Stronki na blogu

wtorek, 13 października 2020

„Powrót do upiornej szkoły” (1987)

 

W 1982 roku w Crippen High School doszło do serii mordów, których sprawca nie został schwytany. Kilka lat później do owianej złą sławą, opuszczonej szkoły w miasteczku Crippen przybywa ekipa filmowa z zamiarem nakręcenia fabularnej produkcji opartej na krwawej historii tego miejsca. Tylko jednej osobie udaje się przeżyć. Miejscowa policja znajduje w budynku potwornie okaleczone, czasami również pokawałkowane ciała filmowców, stopniowo zapoznając się z wydarzeniami z ostatnich dni. Czy seryjny morderca grasujący w tym miejscu przed laty powrócił? A może w Crippen pojawił się kolejny zabójca zafascynowany potworną działalnością swojego poprzednika?

Powrót do upiornej szkoły” (oryg. „Return to Horror High”) to jedyny pełnometrażowy film fabularny w reżyserskim dorobku Billa Froehlicha. Amerykański horror komediowy, pastisz slasherów, rozpisany przez Grega H. Simsa, który został również producentem wykonawczym filmu, kolejnego producenta Marka Lissona, Danę Escalante i samego Billa Froehlicha. Zdjęcia powstawały w Los Angeles w John Hughes Junior High School w Woodland Hills oraz w Glendale, w Clark Junior High School. Budżet w przybliżeniu wyniósł milion dolarów, a wpływy ledwo tę sumę przekroczyły. „Powrót do upiornej szkoły” nie zyskał wielkiej, nieśmiertelnej sławy, ale swoich sympatyków rzecz jasna ma. A wśród nich są i tacy, którzy uznają go za swego rodzaju prekursora serii „Krzyk” Wesa Cravena. Niektórzy dodają do tego również najpopularniejsze parodie kina grozy, cykl „Straszny film”.

Tytuł („Return to Horror High”) omawianego obrazu sugeruje kontynuację. Nawet powstał film zatytułowany „Horror High” - produkcja Larry'ego N. Stouffera z 1973 roku – ale „Powrót do upiornej szkoły” nie jest z nim powiązany. Nie jest powiązany z żadnym innym. To zupełnie samodzielne dziełko, które teraz docenić mogą chyba tylko wieloletni miłośnicy slasherów. I to nie wszyscy. Jedyny pełnometrażowy film fabularny Billa Froehlicha to takie luźniejsze podejście do kina slash. Trochę hołd dla horrorów o maniakalnych mordercach konsekwentnie uszczuplających jakieś grupki zaprzyjaźnionych ludzi, a trochę wyśmiewanie reguł, jakimi zwykle rządzą się takie filmy. Inni fani tego podgatunku według mnie nie błądzą zestawiając ten film z późniejszą serią nieodżałowanego Wesa Cravena. Giganta kina grozy, który, uważam, zrobił to dużo lepiej, ale po zobaczeniu pastiszu Froehlicha można się zastanawiać, czy aby nie natchnął on Cravena do stworzenia „Krzyków”. Celowo używam liczby mnogiej, ponieważ najbardziej do myślenia dał mi składnik „Powrotu do upiornej szkoły”, który zaczął uświetniać serię Cravena dopiero od części drugiej. Ale dopiero w trójce bardziej zdecydowanie. To niezupełnie to samo, ale... Nie zrozumcie mnie źle – tak naprawdę nie jestem przekonana, że Wes Craven czerpał z „Powrotu do upiornej szkoły” Billa Froehlicha, ale motyw kręcenia filmu opartego na umownie autentycznej serii mordów, gdzie ofiarami padli głównie młodzi ludzie, można powiedzieć, że trochę w głowie mi zamieszał. Nie jest to tego rodzaju pomysł, na który niezależnie od siebie nie mogły wpaść różne osoby, ale i tak daje do myślenia, prawda? Zwłaszcza że to – tak, tak fani „Krzyków” - film w filmie. Przyznaję, że trochę zajęło mi zsynchronizowanie się z szalonym rytmem „Powrotu do upiornej szkoły”. Dość chaotycznym, a przynajmniej na początku obrana przez twórców narracja taka mi się wydawała. Jeden wielki burdel. Dowody? A więc tak: najpierw na ekranie przewija się krótki tekst, który każe nam przygotować się na opowieść o ekipa filmowej, która parę lat po serii morderstw w Crippen High School postanawia nakręcić w tej niefunkcjonującej już placówce film fabularny skupiający się na tamtych krwawych wydarzeniach. Przy okazji dowiadujemy się, że sprawca nie został schwytany. W sumie to nawet nie został zidentyfikowany – wciąż nie wiadomo, kto zacz. Kiedy już tekst się przewinie (nie, niezupełnie tak jak w „Gwiezdnych wojnach”), okazuje się, że... ekipa filmowa już nie żyje. Na terenie dawnego liceum w miasteczku Crippen jest już policja, która stara się zebrać wszystkie najnowsze ofiary. A nie jest to łatwe, bo fragmenty części osób są porozrzucane po praktycznie całym budynku. Przeżyła tylko jedna osoba, mężczyzna, który dzieli się z prowadzącym tę sprawę detektywem z wydziału zabójstw, informacjami, jakie posiada. A my w tym czasie przenosimy się w nieodległą przeszłość. Nie można jednak traktować tego, jak wizualizację zeznań jedynego ocalałego, ponieważ zdecydowana większość wydarzeń rozegrała się poza jego wzrokiem. Innymi słowy, towarzyszymy innym członkom ekipy filmowej. A przede wszystkim Callie Cassidy, aktorce grającej główną rolę w właśnie przygotowywanym filmie oraz Stevenowi Blake'owi, miejscowemu policjantowi, który pełni rolę konsultanta, ale też zasila obsadę tej niskobudżetowej produkcji. Wygląda więc na to, że jednak prześledzimy cały koszmar filmowców w Crippen, od początku, aż do znanego już końca. Poniekąd, bo tożsamość mordercy pozostaje zagadką. Właściwie to nie wiadomo nawet, czy to ten sam sprawca, który terroryzował to małe amerykańskie miasteczko parę lat wcześniej, w 1982 roku. Skłaniałam się ku temu rozwiązaniu, ale naturalnie pewności mieć nie mogłam. Założyłam też, że sprawca kryje się w tej w większości wesołej grupce pracującej nad filmem, który w zamyśle reżysera ma być artystycznym thrillerem, ale coraz bardziej przypomina to krwawy horror z nurtu slash. Krew i cycki, jak to mówią. Slasher na kanwie prawdziwych (tylko umownie, w rzeczywistości całkowicie fikcyjnych) wydarzeń, do jakich doszło w tej teraz już opuszczonej szkole w 1982 roku. Do którego to okresu w pewnym sensie również będziemy się przenosić...

Opinie innych widzów kazały mi przygotować się na przewagę komedii nad horrorem, ale gdy połapałam się w fabularnych zawiłościach „Powrotu do upiornej szkoły”, więcej dostrzegałam w tym ze slashera niż z komedii. Zgadzam się, że bardziej głupiutkiego niż zazwyczaj, a przecież i poważni członkowie tego nurtu, delikatnie mówiąc i uogólniając, za szczególnie mądre, ambitne dzieła, w przestrzeni publicznej, nie uchodzą. A „Powrót do upiornej szkoły” Billa Froehlicha jest jeszcze mnie mądry niż przeciętnie. I to było zamierzone. Taka stylistyka. Trochę obśmiewcza, przerysowana, ale niezbyt mocno i trochę „ku chwale slasherom”. Budżet „Powrotu do upiornej szkoły” był dość spory. W latach 80-tych XX wieku powstawało mnóstwo nieporównanie tańszych i czasami bardziej zasłużonych dla gatunku obrazów tego typu. Czyli o mniej lub bardziej tajemniczym mordercy polującym na grupkę najczęściej młodych osób i często na jakiejś niewielkiej, ograniczonej przestrzeni. Tutaj mamy opuszczony gmach szkolny, dawne liceum w miasteczku Crippen i ekipę filmową pomniejszającą się w wyniku zbrodniczej działalności jakiejś zamaskowanej postaci. Przykuwa wzrok ta maska, szkoda tylko, że tak rzadko wchodzi w kadr. Zabójca najczęściej działa z ukrycia, przez co należy rozumieć, że my również rzadko widzimy całą jego sylwetkę. Za nieprzezroczystą szybą nagle ktoś traci głowę, z hałdy piasku wyłania się ręka, która szybko wciąga chłopaka gdzieś tam, a inny chwilę potem łapie się w zawczasu przygotowaną pułapkę, do obsługi której jej konstruktor nie będzie już potrzebny. Swoją drogą Jigsaw pewnie czegoś tak prymitywnego by nie stworzył. Z drugiej strony, gdyby jego krwawa działalność przypadła na przedostatnią dekadę XX wieku, może też byłby zdany na takie tandeciarskie machiny. Zamaskowany delikwent z „Powrotu do upiornej szkoły” pewnie odpowiedziałby na to: może i tandeta, ale działa. Głównie dlatego, że ktoś przypadkiem postawił stopę na tym maleńkim skrawku podłogi, który nadludzko przewidujący morderca wybrał z całego tego przepastnego gmaszyska. Tak bywa w horrorowych rąbankach, że niczego nieświadome osoby ciągnie jak muchy do... yyy... pszczoły do miodu akurat tam, gdzie leźć nie powinni. Chyba że życie im niemiłe. No wiecie: jak w całym wielkim lesie wykopie się tylko jeden głębi dół, to któryś/któraś z bohaterów/bohaterek takiego filmu na pewno do niego wpadnie. Pewne jest też, że jeśli ktoś przypadkiem znajdzie się blisko właśnie dokonującej się zbrodni, to zanim skieruje wzrok w tę stronę, czarny charakter nie tylko zdąży zabić, ale jeszcze po sobie posprzątać... Ale nie myślcie sobie, że bohaterowie „Powrotu do upiornej szkoły” w ogóle nie wiedzą na czym to polega. Niektórzy mają na tyle „duże” rozeznanie w slasherach, by wiedzieć, że nigdy, pod żadnym pozorem, nie należy wchodzić do ciemnych pomieszczeń bez latarki. Szkoda tylko, że a) nie opanowali jeszcze sztuki dłuższego utrzymywania jej w rękach i b) po jej upuszczeniu nie chce im się tracić czasu na jej poszukiwania. Co tam latarka? Nawet zgubionego, w notabene niewielkim pomieszczeniu, pistoletu, nie uznają za konieczne odzyskać przed spodziewaną konfrontacją z bardzo niebezpiecznym człowiekiem. Chociaż niekoniecznie tak to się rozegra. Mordercą może być każdy. Więc także któryś z tych śmiałków wkraczających „w mroczną otchłań” UWAGA SPOILER, gdzie pewnie niektórym przemknie przez myśl „Teksańska masakra piłą mechaniczną” Tobe'a Hoopera. Ja na mordercę typowałam męską połówkę pierwszoplanowego duetu: młodego policjanta z Crippen, którego, jakżeby inaczej, połączy miłość z aktorką posiadającą wszelkie cechy final girl. Ale twórcy postawili na osobę, którą stanowczo odrzuciłam z tego prostego powodu, że wydawała mi się aż za oczywista. Właściwe to dwie osoby, bo jest jeszcze woźny... KONIEC SPOILERA. Zatrzymajmy się na chwilę przy tej potencjalnej final girl, naszej Callie Cassidy, czyli trochę egzaltowanej Lori Lethin (na marginesie: małą rólkę dostał też młody George Clooney), ale chyba tak miało być – zresztą i tak moim zdaniem wypadła lepiej od wszystkich pozostałych członków obsady „Powrotu do upiornej szkoły”. Uważam, że najlepiej wyważyła przesadzoną grę, znaną przecież z tak wielu tanich, starszych produkcji slasherowych – i nie tylko takich – z nutkami dodającymi jej wiarygodności, tak w mimice, postawie, jak w intonacji. Z początku filmu wiemy, że Callie też zginie, ale stosunkowo szybko stanie się jasne, że na końcu. Bo przecież to ta najgrzeczniejsza, ta nieskora do zrzucania ciuszków, ta najbardziej podejrzliwa, i ta z którą inni obchodzą się trochę jak z jajkiem. Bo sprawia wrażenie kruchej, takiej którą łatwo urazić, może nawet doprowadzić do łez. Ale też rozzłościć. Tymczasem widzowie, którzy poznali już trochę postaci opartych na archetypie final girl, zapewne nie będą mieć wątpliwości, że ta oto filigranowa istota (co ciekawe, bo nieczęsto spotykane w starszych slasherach, niczym lwica walcząca z seksizmem – czyżby powiew jutra, wyprzedzenie epoki?) tak naprawdę stanowi największe zagrożenie dla mordercy. Albo sama zabija... Nie chcę zdradzić zbyt wiele, więc spróbuję tak: jeśli myśleliście, że wcześniej mieszano i mieszano (nieliniowa narracja), jeśli myśleliście, że wcześniej wciąż i wciąż Was nabierano (mnie tak, choć po pierwszym razie powinnam się nauczyć odczytywać takie intencje autorów), jeśli myśleliście, że raz po raz napotykaliście mało prawdopodobne, żeby nie rzec naciągane rozwiązania (nie mam wątpliwości, że to był celowy zabieg), to ciekawe, co powiecie o końcówce? Mnie koparka opadła. Ależ to durne. Ależ... odjazdowe! Za to oczko w górę. Dla tego i tak według mnie niezłego pastiszu filmów slash. Niedorastającego co prawda do głośnych obrazów z serii „Krzyk” Wesa Cravena, ale jeśli jesteś dozgonnym wielbicielem slasherów, to musisz to zobaczyć. W najgorszym razie po to, by jeszcze bardziej docenić pastisze Cravena, a w najlepszym po to, by zaliczyć całkiem udany wieczór. Przy może nie najlepszym, na pewno nie najkrwawszym (nawet nie średnio krwawym), ale za to całkiem klimatycznym - oczywiście utrzymanym we wspaniałym duchu taniego kina grozy przedostatniej dekady XX wieku (z odrobiną magicznego kiczu) - i dość mocno zakręconym, zwariowanym horrorze komediowym. Albo, jak ja na to patrzę, horrorze z elementami czarnej komedii.

Tylko dla fanów slasherów. Myślę, że takie zastrzeżenie trzeba poczynić w stosunku do jedynego pełnometrażowego fabularnego reżyserskiego osiągnięcia Billa Froehlicha, pastiszu slasherów „Powrotu do upiornej szkoły”. Bo choć szansa zawsze istnieje, to obawiam się, że zdecydowana większość „przypadkowych” odbiorców ledwo to przeżyje. Niektórzy pewnie nawet nie dotrwają do końca tego... pomieszania z poplątaniem? No tak, ale na tym ta zabawa polega. Na (nie)rozplątywaniu poplątanego i plątaniu jeszcze niepoplątanego. Jeśli znasz reguły slasherów będzie Ci łatwiej... nie, raczej nie będzie. Ale w takim wypadku prędzej dostaniesz to, co lubisz w formie, do jakiej w tym podgatunku zapewne nie przywykłeś. Może i dezorientującej, może i trochę przekombinowanej, ale podobne jazdy nie zdarzają się często, więc chyba tym bardziej warto spojrzeć. Nie uważacie, „odwieczni” sympatycy kina slash?

niedziela, 11 października 2020

„Sightless” (2020)

 

Była skrzypaczka, Ellen Ashland, pada ofiarą napaści, w wyniku której traci wzrok. Jej brat znajduje jej wygodne mieszkanie blisko centrum i zatrudnia opiekuna, Claytona, który ma pomóc jej przystosować się do nowych okoliczności. Z trudem radząca sobie z traumą i niepełnosprawnością kobieta, wkrótce nabiera pewności, że sąsiadka z tego samego piętra, Lana Latch, jest maltretowana przez swojego męża, Russo, który najwyraźniej wie o jej podejrzeniach. Na domiar złego niezidentyfikowana osoba, przez którą Ellen straciła jeden ze zmysłów, powraca. A przynajmniej tak jej się wydaje. Bo nie ma żadnych dowodów świadczących za słowami, jak wiele na to wskazuje, niestabilnej psychicznie kobiety.

Sightless” to amerykański thriller psychologiczny w reżyserii i na podstawie scenariusza Coopera Karla, człowieka, który wcześniej – w 2017 roku - nakręcił jedynie krótkometrażowy obraz pod tym samym tytułem. Na fundamencie tego ostatniego zbudował fabułę swojego długometrażowego debiutu – rozbudował wcześniejszą koncepcję, która mogła być inspirowana filmem „Blink” z 1993 roku w reżyserii Michaela Apteda. W każdym razie są wyraźne podobieństwa. Zdjęcia do omawianej, dłuższej, wersji „Sightless” powstawały w maju 2019 roku, a pierwszy pokaz filmu odbył się na początku września roku 2020 na Dances With Films, a już pod koniec tego samego miesiąca firma MarVista Entertainment rozpoczęła dystrybucję w internecie.

Nieśpiesznie rozwijany psychologiczny dreszczowiec o młodej kobiecie, która już na początku filmu doznaje nieodwracalnego uszkodzenia nerwu wzrokowego. Budzi się w szpitalu, gdzie zostaje poinformowana przez swojego lekarza prowadzącego o utracie wzroku. Przez substancję chemiczną, wpuszczoną jej do oczy przez jakiegoś tajemniczego osobnika. Tak zaczyna się nowe życie Ellen Ashland. Życie w kompletnym ciemnościach. I w obcym miejscu. Jej brat uznaje, że bezpieczniej będzie zmienić miejsce zamieszkania. Wspomniałam już o thrillerze „Blink” w reżyserii Michaela Apteda – obrazie też opowiadającym o skrzypaczce, ale tam, jak być może pamiętamy, mieliśmy kobietę, która właśnie zyskała zmysł wzroku. W „Sightless” spotykamy się natomiast z odwrotną sytuacją – bohaterka właśnie przestaje widzieć. Ale to nie oznacza, że gra na skrzypcach pozostaje jedynym elementem łączącym omawianą produkcję z filmem „Blink”. Jest jeszcze wątek sąsiadki i zagrożenie ze strony tajemniczego oprawcy. Cooper Karl wprawdzie w inny sposób zawiązuje i rozwija te motywy, ale w obliczu niegdysiejszego zawodu Ellen, już sama ich obecność wystarczyła bym myślała o kultowym obrazie Michaela Apteda. Może gdyby czołowa postać „Sightless” nie była kiedyś wirtuozką skrzypiec, nie łączyłabym tamtych wątków z „Blink”, bo w końcu nie są one aż tak charakterystyczne. No i kierunek nie ten sam. W „Sightless”, zamiast zabójstwa sąsiadki, mamy potencjalną przemoc domową. Otóż, Ellen ma powody przypuszczać, że jej nowa sąsiadka, Lana Latch, jest maltretowana przez swojego męża, Russo. Dalej: Ellen niekoniecznie, wzorem bohaterki „Blink”, staje się celem niezidentyfikowanego osobnika, dlatego że była wyłącznie świadkiem jakiejś zbrodni. Jej prześladowca, jeśli istnieje, to najprawdopodobniej ta sama osoba, która odebrała jej wzrok. Jeśli istnieje. Z drugiej strony... Istnieje jeszcze jedna możliwość. Prawdopodobieństwo bardziej zbliżone do fabuły „Blink”. Ellen może jednak grozić niebezpieczeństwo dlatego, że jej zeznania mogłyby obciążyć oprawcę innej kobiety. Jej nowej sąsiadki, która zachowuje się dość zastanawiająco, żeby nie powiedzieć dziwnie. Tak, tylko czy na pewno patrzymy na prawdziwą Lanę? Bo to może być tylko wyobrażenie Ellen. Kobiety, która z racji swojej nowo powstałej niepełnosprawności, nie widzi rzeczy takimi, jakie naprawdę są, tylko w takim kształcie, jaki przybiorą w jej umyśle. A przecież twórcy nie pozostawiają nam wątpliwości (choćby scenka z papugą), że przynajmniej w niektórych momentach obieramy jej, zafałszowany, punkt widzenia. I nie zawsze wiemy, kiedy takie zjawisko następuje. Percepcja a rzeczywistość. Patrzymy, ale nie widzimy. Nie widzimy świata takiego, jakim on jest, bo każdy (?) patrzy na niego inaczej. Wszystko zależy od perspektywy. Jeśli rzeczywistość wydaje ci się szara, spokojnie możesz ją pokolorować. Nic nie stoi na przeszkodzie, by w twoich oczach świat wyglądał lepiej. Albo gorzej... Ellen Ashland po stracie wzroku, jeśli już, to skłania się bardziej w tę drugą stronę – swój świat maluje głównie czarną kredką. I trudno się temu dziwić, zważywszy na to, co straciła. Mowa o wzroku, ale z biegiem akcji staje się coraz bardziej jasne (nie tylko dla nas, ale również dla niej), że straciła również najlepszą przyjaciółkę, a nie można wykluczyć, że w ogóle wszystkich znajomych. Została sama. No chyba, że za wyjątek uznać jej brata, ale tutaj też można mieć wątpliwości. Bo kontakt telefoniczny i mailowy to za mało, by rozwiać jej poczucie osamotnienia w nagle bardzo nieprzyjaznym świecie. Starzy znajomi odeszli, ale ich miejsce zajął ktoś nowy. Ktoś, w kim Ellen znajduje oparcie. Komu może się zwierzyć, kto służy pomocą w jeszcze do niedawna tak prostych czynnościach domowych, których wykonywania Ellen teraz musi uczyć się na nowo. Jej nowy przyjaciel, zawodowy opiekun osób starszych i niepełnosprawnych, Clayton, cierpliwie uczy ją życia w nieprzeniknionych ciemnościach. To on pokazuje jej, jak rozproszyć ten mrok. Pokazuje jej potężną moc wyobraźni. Jej właściwie nieskończony, bezdenny zakres. A swoją naukę opiera na opowiadaniu Raya Bradbury'ego pt. „The Veldt” (pol. „Sawanna”, ze zbioru „Człowiek Ilustrowany”).

Powolna narracja skoncentrowana na postaciach (oczywiście najbardziej na Ellen Ashland) i przez większość czasu pozbawiona jakichś wybuchowych elementów. Ot, trudy dnia codziennego kobiety, która niedawno straciła wzrok. Nowa przyjaźń i podejrzane małżeństwo w najbliższym sąsiedztwie. I potencjalny napastnik. Tajemnicza jednostka starająca się wyrządzić krzywdę (pozbyć się?) pierwszoplanowej bohaterce. Wszystko to przedstawiono w bardzo minimalistyczny sposób, co dla mnie wadą nie było, ale oczywiście nastawiony na spektakularne (efekciarskie, dynamiczne) widowisko odbiorca pewnie inaczej się będzie na to zapatrywał. Istnieje jednak szansa – acz sądzę, że raczej niewielka – na to, że doceni on przynajmniej te drobne smaczki „wyświetlane w wyobraźni Ellen”. Te zabawy z percepcją. Zwłaszcza, że większość z tego może rodzić, jeśli już nie niepokój, to przynajmniej lekki dyskomfort emocjonalny. Płacząca kobieta leżąca na podłodze w mieszkaniu Ellen, wrogie spojrzenia rzucane głównej bohaterce przez jej przypuszczalnie maltretowaną sąsiadkę i oczywiście atak intruza, którego twarzy nie widzimy. Albo wszystko, albo tylko część z tego zachodzi jedynie w głowie Ellen. Ale też wszystko może dziać się naprawdę – tak, nawet ta płacząca kobieta, która dosłownie znika na naszych oczach, naprawdę mogła tam być. Włamać się do mieszkania byłej skrzypaczki, żeby sobie popłakać? A czemu nie? Czy ktoś jeszcze wątpi, że „Sightless” Coopera Karla to dreszczowiec, w którym wszystko może się wydarzyć? Tutaj nie ma rzeczy niemożliwych. I wszystko ma sens. Wszystko znajduje uzasadnienie, choć przynajmniej jedna rzecz może wydawać się ździebko naciągana. UWAGA SPOILER Że też głosu nie rozpoznała... Eee tam, dla chcącego nic trudnego. Parę lat ćwiczeń i voilà: mówisz wieloma głosami. Przy okazji: wątek brata Ellen nie został dopięty tak mocno jak pozostałe, więc i tutaj mogą narodzić się małe wątpliwości. Ale tylko jeśli uznać, że bohaterka po utracie wzroku nawiązała kontakt ze swoim bratem, a nie oprawcą. Przy tym drugim tłumaczeniu, niecodzienne położenie Ellen, przynajmniej w moich oczach, wypada bardziej wiarygodnie KONIEC SPOILERA. Chociaż dość mocno zaangażowałam się w burzliwe dzieje najwyraźniej coraz bardziej rozchwianej psychicznie kobiety (być może zmagającej się z zaburzeniem psychicznym, będącym następstwem traumy, jaką niedawno przeszła, i związanej z tym niepełnosprawności), to niestety nie wszystko szło gładko. Nie uniknęłam nudnawych chwil, co bolało tym bardziej, że były to chwile mające podkręcać napięcie. Samotne spacery Ellen po nowym mieszkaniu. Powolne, żeby nie rzec ślamazarne, ostrożne poszukiwania źródeł różnych niepokojących ją dźwięków. Głównie pod osłoną nocy. Dostatecznie mroczny, a za dnia całkiem posępny klimat, wzbogacany jeszcze z lekka depresyjnym nastrojem wynikającym z tekstu i dość klaustrofobiczną scenerią. Prawie cała akcja rozgrywa się pod dachem, głównie w mieszkaniu Ellen, ale choć wnętrza są raczej przestronne, to niepełnosprawność i w ogóle niechęć bohaterki do wychodzenia na zewnątrz, jej czasowe uzależnienie od innych w połączeniu z odpowiednią pracą kamer, rodziły we mnie poczucie ciasnoty, której tak naprawdę nie było. Tak, wszystko to - kolorystyka, korzyści wydobyte z miejsca akcji i emocje narzucane przez tekst - złożyło się na może nie niezapomnianą, ale na pewno dość nośną atmosferę. Aurę, w której - jeśli wiecie o co mi chodzi - dobrze się czułam. Nie najlepiej więc dobrze, czyli tak jak w thrillerze być powinno. O tyle o ile, bo pewnie lepsze zdanie o „Sightless” bym miała, gdyby rzecz wzmocniono. Ale i tak nie miałabym większym powodów do narzekań, gdyby więcej starań w kierunku wzmożenia napięcia skończyło się sukcesem (na moim przykładzie, bo pewnie nie każdy będzie na tych samotnych „przechadzkach” Ellen po mieszkaniu tak się nudził, jak ja). I gdyby wycięto ze scenariusza jedną rzecz. Jedno wyznanie, które pozbawiło mnie jednej niespodzianki w dalszej partii filmu. Jednej z największych. Nie bardzo rozumiem, po co aż tak jaskrawa wskazówka. Może scenarzysta miał na celu wprowadzić, albo raczej zintensyfikować, wrażenie niesamowitości. Doprowadzić jeszcze nieprzekonanych do przekonania, że to jeden z tych obrazów, które mnie zawsze zdają się mówić: „Witajcie w Strefie Mroku!”. Cóż, cokolwiek kierowało Cooperem Karlem przy rozpisywaniu tego drogowskazu, na mnie nie zadziałało. Żadnych korzyści, za to spora uciążliwość. Ale żeby nie było: pomysł na ten film doprawdy ciekawy. Powiedziałabym nawet, że jest to jakiś przynajmniej lekki powiew świeżości w tym gatunku. Dla mnie tylko po części zaskakujący, ale gwoli sprawiedliwości, dość długo trwałam w, jak się okazało, całkowitej niewiedzy. Tyle dobrego, że dość późno tę przeklętą wskazówkę wrzucono...

Sightless” to obiecujący początek filmowej kariery Coopera Karla. Tak w roli reżysera, jak scenarzysty. Jego pierwszy pełnometrażowy obraz, będący rozbudowaną wersją jego dotychczas jedynego dziełka, krótkiego filmiku z roku 2017 pod tym samym tytułem. Nastrojowy, przyjemnie minimalistyczny i całkiem pomysłowy thriller psychologiczny, z solidnymi aktorskimi występami Madelaine Petsch i Alexandra Kocha. Dla zwolenników wolniejszych narracji i niemałego skupienia na postaciach, myślę, będzie satysfakcjonującym wyborem. Może nie tak do maksimum, bo nie powiedziałabym, że jest to dreszczowiec zupełnie pozbawiony wad. Trochę zgrzytów w moim przypadku było, ale patrząc na całokształt... No, dobry thrillerek, dobry.

piątek, 9 października 2020

„Kłamstwo” (2018)

 

Jay odwozi swoją piętnastoletnią córkę Kaylę na obóz baletowy. Na przystanku autobusowym dziewczyna zauważa swoją najlepszą przyjaciółkę Britney. Zaprasza ją do samochodu, ale ich wspólna podróż nie trwa długo. Brit prosi o postój na kompletnym odludziu w celu opróżnienia pęcherza, a Kayla postanawia jej towarzyszyć. Niedługo po oddaleniu się dziewcząt, do Jaya dociera wrzask jego córki. Gdy mężczyzna do niej dobiega, Kayla mówi mu, że Britney spadła z mostu wprost do rwącej rzeki poniżej. Szybkie poszukiwania nastolatki wszczęte przez Jaya nie przynoszą rezultatu, więc mężczyzna postanawia wezwać policję. I wtedy Kayla wyznaje, że zepchnęła swoją przyjaciółkę z mostu. Chcąc chronić córkę Jay rezygnuje z zawiadamiania służb. Zamiast tego zabiera córkę do matki, jego byłej żony Rebekki. Kayla opowiada jej o strasznym czynie, którego właśnie się dopuściła, a po rozmowie z Jayem oboje decydują się uchronić córkę przed karzącą ręką wymiaru sprawiedliwości.

Blumhouse Productions przedstawia. Amerykański remake niemieckiego obrazu z 2015 roku pod tytułem „Wir Monster”. Wszystko zaczęło się od producentki Alix Madigan, która posiadała prawa do nakręcenia nowej wersji filmu „Wir Monster”. Z tym projektem zwróciła się do Veeny Sud, która bez dłuższej zwłoki przystąpiła do pisania scenariusza opartego na tamtym niemieckim przedsięwzięciu. Tekst zaakceptował Jason Blum, założyciel i dyrektor generalny firmy Blumhouse Productions, kojarzonej głównie z produkcją horrorów, tym razem jednak (nie po raz pierwszy zresztą) trafiło na thriller psychologiczny. Zdjęcia, pod dyrekcją Veeny Sud, ruszyły w styczniu 2018 roku w Toronto, choć umownie rzecz rozgrywa się w Stanach Zjednoczonych. Roboczo nadano temu projektowi tytuł „Between Earth and Sky”, ale potem przechrzczono go na po prostu „The Lie” (pol. „Kłamstwo”). Pierwszy pokaz odbył się we wrześniu 2018 roku na Toronto International Film Festival, ale do szerokiego obiegu film wpuszczono dopiero w październiku 2020 roku, na Amazon Prime Video.

Kłamstwo” Veeny Sud to klimatyczna opowieść o tym, do czego mogą posunąć się zdesperowani rodzice w obronie swojego dziecka. Zimowa sceneria, ponura kolorystyka, nieśpieszna narracja, dość intymna praca kamer, praktycznie bez „rozpraszających” efektów specjalnych – taki to film. Skromny, kameralny thriller psychologiczny o ludziach robiących wszystko, co w ich mocy, by ukryć zbrodnię, jakiej dopuściła się ich zaledwie piętnastoletnia córka. W tę ostatnią wcieliła się, znana choćby z „Obecności” Jamesa Wana i „Slender Mana” Sylvaina White'a, Joey King, która moim zdaniem warsztatem nie ustępowała zbytnio tak doświadczonego aktorowi, jak Peter Sarsgaard, kreującemu jej filmowego ojca, Jaya. Mireille Enos w roli Rebekki, matki Kayli i byłej żony Jaya, zresztą też może być dumna z tego występu. To znaczy, jeśli przymknie oczy na nieprzemyślane działania swojej bohaterki. Albo antybohaterki, to już każdy sam sobie musi rozsądzić. Na dobrą sprawę cała ta rodzinka, żeby tak rzec, nie zachowuje się zbyt mądrze. Bo działają pod wpływem silnych emocji, bo jedno z nich nie chce współpracować, bo wciąż pojawiają się nieprzewidziane okoliczności, które są zmuszeni łagodzić na szybko, bez zastanowienia. Jeden błąd prowadzi do kolejnego, a więc dekonspiracja niemisternego planu spanikowanych rodziców jest coraz bliższa. A przynajmniej tak może się wydawać. Koszmar amerykańskiej rodziny rozpoczyna się pewnego zimowego dnia. Przykryte grubą warstwą śnieżnego puchu odludzie, niewielki most, a pod nim rwąca, płytka rzeka. W takiej scenerii ginie nastoletnia Britney, a odpowiedzialna za jej śmierć jest też nastoletnia Kayli, jej rzekomo najlepsza przyjaciółka. Od tego zapożyczonego z „Wir Monster” Sebastiana Ko, motywu (niektórzy dopatrują się w tym inspiracji głośną sprawą Amandy Knox), rozpoczyna się koszmar Jaya i Rebekki. Jako że „Wir Monster” nie miałam okazji obejrzeć, nie jestem w stanie rozsądzić, w jakim stopniu późniejsza działalność Jaya i Rebekki pokrywa się z niemieckim pierwowzorem. Tak czy inaczej wszystko rozpoczyna się od decyzji Jaya, by nie informować policji o zbrodniczym czynie, jakiego dopuściła się jego córka, jedyne dziecko Kayla. Można się zastanawiać, dlaczego po prostu nie doniósł o nieszczęśliwym wypadku, ale z drugiej strony nie można zignorować stanu, w jakim wówczas znajdowała się Kayla. Trzeba brać pod uwagę, że mężczyzna nie mógł być pewny, że zszokowana dziewczyna podtrzyma tę fałszywą wersję wydarzeń. Więc Jay decyduje się na ucieczkę. W sprawę oboje wtajemniczają jedynie matkę Kayli i jego byłą żonę, Rebeccę, która pomimo wyraźnych wątpliwości, po krótkiej rozmowie przyznaje rację Jayowi, że najlepsze, co w tej sytuacji mogą zrobić to krycie córki. Najlepiej więc po prostu nie mieszać się w tę sprawę. Siedzieć cicho, a jeśli policja mimo wszystko zapuka do drzwi powiedzieć, że Kayli ostatnio nie widziała się z Britney. To mogłoby się udać, gdyby Kayli od początku współpracowała z „przebiegłymi” rodzicami. Ale nie. Dziewczyna odmawia rozmowy z zaniepokojonym ojcem Britney i cały „misterny” plan Jaya i Robekki zaczyna się sypać. A ich próby ratowania sytuacji jeszcze ją pogarszają. Warto zaznaczyć, że „Kłamstwo” porusza problem nieufności, wręcz wrogości niektórych przedstawicieli amerykańskich organów ścigania w stosunku do obcokrajowców (ojciec Britney jest imigrantem), co wpisuje się w ostatnio (w 2020 roku) zaognioną walkę z rasizmem toczoną na ulicach Stanów Zjednoczonych. „Kłamstwo” powstało wcześniej, ale jak podkreśla Veena Sud w swoich wypowiedziach na temat owego filmu, ten problem istniał przecież już wcześniej. Problem obcokrajowców i ludzi z innym kolorem skóry niż biały z tym, jak go nazywa: „głęboko wadliwym tak zwanym wymiarem sprawiedliwości”.

(źródło: https://wherever-i-look.com/)

Kłamstwo” zostało nakręcone w preferowanym przeze mnie, z roku na rok coraz częściej wykorzystywanym, stylu, który pod pewnymi względami jest swego rodzaju odświeżeniem starego. Czyli koncentrujemy się na klimacie, fabule i bohaterach. Powolne budowanie napięcia, dawkowanie emocji, i niewielkie wspomaganie efektami specjalnymi. Jeśli chodzi o to ostatnie to w „Kłamstwie” zobaczymy zaledwie odrobinę substancji imitującej krew (dodatek praktyczny, nie komputerowy) i minimalistyczną charakteryzację Britney już po jej śmierci. Śmierci, która wepchnie całą trzyosobową amerykańską rodzinę na przestępczą ścieżkę. Kayli, czy tego chce, czy nie, pociągnie za sobą rodziców. Jay i Rebecca praktycznie od początku będą zamieszani w jej zbrodnię w stopniu wystarczającym do zapewniania im długiej odsiadki. O ile ich kłamstwa wyjdą na jaw... UWAGA SPOILER Swoją drogą ciekawy chwyt – ta szybka migawka zwłok leżących na zaśnieżonym brzegu rzeki. Niejednego widza może wywieść w pole, odciągnąć od przygotowanego na koniec zwrotu akcji, ale ja szczerze mówiąc niestety nie dałam się zwieść. Wierzcie lub nie, ale już tytuł filmu naprowadził mnie na ten trop, a zachowanie Kayli tylko utwierdzało mnie w tym przekonaniu. Poza tym nie umknęło mi, że widok ciała Britney był jedynie wyśniony przez Rebeccę, obawiam się jednak, że niektórzy mogą ten fakt przegapić, a w efekcie niesłusznie posądzić twórców o oszustwo najgorszego sortu. Czyli takie, które stoi w jawnej sprzeczności z zakończeniem. Do tych hipotetycznych osób: przyjrzyjcie się raz jeszcze, a zobaczycie, że wszystko pięknie się składa. Choć motywacja Britney jest trochę naciągana KONIEC SPOILERA. Nie sądzę, żeby w oczach zaprawionych w dreszczowcach odbiorców, wizja przedstawiona w „Kłamstwie” czymś nadzwyczajnym się wyróżniła. Oczywiście mowa też o osobach, które nie widziały jeszcze „Wir Monster” Sebastiana Ko, niemieckiego pierwowzoru tego amerykańskiego thrillera o zbrodni i próbach uniknięcia kary. Kary dla swojego dziecka, a potem już też dla siebie, bo przynajmniej za ukrywanie przestępstwa wyrok się należy. Przynajmniej... Sytuacja bowiem coraz bardziej się zaognia. Jay i Rebecca składają fałszywe zaznania i to takie, które pozbawiły mnie resztek sympatii do tych ludzi. Wcześniej jeszcze byłam w stanie ich zrozumieć – nie usprawiedliwiałam, nie pochwalałam, ale nie odbierałam ich jeszcze jak antybohaterów. Po prostu zwyczajnych, może nawet dobrych ludzi, którzy z troski o własne dziecko popełniają, delikatnie mówiąc, głupstwa. Robią coś zdrożnego, żeby ocalić córkę. Przed poprawczakiem albo nawet więzieniem. I choć Kayli nie zaskarbiła sobie mojej sympatii (ciekawe dlaczego?), to tak, przyznaję, że potrafiłam postawić się na miejscu jej bliskich. Nie wiem, co sama zrobiłabym w podobnych okolicznościach – to pytanie, chociaż nie tyle wprost, ile między słowami, najgłośniej wybrzmiewa z „Kłamstwa” - ale faktem jest, że jeszcze wtedy nie patrzyłam na nich tak zwanym złym okiem. Dopiero później się od nich odsunęłam. Odkrywając przy okazji, że wcześniej mimo wszystko, w głębi ducha nie życzyłam im źle. Twardo przy nich nie stałam, ale nie widziałam powodów, żeby życzyć im długiej odsiadki. Ale potem... Czy na ich miejscu postąpilibyście podobnie? UWAGA SPOILER Czy staralibyście się wrobić niewinnego człowieka? W zbrodnię, która jak się okazuje - a czego część z Was, pewnie jak ja, bez trudu się domyśli – się nie dokonała. Ale oni o tym przecież nie wiedzieli KONIEC SPOILERA. Wątpię, żeby wielu się na to zdobyło. A przynajmniej mam (głupią?) nadzieję, że tej granicy i ja, i Wy byśmy za żadne skarby nie przekroczyli. Jay i Becca stanęli pod ścianą, to fakt, ale faktem też jest, że wybrali najgorszą z możliwych dróg wyjścia z tej matni. W dodatku bardzo niepewną, ale z drugiej strony, czy w ogóle istniała jakaś pewna? Mniej podła, owszem, ale bezpiecznego sposobu na zażegnanie nieprzewidzianego kryzysu, ja też nie nie dostrzegałam. Nie, wchodząc w ich skórę. Ale tak normalnie... Część widzów pewnie nie będzie mogła nadziwić się ich bezgranicznej głupocie. Sama nieraz w duchu krzyknęłam: co wy wyrabiacie? Ale trzeba podkreślić, że mój punkt widzenia ewidentnie nie był po myśli twórców. Ich zamiar był inny i, jak wnoszę z opinii innych widzów, na tym polu częściowy sukces już odnieśli, więc można spokojnie założyć, że to grono będzie się powiększać. To drugie też. To, do którego ja niestety również się wpisuję. Bo prawdę mówiąc trochę zazdroszczę tym, którzy obrali i dopiero obiorą tę, moim zdaniem lepszą perspektywę, ponieważ dającą więcej możliwości, rodzącą szanse na większe i pewnie silniejsze emocje (co nie znaczy, że w każdym przypadku na pewno tak będzie). Ale w sumie i za te emocje jestem twórcom „Kłamstwa” wdzięczna. I chociaż jeszcze nie widziałam, to twórcom „Wir Monster” także, ponieważ bez niego ten nastrojowy i dość wciągający amerykański thriller psychologiczny, na pewno by nie powstał. Bo to końcu remake.

Skromny dreszczowiec od Blumhouse Productions. Znanej marki oraz mniej znanej reżyserki i scenarzystki Veeny Sud, która przynajmniej na razie większe doświadczenie ma w serialach niż w filmach pełnometrażowych. Takich jak „Kłamstwo”, amerykańska wersja niemieckiego obrazu w reżyserii Sebastiana Ko. Obrazu pod tytułem „Wir Monster”, który premierę miał trzy lata przed powstaniem tego tu, moim zdaniem godnego uwagi filmu o panicznych próbach zatuszowania zbrodni dokonanej przez nastoletnią dziewczynę. Uporczywych staraniach w kierunku ratowania własnego dziecka przed konsekwencjami prawnymi. Przez ludzi dotychczas toczących w miarę uporządkowane, choć od jakiegoś czasu osobne żywoty. Czyściutki, stylowy dom, w którym toczy się spora część akcji, smacznie kontrastuje z zamieszaniem, coraz większym rozgardiaszem w umysłach (anty)bohaterów, co było celowym zabiegiem reżyserki, która jak sama mówi, lubi zestawiać na ekranie przeciwstawne elementy. I moim zdaniem dobrze jej to wychodzi. To i trochę innych rzeczy, z ponurą atmosferą na czele. Tak, tak, cała ekipa się napracowała, nie tylko kierowniczka tego nieefekciarskiego dreszczowca. Skromnej produkcji przede wszystkim dla ludzi ceniących sobie wolniejsze klimaty. Proste historie o ludziach, którzy starając się wybrnąć z ciężkiej sytuacji, tylko coraz bardziej się pogrążają. Zwolennikom takich thrillerów mogę „Kłamstwo” Veeny Sud polecić. Aczkolwiek niegorąco.

środa, 7 października 2020

„Intersect” (2020)

 

Po latach pracy zaprzyjaźnieni młodzi naukowcy z Uniwersytetu Miskatonic, doktor Ryan Winrich, doktor Caitlin Webb i doktor Nathan Beaumont, mogą wreszcie ogłosić światu, że stworzyli pierwszy w historii ludzkości wehikuł czasu. Oni i ich nieżyjący już mentor, profesor Bill Marshall, z którym los połączył ich jeszcze w dzieciństwie. Ich cudowny wynalazek ma jednak jeden feler – może przenosić w czasie jedynie rzeczy martwe. U żywych stworzeń następuje szybki rozpad komórek, a młodzi wynalazcy nie wiedzą, jak to poprawić. Nie zamierzają jednak się poddać. Nie spoczną, dopóki nie wymyślą sposobu na podróżowanie ludzi w czasie.

W 2013 roku Gus Holwerda stworzył film dokumentalny pod tytułem „The Unbelievers” o znaczeniu nauki we współczesnym świecie. Do projektu zaprosił między innymi Stephena Hawkinga, Richarda Dawkinsa i Lawrence'a Kraussa. Wcześniej Holwerda nakręcił tylko dwa shorty, a potem przystąpił do prac nad swoim debiutanckim pełnometrażowym filmem fabularnym, thrillerem science fiction zatytułowanym „Intersect”, którego scenariusz napisał sam, oddając w nim hołd Howardowi Phillipsowi Lovecraftowi i Herbertowi George'owi Wellsowi. Właściwie to „Intersect” jest uznawany za członka Lovecraftian horror, jak sama nazwa wskazuje, podgatunku inspirowanego twórczością H.P. Lovecrafta, horroru kosmicznego, szczególny nacisk kładącego na nadnaturalny klimat, suspens i kwestie psychologiczne.

Historia, z którą zapoznajemy się od końca. Doprawdy interesujący pomysł. I ryzykowny, ponieważ przy narracji wstecznej bardzo łatwo o odebranie ciekawskiemu odbiorcy motywacji do oglądania. Bo w końcu z końcówką tej opowieści zapoznajemy się już na początku. Co więcej, uważny widz, chwilę później zapewne domyśli się, co konkretnie przypieczętowało los bohaterów. Jakiego rodzaju wydarzenie było bezpośrednią przyczyną tragedii. Zakładałam, że ten pozorny finał i zarazem prolog, znajdzie dalszy ciąg, ale jeśli już (a nie obiecuję, że tak się stanie), to najpewniej dopiero w ostatnich minutach seansu. Póki co cofamy się... w czasie. Tak, oglądamy film oparty na sprawdzonym motywie przenoszenia się w czasie i jednocześni sami w czasie podróżujemy. Gus Holwerda w ten zmyślny, nieprzekombinowany sposób dostosował formę do treści. Dzięki temu trochę na własnej skórze mogłam odczuć efekty długoletniej pracy młodych naukowców z Uniwersytetu Miskatonic. Fikcyjnego uniwersytetu stworzonego przez wielkiego H.P. Lovecrafta. Którego, swoją drogą, pełne imiona też padną w „Intersect”. Będzie również o H.G. Wellsie, autorze między innymi najważniejszej powieści o podróżowaniu w czasie w historii świata, czyli oczywiście „Wehikule czasu”. Ale to potem. Najpierw cofniemy się do momentu zakończenia pierwszej fazy przełomowego projektu rozpoczętego przez bohaterów lata wcześniej. Doktorów Ryana Winricha, Caitlin Webb i Nathana Beaumonta – „trzech muszkieterów”, których jeszcze w okresie nastoletnim połączyła nierozerwalna przyjaźń. W dorosłe wersje tych pierwszych wcielili się Jason Spisak i Leeann Dearing, którzy, czy to za podszeptem reżysera, czy z własnej inicjatywy, nierzadko wpadają w denerwującą teatralność. Cóż za dramatyzm, cóż za egzaltacja... Moim zdaniem o wiele lepiej wypadł Abe Ruthless, kreujący niespełna trzydziestoletniego Nathana. Kawalarza, człowieka, który nawet sprzecza się z humorem (jego bronią ironia i sarkazm), ale niech nikogo nie zmyli ta poza lekkoducha, bo Nate inteligencją nie ustępuje swoim „smutnym najbliższym przyjaciołom”. Cała ta trójka została obdarzona genialnymi umysłami, które jeszcze kiedy byli nastolatkami dostrzegł, też nadzwyczaj inteligentny, wykładowca z Uniwersytetu Miskatonic, profesor Bill Marshall. Szalony naukowiec? Klasyczny burzyciel, tak mocno kojarzony z gatunkiem science fiction? To się okaże. W pierwszej partii „Intersect” tego mężczyzny nie ma już wśród żywych, ale z rozmów bohaterów wynika, że to jemu zawdzięczają wszystko, co osiągnęli. Bez niego nie byłoby wehikułu czasu – historycznego wynalazku, który przynajmniej na razie może przenosić w czasie jedynie rzeczy martwe. To znaczy żywe stworzenia też może, tylko że gdzieś po drodze następuje nieodwracalny rozpad komórek. Młodzi naukowcy wciąż się nad tym głowią. Na wszelkie możliwe sposoby starają się rozwiązać... problem? Oni tak na to patrzą. Ich celem jest stworzenie maszyny, która przenosiłaby w czasie ludzi, a nie przedmioty, jak to ma miejsce obecnie. Odbiorcy „Intersect” natomiast najprawdopodobniej nie będą mieli najmniejszych wątpliwości, że projekt powinien zostać natychmiast przerwany. Że dalsze prace nad wehikułem czasu sprowadzą na młodych naukowców (i możliwe, że wielu innych) śmiertelne niebezpieczeństwo w postaci... czegoś. Czegoś nie z tego świata. Ze świata H.P. Lovecrafta? W teorii może i tak, ale mam poważne wątpliwości, czy tak jest w praktyce. Efekty komputerowe, plastikowe CGI, to nie jest coś, co pozwala mi poczuć się, jak w koszmarnym, specyficznym uniwersum niby żywcem wyjętym z prozy Samotnika z Providence. Gdzie pulsujące, oślizgłe, gąbczaste cielska, które zawsze mam przed oczami obcując z tak zwaną Mitologią Cthulhu? Nie ma. Zamiast tego są pikselowe, wygładzone, błyszczące wręcz twory, które - czego chyba nie trzeba dodawać - realistycznego wrażenia bynajmniej na mnie nie robiły. Twory, które mogą być przybyszami z innym planet, z innej czasoprzestrzeni, z oceanicznych głębin, mogą być Holwerda'owską wersją Wielkich Przedwiecznych, ale równie dobrze mogą nie istnieć. Główny bohater „Intersect”, doktor Ryan Winrich, może wszak widzieć rzeczy, których nie ma.

(źródło: https://twitter.com/gusholwerda)

Ci, którzy spodziewają się ogromnego skupienia na motywie podróżowania w czasie, mogą się mocno rozczarować pierwszym pełnometrażowym fabularnym obrazem Gusa Holwerdy. Przypuszczam, że lepiej w „Intersect” odnajdą się osoby oczekujące bardziej psychologicznych klimatów. Czysta fantastyka naukowa oczywiście też się w filmie odzywa. I to dosyć donośnym głosem. Ale kiedy już przebrniemy przez mnie osobiście niesamowicie nużącą i irytującą paroma patetycznymi, uduchowionymi, przedramatyzowanymi występami (w mowie i gestach), niektórych członków obsady, pierwszą partię filmu, przekonamy się, że Holwerda chciał przede wszystkim opowiedzieć o ludziach, którzy jak już wiemy dokonają czegoś wielkiego. Choć niekoniecznie dobrego. O genialnych dzieciakach, dla których nie ma rzeczy niemożliwych, które nie boją się marzyć. I to się nie zmienia, gdy przekraczają tę magiczną granicę między dzieciństwem a dorosłością. Najlepsze w mojej ocenie przychodzi później. Albo wcześniej, zależy jak na to patrzeć. W każdym razie w tym „puszczonym od tyłu obrazie”, najgodniejsza zobaczenia była dla mnie odleglejsza przeszłość trójki naukowców. Ze wskazaniem na Ryana Winricha, chłopca wychowywanego już tylko przez matkę. Chłopca prześladowanego przez szkolnych łobuzów (w roli szefa bandy znakomity Jacob Lacy z hipnotyzującym, niesamowicie melancholijnym, rozmarzonym spojrzeniem) pokroju Henry'ego Bowersa i jego świty. Porównanie nie jest przypadkowe, ponieważ śledząc młodzieńcze losy przypominającego mi Bena Hanscoma Ryana, Caitlin i Nathana (bardzo dobre kreacje stosownie Dartagnana Driscolla i Kelcey Blight, ale największe wrażenie zrobił na mnie Ryan Adelson – wspaniały dzieciak!) myślałam głównie o „To” Stephena Kinga. Do klimatu tamtej kultowej powieści „Intersect” jeszcze sporo brakuje, ale wystarczyły mi te pastelowe barwy, to pozornie sielskie otoczenie, z którego wypływa jakaś nadnaturalna, niesprecyzowana energia, która stopniowo będzie nabierać wyrazistego kształtu (formować się w... coś). Retro klimacik jest, choć bez wątpienia można było wypracować dużo bardziej plastyczny obraz starych, (nie)dobrych czasów. Lepszych dla kina grozy, co w pewnym sensie pokazuje Gus Holwerda w swoim „Intersect”. Zderza te dwa światy – dawne (o tyle i ile) i dzisiejsze oblicze kina. Nastrojowe i plastikowe. Generalizując, rzecz jasna, bo każdy wie, że nie wszystkie współczesne horrory i thrillery to efekciarskie, płaskie, ugrzecznione, połyskujące, skoczne filmidła. Zresztą „Intersect” też trudno nazwać nieefekciarskim obrazem i dotyczy to także, a może nawet przede wszystkim, moim zdaniem najbardziej klimatycznej, najmniej plastikowej (plastik uwidacznia się wyłącznie w generowanych komputerowo koszmarkach) części „Intersect”. Całej środkowej partii, która poza wszystkim innym rozwiała moje obawy wynikające z nietradycyjnej narracji obranej w scenariuszu. Okazało się, że Gus Holwerda nie wpadł w pułapkę formy, że wcale nie jest tak, iż już na początku wiemy wszystko, co wiedzieć trzeba. Że znamy wszystkie tajemnice historii śmiałych naukowców działających z ramienia Uniwersytetu Miskatonic, ponadprzeciętnie inteligentnych ludzi z wizją. Wizją, którą będą z uporem wcielać w życie. A więc prostą drogą zmierzać ku zagładzie własnej czy nawet całej ludzkości? Tak myślimy. I wierzy w to także ich zaprzysięgły wróg, religijny fundamentalista, maniak grzmiący, że nauka to ZŁO, narzędzie Szatana, które należy natychmiast odrzucić. W przeciwnym razie ludzkość przepadnie na tym i na tamtym świecie. To tak na marginesie, bo przede wszystkim Gus Holwerda mówi o wieloletniej przyjaźni gotowej do wszelkich poświęceń. O tym, jak trwała więź może narodzić się już w dzieciństwie (tutaj okresie nastoletnim) i do czego może to doprowadzić w przyszłości. Co się z takiej przyjaźni geniuszy może narodzić. Pod mimowolnym przewodnictwem wielkiego pisarza H.G. Wellsa. I dobrowolnym kierownictwem wykształconego, oczytanego, błyskotliwego profesora, łowcy młodych talentów, któremu bohaterowie „Intersect” zawdzięczają... swój upadek? A co z kwestią halucynacji Ryana Winricha? Jak ta ewentualność ma się do całej reszty? Jak dopasować tę możliwość do wehikułu czasu, który niezaprzeczalnie stworzył wraz ze swoimi przyjaciółmi? Co dolega temu człowiekowi, i czy w ogóle ma jakiś problem natury psychicznej? A może to profesor Bill Marshall, jego mentor, przewodnik po świecie nauki, tkwił w szponach największego szaleństwa. Niszczącej obsesji, którą zaraził młode duszyczki. Jasne odpowiedzi padną, ale już samo zamknięcie tej historii może rozczarować osoby lubiącej mieć wszystko dokładnie objaśnione. Gus Holwerda, na szczęście dla mnie, pozostawia dość szerokie pole dla wyobraźni cierpliwego widza. Bo „Intersect” istotnie wymaga cierpliwości i nie dlatego, że seans zajmuje blisko dwie godziny. To znaczy nie tyle długość „Intersect” jest problemem, tylko zbytnie rozwleczenie wątków „o niczym”. W moim odbiorze męczących, przegadanych i przedramatyzowanych kawałków z dorosłego życia młodych wizjonerów z uniwersytetu H.P. Lovecrafta. Przydałoby się też – boleśnie mi tego brakowało – częściej i lepiej celować w charakterystyczny klimat ponadczasowej twórczości Samotnika z Providence. Więcej Lovecrafta po prostu, a mniej „hollywoodzkiego zacięcia”. Ale ogólnie zniosłam tę raczej nieskomplikowaną wizję całkiem nieźle.

Odbiorcy „Intersect”, pełnometrażowego fabularnego debiutu, tak w roli reżysera, jak scenarzysty, Gusa Holwerdy, amerykańskiego thrillera science fiction, są podzieleni. Jak na razie głównie na dwa bardzo, wręcz skrajnie odległe w ocenach tego konkretnego tytułu, obozy. Tymczasem ja wpisuję się do jednej z tych, póki co, mniejszych grup. W moich oczach ten, niestety w niezbyt dużym stopniowo nawiązujący do twórczości H.P. Lovecrafta, czyniący też ukłony w stronę innego wielkiego pisarza, specjalizującego się w fantastyce, H.G. Wellsa, zasadniczo dość skromny, acz niepozbawiony efekciarstwa, wypadł trochę lepiej niż przeciętnie. Bywało ciężko, ale kiedy już przeniosłam się do przeszłości, wrażenia uległy znaczącej poprawie. Czasy narodzin wielkiej przyjaźni – tutaj moim zdaniem tkwi cała esencja tego filmu niekoniecznie dla ludzi szukających typowej próbki współczesnego kina science fiction. Bo mam wrażenie, że warstwa dramatyczna/obyczajowa/psychologiczna jest szersza niż zazwyczaj to bywa w tego rodzaju produkcjach filmowych. A na pewno tych świeższej daty.

poniedziałek, 5 października 2020

„Więź” (2020)

 

Zamierzający wkrótce się pobrać Francesco i Emma przybywają wraz z córką kobiety Sofią do rodzinnego domu mężczyzny w Apulii w południowych Włoszech. Wielkiego starego domu, w którym obecnie mieszka tylko matka Francesco, Teresa i jej służąca. Religijne kobiety zajmujące się ziołolecznictwem, które ku wielkiemu niezadowoleniu Emmy wciągają jej córkę w swoją podejrzaną działalność. Wkrótce mała Sofia zapada na tajemniczą chorobę. Francesco jest przekonany, że dziewczynka padła ofiarą klątwy i że tylko Teresa może jej pomóc, ale Emma nie daje wiary tym opowieściom. Poza tym nie chce, żeby jej przyszła teściowa zbliżała się do Sofii, bo widziała już dość, by nabrać pewności, że ta zabobonna kobieta ma szkodliwy wpływ na jej córkę.

Pełnometrażowy debiut reżyserski Domenico Emanuele de Feudisa, włoski horror nastrojowy pod tytułem „Więź” (oryg. „Il legame”, międzynarodowy: „The Binding”), powstał w oparciu o scenariusz, który napisał wespół z Daniele Coscim i Davide Orsinim. Jednakże historię wymyślił już tylko z Coscim, czerpiąc przy tym z bogatego folkloru południowych Włoszech, ale i nie unikając sprawdzonych motywów kina grozy. Dystrybucja „Więzi” rozpoczęła się na początku października 2020 roku na platformie Netflix.

Wiekowa rezydencja w zacisznej okolicy. Podejrzani mieszkańcy. Tajemnicza choroba. Potencjalna klątwa. Możliwość opętania niewinnej istoty przez jakąś siłę nieczystą. Rodzinne sekrety. Domniemany okultyzm i postać w bieli. Aha, i obrzydliwa tarantula. Jak widać pierwszy pełnometrażowy obraz Domenico Emanuele de Feudisa, „Więź”, wykorzystuje wielokrotnie już wałkowane tematy. Motywy kojarzone głównie z horrorem paranormalnym, w tym przypadku niekoniecznie jednak spotkamy się z taką interpretacją nietypowych wydarzeń zachodzących w słonecznej Apulii. Fabuła „Więzi” rozwija się powoli i choć nie brakuje dowodów na obecność nadnaturalnego, to w tym długim rozwinięciu odzywają się też sygnały świadczące za bardziej przyziemną interpretacją przynajmniej w zamiarze zagadkowych wydarzeń zachodzących w domu Teresy. Innymi słowy, twórcom zależało byśmy brali pod uwagę różne możliwości. Niczego kategorycznie nie odrzucali. Nawet tego, że przyszły mąż głównej bohaterki, Emmy, należy do spisku w rodzaju tego z „Dziecka Rosemary”. Czyli będzie o Antychryście? A może o demonie opętującym małą dziewczynkę? Czyli jak w „Egzorcyście”? A może córkę Emmy, Sofię, dopada nie taka znowu najzwyczajniejsza choroba? Choroba celowo wywołana przez Teresę, matkę Francesco, aktualnego partnera Emmy? A jeśli tak, to kimże, u diabła, jest postać w bieli przechadzająca się między drzewami, w pobliżu imponującej, ale dość dotkliwie nadszarpniętej już zębem czasu, rezydencji Teresy? Z najwyższą ochotą przystąpiłabym do szukania odpowiedzi. Gdybym tylko dostała jakiś silniejszy impuls... Wszystkie czynione przez scenarzystów próby odwrócenia mojej uwagi od istoty scenariusza były nieskuteczne. Robiono to tak nachalnie, tak siłowo, że w sumie równie dobrze można by było wywiesić tabliczkę z napisem „Uwaga, błędny trop”. Na jedno by wyszło. Naprawdę szkoda, że na gruncie tekstowym tajemnica przedstawia się tak nietajemniczo, ponieważ w mojej ocenie udało się stworzyć odpowiedni klimat właśnie pod taką tajemniczą opowieść z dreszczykiem. No dobrze, efekt i w tym przypadku mógłby być dużo lepszy, ale jak na dzisiejsze standardy kina grozy, jest całkiem mrocznie (w niektórych momentach nawet nazbyt mrocznie – niewiele widać) i ponuro. Nawet za dnia ta słoneczna kraina, do której to po raz pierwszy zawitały Emma i jej mała córeczka Sofia, prezentuje się dość posępnie. Barwy są odrobinę przygaszone, lekko wyciszone, nie tak jaskrawe, jak można się spodziewać w ciepły letni dzień. W sekwencjach nocnych szczędzono natomiast sztucznego oświetlenia. Ciemności nie są zbyt mocno rozpraszane i co ważne najczęściej nie odbywa się to kosztem znacznego ograniczenia widzenia odbiorcy, ale i takie – sporadyczne – momenty się zdarzają. Ciemności, w których nie sposób dopatrzeć się wszystkich najbardziej koniecznych szczegółów. Scenariusz „Więzi”, jak już nadmieniłam, rozwija się nieśpiesznie. I choć jego autorzy w moim odbiorze, pomimo starań, nie potrafili wykrzesać z tej historii jakiejś frapującej zagadkowości, to muszę im oddać zadowalające skupienie na postaciach. Tutaj też oczywiście można było pójść dalej, zaserwować widzom dużo większe pogłębienie tak osobowości najważniejszych sylwetek, jak zależności pomiędzy nimi. Interakcje międzyludzkie, choć niedoskonale prowadzone, obok klimatu, były głównym powodem mojego trwania przed ekranem. Nie byłam ciekawa, jak to się rozwinie, bo to już wiedziałam (poza paroma szczegółami, które przedstawiono, jak jakieś potężne rewelacje, ewidentnie miały mocno zaskakiwać, ale nie sądzę, żeby tak banalne zagrania wzruszyły przynajmniej długoletnich fanów gatunku). Nie, żadne tam szukanie, ewentualnie czekanie na odpowiedzi, tylko zwykłe zaangażowanie w ludzkie mniej i bardziej ciężkie przejścia. Ludzkie dramaty w spokojnym, poniekąd odizolowanym zakątku w południowej części Włoch. W niszczejącym, ale wciąż robiącym wrażenie, przepastnym domiszczu należącym do cichej starszej kobiety, która bez wątpienia ma coś do ukrycia. Główna bohaterka filmu Emma, będzie utwierdzać się w przekonaniu, że to religijna maniaczka, która zabawia się w znachorkę. Stosuje średniowieczne metody leczenia, które ku jej przerażeniu zaczyna praktykować również na jej córce. Małej Sofii, która krótko potem zaczyna mocno niedomagać. Delikatnie rzecz ujmując.

(źródło: https://www.heavenofhorror.com/)

Do obsady „Więzi” nie mam żadnych zastrzeżeń. Mia Maestro w roli Emmy, Riccardo Scamarcio jako Francesco, Mariella Lo Sardo w postaci Teresy, a nawet młodziutka Giulia Patrignani (żeby wymienić tylko tych ważniejszych) całkowicie mnie przekonali. Nie trafiły im się wprawdzie wiele wymagające, zapadające w pamięć role, już prędzej horrorowe stereotypy, ale moim zdaniem każdy z nich (i wszyscy pozostali) ze swojego nieambitnego zadania się wywiązał. Standardowe rysy osobowości to już wina scenarzystów. Albo zasługa – zależy na jakiego rodzaju kino się nastawimy. Jeśli lubimy proste, konwencjonalne opowieści z dreszczykiem, które na dodatek zdecydowanie chętniej grają atmosferą niż efektami specjalnymi, to po pełnometrażowy debiut Włocha Domenico Emanuele de Feudisa (w oryginale film włoskojęzyczny) możemy (nie)spokojnie sięgnąć. Rewelacji lepiej się nie spodziewać, ale jeśli tęskni się za takim bardziej klasycznym podejściem do gatunku, to ma się szansę przynajmniej na bezbolesne, żeby nie rzec odprężające, pratrzydło. Coś dla zabicia czasu. Z gatunku „obejrzeć i zapomnieć”. Przynajmniej. Ja w każdym razie mniej więcej takie minimum dostałam. Niedokładnie, bo zniechęcenie od czasu do czasu mnie dopadało. Nie nazwałabym tego cierpieniem, ale zdarzało się, że traciłam całe zainteresowanie. Odbiegałam gdzieś myślami, a gdy po chwili wracałam, trochę wysiłku musiałam włożyć w odzyskanie rytmu. Pisząc o rytmie nie mam na myśli kompletnego wejścia w świat przedstawiony w „Więzi”. Wsiąkania w tę nawet mroczną opowieść o potencjalnie nawiedzonym miejscu (domu i jego okolicach) i przynajmniej pozornym opętaniu przez jakąś nieznaną istotę. Nie, aż tak to dziełko mnie nie pochłaniało. Ot, niezbyt trzymający w napięciu (właściwe to prawie wcale), niewymagający myślenia, skromny spektakl bez pretensji do czegoś wyróżniającego się na tle dzisiejszych nastrojówek. Chociaż... Jest prawdopodobne, że odniesienia do folkloru, wierzeń z południowej części Włoch miały być takim charakterystycznym swego rodzaju odstępstwem od utartych reguł. Że scenarzyści chcieli w ten sposób wynieść doskonale znane fanom kina grozy motywy na jakiś nowym poziom. Zrobić coś innego z czegoś sprawdzonego. Zderzenie tradycji z czymś niepospolitym. Innowacyjnym? Tak mocnego słowa raczej bym nie użyła, chociaż istotnie nie spotkałam się jeszcze z takim przedstawieniem UWAGA SPOILER motywu opętania/duchowego spętania, z egzorcyzmami włącznie. Ugryzienie przez wielkiego, włochatego pająka??? To ja już wolałabym żeby opętał mnie Pazuzu. Mniej traumatyczna perspektywa. Demona nie ma – już raczej jakaś nieczysta energia przywołana przez też „zawłaszczoną” kobietę z krwi i kości KONIEC SPOILERA. Cała ta treść na ekranie nie zyskuje jednak jakiegoś niezwykłego wymiaru. Nie widziałam większych starań w kierunku uwypuklenia tych świeższych pierwiastków, czy to przez jakieś techniczne smaczki, czy nawet tak pożądane przeze mnie rozwinięcie, dokładniejsze omówienie wspomnianych zjawisk zachodzących na ekranie. Bez większej gwałtowności – „Więź” nie atakuje widza upiornymi, makabrycznymi obrazkami. Chyba że za takowe uznać zamglone oczy, płytkie cięcia również na twarzy, gałęziaste cienie przemykające tuż pod skórą, dość mocno odchyloną w tył głowę potencjalnie opętanej dziewczynki i ujęcie z wyciąganiem czegoś z gardła rodem z „The Ring” Gore'a Verbinskiego. Może i brzmi to strasznie, ale wierzcie mi, wygląda to bardzo skromnie. I nie miałabym nic przeciwko takiemu minimalistycznemu ujęciu rzeczy, gdyby cały ten teoretycznie koszmarny ciąg wydarzeń obłożono potężniejszym ładunkiem emocjonalnym. Bo jak już wspomniałam ekipa techniczna pod przewodnictwem Domenico Emanuele de Feudisa z dawkowaniem napięcia nie poradziła sobie zbyt dobrze. Tak czy inaczej, na mnie ich starania – bo takowe były – nie odniosły spodziewanego efektu. Od czasu do czasu jedynie coś drgnęło. Ot, znikoma podnieta. Los bohaterek nie był mi jednak zupełnie obojętny. Dość chętnie towarzyszyłam tym w gruncie rzeczy typowym postaciom (dopasowanym do niezliczoną już ilość razy wykorzystywanych modeli w kinie grozy) i chyba można powiedzieć, że obawiałam się o ich los. Ale... Ale to, co twórcy pokazali mi pod koniec sprawiło, że (straszne, wiem) zmieniłam zdanie. To było coś. Coś tak depresyjnego, tak druzgocącego... UWAGA SPOILER Coś, co prysło jak bańka mydlana. Potem co prawda próbowano nadać temu jeszcze gorzkawy ton, przywołać jakąś groźbę, ażeby nie było aż tak słodko, ale czy taki banał może wynagrodzić wcześniejsze tchórzliwe wycofanie się z iście tragicznego obrotu wydarzeń? Ucieczkę przed mocnym, dość wstrząsającym uderzeniem? I to nie jednym. Dobrze, może to też banał, ale zadziałał. Czego nie mogę powiedzieć o tej rozpaczliwej próbie „podratowania sytuacji” zaraz po rozczarowującym sfinalizowaniu walki o dziecięcą duszę, tuż przed napisami końcowymi KONIEC SPOILERA.

Raczej nijaki to film. To pierwsze pełnometrażowe reżyserskie przedsięwzięcie włoskiego twórcy, Domenico Emanuele de Feudisa. Mało efektywne podejście do horroru. Całkiem mroczna oprawa wizualna, nieśpieszne rozwijanie akcji, dające się lubić – nie najgorzej, ale też nie najlepiej poprowadzone – postacie i jakiś tam delikatny powiew świeżości w formie nawiązań do folkloru południowych Włoszech. Wychodzi na to, że tyle nie wystarczy. Powinno, ale to jeszcze nie to. Nie tego szukam. Gdyby wykrzesano z tego dużo więcej napięcia, gdyby więcej było w tym intensywności, a mniej rozpaczliwych prób odwracania uwagi od właściwego charakteru tej opowieści (bo i tak były nieskuteczne), to pewnie teraz polecałabym ten film każdemu, kto tęskni za horrorami stricte nastrojowymi. Bazującymi głównie na klimacie, a nie efektach specjalnych i zagraniach typu: „buu!”. A tak... Cóż, obejrzeć można, ale na pewno nie nazwałabym tego pozycją obowiązkową dla każdego miłośnika wolniejszych grozowych klimatów.

sobota, 3 października 2020

Izabela Janiszewska „Histeria”

 

Na warszawskim Ursynowie przypadkowy przechodzień zauważa błąkającego się kilkuletniego chłopca. Zagadnięty, malec prowadzi go do okaleczonych zwłok swojej matki. Na miejsce zostaje wezwana policja, w tym komisarz Bruno Wilczyński, wciąż przechodzący osobisty dramat związany z jego poprzednią dużą sprawą. Tymczasem starająca się o pracę w „Newsweeku”, Larysa Luboń pracuje nad reportażem o zamaskowanym mężczyźnie nazywanym Fantomem, który mści się na ludziach krzywdzących własne dzieci. W sprawę angażuje swojego długoletniego przyjaciela, byłego redaktora naczelnego pisma, w którym sama również pracowała, Pawła Wiśniewskiego. Do Larysy, podobnie jak do Brunona, też wciąż docierają echa ich poprzedniej sprawy. Coraz bardziej osacza ją człowiek, którego poznała przy tamtej okazji, a na domiar złego powracają do niej demony z jeszcze odleglejszej przeszłości. W tym samym czasie młodszy brat Larysy, student Bartosz Luboń, stara się bez jej pomocy wybrnąć z poważnych kłopotów natury kryminalnej.

Histeria” to kontynuacja wydanego w 2020 roku „Wrzasku”, głośnego powieściowego debiutu dziennikarki Izabeli Janiszewskiej. Komisarz Bruno Wilczyński i dziennikarka Larysa Luboń wracają, a wraz z nimi pojawia się sprawa, którą w pewnym sensie napisało samo życie. „Histerię” zainspirowały bowiem autentyczne doświadczenia dzieci krzywdzonych przez własnych rodziców. Cierpienia również fizyczne, ale głównie psychicznie, które często rzutują na całe ich dorosłe życie. Kształtują ich na ludzi nieufnych, rozgoryczonych, tęskniących za miłością, której nigdy nie zaznali, a czasami przepełnionych złością, dla której rozpaczliwie szukają ujścia. Janiszewska zdradziła, że niemal każda scena przemocy względem dzieci opisana na kartach „Histerii” wcześniej została przez nią zaobserwowana bądź wysłuchana w prawdziwym życiu. Wyjawiła też, że „Histerię” pisało jej się trudniej niż „Wrzask”, ponieważ działała pod swego rodzaju presją – nie chciała zawieść czytelników liczących na podtrzymanie wysokiego poziomo jej literackiego debiutu.

Jesienny wieczór na warszawskim Ursynowie. W polu widzenia czytelnika zaledwie jeden dorosły mężczyzna. Jest spokojnie. Nic nadzwyczajnego się nie dzieje, aż tu nagle znikąd wyłania się trzyipółletni chłopiec z zakrwawionymi dłońmi i maskotką. Chłopiec jest zupełnie sam. Zagubiony w nieznanym miejscu. Tak zaczyna się druga powieść Izabeli Janiszewskiej. Kryminalny utwór noszący tytuł „Histeria”, kontynuujący wątki z „Wrzasku”, ale i wprowadzający nowe, nie mniej emocjonujące wydarzenia. Zaczynamy od chłopca, który, choć jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy, właśnie stracił matkę. Jakiś niezidentyfikowany sprawca zaatakował ją, gdy jej jedyny syn spał tuż obok. Kobieta została dosłownie zatłuczona na śmierć, ale towarzyszący jej chłopiec nie odniósł żadnych fizycznych obrażeń. Zabójca z jakiegoś powodu nie tknął dziecka. Swoją wściekłość skierował tylko na matkę. W każdym razie stan ciała wskazuje na to, że sprawca działał pod wpływem potężnego gniewu. Pracujący nad tą sprawą komisarz Bruno Wilczyński musi więc brać pod uwagę możliwość, że zabójca znał swoją ofiarę. Z drugiej strony istnieje też prawdopodobieństwo przeniesienia przez sprawcę swojej, słusznej czy nie, wściekłości z jakiejś bliskiej mu osoby na zupełnie nieznaną mu istotę. Kobietę, która po prostu znalazła się w nieodpowiednim miejscu, w złym czasie. A skoro mowa o Wilczyńskim, ten znany już odbiorcom „Wrzasku” trzymający ludzi na dystans, sarkastyczny komisarz śledczy, jednocześnie nieoficjalnie zajmuje się inną sprawą. Szuka obciążających dowodów na pewnego człowieka, który w jego przekonaniu jest niebezpiecznym psychopatą. Zbrodniarzem, któremu udało się uniknąć kary. Zbrodniarzem, który teraz bawi się z nim w kotka i myszkę. Mniej więcej tak przedstawia się aktualna sytuacja Brunona Wilczyńskiego. Sytuacja, w której bez znajomości „Wrzasku” raczej niełatwo będzie się należycie odnaleźć. To samo zresztą można powiedzieć o losach jednej z nielicznych osób, które Wilczyński wpuścił do swojego życia, dziennikarki Larysy Luboń, która również nie jest znana z łatwego nawiązywania przyjaźni. I dobrych manier. Buntownicza natura Larysy w „Histerii” została trochę stępiona, co podejrzewam nie każdy jej fan przyjmie z uznaniem. Znajdą się jednak pewnie i tacy, którzy z wypiekami na twarzy będą obserwować... zmiany zachodzące w jej osobowości? Niezupełnie, bo w Larysie nie tyle budzą się nowe potrzeby, ile jej życie po prostu powoli wraca na tor, z którego zboczyło w czasach licealnych. Kobieta może wreszcie raz na zawsze uporać się z traumą, która w pewnym sensie odizolowała ją od innych. Sprawiała, że nie miała odwagi zbyt blisko dopuszczać do siebie ludzi, którym na niej zależało. Podobnie jak Wilczyński, dystansowała się od ludzi. Co nie znaczy, że w jej życiu nie było osób, dla których wiele by zrobiła. Luboń może i jest szorstka w obyciu, ale w głębi ducha chowa naprawdę ciepłe uczucia do ludzi z jej najbliższego otoczenia. Jedna z tych osób, jej wieloletni przyjaciel i mentor, Paweł Wiśniewski, jakiś czas temu w pewnym sensie zniknął z jej życia. Stracił wszystko na czym mu zależało. Wszystko na co ciężko pracował i najwyraźniej przywykł już do tych nieprzewidzianych okoliczności. Larysa nie potrafi jednak tak po prostu przejść do porządku dziennego nad tym, co dzieje się z jej najstarszym przyjacielem. Chce mu jakoś pomóc. I chce by on pomógł jej. Fantom. Zamaskowany mężczyzna grasujący w Warszawie. Samotny mściciel, który stanowi najnowszy temat Larysy Luboń. Temat reportażu dla „Newsweeka”, o pracę w którym główna bohaterka „Histerii” właśnie się stara. Na marginesie: z innych powszechnie znanych, funkcjonujących w Polsce mediów, Janiszewska wspomina też pewną dużą stację telewizyjną. W „Histerii” mamy jeszcze jeden wątek. Wątek koncentrujący się na strasznych przeżyciach młodszego brata Larysy, studenta Bartosza Lubonia, który wraz ze swoim najlepszym przyjacielem, wpada w poważne tarapaty. Toczące się w tym samym czasie dzieje komisarza Brunona Wilczyńskiego, dziennikarski Larysy Luboń i studenta Bartka Lubonia są podawane naprzemiennie, oczywiście zbiegając się w niektórych punktach, ale zasadniczo każda z tych postaci, przynajmniej przez jakiś czas działa w pojedynkę. Każda zajmuje się swoimi sprawami, które prawdopodobnie z czasem stopią się w jedną spójną całość. A przynajmniej takie wrażenie powinno towarzyszyć odbiorcom tej jednej wielkiej, misternie splecionej, kilkupiętrowej zagadki kryminalnej. Albo paru mniejszych. To się okaże.


Najpiękniejsze rodziny robią swoim dzieciom najbrzydsze rzeczy. A brak miłości nie zostawia siniaków. To niewidzialna przemoc.”

W „Histerię” Izabeli Janiszewskiej wchodziło mi się nieporównanie łatwiej niż w jej „Wrzask”, czyli pierwszy tom jej kryminalnego cyklu z komisarzem Brunonem Wilczyńskim i dziennikarką Larysą Luboń. Raczej nie dlatego, że wiedziałam już czego się spodziewać po pisarstwie tej utalentowanej pani, wiedziałam „jak czytać Janiszewską”. Już prędzej zawdzięczam to ramom fabularnym i mniej dezorientującemu rozplanowaniu tej historii. W sumie to nie jestem pewna, czy słowo „zawdzięczam” jest w tym przypadku odpowiednie. Z jednej strony cieszyło mnie, że nie muszę poświęcać energii na zatapianie się w tę opowieść, ale i nie mogę powiedzieć, że nie zatęskniłam za tą uwierającą zagadkowością „Wrzasku”. Tym: „ale o co chodzi?!”. W „Histerii” wszystko zawiązuje się w sposób bardziej klarowny – trzy nowe sprawy kryminalne, gdzie raz po raz odzywają się echa poprzedniej dużej sprawy, nad którą pracowali Bruno Wilczyński i Larysa Luboń. Podejrzane jednostki, które wypłynęły przy tamtej okazji, znowu mieszają w życiu tych nadzwyczaj barwnych protagonistów. Na pierwszy plan wysuwa się jednak niezwykle ważki problem nie tylko współczesnego świata. Problem, z którym system ewidentnie sobie nie radzi. Problem ignorowany, a jeszcze częściej po prostu niewychwytywany gołym okiem. O ile przemoc fizyczna często zostawia widome ślady, o tyle odkrycie przemocy psychicznej wymaga zdecydowanie większego wysiłku, większej przenikliwości. Ten rodzaj przemocy zwykle jest zdecydowanie szczelniej ukryty, a spustoszenie, jakie sieje w ludziach nierzadko jest dużo większe. Trwalsze. Jak już zostało wspomnienie Izabela Janiszewska, i chwała jej za to, pochyla się w „Histerii” nad potwornym losem dzieci. Losem zgotowanym przez ich własnych rodziców. Ojców i matki, którzy nie tylko wyspecjalizowali się (bo chyba tak to można nazwać) w zadawaniu niewyobrażalnych mąk głównie psychicznych, a bywa, że też fizycznych, swoim dzieciom, ale i czują chorą potrzebę chwalenia się tymi „dokonaniami” (bo oni najwyraźniej tak na to patrzą) w internecie. Z zewnątrz szczęśliwa, kochająca się rodzinka, ale jeśli wejrzeć głębiej iście patologiczny twór, którego największymi ofiarami są zaledwie kilkuletnie dzieci. Które potem wyrastają na... Różnie z tym bywa, ale można domniemywać, że w „Histerii” z takiego wyrodnego gniazdka wyfrunął seryjny morderca. Niegdyś tak niewinna istota, która w wyniku okrutnej działalności przynajmniej jednego rodzica, stała się... kimś jeszcze gorszym? To każdy czytelnik musi sam sobie rozsądzić. Janiszewska nie będzie się wtrącać. Nakreśli sytuację, przedstawi potencjalne motywy zabójcy grasującego w Warszawie i już bardziej pewną motywację człowieka w masce nazywanego Fantomem, ale ocena działań tych dwóch, bądź tylko jednej, postaci, leży już w naszej gestii. Nie chcę przez to powiedzieć, że Janiszewska nie znajduje, z braku innego słowa, zrozumienia dla ludzi, którzy walczą ze złem nielegalnymi metodami. Ale czy pochwala tak zdecydowane, ostateczne posunięcia, jak zabójstwo? Nie odniosłam takiego wrażenia. Nieistotne jest jednak to, co myśli na ten temat sama autorka, bo tak czy inaczej czytelnik sam będzie musiał sobie tę ważką kwestię rozsądzić. Albo i nie. To zależy, nie tylko od tego, czy będzie mu się chciało tak dalece w to zagłębiać. Zwłaszcza że pole do przemyśleń w „Histerii” jest dużo szersze. Na niejedno pytanie chce się znaleźć odpowiedź. Niejedna wątpliwość wymaga rozwiania. Niejedną zagadkę pragnie się rozwiązać. Najlepiej już, teraz, natychmiast, zanim człowieka rozsadzi z ciekawości. Problem tylko w tym, że w przypadku wątków mordercy, ten stan nie utrzymuje się wystarczająco długo. Autorka „Histerii” moim zdaniem powinna nieco okroić liczbę wskazówek. A przynajmniej przedstawić niektóre właściwe tropy w bardziej zawoalowany sposób. Można to było uczynić na przykład poprzez obudowanie ich większą ilością fałszywych sugestii, sprytnych zmyłek, dodatkowych nitek, które prowadziłyby w jakieś inne ślepe uliczki. Oczywiście wpadałam w niektóre sidła zastawione przez autorkę – bo takie też są, nie mówię, że nie – ale nie trwało to zbyt długo. Tożsamość mordercy grasującego w Warszawie dużo za wcześnie stała się dla mnie oczywista. Chociaż ciekawostki autorka dołożyła. Pomysłowy przypadek. Poza tym nie brakowało spraw, które wciąż czekały na rozpracowanie. Spraw przynajmniej prawie tak samo istotnych. Spraw niecierpiących zwłoki, choćby dlatego, że zdających się mieć zasadnicze znaczenie dla dalszych losów Larysy Luboń, Brunona Wilczyńskiego, a niewykluczone że także dla ich bliskich. Spraw, które przesądzą o ich życiu bądź śmierci? To się okaże w trójce, która na pewno już się szykuje...?

Męczy mnie jedna rzecz. Jedno pytanie: co stało się z chłopcem z posłowia? Jaki finał znalazła ta wstrząsająca, wyciskająca łzy z oczy autentyczna historia, która położyła podwaliny pod „Histerię”? Drugą odsłonę mrocznych przygód komisarza Brunona Wilczyńskiego i dziennikarki Larysy Luboń. Przygód trochę w duchu kultowego „Millennium” nieodżałowanego Stiega Larssona. Kontynuację bestselerowego „Wrzasku”, debiutanckiej książki Izabeli Janiszewskiej. Wrażliwej kobiety, która ma misję. Pewnie niejedną, ale poza wszystkim innym, widać za punkt honoru postawiła sobie naświetlenie niezwykle ważnych, a przy tym ciężkich spraw z życia wziętych. Powiecie może: jak to dziennikarka, ale na temat polskiego dziennikarstwa Janiszewska podobnie, jak we „Wrzasku” też coś Wam powie. Choć dobra, polecać „Histerii” nie będę, bo miłośnicy „Wrzasku” pewnie żadnych dodatkowych zachęt nie potrzebują. Polecę więc „Wrzask” - strzelam, że w dziewięciu przypadkach na dziesięć dalej to już z marszu pójdzie.

Za książkę (i torbę) bardzo dziękuję wydawnictwu

czwartek, 1 października 2020

„Zombi Child” (2019)

 

W 1962 roku Haitańczyk Clairvius Narcisse powstaje z martwych. Mężczyzna zostaje przetransportowany na plantację cukru i zmuszony do pracy. Kilkadziesiąt lat później we francuskiej szkole dla dziewcząt założonej przez Napoleona Bonaparte rodzi się przyjaźń pomiędzy dwiema nastoletnimi uczennicami: pochodzącą z Francji Fanny i przybyłą z Haiti Mélissą, wnuczką Clairviusa Narcisse'a. Fanny wciąga swoją nową koleżankę do nieformalnego stowarzyszenia, do którego sama przynależy. Mélissa zdradza pozostałym, że od tragicznej śmierci swoich rodziców pozostaje pod opieką ciotki, która jest mambo, kapłanką Vodou.

Francuski reżyser, scenarzysta, producent filmowy, kompozytor i aktor, Bertrand Bonello, na pomysł historii filmowej odnoszącej się do korzeni zombie wpadł kilkanaście lat temu, w okresie wzmożonej fascynacji kulturą i religią Haiti. Powrócił do niego w 2018 roku, po zarzuceniu zamiaru zrobienia dużego filmu spowodowanego brakiem finansowania. Uznał więc, że nakręci coś skromniejszego i wtedy przypomniał sobie autentyczną historię Clairviusa Narcisse'a, nieżyjącego już Haitańczyka, który twierdził, że został zamieniony w zombie. Bonello dobudował do tego wątku fikcyjną opowieść o nastoletniej wnuczce Narcisse'a, jej nowych przyjaciółkach i ciotce będącej kapłanką vodou. W pracach nad „Zombi Child” bardzo pomocna była dla niego opisująca przypadek Clairviusa Narcisse'a książka Wade'a Davisa pt. „The Serpent and the Rainbow”, z której w niewielkim stopniu czerpał także sam Wes Craven tworząc horror pod tym samym tytułem (pol. „Wąż i tęcza”). Jako źródło inspiracji Bonello podaje również krótkometrażowy film dokumentalny „Szaleni władcy” w reżyserii Jeana Roucha i pełnometrażowy kultowy horror Jacquesa Tourneura pt. „Wędrowałam z zombie”.

Twórca między innymi „Nocturamy”, Bertrand Bonello, wraca do korzeni historii o zombie. W wyreżyserowanym na podstawie własnego scenariusza filmie „Zombi Child” łączy stylistykę horroru ze skłaniającym do refleksji dramatem. Akcja filmu toczy się dwutorowo: Bonello skupia się zarazem na jakoby autentycznych przeżyciach zmartwychwstałego Clairviusa Narcisse'a oraz rozgrywających się w latach współczesnych fikcyjnych dziejach nastoletnich dziewcząt tworzących nieformalne stowarzyszenie uczniowskie. We francuskiej szkole z internatem założonej przez samego Napoleona Bonaparte. Ta placówka naprawdę istnieje, ale wedle słów Bonello, niewielu Francuzów o niej wie. On sam dowiedział się o niej dopiero podczas prac nad „Zombi Child”, szukając żeńskiej szkoły we Francji, którą mógłby wcielić w scenariusz. Bonello w roli Mélissy od początku chciał obsadzić kogoś z haitańskimi korzeniami, kto dobrze zna tamtejszą kulturę. Udało mu się znaleźć kogoś takiego w Paryżu – Wislanda Louimat miała wszystko, czego Bonello potrzebował. Jej rozległa wiedza o haitańskich wierzeniach, o tamtejszej kulturze, historii, zwyczajach, okazała się niezmiernie pomocna w procesie tworzenia. Bonello dał Louimat dużą swobodę na planie, którą ta początkująca aktorka w zadowalający go sposób wykorzystała. A partnerowała jej między innymi niewiele bardziej doświadczona Francuzka Louise Labeque, która w równie przekonującym stylu wcieliła się w postać Fanny. Szaleńczo zakochanej, raczej introwertycznej nastolatki należącej do „sekretnego” stowarzyszenia uczniowskiego. Głównie dzięki niej jej nowa przyjaciółka, pochodząca z Haiti Mélissa, dostaje się w szeregi tego małego klubu oddającego się zupełnie niewinnym zajęciom w szkole z internatem z bogatymi tradycjami. Szkole dla bardzo starannie wyselekcjonowanych dziewcząt. Szkole dla wybrańców. Akcja „Zombi Child” toczy się dość leniwie. Klimatyczne zdjęcia Yvesa Cape'a i takaż ścieżka dźwiękowa skomponowana przez samego Bertranda Bonello moim zdaniem są najsilniejszymi składnikami tej dosyć nietypowej mikstury. Przygaszone barwy, swoista ponurość, mglistość bijąca z ekranu nawet podczas scen nakręconych w pełnym świetle dziennym, która co ciekawe od czasu do czasu wręcz podkreśla piękno naturalnych krajobrazów (niecodzienna barwa nieba, zieleń dominująca w snach i marzeniach Fanny). Widz miał czuć się trochę jak w objęciach snu – oniryczny nastrój był w pełni zamierzony. Tak samo kontrasty. Fragmenty retrospektywne, tajemnicze losy Clairviusa Narcisse'a na Haiti są utrzymane w zdecydowanie mroczniejszej tonacji od wydarzeń rozgrywających się we współczesnej Francji. To symbol. Zderzenie dwóch odmiennych światów – zniewolonego Haiti i wolnej Francji. Reżyser i scenarzysta „Zombi Child” ani nie stara się rozgrzeszać swojego rodzimego kraju za krzywdy jakie wyrządził Haitańczykom, ani stawiać Francji po stronie tych złych. Sam mówi, że chciał jedynie zachęcić Francuzów (możliwe że nie tylko ich) do zastanowienia się nad tym, jakie wnioski wyciąga, i czy w ogóle, z historii swoich przodków. Jak patrzy na to nowe pokolenie? Na przykład jak czuje się nastoletnia Haitanka, która została zmuszona do wyemigrowania na francuską ziemię? Jak ona się czuje w państwie, które wyrządziło tyle złego jej ukochanej ojczyźnie? I oczywiście, jak w ogóle odnajduje się w tej tak innej od tej, w której się wychowała, kulturze? Czy jest skazana na życie outsiderki? I co istotniejsze: czy pielęgnuje w sobie urazę do Francuzów? A jeśli tak, to czy w końcu zapragnie coś z tym zrobić? Na przykład wyładować swoją złość na tak naprawdę zupełnie niewinnych dziewczętach? Koleżankach z elitarnej szkoły, założonej przez samego Napoleona Bonaparte.

Bertrand Bonello określa swój „Zombi Child” jako hybrydę kina młodzieżowego, gatunkowego i etnologicznego. Wzorem między innymi takich twórców, jak John Carpenter, David Cronenberg i George A. Romero chciał stworzyć taki film grozy, który przekazywałby ważne treści kulturowe i społeczne. Przemycić realne strachy w fikcyjnej opowieść. Ale niekoniecznie nierealnej. „Zombi Child” porusza kwestie wiary, która powołała do życia jedne z najpopularniejszych bestii również w dzisiejszym horrorze. Popkulturowy fenomen, jakimi są zwykle polujące na ludzi żywe trupy. Zombiaki, które jak słusznie zauważa Bonello w omawianym filmie, dawniej poruszały się ślimaczym, posuwistym krokiem tożsamym dla zombifikowanych ludzi z religii vodou. A potem życie nabrało straszliwego pędu, więc zombie musiały się dostosować, a więc nauczyć szybko biegać. Interesująca interpretacja tej deformy zombie movies. Dla mnie jednego ze szkodliwych zjawisk, jakie zaszły w filmowym horrorze. W „Zombi Child” wracamy do korzeni, a więc żywe trupy znowu muszą zwolnić krok. Rozchwiane ciała, błędny, nierozumiejący wzrok oraz nieśpieszne, niejako ostrożne dostawianie nogi do nogi. Coś jak w
obrazie, który spopularyzował mit zombie, najsłynniejszej w światku horroru nocy, „Nocy żywych trupów” George'a Romero z 1968 roku?Wizualnie tak, ale zasadniczo sięgamy jeszcze dalej. Do samiutkich korzeni. Twarze zmartwychwstałych haitańskich niewolników (w jednej z interpretacji, bo można sobie też to tłumaczyć w bardziej przyziemny sposób) nie różnią się od twarzy zwyczajnych ludzi, bo pusty wzrok trudno uznać za wyróżniający je w tym kontekście szczegół. W każdym razie upiornej charakteryzacji radzę się nie spodziewać. Podobnie spektaklu gore, bo wiadomo, nowsze opowieści o zombie zazwyczaj szczodrze oblewa się krwią. W „Zombi Child” Bertranda Bonello posoki jest jak na lekarstwo. Tutaj gra się głównie klimatem tajemniczości i nadnaturalności, oprawionymi oniryzmem. Efekt jest dość depresyjny, w sensie, jaki powinien przyciągać fanów opowieści grozy, ale i cięższych dramatów. Jednak fabuła... Bonello wprawdzie wprawił mnie w lekką zadumę i to na wielu polach (historia, kultura, religia, młodzieńcza miłość, nieodwracalna strata), ale były to myśli dość nieuchwytne, nie do końca skrystalizowane, przemijające. A bardziej poetycko rzecz ujmując: „będące niczym wiatr”. I to prędzej zefirek niż sztorm. Horror to dość smętny, a dramat... Myślę, że w tej kategorii zyskuje więcej. Oczywiście nastrój narastającego, niedookreślonego zagrożenia - nie do końca zdefiniowanej, ale prawdopodobnie nadnaturalnej grozy - można wyczuć właściwie w każdym kadrze tej artystycznej produkcji. Ale przynajmniej przez większość seansu to poczucie jest przytępione. Napięcie bardzo nieśmiało się do nas zakrada. Groza wciąż i wciąż czai się gdzieś z boku. Preferuję wolniejsze klimaty, więc samo to w najmniejszym stopniu mi nie przeszkadzało. To leniwe budowanie historii. Ale już ta historia... Młodzieńcze rozterki miłosne i nowa przyjaźń w prestiżowej szkole we współczesnej Francji oraz niegdysiejsza przeprawa jakoby właśnie powstałego z martwych Haitańczyka, działały na mnie dość nużąco. Podziwiałam warstwę techniczną, cieszył mnie brak efektów komputerowych. Praktycznych efektów specjalnych też jest niewiele, a z tych co są wrażenie zrobił na mnie w gruncie rzeczy prościutki zabieg z podłożeniem młodej aktorce głosu starszego mężczyzny: ależ niesamowity dysonans poznawczy! Prawie jak w „Egzorcyście” Williama Friedkina... prawie. A więc to wszystko podziwiałam, gorzej z założeniami tej opowieści (pomijając refleksje historyczne i społeczne). Nie wciągnęła mnie sama ta opowieść o przeżywającej zawód miłosny nastolatce należącej do nieformalnego stowarzyszenia uczniowskiego, w szeregi którego właśnie wstępuje nowa dziewczyna, najwyraźniej mająca jakieś potworne tajemnice. I nie wciągnęła mnie utrzymana w ciemniejszych barwach nudnawa przeprawa człowieka, który stopniowo odzyskuje pamięć uciekając z plantacji cukru, gdzie został siłą zmuszony do katorżniczej pracy. Tematyka, która sama w sobie jest przygnębiająca, ale jakoś nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że ekipa pracująca nad „Zombi Child”, uciekała od intensyfikowania tych najsilniejszych emocji. Abstrahuję od końcówki. Mam na myśli zawiązanie i rozwinięcie tej rozproszonej, na początku trochę nawet dezorientującej, akcji (dwie odnogi, a potem nagle inna poświęcona kobiecie, której drogi stosunkowo szybko przetną się ze znanymi już drogami przynajmniej jednej z bohaterek). Za delikatnie, żeby nie rzec trochę mdło. Ot, taka gorzkawa, dająca do myślenia, także dlatego, że częściowo oparta na faktach, ale ogólnie rzecz biorąc niezbyt zajmująca (treścią, nie płaszczyzną techniczną) historia z voodoo w tle. Takie rzadsze podejście do zombie movie. Nastrojowy horror włożony w ramy dramatu? Z braku innego określenia tak to zostawię.

Ładnie opakowany francuski film z rozczarowującą fabułą. Tak niestety to odebrałam. Ten zachwalany przez krytyków i nie tylko, częściowo zainspirowany jakoby prawdziwymi wydarzeniami, nieefekciarski obraz Bertranda Bonello, w pewnym sensie wracający do początków zombie movies. Nie było najgorzej, ale... Po tak klimatycznej, tak widowiskowej oprawie audiowizualnej spodziewałam się czegoś bardziej pobudzającego złaknioną potworności wyobraźnię. Nic dosadnego w formie, bo to wcale nie jest konieczne do zwielokrotnienia siły emocjonalnego przekazu. Wystarczyło wymyślić ciekawszą fabułę i mocniej skoncentrować się na ludziach, bo mam wrażenie, że w „Zombi Child” fabuła bardziej jest prowadzona ponurą, mroczną, ale i piękną otoczką postaci niż samymi postaciami. A wolałabym, żeby to zrównoważono. W każdym razie nie skreślam tej niepospolitej mieszanki horroru i dramatu, ale... Niech będzie, że to niezupełnie to, czego w kinie gatunkowym poszukuję.