Stronki na blogu

sobota, 13 lutego 2021

„Obiecująca. Młoda. Kobieta.” (2020)

 

Trzydziestoletnia Cassandra Thomas prowadzi podwójne życie. Rodzice, z którymi nadal mieszka i znajomi znają ją jako nienawiązującą bliskich przyjaźni pracownicę kawiarni, która nie ma konkretnych planów na przyszłość. Przestała je mieć parę lat wcześniej, gdy jej najlepszą przyjaciółkę spotkało coś strasznego. Coś, co skłoniło Cassie do rzucenia studiów medycznych i rozpoczęcia swojej osobistej wendety. Noce kobieta często spędza w towarzystwie nowo poznanych mężczyzn, którzy nie mają oporów przed wykorzystaniem nietrzeźwej osoby. Mężczyzn korzystających z okazji, jaką celowo stwarza dla nich Cassandra. Czego potem zapewne gorzko żałują. Kiedy w życiu Cassie pojawia się znajomy ze studiów, pediatra Ryan Cooper, jej życie powoli zaczyna się zmieniać.

Obsypany nagrodami, nominowany między innymi do Złotego Globu w aż czterech kategoriach, przez National Board of Review okrzyknięty jednym z dziesięciu najlepszych filmów 2020 roku, pełnometrażowy debiut Emerald Fennell, tak w roli reżyserki, jak scenarzystki, amerykańsko-brytyjski thriller z elementami dramatu, czarnej komedii i komedii romantycznej, „Obiecująca. Młoda. Kobieta.” (oryg. „Promising Young Woman”) narodził się z jednej sceny, która ni z tego, ni z owego pewnego dnia przyszła do głowy osobie, która wprawiła to wszystko w ruch. W wyobraźni Fennell skrystalizowała się młoda pijana kobieta leżąca na łóżku i mężczyzna zdejmujący z niej spodnie. Ona bełkotliwym głosem kilkukrotnie pyta „co robisz?”, na co rzecz jasna nie otrzymuje odpowiedzi. Aż w pewnym momencie kobieta niespodziewanie „trzeźwieje”... Od tego tak naprawdę rozpoczęła się historia Cassandry Thomas, czołowej postaci pierwszego pełnometrażowego obrazu Emerald Fennell, którego tytuł nawiązuje do kontrowersyjnej sprawy Brocka Allena Turnera, „obiecującego młodego mężczyzny”, który dopuścił się gwałtu na nieprzytomnej kobiecie. Pierwszy pokaz filmu odbył się w styczniu 2020 roku na Sundance Film Festival. Do kin miał trafić w kwietniu tego samego roku, ale plany pokrzyżowała pandemia COVID-19 (a konkretnie zamykanie kin tłumaczone pandemią). Ostatecznie szerszą dystrybucję (kinową) rozpoczęto w grudniu 2020 roku, a już w styczniu 2021 roku „Obiecująca. Młoda. Kobieta.” została wpuszczona do internetu (VOD).

Obiecująca. Młoda. Kobieta.” Emerald Fennell to nietypowe podejście do motywu zemsty w kinie. Revenge thriller, dramat, czarna komedia, a nawet komedia romantyczna – twórczyni krótkometrażowego obrazu z 2018 roku pod tytułem (który notabene pojawia się w omawianym przedsięwzięciu) „Careful How You Go”, w swoim pierwszym pełnometrażowym filmie dokonała zaskakująco smacznego połączenia wszystkich tych gatunków. Lekkie podeście do ciężkiego tematu? Niezupełnie. Z jednej strony powodów do (u)śmiechu w „Obiecującej. Młodej. Kobiecie.” nie brakuje, ale nie powiedziałabym, że ogląda się to w absolutnym spokoju ducha. Z lekkim sercem. Film skupia się na Cassandrze Thomas, trzydziestoletniej kobiecie mieszkającej z rodzicami i pracującej w kawiarni, w którą, moim zdaniem, w fantastycznym stylu wcieliła się Carey Mulligan. Widz właściwie od początku ma ją odbierać jako osobę, dla której czas się zatrzymał. W każdym razie u tej Cassie, jaką znają jej rodzice i znajomi. U tej Cassie, która żyje trochę jak nastolatka – niemająca bliskich przyjaciół, a tym bardziej chłopaka, niemyśląca o przyszłości, można nawet powiedzieć, że pozbawiona ambicji, niebiorąca sobie do serca żadnych rad od ludzi, którzy dobrze jej życzą. Trzydziestolatka, która wygląda jakby urwała się z lat 90-tych XX wieku. Dorosła kobieta z nastoletnią duszą. Ta druga Cassie, która początkowo ujawnia się głównie po zapadnięciu zmroku, w niczym nie przypomina tej cukierkowej, uroczej dziewuszki, jaką tytułowa postać głośnego filmu Emerald Fennell jest w pozostałych chwilach. To już rasowa femme fatale – nieznająca litości dla mężczyzn, którzy nie odpuszczą żadnej okazji do zaspokojenia swoich potrzeb seksualnych. Chociaż... Sposób, w jaki Cassandra karze złowione przez siebie rekiny, trudno uznać za jakieś skrajne okrucieństwo. Tak czy inaczej na pewno nie do tego przyzwyczaiło nas kino zemsty. Motyw samotnej mścicielki obierającej na cel mężczyzn niepotrafiących utrzymać penisa w spodniach. Mężczyzn, którzy na co dzień może i zachowują się porządnie, może i mają powody uważać się za prawdziwych dżentelmenów, ale gdy przychodzi co do czego, nie potrafią oprzeć się zgubnej pokusie. Emerald Fennell w „Obiecującej. Młodej. Kobiecie.” walczy ze stereotypami. Przeciwstawia się myśleniu typu „chciała, bo nie mówiła nie”, „chciała, bo wyzywająco się ubrała”, „chciała, bo sama rozkładała nogi (nieważne, że po pijaku)”, „chciała, bo przemawiała uwodzicielskim, namiętnym głosem”. Fennell zauważalnie starała się postawić odbiorców swojego filmu po stronie Cassandry Thomas, kobiety zastawiającej na niczego nieświadomych mężczyzn pułapki, które powinni potraktować jak cenną lekcję. Być może jedną z najcenniejszych w swoim życiu. I w lepszym świecie pewnie taki byłby efekt nocnej działalności Cassandry. W lepszym świecie... Główna bohaterka (niektórzy wolą myśleć o niej jak o antybohaterce) w mojej ocenie bardziej kieruje się potrzebą - zawsze tylko chwilowego - ulżenia samej sobie, niż nauczenia czegoś „złowionych” członków płci przeciwnej. Ale i swojej własnej... Te niebezpieczne nocne wypady przynoszą jej coś w rodzaju katharsis. Pomagają przetrwać przynajmniej do następnej nocy. Najwyżej kilka kolejnych dni. Przetrwać z potwornymi wspomnieniami. Wspomnieniami potwornej krzywdy, jaka spotkała jej najlepszą przyjaciółkę. Dziewczynę, z którą już w dzieciństwie połączyła ją bliska więź. Bratnią duszę, którą na zawsze straciła. W potwornych okolicznościach. Tym potworniejszych, że był to jeden z tych przypadków, w których Temida poniosła sromotną porażkę.

Poczucie sprawiedliwości. Tego najbardziej Cassandrze Thomas brakuje (nie licząc oczywiście jej najlepszej przyjaciółki). To tak naprawdę jej główny problem. Jej życie byłoby zdecydowanie lepsze, gdyby pogodziła się z myślą, że na tym świecie nie ma i nie będzie sprawiedliwości, że trzeba brać ten świat takim, jaki jest. Cieszyć się chwilą, myśleć przede wszystkim o sobie, nie oglądać się za siebie i oczywiście nie ubierać się wyzywająco i nie odwiedzać nocą barów. Brzmi okropnie? Pewnie tak, ale szczerze mówiąc przede wszystkim tym ujęła mnie „Obiecująca. Młoda. Kobieta.”. Życiową lekcją, którą w pewnym sensie zdążyłam już w życiu przerobić. Nie miałam najmniejszym problemów z wczuciem się w sytuację Cassandry, z łatwością weszłam w jej umysł, doskonale wiedziałam, co czuje. Bo sama niejednokrotnie czułam się podobnie. To najbardziej cierpkie ze wszystkich znanych mi smaków – poczucie, że ofiara cierpi, a jej oprawca dalej cieszy się życiem. Cassandra na dobrą sprawę jest idealistką. W głębi duszy wciąż wierzy, że sprawiedliwość jest na wyciągnięcie ręki, że warto o nią walczyć. Może i nie do końca uczciwymi metodami – można to tak odebrać, ale jak by nie patrzeć wolna wola pozostaje. Do czasu? Osoby choćby tylko średnio zaznajomione z filmami opartymi na motywie zemsty, zapewne praktycznie od początku „Obiecującej. Młodej. Kobiety.” będą trwały w przekonaniu, że prędzej czy później nastąpi wybuch przemocy. Że modus operandi czołowej postaci w końcu znacznie się zbrutalizuje, że Cassandra prostą drogą zmierza ku przepaści. A może ostatecznemu, całkowitemu oczyszczeniu? To już zależy od osobistych zapatrywań widza na czołową postać filmu. Na jej sekretne życie. Na jej skrzętnie skrywaną przed rodzicami, znajomi i młodym lekarzem, w którym zaczyna się zakochiwać (nie bez wzajemności), działalność, zwykle przeprowadzaną pod osłoną nocy, ale i za dnia zdarza się Cassandrze pokazywać... prawdziwą siebie? Nie, nie powiedziałabym, że kobieta starannie kreuje się na niewinne, urocze, choć obdarzone cierpkim poczuciem humoru, dziewczę, że tworzy zupełnie fałszywy wizerunek „słodkiej nastki w ciele trzydziestki”. Nie, w moim poczuciu to również jest prawdziwa Cassandra. Może nawet prawdziwsza od „tej drugiej”... W każdym razie stronę techniczną „Obiecującej. Młodej. Kobiety.” można potraktować jak odbicie młodzieńczego ducha Cassandry. Mnóstwo żywych kolorów w thrillerze, bo według mnie to główny składnik tej gatunkowej sałatki, zasadniczo nie jest elementem przeze mnie pożądanym. Z drugiej strony ostatnio zaczęłam przekonywać się do takiego cukierkowego kolorytu w nowszym kinie grozy. Bodaj głównie dzięki Christopherowi Landonowi. „Obiecująca. Młoda. Kobieta.” jest utrzymana w podobnym klimacie co jego „Śmierć nadejdzie dziś” oraz „Piękna i rzeźnik”. Nie identycznym, bo omawiane widowisko obarczono większym ciężarem. Sama oprawa wizualna mroczniejsza, posępniejsza mi się nie wydawała, ale problematyka, z jaką mierzy się Emerald Fennell jest bardziej... depresyjna? To chyba właściwe słowo, bo przy całej tej jaskrawej otoczce, przy wszystkich tych żartobliwych tekstach i dość zabawnych sytuacjach (akcja z kawą na przykład) czułam się trochę jak struta. Wesołość niezmiennie tłumił smutek. Nawet gdy zdarzało mi się zaśmiać, nie mogę powiedzieć, że był to śmiech radosny, nieskrępowany, krystalicznie czysty. Ryzykowny kontrast i zdumiewający wręcz skutek. Genialne! A oprawa dźwiękowa... Powiem tak: wygrywany na skrzypcach utwór „Toxic” oryginalnie w wykonaniu Britney Spears, to coś, czego nigdy nie zapomnę. Właściwie to cała ta scenka – ach czemu nie trwała dużo dłużej? - już zawsze ze mną będzie. Nie mam co do tego wątpliwości i to wyłącznie dzięki tej przecudnej kompozycji. Swoją drogą w ucho wpadło mi też nowe wykonanie utworu „It's Raining Men” (DeathbyRomy), które słychać podczas przebojowej czołówki „Obiecującej. Młodej. Kobiety.”. Ambiwalentne odczucia mam tylko co do końcowych scen. Niespodzianka była (dla mnie jedyna, bo wcześniejszy duży zwrot akcji niestety przewidziałam) i to mocna. UWAGA SPOILER Fennell pięknie pogrywa sobie z oczekiwaniami osób, którym nie jest obca konwencja, pod którą w największym stopniu podpina się „Obiecująca. Młoda. Kobieta.”, którzy trochę thrillerów, ewentualnie horrorów, spod znaku revenge zdążyli już obejrzeć. Początkująca scenarzystka trochę namieszała. Nie poszła tam, gdzie wiedziałam – od początku to wiedziałam! - że pójdzie. Wielkie zaskoczenie to jedno, ale w ślad za nim przyszło jeszcze przekonanie, że taki obrót spraw jest bardziej życiowy, w rzeczywistości najprędzej tak by się to potoczyło. Szkoda tylko, że doklejono do tego ciąg dalszy, epilog, który pokazuje, że jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. No powiedzmy, bo mimo wszystko cena sprawiedliwości okazuje się nadzwyczaj wysoka KONIEC SPOILERA.

Film feministyczny, revenge thriller, dramat, czarna komedia i komedia romantyczna w jednym. Takim to „dziwolągiem” jest „Obiecująca. Młoda. Kobieta.”, pierwszy pełnometrażowy (trwający blisko dwie godziny) film Emerald Fennell. W moim osobistym odbiorze to jednak przede wszystkim ciężki dreszczowiec, w niebanalny, niegłupi sposób poruszający ważne tematy. Palące problemy, z którymi pomimo tak zwanego postępu obyczajowego/cywilizacyjnego jakoś „średnio” sobie radzimy. I nie chodzi tylko o krzywdzące tak wiele kobiet stereotypy. Bo właśnie takiemu myśleniu przeciwstawia się Fennell w swojej poruszającej, a nawet wstrząsającej opowieści utrzymanej w niepasującej do przygnębiającej fabuły filmu, ciepłej, żywej kolorystyce, która paradoksalnie bardziej wzmagała, niż osłabiała dyskomfort emocjonalny, w jaki wprawiło mnie to, nie boję się użyć tego słowa, zjawiskowe dzieło. Wspaniały film o czymś. Kontrowersyjny? Trochę tak, ale właśnie taki miał być. Skłaniający do refleksji, wywołujący liczne dyskusje, niekoniecznie burzliwe, ale tak czy inaczej zachęcający do wymiany poglądów w sprawach dla jednych arcyważnych, a dla innych... mniej.

czwartek, 11 lutego 2021

Susan Hill „Rączka”

 

Antykwariusz Adam Snow w drodze do Londynu zbacza z głównej dogi i natrafia na opuszczony Biały Dom z dużym zaniedbanym ogrodem. Budynek okazuje się szczelnie zamknięty, ale przed drzwiami mężczyzna doznaje czegoś niezwykłego. W pewnym momencie czuje jak w jego dłoń wsuwa się zimna rączka, która sądząc po rozmiarach należy do dziecka. Dziecka, którego Adam nie dostrzega. Po tym incydencie antykwariusz zaczyna zbierać informacje na temat tej tajemniczej posesji, bardziej jednak angażują go inne sprawy. Sytuacja zmienia się, gdy Snow nabiera pewności, że niezwyczajna rączka nie tylko go nie opuściła, ale wręcz stara się doprowadzić go do zguby. Mężczyzna rozważa problemy psychiczne, ale i nie wyklucza, że ma do czynienia z istotą z zaświatów.

W 2021 roku wydawnictwo Zysk i S-ka wypuściło wydanie zbiorcze (w twardej, nastrojowej oprawie zaprojektowanej przez Maćka Wolańskiego) dwóch utworów Susan Hill, angielskiej pisarki w 2012 roku mianowanej Komendantem Orderu Imperium Brytyjskiego, która zasłynęła przede wszystkim powieściami gotyckimi, ale specjalizuje się również w literaturze kryminalnej. Niniejsza publikacja Zysk i S-ka zawiera najsłynniejsze dzieło Susan Hill, dwukrotnie przenoszoną na ekran (w 1989 roku przez Herberta Wise'a i w 2012 roku przez Jamesa Watkinsa), przekształconą też w sztukę, wielokrotnie wystawianą na deskach teatrów, pierwotnie wydaną w 1983 roku „Kobietę w czerni” (oryg. „The Woman in Black”) oraz „Rączkę” (oryg. „The Small Hand”). Ta ostatnia to minipowieść, która swoją światową premierę miała w 2010 roku, a w 2019 roku doczekała się swojej filmowej wersji – brytyjski obraz telewizyjny w reżyserii Justina Molotnikova po raz pierwszy wyemitowany w drugiej połowie grudnia 2019 roku na kanale Channel 5.

Akcja „Rączki” Susan Hill osadziła w czasach nam współczesnych, ale historia jest utrzymana w klimacie zdecydowanie bardziej kojarzącym się z literaturą grozy z poprzednich wieków. Takiej atmosfery prędzej spodziewałabym się po utworze z XIX, ewentualnie pierwszej połowy XX wieku. Podobnie, jak w „Kobiecie w czerni”, powieści pierwotnie wydanej w przedostatniej dekadzie poprzedniego stulecia, Hill w „Rączce” niejako cofa czytelnika w czasie. Historia ta wydaje się mijać ze swoją epoką – stylem nawiązuje do stareńkich, acz wciąż cieszących się niemałą popularnością utworów (za przykłady niech posłuży pióro Daphne du Maurier czy Henry'ego Jamesa). Można zapomnieć, że mroczna przygoda Adama Snowa rozgrywa się w XXI wieku. To znaczy tuż po każdej takiej przypominajcie podrzuconej przez autorkę. Przykład: internet. W swoim amatorskim śledztwie, Adam Snow wprawdzie nader niechętnie korzysta z dobrodziejstw nowoczesnej technologii, ale Hill od czasu do czasu przypomina odbiorcom, że on, w przeciwieństwie do bohaterów gotyckich utworów z dawno minionych lat, ma do dyspozycji to potężne narzędzie, jakim bez wątpienia jest internet. Faktem jest, że nie wszystkim odbiorcom „Rączki” spodobało się to, można powiedzieć, zmieszanie dwóch epok. Koloryt retro dla historii współczesnej. Ale dla mnie było to dość ciekawe doświadczenie. Nie powiedziałabym, że nacechowane jakąś ogromną świeżością, że nigdy wcześniej czegoś podobnego nie przeżyłam, niemniej spodobał mi się ów dysonans. Czułam się trochę tak, jakby ciągnięto mnie w dwóch przeciwnych kierunkach. Ku przeszłości i do tu i teraz. Główny bohater i zarazem narrator „Rączki”, Adam Snow, jest antykwariuszem zajmującym się starymi książkami i manuskryptami. Nie prowadzi sklepu, pracuje niejako w domu - niejako, bo w końcu to zajęcie wymaga częstych podróży. Snow przypomina Lucasa Corso z powieści „Klub Dumas” Arturo Péreza-Reverte i naturalnie jego odpowiednika, Deana Corso, z filmowej adaptacji niniejszego dzieła w reżyserii Romana Polańskiego („Dziewiąte wrota” z 1999 roku). Bohater „Rączki” też jest specjalistą od starych książek i też ma swoich bogatych klientów (kupców i sprzedawców), dość rozległą sieć kontaktów, tak bardzo cennych w jego zawodzie pośredników, w większości, tak jak on, prawdziwych bibliofilów. Bezdzietny kawaler, wolny strzelec, prawdziwie wolny duch, który ma to rzadkie szczęście łączenia pracy zarobkowej ze swoim hobby. Czy to w wyniku jakiegoś nieprawdopodobnego zbiegu okoliczności, czy przez działalność jakichś niezwykłych mocy (ingerencja nadnaturalnej istoty bądź istot), Adam Snow na samym początku tej całkiem klimatycznej opowieści, znajduje powoli chylącą się ku upadkowi nieruchomość, której ktoś nadał nazwę Biały Dom. Wyglądający na od dawna niezamieszkały jednorodzinny budynek mieszkalny otoczony wielkim, pełnym zakamarków, równie zaniedbanym ogrodem. Tajemniczym ogrodem, jak w myślach nazywa go narrator „Rączki”. Niezwykła historia Adama Snowa rozpoczyna się podczas tego niezaplanowanego przystanku w owej zacisznej krainie. Krainie Czarów, bo jak się okaże, dzieją się tutaj istne cuda. W każdym razie zjawiska bardzo zastanawiające. A wszystko zaczyna się od uścisku tytułowej dziecięcej rączki. Upiorny pomysł. Pomyślcie no tylko: stoicie sobie w jakimś zacisznym miejscu. Wokół nie widać żywej duszy, aż tu nagle czujecie zimną dłoń wsuwającą się w Waszą. Małą zimną rączkę. Rączkę najpewniej należącą do dziecka, którego... nie widzicie. Nie widzicie go, ale z całą pewnością czujecie jego przeraźliwy(?) dotyk. W pierwszej chwili, co zupełnie naturalne, Snowa zaniepokoiło to niecodziennego zdarzenie, ale później zaczął łapać się na tym, że brakuje mu dotyku tej zagadkowej rączki. Bez podtekstów – główny bohater omawianego utworu odkrył po prostu, że na jakimś poziomie świadomości/podświadomości czerpał zupełnie niewinną pociechę z towarzystwa tego niewidzialnego malca. Narodziła się pomiędzy nimi jakaś więź. Przyjaźń? Cóż, nawet jeśli Snow początkowo tak na to patrzył, to z czasem musiał znacznie zmodyfikować swój pogląd na niewidocznego chłopca, który nieproszony zaczął wdzierać się do jego życia. Wszystko wskazuje na to, że ta tajemnicza obecność nie przylgnęła do Snowa na stałe. Przychodzi i odchodzi, a po każdej takiej wizycie nieszczęsny antykwariusz coraz bardziej utwierdza się w przekonaniu, że właściciel zimnej rączki wcale nie jest jego przyjacielem, ale śmiertelnym wrogiem. Zakładając, że istnieje. Sam Adam Snow nie jest co do tego w pełni przekonany. Ma wątpliwości, czy wszystkie te niezwykłe rzeczy, jakie go spotykają, dzieją się naprawdę. To jest w rzeczywistości, ale nie jedynie w jego stosunkowo szybko destabilizującym się umyśle.

Susan Hill w „Rączce” zestawia dwa hipotetyczne wyjaśnienia niepokojących przeżyć wykreowanego przez siebie bohatera. W horrorach nastrojowych rzecz raczej częsta – choroba psychiczna czy przybysz z zaświatów? Szaleństwo czy duch? Horror psychologiczny czy czyściutka ghost story? Taka wątpliwość może dręczyć co poniektórych odbiorców „Rączki”. Przypuszczalnie taki właśnie był zamiar autorki – ta niepewność towarzysząca czytelnikowi prawie do samego końca tej, bądź co bądź, prostej opowieści z dreszczykiem. Obawiam się jednak, że na obyte z literacką grozą osoby, te sztuczki nie podziałają, że nie braknie takich, którzy nie chwycą przynęty rzuconej przez zauważalnie starającą się wywieść nas w pole, zasłużoną brytyjską autorkę. Tak czy inaczej, jeśli o mnie chodzi tutaj było bez niespodzianek, ale nie należy przez to rozumieć, że fabuła „Rączki” uparcie podążała drogą, którą zdążyłam sobie w wyobraźni wytyczyć. Nie, nie zdołałam przedwcześnie poskładać sobie w głowie wszystkich elementów tej niecodziennej sprawy. Odkryć wszystkie najistotniejsze wątki całego tego zamieszania wokół lub wewnątrz Adama Snowa. Młodego mężczyzny, który oto zderza się z nieznanym. Zasadniczo nie jest typem osoby święcie wierzącej w historie o duchach, ale też nie ma większego problemu z zaakceptowaniem nadprzyrodzonego, gdy sam tego doświadcza. Poważnie bierze pod uwagę możliwość, że w jego życie wdarła się niematerialna istota, najprawdziwszy duch, najpewniej duch dziecka, ale i nie odrzuca innego, powiedzmy, racjonalniejszego wyjaśnienia. Hipotezy, która chyba przeraża go dużo bardziej od jakiegoś tam nieprzyjaznego ducha. W każdym razie obserwując wydarzenia skupione wokół Adama Snowa, miałam wrażenie, że mężczyzna z ulgą przyjąłby wiadomość o nawiedzeniu jego osoby przez istotę z zaświatów, że taka pewność częściowo pozbawiłaby go tego ciężaru, który dźwiga na swoich barkach praktycznie od pierwszej przypadkowej(?) wizyty na pewnej opuszczonej posesji w prowincjonalnym rejonie Anglii. Bo co byście woleli: nawiedzenie przez ducha, czy kompletne pomieszanie zmysłów? Niewidzialnego wroga, czy utratę stabilności psychicznej? Wolelibyście by jakaś niewidzialna istota, ktoś z zewnątrz, próbował wepchnąć Was w szpony Śmierci, czy żeby ów autodestrukcyjny impuls płynął z wewnątrz, z Waszego własnego umysłu? Takie pytania mogą się nasunąć podczas lektury „Rączki”. Opowieści utrzymanej w gotyckim klimacie, zachowującej całą tę magiczną prostotę, z jaką często kojarzy się tego typu literaturę – miejscami może trochę naiwną, ale mającą w sobie potężny urok, niezaprzeczalny czar, tak boleśnie rzadko przywoływany w czasach obecnych. Tym cenniejsze więc było dla mnie spotkanie z „Rączką”. Połączenie nowego ze starym. W nierównych proporcjach, bo wygląda to tak jakby Susan Hill, w tym konkretnym świecie przedstawionym, co najwyżej jedną stopą stała w XXI wieku, a cała reszta jej ciała (a więc i mojego, jako obserwatorki coraz to burzliwszych przeżyć Adama Snowa) dosłownie przeniosła się do ponurych opowieści przynajmniej z pozoru o duchach z czasów wiktoriańskich na przykład.

Rączka” Susan Hill może i nie wspina się na jakiś szczególnie wysoki pisarki poziom. Właściwie to wcale nie uważam tej minipowieści za jeden z najbardziej wartościowych utworów z dreszczykiem. Nawet nie za jedno z najlepszych dzieł gotyckich, jakie w swoim życiu miałam okazję przeczytać. Niemniej wyprawa, na jaką zabrała mnie tutaj ta popularna angielska autorka, w pewnym sensie wyprawa w przeszłość, okazała się nie mniej emocjonująca niż lektura jej bodaj najgłośniejszej powieści, „Kobiety w czerni”. Tak, uważam, że „Rączka”, choć dużo mniej znana, dosięga poprzeczki, moim zdaniem nie tak znowu wysoko, zawieszonej w „Kobiecie w czerni”. Którą obok „Rączki” znajdziecie w wydaniu Zysk i S-ka z roku 2021.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

wtorek, 9 lutego 2021

Ada Palmer „Zdecydowani na walkę”

 

Rok 2454. Najdłuższy pokój w dziejach ludzkości dobiega końca. Prawie we wszystkich Pasiekach szerzy się przemoc i choć ich przywódcy wszelkimi sposobami starają się zażegnać kryzys, wojna zdaje się być nieunikniona. Mycroft Canner, usługowiec spisujący kronikę ostatnich dni światowego pokoju, jak zwykle znajduje się w centrum najważniejszych wydarzeń. I posiada tajną broń, najprawdziwszy cud, który może przesądzić o wyniku wojny. Bez względu na to, po której stronie opowie się jego niezwykle cenny w tych ciężkich czasach, przyjaciel, wszystkie Pasieki mogą liczyć na jego pomoc w przygotowaniach do walki. Bo strony dopiero się formują. Po jednej stronie barykady stoi skrytobójca pragnący utrzymać dotychczasowy porządek, a po drugiej Bóg innego świata, Obcy, który stanowi zagrożenie dla od wieków obowiązującego na Ziemi status quo. Mycroft Canner, tak samo jak wielu innych, wolałby rozwiązać spór w pokojowy sposób, ale wie, że to niemożliwe. Wie też, przy czyim boku stanie, gdy w gruzy zacznie obracać się wszystko, na co ludzkość pracowała od pokoleń.

Terra Ignota”, wybitne osiągniecie amerykańskiej pisarki i historyczki, Ady Palmer. Niezwykły cykl science fiction z elementami fantasy, który tworzą powieści „Do błyskawicy podobne” (oryg. „Too Like the Lightning”), „Siedem kapitulacji” (oryg. „Seven Surrenders”), „Zdecydowani na walkę” (oryg. „The Will to Battle”) i „Być może gwiazdy” (oryg. „Perhaps the Stars”), którego pierwsze polskie wydanie ma ukazać się nakładem wydawnictwa MAG na przełomie 2021 i 2022 roku, światową premierę zaplanowano natomiast na kwiecień 2021 roku. Pierwotnie opublikowana w 2017 roku trzecia cegiełka „Terra Ignota”, „Zdecydowani na walkę”, podobnie jak poprzednie tomy, umownie jest kroniką człowieka (właściwie to kilku osób, ale relacja Mycrofta Cannera jest zdecydowanie najobszerniejsza) z dalekiej przyszłości, niby spisaną z myślą o przyszłych pokoleniach. Od swoich poprzedniczek odróżnia tę powieść jednak to, że narrator i zarazem czołowy bohater, nie zna najbliższej przyszłości. Nie jest tak uświadomiony, nieomal wszystkowiedzący, jak w „Do błyskawicy podobne” i w „Siedmiu kapitulacjach”.

Zapytana o to, do której Pasieki chciałaby należeć, Ada Palmer bez wahania wskazała Utopię. Najbardziej rozwiniętą technologicznie część quasi-utopijnego systemu wymyślonego na potrzeby jej opus magnum. Zdecydowanie najlepszej XXI-wiecznej opowieści z gatunku science fiction, z jaką miałam przyjemność się spotkać. Jej zakończenie, czwarta odsłona niniejszej serii, wprawdzie dopiero przede mną, ale tak naprawdę już pierwszy etap tej oszałamiającej przygody, dał mi pewność, że „Terra Ignota” to rzecz wielka. Fenomenalna, zapierająca dech w piersiach, inteligentna, niezwykle kreatywna epopeja w pewnym zakresie spisana językiem Oświecenia. Ten dawny styl Palmer łączy ze swoją wersją nowoczesnego słownictwa: ze słownictwem przyszłych pokoleń. „Zdecydowani na walkę” to bezpośrednia kontynuacja „Siedmiu kapitulacji”, znowu więc przenosimy się do roku 2454, ale tym razem z pełną świadomością, że pokój właśnie się kończy. Mieszkańcy Ziemi przestali już wierzyć (nie bez powodu), że żyli w istnej utopii. Utracili to poczucie bezpieczeństwa, które dawał im, jak myśleli, najlepszy system, jaki ludzkość kiedykolwiek sobie wymyśliła. Nareszcie wyciągając odpowiednie wnioski z historii. Dawno temu wyeliminowano więc z życia wszelkie podziały, które generowały najkrwawsze konflikty. I wielu myślało, że to jedyna cena za prawie całkowite wyeliminowanie przemocy z życia publicznego. Tylko garstka ludzki w każdym pokoleniu wiedziała, że utrzymanie światowego pokoju wymaga większej ofiary. Czy tak jest w istocie? To jedno z tych pytań, na które ludzkość od zarania dziejów bezskutecznie poszukuje odpowiedzi. I w świecie przedstawionym przez Adę Palmer nadal trwa debata na ten temat. Jedni są przekonani, że nie ma pokoju bez ofiar w ludziach, inni natomiast są zdania, że zabijanie wcale nie musi być warunkiem koniecznym do stworzenia świata idealnego. Mlekiem i miodem płynącego. Niektórzy nawet wierzą, że na Ziemi znajduje się osoba władna do zaprowadzenia Nowego Ładu. Nie brakuje jednak i takich, którzy są zdania, że nawet ta największa cena, którą ludzkość od wieków płaciła za światowy pokój, nie jest aż tak wielka, by rezygnować z dotychczasowego, znanego ładu na rzecz jakiegoś innego, nikomu jeszcze nieznanego globalnego ustroju. Choć ludzkość ze świata Palmer wciąż żyje w przekonaniu, że ich przodkom udało się pozbyć państw narodowych, stworzyć coś na kształt superpaństwa, to po bliższym przyjrzeniu bardziej przypomina to wspólnotę państw niż jeden wielki organizm, mocarstwo zajmujące dosłownie całą planetę. Wspólnotę państw, które wbrew pozorom w niezliczonych kwestiach zasadniczo się od siebie różnią. W „Zdecydowanych na walkę” owe różnice uwidaczniają się nieporównanie bardziej niż w poprzednich tomach „Terra Ignota”. W końcu kryzysowe sytuacje zazwyczaj pokazują całą prawdę o człowieku. Trzeci tom niezwykłej literackiej serii science fiction niezrównanej Ady Palmer, to w istocie czas zrzucania masek. Panie i Panowie „bal przebierańców” właśnie się skończył.

Tłumy zgromadzone na zrujnowanych pustkowiach wznosiły niewiarygodnie szczere transparenty: <Stabilność finansowa! Samostanowienie! Ksenofobia!>. Nie potrzebujemy pretekstów, by prowadzić wojny. Człowiek może włączyć się do walki w imię Wolności, Ojczyzny, Praw Człowieka bądź Sprawiedliwości, ale nigdy Ekonomii.”

Pisałam już, że jestem szaleńczo zakochana w piórze Ady Palmer? Tak, ubóstwiam jej pisarstwo. Tak, mam małą obsesję na punkcie „Terra Ignota” i wielką nadzieję, że na tej serii moja przygoda z jej prozą się nie skończy. Przeczytam wszystko, co napisze ta wyjątkowa pani (nawet listę zakupów). Wszystko, co wyjdzie w Polsce, bo nawet nie chcę sobie wyobrażać, że czwarta część „Terra Ignota” będzie ostatnim utworem Palmer wydanym w języku polskim. Szczerze mówiąc nie zazdroszczę panu Michałowi Jakuszewskiemu, który przetłumaczył dla nas wszystkie dotychczasowe dzieła z „Terra Ignota” (pierwsze polskie wydania od wydawnictwa MAG), ale gratuluję efektu tej, podejrzewam, niełatwej pracy. Powieść „Zdecydowani na walkę” jest utrzymana w bardziej depresyjnym tonie niż „Do błyskawicy podobne” i „Siedem kapitulacji”, bo w końcu teraz jesteśmy w przededniu wojny. Wojny, której zapewne nie da się uniknąć. Nie tylko dlatego, że okazuje się, iż pomimo ogromnego postępu światopoglądowego, ludzkość nie pozbyła się genu niszczenia, że autodestrukcyjne zapędy nadal w niej tkwią. Autorka daje nam do zrozumienia, że światowy pokój musi się skończyć, bo taki jest Plan. Boski Plan. Pytanie tylko, czy Boga tego świata, czy tego drugiego? Nieznanego świata, z którego przed laty został ściągnięty enigmatyczny, nadzwyczaj empatyczny siewca pokoju bądź przemocy. Przyjaciel albo wróg ludzkości. Trudno to rozstrzygnąć, mimo przekonania naszego głównego narratora, Mycrofta Cannera, że działa on w jak najlepszym interesie mieszkańców nie swojego świata. Świata, w którym motywy biblijne w zdumiewający sposób łączą się z magiczną wręcz technologią, w którym do głosu dochodzą historyczne postacie (dawno nieżyjący filozofowie), i w którym spotkać można postacie mitologiczne, aczkolwiek, jak mniemam, w niespotykanym dotąd wydaniu. Pomieszanie z poplątaniem? Nic bardziej mylnego. Wszystkie te elementy – plus ogrom innych – w cudownych rękach Palmer idealnie się ze sobą łączą. Wierzcie lub nie, ale autorka „Terra Ignota” tworzy z tych pozornie niezbyt pasujących do siebie elementów, maksymalnie uporządkowany, kompletny światek, w którym na moje oko nic nie wydaje się przesadą. Ani wtręty Thomasa Hobbesa, ani bohater „Iliady” Homera, który pamięta między innymi obie wojny światowe, ani nawet rozmowy z Czytelnikiem. Odbiorcą kroniki Mycrofta Cannera żyjącym w jakiejś nieokreślonej przyszłości (przyszłości nie tylko naszej, ale i naszego czołowego narratora), trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że Palmer jednocześnie starała się wytworzyć w odbiorcy „Terra Ignota” poczucie, że owym Czytelnikiem z przyszłości jest on sam. Podczas lektury „Zdecydowanych na walkę” dominowało we mnie straszliwe poczucie żałości. Przeszywające, nieustępliwe, okropne wrażenie przemijalności wszystkiego co dobre. Gatunek ludzki znowu jest zdecydowany na niszczenie. Po najdłuższym okresie pokoju w całej swojej historii, człowiek znowu opowiada się za destrukcją. Znowu wszystko pójdzie na marne. Bezsensowne hasło „Si vis pacem, para bellum” („Jeśli chcesz pokoju, przygotuj się do wojny”), choć niewypowiedziane przez autorkę, najwyraźniej znowu zaczyna przyświecać mieszkańcom Ziemi. Nawet ci, którzy wszelkimi sposobami starają się zażegnać największy kryzys od setek lat, nie dopuścić do niekontrolowanego rozlewu krwi, zbrojnego globalnego konfliktu, nawet oni nie mają większej nadziei na uratowanie pokoju. Mogą nieco odsunąć w czasie kolejną światową wojnę, ale na pewno jej nie unikną. Na to prawdopodobnie jest już za późno. Emocje nie osiągnęły jeszcze punktu krytycznego, ale to zdaje się być jedynie kwestią czasu. W mieszkańcach prawie wszystkich Pasiek budzi się gniew. Zamieszki już się zaczęły, a to dopiero początek końca. Końca światowego pokoju. Jak już wiadomo ponad wszelką wątpliwości, tylko z pozoru utopijnej planety, jaką na kartach „Terra Ignota” Ada Palmer uczyniła Ziemię. Nie nazwałabym tego wprawdzie dystopią, bo jednak pod wieloma względami rzeczywistość wykreowana przez tę nienormalnie wręcz utalentowaną amerykańską autorkę, w moich oczach uchodzi za ideał. Na tym przepięknym obrazku nie brakuje jednak rys, które dopiero niedawno wyszły na światło dzienne. Wszyscy mieszkańcy Pasiek zostali niechcący dopuszczeni do wielkiej tajemnicy. Mrocznego sekretu, na którym tak naprawdę zbudowano cały tej niby dokonały świat. Z drugiej strony, jak słusznie zauważa autorka, ta długo ukrywana cena za pokój na Ziemi jest zbliżona do ofiary, jaką ponosimy w walce - poprzez szczepienia - z groźnymi wirusami. Daje do myślenia, ale z drugiej strony, czy naprawdę nie ma innego, mniej haniebnego sposobu na bezpowrotne oddalenie od nas wszystkich widma wojny? Wojna, która szykuje się w przebogatym świecie przedstawionym przez Adę Palmer w „Terra Ignota”, prawie na pewno rozgorzeje, ale gdy już się skończy i zakładając, że ludzkość przetrwa tę prawdopodobnie największą, najbardziej niszczycielską z ziemskich wojen, jest nadzieja, że historia znowu okaże się bezcennym źródłem wiedzy. Tylko jak często zdarza się, by ludzie wyciągali trafne wnioski z wydarzeń, które już się dokonały? Historia lubi się powtarzać. To niezaprzeczalny fakt. W imponującej w każdym calu wizji Palmer jest jednak przynajmniej jeden czynnik mogący naprawić wszystko, co ułomne boskie stworzenia zniszczyły. Albo zepsuć wszystko, co ułomnym boskim stworzeniom niewątpliwie się udało.

Zdecydowani na walkę” Ady Palmer, trzeci tom z zaplanowanych czterech jej powieściowego cyklu funkcjonującego pod nazwą „Terra Ignota” - cyklu science fiction i zarazem political fiction oblanego aromatycznym syropem fantasy - moim zdaniem nie odstaje od reszty. Autorka tutaj uderza w mroczniejsze, dalece bardziej przygnębiające tony, bo i sytuacja w jej wspaniałym świecie coraz bardziej się zagęszcza. Bo wojna najprawdopodobniej już niedługo się rozpocznie. Jedyne co jeszcze można zrobić to należycie się do niej przygotować. Fanów tej nadzwyczajnej opowieści zapewniam, że Ada Palmer nie zeszła z jakości. Może nawet wspięła się jeszcze wyżej. Tylko czy może być coś doskonalszego od doskonałości „Do błyskawicy podobne” i „Siedmiu kapitulacji”? To w ogóle osiągalne? Poprzestanę więc na tym, że „Zdecydowani na walkę” to w mojej ocenie trzeci czysty geniusz, trzecie arcydzieło fantastyki od kochanej Ady Palmer. Gorąco polecam wszystkim fanom gatunku, a już najgoręcej osobom niebojącym się trudniejszych, wymagających dużego skupienia, złożonych opowieści fantastycznych, doradzając przy tym zachowanie chronologicznego porządku. Proszę Was, czytajcie! Byle po kolei.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

niedziela, 7 lutego 2021

„Saint Maud” (2019)

 

Głęboko wierząca młoda kobieta imieniem Maud zajmuje się opieką paliatywną w sektorze prywatnym. Jej najnowszą podopieczną jest była tancerka i choreografka, Amanda Köhl. Maud wprowadza się do jej dużego domu i szybko zyskuje jej sympatię. Z czasem Maud zwierza się swojej podopiecznej ze swojej niezwykłej bliskości z Bogiem, co Amanda przyjmuje ze zrozumieniem. Daje nawet odczuć Maud, że zazdrości jej takiej bliskości ze Stwórcą. Młoda pielęgniarka postanawia pomóc śmiertelnie chorej kobiecie w odnalezieniu Boga. Nawet więcej: uważa to za swoją świętą misję.

Brytyjski thriller psychologiczny, klasyfikowany też jako horror psychologiczny i dramat, „Saint Maud” to pełnometrażowy debiut tak w roli reżyserki, jak scenarzystki, Rose Glass. Kobiety, która od dziecka interesowała się kinematografią, a jednym z bardziej pamiętnych dla niej filmowych doświadczeń z tamtego okresu był pierwszy seans „Głowy do wycierania” Davida Lyncha. Z ekscytacją wspomina też późniejsze spotkanie z „Pi” Darrena Aronofsky'ego. Scenariusz „Saint Maud” narodził się z myśli o związku kobiety z głosem w jej głowie. Pomysł ten przyszedł do Rose Glass na samym początku, a potem powoli dobudowywała do tego całą resztę. Reżyserka i scenarzystka „Saint Maud” powiedziała, że dla niej to „przede wszystkim dziwne studium postaci, które naturalnie przekształciło się w horror”, ale woli nie narzucać nikomu swojej interpretacji, ponieważ lubi, gdy odbiorca czuje potrzebę samodzielnego poszukiwania odpowiedzi. Pierwszy pełnometrażowy film Rose Glass został w całości sfinansowany przez Film4 i Brytyjski Instytut Filmowy, a prawa do jego dystrybucji nabyły A24 i StudioCanal. Premierowy pokaz „Saint Maud” odbył się natomiast we wrześniu 2019 roku na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Toronto. Na początku 2021 roku rozpoczęto dystrybucję w internecie.

Saint Maud” w reżyserii i na podstawie scenariusza Rose Glass to jeden z najbardziej docenianych, również przez krytyków, filmów grozy z ostatnich lat. Film grozy z tak zwanej nowej fali. Według mnie thriller psychologiczny (różnie się go klasyfikuje), który bardziej zwraca uwagę formą niż fabułą. Co nie znaczy, że historia Maud była mi całkowicie obojętna. Rose Glass w centralnym punkcie „Saint Maud” postawiła młodą kobietę, w którą w zachwycającym stylu wcieliła się Morfydd Clark. Kobietę po przejściach, której od niedawna jedynym przyjacielem jest Bóg. Wykwalifikowaną pielęgniarkę obecnie zajmującą się opieką domową nad nieuleczalnie chorymi ludźmi. Na początku filmu trafia do Amandy Köhl (bardzo dobry występ Jennifer Ehle), byłej tancerki i choreografki, która dorobiła się niemałej fortuny, a teraz najprawdopodobniej przeżywa swoje ostatnie dni na tym padole. Śmiertelna choroba nie zabiła w niej jednak ducha towarzyskiego. Najnowsza podopieczna Maud bynajmniej nie odcięła się od ludzi. Wciąż stara się czerpać z życia jak najwięcej. Pomimo wyjątkowo wyniszczającej choroby, Amanda wciąż zapewnia sobie mnóstwo rozrywek, tyle że jedynie w czterech ścianach własnego, niemałego zresztą, domu. Maud jest jej zupełnym przeciwieństwem. Ta zamknięta w sobie młoda kobieta od jakiegoś czasu koncentruje się głównie na sferze duchowej. Nie dla niej huczne imprezy, nie dla niej cielesne uciechy. W żadnym razie nie pociąga jej hedonistyczny tryb życia, jaki prowadzi dużo starsza od niej i, w przeciwieństwie do niej, mocno schorowana kobieta. Kobieta, która prawie na pewno niedługo umrze. Dynamiczna relacja tych skrajnie różnych osobowości to jeden z filarów scenariusza Rose Glass. Z przyjaźni w obsesję. Obsesję na punkcie ratowania duszy błądzącej kobiety, której śmierć zagląda już w oczy. Maud nabiera przekonania, że jej misją jest nawrócenie Amandy – zbliżenie jej do Stwórcy, z którym ona sama całkiem niedawno nawiązała dobry kontakt. Rozmawia z nim, czuje go i nie ma wątpliwości, że to On jakiś czas temu wyrwał ją ze szponów śmierci. Przeżyła, bo Bóg tak chciał. Bo miał dla niej inny, najpewniej lepszy plan niż ona sama. Chora psychicznie kobieta? Fanatyczka religijna stanowiąca zagrożenie nie tylko dla siebie, ale i innych? Czy prawdziwa święta? Osoba, która została wybrana przez chrześcijańskiego Boga do wypełnienia jakiejś arcyważnej misji? Moim zdaniem przypadek Maud można rozpatrywać na oba te sposoby – nie wydaje mi się, żeby Rose Glass narzucała widzom jedną z tych możliwości. Nie miałam wrażenia, że „Saint Maud” można czytać tylko pod jednym kątem, że twórczyni tej, bądź co bądź, prostej historii nie pozostawiła żadnego pola do dyskusji w tym względzie. Wręcz przeciwnie: w myślach można trochę pobawić się tą opowieścią, spojrzeć na nią pod więcej niż jednym kątem. Jedna z nich może i jest zdecydowanie bardziej kusząca (narzuca się sama przez się), ale Glass niewątpliwie subtelnie zachęca do zbadania także tych drugich obszarów. Nie twierdzę, że skutkiem tego będzie diametralna zmiana interpretacji „Saint Maud”, że dzięki temu wielu widzów ostatecznie zmieni swoje tłumaczenie tej opowieści, ale przypuszczam, że znajdą się tacy, którzy w samym tym procesie, bez względu na jego wynik, znajdą dla siebie coś wartościowego. Swoją drogą zastanawiam się, czy Rose Glass pracując nad tym projektem nie myślała przypadkiem o „mother!” Darrena Aronofsky'ego. W niektórych wypowiedziach prasowych dała do zrozumienia, że jest fanką jego twórczości i chociaż fabularnie filmy znacznie od siebie odbiegają (tak, tak, w pewnym, raczej niewielkim, stopniu łączy je płaszczyzna teologiczna), to w „Saint Maud” znalazłam podobny koloryt. Przebłyski tej gorączkowości zapamiętanej z „mother!” i odrobinkę tej charakterystycznej dziwaczności, bardziej w otoczce, w jakiejś podprogowej sugestii niż w tekście. Bo to jednak inna historia. Historia młodej kobiety z misją powierzoną jej przez samego Boga Wszechmogącego...

Nerwowa, poruszająca oprawa muzyczna skomponowana przez Adama Janoty Bzowskiego i klaustrofobiczne, ponure, przybrudzone zdjęcia Bena Fordesmana w mojej ocenie są największą wartością „Saint Maud” Rose Glass. Bez tych drogocennych wkładów, w mniej wprawnych realizatorskich rękach, omawiane przedsięwzięcie prawdopodobnie byłoby jedynie kolejną niewymagającą myślenia, uproszczoną historyjką o młodej kobiecie coraz szybciej osuwającej się w otchłań szaleństwa. Ważną część tej historii był obiektywnie dość przestronny dom Amandy Köhl, gdzie już we wstępnej fazie scenariusza tymczasowo wprowadza się tytułowa postać, nowa osobista pielęgniarka śmiertelnie chorej właścicielki i jedynej stałej lokatorki tej nieruchomości. Glass zdradziła, że zawsze pociągały ją historie o ludziach zamkniętych w ciasnych pomieszczeniach (a przynajmniej sprawiających takie wrażenie, bo w „Saint Maud” wrażenie ciasnoty na moje oko było bardziej efektem profesjonalnej pracy operatorów i oświetleniowców niż po prostu obrazem rzeczywistości), bo to, jak słusznie zauważa, sprzyja zabawie między innymi takimi preferowanymi przez nią motywami, jak paranoja, podglądactwo i obsesyjna zazdrość. Nie wspominając już o poczuciu klaustrofobii, które bez większego trudu na takich ograniczonych przestrzeniach można w widzach sukcesywnie intensyfikować. W „Saint Maud” odnalazłam wszystkie te, jak najbardziej pożądane od kina grozy, elementy, aczkolwiek muszę zaznaczyć, że nie uderzały one we mnie z jakąś niespotykaną dotąd siłą. Odczuwalnie, ale bez szaleństw, bez podkręcenia do maksimum. Rose Glass, podobnie jak czyni to wiele innych docenianych przez nią filmów grozy, chciała wydobyć horror z życia codziennego swoich żeńskich postaci. Pokazać, że przyziemność też może być przerażająca. Może nawet bardziej od duchów, demonów, wampirów, wilkołaków i innych straszydeł nadal bardzo chętnie wykorzystywanych w kinie grozy. Sytuację Maud co prawda trudno nazwać całkowicie pospolitą, w każdym razie nie jest to taka zwyczajność, jaką zna większość(?). Bo nie da się zaprzeczyć, że ta młoda kobieta różni się od swoich rówieśników. Dobrze, zapewne nie wszystkich, ale, że tak to nieładnie ujmę, jest w niej coś, co świadczy o jej odmienności. Jest przeklęta albo wyjątkowa. Albo po prostu poważanie chora. Za przyjaciela ma jedynie Boga Wszechmogącego albo tylko jego imaginację (nie widzi go, ale niewątpliwie słyszy). UWAGA SPOILER Bóg w „Saint Maud” tak naprawdę przemawia głosem samej Maud, to jest użyczyła go Morfydd Clark – odpowiednio pogrubiony głos przemawiający w języku walijskim, co swoją drogą można potraktować jako dodatkowy dowód świadczący za tą mocniej nasuwającą się interpretacją, czyli chorobą psychiczną, nie zaś najprawdziwszym, dosłownym boskim posłannictwem, za faktyczną świętą misją powierzoną przez chrześcijańskiego Boga we własnej osobie KONIEC SPOILERA. Niedługo po przeprowadzce (tylko tymczasowej) do Amandy Köhl, tytułowa postać zyskuje nową przyjaciółkę. Pielęgniarka i jej podopieczna stają się sobie bardzo bliskie. Nawiązuje się pomiędzy nimi silniejsza więź. Problemem jest jednak tryb życia, jaki prowadzi schorowana kobieta. Rozrywki, którym często się oddaje, a które w przekonaniu Maud odciągają jej uwagę od tego, co najważniejsze. Przeszkadzają w budowaniu więzi ze Stwórcą, z którym już niedługo ma się spotkać. Innymi słowy Maud wolałaby, żeby jej nowa przyjaciółka skupiła się na sferze duchowej, a nie jak dotychczas głównie cielesnej. Żeby poszukała kontaktu z Bogiem, zamiast zaspokajać apetyty swojej cielesnej powłoki, którą najprawdopodobniej już niedługo opuści. Trudno dziwić się temu, że ta zaglądająca już w oczy Śmierci kobieta garściami, zachłannie czerpie z życie tyle, ile może. Co prawda wszystko wskazuje na to, że zawsze taka była (huczne imprezy, seks, używki etc.), ale teraz jej rozrywkowe życie można też odczytywać jako rozpaczliwe, desperackie sycenie się wszystkim, co już za chwilę zostanie jej odebrane. Niczym niedźwiedź przygotowujący się do zimowego snu. Tyle że Amanda ze swojego „zimowego snu” nigdy się już nie wybudzi. Maud nie tylko tego nie pochwala, ale wręcz podejmuje starania, by „naprostować” swoją krnąbrną podopieczną. W ten sposób rodzi się obsesja, która równie dobrze może doprowadzić do rzeczy strasznych, jak pięknych: oczyszczających dla nich obu. „Saint Maud” potrafi zaniepokoić, można czuć się nieswojo w tym pogubionym umyśle żyjącej niejako na uboczu społeczeństwa, straumatyzowanej młodej kobiety, która przynajmniej w swoim mniemaniu chwyciła pomocną dłoń samego Boga. Ale, może z wyjątkiem dwóch momentów w dalszej partii tego dla mnie w miarę emocjonującego widowiska, „Saint Maud” unika dosłowności, agresywniejszych chwytów obliczonych na straszenie publiczności. To powolny, subtelny, zniuansowany, skoncentrowany na detalach i w sumie niezbyt odkrywczy thriller psychologiczny, czy jak kto woli horror psychologiczny, dla osób, którzy nie oczekują szybkiej rozrywki pełnej drogich efektów specjalnych i/lub wszędobylskich jump scenek. I fabularnych innowacji.

Nie jestem tak do końca przekonana do samej historii wymyślonej przez Rose Glass na użytek swojej pierwszej pełnometrażowej produkcji. Czegoś w scenariuszu „Saint Maud” mi zabrakło. Mam pewien niedosyt, choć ogólnie rzecz biorąc (nie)zwykłe przeżycia młodej pielęgniarki, która przynajmniej tylko w swoim mniemaniu wykonuje misję zleconą jej przez samego Boga Wszechmogącego, kompletnie nieinteresujące dla mnie na pewno nie były. W sumie nawet dałam się wciągnąć w tę opowieść. Ale jednak chciałoby się trochę więcej. Opakowanie – zdjęcia i ścieżka dźwiękowa – zrobiło na mnie niemałe wrażenie, ale sam tekst nie przemówił do mnie w porównywalnym stopniu. Forma tak, a fabuła tak sobie.

piątek, 5 lutego 2021

Mads Peder Nordbo „Pustelnik”

  
Recenzja zawiera spoilery „Zimnego strachu” Madsa Pedera Nordbo

Grenlandia, rok 2014. Na dnie studni w odizolowanym miejscu, nieopodal wikińskich ruin zostają odnalezione zwłoki mężczyzny. Wszystko wskazuje na to, że ofiara przebywała tam kilka dni, a żeby przeżyć pożywiała się własnym ciałem. Sprawę prowadzi policjant z Nuuk Michael Ottesen, który z pomocą miejscowego dziennikarza śledczego, Matthew Cave'a, nadal stara się rozpracować sprawę, w którą najprawdopodobniej są uwikłani amerykańscy żołnierze stacjonujący w Grenlandii. Taką pewność ma Matthew, ale Ottesen skupia swoje podejrzenia przede wszystkim na przyjaciółce dziennikarza, młodej Inuitce Tupaarnaq Siegstad, która zniknęła. Tymczasem giną kolejne osoby i coraz bardziej uprawdopodabnia się wersja, że sprawcą jest qivittoq, opętany żądzą zemsty grenlandzki pustelnik, wywodzący się z nordyckich legend. Matt podejrzewa, że ta sprawa ma związek z tajną operacją wojskową o kryptonimie Tupilak, której celem, jak zakłada, jest tworzenie wyszkolonych zabójców na zamówienie. Jako jeden z nielicznych wierzy, że Tupaarnaq nie odpowiada za te zabójstwa, ale gdy odkrywa nieznane dotąd fakty z jej życia, zaczyna się zastanawiać, czy aby kobieta przez cały czas go nie okłamywała.

Pustelnik” (oryg. „Kvinden med dødsmasken”) to prawdopodobnie ostatni tom cyklu grenlandzkiego z dziennikarzem śledczym Matthew Cave'em i wyobcowaną Inuitką, łowczynią Tupaarnaq Siegstad, zapoczątkowanego w 2017 roku powieścią „The Girl Without Skin” (pol. „Dziewczyna bez skóry”). Druga odsłona tego poczytnego cyklu arctic noir, „Kold Angst” (pol. „Zimny strach”), ukazała się w roku 2018, a trzecia w 2019. Cyklu Madsa Pedera Nordbo, urodzonego i dorastającego na Fionii, a od paru lat mieszkającego na Grenlandii, ekscentrycznego pisarza, dobrze zorientowanego w niestabilnej sytuacji politycznej tej wielkiej wyspy. I innych poważnych problemach dotykających tamtejszą ludność. Na to wszystko Nordbo zwraca uwagę w swoich najgłośniejszych książkach. I na niezaprzeczalne piękno arktycznej przyrody.

W „Pustelniku” Mads Peder Nordbo podejmuje wątki wprowadzone w „Dziewczynie bez skóry” i „Zimnym strachu”. Zwłaszcza z tą drugą pozycją warto się zapoznać przed wejściem w niniejszą opowieść, ponieważ istotną rolę odgrywa w niej, wymyślony na użytek tej literackiej serii, eksperyment pseudomedyczny rozpoczęty w 1990 roku w amerykańskiej bazie wojskowej w Thule, który Nordbo szczegółowo przedstawił w „Zimnym strachu”. Chociaż, jak się okazuje, nie tak znowu kompleksowo. Poprzednio mogło się wydawać, że Nordbo wyczerpał już ten temat, że domknął ów wątek w drugim tomie mrocznych przygód między innymi dziennikarza śledczego od śmierci żony i nienarodzonej córeczki mieszkającego w Nuuk, Matthew Cave'a, ale w „Pustelniku” autor odkrywa kolejne fakty na temat tego niechlubnego projektu. Szczerze mówiąc rola, jaką Nordbo przewidział dla Amerykanów (ściślej amerykańskich żołnierzy z bazy w Thule) to jeden z najserdeczniej przywitanych przez mnie elementów tej złożonej intrygi rozgrywającej się na skutej lodem, wielkiej wyspie. Bo nieczęsto spotykam się z powieściami, w których Amerykanów przedstawia się w tak złym świetle. W każdym razie wiele wskazuje na to, że żołnierze stacjonujący w Thule mają wiele na sumieniu. Toczą wyjątkowo brudne gierki na tym śnieżnym terytorium. Gwałcą, zabijają i, jak to Amerykanie (no dobrze, może nie dotyczy to wszystkich), dbają przede wszystkim o interes swojego kraju. Takie przekonanie ma wielu rodowitych Grenlandczyków. Oni wiedzą, że na amerykańskich żołnierzy trzeba uważać, bo są to ludzie zdolni do absolutnie wszystkiego. Główny bohater „Pustelnika”, Matthew Cave, Madsa Pedera Nordbo też tak uważa, ale nie ma twardych dowodów świadczących przeciwko nim. Pomimo wytężonego śledztwa, jakie przeprowadził w tym kierunku. Wraz z zaprzyjaźnionym policjantem z Nuuk, Michaelem Ottesenem, który początkowo wprawdzie zdawał się podzielać zdanie Matta na temat operacji o kryptonimie Tupilak, nielegalnego przedsięwzięcia amerykańskich żołnierzy stacjonujących w Thule, ale ostatnio bardziej skłania się ku Tupaarnaq Siegstad. Inuitki, która przeszła w życiu przez istne piekło, przez co stała się odludkiem. Unikała wszelkiego towarzystwa przynajmniej do czasu poznania Matthew Cave'a. Jemu jednemu zaufała... Ale czy na pewno? Matt teraz ma powody, by zwątpić w znany mu obraz Tupaarnaq. Jego nowej miłości, która znowu gdzieś zniknęła. Miłosne rozterki Matta to jedno, ale Nordbo sporo uwagi w „Pustelniku” poświęca też coraz bardziej pogarszającej się sytuacji życiowej Michaela Ottesena, który zawiązał nieformalną współpracę z Cave'em przy śledztwie, zdaje się, swoimi korzeniami sięgającym lat 70-tych XX wieku. Śledztwie, za którym doprawdy trudno nadążyć nawet tej dwójce, a co dopiero odbiorcy owej bezkompromisowej trzytomowej kryminalnej opowieści skonstruowanej przez niewątpliwie wnikliwego obserwatora grenlandzkiego światka, Madsa Pedera Nordbo. Mroźnego światka, w którym toczy się krwawa wojna... o władzę nad Grenlandią? Polityka najwyraźniej odgrywa w tym jakąś rolę. Tak w każdym razie myśli Matthew Cave – ale nawet on nie może zignorować przesłanek wskazujących na zwykłą zemstę za doznane krzywdy. A jeśli tak to jakie konkretnie? I przede wszystkim przez kogo, i w jakim celu zgotowane?

Ludzi łatwo wodzić za nos, jeśli się czegoś obawiają. Strach to najlepszy przyjaciel dziennikarza.”

Stara nordycka legenda o qivittoq, w tajemniczych okolicznościach opuszczona przed wiekami osada wikingów, polująca na ludzi mumia, tajna operacja wojskowa o kryptonimie Tupilak, mroczne tajemnice Tupaarnaq i wreszcie kolejny rozdział potwornej historii z lat 70-tych XX wieku, tym razem skoncentrowany na chłopcu imieniem Tobias, który wyrósł na jednego z najlepszych łowców w Grenlandii. Swoją drogą na grzbiecie motywu łowców (myśliwych) Mads Peder Nordbo niesie zażartą dyskusję, jaka od lat toczy się w Grenlandii. Mówi o konflikcie pomiędzy niemałą częścią rodowitych Grenlandczyków a obrońcami praw zwierząt, zwykle przybywającymi z zewnątrz z misją ratowania między innymi wielorybów. Scena z udziałem tego ogromnego ssaka przybliżona już na początku „Pustelnika” (tuż po krótkim wstępie sugerującym straszny koniec jakiegoś mężczyzny, wcześniej bezskutecznie wypatrującego swojego przyjaciela na śnieżnym pustkowiu), delikatnie mówiąc, nie była dla mnie łatwym przeżyciem. Strasznie było patrzeć na niewyobrażalne cierpienie zwierzęcia zgotowane przez nieodpowiedzialnych ludzi. Nie jest tak, że Nordbo nie dostrzega racji myśliwych, że jest ślepy na ich argumenty. Nie odniosłam nawet wrażenia, że stanowczo sprzeciwia się wszelakim polowaniom na zwierzynę prowadzonym przez ludzi. Ale w niektórych przypadkach zdaje się opowiadać po stronie wrogów grenlandzkich łowców. Z czysto pragmatycznych względów. To nie jedyny moment, w którym Nordbo bezlitośnie obchodzi się ze zwierzętami. A właściwie wybrane postacie jego książki. I nie nazwałabym tego chodzeniem po linii najmniejszego oporu. Ot, wykorzystaniem sprawdzonego, prawie zawsze działającego sposobu na ożywienie niewygodnych emocji w czytelnikach. Nie, ja odbierałam te bolesne dla mnie scenki, jako kolejny element tamtejszej codzienności. Inny słowy Nordbo na każdym kroku dawał mi do zrozumienia, że życie na Grenlandii zasadniczo różni się od życia w bardziej przyjaznych człowiekowi (choćby pod kątem klimatu) rejonach Europy/Ameryki Północnej. Mówiąc wprost, tamtejsza ludność nie wydaje się (przynajmniej nie w świecie przedstawionym przez Nordbo, ale mam powody, by i w tej kwestii mu zaufać) tak uczulona na dobro dzikich i udomowionych zwierząt, jak mieszkańcy innych tak zwanych cywilizowanych krajów. Krajów zaludnionych dużo gęściej od tego skutego lodem wielgachnego „podwórka”. Podobnie jak w „Zimnym strachu” będzie o dotkliwej samotności, o życiu bez większych perspektyw, które wielu zdesperowanych, nierzadko młodych ludzi, decyduje się gwałtowanie zakończyć (samobójstwa), o nieludzkim traktowaniu kobiet i dzieci (oczywiście nie wszystkich), również przez ich własnych mężów i ojców. Będzie też o tajemniczej, budzącej powszechny lęk postaci, w pewnym sensie wywodzącej się z nordyckiej legendy. Mściwym pustelniku, oszalałym qivittoq – mężczyźnie albo kobiecie – który na jakimś etapie swojego życia dobrowolnie opuścił albo został wyrzucony ze swojej społeczności, z jakiegoś powodu wykluczony ze wspólnoty, a więc i skazany na samotną, niezwykle ciężką egzystencję na śnieżnym pustkowiu. Jak widać wątków znowu jest sporo, przy czym większość z nich to tak naprawdę przedłużenie motywów wprowadzonych w poprzednich tomach tej grenlandzkiej chyba trylogii. Bo nie zdziwiłoby mnie, gdyby Nordbo jeszcze powrócił do tego depresyjnego, ponurego, potwornego, ale i na swój sposób pięknego - przyroda - świata przedstawionego. Ja, w każdym razie, bardzo chciałabym poznać dalsze losy bohaterów tego niesamowitego kryminalnego cyklu, który można też odbierać jako thriller, także psychologiczny z elementami literatury szpiegowskiej i częściowo opartą na faktach warstwą polityczną. „Dziewczyna bez skóry”, czyli początek tej długiej opowieści osadzonej w niezwykle chwytliwej, arktycznej scenerii, dopiero przede mną, więc tak czy inaczej wrócę jeszcze do niepowierzchownie przedstawionych, w sumie to doskonale skonstruowanych, interesujących bohaterów (moich nowych przyjaciół) Madsa Pedera Nordbo.

Nie mogę powiedzieć, że „Pustelnik” porwał mnie w takim stopniu, jak „Zimny strach”, poprzednia odsłona mrocznych przeżyć między innymi dziennikarza śledczego Matthew Cave'a w arktycznej scenerii. Dużo mniejszy udział Tupaarnaq i niezbyt klarowne, dość mętne domknięcie tej wstrząsającej historii, moim zdaniem najwięcej ujmuje „Pustelnikowi”. Oczywiście przydałby się jeszcze chociaż jeden nowy, co bardziej elektryzujący wątek. Tak intrygujący, jak motyw qivittoq i Tupilaka. Ale ogólnie rzecz biorąc to też było dla mnie niemałe przeżycie. Ten mroczny „Pustelnik” Madsa Pedera Nordbo. Na marginesie: Mariusz Banachowicz, projektant okładki pierwszego polskiego wydania tej powieści (wydawnictwo Burda, 2019) znowu stanął na wysokości zadania. Zimne oprawy graficzne wszystkich trzech etapów tej grenlandzkiej podróży zorganizowanej przez Madsa Pedera Nordbo, osobiście uważam za małe dzieła sztuki. Się nasz rodak postarał!

Recenzja w ramach akcji

http://www.ksiegarniadunska.pl/

środa, 3 lutego 2021

„Mordercza cysta” (2020)

 

Rok 1961. Małomiasteczkowy lekarz, doktor Guy, skonstruował maszynę laserową przeznaczoną do usuwania zmian skórnych. Pracująca w jego gabinecie pielęgniarka, Patricia, nie jest przekonana do wynalazku swojego przełożonego. Nie podoba jej się, że doktor Guy chce testować go na swoich pacjentach i w ogóle ostatnimi czasy bardzo niepokoi ją jego zachowanie. Dlatego podjęła decyzję o odejściu z pracy. Ostatniego dnia Patricia jest zmuszona uczestniczyć w kolejnym pokazie doktora Guya dla ludzi z urzędu patentowego. Jak się okazuje kolejnym nieudanym pokazie. Tylko że tym razem usilne starania jej przełożonego o uzyskanie patentu doprowadzają do powstania agresywnego cystowego potwora.

Amerykański horror science fiction, body horror podlany czarną komedią, „Mordercza cysta” (oryg. „Cyst”), powstał z miłości do filmów o potworach z lat 60-tych XX wieku. Pomysł narodził się w głowie Tylera Russella, twórcy między innymi komedii „Here Comes Rusty” (2017) i westernu/kryminału pt. „Texas Cotton” (2018). Scenariusz Russell napisał z Andym Silvermanem, z którym niejednokrotnie już współpracował, ale na krześle reżyserskim zasiadł sam. Filmowiec zdradził, że „Mordercza cysta” miała być swoistym połączeniem niektórych z jego ulubionych horrorów - „The Thing”, „The Blob”, „Reanimator”, twórczość Rogera Cormana - z humorem braci Coen i Quentina Tarantino. A to wszystko w opowieści w pewnym sensie skrojonej pod dyktando obrazów o potworach, szalonych naukowcach i ich niebezpiecznych wynalazkach z szóstej dekady XX wieku. Pierwszy pokaz „Morderczej cysty” odbył się we wrześniu 2020 roku na Fantastic Fest w Stanach Zjednoczonych, a w Polsce film zadebiutował w grudniu tego samego roku na Splat!FilmFest.

Chyba najbardziej kojarzony z „Troll 2” Claudio Fragasso, George Hardy w „Morderczej cyście” spotkał się ze swoją koleżanką z planu „Goblin – Das ist echt Troll” Erica Deana Hordesa, Evą Habermann. Hardy wcielił się w rolę antypatycznego małomiasteczkowego lekarza, który robi wszystko, co w jego mocy, by opatentować urządzenie oparte na technologii laserowej służące do usuwania zmian skórnych. Doktor Guy, bo tak się nazywa ten szalony doktorek, pracował nad tą maszyną kilka lat, a ostatnio na dodatek stworzył pewną maść do stosowania zewnętrznego, która wymaga jeszcze dopracowania. Zresztą nad urządzeniem, które doktor Guy już o jakiegoś czasu stara się opatentować, też przydałoby się jeszcze trochę popracować. A jeszcze lepiej czym prędzej porzucić ten projekt. Takie zdanie ma pielęgniarka, którą od dawna zatrudnia, wykreowana przez Evę Habermann Patricia. Kobieta złożyła już rezygnację – odchodzi nie tylko od doktora Guya, ale w ogóle z zawodu – i od słodkiej wolności dzieli ją już tylko parę godzin. Jako że „Mordercza cysta” miała być przede wszystkim hołdem dla monster movies/horrorów science fiction z lat 60-tych XX wieku, niezbyt liczne grono aktorów i aktorek dostosowało się do ówczesnych technik. To znaczy ich kreacje przywołują wspomnienia szczególnie tańszych filmów grozy z tamtego okresu. Egzaltacja naprzemiennie z deficytem emocji (mimika, głos). Tyler Russell i Andy Silverman w scenariuszu „Morderczej cysty” jak najbardziej zamierzenie wykreślili różne przerysowane osobowości, zapewne dobrze już znane długoletnim fanom kina grozy. Miłośnicy klasyczny horrorów science fiction powinni bez trudu skojarzyć te nieco przedobrzone, jaskrawe postaci. Postaci niby żywcem wyjęte z czarno-białych (w sumie nie tylko) produkcji z kiczowatymi efektami specjalnymi. Efekt gumy. Widać w „Morderczej cyście” obiecywane w wywiadach przez Tylera Russella naleciałości szalonych lat 80-tych XX wieku. Dosadniejsze dodatki bardziej w stylu Carpenterowskiego podejścia („Coś” z 1982 roku) do kultowej noweli Johna W. Campbella („Who Goes There?") niż pierwszej ekranowej wersji tego samego utworu z roku 1951 („Istota z innego świata” w reżyserii Christiana Nyby'ego i niewymienionego w czołówce Howarda Hawksa). Bardziej w stylu „Reanimatora” Stuarta Gordona, filmu opartego na opowiadaniu H.P. Lovecrafta „Reanimator Herbert West”. Niekoniecznie jednak bardziej w stylu remake'u „The Blob” z 1988 roku niż oryginalnej wersji z roku 1958. Dodałabym do tego „Towarzystwo” Briana Yuzny, moim zdaniem jeden z najlepszych pokazów cielesnych, „gumowatych” efektów w historii kinematografii. „Mała” uwaga: „Mordercza cysta” Tylera Russella nie idzie aż tak daleko, jak wyszczególnione pozycje. Wydawałoby się, że rzecz o zabójczej zbitce torbieli (takiej co to porusza się sama, w oderwaniu od nosiciela, a jakby tego było mało posiada zmysł wzroku) nie będzie szczędzić widzom wszelki maści obrzydliwości. Że czeka nas jedna wielka krwawa... i ropna makabra. Rzeczywiście trochę tego jest, ale z naciskiem na trochę. Nie ukrywam, że spodziewałam się zdecydowanie ostrzejszej jazdy. Z tą mega cystą, która nieplanowanie wyrywa się na wolność, nagle dostaje nóżek i rozpoczyna polowanie na ludzi. Ludzi zamkniętych w niewielkiej przychodni należącej do mimowolnego sprawcy całego tego zamieszania, doktora Guya. Postaci opartej na klasycznym modelu burzyciela kojarzonym głównie z fantastyką naukową – naukowca dosłownie opętanego swoją nowatorską wizją. Pomysłem na błyskawiczne, nieinwazyjne i bezbolesne pozbywanie się problematycznych zmian skórnych (niezłośliwych). Taki jest plan, ale w praktyce „cudowny” wynalazek doktora Guya spisuje się... cóż, dużo gorzej.

(źródło: https://projectedfigures.com/)
Widziałam już morderczą oponę, widziałam krwiożerczą pochwę, widziałam zabójczy fotel, a nawet agresywnego stworka mieszkającego w jelicie jakiegoś nieszczęśnika i wychodzącego przez odbyt. Pokazano mi też, że materiałem na zabójcę może być nawet kowbojska kurtka. W kinie grozy śmierć czai się dosłownie wszędzie. Niespełna 70-minutowy horror science fiction w reżyserii Tylera Russella dobitnie pokazuje, że mordercze stworzenie można wyhodować dosłownie na człowieku. Odrywa się takie coś z pleców mężczyzny i zaczyna polować na wszystko, co się rusza. Takie tam niewielkie stworzenie, taka tam cystunia, którą pierwszy lepszy dorosły człowiek mógłby zdeptać. Ale jak to często z ropnymi zmianami skórnymi bywa, tytułowa postać omawianego filmu Tylera Russella ma tendencję wzrostową. Rozrasta się i wzdłuż, i wszerz, pęcznieje i pęcznieje, aż człowiek zaczyna się obawiać chwili, w której w końcu pęknie. Bo wydaje się, że prędzej czy później to wielkie bum musi nastąpić. To nieuniknione, a przynajmniej taką pewność zasiała we mnie ta prościutka, szczątkowa wręcz opowieść. Rozumiem, że to miał być ukłon w stronę starych, dobrych horrorów o potworach, szalonych (pseudo)naukowcach i ich niebezpiecznych wynalazkach. Rozumiem, ale nie pochwalam:) A już na poważnie, nie mam wątpliwości, że wydłużenie pierwszej partii „Morderczej cysty”, dłuższe preludium do spodziewanej rzezi, podczas którego moglibyśmy lepiej zapoznać się przynajmniej z najważniejszymi ludzkimi postaciami, nie osłabiłoby wrażenia obcowania z historią uformowaną na modłę swobodnych, bezpretensjonalnych, niskobudżetowych opowieści z minionego wieku o przeróżnych bestiach bezpardonowo polujących na ludzi. Wyjątkowo szybki rozwój akcji i co najwyżej znikomy rozwój postaci nie pozwolił mi maksymalnie wejść w tę, bądź co bądź, całkiem pomysłową historię. Historię, która uczy nas, by nigdy, przenigdy nie zgadzać się na eksperymentalne leczenie. A już na pewno nie, gdy „leczyć” chce nas ktoś, kto już na pierwszy rzut oka wydaje się mieć trochę nierówno pod sufitem i to przy użyciu nieopatentowanej, nawet nieprzetestowanej należycie maszyny, która ciągle się psuje. „Mordercza cysta” zwraca też uwagę widzów na jedną „ważną kwestię”, nad którą raczej niewielu (jeśli w ogóle ktoś) wcześniej się zastanawiało. Nie patrzyło na to w taki sposób. Czyli na wszelkie niepożądane, zwykle uważane za szpecące, narośle; na różnego rodzaju zmiany skórne, czy to wypełnione ropą, wodą, czy krwią. Zastanówcie się ludzie, co robicie. Pomyślcie przez chwilę, jak czuje się taka brzydka narośl, kiedy bez żalu się jej pozbywacie. Ma prawo czuć się niechciana, niekochana. Samotna, ale i żądna zemsty za to jak ją potraktowano. A przecież niczym nie zawiniła. Rosła sobie spokojnie (i to w jakim tempie!) na plecach „najnowszego popychadła doktora Guya”, aż tu nagle siłą oderwano ją od nosiciela. Potraktowano ją, jak toksyczny odpad. Jak śmiecia, z uczuciami którego nikt, absolutnie nikt się nie liczy. I co na to tak zwani obrońcy życia? Nie pomyśleliście o tym życiu, co? A widzicie, Tyler Russell pomyślał. Empatyczne podejście do cysty... Zabawne, ale na swój pokręcony sposób także wzruszające podejście do przerośniętej masy wypełnionej ropą. Grudkowatego, pulsującego, mazistego, magicznie kiczowatego cielska z mackami, wielkim okiem i niezgrabnymi, krótkimi odnóżami. Swoją drogą we wcześniejszej fazie ten cudaczny twór przypomina pająka (brr!) z nagą czachą robiącą za odwłok. W sumie milusi stworek. Jakoś wstrętu we mnie nie budził, chyba że na samą myśl o tym, co się stanie gdy już osiągnie maksymalne rozmiary – wyobrażałam sobie, że gejzery ropne, które pokazano mi wcześniej przy tym, co szykuje się „mmm, na deser”, okażą się przyjemnym, aromatycznym deszczykiem. Nie zdradzę, czy miałam rację, ograniczę się do stwierdzenia, że jedynie akcje z białą substancją udającą ropę napawały mnie lekkim wstrętem. Sceny mordów i okaleczeń w moich oczach co prawda wypadły dość realistycznie, ale też niezbyt wiele pokazano. Jakiejś wielkiej inwencji też w tym nie dostrzegłam – ot, ropny potwór połykający ludzi. Chap i nie ma człowieka. No, może od czasu do czasu jakaś tam kończyna z ogromnej paszczy wypadnie. Dodam jeszcze, że uwidacznia się tu retro klimacik (no tak, pół na pół), a jako że prawie całą akcję zamknięto w niezbyt przestronnym budynku, w dość ciasnych przestrzeniach, poczucie klaustrofobii (lekkie) też mnie dopadło. Duży plus przyznaję też za dość bogatą ścieżkę dźwiękową skomponowaną przez Sama Lipmana. Za gorączkowe, szarpiące nerwy, ale i spokojniejsze instrumentalne kompozycje, a już zwłaszcza za rytmiczne skrzypcowe piski. Po napisach końcowych (w trakcie też, ale to mniej istotne), które podobnie jak czołówka „zostały podkradzione” ze starych filmów, jest jeszcze jedna scena. Banał, ale ważny w kontekście tej historii.

Czy warto było popatrzeć na morderczą cystę? A czy gołębie potrafią latać? Horror science fiction, żartobliwe podejście do body horroru w reżyserii Tylera Russella, którego scenariusz napisał wspólnie z Andym Silvermanem, który już samym pomysłem wyjściowym powinien przyciągnąć sympatyków przedziwnych historii. Kuriozalnych wizji, w których (nieprzesadna, w sumie to rozczarowująco oszczędna) makabra spotyka się z czarnym humorem. I gdzie w pewnym sensie lata 60-te XX wieku spotykają się z latami 80-tych tego samego stulecia. Interesująca, w ogólnym rozrachunku dość odżywcza propozycja – taa, bez dwóch zdań – ale też nie mogę oprzeć się wrażeniu, że tkwił w tym dużo większy potencjał. W tej milusiej „Morderczej cyście”.

poniedziałek, 1 lutego 2021

E.G. Scott „Dlaczego właśnie ja”

 

Charlotte Knopfler kiedyś była znakomicie rokującym neurochirurgiem, ale śmierć pacjentki na stole operacyjnym zakończyła jej karierę. Teraz jest akupunkturzystką, prowadzącą salon razem ze swoją najlepszą przyjaciółką, Rachel Sherman. Od jakiegoś czasu Charlotte pozostaje w związku na odległość z niejakim Peterem Stantonem, który pracuje w agencji rządowej. Mężczyzna ciągle jest w rozjazdach i wykonuje niebezpieczne, wymagające dyskrecji zadania, przez co jego kontakt z życiową wybranką jest mocno ograniczony. Pewnego dnia Charlotte zostaje poproszona o identyfikację zwłok. Jak się okazuje przy ciele młodej, prawdopodobnie zamordowanej kobiety, znaleziono dane Charlotte, choć ta utrzymuje, że nie zna ofiary. Sprawę prowadzą detektywi Dennis Silvestri i Terrence Wolcott, a ich podejrzenia koncentrują się między innymi na Charlotte.

Pisarski duet z Nowego Jorku kryjący się pod pseudonimem E.G. Scott, wieloletni przyjaciele Elizabeth Keenan i Greg Wands, po sukcesie swojej pierwszej wspólnej powieści „The Woman Inside” (pol. „Nic o mnie nie wiesz”), która swoją światową premierę miała w 2019 roku, zajęli się kolejnym literackim projektem. Kolejnym thrillerem psychologicznym - „In Case of Emergency” (pol. „Dlaczego właśnie ja”) - co prawda tematycznie niepowiązanym z „Nic o mnie nie wiesz”, ale autorzy wcielili w tę opowieść również niektóre postacie z tamtego utworu. Pomysł wyjściowy przyszedł od Elizabeth Keenan. Proste pytanie: co by się stało, gdybyś okazał się kontaktem w nagłych wypadkach dla zupełnie obcej osoby? Reszta wychodziła już w trakcie pisania. Greg Wands zajmował się głównie wątkiem kryminalnym, policyjnym śledztwem prowadzonym przez znanych z „Nic o mnie nie wiesz” detektywów, a Elizabeth Keenan odpowiadała za warstwę medyczną. Światowa premiera książki przypadła na rok 2020, a jej autorzy pracują już nad kolejnym powieściowym dreszczowcem, któremu nadali roboczy tytuł „The Rule of Three”.

Dlaczego właśnie ja” to blisko pięćsetstronicowa publikacja od E.G. Scottów (będę używać pisarskiego pseudonimu w liczbie mnogiej) utrzymana w konwencji thrillera psychologicznego, która wychodzi od genialnego w swojej prostocie pomysłu. Wszystko zaczyna się od telefonu z biura lekarza sądowego do głównej bohaterki albo antybohaterki tej opowieści, Charlotte Knopfler. Młoda kobieta, która przypuszczalnie padła ofiarą zabójstwa, miała przy sobie kartę z danymi Charlotte do kontaktu w nagłych wypadkach. Problem w tym, że Charlotte nigdy wcześniej jej nie widziała. A przynajmniej tak się jej wydaje. Swoim zwyczajem E.G. Scottowie przedstawiają tę opowieść z kilku perspektyw. Modna ostatnimi czasy metoda – opisywanie każdego rozdziału imieniem bądź nazwiskiem osoby, której punkt widzenia (narracja pierwszoosobowa) będzie w danym momencie przyjmowany. W tych miejscach autorzy „Dlaczego właśnie ja” postawili Charlotte Knopfler, Dennisa Silvestriego, Terrence'a Wolcotta oraz Rachel Sherman. Przewidzieli też dodatkowe atrakcje, jak na przykład rozmowy na czacie dla straumatyzowanych kobiet. Trauma to w sumie jeden z tematów przewodnich „Dlaczego właśnie ja”. Tragiczne wydarzenia z przeszłości, które w dużej mierze ukształtowały teraźniejszość. Miały ogromny wpływ na całe dalsze życie. Czołowa postać omawianej książki, Charlotte Knopfler, właśnie na skutek takiego katastrofalnego zdarzenia z niezwykle zdolnej neurochirurg przedzierzgnęła się w akupunkturzystkę. Z medycyny Zachodu do medycyny Wschodu. Gdy ją poznajemy jest już dawno pogodzona z myślą, że już nigdy nie wróci do tradycyjnego leczenia. Wydaje się wręcz, że Charlotte bardziej ceni sobie obecne zajęcie. Jest szczęśliwsza jako akupunkturzystka... O tyle o ile, ponieważ Charlotte nie może wyrzucić z pamięci pacjentki, którą straciła. Obwinia się za tę nagłą śmierć na stole operacyjnym. E.G. Scottowie w prostych słowach, w sumie w dość mocno uproszczonych opisach, przywołują obraz osoby, której pomimo starań nigdy nie udało się uwolnić od straszliwego poczucia winy. Kreślą niezbyt dogłębny portret kobiety, której sumienie, słusznie czy nie, już od dłuższego czasu jest mocno obciążone. Innymi słowy mówią o tym, jakie spustoszenie w umyśle jednostki mogą czynić wyrzuty sumienia. O ich niezwykle potężnej sile nieszczącej. I o tym, jak bardzo w takich przypadkach przydaje się przyjazna dłoń. Moralne wsparcie innych ludzi. Charlotte takie wsparcie dostaje głównie od anonimowych użytkowniczek czatu dla ofiar traumy, jednocześnie (bo przecież na tym to polega) dając takie oparcie im. Nie można jednak pominąć Rachel Sherman, jej najlepszej przyjaciółki i zarazem wspólniczki w interesach, która tak naprawdę nauczyła ją stawiać czoła przeciwnościom losu. Pokazała Charlotte, jak być silną w tym nieprzyjaznym świecie. Knopfler ma jednak świadomość, że przed nią jeszcze długa droga, że nie jest tak silna jak jej przyjaciółka, że nie ma w niej takiego hartu, jaki zdecydowanie posiada jej wspaniała mentorka. Która najwyraźniej coś przed nią ukrywa. I która ma obiekcje do ukochanego Charlotte. Mężczyzny, o którym nawet ona sama niewiele wie. Mężczyzny, z którym Charlotte zbudowała związek na odległość. Pracownika jakiejś agencji rządowej. Mamy więc człowieka enigmę, alarmującego mężczyznę, który w niedalekiej przeszłości wkroczył w życie głównej bohaterki. Mamy też potencjalne zabójstwo młodej kobiety, w które w jakiś sposób najwyraźniej jest zamieszana akupunkturzystka Charlotte Knopfler. Ale i mamy coraz bardziej podejrzanie się zachowującą najlepszą przyjaciółkę czołowej postaci. I wnioski, do jakich z biegiem śledztwa dochodzą detektywi Silvestri i Wolcott. Wnioski dotyczące Charlotte.

Nie boję się śmierci. Życie jest znacznie trudniejsze.”

W poprzedniej powieści E.G. Scottów, „Nic o mnie nie wiesz”, najmniej angażowały mnie wydarzenia, w centrum których stali policyjni detektywi, Silvestri i Wolcott. Nie inaczej było w przypadku „Dlaczego właśnie ja”. Śledztwo w sprawie śmierci młodej kobiety, które z czasem się rozrośnie, wyglądało, jakby spisywano je naprędce, bez dbałości o jakże pożądane przeze mnie szczegóły. I dotyczy to tak miejsc, jak postaci reprezentujących tę płaszczyznę. Ogólniki, jakieś tam szczątkowe informacje. Stanowczo zbyt mała ilość fragmentów opisowych – tę warstwę budują głównie dialogi. Również szybkie, nieniosące praktycznie żadnej istotnej treści, w moim poczucie całkowicie zbędne, wymiany zdań pomiędzy duetem śledczym, którym daleko do orłów dedukcji. Z jednej strony te postacie dzięki temu w moich oczach zyskiwały na wiarygodności, ale z drugiej, to jakoś nie osłabiało mojej irytacji, że tak to nazwę, w najskrajniejszych pokazach ich niedomyślności. Z większym entuzjazmem wchodziłam w rozdziały reprezentowane przez Charlotte Knopfler i Rachel Sherman (tych drugich w „Dlaczego właśnie ja” jest o wiele mniej). Dłuższe wywody na temat akupunktury, szeroki wgląd w aktualne zajęcie głównej bohaterki, te wszystkie momenty, w którym Charlotte zajmuje się swoimi klientami/pacjentami, co prawda zazwyczaj trochę mnie męczyły, ale przy tych paniach nie czułam takiego dystansu, jak przy panach prowadzących śledztwo w sprawie, która ma jakiś, może nawet ścisły, związek z Knopfler. W umysły i w ogóle w życie (nie tylko zawodowe) Rachel i tym bardziej Charlotte, Scottowie dali mi zdecydowanie większy wgląd. W wystarczającym stopniu pozwolili mi je poznać, czego niestety nie mogę powiedzieć o nieustępliwych policjantach. Poza tym wokół Charlotte, a więc i niejako rykoszetem w otoczeniu Rachel, działo się więcej ciekawych rzeczy. Poza wstępną i końcową fazą, policyjne śledztwo przebiega w nader pospolity, banalny wręcz sposób. Twarda konwencja, tyle że w moim odczuciu bez dostatecznej dbałości o napięcie. Tymczasem u Charlotte i Rachel autorzy kładą nacisk głównie na psychologię. Wątek kryminalny w tych obszarach „Dlaczego właśnie ja” długo egzystuje jedynie gdzieś na dalszym planie. Owszem, od czasu do czasu myśli Charlotte całkowicie zaprząta ta zagadkowa sprawa, a konkretniej nieznajoma kobieta, potencjalna ofiara zabójstwa, która przed śmiercią wybrała właśnie ją - dlaczego właśnie ja? - do kontaktu w nagłych wypadkach. I owszem, Silvestri i Wolcott czasami goszczą w rozdziałach skoncentrowanych na Charlotte, wdzierają się w jej osobistą przestrzeń. I to coraz bardziej zdecydowanie. Ale uwagę Charlotte zaprzątają też inne rzeczy. Tajemniczy mężczyzna, w którym bez pamięci się zakochała, niejaki Peter Stanton; nowy pacjent, który przedstawia się jej jako doktor Jack Doyle (podejrzany typ); najlepsza przyjaciółka i wspólniczka, na którą Charlotte zaczyna patrzeć inaczej niż dotychczas (zaborcza, zazdrosna, mająca obsesję na punkcie Charlotte... bezwzględna zabójczyni?); tragedia z przeszłości, której jeszcze nie udało jej się przepracować. Wspomnienia z czasów, kiedy to wrota do wielkiej kariery na polu neurochirurgii jeszcze stały przed nią otworem. Można się domyślić, w jakim kierunku potoczy się ta historia. Łatwo odgadnąć, w jaki sposób autorzy połączą te wszystkie motywy. A przynajmniej niektóre z nich. W każdym razie ogólny kierunek bez trudu w myślach sobie wyznaczyłam, ale w szczegółach już tak łatwo nie było. Znalazło się parę pomniejszych niespodzianek i w gruncie rzeczy jedna duża. Wprawdzie byłam przygotowana na największe uderzenie, główny zwrot akcji podany prawie na sam koniec „Dlaczego właśnie ja”, ale muszę oddać autorom, że rozpracowałam to dosłownie chwilę wcześniej. Zdecydowanie zbyt późno, bo nie bez ogromnej pomocy Scottów – wraz z ujawnieniem bardzo czytelnych, tak czy inaczej nie aż tak zawoalowanych jak wcześniej, wskazówek. Wszystko w sumie ładnie się spina, choć na pierwszy rzut oka sprawa ta może wydawać się nieco naciągana... Po namyśle stwierdziłam jednak, że absolutnie tak nie jest, że ta pozornie niewiarygodna historia w istocie ładnie się skleja.

Myślę, że „Dlaczego właśnie ja”, druga wspólna powieść opublikowana pod pseudonimem E.G. Scott, pod którym kryje się duet ze Stanów Zjednoczonych, Elizabeth Keenan i Greg Wands, zaspokoi oczekiwania wielu miłośników literackich thrillerów psychologicznych. Osoby gustujące w wyczerpujących, bardzo szczegółowych opisach mogą mieć jednak trudności w maksymalnym zaangażowaniu się w tę, bądź co bądź, dosyć złożoną, wielowątkową opowieść. Opowieść o zbrodniach, (nie)radzeniu sobie z traumą,(nad)opiekuńczych przyjaciołach, niełatwych relacjach rodzinnych, ale i związkach mających nieocenioną wartość dla cierpiącej psychicznie jednostki. O samotności, zdradzie, niszczących wyrzutach sumienia i tajemniczych nieznajomych. W mojej ocenie „Dlaczego właśnie ja” trochę brakuje do poprzedniego thrillera psychologicznego E.G. Scottów, w Polsce wydanego pod tytułem „Nic o mnie nie wiesz”, niemniej jakiejś tam rozrywki historia ta niewątpliwie mi dostarczyła. Tak, warto było wejść w dynamiczną sytuację Charlotte Knopfler, w coraz bardziej burzliwe życie tej, mimo ciążących na niej podejrzeń (na pewno policji, odbiór czytelników może być bowiem różny), stwarzającej dość sympatyczne wrażenie, choć tak niesamowicie ufnej, że w pojęciu niektórych może to zakrawać na naiwność (pozory?), akupunkturzystki. Byłej neurochirurg teraz będącej albo celem, albo „snajperem”.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu