się wydawało niepotrafiącą stawić czoła zagrożeniom głównie ze strony uzbrojonych gangów, wśród których pewnie znajduje się wiele jednostek, których niedawna apokalipsa cofnęła w rozwoju. Wyobrażałam sobie, że niejeden członek tych band teraz noszący na głowie cudaczną maskę, w niedalekiej przeszłości zawsze udawał się do pracy w garniturze i nawet nie myślał o rozrywce, w jakiejkolwiek formie. Pewnie gdy w Stanach Zjednoczonych (i w domyśle w reszcie świata) zapanowała anarchia niejeden poważny, może nawet łagodny dotychczas człowiek zamienił się w istną bestię, maszynkę do zabijania, istnego prymitywa, któremu krzywdzenie innych sprawia nie lada przyjemność.
 
W „The Domestics”, jak na przykład w „Bastionie” Stephena Kinga (ale radzę nie spodziewać się sporych podobieństw), nie każdy ocalały pragnie by panowało prawo dżungli. Wciąż istnieją ludzie, którzy chcą takiego życia, jak przed apokalipsą, ale liczne gangi nie pozwalają im na chociażby namiastkę takiego bezpieczeństwa, jakie odczuwali przed eksterminacją między innymi dużej części gatunku ludzkiego. Thriller Mike'a P. Nelsona jest filmem drogi, w którym stawia się na dynamizm, a nie powolne budowanie emocjonalnego napięcia. O dużo mroczniejszy klimat to ta produkcja aż się prosiła – kolorowe, żeby nie rzec plastikowe zdjęcia, nieprzyjemnie kontrastowały z rzezią rozgrywającą się na ekranie. Chociaż „rzeź” to za mocne słowo, bo może kojarzyć się z dużą dbałością twórców o płaszczyznę gore, a parę krótkich ujęć nieprzekonująco się prezentujących, umiarkowanie krwawych efektów specjalnych to za mało, żeby oddać to ekipie technicznej „The Domestics”. Trup ściele się gęsto, ale największe takie żniwo zbierają strzelanki, podczas których najczęściej widzimy co najwyżej rozbryzgi krwi – w tych momentach tylko z rzadka oko kamery koncentruje się na właśnie zadanym ranom. Więcej dostrzega się tuż po zakończeniu danej walki wręcz, bo i takich tutaj nie brakuje, ale nie sądzę, żeby nawet to zdołało kogokolwiek zniesmaczyć. Bez względu na to, ile mniej czy bardziej krwawych filmów w swoim życiu obejrzał. Nie powiem, chciałabym, żeby dopracowano tę płaszczyznę. Bez przegięcia w drugą stronę – ot, wystarczyłyby mi ze dwa-trzy ujęcia mocniejszych, wiarygodniej się prezentujących i trochę dłuższych ujęć zmasakrowanych części ludzkiego ciała. Ale jeszcze bardziej tęskniłam za powolnym budowaniem napięcia. Przyznaję, że nie przyjmowałam fabuły „The Domestics” z całkowitą obojętnością, że ta prosta konstrukcja i co nieczęsto mi się zdarza, bardzo dynamiczna akcja, dostarczyły trochę emocji, ale tyko jedna scena (kto obejrzy omawiany film, ten będzie wiedział która) wlała we mnie zadowalającą dawkę napięcia. Wcześniej i później zresztą ono też się pojawiało, ale w nieporównanie mniejszym stężeniu. Pochwalić muszę jeszcze trzy drugoplanowe postacie – pewną działającą w dobrej wierze enigmatyczną kobietę oraz czarnoskórego mężczyznę i jego syna. Gra odtwórców tych ról i przede wszystkim miejsca jakie rzeczone sylwetki zajmowały w tej opowieści znacznie uatrakcyjniły mi seans „The Domestics”. Pewna sekwencja z udziałem jednego z nich nawet mnie zaskoczyła, a niespodzianki to ostatnie, czego spodziewałam się po tym filmie. A i na koniec, warto wspomnieć o dosyć chwytliwych utworach muzycznych wykorzystanych w filmie oraz małym ukłonie w stronę kultowego dreszczowca Georgesa Franju pt. „Oczy bez twarzy”. I spikerze radiowym, którego szalonych, dowcipnych, wulgarnych, ale i przydatnych dla wielu niedobitków wywodów będziemy mogli co jakiś czas posłuchać. I może pozastanawiać się przy tym, dlaczego tak niewygodna dla wszystkich gangów szalejących po postapokaliptyczych Stanach Zjednoczonych, osoba, jeszcze nie została wyeliminowana przez jakiegoś członka któregoś z nich...

„The Domestics” jest jednym z lepszych postapokaliptyczych filmów, jakie dane mi było zobaczyć w ostatnim czasie. Nie jest to duży komplement, bo raczej rzadko po tego rodzaju produkcje sięgam. A jak już to najczęściej trafiam na obrazy, które według mnie niezbyt trudno przebić (mowa o XXI-wiecznych filmach - starszych do tego nie mieszam). Debiutancki pełnometrażowy film Mike'a P. Nelsona żadną perłą w morzu thrillerów/horrorów postapokaliptyczych w mojej ocenie nie jest i w sumie to wątpię, żeby ten niezbyt doświadczony reżyser w ogóle do tego pretendował. Bardziej mi to wygląda na chęć stworzenia czegoś lżejszego, niewymagającego od widza wzmożonej uwagi, główkowania, interpretowania. Czegoś, co najlepiej sprawdzi się wieczorem/w nocy po ciężkim dniu – gdy umysł i ciało są tak zmęczone, że nawet nie chce się myśleć o czymś cięższym, ambitniejszym, mroczniejszym, bardziej rozbudowanym fabularnie i mocno zagłębiającym się w psychikę postaci. Jeśli nastawić się na takie kino to „The Domestics” może się podobać, ale w przeciwnym wypadku nie wróżę odbiorcy zadowolenia z seansu.

środa, 3 października 2018

Hollie Overton „Mury”

Kristy Tucker jest rzeczniczką teksańskiego departamentu sprawiedliwości. Praca ta polega na pośredniczeniu między więźniami, również tymi skazanymi na śmierć, mediami i systemem więziennictwa. Kristy nie jest zadowolona ze swojego życia zawodowego. Wolałaby inne zajęcie, ale boi się zmienić pracę ze względu na ryzyko mniejszej pensji. A musi myśleć o swoim nastoletnim synu Ryanie i chorym ojcu Franku. Życie kobiety od dłuższego czasu składa się więc głównie z obowiązków domowych i zawodowych, ale się nie skarży, bo najbardziej zależy jej na szczęściu najbliższych. Jednak gdy w jej życiu pojawia się Lance Dobson wszystko się zmienia. Początkowa niechęć Kristy do tego mężczyzny przechodzi w miłość i czas przestają już jej wypełniać praktycznie same obowiązki. Kobieta stosunkowo szybko wychodzi za niego, ale okazuje się to najgorszą decyzją w całym jej dotychczasowym życiu. Krótko po ślubie Lance zaczyna znęcać się nad nią psychicznie i fizycznie. Kristy nikomu nie opowiada o haniebnych czynach swojego męża, nawet Ryanowi i Frankowi, którzy wprost przepadają za Lance'em. Nikomu poza jednym z osadzonych w celi śmierci, z którym się zaprzyjaźnia. Trochę pod jego wpływem, ale przede wszystkim z obawy o bezpieczeństwo swojego syna i ojca, Kristy postanawia zabić swojego męża.

Amerykańska aktorka oraz scenarzystka i producentka telewizyjna, Hollie Overton, na rynku literackim zadebiutowała w 2016 roku powieścią „Baby Doll” („Laleczka”), która stała się międzynarodowym bestsellerem. Rok później ukazało się premierowe wydanie jej drugiej książki zatytułowanej „The Walls”, która w Polsce została opublikowana w roku 2018 pod tytułem „Mury”. Trzecia powieść Hollie Overton, „The Runaway”, w Stanach Zjednoczonych ma ukazać się w 2019 roku i przynajmniej na razie nie ma podstaw by przypuszczać, że na tym pisarska kariera Overton się zakończy.

„Laleczki” nie czytałam, ale drugi literacki thriller psychologiczny Hollie Overton każe mi mieć na uwadze twórczość ten pani. Może nie najszybciej, jak to tylko możliwe, ale i bez szczególnie długiej zwłoki będę musiała zapoznać się z jej debiutancką powieścią, bo istnieje przecież szansa, że dosięga do poziomu „Murów”. Nie chcę przez to powiedzieć, że według mnie lepszej jakości uzyskać już się nie dało, że miałam tutaj do czynienia z istnym arcydziełem thrillera psychologicznego w wersji książkowej, ale powodów do dużych narzekań też nie dostałam. Chociaż nie. UWAGA SPOILER Zakończenie mocno mnie rozczarowało i nie tylko dlatego, że wolę innego rodzaju zamknięcia fikcyjnych opowieści, ale również, albo nawet przede wszystkim przez to, że ogarnęła mnie pewność, iż Overton zmarnowała szansę na spotęgowanie tragicznego przesłania „Murów” KONIEC SPOILERA. Poza tym, dosyć istotnym mankamentem, moim zdaniem Overton radziła sobie bardzo dobrze. Bez trudu zaangażowałam się w tę opowieść, chociaż jej autorka nie włada szczególnie rozbudowanym słownictwem, nie konstruuje wielokrotnie złożonych zdań opisowych, za którymi to wprost przepadam i nie operuje pięknym, wyszukanym językiem, którym mogłabym się delektować. Ale i bez tego poruszyła moją wyobraźnię – czytało się to bez żadnych zgrzytów, płynnie, szybko i co najważniejsze bez poczucia zaniedbywania przez autorkę płaszczyzny psychologicznej, najważniejszej przecież materii „Murów”. Postacie są wiarygodne. Autorka omówiła je dosyć dokładnie. Oczywiście najwięcej miejsca poświęciła głównej bohaterce, Kristy Tucker (później noszącej nazwisko Dobson), ale nie mogę powiedzieć, że osoby z jej najbliższego otoczenia były przez Overton zaniedbywane. Tematyka „Murów” pewnie przez żadnego długoletniego fana thrillerów nie zostanie uznana za szczególnie pomysłową. Tak w kinematografii, jak w literaturze ten motyw już się przewijał i pewnie jeszcze nie raz, nie dwa artyści rozsnują przed nami historię kobiety, która postanawia zabić swojego pastwiącego się nad nią męża. Dlaczego? Bo sztuka czerpie z rzeczywistości, a żyjemy przecież w świecie, w którym pozostawianie ofiary przemocy samej sobie jest na porządku dziennym. Overton wprost mówi o tym w „Murach”. Akcja powieści została osadzona w Stanach Zjednoczonych (a ściślej w Teksasie), ale wady tamtejszego systemu punktowane przez nią na kartach tej książki można znaleźć i w Polsce. Kristy co prawda nawet nie próbuje szukać pomocy u przedstawicieli organów ścigania, nie stara się postawić swojego psychopatycznego męża przed sądem, ale to wcale nie łagodzi przesłania „Murów”, bo pamiętamy, że mamy tutaj do czynienia z kobietą, która pracuje w więziennictwie, posiada więc rozległą wiedzę na temat tego, jak poszczególne trybiki tego bezdusznego systemu obchodzą się z ofiarami przemocy domowej i jej sprawcami. Sytuacja prawie jak w filmach z nurtu rape and revenge – jeśli chcesz sprawiedliwości musisz wymierzyć ją sam. Tutaj natomiast: jeśli chcesz czuć się bezpiecznie weź sprawy w swoje ręce, bo sądy na pewno ci nie pomogą. Kristy nie jest osobą łaknącą poczucia sprawiedliwości. Zależy jej wyłącznie na zapewnieniu bezpieczeństwa najpierw swojemu synowi i ojcu, a dopiero potem sobie. Jej mąż obiecuje, że jej bliskim nic się nie stanie, jeśli tylko będzie zachowywała się tak jak on tego chce i Kristy pewnie byłaby gotowa na takie poświecenie, gdyby mogła mu zaufać i gdyby wiedziała, jakich słów i jakich czynów Lance od niej oczekuje. Bo mężczyzna ciągle zmienia zasady i nie widzi potrzeby, by ją o tym informować. Czasami dopiero gdy Kristy zrobi lub powie coś, co on uzna za błąd, dopiero po zadaniu jej kolejnego bólu, Lance wyjawia, czym wyprowadziła go z równowagi. Kobieta długo to znosi, ale w końcu dociera do niej, że trwanie w tym toksycznym związku naraża na niebezpieczeństwo nie tylko ją, ale również jej syna i ojca. Overton zapytuje więc: a co wy byście zrobili, gdyby życie waszych bliskich (i wasze również) było zagrożone przez jakąś psychopatyczną jednostkę? Zgłosilibyście to policji w nadziei, że osobnik ów zostanie skazany na więzienie? Pewnie tak. A co jeśli byście mieli pewność, że jest to osoba na tyle zdeterminowana, że po wyjściu z więzienia (bo na pewno prędzej czy później wyjdzie na wolność) bezzwłocznie przystąpi do realizowania swoich gróźb? Kristy w każdym razie postanawia działać na własną rękę. Czuje, że została doprowadzona do ostateczności. Innego wyjścia z tej ekstremalnie trudnej sytuacji niż zabicie własnego męża, kobieta nie widzi.

Może w rezultacie Lance otrzymałby zakaz zbliżania się do niej, ale świstek papieru na pewno by go nie powstrzymał. A może policjant zgodziłby się, że twarda ręka to jedyny sposób na utrzymanie „paniusi” w ryzach. Kristy chciała wierzyć w system, tylko że on ciągle zawodził ludzi […] Nawet gdyby Lance'a aresztowano i oskarżono, wyszedłby za kaucją. A wtedy co? Nie zdoła zapewnić tatkowi i Ryanowi bezpieczeństwa przez okrągłą dobę.” 
 
Początek „Murów” przedstawia ogólny zarys życia kobiety mieszkającej z nastoletnim synem i chorym ojcem, która jest głównym żywicielem tej rodziny (bo choć Hollie Overton o tym nie mówi, Frank Tucker pewnie jest rencistą). Z ogromem obowiązków, które spadły na jej barki wiele lat temu Kristy zawsze całkiem nieźle sobie radziła, ale choć nie narzekała to nie da się ukryć, że zaniedbywała przy tym samą siebie. Do czasu wkroczenia w życie Tuckerów Lance'a Dobsona, przystojnego, wysportowanego mężczyzny mającego dobrą opinię w mieście. Syn i ojciec Kristy są nim wprost zachwyceni, bo Lance nie odkrywa przed nimi swojego prawdziwego oblicza. Pokazuje je tylko Kristy i to dopiero po ślubie, a ona nie zwierza się swoim najbliższym, z cierpień jakie praktycznie codziennie zadaje jej mąż. Po pojawieniu się Lance'a i jeszcze przed jego ślubem z Kristy, bałam się, że zostanę przeprowadzona przez wszystkie etapy związku tych dwojga. Liczne randki, słodkie słówka, stosunki seksualne, ślub i sielski początek ich małżeństwa... Nie wiem, czy wytrzymałabym coś takiego, bo mam alergię na tego typu opowieści. Dlatego niezmiernie mnie ucieszyła decyzja Hollie Overton by ograniczyć omówienie początku znajomości Kristy i Lance'a do absolutnego minimum, a potem przeskoczyć z akcją o kilkanaście lat do przodu. Do momentu, gdy główna bohaterka zdaje już sobie sprawę z tego, że wychodząc za Lance'a Dobsona popełniła największy błąd swojego życia, bo zdążyła już doskonale poznać jego prawdziwą, przed ślubem tak skrzętnie skrywaną naturę. Nie oznacza to, że autorka nadaje porównywalnego pędu wszystkim następnym wydarzeniom zachodzącym w życiu głównej bohaterki. Na wątkach egzystujących w ramach thrillera skupia się nieporównanie mocniej niż na wcześniejszym romansie. Powoli i z dużą dbałością o napięcie przeprowadza nas przez kolejne coraz to bardziej dramatyczne etapy egzystencji kobiety dręczonej przez własnego męża, z czego zwierza się tylko jednemu z osadzonych w celi śmierci, z którym się zaprzyjaźnia, i w niewinność którego coraz bardziej wierzy. Ten spontanicznie radzi jej zabić męża, ale Kristy początkowo odrzuca ten pomysł. Hollie Overton w tej, w jak zdradza w swoich podziękowaniach zamieszczonych na końcu książki, bardzo osobistej powieści wykazuje się niemałą znajomością mentalności zarówno ofiary, jak i jej oprawcy. Precyzyjnie, ze sporą dozą empatii snuje dosyć typową opowieść, w której to napięcie zagęszcza się niemal ze strony na stronę. Tak, tak nieoryginalna przecież opowieść potrafi wciągnąć i to nie tylko w tych dynamiczniejszych momentach, ale także wówczas, gdy pozornie nic dramatycznego się nie dzieje. Gdy zaglądamy w umysł głównej bohaterki, gdy obserwujemy sielskie życie rodzinne państwa Dobson, które jak doskonale wiemy jest tylko fasadą. Jednym wielkim kłamstwem, bo związek ten nieprzerwanie toczy zgnilizna w postaci brutalnego pana domu.

„Mury” każą mi sądzić, że Hollie Overton powinna wiązać swoją przyszłość z pisarstwem. Nie wiem, jak spisuje się w branży filmowej, bo nie obejrzałam niczego, nad czym dotychczas pracowała, ale według mnie czymkolwiek jeszcze by się nie zajmowała najmądrzej by zrobiła nie rezygnując całkowicie z pisania powieści. A ściślej thrillerów psychologicznych, bo „Mury” pokazały mi, że dobrze się w tym gatunku czuje, że potrafi przedstawić dosyć często podejmowaną przez światową kinematografię i literaturę tematykę tak, abym nie musiała zmuszać się do kontynuowania lektury. Ta historia po prosu mnie wciągnęła, zaangażowała na tyle silnie, żebym nabrała ochoty na więcej prozy Hollie Overton i nie mam wątpliwości, że niejeden miłośnik literackich thrillerów psychologicznych przyjmie „Mury” tak dobrze jak ja. Albo jeszcze lepiej.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

poniedziałek, 1 października 2018

„He's Out There” (2018)

Laura, jej mąż Shawn oraz dwie małe córki, Kayla i Maddie, jak co roku mają spędzić jakiś czas z dala od wielkomiejskiego zgiełku, w swoim domku nad jeziorem, blisko gęstego lasu. Mężczyzna nie może wyruszyć z resztą rodziny, ale obiecuje, że dołączy do nich już w najbliższą noc. Po kilkugodzinnej podróży samochodem Laura, Kayla i Maddie docierają do bramy wjazdowej, za którą stoi ich letni dom, ale kobieta nie może poradzić sobie z kłódką. Wtedy zjawia się mężczyzna, który mówi, że ma na imię Owen i mieszka nieopodal. Otwiera kłódkę i stara się wdać z Laurą w pogawędkę, ale kobieta jest nieufna. Zamienia z nim tylko kilka słów i odjeżdża. Parkuje blisko domu i przystępuje do przenoszenia rzeczy całej rodziny z samochodu do środka. W tym czasie jej córki bawią się na zewnątrz. Wieczorem Maddie zaczyna wykazywać oznaki choroby, a Laura odkrywa, że nie ma możliwości uzyskać dla niej pomocy medycznej. Na zewnątrz czai się bowiem zamaskowany mężczyzna, który jak wszystko na to wskazuje, nie zamierza wypuścić ich stąd żywych.

W marcu 2016 roku zatrudniono Dennisa Iliadisa, twórcę między innymi remake'u „Ostatniego domu po lewej” i późniejszego „Delirium”, do reżyserowania horroru „He's Out There” opartego na debiutanckim scenariuszu Mike'a Scannella, który wcześniej nosił tytuł „Scarecrow”. Ostatecznie jednak Iliadis nie wyreżyserował tego filmu – miejsce to z czasem zajął początkujący Quinn Lasher. Rolę główną obsadzono już w czerwcu 2016 roku i to w przeciwieństwie do reżysera nie uległo zmianie – w Laurę wcieliła się Yvonne Strahovski, która muszę przyznać, warsztatem mocno się wyróżnia (korzystnie) na tle całej obsady „He's Out There”.

Debiutancki film Quinna Lashera jest slasherem, choć niektórzy mogą się ze mną nie zgodzić, ponieważ nurt ten zwykle kojarzony jest z dużą ilością trupów, a w „He's Out There” życie z rąk zamaskowanego mordercy traci bardzo niewielu bohaterów. W scenariuszu Mike'a Scannella pojawia się jednak tyle innych cech (przede wszystkim) tego podgatunku, że podejrzewam, że jego fanom trudno będzie nie rozpatrywać omawianego filmu w kategoriach właśnie slashera. Wśród pozostałych odbiorców „He's Out There” może natomiast (ale wcale nie musi) dominować pogląd, że fabułę wtłoczono w ramy thrillera z nurtu home invasion, bo te dwa podgatunki mają ze sobą trochę wspólnego. I przyznam, że sama zastanawiałam się, czy aby temu obrazowi nie jest bliżej do home invasion, ale doszłam do wniosku, że zawarcie w scenariuszu wspomnianych już cech prawdopodobnie nie było podyktowane potrzebą stworzenia tego typu thrillera. Bo chociaż rzeczone cechy i w takich filmach są przez niektórych widzów dostrzegane to zazwyczaj najsilniej kojarzą się one właśnie ze slasherami. Scenariusz to jedno, ale wydaje mi się, że ekipa techniczna też podeszła do tego projektu jak do filmu slash. Klimat zdecydowania bardziej przystawał mi do tego rodzaju horroru niż do home invasion, nawet wówczas gdy bohaterki „He's Out There” zostają niejako uwięzione w drewnianym domku nad jeziorem blisko ściany lasu . Wybór głównego miejsca akcji sprawiał, że do pewnego stopnia czułam się jakbym oglądała backwood slasher. Wrażenie nie było jednak pełne, bo akcję z rzadka przenoszono na łono natury, najwięcej czasu poświęcając wydarzeniom rozgrywającym się w letnim domu Laury, Shawna i ich dwóch córek. Z tego właśnie powodu zaczęłam zastanawiać się, czy aby nie mam tutaj do czynienia z home invasion, ale ten klimat ciągle mi nie pasował do tego podgatunku. Ciągle, bo wcześniej (później też, tak na marginesie) jeszcze silniej rzuca się to w oczy – w scenach dziennych jeszcze lepiej widać próby oddania przez realizatorów przynajmniej ułamka ducha klasycznych slasherów. Przynajmniej ułamka, bo tylko taki efekt odnotowałam. Jeśli natomiast było tak, że kierowało nimi pragnienie wskrzeszenia całego ducha starych, dobrych slasherów, to na moje oko udało im się to tylko po części (i to raczej niewielkiej, gwoli ścisłości). Chodzi o kolorystykę zdjęć. Podobnie jak w XX-wiecznych slasherach obrazy nie mienią się żywymi barwami, praktycznie nie widać ani jednego koloru, który by się w ten sposób wyróżniał. Tak chyba mogłyby wyglądać zdjęcia po jednym praniu... I właśnie to wypranie z żywych barw nasuwa skojarzenia ze slasherami kręconymi w XX wieku, ale na tym w zasadzie podobieństwa się kończą. Zamiast przybrudzonych kadrów i tak wyblakłych barw (takich trochę mglistych), do jakich przyzwyczaili wieloletnich fanów slasherów XX-wieczni przedstawiciele tego podgatunku, mamy raczej metaliczne odcienie, albo coś do nich zbliżonego. Trudno mi to ubrać w słowa, ale efekt przypadł mi do gustu, pomimo tego, że idealnie nie przystawał do klimatu filmów slash z ubiegłego wieku. To było takie dosyć smaczne połączenie niegdysiejszego podejścia z nowoczesnością, której w tym przypadku nie należy rozumieć jako ukłonu w stronę tak częstego we współczesnej kinematografii plastiku. Po zapadnięciu zmroku nadal można wyłapać takie interesujące odcienie, ale jako, że wówczas dominują raz rzadsze, raz gęstsze ciemności nie atakuje to zmysłu wzroku z taką siłą, jak podczas scen nakręconych za dnia. W takim rozrachunku wołałbym więc, żeby większość wydarzeń pokazanych w „He's Out There” rozgrywała się w świetle dziennym.

Już prolog horroru Quinna Lashera wskazuje na to, że próbowano nadać mu swoistą baśniowość i rzeczywiście film ma takowy posmaczek. Nie tylko scenariusz i nie tylko jego prolog. Nawet ten całkiem pomysłowym klimat lekko tchnie baśniowością. Choć chyba bardziej adekwatne będzie tutaj określenie dark fantasy. Ten nurt uwidacznia się przede wszystkim w ilustrowanej książeczce dla odważniejszych dzieci, w ujęciach, w ten, czy inny sposób, z nią związanych, ale i w modus operandi zamaskowanego mordercy widać taką makabryczną, mroczną baśniowość. No dobrze, z tą nicią porozciąganą w lesie to przesadzili – jakoś nie przekonała mnie wizja dorosłego mężczyzny z zamiłowaniem do okaleczania i zabijania ludzi, który hasa po lesie ze szpulą czerwonej nici, robiąc z niej coś na kształt ścieżki do jakiejś wątpliwej nagrody. A już w ogóle to osłabiła mnie jedna z dorosłych postaci dająca się na to złapać – tak, tak wiem, że uznała to za figiel bliskich, wiem, że takie zachowanie było usprawiedliwione, ale to nie zmienia faktu, że rozbawił mnie widok zmęczonego dorosłego łażącego po lesie „pod dyktat” nitki. A że akurat nie miałam nastroju na komedię, nie przyjęłam tego z entuzjazmem. Za to kukły były wspaniałe – prawie wszystkie sekwencje z ich udziałem dodawały „He's Out There” upiorności, większej nawet niż sceny z mordercą skrywającym przecież swoje oblicze pod niezgorszą maską. Ale takiego (dosyć sporego) dyskomfortu, w jaki wprawiał mnie widok tych kukieł (scenka z huśtawkami zdecydowanie najlepsza!) czarny charakter ani razu we mnie nie obudził. I zapewniam, że nie cierpię na pediofobię. W każdym razie Annabelle może się schować – Chucky nie, ale ta tak popularna obecnie antybohaterka według mnie może co najwyżej buty czyścić tym kukłom. A przecież w tym filmie nie są one nawet istotami ożywionymi! Ale ten, kto myśli, że rzeczone kukły rekompensowały mi wszystkie niedostatki to jest w wielkim błędzie. Tak daleko posuniętego zaniedbania warstwy gore, tak desperackiego wręcz uciekania od mordów dawno już w filmie slash nie widziałam. Owszem, mamy trochę krwi i ran, ale nie dość, że nie prezentuje się to realistycznie, to na dodatek, co akurat niezbyt mi przeszkadzało, nie ma długich zbliżeń na jakieś odrażające szczegóły efektów specjalnych (to drugie jest dosyć typowe dla filmów slash). O małej ilości trupów już wspominałam, ale dodam jeszcze, że widzimy zabójstwo tylko jednej osoby - chodzi o sam moment zadania ofierze śmiertelnego uderzenia. I odbywa się to tak szybko, że nawet dokładnie tego nie widać. Ale najpoważniejszym niedociągnięciem, z mojego punktu widzenia, był bolesny wręcz niedobór napięcia w całej środkowej partii filmu. Nastrojowy początek i dynamiczna końcówka nie nużyły, ale niestety nie mogę tego samego powiedzieć o tym, co zobaczyłam pomiędzy nimi. Takie nielogiczne zachowania głównej bohaterki, jak na przykład stanowczo zbyt późne podjęcie próby zabezpieczenia domu przed intruzem i to w dodatku bez należytego przyłożenia się do tego, mogącego przecież przesądzić o życiu lub śmierci jej i jej córek, zajęcia, czy częste wychodzenie z domu, gdy już wiedziała, że na zewnątrz czai się uzbrojony osobnik, który urządził sobie tutaj polowanie na ludzi, można usprawiedliwić paniką, znajdowaniem się w położeniu utrudniającym analizowanie wszelkich za i przeciw każdego planowanego posunięcia. Trudniej wytłumaczyć zachowanie Laury przy oknie, bo wydaje mi się, że w takiej sytuacji panika dyktowałaby raczej niezwłoczne wybicie szyby. Ale kto wie... W każdym razie to kolejna materia, w której uwidacznia się slasher, bo takie z punktu widzenia osoby wygodnie siedzącej przed ekranem, a nie uczestniczącej w obserwowanej walce na życie i śmierć, nielogiczne zachowania protagonistów stanowią jedną ze swego rodzaju wizytówek tego podgatunku. A i jeszcze coś. UWAGA SPOILER Już myślałam, że nie doczekam się starcia kobiety (final girl) z oprawcą i jego późniejszego powstania z martwych, ale (i dzięki za to) i tutaj pokłoniono się długoletnim miłośnikom slasherów. Szkoda tylko, że przez cały czas wiedziałam kto zabija, bo (i to już we wstępnej partii filmu) bardziej nakierować na to widzów już chyba by się nie dało KONIEC SPOILERA.

W sumie to taki średniak. Gdyby nie ta w większości nieszczęsna środkowa partia to najprawdopodobniej dużo bardziej przychylnie patrzyłabym na debiutancki film Quinna Lashera. Małą liczbę trupów mogłabym ścierpieć, gdyby próby budowania emocjonalnego napięcia w środkowej części filmu (bo takowe faktycznie były) przynosiły lepsze rezultaty, choćby takie jak w początkowych i końcowych partiach „He's Out There”. A tak sporą część seansu przyjmowałam z narastającym zniecierpliwieniem i znużeniem. Nie mogłam się po prostu doczekać silniejszych emocji, nie tyle budowanych wartką akcją, ile niegwałtownymi wydarzeniami osnutymi przygniatającym klimatem, tworzonym przez zdjęcia i tę całkiem niezłą ścieżkę dźwiękową skomponowaną przez Nathana Whiteheada. Tak, moim zdaniem, gdyby dopracować tę środkową część „He's Out There”, horror ten oglądałoby mi się dużo lepiej. I kto wie, może nawet uznałabym go za jeden z bardziej udanych XXI-wiecznych slasherów. Choć szczerze wątpię, żeby nawet wówczas trafił do ścisłej czołówki mojego osobistego rankingu tego typu filmów z bieżącego wieku.