Stronki na blogu

środa, 21 kwietnia 2021

S.K. Barnett „Blef”

 

Amerykańskie przedmieście. Sześcioletnia Jennifer Kristal wychodzi do koleżanki mieszkającej w sąsiedztwie. Ale nigdy do niej nie dociera. Wytężone poszukiwania prowadzone w kolejnych tygodniach i miesiącach nie przynoszą żadnych rezultatów. Nikt nie wie, co stało się z Jenny. Po dwunastu latach najmłodsza członkini rodziny Kristalów nieoczekiwanie wraca do domu. Jej rodzice, Laurie i Jake, nie posiadają się z radości, ale dwudziestoletni brat Ben, podchodzi do niej z dużą rezerwą. Bo ma wątpliwości. Poważne wątpliwości, czy osiemnastolatka, która właśnie zamieszkała w ich domu jest osobą, za którą się podaje.

Pierwotnie wydany w 2020 roku powieściowy thriller psychologiczny pod tytułem „Safe” (pol. „Blef”) to pierwszy utwór amerykańskiego pisarza Jamesa Siegela opublikowany pod pseudonimem S.K. Barnett. Siegel przez wiele lat pracował w branży reklamowej – tworzył między innymi spoty wyborcze (kampania gubernatorska Eliota Spitzera w Nowym Jorku w 2006 roku, kampania prezydencka Hillary Clinton w roku 2008) – a na rynku literackim zadebiutował w 2001 roku, powieścią „Epitaph”. Jego najbardziej znanym dziełem jest jednak wydana dwa lata później książka „Derailed”, która została przeniesiona na ekran w 2005 roku przez Mikaela Håfströma pod tym samym tytułem (pol. „Wykolejony”). Możliwe, że „Blef” też wkrótce zagości na ekranach, prawa do sfilmowania powieści zostały już bowiem sprzedane firmie DreamWorks.

Ile jest książek opartych na motywie zaginięcia dziecka? Mnóstwo. A ile jest powieści podobnych do „Blefu” S.K. Barnetta? Nie znam ani jednej. Znając całość, mogę to stwierdzić z całą pewnością, ale na wczesnym etapie lektury nie było to takie oczywiste. Bo miałam już okazję przeczytać „Obce dziecko” Rachel Abbott... W prologu Barnett przybliża nam sprawę zaginięcia sześcioletniej Jennifer Kristal – podaje najważniejsze fakty, naświetla okoliczności zaginięcia dziewczynki i mówi, jakie kroki poczyniono w celu jej odnalezienia. Do tragedii doszło w biały dzień na amerykańskim przedmieściu zamieszkiwanym przez klasę średnią. Niektórych może dziwić, że matka sześcioletniej Jenny, Laurie Kristal, puściła ją samą, ale trzeba wziąć pod uwagę, że do zdarzenia doszło w zazwyczaj bezpiecznej okolicy. Poza tym Jennifer szła do koleżanki mieszkającej zaledwie dwa domy dalej. Co więc mogło się stać na tak krótkim odcinku drogi, za dnia i w tak spokojnej dzielnicy? Barnett pokazuje, że czujność należy zachowywać zawsze i wszędzie. Bo zło nigdy nie śpi. A okazja czyni porywacza. Po zbadaniu sprawy taką bowiem wersję przyjęto – uznano, że Jennifer Kristal została porwana. Czas mijał, a pamięć o Jenny się zacierała. Ludzie zapomnieli o tej małej dziewczynce, bo jak przytomnie zauważa autor „Blefu” w dzisiejszych czasach, w dobie internetu i telewizji, praktycznie codziennie jesteśmy bombardowani strasznymi informacjami z kraju i ze świata. Poza tym, bez względu na to, jak egoistycznie to brzmi, mamy swoje problemy, zmartwienia, drobne radości i wielką monotonię. Życie toczy się dalej. Okrucieństwo, groza siłą rzeczy więc powszednieją. Mamy w tak zwanych wysoko rozwiniętych i rozwijających się społeczeństwach ogromny i ciągle pogłębiający się deficyt empatii. Szerzy się znieczulica, a nawet jeśli szczerze współczujemy ludziom, którzy na przykład stracili dziecko, nawet jeśli płaczemy wraz z nimi, to... Potem płaczą już tylko oni. A potem nie płacze już nikt. Tak przynajmniej może się wydawać. Laurie i Jake Kristalowie wciąż są razem i wciąż w domu, z którego przed dwunastoma laty wyszła ich sześcioletnia córeczka, by już nigdy nie wrócić. To znaczy, aż do teraz. S.K. Barnett nie zwleka z wielkim powrotem Jennifer na łono rodziny. Błyskawicznie przechodzimy do tego, nie tak znowu świeżego, motywu, który jednak najczęściej w tego typu historiach jest przewidziany na koniec. Zwykle - nie zawsze - dreszczowce budujące się na temacie zaginionego dziecka, bazują głównie na jego poszukiwaniach. W „Blefie” spotykamy się z odwróceniem tej konwencji. Z odwrotnym schematem. Nie musimy szukać zaginionej osoby. To ona przychodzi do nas prawie na samym początku książki. Trudno jednak zakładać, że sprawa jest już rozwiązana. Tak naprawdę jeszcze nawet się porządnie nie zawiązała. Zacznie się dopiero wtedy, gdy zaczniemy nabierać przekonania, że nasza osiemnastoletnia narratorka, Jennifer Kristal (mamy też rzadsze rozdziały spisane w trzeciej osobie i skoncentrowane na innych postaciach) nie jest Jennifer Kristal. Brzmi jak „Inwazja porywaczy ciał” Jacka Finneya? Jeśli tak, to śpieszę z wyjaśnieniem: sytuacja w „Blefie” zdaje się być bardziej prozaiczna. Ot, zwyczajna oszustka. Młoda kobieta udająca kogoś innego. Podszywająca się pod osobę, o której wszelki słuch zaginął przed kilkunastoma laty. Ale czy możemy mieć pewność, że Kristalowie nieświadomie przyjęli pod swój dach zupełnie obcą osiemnastolatkę? Czy ich dwudziestoletni syn Ben ma rację dopatrując się w tym przekrętu? Czy to ten tytułowy blef? Owszem, chłopak łapie naszą narratorkę na kłamstwie (dziewczyna wpada w zastawioną przez niego pułapkę), owszem, zdarza się jej „poplątać w zeznaniach” - coś tam poprzekręcać, czegoś czy kogoś tam w ogóle nie pamiętać – ale powiedzcie szczerze, ile zachowaliście wspomnień z pierwszych sześciu lat swojego życia? Ile twardych faktów potraficie odtworzyć? Ponadto wydaje się, że autor „Blefu” nie bez powodu przytacza słowa „percepcja to nie rzeczywistość”. To ulubione powiedzenie Bena może być tu jakąś wskazówką. Może po prostu Ben i Jenny inaczej niektóre wydarzenia ze swojego wspólnego dzieciństwa zapamiętali? Już abstrahując od tego, co Jenny przeżyła potem. Od niewyobrażalnej traumy, która też przecież mogła mieć wpływ – może nawet decydujący – na jej wspomnienia z rodzinnego domu.

Zagadka już wyrosła. Intryga porządnie się już zawiązała. Mamy już nad czym się zastanawiać. Znamy już pytanie, a więc można już przystąpić do poszukiwania odpowiedzi. Gonienia za prawdą. O, już się wyjaśniło! Nie doszliśmy nawet do połowy powieści, a już wiadomo czy Jenny to Jenny. To nie jest normalne. To stoi w jawnej, bezczelnej wręcz sprzeczności z podstawowymi regułami dramaturgii. S.K. Barnett nie trzyma się zasad. Właściwie to ma je za nic, a to bardzo (nie)ładnie. Tak się (nie) godzi! No bo, o czym będziesz teraz pisał? Co tu jeszcze można dodać? Można jeszcze trochę przekrzywić czytelnikowi świat. Jeszcze bardziej zdestabilizować grunt, po którym odbiorca odważnie stąpa. Odważnie, bo „Blef” S.K. Barnetta to nie jest rzecz ani łatwa, ani tym bardziej przyjemna. Problematyka, jaką podejmuje ten nowojorski pisarz w swojej pierwszej książce podpisanej pseudonimem S.K. Barnett, dużo cięższa już chyba być nie mogła. Na szczęście autor nie wdawał się w najdrobniejsze szczegóły, ale tyle w zupełności wystarczyło, żeby... obudzić we mnie żądzę mordu. Łzy płynęły obfitym strumieniem. Mdliło mnie i nijak nie potrafiłam wyzbyć się tego potężnego gniewu, czystej wściekłości na... w zasadzie to na cały świat. Bo nawet mi do głowy nie przyszło, by kwestionować trudne do zniesienia, zatruwające organizm obrazy bezlitośnie odmalowywane w „Blefie”. Fabuła wprawdzie narodziła się w wyobraźni Barnetta, ale jakoś nie mogłam oprzeć się poczuciu, że to nic innego, jak samo życie. Zastanawiacie się dlaczego? Włączcie wiadomości. Posłuchajcie, przez jakie katusze przechodzą dzieci - powtarzam: dzieci! - w prawdziwym świecie. Poznajcie kobietę, która sprzedaje swoje własne dziecko. Popatrzcie na ludzi, którzy gwałcą kilkuletnie dzieci. Przyjrzyjcie się ich zmaltretowanym, okrutnie poranionym, małych ciałkom. Popatrzcie na sześcioletnią dziewczynkę, która nie bacząc na drwiny swoich oprawców, wpatruje się w okno z niezachwianą pewnością, że już za chwilę przyjdzie po nią rodzic, który zabierze ją do domu. Z czasem nadzieja osłabnie. Z czasem twarze biologicznych rodziców zaczną rozmazywać się w jej pamięci. Będzie musiała walczyć o zachowanie każdego strzępka przyjemniejszych wspomnień. Wspomnień z tak zwanego okresu niewinności, który trwał zaledwie sześć lat. „Blef” to jedna z tych książek, których nie ma się ochoty dalej czytać, ale jakoś nie można się zmusić, żeby je odłożyć. Nie chcesz już na to patrzeć, ale nie wiesz, jak się od cholerstwa oderwać. Próbujesz, naprawdę się starasz, ale... Nie możesz porzucić tej dziewczynki. Nie możesz jej tak zostawić. W tym obskurnym mieszkaniu z najszkaradniejszymi potworami, jakich można sobie wyobrazić (bo największym potworem był, jest i obawiam się, że zawsze będzie, człowiek); w tym ciasnym, ciemnym, zamkniętym pomieszczeniu; na tym brudnym materacu pod spoconym, twardym, niewyobrażalnie olbrzymim cielskiem... Jak widać człowiek kryjący się pod pseudonimem S.K. Barnett przepuścił mnie przez wyżymaczkę. Gwałt na umyśle, tym dotkliwszy, bo znajomy. Czasami chciałoby się, żeby autora poniosła wyobraźnia, żeby zdecydował się na jakieś nieprzekonujące, mało albo kompletnie niewiarygodne posunięcia. Krótko mówiąc, żeby nie wyglądało to tak realistycznie. Podczas lektury „Blefu” wręcz marzyłam o takim wytchnieniu. Czekałam, aż Barnett rzuci mi taką kotwicę. Powie: spokojnie, to tylko fikcja. Odetchnij, bo w rzeczywistości to nie miałoby prawa się wydarzyć. Autor na takie przejawy litości jednak się nie zdobył. I dobrze, bo teraz mogę powiedzieć, że „Blef” to jedno z najbardziej emocjonujących wydarzeń literackich, w jakich w ostatnich latach miałam przyjemność „uczestniczyć”. Powieść wstrząsająca, odpychająco-przyciągjąca (odrzucająca, ale i działająca niczym syreni śpiew), fascynująco przewrotna. W świecie S.K. Barnetta, w świecie wykreowanym na kartach omawianej powieści, nic nie jest oczywiste. Wszystko jest względne. A więc ofiara może okazać się oprawcą, a oprawca ofiarą. A co jeśli biel połączy się z czernią? Jeśli polubimy kogoś, kogo w innych okolicznościach uznalibyśmy za czarny charakter - bezrefleksyjnie, automatycznie przypięli mu łatkę przestępcy? I jeszcze ten styl. Bezpośredni, odrobinę kąśliwy (ironia, sarkazm), ktoś może nawet powiedzieć, że bardzo złośliwy, bo i w złośliwej epoce żyjemy. A „Blef” jest naprawdę silnie osadzony w tych naszych, jeśli przyjąć odpowiednią perspektywę, dziwnych czasach. W erze Hannah Montany, facebookowej żałoby, żałosnych tłumaczeń księży pedofilii i chorobliwego parcia na szkło, sprzedawania bliźnich za kilka minut sławy, zresztą dosyć wątpliwej. Jeśli dodać do tego niepowierzchownie wykreślone postaci – osiemnastoletnią narratorkę, uważam, scharakteryzowano wybitnie dogłębnie – człowiek może zachodzić w głowę, gdzie Barnett to pomieścił. Tomik dość skromny (mniej więcej trzysta pięćdziesiąt stron), a takie bogactwo... w zasadzie wszystkiego. Powieść kompletna. I nie zapominamy: straszna!

To będzie hicior. Murowany bestseller. Najlepiej sprzedający się w Polsce powieściowy thriller w roku 2021? Nie zdziwię się, gdy i tak będzie. „Blef”, pierwszy utwór amerykańskiego powieściopisarza Jamesa Siegela opublikowany pod pseudonimem S.K. Barnett, to z całą pewnością jeden z ciekawszych dreszczowców, z jakim miałam (nie)przyjemność się zapoznać. Pomysłowo i niepobieżnie skonstruowany, mrożący krew w żyłach utwór, którego lepiej nie próbować z pełnym żołądkiem. Mnóstwo krwawych scen? Skrajna makabra? Uczta dla fanów gore? Nie, nie i nie. Więc nie jest to powieść ekstremalna? Teoretycznie nie, ale w praktyce... Było ciężko. Było naprawdę ciężko. Nie tak jak na „Dziewczynie z sąsiedztwa” Jacka Ketchuma, ale wrażenie dosyć zbliżone. Okropne wrażenie. Okropnie pożądane, chociaż niechciane. Rozumiecie coś z tego? Przeczytajcie „Blef” S.K. Barnetta to zrozumiecie. Albo nie. Ale i tak przeczytajcie. Jeśli czujecie się na siłach. Bo czeka Was konfrontacja z ekstremalnie nieprzyjemnym tematem.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu


poniedziałek, 19 kwietnia 2021

Lisa Jewell „Idealna rodzina”

 

Libby Jones po swoich dwudziestych piątych urodzinach otrzymuje z funduszu powierniczego ustanowionego przez jej dawno zmarłych biologicznych rodziców, drogą posiadłość leżącą w zamożnej londyńskiej dzielnicy. Dziewczyna szybko dowiaduje się, że niedługo po jej narodzinach jej rodzice, Martina i Henry Lambowie, wraz z jakimś niezidentyfikowanym mężczyzną odebrali sobie życie. W domu oprócz ich ciał odnaleziono żywe niemowlę, dziewczynkę, która potem przybrała nazwisko Libby Jones. Jej biologiczni rodzice mieli jeszcze dwoje dzieci, ale nigdy ich nie odnaleziono. Wszystko wskazywało na to, że posiadłość Lambów była siedzibą jakiejś żyjącej po spartańsku wspólnoty, ale policji nie udało się znaleźć ani jednego naocznego świadka wydarzeń poprzedzających samobójczą śmierć trójki osób i tajemnicze zaginięcie nieletnich mieszkańców domu w Chelsea. Chcąc dowiedzieć się więcej o swoich korzeniach, Libby Jones łączy siły z dziennikarzem śledczym, który zajmował się tą sprawą.

Urodzona i mieszkająca w Londynie, Lisa Jewell, swoją pisarską karierę zaczęła pod koniec lat 90-tych XX wieku. Po odejściu z branży modowej przyjęła wyzwanie od swojej przyjaciółki - miała napisać trzy rozdziały powieści w zamian za kolację w jej ulubionej restauracji. Koniec końców spisała całość, kompletną powieść, która została wydana pod tytułem „Ralph's Party” (pol. „Impreza u Ralpha”) i była najlepiej sprzedającym się powieściowym debiutem w 1999 roku na terenie Wielkiej Brytanii. Jewell ma już na koncie blisko dwadzieścia powieści, z których część trafiło do pierwszej dziesiątki list bestselerów „The New York Timesa” i „The Sunday Times”. Jej pierwotnie wydany w 2019 roku dreszczowiec „The Family Upstairs” (pol. „Idealna rodzina”) swoje powstanie zawdzięcza dość prozaicznemu wydarzeniu. Będąc na wakacjach we Francji, Lisa Jewell zwróciła uwagę na kobietę, która prowadziła swoje małe dzieci pod prysznic w prywatnym klubie plażowym. Jej zachowanie było na tyle niespokojne, że w Jewell narodziło się podejrzenie, że nieznajoma nie jest członkiem klubu. W kolejnych dniach pisarka tak często myślała o tej kobiecie, że w końcu zdecydowała się dać jej jakąś – oczywiście zmyśloną – historię. „Idealna rodzina” w zasadzie została napisana dla tej nieznajomej, której Jewell nadała imię Lucy.

Współczesny powieściowy thriller spisany przez kobietę pochodzącą z Anglii. Więcej w zasadzie mi nie trzeba. Mogę brać w ciemno - nie zadając sobie trudu przeczytania chociażby skrótowego opisu fabuły widniejącego na okładce. W taki też sposób podeszłam do „Idealnej rodziny” Lisy Jewell i... tylko utwierdziłam się w przekonaniu, że od angielskich powieściopisarek w thrillerze można spodziewać się wszystkiego najlepszego. Przyznaję jednak, że przez chwilę miałam lekkie obawy w związku z tą historią. Okazało się bowiem, że ta licząca sobie trochę ponad trzysta pięćdziesiąt stron publikacja, porusza się po trzech fabularnych torach. Kryje trzy, ponad wszelką wątpliwość powiązane ze sobą, historie, z których dwie toczą się w umownej teraźniejszości, a ostatnia, jedyna spisana w pierwszej osobie, daje nam wgląd w przeszłość. Sporo, jak na taki gabaryt, przygotowałam się więc na skrótowe przejście przez fabułę. Niepotrzebnie, jak się okazało. Książka wprawdzie niezbyt obszerna, ale niesamowicie, nienormalnie wręcz, bogata w treść. Opisy zawarte w „Idealnej rodzinie” są tak obrazowe, i tak zaskakująco (wziąwszy pod uwagę powyższe argumenty) rozbudowane, że nie pozostawało mi nic innego, jak pożegnać się z moim światem i obejrzeć mroczny świat przedstawiony przez tę oszałamiająco sprawnie poruszającą się w ramach thrillera, brytyjską powieściopisarkę. Historie Libby, Lucy i Henry'ego Juniora co prawda mają mocno zbliżoną objętość - właściwie nie zauważyłam, żeby któraś długością wysforowywała się przed inne - ale gdybym miała wskazać wątek przewodni „Idealnej rodziny”, to byłoby to terytorium Libby Jones. Jak to się mówi, żyjącej od pierwszego do pierwszego, starannie planującej swoje wydatki, dwudziestopięcioletniej kobiety, pracującej w firmie projektującej ekskluzywne zabudowy kuchenne. Libby lubi mieć wszystko zaplanowane, jest osobą maksymalnie, może nawet nadmiernie, zorganizowaną. Swoich biologicznych rodziców nigdy nie poznała, bo jak szybko się okazuje, zmarli dziesięć miesięcy po jej narodzinach. Libby, ich najmłodsze, i możliwe że jedyne wciąż żyjące, dziecko, dopiero teraz dowiaduje się, że popełnili samobójstwo wraz z jakimś niezidentyfikowanym mężczyzną. Ich zwłoki znaleziono w ich dużym domu w bogatej londyńskiej dzielnicy, który właśnie stał się własnością Libby. Tym samym nasza bohaterka z dnia na dzień staje się milionerką, a w każdym razie tak będzie, gdy sprzeda posiadłość, którą przekazano jej w ramach funduszu powierniczego ustalonego przez jej biologicznych rodziców. Którzy, jak wszystko na to wskazuje, byli członkami jakiejś podejrzanej wspólnoty. A droga, acz rozpaczliwie wymagająca remontu, nieruchomość w Chelsea, którą właśnie odziedziczyła Libby Jones, stanowiła jej siedzibę. Siedlisko zła? Na pewno miejsce, w którym doszło do tragedii. W którym życie postradały przynajmniej trzy istnienia. Przynajmniej, bo słuch o nieletnich mieszkańcach tego przerażających domostwa, zaginął. Libby miała bowiem rodzeństwo. Siostrę i brata Henry'ego Juniora Lamba, który opowie nam swoją przygnębiającą, niepokojącą historię. Historię z końca lat 80-tych i początku 90-tych XX wieku. Historię dorastającego chłopca, którego życie drastycznie się zmieniło wkrótce po przybyciu obcych. W ten oto sposób narodziła się wspólnota ludzi, którzy, jak słusznie zauważa nasz narrator, pod pewnymi względami wyprzedzali swoją epokę. Młody Henry przede wszystkim jednak skupia się na procesie rozpadu, gnicia jego małego światka. Coraz to bardziej klaustrofobicznego, hermetycznego, odpychającego i najpewniej śmiertelnie niebezpiecznego.

Idealna rodzina” Lisy Jewell, jak zresztą można się domyślić po samym tytule, opiera się na motywie rodzinnych tajemnic. Mrocznych, brudnych sekretach, „zdeformowanych korzeniach”, które dwudziestopięcioletnia Libby Jones stopniowo będzie odkrywać. Praktycznie cały czas starając się dogonić czytelnika, który równolegle będzie zapoznawał się z relacją naocznego świadka, mimowolnego uczestnika koszmaru, jaki przed wieloma laty rozegrał się w posiadłości, która właśnie stała się wyłączną własnością Libby. Ostatnia gałąź tej nadzwyczaj wciągającej opowieści w centralnym punkcie stawia niejaką Lucy, samotnie wychowującą dwójkę dzieci, dwunastoletniego Marca i pięcioletnią Stellę, bezdomną kobietę, którą wbrew staraniom autorki, łatwo umiejscowić w historii Libby i Henry'ego. Łatwo odgadnąć, kim jest ta kobieta, ale nie należy przez to rozumieć, że omawiana pozycja nie ma do zaoferowania żadnych niespodzianek, żadnych nieprzewidzianych, zdumiewających zwrotów akcji. Takie wrażenie może przez dłuższy czas nam towarzyszyć – przekonanie, że w zasadzie wszystko już wiemy. Wiemy, w jakim kierunku to się potoczy, znamy najważniejsze fakty (część od autorki, trochę z własnych domysłów) i teraz już tylko czekamy na dopełniające obrazu detale, mniej istotne okoliczności tragicznych dziejów niegdyś majętnego rodu Lambów. W sumie ciekawa rzecz: masz podejrzenie graniczące z pewnością, że do żadnych rewelacji się już nie dokopiesz, a jakoś oderwać się możesz. Z najprawdziwszymi wypiekami na twarzy śledzisz tę, ogólnie rzecz biorąc, przebiegającą zgodnie z oczekiwaniami, opowieść „trzy w jednym”. No może poza wątkiem reprezentowanym przez Libby. Niekorzystna wypadkowa relacji Henry'ego Juniora (wiemy więcej od Libby), ale i w niewielkim stopniu również coraz szerszego rozeznania w przygnębiających, naprawdę smutnych przeżyciach Lucy, desperacko starającej się zapewnić wikt i opierunek swoim dzieciom. I psu. Poza tym portret Libby w zestawieniu z pozostałymi czołowymi postaciami „Idealnej rodziny” wypada dość ubogo. Autorka też to zauważyła – stąd późniejsze zwierzenia Libby na użytek dziennikarza śledczego, w którym znalazła sprzymierzeńca w poszukiwaniu prawdy o jej krewnych, zagłębieniu się w tragiczną historię Lambów – ale trochę za późno. I za mało. Wciąż mniej niż o Henrym i Lucy. Postaciach, które na dodatek wnoszą zdecydowanie więcej mroku w tę powieść. Właściwie to nieoficjalne śledztwo Libby Jones w sprawie śmierci jej biologicznych rodziców i zaginięcia jej starszego rodzeństwa, traktowałam jako swoistą odskocznię, rzadko pożądaną, od depresyjnej atmosfery emanującej z przeszłości Henry'ego i teraźniejszości Lucy. On: małoletni chłopak bezsilnie przyglądający się nieśpiesznie postępującej degradacji w jego jeszcze do niedawna wystawnym, przytulnym, bezpiecznym domu. Ona: mająca za sobą toksyczny związek, kiedyś maltretowana przez męża, a dzisiaj żyjąca na ulicy z dwójką swoich dzieci, które kocha ponad życie. Marzy o zapewnieniu im lepszego bytu, stara się wydobyć ich z tej okropnej matni, z tego piekła, w jakie zamieniło się ich życie. Więcej zdradzać nie trzeba. Tyle, mam nadzieję, wystarczy by zachęcić wszystkich fanów gatunku do przeczytania tej trzymającej w napięciu, niepokojącej, mocno przygnębiającej powieści o rozkładających się, cuchnących trupach w szafach w posiadłości pewnej rodziny, którą spotkał tragiczny koniec. O potencjalnej sekcie, która niegdyś zagnieździła się w tym, wtedy jeszcze imponującym, domu. I wreszcie o nierozerwalnych rodzinnych więziach, więzach krwi, które mogą być albo największym przekleństwem, albo najcenniejszym darem, spoiwem poplątanych, ciężkich, czy najzwyczajniej boleśnie niekompletnych żywotów. Książka trochę w duchu „Kwiatów na poddaszu” Virginii C. Andrews. Gęsta, po części gotycka (Jewell uderza w te specyficzne struny na nieszczęsnym terenie posiadłości w Chelsea, zarówno w retrospekcjach, jak w umownej teraźniejszości), przygniatająca atmosfera, której głównymi nosicielami są ludzie, nie zaś, bądź co bądź, przeraźliwie zimna, niegościnna sceneria, nieprzytulne domostwo, które od dawna czekało na powrót dziecka. Możliwe, że ostatniej z rodu Lambów, która na swoje nieszczęście, albo szczęście, zapragnie wydobyć na światło dziennego, wszystko to, co dotychczas, zapewne nie bez powodu, pozostawało w ukryciu. Wszystkie niewygodne, wstrząsające fakty na temat nigdy niepoznanych najbliższych krewnych. Nieidealnej rodziny.

Idealna rodzina” - prawie idealny dreszczowiec. Powieść brytyjskiej bestsellerowej autorki Lisy Jewell, w której prawie na pewno przepadniecie. Wy wszyscy, którzy cenicie sobie mroczniejsze klimaty. Depresyjne, klaustrofobiczne, na swój sposób przerażające historie o starych domach kryjących potworne tajemnice. Domach przeklętych. Nawiedzonych... przez śmiertelników. Ludzi podłych, zachłannych, okrutnych, ale i najzwyczajniej mocno pogubionych, rozpaczliwie pragnących fundamentalnych zmian w swojej dotychczas subiektywnie pustej egzystencji. Gorąco polecam wszystkim sympatykom powieściowych thrillerów. Bo to jedna z tych dość rzadkich książek, która spodoba się nieomal każdemu, kto zwykł zaczytywać się w dreszczowcach. Zakład?

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

sobota, 17 kwietnia 2021

„Cuerdas” (2019)

 

Miguel przywozi swoją córkę z porażeniem czterokończynowym, Elenę, do ich rodzinnego domu, w którym wprowadził udogodnienia dla niepełnosprawnych. Mężczyzna postarał się też dla niej o psa pomocnika, owczarka belgijskiego o imieniu Athos, co bynajmniej jej nie cieszy. Podczas obchodu domu czworonożny opiekun Eleny zostaje zraniony przez nietoperza, a niedługo potem jego zachowanie drastycznie się zmienia. Zwierzę, które miało pomagać niepełnosprawnej młodej kobiecie, staje się jej prześladowcą. Przykuta do wózka inwalidzkiego Elena będzie musiała w pojedynkę zmierzyć się z oszalałym owczarkiem szturmującym jej dom.

Hiszpański animal attack pod tytułem „Cuerdas” aka „Cordes” (ang. „Prey” aka „Ropes”) to pierwszy pełnometrażowy film José Luisa Montesinosa, którego scenariusz napisał wespół z Yako Blesą. Historia jest kojarzona głównie z „Cujo” powieścią Stephena Kinga przeniesioną na ekran w 1983 roku przez Lewisa Teague, ale reżyser i współscenarzysta „Cuerdas” (swoją drogą on sam woli książkę ze względu na lepsze portrety bohaterów) uważa, że jego fabuła ma więcej punktów wspólnych ze „Szczękami” Stevena Spielberga, ponadczasową filmową adaptacją powieści Petera Benchleya. Montesinos czerpał ponadto z między innymi takich dzieł, jak „Gra Geralda” i „Misery” Stephena Kinga oraz „Małpia intryga” George'a A. Romero. Premiera „Cuerdas” odbyła się w październiku 2019 roku na Katalońskim Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Sitges, a w lutym 2020 roku obraz trafił do wybranych hiszpańskich kin.

Pies, nietoperz, wścieklizna. Długoletnim miłośnikom horroru te trzy słowa zapewne w zupełności wystarczą, by przypomnieć sobie Cujo, dorosłego bernardyna, który z najlepszego przyjaciela człowieka przekształca się w istną maszynę do zabijania. Nic więc dziwnego, że pełnometrażowy debiut reżyserski José Luisa Montesinosa jest zestawiany z tamtą, wymyśloną przez Stephena Kinga, historią. W „Cuerdas” zamiast bernardyna mamy owczarka belgijskiego, ale tak samo jak bodaj najbardziej znany pies w światku horroru, zaraża się wścieklizną od nietoperza. I tym sposobem, tak samo jak w przypadku Cujo, przyjazny piesek przeistacza się w krwiożerczą bestię. Wziąwszy pod uwagę fakt, że scenariusz omawianej produkcji opiera się na motywie walki człowieka ze wściekłym czworonogiem - wątek przewodni, napędzający praktycznie całą akcję – to zasadne chyba będzie stwierdzenie, że to swego rodzaju powtórka z rozrywki. Powiedziałabym, że „Cuerdas” to taki mniej rozgarnięty braciszek „Cujo”. José Luis Montesinos wolałby wprawdzie, żeby jego film nasuwał większe skojarzenia ze „Szczękami” Stevena Spielberga, ale... Naprawdę? „Misery”, „Gra Geralda” i „Małpia intryga”, a i owszem, ale żeby „Szczęki”? W którym miejscu? Pomijam oczywiście kwestię agresywnego zwierzęcia, bo idąc tym tropem trzeba by wymienić wszystkie animal attacki. Będę się więc (może głupio) upierać, że Athos to bardziej kopia bodaj najpopularniejszego psa na arenie horroru niż, to już na pewno, najsłynniejszego rekina, jakiego wydał ten gatunek. I nie dlatego, że Athos też jest psem – sprawę przesądziła wścieklizna, którą złapał akurat od nietoperza. Tak dziwnie się złożyło... Akcja „Cuerdas” toczy się głównie w wiejskim domu (od czasu do czasu, rzadko, wychodzimy na zewnątrz, przed tę osamotnioną nieruchomość) przystosowanym do osoby niepełnosprawnej. Główna bohaterka filmu, młoda kobieta imieniem Elena ma tetraplegię, porażenie czterokończynowe, które jednak w zupełności nie objęło jednej ręki – ma częściową, niewielką władzę w tej jednej kończynie. W postać tę wcieliła się Paula del Rio, która pokazuje się w „Cuerdas” w jeszcze jednej odsłonie – podwójna rola Eleny i jej siostry Very. Warsztat del Rio co prawda mnie przekonał, ale już sam portret Eleny okazał się dla mnie mocno problematyczny. Moje nastawienie do agresorów w animal attackach przeważnie nie jest takie, jakie być powinno, ale choć zazwyczaj nie dopinguję protagonistów w ich walce na śmierć i życie z nie zawsze tylko jednym czarnym charakterem, to nieczęsto się zdarza, by bohaterowie robili na mnie tak niesympatyczne wrażenie, jak centralna postać „Cuerdas”. Wybór niepełnosprawnej, poruszającej się na elektrycznym wózku inwalidzkim postaci niewątpliwie stanowił pewne ułatwienie dla filmowców. Ułatwiało to zrobienie z jej własnego domu śmiertelnie niebezpiecznej pułapki. Przekonujący sposób na odcięcie człowieka od reszty świata. Sposób zapożyczony z „Misery” Stephena Kinga, po mistrzowsku przeniesionej na ekran przez Roba Reinera w 1990 roku i w jeszcze większym zakresie z „Małpiej intrygi” George'a A. Romero. UWAGA SPOILER Skojarzenia z „Grą Geralda” Stephena Kinga, wspaniale zekranizowaną przez Mike'a Flanagana w 2017 roku, nasuwa z kolei nagła śmierć ojca Eleny (zawał serca), co w sumie każe też bliżej przyjrzeć się psu, oderwać na chwilę myśli od Cujo... KONIEC SPOILERA. Wypada dodać, że w 2020 roku, czyli mniej więcej rok przed ukazaniem się „Cuerdas” José Luisa Montesinosa, swoją światową premierę miał thriller psychologiczny „Biegnij!” w reżyserii Aneesha Chaganty'ego, który w podobny sposób ograniczył pole manewru jednostki w obliczu zagrożenia, tam już nie ze strony zwierzęcia. Stan fizyczny Eleny z jednej strony dodaje dramaturgii tej szybko rozwijającej się sytuacji, jaką obserwujemy na ekranie, ale z osobistej tragedii bohaterki wynika też spora niedogodność.

Muszę przyznać, że główna bohaterka „Cuerdas” mocno mi namieszała. Nie sympatyzowałam z nią, w każdym razie nie w wystarczającym stopniu, ale i w pełni rozumiałam jej nieładną postawę tak naprawdę w stosunku prawie do całego świata. Wyłączając jej pupila: fretkę. Nawiasem mówiąc miał być kot, ale Montesinosowi doradzono wymianę zwierzęcia, bo z kotami niełatwo się pracuje (niezwykły działać na rozkaz człowieka), wybrano więc fretkę, która jak można się domyślić, większej gotowości do współpracy od przeciętnego kota, nie wykazywała. Wracając do Eleny. Sposób, w jaki traktuje swojego ojca, który robi wszystko, co w jego mocy, by poprawić jej byt – na tyle, na ile można przy tak poważnych problemach zdrowotnych, z jakimi w domyśle od niedawna zmaga się główna bohaterka filmu – w innych okolicznościach pewnie zasługiwałby na jednoznaczne potępienie, ale tutaj jest całkiem usprawiedliwiony. Kiedy zdrowy człowiek nagle i nieodwracalnie zostaje przykuty do wózka inwalidzkiego, ma wszelkie prawo złościć się na cały świat. Naprawdę trudno się dziwić, że Elena wyładowuje się na swoim troskliwym rodzicu, na człowieku, który jest gotowy zrobić dla niej absolutnie wszystko. Prawdę mówiąc, zapewne zdziwiłabym się, gdyby było inaczej, gdyby Elena ze stoicyzmem przyjmowała tragiczny los, jaki ją spotkał. Zwłaszcza, że to świeża sprawa, a przynajmniej wyglądało mi na to, że do wypadku, który praktycznie zniszczył życie tej młodej kobiecie, doszło nie tak dawno temu. Podsumowując: rozumiałam i współczułam, ale mimo usilnych starań nie udało mi się jej polubić. Pozbyć się tej rezerwy, tej niepożądanej niechęci, która zakiełkowała we mnie już na początku seansu. Dziwnie to zabrzmi, ale sprawę przesadził nie ojciec Eleny, tylko pies, o którego się dla niej wystarał. Owczarek belgijski wyszkolony do pomagania osobom z niepełnosprawnościami (swoją drogą nad otwieraniem drzwi powinien jeszcze trochę popracować, bo tutaj moja niewytresowana suczka bije tego mądralę na głowę), chociaż Elena z całą pewnością sobie tego nie życzyła. Trudno powiedzieć, czy dziewczyna bardziej chce dokuczyć psu, czy zrobić na złość osobie, która jej go podarowała, ale tak czy inaczej traktuje tego nieszkodliwego (jeszcze) czworonoga, jak rzecz, której chce się jak najszybciej pozbyć. Elena postępuje z Athosem tak samo, jak chwilę wcześniej jej ojciec obszedł się z martwym nietoperzem. Bezceremonialnie wyrzuca tego przesympatycznego psiaka za drzwi, zupełnie ignorując jego przeraźliwe wycie, okropne zawodzenie, które niebawem zacznie wydobywać się z jego gardła. Z czasem, jak można się tego domyślić, nawoływania psa nabiorą groźnego, warkliwego tonu. W każdym razie tyle wystarczyło, bym mocno uprzedziła się do Eleny, mimo że nie miałam wątpliwości, że wyrzucając z domu tego pomocnego czworonoga, dziewczyna nieświadomie kupiła sobie życie. A przynajmniej nieco je wydłużyła, bo powiedzmy, że nie wiadomo, jak skończy się ta walka sparaliżowanej dziewczyny z wściekłych zwierzęciem. Powiedzmy, bo cała fabularna zagadka zasadza się tak naprawdę na tym (no dobrze są jeszcze drobne wątpliwości odnośnie przeszłości Eleny), czy bohaterce uda się ujść z życiem, bo pies pewnie umrze bez względu na to, czy wygra ten pojedynek ze swoją „niewdzięczną właścicielką”, czy nie. Los tego czworonożnego stworzenia przypieczętowało bliskie spotkanie z nietoperzem znalezionym w jeszcze wtedy dość przytulnym wiejskim domku, potem już nieco klaustrofobicznym, odrobinę za ciasnym, zamkniętym, mimo że w istocie otwartym i nawet trochę mrocznym. Najbardziej upiornie, jeśli mogę użyć tego słowa w stosunku do tak ugrzecznionego horroru, który może być też odbierany jako thriller, moim zdaniem prezentują się nie wydarzenia z udziałem oszalałego owczarka, tylko te z udziałem Very, siostry głównej bohaterki. Oniryczne wstawki, które niekoniecznie wzięły się z poszukiwań czegokolwiek czym można by dopełnić tę dość niewdzięczną, prościutką koncepcję – wystarczy na krótki metraż, ale na takim dłuższym dystansie dla niektórych materiał może się okazać zanadto ubogi. Nawet z tymi odskoczniami w stronę „siostrzanej relacji”, która w pewnym momencie z jakiegoś ukrytego powodu zaczęła się psuć. Ot, wycieczka w przeszłość i jednocześnie rodzaj wewnętrznego sądu nad samą sobą. Heroiczne zmagania ze swoimi demonami. Nie zdradzę chyba zbyt wiele, jeśli dodam, że ta ciężka próba, przez którą przechodzi nasza bohaterka pozostawiona sama (właściwie to z fretką) z wściekłych psem, to także proces odzyskiwania chęci do życia. Co prawda nic nowego, ale ładnie współgra to z prawie bezkrwawym pojedynkiem toczącym się na ekranie. Pojedynkiem z psem pomocnikiem, co może nieco rozdrażnić potencjalnych odbiorców „Cuerdas”. A nawet odepchnąć ich od tego widowiska. Można to wszak odebrać jako niesprawiedliwy atak na tych czworonogów, którym raczej należy się uznanie, dogłębny szacunek za poprawianie komfortu życia ludzi okrutnie doświadczonych przez przeklęty los. Ale jak już przełamie się ten opór, to przypuszczalnie takiego wniosku z tej nieskomplikowanej i nawet trochę emocjonującej, trzymającej w jakimś tam, niezbyt silnym napięciu, w miarę klimatycznej, opowieści, nie wyciągnie. Ja w każdym razie nie mogłam oprzeć się poczuciu, że twórcom bardzo zależało na tym, byśmy zapamiętali Athosa jako dobrego psa, któremu przydarzyła się zła rzecz i niejako rykoszetem uderzyła w innych. Słowa, które pod koniec filmu Elena kieruje do tego nieszczęsnego zwierzęcia mówią wszystko w tym „kontrowersyjnym” temacie.

Taki tam średniaczek. Ten hiszpański horror, czy jak kto woli thriller, z nurtu animal attack. Pełnometrażowy debiut reżyserski José Luisa Montesinosa, który jest również współautorem scenariusza tego absolutnie nieoryginalnego obrazu dystrybuowanego między innymi pod tytułem „Cuerdas”. Filmu o psie, który zaraził się wścieklizną od nietoperza i nie wabi się Cujo. Nie jest nawet bernardynem, ale to bez znaczenia – i tak będzie się kojarzyć. I to mocno. Czy to źle, czy dobrze, to już zależy od widza. Mnie niespecjalnie podobieństwa do tamtej (i innych) historii przeszkadzały. W każdym razie nie tak bardzo jak ambiwalentny stosunek do, bądź co bądź, pozytywnej bohaterki i dość ugrzeczniona forma. Stąd niezbyt silne emocje, ale ogólnie rzecz biorąc „nieinwazyjny” to tworek. Nawet strawialny.

czwartek, 15 kwietnia 2021

Iain Banks „Fabryka Os”

 

Niespełna siedemnastoletni Francis 'Frank' Cauldhame, odkąd jego starszego przyrodniego brata Erica zamknięto w ośrodku psychiatrycznym, mieszka tylko z ojcem na małej wyspie w Szkocji. Chłopak nie wypuszcza się dalej niż do pobliskiego miasteczka Porteneil, gdzie mieszka jego jedyny przyjaciel Jamie. Zdecydowaną większość czasu spędza jednak na wyspie, oddając się wymyślonym przez siebie rytuałom i dręczeniu zwierząt. Jego najcenniejszą rzeczą jest Fabryka Os, którą ukrywa na poddaszu i traktuje jak skarbnicę wiedzy. Frank zabijał już ludzi, ale uważa, że ten etap ma już za sobą. Teraz jego uwagę zaprząta głównie nieuchronny powrót brata, który uciekł z zakładu psychiatrycznego i nawiązał z nim kontakt telefoniczny. Frank z niecierpliwością oczekuje powrotu Erica, mimo że jest świadomy zagrożenia, jakie niesie ten bez wątpienia mocno zaburzony mężczyzna.

Po raz pierwszy wydana w 1984 roku „Fabryka Os” (oryg. „The Wasp Factory”) to powieściowy debiut szkockiego nieżyjącego już pisarza Iaina Menziesa Banksa. Thriller psychologiczny, który pisał się dość niechętnie, bowiem późniejszy autor między innymi literackiej serii science fiction funkcjonującej pod nazwą „Kultura” (oryg. „Culture”), swoją pisarską karierę wiązał wyłącznie z fantastyką naukową. Do obniżenia lotów – jak to wówczas odbierał – zmusiły go odmowy publikacji jego pierwszych powieści science fiction, które wysłał do wszystkich znanych mu szkockich wydawnictw niestroniących od tego gatunku. Zacisnął więc zęby i stworzył coś skromniejszego i dostosowanego do masowych oczekiwań. I tym sposobem otworzył sobie drzwi do pisarskiej kariery. „Fabryka Os” wzbudziła niemałe kontrowersje, ze względu na jakoby bardzo drastyczne opisy. Krytycy podzielili się na dwa obozy – jedni rozpływali się w zachwytach nad tym prozatorskim osiągnięciem, a inni nie kryli swojej odrazy do tej szmiry. Nowe polskie wydanie „Fabryki Os” (Zysk i S-ka, rok 2021) zawiera fragmenty wybranych opinii krytyków. Głównie pozytywnych, ale określenie „szmira” bynajmniej nie jest przypadkowe. Ciekawy, raczej niespotykany zabieg wydawniczy. Zresztą to wydanie „Fabryki Os” w ogóle odznacza się dużą starannością. Twarda oprawa z wpadającą w oko grafiką na froncie, która zwraca uwagę również swoją wewnętrzną stroną. „Fabryka Os” Iaina Banksa trafiła na listę stu najlepszych książek XX wieku opublikowaną przez dziennik „The Independent” - wynik sondy przeprowadzonej w 1997 roku, w której wzięło udział ponad dwudziestu pięciu tysięcy czytelników gazety.

Trochę dziwi mnie reakcja niektórych krytyków w latach 80-tych XX wieku na pierwszą opublikowaną powieść Iaina Banksa. Oczywiście, można by pomyśleć, że w dużym zakresie ominął ich rozkwit kina gore, że skupiali się na literaturze. Kiedy „Fabryka Os” wchodziła na rynek wydawniczy skrajna przemoc jeszcze się tam nie rozhulała. Kino w tym zakresie było bardziej do przodu, ale to nie znaczy, że dział beletrystyki w 1984 roku, na który przypadła premiera tej kontrowersyjnej książki Iaina Banksa, nie oferował bardziej makabrycznych utworów. Wystarczy wspomnieć choćby „Poza sezonem” Jacka Ketchuma, pierwszą odsłonę jego kanibalistycznego cyklu pierwotnie wydaną w 1980 roku (w niewielkim i w dodatku długo niewznawianym nakładzie przez ostrą krytykę, z jaką powieść się spotkała – bo krwawa), ale i Edward Lee też zdążył już poczynić pierwsze, jak wieść niesie, jeszcze nieśmiałe kroki w literaturze ekstremalnej. Od wykwalifikowanych recenzentów można chyba oczekiwać większego rozeznania w temacie, którego, opiniując „Fabrykę Os” siłą rzeczy, dotykali. Z całego tego wywodu należy wyciągnąć tylko jeden wniosek: „Fabryka Os” nie jest tak wybitnie makabryczna, jak ją w poprzedniej dekadzie odmalowano. Ta szumna etykietka, bądź co bądź, nadal jest do niej przypominana, choćby przez wydawców. Pierwsza opublikowana powieść Iaina Banksa, owszem, wytrąca ze strefy komfortu. Tak, dzieje psychopatycznego nastolatka mieszkającego z ojcem na niewielkiej szkockiej wyspie, wprawiły mnie w dość nieprzyjemny nastrój. Pożądanie nieprzyjemny, ale bliżej było mi do smutku niż rozstroju żołądka. Przyznaję, że nie bez odrazy patrzyłam na bezeceństwa, jakich dopuszczała się (w dzieciństwie, ale i w umownej teraźniejszości) czołowa postać i jednocześnie narrator „Fabryki Os”, Francis 'Frank' Cauldhame. Szesnastoletni młodzieniec, który tak jakby jest martwy dla świata. Nie ma metryki urodzenia, nie widnieje w żadnej ewidencji, nie ma meldunku, ni obywatelstwa. Tak zadecydował człowiek, który go wychował – jego ekscentryczny ojciec, z którym Frank wciąż mieszka. W starym domu na poza tym bezludnej wyspie. Najbliższych sąsiadów Cauldhame'owie mają po drugiej stronie mostu, gdzie rozciąga się małe szkockie miasteczko o nazwie Porteneil. Frank bywa tam częściej niż jego ojciec, nie przejmując się zbytnio nieufnymi, nienawistnymi wręcz spojrzeniami posyłanymi mu przez dużą część tutejszej ludności. Winę za ten stan rzeczy ponosi jego starszy przyrodni brat Eric, który przed laty terroryzował tę mieścinę. Nadal straszy się nim (Frankiem w sumie też) niesforne dzieci – taka trochę urban legend – chociaż realnie Eric nikomu już nie zagraża. A przynajmniej tak było do tej pory, bo już na początku powieści dowiadujemy się, że ten niebezpieczny osobnik właśnie zbiegł z ośrodka psychiatrycznego. To naturalnie nie wróży dobrze zarówno najbliższym mu osobom, jak mieszkańcom Porteneil, ale Banks każe nam z większą obawą przypatrywać się jego młodszemu bratu, który najwyraźniej ma na koncie dużo poważniejsze przestępstwa. Potworne zbrodnie, które stanowią jego, nie zawsze słodką, tajemnicę. Bo są chwile, w których Frank zdaje się żałować swoich dziecięcych i niektórych dzisiejszych wybryków; wydaje się, że nie jest zupełnie wolny od wyrzutów sumienia, ale owe chwile zwątpienia nie nachodzą go często. Nie jest żadną tajemnicą, że wielu seryjnych morderców zaczyna od dręczenia zwierząt, a dopiero potem przerzuca się na ludzi. U Franka natomiast możemy zaobserwować odwrotną tendencję. Narrator „Fabryki Os” uważa, że etap eliminowania swoich bliźnich ma już dawno za sobą. Taki tam przejściowy okres u jeszcze nierozgarniętego, niemającego dużej wiedzy o świecie, młodego człowieka. Teraz Frank jest mądrzejszy, a przynajmniej za takiego on sam się uważa, bo z perspektywy czytelnika inaczej może to wyglądać.


Jeżeli naprawdę jesteśmy tak źli i tak głupi, że zrzucilibyśmy wszystkie te bomby wodorowe, jądrowe na siebie nawzajem, to może i lepiej, że zmieciemy się z powierzchni ziemi, nim podbijemy kosmos i zaczniemy srać na głowę innym rasom.”

Moim zdaniem słusznie „Fabryka Os” Iaina Banksa jest porównywana do kultowego „Władcy much” Williama Goldinga. Podobieństwa widać w osobliwym systemie wierzeń Franka Cauldhame'a, upiornych obrządkach, którym skrycie się oddaje. Jego ojciec co prawda patrzy na Franka podejrzliwym okiem - autor daje nam powody sądzić, że obawia się, że z Frankiem sprawy mogą się mieć nawet gorzej niż z Erickiem - ale woli nie zagłębiać się w ten problem. Bo tak jest łatwiej, bezpieczniej, mniej boleśnie? A może ojciec Franka po prostu woli zajmować się sobą? Może obojętny jest mu los syna; nie troszczy się o niego, bo go nie kocha. Frank podejrzewa, że tak właśnie jest, że człowiek, który go wychował nie darzy go cieplejszymi uczuciami. Zapewnia mu wprawdzie wikt i opierunek, przekazał mu nawet trochę wiedzy, zapewnił jakieś wątpliwej jakości wykształcenie (ojciec Franka sam go uczył, jednak wdrożony przez niego program zawierał sporo przekłamań), ale nie daje mu odczuć, że ceni sobie jego towarzystwo. Frank i jego ojciec bardziej przypominają z trudem tolerujących się współlokatorów niż rodzinę. Mieszkają razem, ale tak jakby osobno. Co w gruncie rzeczy bardzo ułatwia psychopatycznemu młodzieńcowi kultywowanie makabrycznych zwyczajów na wyspie, którą zauważalnie traktuje jak swój prywatny plac zabaw. Opisy okrucieństwa wobec zwierząt mogą skruszyć nawet najtwardsze serce, ale podpalanie królików, czy psów (to już działka Erica), choć tak przerażające, moim zdaniem bledną w obliczu dwóch wspomnień antybohatera powieści. Paul i Esmeralda. Dwa tragicznie przerwane żywoty. Dwie małe istotki starte z powierzchni ziemi przez niewiele od nich starszego Franka. W śmierci Esmeraldy bodaj najbardziej rzuca się w oczy zaskakująca funkcja, jaką, przypadkiem czy nie, pełni w „Fabryce Os” wisielczy humor. Zupełnie nieśmieszny, może i niesmaczny, ale muszę przyznać, że na mnie dyskusyjne poczucie humoru Banksa, działało przerażająco. Makabreska najwyższej próby. Wprawiająca w dyskomfort, jakiego nie zaznamy w wielu spisanych ze śmiertelną powagą utworach, konfrontujących swoich odbiorców z bestialskim traktowaniem bliźnich. „Fabryka Os” opiera się na motywie serial killer, ale tylko „szkaradną połową swojego organizmu”. Szkaradny to komplement, żeby była jasność. Opisy okrutnej działalności Franka i jego brata nie są tak plastyczne, tak szczegółowe, jak głoszą co poniektórzy recenzenci. Jakichś daleko posuniętych wynaturzeń, obrzydliwości na miarę chociażby prozy Clive'a Barkera, Johna Eversona, czy wspomnianego już Edwarda Lee, w „Fabryce Os” prawie wcale nie wypatrzyłam (prawie, bo akcję z larwami much długo będę pamiętać; coś strasznego), ale jak już chyba dałam do zrozumienia, obojętnie obok destrukcyjnych poczynań Franka też nie przechodziłam. Głównie za sprawą czarnego humoru, ale nie tylko. Swoje robił też brudny, gnijący, depresyjny klimat „Fabryki Os” - degrengolada jednostki na dość odizolowanym terytorium, które rodziło we mnie mocne klaustrofobiczne poczucie zakleszczenia w chorym umyśle, chorym świecie, naszym świecie... Ale choć omawiana powieść długa nie jest – nie ma nawet trzystu stron, a druk niemały – nudnawe momenty mnie nie ominęły. Według mnie ten, w gruncie rzeczy, początkujący pisarz od czasu do czasu jakby gubił się w tej opowieści, jakby tracił wątek. Wdawał się w moim zdaniem nic niewnoszące, uważam zupełne niepotrzebne rozważania o zabarwieniu czy to politycznym, czy filozoficznym, czy teologicznym. Marzycielskim bądź zupełnie praktycznym. Materia społeczno-obyczajowa, z której przebija potępienie gatunku ludzkiego (ludzie są okrutni i bezdennie głupi) z wszystkich tych przemyśleń małoletniego psychopaty, uważam, niosło najwięcej treści i najlepiej wpasowało się w główną problematykę utworu. Czyli przygody młodego psychopaty, który dopiero odkrywa samego siebie, który jeszcze nie odnalazł swojego prawdziwego „ja”. Ale w końcu odnajdzie, a wraz z nim i my. My: przypuszczalnie zaskoczeni, wstrząśnięci postronni obserwatorzy dramatycznego zwieńczenia tych nienormalnie długich poszukiwań młodzieńca, który ponad wszelką wątpliwość w tej swojej egzystencjalnej odysei drastycznie pobłądził. Czy jest jeszcze ratunek dla Franka? Z tym pytaniem Iain Banks nas pozostawia. Na marginesie: niektórzy pewnie dopatrzą się w „Fabryce Os” komentarza, który w pewnym sensie wyprzedził swoją epokę. Temat ten dziś jest zdecydowanie żywszy. Teraz jest o tym zdecydowanie głośniej, niż kiedy Iain Banks tworzył swoją „Fabrykę Os”. UWAGA SPOILER Dodam, że ten zdumiewający koniec nasunął mi lekkie skojarzenia ze „Skórą, w której żyję” Pedro Almodóvara, filmu opartego na powieści Thierry'ego Jonqueta w Polsce wydanej pod tytułem„Tarantula” KONIEC SPOILERA.

Dobra rzecz, choć nie do końca zgodna z moimi oczekiwaniami, wynikającymi z (nie)złej sławy, która ciągnie się za nią od lat 80-tych XX wieku. Od pierwszego wydania tej na pewno mrocznej, ale już nie tak makabrycznej, jak ją wykreowano, pierwszej opublikowanej powieści szkockiego zdeklarowanego miłośnika science fiction Iaina Banksa. „Fabryka Os” to thriller psychologiczny, który można też sklasyfikować, jako utwór egzystencjalny, wprawdzie nieobchodzący się łagodnie z czytelnikiem, ale żeby przypisywać mu aż taką drastyczność...? Bez przesady. Normalna, zdrowa opowieść o psychopatycznej młodocianej jednostce. Nic zdrożnego. A już tak zupełnie serio: spodziewajcie się nieprzyjemnych doznań, ale nie liczcie na soczyste mięsko. Lepiej nie nastawiać się na wielką ucztę gore. Nic wystawnego – taka tam skromna kolacyjka. Takie bardziej psychologiczne niż dosłowne ujęcie „krwawej” makabry. A właściwie makabreski.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

wtorek, 13 kwietnia 2021

Lisa Scottoline „Powrót Anny”

 

Maggie Ippoliti, jej mąż doktor Noah Alderman i jego dziesięcioletni syn z poprzedniego małżeństwa, Caleb, toczą całkiem szczęśliwy żywot na amerykańskim przedmieściu. Maggie też ma dziecko z poprzedniego małżeństwa, siedemnastoletnią córkę Annę, z którą od dawna bezskutecznie stara się nawiązać kontakt. Nieoczekiwanie jej największe marzenie się spełnia. I to z nawiązką. Anna nie tylko nawiązuje kontakt z Maggie, ale też wprowadza się do niej. A niedługo potem umiera. Za zabójstwo Anny zostaje oskarżony Noah, któremu grozi kara śmierci. Nie ma wątpliwości, że jego relacje z pasierbicą nie układały się dobrze, ale wbrew zgromadzonym dowodom, mężczyzna upiera się, że wina za ten stan rzeczy nie leżała po jego stronie. Czy Anna kłamała, czy Noah faktycznie dopuścił się tych wszystkich strasznych rzeczy, które nastolatka ujawniła niedługo przed swoją tragiczną śmiercią?

Laureatka Nagrody Edgara, amerykańska powieściopisarka specjalizująca się w dramatach rodzinnych oraz thrillerach psychologicznych i prawniczych, Lisa Scottoline, zdążyła już dorobić się całkiem pokaźnej i poczytnej bibliografii – mniej więcej trzydzieści milionów sprzedanych papierowych egzemplarzy, przetłumaczonych na trzydzieści języków. Po studiach rozpoczęła karierę prawniczą, ale odeszła z kancelarii, gdy na świat przyszła jej córka Francesca Serritella, z którą tworzy kolumnę z felietonami w The Philadelphia Inquirer (zbieranymi w bestsellerowej serii książek „The Amazing Adventures of an Ordinary Woman Series”). „Powrót Anny” (oryg. „After Anna”), dobrze przyjęty thriller psychologiczny Lisy Scottoline, swoją światową premierę miał w 2018 roku, a w Polsce powieść ukazała się trzy lata później pod szyldem wydawnictwa Prószyński i S-ka.

Lisa Scottoline nadała „Powrotowi Anny” dosyć ryzykowną formę. Dwa okresy – przed i po zabójstwie tytułowej postaci – podawane naprzemiennie. Oś retrospektywna na pierwszym planie trzyma Maggie Ippolity, a w umownej teraźniejszości (w rozdziałach „po”, gdzie swoją drogą też od czasu do czasu będziemy przenosić się w przeszłość) przyglądamy się jej drugiemu mężowi, pediatrze alergologowi, Noahawi Aldermanowi. Właśnie trwa jego proces, który... śledzimy od końca. No, niezupełnie, bo na wyrok jednak będziemy musieli poczekać. W każdym razie szybko daje się zauważyć, że Scottoline uprzedza nader istotne fakty, w stopniu większym, niż zwykł czynić to nawet Stephen King, pisarz, który zawsze pierwszy przychodzi mi na myśl w odniesieniu do tego pisarskiego zabiegu. Już na początku „Powrotu Anny” dowiadujemy się, że rzeczona Anna to ofiara morderstwa, za które oskarżono jej ojczyma, doktora Noaha Aldermana. W retrospekcjach po kolei – z zachowaniem chronologii wydarzeń – dokładnie obejrzymy ostatni, niedługi okres życia tej siedemnastoletniej dziewczyny. Coraz bardziej komplikującego się życia, przy czym owe komplikacje nie będą dla nas żadną niespodzianką, a w każdym razie nie „na tej trasie”. Proces sądowy, przez który „przejeżdżamy na wstecznym”, każe nam przygotować się praktycznie na wszystkie burzliwe momenty w życiu Anny i jej nowej rodziny. A to hamuje impet, jaki w innym ułożeniu z pewnością niosłyby kawałki z poprzedniego życia rodziny z przedmieścia. Innymi słowy: w nie tak znowu dawne dzieje Maggie, Noaha i ich dzieci, wchodziłam z, jak się okazywało, słusznym przeświadczeniem, że czeka mnie coś w rodzaju powtórki z rozrywki. Owszem, pozyskiwałam więcej informacji, autorka dość skrupulatnie przedstawiała okoliczności, których wcześniej mogłam się co najwyżej domyślać, ale wszystkie większe i niektóre mniejsze kryzysy, do jakich dochodziło w tej rodzinie od czasu ziszczenia się największego marzenia Maggie, czyli powrotu jej jedynego biologicznego dziecka, silniejszych emocji już nie dostarczały. Nie w tych momentach, ale wcześniej, a właściwie później, w gmachu sądu, gdzie ważą się losy doktora Noaha Aldermana, już tak. Co prawda nie przyjmowałam tych starannie dawkowanych rewelacji na temat relacji oskarżonego z jego nastoletnią pasierbicą z narastającym zdumieniem, ale czerpałam z nich inne korzyści. Ciekawość rosła, atmosfera gęstniała, napięcie narastało, choć przecież wiedziałam, jak to się skończy... Tak naprawdę już się skończyło: Noah stanął przed sądem w charakterze oskarżonego o zamordowanie swojej nastoletniej pasierbicy. Nie możemy być jeszcze pewni wyroku, ale przypuszczam, że przynajmniej większość odbiorców „Powrotu Anny” będzie się spodziewało werdyktu skazującego. Niekoniecznie dlatego, że sam szybko zyska pewność, iż ten do niedawna szanowany lekarz z przedmieścia w Pensylwanii, dopuścił się tego niewybaczalnego czynu, tym samym, pomijając wszystko inne, najprawdopodobniej bezpowrotnie niszcząc swoje małżeństwo. A jeszcze miesiąc temu Noah i Maggie tworzyli taką przykładną, zgraną parę. Jak z obrazka. Urocze amerykańskie przedmieście, spokojna, zadbana dzielnica zamieszkiwana przez klasę średnią – w takiej pocztówkowej scenerii mieszkała trzyosobowa rodzina Alderman-Ippoliti, która wprawdzie miała swoje problemy, ale generalnie przyjemnie im się razem żyło. Te problemy to dziecięca apraksja mowy Caleba, dziesięcioletniego syna Noaha z poprzedniego małżeństwa i tęsknota Maggie za córką Anną, którą odebrano jej niedługo po porodzie. Jej były mąż zadbał o to, by Maggie nie widywała się ze swoim własnym dzieckiem. Teraz już siedemnastoletnią dziewczyną, która, ku niewysłowionej radości swojej rodzicielki, wreszcie nawiązuje z nią kontakt. A zaraz potem się do niej wprowadza. Tam, gdzie Maggie, jej drugi mąż i pasierb uwili sobie wygodne gniazdko, które jak już wiemy niedługo zostanie dokumentnie zniszczone. Przez Noaha albo Annę.

Pierwsza partia „Powrotu Anny” zasadza się na konflikcie Anny Ippoliti Desroches i doktora Noaha Aldermana. Lisie Scottoline wyraźnie zależy na tym, byśmy stanęli „po niewłaściwej stronie”. To znaczy opowiedzieli się nie po stronie młodej kobiety, która rzuca poważne oskarżenia pod adresem swojego ojczyma, tylko po stronie jej rzekomego? oprawcy. Wyłania się z tego obraz patologicznej kłamczuchy, bezwzględnej manipulantki, która z jakiegoś sobie tylko znanego powodu, obrała sobie za cel męża swojej biologicznej matki. Nie mogłam nie wyciągnąć z tego wniosku, że Scottoline podnosi tutaj bardzo istotny, w debacie medialnej na temat przemocy domowej zazwyczaj kompletnie pomijany, problem, który bez wątpienia w tak zwanych wysoko rozwiniętych społeczeństwach też występuje. Pomówienia. Fałszywe oskarżenia przedstawiane przez przebiegłe kobiety pod adresem mężczyzn. Oskarżenia, które w przestrzeni publicznej zwykle nie są kwestionowane, które przez dużą część społeczeństwa są brane za pewnik. Uznany za winnego przez społeczeństwo. Sąd to już tylko formalność... Scottoline dotyka więc w „Powrocie Anny” zasady, którą chyba można już uznać za martwą. Zasady domniemania niewinności. W interesie tak naprawdę każdego z nas powinno leżeć trzymanie się tej zasady, bo każdy z nas może zostać postawiony przed sądem za czyn, którego nie popełnił. Każdy może paść ofiarą obrzydliwych pomówień, a mimo to ciężko pracujemy nad tym, by nie mieć prawa do uczciwego procesu, prawa do obrony. Sytuacja Noaha, tak się przynajmniej wydaje, pokazuje, jak łatwo kłamstwami, w dodatku niewymagającymi większej kreatywności, zniszczyć człowieka. Sytuacja Noaha pokazuje, że są panie, które odnoszą nieuprawnione korzyści z niewątpliwie potrzebnego uczulania ludzi na krzywdę kobiet. Tutaj tą, która dokonuje się w ich własnych domach. Zadawaną przez mieszkających z nimi mężczyzn – tutaj przez dopiero co poznanego ojczyma, jak wszystko na to wskazuje kochającego męża i oddanego ojca dziesięcioletniego chłopca. Bez względu na to, jak ta na pozór nieskomplikowana, niespecjalnie złożona opowieść się rozwinie, z pierwszej partii płynie niezwykle ważna nauka: nie osądzaj po pozorach, nie wyciągaj pochopnych wniosków nawet na temat osób, na których ciążą naprawdę poważne zarzuty, którym przypisuje się odrażające zbrodnie. Scottoline przygotowała parę niespodzianek, z których co najmniej jedna może mocno wstrząsnąć czytelnikiem. Potężnie zaskoczyć, odwrócić do góry nogami obraz, który w tej pierwszej dłuższej partii nam odmalowała. W prostych słowach, rzadko w wielokrotnie złożonych zdaniach, ale bez jakichś drażniących zaniedbań fragmentów opisowych. Poszczególne miejsca, zdarzenia i ważniejsze postaci, Lisa Scottoline opisuje w sposób dostatecznie plastyczny. Zasadniczo preferuję bardziej rozbudowane, bogatsze w słowa i długie zdania powieści, ale ogólnie rzecz biorąc Scottoline, że tak to ujmę, osiągnęła to językowe minimum, niezbędne do odpowiedniego przeżywania tej historii. Dobrze, emocje mogły być silniejsze, i tak, pierwsza partia „Powrotu Anny”, szczególnie warstwa retrospektywna, siłą rzeczy (niekorzyść płynąca z obranej formy, nieprzyjemna wypadkowa dość eksperymentalnej, na pewno niestandardowej struktury wypracowanej przez tę doświadczoną autorkę) nie budowała się w tak tajemniczy sposób, jak można oczekiwać od tego rodzaju opowieści; opowieści o zwyczajnej rodzinie z coraz to poważniejszymi, piętrzącymi się niecodziennymi problemami. Ale ciekawość, mimo wszystko, mnie nie opuszczała. Od czasu do czasu słabła, ale nie aż tak, bym musiała przymuszać się do brnięcia dalej w to bagno, w jakie zamieniło się życie trzyosobowej rodziny, kiedy w jej szeregi weszła nastoletnia Anna. Samotna, zagubiona, rozpaczliwie łaknąca domowego ciepła, spokojna, niechcąca nikomu zaszkodzić dziewczyna bądź zdemoralizowana, okrutna, niemająca skrupułów, wyrachowana mącicielka, która nie spocznie dopóki dokumentnie nie zniszczy wygodnego gniazdka, które jej matka uwiła sobie z drugim mężem i jego synem. Czy Anna chce zaszkodzić tylko Noahowi, czy jej głównym celem jest Maggie? Czyżby zamierzała pomścić krzywdy, jakich matka jej przysporzyła? Wyrównać rachunki z kobietą, która według niej, delikatnie mówiąc, nie wywiązała się ze swoich rodzicielskich obowiązków? A może prawdy nie powinniśmy szukać w umyśle mężczyzny, którego oskarżono o zabójstwo tytułowej postaci? Może prawda leży po stronie dziewczyny, która jakoby okrutnie kłamała? Myślę, że warto poszukać tej prawdy. Zapoznać się z tą niekoniecznie tak prostą sprawą, jak na pierwszy rzut oka się wydaje. Intryga może się okazać dużo bardziej złożona, niż sądzicie...

Rodzinny thriller psychologiczny. Powieść bardzo płodnej amerykańskiej autorki, Lisy Scottoline, która pokaże Wam jak przerażająco mylne mogą być pozory albo jak przerażająco prawdziwe. Przypuszczalnie opowiecie się po stronie sprawcy, który w Waszych oczach będzie jednak uchodził za ofiarę. Może nawet większą niż tytułowa dziewczyna, która postrada życie. „Powrót Anny” to sprytnie podsycający ciekawość, pogrywający z niczego nieświadomym czytelnikiem, podstępnie budujący intrygę dreszczowiec, który... potrzebuje więcej czasu od bodaj większości swoich gatunkowych braci. Uzbrójcie się więc w cierpliwość. Poczekajcie, bo to nie tak, że już wszystko wiecie. Może nawet nie znacie nawet połowy prawdy... Tak czy inaczej myślę, że bez większych obaw można wybrać się w tę pouczającą i dość poruszającą podróż z Lisą Scottoline, „ekspertką od spraw rodzinnych”.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu


niedziela, 11 kwietnia 2021

„Violation” (2020)

 

Miriam przyjeżdża wraz ze swoim partnerem Calebem do swojej siostry Grety, która mieszka z mężem Dylanem w domu pod lasem, gdzie niedługo ma się odbyć przyjęcie. Relacja kobiet nie należy do najcieplejszych, ale Miriam ma nadzieję, że uda im się puścić w niepamięć zadawnione nieporozumienia i zacząć od nowa. Greta najwyraźniej też tego chce, ale nie potrafi ukryć swojego rozdrażnienia niektórymi zachowaniami siostry. Z Calebem Miriam też od jakiegoś czasu się nie układa, dlatego otwiera się przed swoim szwagrem, który zawsze był do niej życzliwie nastawiony. Ich przyjaźń kończy się jednak pewnego strasznego poranka. Dylan dopuszcza się rzeczy niewybaczalnej, a w Miriam z czasem budzi się pragnienie zemsty.

Kanadyjski obraz klasyfikowany jako dramat/horror, „Violation”, jest pełnometrażowym debiutem reżyserskim Dusty'ego Mancinelliego i Madeleine Sims-Fewer, którzy są również autorami scenariusza, a Sims-Fewer ponadto wcieliła się w pierwszoplanową postać Miriam. Oni sami uważają, że „Violation” nie jest ani horrorem, ani dramatem, tylko plasuje się gdzieś pomiędzy tymi dwoma gatunkami. Film jest kojarzony głównie z twórczością Larsa von Triera, ale twórcy zdradzili, że większy wpływ miał na nich Michael Haneke, a konkretnie jego „Ukryte” i „Funny Games”. Niemniej Sims-Fewer na gruncie aktorskim, w kreacji Miriam, wzorowała się trochę na postaci odgrywanej przez Charlotte Gainsbourg w „Antychryście” Larsa von Triera, która wywarła na niej ogromne wrażenie. „Violation” po raz pierwszy został pokazany we wrześniu 2020 roku na Toronto International Film Festival. Potem gościł jeszcze na paru innych festiwalach filmowych, a szerzej zakrojona dystrybucja (internet) rozpoczęła się w marcu 2021 roku.

To nie miał być standardowy film zemsty. Dusty Mancinelli i Madeleine Sims-Fewer słusznie zauważyli, że w tego typu historiach brutalna zemsta ma działać na publiczność oczyszczająco. Działalność samotnego mściciela (najczęściej samotnej mścicielki) jest obliczona na aprobatę, poklask odbiorców. „Violation” natomiast zmierza do czegoś wprost przeciwnego. Mancinelli i Sims-Fewer poza tym uświadomili sobie, że nie widzieli jeszcze filmu zemsty, w którym rzeczony akt byłby wymierzony w osoby bliskie, takie, którym się ufało, których się kochało. Jedną z najbardziej problematycznych rzeczy w „Violation” okazała się dla mnie nielinearna struktura scenariusza. Mancinelli i Sims-Fewer od początku tak to poukładali, ale potem przećwiczyli jeszcze chronologiczne ułożenie historii, co tylko utwierdziło ich w przekonaniu, że przy takim podejściu, traci ona swoją poezję. Nie wątpię w to, bo gdy podejmie się ten minimalny wysiłek i wyobrazi sobie liniową wersję „Violation”, to można wyciągnąć jeszcze dalej idące wnioski. Mnie ten myślowy eksperyment tylko upewnił, że to jedna z tych filmowych propozycji, jakie zwykle opisuje się słowami „przerost formy nad treścią”. Prawdę mówiąc nie przepadam za tym określaniem, ale do tego przypadku wyjątkowo mi pasuje. Nie znajduję lepszych słów na oddanie mojej własnej reakcji na to widowisko, któremu swoją drogą, według mnie, najbliżej do thrillera, co najwyżej z drobnymi naleciałościami horroru. Uważam, że miał nawet zadatki na thriller psychologiczny, ale w mojej ocenie ten potencjał zaprzepaszczono. Z jednej strony „Violation” „stroi się w ciuszki” kina exploitation, płynie na tej fali, ale też w pewnym sensie porusza się w przeciwnym kierunku. Pod prąd, odbiegając od standardu UWAGA SPOILER rape and revenge KONIEC SPOILERA. Taka tam reinterpretacja owego nurtu – trochę inne podejście do opowieści o doznanej krzywdzie i wymierzaniu sprawiedliwości na własną rękę. Koncepcja w sumie całkiem odżywcza. Zawsze to coś innego, a przynajmniej niepospolitego, ale czy głębokiego? Ujmę to tak: więcej głębi znajduję w takich prostych, dzisiaj już mogących uchodzić za banalne horrorach, jak „Pluję na twój grób” Meira Zarchiego, czy „Ostatni dom po lewej” Wesa Cravena. Konwencja mogła się już nieco zużyć, aczkolwiek trzeba zaznaczyć, że swoich zdeklarowanych zwolenników nadal posiada, tyle że podatny grunt z biegiem lat zdaje się kurczyć. „Violation” też nie miał łagodnie obchodzić się z widzem. Też miał wywoływać ekstremalnie nieprzyjemne emocje i wygląda na to, że znalazła się przynajmniej jedna osoba, która przeżyła nieciekawe sensacje żołądkowe. A że zdarzenie (wymioty) miało miejsce w trakcie zdjęć, to... uwieczniono je dla potomnych. Mówiąc wprost: męka Madeleine Sims-Fewer, której będziemy mogli bardzo dokładnie przyjrzeć się w jednym długim ujęciu (skojarzenia z „Funny Games” uzasadnione, bo twórcy nie ukrywają, że była to jedna z produkcji, z której czerpali inspirację) nie była udawana. „Violation” otwiera ponura, utrzymana w onirycznej, może nawet trochę surrealistycznej atmosferze scenka osadzona w leśnej głuszy, stanowi jedynie część większej całości. Historii o wilku, jego zdobyczy i kręcącej się w pobliżu umęczonej kobiecie. Ta przypowiastka z pogranicza jawy i snu to największy ukłon w stronę tak zwanego kina artystycznego. Posępne, ale i tchnące niezaprzeczalnym naturalnym pięknem zdjęcia, wyśmienicie współbrzmiące z nastrojową muzyką (wpadający w ucho, utrzymany w wysokiej, operowej? tonacji, mocno przygnębiający utwór), mogą być oczywiście odebrane jako nieznajdujące satysfakcjonującego uzasadnienia dla tej historii, jako usilne zabieganie o miano tak zwanego kina wysokiego. Ja w każdym razie takie nieprzyjemne wrażenie odnosiłam śledząc „historię z leśnych ostępów”, opowieść o bezwzględnych prawach natury, wyraźnie naszpikowaną dość zawoalowanym symbolizmem. Niemniej stanowiło to pewną ucztę dla zmysłów – treść treścią, ale forma na pewno zjawiskowa.

Postacie. Z nimi też miałam ogromny problem. Po części była to wypadkowa nieliniowej narracji – jestem pewna, że przy zachowaniu ciągłości wydarzeń, łatwiej przychodziłoby mi poznawanie czterech osób, które niemiło spędzają razem czas. Miriam i Caleb zostali zaproszeni na przyjęcie przez siostrę tej pierwszej, Gretę, i jej męża Dylana do ich domu, wzniesionego w bezpośrednim sąsiedztwie bezkresnego, gęstego lasu pełnego dzikiej zwierzyny, którą ku ubolewaniu Miriam gospodarze włączają do swojej diety. Przyjechali wcześniej, żeby pomóc w przygotowaniach, ale w przypadku Miriam również w celu poprawienia stosunków z Gretą. Siostry od jakiegoś czasu toczą coś, co można by nazwać cichą wojną – jest między nimi jakiś konflikt, jakieś zadawnione urazy, nieporozumienia. Miriam chce puścić to wszystko w niepamięć, zacząć od nowa, ale ona wydaje się być w o tyle bardziej komfortowej sytuacji, że to nie ona była stroną poszkodowaną w tej siostrzanej relacji. Toksycznej relacji, jeśli przyjąć perspektywę Grety, którą, jak można wywnioskować z rozmowy przy ognisku, Miriam udało się wreszcie przyjąć. Ale nie zawsze tak było – był czas, kiedy Miriam nie widziała niczego złego w swoim według niej opiekuńczym, według Grety chorobliwie zaborczym, stosunku do jedynej siostry. Miriam widziała siebie jako rycerza w lśniącej zbroi. Zawsze śpieszącą Grecie na ratunek, nawet jeśli sobie tego nie życzyła. Perspektywa Miriam zdążyła się już poszerzyć, zdaje się, że rozumie już, że niechcący krzywdziła tym osobę, którą niewątpliwie darzy bezgraniczną miłością. Greta chciałaby zapomnieć i żyć dalej, ale problem w tym, że Miriam nie może się oprzeć rozdrapywaniu tych starych ran. Mówi, że chce zacząć od nowa, oddzielić grubą krechą to co było, od tego co jest teraz, ale nie potrafi tak po prostu przejść nad tym do porządku dziennego. Chce się wytłumaczyć, chce żeby Greta wszystko dobrze zrozumiała. A każda taka próba wyprowadza Gretę z równowagi. Kobieta nawet nie stara się ukryć swojej irytacji nieustępliwym powracaniem przez Miriam do drażliwych tematów. Pocieszenia Miriam nie szuka u swojego męża, Caleba, bo ich związek już od dłuższego czasu przechodzi poważny kryzys. Powiernika główna postać znajduje w Dylanie, mężczyźnie, z którym zawsze dobrze się jej rozmawiało. Łatwo się domyślić, jak to się rozwinie. W paru miejscach scenarzyści jednakże ewidentnie podjęli trud nadania tej historii nieobliczalności, ponad wszelką wątpliwość starali się odciągnąć uwagę widza od rzeczy, które w innym rozstawieniu dla każdego, komu nie jest obca ta konwencja, pod którą Dusty Mancinelli i Madeleine Sims-Fewer tak czy inaczej się w „Violation” podpinają, zapewne byłyby oczywiste. Uczucia, jakie niesie, zasłużona czy nie, zemsta i dość ryzykowne, odważne nawet, przedstawienie źródła tego destrukcyjnego aktu. UWAGA SPOILER Reżyserom i scenarzystom tego przedsięwzięcia wprawdzie zależało, żeby publiczność nie miała wątpliwości, że doszło do gwałtu, ale różnie można odczytywać myśli agresora (dwuznaczność komplikująca obraz Dylana) – można dojść do wniosku, że on sam tkwi w fałszywym przekonaniu, że Miriam też tego chciała KONIEC SPOLLERA. Przekonaniu, które kobieta celowo w nim podtrzymuje. Wypada jeszcze nadmienić, że twórcy „wbrew tradycji” bardziej rozebrali pana niż panią. I to pana, jak nader dokładnie będziemy mogli się przyjrzeć, słusznych rozmiarów... No, skorzystano z protezy. Boleśnie powolne, intensywne przeprowadzenie widza przez kolejne etapy zupełnie niekatartycznej działalności wdrożonej przez mocno skrzywdzoną, i to w dwójnasób, kobietę. Doprowadzoną do ostateczności, albo raczej kobietę, która rzuciła się w przepaść w płonnej nadziei na zaleczenie straszliwych ran, jakie jej zadano. Wzięła prawo w swoje ręce, wybrała starą, niedobrą zemstę. Bezwzględną, bestialską, (auto)destrukcyjną siłę, której w żaden sposób nie można zatrzymać. Upuszczanie krwi, wspomniane wymioty, piłowanie i najlepsze, spuszczanie resztek w toalecie – na takie scenki mogą liczyć zwolennicy brutalnych klimatów, entuzjaści tak zwanego krwawego kina grozy. Radzę jednak nie spodziewać pokaźnej dawki graficznej przemocy, twórcy „Violation” podchodzą do tego bardziej od psychologicznej strony. Nieznośnie intymny, przybrudzony, ponury, klaustrofobiczny klimat zbrodni, która zamiast uśmierzać ból tylko go potęguje. Jątrzy rany, które prawdopodobnie nigdy się nie zabliźnią. Szkoda, że z taką samą starannością, z taką konsekwencją, ogromnym skupieniem, twórcy „Violation” nie odmalowywali swoich postaci. Niezbyt pogłębione, żeby nie rzec mocno powierzchowne, „dziurawe” portrety psychologiczne poszczególnych postaci, które na dodatek wchodzą w pełne denerwujących niedomówień interakcje. Chciałoby się na przykład baczniej przyjrzeć dawnym urazom Grety, uważniej prześledzić skomplikowaną relację sióstr, nie wspominając już o, też w moim poczuciu rozpaczliwie wymagających rozwinięcia, problemach Miriam i Caleba.

Pierwszy pełnometrażowy film Dusty'ego Mancinelliego i Madeleine Sims-Fewer, klasyfikowany jako mieszanka dramatu z horrorem (według mnie thriller), kanadyjski, bardzo dobrze przyjęty przez krytyków obraz pod tytułem „Violation”, jakoś szczególnie do mnie nie przemówił. Niezupełnie. Szczerze mówiąc, co nie zdarza mi się często, sporo sobie po tym przedsięwzięciu obiecywałam. I może w tym właśnie tkwi problem – za dużo chciałam. Może gdybym drastycznie zaniżyła oczekiwania względem tego nietypowego filmu zemsty, mój odbiór „Violation” byłby znacznie lepszy. Trudno powiedzieć. Wiem tylko, że spotkał mnie spory zawód, mimo że trochę dobrych rzeczy udało mi się w nim wypatrzyć. Trochę.

piątek, 9 kwietnia 2021

Valerie Keogh „Fatalne kłamstwo”

 

Beth Anderson, Joanne Marsden i Megan Reece przyjaźnią się od przeszło dwudziestu lat. Poznały się w czasach studenckich, których zakończenie uczciły katastrofalnym w skutkach wyjazdem do nadmorskiego miasteczka. Właśnie tam narodziła się tajemnica, która wpłynęła na ich dalsze losy. Każda z nich wybrała inną ścieżkę zawodową: Megan wstąpiła do Koronnej Służby Prokuratorskiej, Beth do Wydziału do spraw Gwałtów i Poważnych Przestępstw Seksualnych londyńskiej policji, ale największy sukces finansowy odniosła Joanne, która przez wszystkie te lata ukrywała przed przyjaciółkami prawdziwe źródło swojego dochodu. Teraz, po dwudziestu latach od zawiązania przez nie paktu milczenia, na jaw wychodzi prawda, która lepiej dla nich, gdyby nigdy nie ujrzała światła dziennego. Bo niektóre prawdy mają niszczycielskie właściwości...

Valerie Keogh to pseudonim literacki urodzonej i mieszkającej w Wielkiej Brytanii Valerie Dickenson, która przez wiele lat była pielęgniarką w domu opieki w okolicach angielskiego miasta Bath. Do podpisywania swoich książek wymyślonym nazwiskiem skłoniła ją jedna ze stworzonych przez nią postaci – pielęgniarka i seryjna morderczyni. Można powiedzieć, że pisarka chciała w ten sposób uniknąć złych skojarzeń. Początkowo myślała o romansach, ale szybko uświadomiła sobie, że lepiej radzi sobie z opowieściami kryminalnymi. Wszak wychowała się na twórczości mistrzyni kryminału Agathy Christie. Na tym gatunku przede wszystkim się skupia, ale swoich sił próbuje też w thrillerze psychologicznym. Pierwsza wydana w Polsce powieść Valerie Keogh, „Fatalne kłamstwo” (oryg. „The Three Women”), jest tego dowodem. Światowa premiera tej niedługiej powieści miała miejsce w roku 2020, a w Polsce, nakładem wydawnictwa Muza, wyszła w pierwszym kwartale 2021 roku.

Trzy przyjaciółki i jedno kłamstwo, które doprowadziło do fatalnych wyborów. Prawda cię wyzwoli? Główne bohaterki książki Valerie Keogh przekonają się raczej, że szczerość to „niebezpieczna broń”. „Są sekrety, których lepiej nie wyjawiać” - na tej skądinąd znanej tezie buduje się „Fatalne kłamstwo”. Wciągający thriller psychologiczny o wieloletnich przyjaciółkach, które na własnej skórze przekonują się, jak niszczycielska może być prawda. Czasami lepiej nie wiedzieć... Główna oś akcji jest osadzona w roku 2020, ale wcześniej Keogh pozwala nam wejrzeć w przeszłość. Najpierw przedstawia narodziny przyjaźni trzech znacznie różniących się od siebie studentek uniwersytetu w Londynie: Beth Anderson, Joanne Marsden i Megan Reece. Następnie przeskakuje o trzy lata do przodu, do feralnego roku 2000. Tragicznej w skutkach wycieczki, babskiego wypadu do nadmorskiego miasteczka, zorganizowanego z okazji zakończenia nauki. Trudno powiedzieć, czy ich przyjaźń utrzymałaby się, gdyby nie pakt milczenia zawarty w tym miejscu. Trochę jak w „Koszmarze minionego lata” Jima Gillespiego – bohaterki „Fatalnego kłamstwa” przysięgają, że nikogo nie wtajemniczą w zbrodnię, jaka się w tym malowniczym miejscu rozegrała. Prawda lubi jednak wychodzić na wierzch. Często w najmniej odpowiednich momentach. W tym przypadku prawda była chowana przez dwie dekady. I to nie ta prawda, którą obiecywały zatrzymać dla siebie. Okazuje się bowiem, że prawda chowała się jeszcze głębiej niż większość z nich myślała. I co gorsza, to wielkie kłamstwo urodziło kolejne. Efekt domina. Jeden błąd i lawina ruszyła. Teraz, gdy już prawda wyszła na jaw, każda z nich ma powody obawiać się o swoją przyszłość. Valerie Keogh z jednej strony daje nam do zrozumienia, że życie tych trzech przyjaciółek nie obracałoby się w gruzy, gdyby nie grzech popełniony przed dwudziestoma laty, a z drugiej każe nam myśleć, że niektóre kostki tego niemożliwego do zatrzymania domina, tak czy inaczej musiały się przewrócić. Niezależnie od tytułowego kłamstwa. Świadoma tej smutnej prawdy zdaje się być jedynie Beth Anderson, komisarz w służbie londyńskiego Wydziału do Spraw Gwałtów i Poważnych Przestępstw Seksualnych. Nie jest nazbyt skora do obwiniania za swoje niepowodzenia długoletniej przyjaciółki. Nie rozgrzesza, ale też nie pozwala sobie na komfort, jakie daje myślenie, że kto inny odpowiada za całe zło, jakie dokonuje się w jej życiu. Może i jej związek z ukochanym mężczyzną nie rozpadłby się, gdyby nie ten nieszczęsny wyjazd z przyjaciółkami po zakończeniu studiów, bo istnieje prawdopodobieństwo, że wybrałaby mniej czasochłonną ścieżkę zawodową. Mogłoby tak być, ale Beth jest na tyle uczciwa wobec siebie, żeby raz po raz napominać się, że przecież mogła dokonać innych wyborów. Gdyby się postarała, mogłaby nawet tak zorganizować sobie pracę w policji, żeby móc spędzać więcej czasu z mężczyzną, z którym ułożyła sobie całkiem wygodne życie. I któremu właśnie skończyła się cierpliwość. Tymczasem Joanne Marsden w oczach swoich przyjaciółek uchodzi za tą, której najlepiej się powiodło. Może nie w miłości, ale w pracy na pewno. Czytelnik wie jednak o Joanne to, czego nie wiedzą Beth i Megan. Wie więcej o jej bez wątpienia lukratywnym zajęciu, ale już niekoniecznie tak gładko przebiegającym, jak sądzą jej najlepsze przyjaciółki. Tylko czy na pewno można je tak nazywać? Czy nadal łączy je przyjaźń, czy raczej przyzwyczajenie? Albo zmowa milczenia zawarta wiele lat wcześniej? Megan Reece, wzięta prokurator, chce myśleć, że spaja ich coś więcej, że ich więź przetrwa ten moment prawdy. Desperacko trzyma się tej nadziei, ale jeszcze bardziej zależy jej na utrzymaniu przy sobie kobiety, którą już wkrótce ma poślubić. Nade wszystko chce ocalić ten związek, a dopiero w dalszej kolejności przyjaźń z Beth i Joanne. Błąd? Odbiorcy „Fatalnego kłamstwa” sami muszą to rozsądzić. Często mówi się, że liczy się tylko prawda, choćby nawet najgorsza. A Valerie Keogh mówi: sprawdzam.

Jeśli myślisz, że współczesny thriller psychologiczny wymaga niepospolitych motywów, rozpędzonej akcji, czy wręcz przeciwnie: długich, bardzo szczegółowych analiz psychologicznych przynajmniej ważniejszych postaci i oczywiście zatrważających zwrotów akcji, to musisz przeczytać „Fatalne kłamstwo” Valerie Keogh. To jedna z tych powieści, która pokazuje, że mniej spektakularnymi, skromniejszymi środkami można osiągnąć zbliżony, a może nawet lepszy efekt. Rozbudzić w odbiorcach równie silne i też mocno zróżnicowane emocje. Z takiej prostej, żeby nie rzec banalnej opowiastki może nawet wykluć się solidny materiał do przemyśleń. Zachęta do introspekcji. W pogoni za prawdą. Szerzej rzecz ujmując, Valerie Keogh niejako zmusza nas do zastanowienia się nad tym, czy zawsze powinno nam zależeć na prawdzie. Czy w głębi serca uważamy, że prawda, choćby najgorsza, zawsze jest lepsza od nawet najpiękniejszego kłamstwa? Tytułowe kłamstwo co prawda trudno uznać za piękne, ale rzeczy, które Keogh będzie stopniowo odkrywać po ujawnieniu tego oszustwa, mają przekonywać nas, że szczerość bywa jeszcze gorsza. W każdym razie nie zawsze popłaca. Tak mamy na to patrzeć. Takie poczucie ma narastać w nas z biegiem lektury. Poczucie, które może, ale wcale nie musi nas opuścić po wydobyciu przez autorkę wszystkich sekretów naszych... antybohaterek? To też każdy sam będzie musiał sobie rozsądzić. Przyznaję, że musiałam głęboko zastanowić się nad kwestią, którą zawsze uważałam za oczywistą. Tak oczywistą, że z niecierpliwością czekam na polityka, który swoją kampanię wyborczą oprze na obietnicach grabienia do siebie. Szczerze: taki ktoś mój głos będzie miał. Za szczerość, która w świecie, w jakim przyszło nam żyć, moim zdaniem, jest towarem deficytowym. W „Fatalnym kłamstwie” musiałam (innego wyjścia nie miałam, gdyż Keogh, co nieczęsto się zdarza, w niewielu zdaniach zawiera imponująco dużo treści) utożsamić się z każdą z kobiet, dla których prawda okazała się gorsza od kłamstwa. Skonfrontować z sytuacją, która spokojnie mogłaby rozegrać się w rzeczywistości. Nie ma w „Fatalnym kłamstwie” daleko idących udziwnień, usilnych starań w kierunku obdarowania długoletnich fanów gatunku jakimiś innowacjami, czy nawet silenia się na coś, co w rzeczywistości raczej się nie zdarza. Chyba każdemu zdarza się skłamać. Choć pewnie rzadko w tak poważnej sprawie, jaką poniekąd przedstawia nam Keogh we wprowadzającej (moim zdaniem niepotrzebny prolog celowo pomijam), retrospektywnej partii swojej naprawdę emocjonującej opowieści o trzech zaprzyjaźnionych kobietach. Autorka podnosi jednak dość przerażającą, jeśli się nad tym zastanowić, myśl, że nawet takie kłamstwa, które wypowiadającemu mogą wydawać się zupełnie nieszkodliwe, nawet drobne kłamstewka, które być może pod wpływem jej historii przypomni sobie czytelnik, mogły ukształtować czyjeś życie. A może nawet zawieść kogoś na skraj przepaści... Można się poczuć nieswojo. Można zwątpić w życie swoje i wszystkich, których uraczyło się jakąś zmyśloną historyjką. Nieprzekazywana w złej wierze, sam w sobie mało istotny, drobny, niegodny wspominania incydent, jakich wiele? Cóż, czytając „Fatalne kłamstwo”, chcąc nie chcąc, niejeden czytelnik zapewne będzie przypominał sobie te przynajmniej na pozór niegodne zapamiętania, a w przypadku ludzi wierzących przypuszczalnie nawet wyspowiadania, grzeszki. A stąd już krótka droga do zadręczania się pytaniami, na które, nie mam wątpliwości, nie każdy nagle zapragnie poszukać jasnych odpowiedzi. Bo wyobraźcie sobie, że Wasze pozornie niewinne kłamstwo zniszczyło komuś życie? Zamieniło je w niekończące się pasmo nieszczęść. Albo gwałtownie je zakończyło. W świecie przedstawionym przez Valerie Keogh w „Fatalnym kłamstwie” do nieodwracalnej tragedii mogło jeszcze nie dojść, to znaczy tytułowe oszustwo wcale nie musiało doprowadzić do czyjejś śmierci. Ale bez względu na to, czy są jakieś ofiary śmiertelne, autorka niezmiennie podtrzymuje, a nawet konsekwentnie potęguje, przekonanie, że niemała krzywda i tak się dokonała. Na domiar złego, ten niszczący proces wciąż postępuje. Nawet teraz (zwłaszcza teraz!), dwie dekady po tej nieprzemyślanej, niemądrej choć znajdującej pewne wytłumaczenie, decyzji. Trudno coś takiego całkowicie rozgrzeszyć, ale autorka wystarała się o to, żebyśmy przynajmniej zrozumieli motywy, jakie stały za tym brzydkim posunięciem; przyjęli również ten punkt widzenia, a to na pewno nie ułatwia wydania kategorycznego, surowego osądu. To samo zresztą można powiedzieć o pozostałych uczestniczkach „tego dramatu”. Valerie Keogh nie tworzy postaci ani zupełnie czarnych, ani całkowicie białych. Ani dobrych, ani złych. Owszem, popełniających błędy, ale kto ich nie popełnia? Nie myli się tylko ten, kto nic nie robi, a te kobiety, jakby nie patrzeć, zazwyczaj działają ze szlachetnych pobudek. Można za to kwestionować metody, ale to też rzecz indywidualna, zależna od osobistych zapatrywań czytelnika.

Valerie Keogh stworzyła opowieść, która płynie na fali osobistych poglądów każdego czytelnika. Wiele zależy od Waszych zapatrywań na różne kwestie poruszane tutaj przez autorkę. Ona nadaje kierunek, ale wnioski pozostawia już w gestii odbiorcy. Może się więc i tak zdarzyć, że zupełnie inaczej ode mnie będziecie odbierać trzy od dawna znające się kobiety, które na swoje nieszczęście stają twarzą w twarz z Prawdą. „Fatalne kłamstwo” to opowieść o tym, że prawda może szkodzić bardziej od oszustwa, o tym, że nie zawsze warto zdobywać się na szczerość. Niektórych tajemnic lepiej nie odgrzebywać. Z niektórych grzechów lepiej się nie spowiadać. Ale to też opowieść o tym, że nie warto kłamać nawet w sprawach, które wydają nam się mało istotne. Trzymać się tylko prawdy albo dożywotnio strzec kłamstwa. Fascynujący thriller psychologiczny z rodzaju tych, które pokazują, że w prostocie też tkwi siła. Trzeba tylko umieć ją wydobyć. I nie muszę chyba dodawać, że moim zdaniem Valerie Keogh opanowała tę sztukę do perfekcji. Przynajmniej w tym swoim „Fatalnym kłamstwie”.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu