Stronki na blogu

sobota, 23 listopada 2019

Splat!FilmFest is back!


Strasznie zapraszamy
na 5. edycję Splat!FilmFest - International Fantastic Film Festival, który odbędzie się w warszawskiej Kinotece (2-8 grudnia) i Centrum Kultury w Lublinie (9-15 grudnia).

Splat!FilmFest to jeden z najbardziej niepokornych festiwali filmowych w Polsce. W tym roku pojawiliśmy się w zestawieniu magazynu Movie Maker wśród 25 najlepszych Krwawych Festiwali Filmowych na świecie!

Naszym głównym celem już od pięciu lat jest promowanie kina odważnego, pięknego i szalonego. Oferujemy wybuchową mieszankę gatunków, smaków i pomysłów, pośród której każdy miłośnik kina znajdzie coś dla siebie.

Podczas festiwalu w Lublinie i Warszawie na widzów czekają 73 seanse, 63 filmy a w tym 36 pełnometrażowych. Znakomita większość prezentowanych produkcji to premiery najlepszych filmów kina gatunkowego z 2019 roku, które pojawiły się na najważniejszych światowych festiwalach filmowych m.in. w Cannes, Toronto, Berlinie czy Sundance.

Program festiwalu podzielony jest na bloki tematyczne. STRACH I TERROR to przede wszystkim horrory i thrillery dla widzów o mocnych nerwach. Wśród nich m.in.: brazylijska "Nocna zmiana" z gadającymi zwłokami, przebiegłym duchem oraz bezwzględną zemstą, "Wściekłość" sióstr Soska, czyli remake głośnego filmu Davida Cronenberga z 1977 roku, w "W wici szaleństwa", gdzie Frankie Muniz zmierzy się z tajemniczym kultem oraz demoniczną wysypką. Wisienkami na torcie będą seanse niesamowitego "Bacurau" (film otwarcia) przedstawiającego społeczność brazylijskiego miasteczka w iście tarantinowskim stylu, ekstremalnie odpychająca "Złota rękawiczka", będąca kontrowersyjną odpowiedzią na panującą w kinie modę na historie o seryjnych mordercach i "Kwantum krwi" – film zombie oddający głos postkolonialnej społeczności Ameryki Północnej. Dla rozluźnienia, pośród całego tego strachu i terroru znajdzie się "Szkółka przetrwania" będąca subtelną i lekką wariacją na temat walki człowieka z siłami natury.

Dla uczestników preferujących znacznie mniej poważne podejście do kina Splat!FilmFest przygotował blok STRASZNIE ŚMIESZNE. Tam widzowie znajdą przede wszystkim czarne i błyskotliwe komedie. W perwersyjnie brzmiącym "Come to Daddy" Elijah Wood spróbuje naprawić relacje z ojcem i rozliczyć się z przeszłością, by ostatecznie odkryć kilka naprawdę szokujących prawd dotyczących jego życia i rodziny. Natomiast w "I ty możesz zostać mordercą" uroczy duet Fran Kranz ("Dom w głębi lasu") oraz Alyson Hannigan ("Buffy: Postrach wampirów") wyśmieje stereotypy kina kłutego i rąbanego, zabawią się z jego schematami oraz przedstawią znany motyw zamaskowanego mordercy z zupełnie innej perspektywy – a wszystko to z olbrzymią fanowską miłością do gatunku. W czasie festiwalu świetnie znany Jay (w towarzystwie Cichego Boba) znów będzie kontratakował – tym razem w produkcji "W tym szaleństwie jest metoda", gdzie Jason Mewes w zakręcony sposób spróbuje rozliczyć się ze swoją aktorską karierą. Będzie to również okazja, aby zobaczyć ostatnią rolę, w jaką wcielił się przed śmiercią Stan Lee.


Na festiwalu nie mogło zabraknąć niepowtarzalnego bloku noszącego wymowną nazwę WTF. W tym miejscu absurd osiąga poziom daleki od przyzwoitego. Twórca "Morderczej opony" powróci z historią o destrukcyjnej miłości do skórzanej kurtki z jelenia. "Deerskin" przy okazji jednak przedstawi niezwykle interesujący portret samotnego i załamanego człowieka, który próbuje nadać sens resztce swojego przemijającego życia – przede wszystkim będzie to jednak historia o niezwykle stylowej kurtce. Natomiast "Tam, gdzie trawa jest zielona" stanowi bezkompromisową, absurdalną do granic przyzwoitości i intensywnie pastelową satyrę amerykańskiego życia na przedmieściach.

Fani legendarnej TROMY również w tym roku znajdą coś dla siebie. "Mutant Blast" to zakręcona wariacja na temat apokalipsy zombie oraz nuklearnych mutacji, w której zobaczymy legendarny pojedynek humanoidalnego homara z ninja-delfinem. Nowością na festiwalu są bloki filmów fantastycznych oraz dokumentalnych.


W sekcji FANTASTYCZNIE na widzów czeka m.in. "Wiwarium" z Jessiem Eisenbergiem oraz Imogen Poots. Młoda para trafia do surrealistycznego i wyrwanego z naszej rzeczywistości osiedla mieszkaniowego, gdzie zostaje uwięziona w pułapce bez wyjścia, przy okazji doświadczając brutalnej lekcji dorosłego życia. Obok efektu dnia świstaka ("Niesamowicie krótki weekend") oraz bliskiego spotkania z obcymi ("Mroczne spotkanie") na uczestników czeka chyba najbardziej fantastyczne doświadczenie w historii kina – połączenie mrocznej twórczości Lovecrafta z zakręconymi aktorskimi popisami Nicolasa Cage'a w "Color out of Space" oraz "Kosmiczne maszyny" – neonowa i wizualnie oszałamiająca kontynuacją teledysku "Turbo Killer".

W bloku DOKUMENTY znajdą się prawdziwe perełki dla fanów kina grozy. "Wspomnienia: Geneza Obcego" przedstawi narodziny kultowego Xenomorpha od pierwszego pomysłu na scenariusz, aż do momentu, gdy wyrwał się on z klatki piersiowej Johna Hurta. Natomiast w "Holokaust Deodato" twórca legendarnego "Cannibal Holocaust" opowie o swojej młodości, twórczości, spaghetti westernach i włoskim Bondzie oraz wpływie głośnego dzieła na jego życie i karierę.



Zobaczy trailer Splat!FilmFest 2019: 
Strasznie zapraszamy – będzie strasznie, absurdalnie, intensywnie i fantastycznie.

P.S.
Splat!FilmFest jest członkiem prestiżowej The Méliès International Festivals Federation (dawniej European Fantastic Film Festivals Federation).
Projekt współfinansuje Miasto Lublin i Miasto Stołeczne Warszawa. Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury. Splat!FilmFest odbywa się pod Honorowym Patronatem Prezydenta Miasta Lublin.


Źródło: wszystkie materiały od organizatorów Splat!FilmFest

piątek, 22 listopada 2019

Alvin Schwartz „Więcej upiornych opowieści po zmroku”


„Więcej upiornych opowieści po zmroku” (oryg. „More Scary Stories to Tell in the Dark”) to środkowa książeczka z trzytomowego cyklu autorstwa nieżyjącego już amerykańskiego pisarza i dziennikarza, Alvina Schwartza. Publikacje te odniosły ogromny sukces w swoich rodzimych Stanach Zjednoczonych – siedem milionów sprzedanych egzemplarzy, uznane za kulturalny kamień milowy dla młodych pokoleń lat 80-tych i 90-tych XX wieku. Premierowe wydanie pierwszej cegiełki opus magnum Alvina Schwartza, „Scary Stories to Tell in the Dark” (pol. „Upiorne opowieści po zmroku”) ukazało się w 1981 roku. Drugi tom wypuszczono trzy lata później, a trzeci, „More Tales to Chill Your Bones” w roku 1991. Idea przyświecająca Schwartzowi była prosta: zebrać opowieści z dreszczykiem krążące po Stanach Zjednoczonych (i nie tylko), mroczne legendy zwykle przekazywane ustnie, przelać je na papier i w ten sposób stworzyć swego rodzaju przewodnik po folklorze. Skierowany głównie do młodszych czytelników, co spotkało się z oburzeniem części rodziców i niektórych organizacji uważających treści i grafiki prezentowane w tych publikacjach za nieodpowiednie dla dzieci. Kontrowersyjne rysunki Stephena Gammella zdobią również polskie wydania na razie dwóch zbiorów legend poczynionych przez Alvina Schwartza: opublikowanych w twardej oprawie w 2019 roku przez wydawnictwo Zysk i S-ka (po raz pierwszy w Polsce) „Upiornych opowieści po zmroku” i „Więcej upiornych opowieści po zmroku”. Z okazji wejścia na ekrany kin filmu Andre Ovredala inspirowanego tym osiągnięciem Schwartza.

„Upiorne opowieści po zmroku” Alvina Schwartza w Polsce nie spotkały się z najlepszym przyjęciem. A na pewno gorszym niż film w reżyserii Andre Ovredala pod tym samym tytułem. Po części mogło to wynikać z nastawienia – spodziewano się czegoś na kształt głośnej produkcji Ovredala, gdy tymczasem licząca sobie przeszło 140 stron książeczka okazała się... Cóż, nie do końca odpowiednia dla starszych czytelników. Generalizując, bo historie zawarte w tamtym wydaniu w tej grupie czytelniczej też znalazły swoich zwolenników. Tyle że niezbyt wielu. „Więcej upiornych opowieści po zmroku” zawiera dwadzieścia osiem historyjek utrzymanych w tym samym duchu co opowieści zamieszczone w poprzednim zbiorze. Mniej i bardziej rozpowszechniane historyjki z dreszczykiem, których Alvin Schwartz nie wymyślił, ale jedynie przelał je na papier. Zasłyszane/wyczytane legendy nowsze i starsze, którymi najczęściej straszą się młodzi ludzie. Proste, niedługie teksty opatrzone wspaniałymi grafikami Stephena Gammella, które niekoniecznie trafią w gusta wielu miłośników horrorów, ale myślę, że tak czy inaczej wszyscy oni powinni je znać. Choćby tylko po to, by wiedzieć skąd niektórzy pisarze i filmowcy czerpią inspirację. Nie, nie zawsze bezpośrednio z trzytomowego opus magnum Alvina Schwartza, ale z legend, które w tych książkach przedstawił, a i owszem.

Historie zamieszczone w „Więcej upiornych opowieści po zmroku” Alvin Schwartz podzielił na cztery grupy. Najpierw dostajemy osiem opowieści o duchach, potem siedem tekstów o różnych przerażających rzeczach, następnie kolejne siedem historyjek różnych, w których zwiedzimy także parę niebezpiecznych miejsc i wreszcie sześć opowieści z dreszczykiem podlanych czarnym humorem. W każdej z tych grup znalazłam i mniej, i bardziej interesujące opowieści do poduszki (heh), ale najbardziej zafrapował mnie „Wrak”. Zakończenie jest tyleż upiorne, co zagadkowe. Zachęcające do snucia przeróżnych teorii co do charakteru zjawiska, z którym nas tutaj skonfrontowano. Bez wątpienia nadnaturalnego, ale jak to się odbyło? Można tylko zgadywać. „Wrak” został umieszczony w rozdziale poświęconym duchom. Wieloletni miłośnicy horrorów na pewno zauważą, że przewijają się tutaj motywy często podejmowane przez pisarzy i filmowców. Można rzec: uniwersalne tematy, których początków należy szukać w przekazach ustnych. To nie znaczy, że Schwartz wybrał te opowieści, które owe trendy zapoczątkowały, już raczej takie, które do niego osobiście najsilniej przemówiły. Mamy tutaj motyw ducha, który nie wie, że jest duchem; motyw opuszczonego domostwa, w którym straszy; statek-widmo; zemstę zza grobu w dwóch wariantach, z których jedna jest dokonywana przez widmowego psa; i wreszcie motyw ducha starającego się odzyskać swoją własność. Ku przestrodze (hieny cmentarne, do was mowa): nie okradaj zmarłych, bo mogą zażądać zwrotu swojej własności. 
Był taki film – bodaj o Krwawej Mary – w którym ciało mścicielki zza grobu zostaje odnalezione w skrzyni. Drugi rozdział „Więcej upiornych opowieści po zmroku” otwiera coś podobnego. Mamy pannę młodą, która podczas zabawy w chowanego na swoje nieszczęście znajduje idealną kryjówkę. Po tym wywołującym lekki dyskomfort emocjonalny kawałku (pomyślcie tylko: utknąć w kufrze... brrr) przychodzi pora na kolejną opowieść, w której zawarto bardzo wyraźną przestrogę. Smutną historyjkę o dziewczynkach skutecznie wodzonych na pokuszenie, ofiarach podstępu, które w dosyć bezpardonowy sposób ma przekonać dzieci, że warto być grzecznym. „Okno” to jedna z najstarszych historii o wampirze, w którym znajdujemy motyw wykorzystany też w najsłynniejszym utworze wampirycznym, w „Draculi” Brama Stokera. „Wspaniała kiełbasa” też może nasuwać skojarzenia z inną znaną historią – pamiętacie Sweeneya Todda i Nellie Lovett? To coś podobnego. Dalej mamy człowieka-kota (tak, to też znany motyw) i coś... Wybaczcie, ale nie wiem jak to określić. Na pewno opowieść o małej dziewczynce, do której nocą ktoś lub coś się zbliża – istota uznająca za stosowne o tym uprzedzać – jest zbyt krótka. Koncepcja ta wręcz nakazuje intensyfikowanie napięcia, a tutaj szast-prast i po temacie.

Dalszy ciąg historii różnych, trzecią grupę legend zebranych przez Alvina Schwartza otwiera opowieść o studentce, która nie może zasnąć, bo jej współlokatorce zebrało się w nocy na śpiewy. Wiemy jak to się skończy. Znając formułę książek spod znaku „upiornych opowieści” jest tylko jedna możliwość. I wcale nie przyjemna. „Człowiek pośrodku” jest bardziej przewrotny, a przynajmniej mnie z lekka zaskoczyła ta historyjka o nocnych pasażerach pewnego metra. Może i powinnam się tego spodziewać, ale jakoś mi nie wyszło. „Kot w torbie na zakupy” - tytuł brzmi cokolwiek egzotycznie. Nie inaczej jest z fabułą. Tak się zastanawiam, czy ta opowieść nie wpasowałaby się lepiej w ostatnie grono opowiadań zamieszczonych w omawianym zbiorze. W historie doprawione czarnych humorem. Jak myślicie? Czyż historia o kocie w worku padającym łupem pewnej złodziejki z założenia nie miała być bardziej zabawna niźli niepokojąca? Kolejny tekst traktuje o złośliwym dowcipie, który jak to często z tego typu żartami bywa nie kończy się dobrze (grafika, którą opatrzono to opowiadanie najsilniej przyciągnęła mój wzrok – co nie znaczy, że pozostałych w ogóle nie podziwiałam). Po tym tekście przychodzi pora nie tyle na opowieść, co instrukcję. Jak wywołać ducha w lustrze? Próbowaliście tego w dzieciństwie? Ja tak, tyle że nie w tych wariantach, o których wspomina tutaj Schwartz. A mówi między innymi o próbach wywoływania w lustrze twarzy na przykład Krwawej Mary i La Llorony (o której też zdążono już nakręcić trochę filmów – ostatnio „Topielisko. Klątwa La Llorony” Michaela Chavesa). O przypadkowych duchach również tutaj mówi, ale o mordercy z hakiem zamiast dłoni już jakoś nie... haha. „Przekleństwo” to już bardzo klasyczna opowieść o... no przekleństwie. A raczej potencjalnej klątwie ciążącej już tylko na jednym człowieku. Co do reszty - żniwo zostało już zebrane.
Rozdział poświęcony, że tak to ujmę, śmiechowym opowieściom z dreszczykiem, według mnie kradnie opowieść o dobieraniu garniturów zmarłym, przygotowywanym do pochówku przez chyba najbardziej kreatywnego przedsiębiorcę pogrzebowego. Bo jak się ruszy głową (!), to się człowiek mniej napracuje. Pozostałe historie wchodzące w skład tego działu nie rozbawiły mnie już tak mocno, ale przyznaję, że delikatny uśmiech kilkukrotnie na mojej twarzy się pojawił. Weźmy na przykład gościa panicznie bojącego się trupów, który nagle zauważa wokół siebie ludzi... w całunach? Naprawdę? „Złe wiadomości” to rzecz o baseballu. Rozrywce zmarłych:) A zupa cmentarna to ni mniej, ni więcej jak zupa na kości. Tyle że ludzkiej. Mniam, mniam. Do tego mamy opowieść o najprawdopodobniej poltergeiście, która nie wiedzieć czemu przyplątała się właśnie tutaj. Uważam, że lepiej pasowałaby do pierwszego rozdziału i nie tylko dlatego, że traktuje o duchu (a w każdym razie jakiejś niematerialnej istocie), ale i przez to, że czarny humor jakoś niezbyt się tutaj przebija. W tym dziale znajdziemy jeszcze króciutką, przezabawnie głupkowatą piosnkę – wraz z nutami, na wypadek gdyby ktoś zechciał to sobie zagrać.
Wszystko powyższe wraz z niedługą przedmową Alvina Schwartza objętością ledwo przekracza sto stron. Zapełnionych dużym drukiem, ozdobionych wieloma makabrycznymi, nastrojowymi grafikami, co jeszcze skraca lekturę „Więcej upiornych opowieści po zmroku”. Ale odbiorcy poprzedniego tomu będą już na to przygotowani. Na wieńczące to dzieło dodatki również. Czyli na uwagi odautorskie, wykaz źródeł i bibliografię – ponownie poprzedzone krótką listą skrótów w nich zastosowanych. I standardowo podziękowania od Alvina Schwartza dla ludzi, z pomocy których korzystał pracując nad tym dziełem. Wniosek z tego taki, że lektura samych opowieści z dreszczykiem trwa stanowczo zbyt krótko. A przynajmniej z mojego punktu widzenia. Powtórzę więc raz jeszcze: zdecydowanie lepszą opcją byłoby wydanie zbiorcze. Zresztą takowe nie byłoby pierwsze: w Stanach Zjednoczonych już dawno taką kompilację wypuszczono.

Przypuszczam, że te osoby, których okrutnie zawiodły „Upiorne opowieści po zmroku” Alvina Schwartza, pierwszy tom jego trzytomowego opus magnum, nie zdecydują się na lekturę drugiej książeczki spod tego znaku, tj. „Więcej upiornych opowieści po zmroku”, choćby nie wiem jak się ich do tego namawiało. Ja zachęcać ich nie zamierzam. Bo to w pewnym sensie powtórka z rozrywki. Wprawdzie opowieści są inne, ale formuła omawianej publikacji jest identyczna. Duch ten sam, legendy inne. Czy lepsze? W sumie uważam, że tak jak w „Upiornych opowieściach po zmroku”, z tym bywa różnie. W każdym razie każdy, kto poprzedni tom przeczytał pewnie już podjął decyzję. Ewentualnie już zapoznał się z kolejnymi upiornymi opowieściami po zmroku i teraz czeka na ostatni tom – na polskie wydanie ostatniej cegiełki najważniejszej budowli w literackiej karierze nieżyjącego już Alvina Schwartza. Ja również czekam, aczkolwiek nie z utęsknieniem.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

środa, 20 listopada 2019

Julius Throne „Gulu. Pamiętne lato”


Rok 1981. Mieszkający w małym miasteczku Belmont Bay w stanie New Jersey, czternastoletni Jim Stanford, jest terroryzowany przez szkolnych łobuzów, Tylera Banksa i zapatrzone w niego rodzeństwo, Jaydena i Braydena Peale. Powodem tego jest między innymi jego otyłość, przez którą spotykają go przykrości także ze strony innych osób. Jim ma wprawdzie kochających rodziców, ale dręczy go samotność powodowana brakiem przyjaciół. Do czasu aż poznaje dwóch chłopców i jedną dziewczynę uczęszczających do tej samej szkoły podstawowej, co on. Chociaż nadal jest szykanowany przez rówieśników i ciągle grozi mu niebezpieczeństwo ze strony Tylera i jego bandy, życie Jima diametralnie się zmienia. Nareszcie ma przy sobie kolegów, którzy go rozumieją i na wsparcie których zawsze może liczyć. Wkrótce w jego życiu pojawia się ktoś jeszcze. Tajemnicza istota, która przedstawia mu się jako Gulu i wyraża gotowość pomocy. Jim pozwala nieznanemu stworzeniu działać, nie wiedząc jeszcze jak bezwzględnych metod ono zwykło używać. A gdy wreszcie to sobie uświadomi, może być już za późno na ocalenie Belmont Bay od zagłady.

Julius Throne to człowiek enigma. Polak, podobno dopiero rozpoczynający swoją przygodę z pisarstwem, o którym na razie próżno szukać bliższych informacji. Wiadomo tylko tyle, że w 2019 roku wydano obszerną książkę jego autorstwa, horror zmiksowany z powieścią obyczajową pod tytułem „Gulu. Pamiętne lato”, który liczy sobie blisko osiemset stron, zapełnionych drobnym drukiem, mający być jego debiutancką powieścią. Ponadto autor ogłosił, że zakończył już pracę nad kontynuacją tej pozycji, którą zatytułował „Gulu. Powrót”. Jej akcję Throne umieścił w Nowym Jorku w roku 2001, a głównym bohaterem ponownie uczynił, tym razem już dorosłego, Jima Stanforda. Data premiery „Gulu. Powrót” nie jest jeszcze znana.

Są takie lata, które pamięta się przez całe życie. I przypuszczam, że w moim przypadku tak będzie między innymi z latem spędzonym w Belmont Bay w stanie New Jersey. W prowincjonalnym miasteczku stworzonym przez niejakiego Juliusa Throne'a. W fikcyjnej mieścinie, w której toczy się akcja „Gulu. Pamiętnego lata”. To opasłe tomiszcze kryje w sobie historię, w której miłośnicy literatury grozy prawdopodobnie odnajdą echa takich książek jak „To” Stephena Kinga i „Letnia noc” Dana Simmonsa. Skojarzenia ze „Sklepikiem z marzeniami” autora opowieści o potworze najczęściej objawiającym się pod postacią klauna Pennywise'a, też mogą się pojawić. Bo tytułowa postać, zawierająca swoisty pakt z czternastoletnim Jimem Stanfordem, do pewnego stopnia przypomina Lelanda Gaunta, tajemniczego przybysza powoli pogrążającego niewielkie amerykańskie miasteczko, fikcyjne Castle Rock. Albo Andre Linoge'a ze „Sztormu stulecia”, miniserialu Craiga R. Baxleya opartego na scenariuszu Stephena Kinga. Gulu bez wątpienia nie jest człowiekiem. Kim więc? Julius Throne nie daje jednoznacznej odpowiedzi. Stworzenie, które na nieświadome wezwanie nastoletniego Jima Stanforda pojawia się w Belmont Bay latem (a właściwie u progu lata) 1981 roku, jest prawie tak samo zagadkowy jak autor omawianej powieści. Wiemy w jakim celu przybył do tej nie tak znowu spokojnej mieściny, a przynajmniej tak nam się wydaje, ale nie wiemy skąd. Możemy oczywiście tworzyć własne teorie na jego temat, ale nie możemy być pewni żadnej z nich. Nie mamy nawet pewności co do tego, czy Gulu działa w złej wierze. Czy stanowi zagrożenie dla ludzkości jako takiej, czy wręcz przeciwnie: wybawienie? Nie ulega wątpliwości, że Gulu jest siewcą śmierci, ale choć nie można oprzeć się przeczuciom, że swoją śmiercionośną moc prędzej czy później skieruje także na niewinnych, to i nie sposób definitywnie odrzucić możliwości, że tajemniczy przybysz poprzestanie na wypełnieniu obietnicy danej głównemu bohaterowi ponoć debiutanckiej powieści Juliusa Throne'a. Podobno, bo nie zdziwiłabym się, gdyby się okazało, że autor „Gulu. Pamiętnego lata” to jakiś doświadczony polski pisarz, tutaj ukrywający się pod pseudonimem. Tym bardziej, że opanował taki warsztat, jakiego nie ma i pewnie nigdy nie będzie miało wielu jego doświadczonych kolegów po piórze. Gdybym napisała, że „Gulu. Pamiętne lato” to najlepsza polska książka, jaka wpadła mi w ręce, to oczywiście byłaby prawda, ale i niewielki komplement. Bo po polską literaturę sięgam bardzo rzadko i nie zawsze udaje mi się dobrnąć do końca rodzimych utworów. Żeby więc lepiej zobrazować moje nastawienie do dzieła Juliusa Throne'a dodam, że to jedna z bardziej pasjonujących powieści jaką miałam przyjemność przeczytać. Nie stawiam jej wprawdzie na równi z „To” Stephena Kinga czy „Letnią nocą” Dana Simmonsa, ale muszę przyznać, że przygoda, w jaką zabrał mnie Throne dosyć mocna tamte dwie przypominała. Ustępowała im, ale nie jakoś drastycznie. Styl Juliusa Throne'a też jest bardzo rozbudowany – mnogość długich zdań, szczegółowe opisy miejsc, sytuacji i postaci, także drugoplanowych, dojrzałe wręcz piękne słownictwo, oddające magiczny klimat lat 80-tych XX wieku. Składnia wprawdzie nie zawsze mi pasowała (na przykład „patrzy się” w różnych wariantach, chociaż praktycznie niezmiennie lepiej brzmiałoby „patrzy”) , ale to były jedynie incydenty, o których wspominam tylko z recenzenckiego obowiązku. Drobiazg. W gruncie rzeczy Throne wykorzystuje niezwykle sugestywny, barwny język do budowy swojej długiej i bądź co bądź pomysłowej opowieści o miasteczku do którego przybywa... czyste zło? Bez widocznego wysiłku przywołuje na kartach swojej ponoć pierwszej powieści magię dzieciństwa, wprowadza w iście sentymentalny nastrój podszyty potężną groźbą uosabianą przez tajemniczą postać nazwaną przez Throne'a Gulu. Ale na tym nie koniec. Groźba wypływa też z innych źródeł. Belmont Bay w stanie New Jersey bowiem tylko na pozór jest zaciszną przystanią, idyllicznych miejscem, do którego poważne problemy nie zaglądają. „Gulu. Pamiętne lato” zostało utrzymane w klimacie kojarzonym między innymi z prozą Stephena Kinga. Z zewnątrz sielanka, a w istocie zgnilizna od środka trawiąca tę otoczoną lasami mieścinę, jaką jest Belmont Bay. A próbkę rzeczonej zgnilizny dostajemy już na początku tej porywającej opowieści.

(źródło: https://www.facebook.com/OfficialJuliusThrone/)
Główny bohater „Gulu. Pamiętnego lata”, czternastoletni Jim Stanford, przypomina Bena Hanscoma z „To” Stephana Kinga. I nie tylko dlatego, że ma nadwagę, która przysparza mu wiele przykrości w szkole i poza nią, ale również przez samotniczy tryb życia, jaki od kiedy tylko sięga pamięcią jest zmuszony prowadzić. Jim jednak w przeciwieństwie do Bena cierpi z powodu braku przyjaciół. Jego największym marzeniem jest mieć kogoś, komu mógłby się zwierzać, na kim mógłby polegać, kogoś z kim spędzałby czas wolny na beztroskich zabawach. Jim ma kochających rodziców, ale to naturalnie mu nie wystarcza. Chce żyć jak jego rówieśnicy. Nie być już outsiderem i workiem treningowym dla innych uczniów The Mountain School: szkoły podstawowej w Belmont Bay. Chociaż tytuł powieści Juliusa Throne'a sugeruje co innego, akcja nie toczy się w trakcie wakacji. Do letniej przerwy w nauce autor nie dociera. Wszystko rozegra się przed wakacjami, dzięki czemu będziemy mogli dokładnie przyjrzeć się także szkolnemu życiu Jima Stanforda. Poznamy je od podszewki i pewnie nie pierwszy raz dojdziemy do wniosku, że szkoła to istne piekło. A przynajmniej dla niektórych. Na przykład dla takich osób jak Jim Stanford. Głównego bohatera „Gulu. Pamiętnego lata” poznajemy jako bardzo sympatycznego chłopca, któremu doprawdy trudno nie współczuć, ale i ciężko go nie podziwiać. Bo każdego dnia mężnie stawia czoło problemom – znosi obelgi rzucane pod jego adresem, okrutne żarty ze strony rówieśników, pogardę przynajmniej jednego nauczyciela i nadmierną surowość dyrektora o ewidentnych skłonnościach dyktatorskich, który - a jakże! - chce zrobić karierę w polityce. Jim znosi też bolesne ciosy od miejscowych rozrabiaków, Tylera Banksa i jego sługusów, Jaydena Peale i jego niewiele młodszego brata Braydena. Nazwać ich rozrabiakami to chyba jednak za mało. To już raczej młodociani przestępcy – bezwzględni, pozbawieni skrupułów młodzi ludzie, którym prawdziwą przyjemność daje uprzykrzanie życia innym. Gdy zadają innym ból, czy to psychiczny, czy fizyczny, czują się wręcz wspaniale. Jak młodzi bogowie siejący strach i zniszczenie. W porównaniu do istoty, z którą Jim zawrze swego rodzaju pakt (skojarzenia z motywem umowy podpisywanej z diabłem nasuwają się same przez się) tak zwana Banda Tylera nie prezentuje się już tak złowrogo. I nie tylko dlatego, że Gulu nie jest istotą ludzką, że jest czymś nieporównanie potężniejszym, ale także przez nastawienie Jima. Stanford jest postacią dynamiczną. Z samotnego, zakompleksionego chłopca stopniowo przekształca się w prawdziwego wojownika. Mężnieje, ale też niebezpiecznie zbliża się do granicy oddzielającej ofiarę od oprawcy. Czy ją przekroczy? Czy Jim stanie się tak bezwzględny, jak jego prześladowcy? To się dopiero okaże. Najpierw na spokojnie prześledzimy jego codzienne życie. Zwyczajną egzystencję nastoletniego chłopca, który nieoczekiwanie odnajduje prawdziwe szczęście. Zyskuje tak bardzo wytęsknionych przyjaciół. Madelyne Borland tak jak on jest osobą szykanowaną w szkole. Aaron Dewitte i Gavin Sparke natomiast wcześniej takich problemów nie mieli. Ta dwójka przyjaźni się od dawna, pomimo tego że znacznie się różnią. W końcu przeciwieństwa lubią się przyciągać. Gavin jest obdarzonym specyficznym poczuciem humoru fanem horrorów, marzącym o zostaniu pisarzem, a Aarona można chyba nazwać najbardziej poukładaną osobą w tej gromadce, która nadała sobie nazwę Nieustraszeni Odkrywcy. To typ planisty i pragmatyka, któremu ojciec zaszczepił miłość do pieniądza. Materialista, ale dający się lubić.

(źródło: https://www.facebook.com/OfficialJuliusThrone/)
Julius Throne dzieli swoją obszerną powieść na dwie części, z których jedna ściśle trzyma się ram powieści obyczajowej, ewentualnie dramatu, a druga to już czysty horror. No dobrze, zmiksowany z obyczajówką a la Stephen King. Bardziej ten dawny niźli dzisiejszy. Czyli ten moim zdaniem lepszy King, bo nieszczędzący szczegółowych, dogłębnych opisów miejsc i sytuacji oraz swego rodzaju analiz psychologicznych i społecznych. I oczywiście oddający ducha Stanów Zjednoczonych drugiej połowy XX wieku. Throne, tak jak King, poświęca bardzo dużo miejsca samym tym realiom, pamiętając nawet o takich detalach, jak muzyka, filmy i polityka, którymi żyły wówczas Stany Zjednoczone. Wówczas, czyli na początku przedostatniej dekady XX wieku. W szalonych latach 80-tych, za którymi tęskni niejeden wieloletni miłośnik gatunku. Julius Throne najwidoczniej też. „Gulu. Pamiętne lato” nie jest książką ukierunkowaną na poszukiwaczy opowieści, w których dzieje się nie tylko dużo, ale także szybko. Fabuła rozwija się w doprawdy nieśpiesznym wręcz leniwym tempie. Dla Throne'a ważniejszy klimat – atmosfera sielskości, poprzetykana różnymi niebezpieczeństwami czyhającymi na młodych ludzi z ich Klubu Frajerów. Zagrożeniami czającymi się zarówno na terenie szkoły, do której wszyscy oni uczęszczają, jak i poza nim. Duch dzieciństwa, ale i specyfika małych miasteczek. Throne, znowu podobnie jak King (najlepszym przykładem będzie tutaj chyba „Miasteczko Salem”), daje nam dosyć szeroki ogląd tego społeczeństwa. Pozwala nam dokładnie przyjrzeć się niektórym mieszkańcom tej mieściny, którzy może odegrają jakąś rolę w tej historii, a może nie. Tak czy inaczej częste opuszczanie Jima Stanforda i jego przyjaciół na rzecz innych ludzi żyjących w Belmont Bay, dodaje temu miejscu wiarygodności, żywotności, kolorytu... Po prostu Throne nadaje swojej wymyślonej mieścinie takiego wymiaru, że autentycznie czułam się jakbym tam była. I to nie w roli zagubionej turystki, tylko osoby znającej dosłownie każdy zakątek tego, czyżby przeklętego miejsca? Czy Jim Stanford nie do końca świadomie sprowadził na to miasteczko przekleństwo? Czy może nadnaturalna istota, która w tak okrutny sposób eliminuje ludzi, którzy w jakiś sposób narazili się temu czternastolatkowi, czyni więcej dobra niźli zła? Jima dręczą wątpliwości, bo z jednej strony ma powody, by nienawidzić osób, na które Gulu kieruje swoją karzącą rękę (a raczej laskę), ale z drugiej, nie jest całkowicie przekonany, czy ta osobliwa wendeta jest sprawiedliwa. Zemsta niejako w imieniu Jima dokonuje się w drugiej części tego tomu. Nieporównanie bardziej dynamicznej i umiarkowanie makabrycznej. Throne wprowadza wówczas tzw. Objawienia według G. Po każdym zabójstwie Gulu formułuje w myślach biały wiersz (na końcu tej publikacji znajdziemy dodatek zawierający wszystkie te znane już z wcześniejszych partii objawiania: jeden po drugim). W drugiej części „Gulu. Pamiętnego lata” Throne wprowadza też kolejną barwną, ciekawie skonstruowaną, mającą intrygujący sposób bycia, postać – szeryfa Belmont Bay, Harry'ego Henickera, prowadzącego śledztwo w sprawie rzekomych wypadków, do których nagle zaczyna dochodzić w tej dotychczas spokojnej, z jego punktu widzenia, mieścinie. Drobnymi uniedogodnieniami w tej dalszej partii książki były dla mnie natomiast wypowiedzi pojawiające się w koszmarnych snach sprowadzanych przez Gulu na niektórych z mieszkańców Belmont Bay, bo niełatwo czyta się teksty pozbawione znaków interpunkcyjnych. Ale poza jednym przypadkiem nie były one znowu tak długie, żebym zdążyła porządnie się zmęczyć. Zakończenie tej historii prawdopodobnie zirytuje niejedną osobę, bo Throne także tutaj nie wychodzi naprzeciw tej grupy odbiorczej, która myślę jest większościowa. Prędzej celuje w tę niszę, która woli gdy nie podaje jej się wszystkiego na przysłowiowej tacy, która ceni sobie niedopowiedzenia celowo stosowane przez autorów opowieści czy to książkowych, czy filmowych.

Jeśli lubicie „To” Stephena Kinga i „Letnią noc” Dana Simmonsa to moim zdaniem nie powinniście odwlekać lektury podobno pierwszej powieści niejakiego Juliusa Throne'a. Autora, o którym nie wiem praktycznie nic. Poza tym, że potrafi pisać, jak mało kto. Prawie jak kiedyś sam Stephen King. Prawie. To jeszcze nie jest to, ale raczej nie chciałabym, żeby Throne poszedł dalej w tę stronę. Nie, lepiej nie rezygnować z tej indywidualności, którą w „Gulu. Pamiętnym lecie” też mi pokazał. Styl tylko podobny do stylu Kinga i historię też tylko podobną przede wszystkim do „To”, ale nasuwającą skojarzenia też z paroma innymi dziełami tego mistrza literatury grozy. „Gulu. Pamiętne lato” to powieść dla tych wszystkich, którzy długie, szczegółowe, dogłębne opisy uważają za walor, a nie ujmę i dla których sugestywny klimat jest ważniejszy od zawrotnego tempa akcji. Z czasem oczywiście niemało się zadzieje, ale najpierw wyciszenie i... mam nadzieję, że ekstaza porównywalna z tą, którą ja przeżyłam dosłownie przenosząc się do fikcyjnego miasteczka w Stanach Zjednoczonych roku 1981. I do okresu dzieciństwa, bo choć na pierwszym planie stoją nastolatki, to czytając owo cudo częściej myśli się o latach wcześniejszych niźli okresie dojrzewania. Może dlatego, że Jim Stanford i jego przyjaciele żyli w innej epoce – pod wieloma względami bardziej niewinnej i prawdopodobnie bardziej beztroskiej od obecnej. Krótko: niesamowita powieść, kontynuacji której z niecierpliwością wyczekuję.

Za książkę bardzo dziękuję jej autorowi

Oficjalny fanpage Juliusa Throne'a:

poniedziałek, 18 listopada 2019

„Bloodline” (2018)


Pracownik socjalny Evan Cole prywatnie jest kochającym mężem gospodyni domowej Lauren i świeżo upieczonym ojcem chłopca imieniem Andrew, a zawodowo daje psychologiczne wsparcie nastolatkom z problemami. To mu jednak nie wystarcza. Evan nie może pozwolić, by ludzie krzywdzący nieletnich cieszyli się życiem. Podczas gdy jego żona jest przekonana, że Evan nocami jeździ po mieście, aby oczyścić umysł po kolejnym ciężkim dniu w pracy, mężczyzna eliminuje ze społeczeństwa jednostki, które przysparzają cierpień jego pacjentom. Swoje ofiary najpierw krępuje i zmusza do zwierzeń, które rejestruje na taśmach. Następnie pozbawia je życia, a zakrwawione zwłoki zakopuje w rzadko uczęszczanym miejscu. Po wszystkim jak gdyby nigdy nic wraca do domu, do rodziny, dla której jest gotowy zrobić wszystko. I do pracy w miejscowym liceum, w którym nie brakuje uczniów potrzebujących jego pomocy.

Amerykański thriller psychologiczny z elementami horroru pod tytułem „Bloodline” jest pierwszym pełnometrażowym filmem fabularnym dobrze rokującego reżysera Henry'ego Jacobsona. Scenariusz autorstwa Willa Honleya (współautor scenariusza horroru science fiction pt. „The Hive” z 2014 roku), debiutującej w tej roli Avry Fox-Lerner i Henry'ego Jacobsona powstawał etapami. Wytwórnia Blumhouse wysłała Jacobsonowi wstępny skrypt, który nadał kierunek jego koncepcji. A konkretniej pociągał go pomysł na stworzenie seryjnego mordercy, który ma dziecko. Zwłaszcza, że akurat sam niedługo miał zostać ojcem – jego myśli zajmowało głównie zbliżające się wielkimi krokami rodzicielstwo, łatwiej było mu więc zagłębić się w ten temat. Zdjęcia do „Bloodline” ruszyły w styczniu 2018 roku, a pierwszy pokaz odbył się we wrześniu tego samego roku na Fantastic Fest w Stanach Zjednoczonych. Poza tym „Bloodline” gościł na FrightFest (Wielka Brytania) i Sitges Film Festival (Hiszpania). Do amerykańskich kin trafił dopiero we wrześniu 2019 roku.

Znany głównie z komediowych ról – bodaj najbardziej jako Steve Stifler z kilku części serii „American Pie” - ale mający też na koncie występ w horrorze („Oszukać przeznaczenie” Jamesa Wonga), który to gatunek bardzo sobie ceni, Seann William Scott w „Bloodline” Henry'ego Jacobsona wciela się w pierwszoplanową postać seryjnego mordercy Evana Cole'a. Mężczyzny, który na swoje ofiary wybiera jednostki dopuszczające się przemocy w rodzinie. Jacobson chciał w ten sposób trochę ocieplić wizerunek, bądź co bądź, negatywnego bohatera. Postawienie seryjnego mordercy w centralnym punkcie scenariusza nie jest wprawdzie nowatorskim zabiegiem, ale trzeba przyznać, że taka narracja nierzadko się sprawdza. Historie ujęte z punktu widzenia wielokrotnego zabójcy (nie dosłownie, bo w „Bloodline” praca kamer, tak jak w wielu innych psychothrillerach tego typu, nie jest stricte subiektywna) mają w sobie coś fascynującego. Wgląd w umysł takiej jednostki nie jest jednak doznaniem przyjemnym. Tym bardziej, gdy trudno całkowicie ją potępić. Henry Jacobson między innymi do tego dążył – chciał byśmy spojrzeli na seryjnego mordercę łaskawszym okiem, ale nie bezkrytycznym. Wbrew pozorom jego celem absolutnie nie było idealizowanie tego typu oprawcy – już prędzej chciał wzbudzić w widzach dyskomfort na myśl o tym, że niejako wbrew sobie, przynajmniej po części usprawiedliwiają mordercze zapędy Evana. Jacobson ocenę tego człowieka pozostawia nam. Nie narzuca widowni swojego zdania, ale nie da się ukryć, że mocno utrudnia formułowanie kategorycznych osądów. Zupełnie jakby i on, i jego ekipa zwracali uwagę na to, że w życiu nic nie jest czarno-białe. Nawet w życiu seryjnego mordercy. O takich ludziach zwykle myśli się jak o potworach w ludzkiej skórze (dobrze, są wyjątki: ludzie wręcz zakochani w takich osobnikach) i trudno uznać ten wniosek za niesprawiedliwy, czy tym bardziej niezdrowy. Ale czy Evan jest człowiekiem takiego pokroju? Bezdusznym wielokrotnym mordercą zasługującym na najwyższą pogardę? Z pewnością nie można o nim powiedzieć, że jest pozbawiony empatii. Nie ma jej dla swoich ofiar, ale w sytuację ich ofiar wczuwa się bez najmniejszego trudu. Głęboko współczuje swoim nastoletnim pacjentom, którzy we własnych domach przechodzą przez istne piekło. Młodzi ludzie maltretowani bądź gwałceni przez krewnych, żyjący z rodzicami nadużywającymi alkoholu i/lub narkotyków, tęskniący za rodzicielką miłością, ludzie, których z dzieciństwa ograbili ci dorośli, którym powinno zależeć na ich dobru. Evan dokładnie w takie historie wsłuchuje się w pracy – dzień po dniu nurza się w różnego rodzaju patologiach, którymi jakoś nikt inny szczególnie się nie przejmuje. Rozwiązania systemowe są zdecydowanie niewystarczające. Państwo nie potrafi zapewnić ochrony ofiarom przemocy domowej. Więzienie? No dobrze, ale taki delikwent wcześniej czy później wychodzi na wolność. A wtedy często koszmar zaczyna się na nowo. Co więc pozostaje? Evan ma na to receptę. Raz na zawsze pozbywa się problemu, uwalnia swoich pacjentów od ich krzywdzicieli. Rzuca im koło ratunkowe zabijając ich oprawców. Innymi słowy: Evan sam stał się zbrodniarzem, aby skutecznie walczyć z innych oprawcami. Ale czy tylko to nim kieruje? Możliwe, że ulega też chorobliwej potrzebie przelewania krwi bliźnich, morderczemu popędowi, którego nie potrafi stłumić. Możliwe, że robi to też dla siebie, że czerpie z tego przyjemność i jednocześnie chwilowo zaspakaja swój apetyt na zabijanie. W takim razie łączy przyjemne z pożytecznym? Cóż, to już każdy sam musi rozstrzygnąć. Czy osoby maltretujące swoje dzieci zasługują na śmierć? Czy to adekwatna kara? A co z mężczyzną wykorzystującym seksualnie swoją piętnastoletnią siostrzenicę? Na te pytania sami musimy sobie odpowiedzieć.

(źródło: https://bluefinchfilms.com/)
Evan Cole to nie tylko nader mocno zaangażowany w życie swoich młodocianych pacjentów pracownik socjalny, pełniący obowiązki szkolnego psychologa, ale również kochający mąż, ojciec i syn. Występ Seanna Williama Scotta naturalnie najsilniej zwraca uwagę. Szczerze mówiąc to nie spodziewałam się po tym aktorze takiej magnetycznej, ale i z lekka niepokojącej ekspresji, takiego aktorskiego kunsztu, jaki pokazał mi w niełatwej przecież roli Evana Cole'a. Ale Mariela Garriga jako Lauren Cole'a, żona Evana i Dale Dickey, jako Marie, jego nadopiekuńcza matka, moim zdaniem też stanęły na wysokości zadania. Myślę jednak, że największy popis dała ekipa techniczna. Od odpowiadającego za zdjęcia Isaaca Baumana, przez montażystę Nigela Galta i autora ścieżki dźwiękowej Trevora Gureckisa po oświetleniowców, twórców efektów specjalnych... i wszystkich innych, którzy przyłożyli rękę do tego nietuzinkowego dzieła. Bo we współczesnym kinie doprawdy trudno znaleźć thriller nakręcony w tak oszałamiającym stylu. Zdjęcia są trochę retro – przyblakłe, osnute delikatną mgiełką, z lekka zacierającymi się konturami – ale zdecydowana stylizacja na kino z dawnych lat z pewnością się tutaj nie odbywała. Nowoczesność w doskonałej symbiozie z magią kina z ostatnich trzech dekad XX wieku. Niezupełnie oczywiście, bo we współczesnym kinie grozy wciąż można odnaleźć podobne klimaty. Podobne, ale czy identyczne? Zdjęcia to jedno, ale niemniej efektywny i efektowny w „Bloodline” jest montaż i szarpiące nerwy efekty dźwiękowe. Te ostatnie towarzyszą też dynamicznym, rwanym, szaleńczym wręcz zbitkom obrazków z życia Evana, wśród których naturalnie nie brakuje i takich podlanych krwią. Twórcy bez uprzedzenia atakują widza tymi wytrącającymi ze strefy komfortu kolażami, które tak na dobrą sprawę wyróżniają się tylko montażem. Bo wwiercające się w mózg tony muzyczne w „Bloodline” tak naprawdę są na porządku dziennym. Nie mniej istotne są kolory. Mnóstwo przyblakłych barw (zwłaszcza błękit i czerwień), co daje wrażenie tkwienia w jakimś koszmarnych śnie. Heny Jacobson w jednym z wywiadów wyznał, że znajduje upodobanie w przemawianiu do widza językiem kolorów i świateł, które nie są ściśle związane z fabułą. Ale na jakimś poziomie świadomości komunikują się z odbiorcą. Jak to ujął: publiczność nie myśli i nie szuka, ale ma to na nią wpływ. Od siebie dodam, że „Bloodline” dzięki tym technicznych zabiegom nie tyle się ogląda, ile odczuwa. Historia Evana Cole'a nie jest ani złożona, ani szczególnie kreatywna. Nie jeśli chodzi o sam jej tekst, bo warstwa techniczna to już zupełnie inna sprawa. Dla mnie to czysty artyzm, jakkolwiek to brzmi w kontekście filmu o mężczyźnie w zaskakująco brutalny sposób pozbawiający życia osoby, których niewiniątkami na pewno nazwać nie można. Tak odważne ekspozycje przemocy we współczesnym kinie nie zdarzają się często. Nawet w horrorach, a cóż dopiero mówić o thrillerach psychologicznych, bo w ramach tego ostatniego gatunku obraca się fabuła owego obrazu. Praktyczne, bardzo realistycznie się prezentujące efekty specjalne, z substancją imitującą krew włącznie, mają dużą szansę poruszyć nawet osoby zaprawione w kinie gore. Może nawet zaszokować... Mnie jedna sekwencja ewidentnie zaszokowała. Jaka, na pewno sami się domyślicie. Ale moją uwagę zwróciło też coś, czego chyba się nie praktykuje, a przynajmniej ja nie mogę sobie przypomnieć filmu, który w takich zbliżeniach, z taką porażającą dokładnością pokazywałby momenty rozrywania skóry z ludzkich gardeł. Niby to szybkie migawki, ale wzrok rejestruje dosłownie każdy odrażający szczegół tych i innych okaleczeń zadawanych najczęściej skrępowanym ofiarom. I tak oto z pospolitych (w kinie grozy) sposobów uśmiercania bliźnich robi się coś niepospolitego. Jeśli nawet nie innowacyjnego, to na pewno rzadko spotykanego nie tylko w grzeczniejszym XX-wiecznym kinie, ale także w dziełach z okresu ekspansji gore. Bezkompromisowych, brutalnych, nihilistycznych horrorów, bo takich scen mordów, ale i pewnie takiego klimatu, jak w „Bloodline” pewnie nie powstydziłby się żaden szanujący się twórca krwawego kina grozy. A przynajmniej żaden współczesny reżyser rzucający się na takie wody. „Bloodline” ma jeszcze jeden walor, o którym trzeba wspomnieć. A mianowicie: potrafi zaskoczyć. Scenarzyści przygotowali dwa zwroty akcji, z których jednak tylko jeden wywarł na mnie zamierzony efekt. Jeśli chodzi o ten drugi to niestety wskazówki podrzucone wcześniej przez twórców były nazbyt czytelne, a też nie jestem pewna, czy gdyby ich nie było sytuacja byłaby dla mnie dużo mniej klarowna. Na logikę, raczej nie. I przede wszystkim stąd ta jedna niespodzianka. Bo logika, a na pewno doświadczenie z tego typu fikcyjnymi opowieściami, dyktowało coś innego. To na pewno nie jest niemożliwe, nieprawdopodobne, nazbyt wydumane, ale... no powiedzmy, że nie jest to klasyczne rozwiązanie.

Otwierajcie szampany, bo oto pojawił się nowy obiecujący gracz. Kolejny dobrze zapowiadający się reżyser. Uwaga, proszę zanotować: HENRY JACOBSON. Dobrze. I od teraz będziemy bacznie przyglądać się karierze tego pana, tak? Miejmy nadzieję. Ale bez względu na to, w jakim kierunku będzie się rozwijał, moim zdaniem trzeba dać szansę jego pierwszemu pełnometrażowemu fabularnemu filmowi pt. „Bloodline”. Trzeba, jeśli jest się fanem serial killer movies, jeśli preferuje się thrillery psychologiczne, ale i krwawe/umiarkowanie krwawe horrory. Nie gwarantuję, że wszystkie osoby z wymienionych grup zachłysną się tą produkcją albo chociaż owego wyboru nie pożałują. Ale prawdopodobieństwo, że zaistnieje któraś z tych sytuacji, według mnie jest bardzo wysokie. Po prostu zerknijcie na to niebanalne od strony technicznej osiągnięcie. A na pewno bardziej wyróżniające się oprawą audiowizualną niźli fabułą. Co nie znaczy, że historia Evana Cole'a nie potrafi silnie zaangażować. I że warstwa tekstowa jest zupełnie pozbawiona niespodzianek. Tak więc popatrzcie na to.

sobota, 16 listopada 2019

„Inicjacja” (1984)


Studentka Kelly Fairchild w dzieciństwie doznała wypadku, na skutek którego straciła wszystkie wspomnienia z lat poprzedzających ten nieprzyjemny epizod. Od tego czasu dręczy ją wciąż powtarzający się koszmarny sen, w którym oprócz niej występują jej rodzice i nieznajomy mężczyzna. Kelly opowiada o swoim problemie wykładowcy psychologii Peterowi Adamsowi, który proponuje jej wzięcie udziału w jego badaniach nad snem. Mniej więcej w tym samym czasie z okolicznego zakładu psychiatrycznego ucieka paru pacjentów, pozostawiając za sobą jedną ofiarę. Kelly niedługo ma zostać pełnoprawną członkinią żeńskiego bractwa studenckiego. Wcześniej jednak musi wykonać pewne zadanie i przejść inicjację. Najbardziej zajmują ją jednak jej problemy ze snem. W mieście tymczasem pojawia się bardzo niebezpieczny osobnik.

Scenariusz „Inicjacji” (oryg. „The Initiation”, alternatywny polski tytuł: „Wtajemniczenie”) autorstwa Charlesa Pratta Jr. początkowo zakładał maksymalne skupienie na żeńskim bractwie studenckim i odbywającej się w domu towarowym tytułowej inicjacji nowych członkiń, ale w Dallas w stanie Teksas, gdzie zdecydowano się kręcić ów film nie znaleziono wymaganych lokalizacji. Pratt musiał więc wprowadzić trochę zmian. Na krześle reżyserskim zasiadł Peter Crane, ale nie zabawił tam długo. Nie został wymieniony w czołówce filmu, ale jego wkład pozostawiono (początkowe sceny). Zastąpiono go nieżyjącym już Larrym Stewartem, pracującym głównie nad serialami reżyserem, dla którego „Inicjacja” była pierwszym i ostatnim spotkaniem tego typu z wielkim ekranem. Film nie został dobrze przyjęty przez krytykę, a na domiar złego jego szeroka dystrybucja rozpoczęła się, gdy w kinach święcił już triumfy „Koszmar z ulicy Wiązów” Wesa Cravena.

Rolę główną w „Inicjacji” otrzymała Daphne Zuniga, która wtedy miała za sobą niewielkie występy w dwóch filmach, w tym w horrorze „Sypialnie ociekające krwią” w reżyserii Stephena Carpentera i Jeffreya Obrowa, ale dzisiejsi miłośnicy kina grozy mogą kojarzyć ją przede wszystkim z „Muchą 2” Chrisa Walasa. Z obsady nie sposób nie wyróżnić jeszcze Very Miles (tak, pani z „Psychozy” Alfreda Hitchcocka i jej sequela), która wcieliła się we Frances Fairchild, matkę Kelly odegranej przez Zunigę. „Inicjacja” to amerykański film z nurtu slash, ale przez jakiś czas to nie jest znowu takie oczywiste. Przypuszczam, że pierwsza koncepcja Charlesa Pratta Jr. była w tej kwestii bardziej klarowna, że dopiero po przeróbkach scenariusz nabrał takiego niejednoznacznego charakteru. Otóż, jego autor najpierw rozwija wątek bardziej kojarzący się z horrorem o zjawiskach nadprzyrodzonych niźli klasycznym slasherem. Niektórym może się tutaj rzucić w oczy przypadkowe podobieństwo do „Koszmaru z ulicy Wiązów” Wesa Cravena, który to „ukradł omawianej produkcji publikę” - koszmary senne i badania nad snami – ale kierunek jest zupełnie inny. Główna bohaterka „Inicjacji” od dzieciństwa zmaga się z nawracającym koszmarem sennym, w którym (cóż za zbieg okoliczności) widać między innymi mężczyznę zajmującego się ogniem. Ale największą ciekawość w owych onirycznych wstawkach budzi mała dziewczynka. Wszystko wskazuje na to, że jest nią Kelly Fairchild, a twórcy wyraźnie sugerują jej mordercze zapędy. Czy to tylko sen, czy raczej wspomnienie, łatwo się domyślić. Ale już nie tak łatwo znaleźć nić łączącą ów nawracający koszmar z pozostałymi wątkami. Życie rodzinne Kelly nie jest tak bezproblemowe jak mogłoby się wydawać patrząc na ogromną posiadłość należącą do Fairchildów. Ta trzyosobowa familia niewątpliwe o finanse martwić się nie musi. Ale to nie znaczy, że wszyscy oni śpią spokojnie. Zgryzoty Kelly znamy, ale twórcy każą nam sądzić, że także jej rodzice (a przynajmniej matka) czymś się zamartwiają. Czymś, co ma związek z okresem, do którego pamięć ich córki nie sięga. Gdy miała dziewięć lat Kelly doznała wypadku, na skutek którego straciła wszystkie ówczesne wspomnienia – nie pamięta niczego sprzed wypadku. A przynajmniej tak jej się wydaje, bo bardzo możliwe, że koszmarny sen, który często ją nawiedza to tak naprawdę wspomnienie. Trzeba przyznać twórcom „Inicjacji”, że nie zaniedbywali pierwszoplanowej postaci. Poświęcili jej doprawdy sporo uwagi – dużo więcej, niż można się spodziewać się po slasherze. W sumie to takie prowadzenie postaci bardziej kojarzyło mi się z horrorem psychologicznym niźli klasycznym filmem slash, którym de facto „Inicjacja” jest. Zagłębianie się w jej niezbyt stabilną psychikę to jedno, ale nie bez znaczenia jest też to, że Kelly nie przypomina zwyczajowych protagonistek tego rodzaju horrorów. Nie sposób dopasować jej do modelu final girl. Jest raczej typem liderki niźli szarej myszki i wnioskując z jej słów (z czynów niekoniecznie) ma dosyć swobodne podejście do seksu. Od alkoholu i szerzej od studenckich imprez też jakoś szczególnie nie stroni. Nie widzi nawet niczego zdrożnego w spotykaniu się ze swoim wykładowcą – bo kto jak kto, ale archetypowa final girl pewnie uważałaby taki związek za niestosowny. Podsumowując: Kelly Fairchild była głównym obiektem mojego zainteresowania. Nie mam wątpliwości, że gdyby postawiono na pospolitszą budowę głównej bohaterki (albo antybohaterki), ale i pewnie gdyby gorzej ją obsadzono (Daphne Zuniga pokazała charyzmę!), to wyszłabym z tego spotkania w dużo gorszym stanie. Bo opowieść ta jest tak nierówna, że chwilami można odnosić wrażenie, że sklejono tutaj różne scenariusze. Powodów upatruję przede wszystkim w nie do końca przemyślanym przemodelowaniu pierwotnej koncepcji – samo to było konieczne, ale można to było uczynić w mniej chaotyczny, bardziej zwarty sposób. Na kształt filmu zauważalnie, ale już w mniejszym stopniu, wpłynęła też zmiana reżysera. Albo inaczej: decyzja o pozostawieniu scen wyreżyserowanych przez Petera Crane'a, mającego trochę inną wizję od Larry'ego Stewarta. Pierwsza partia „Inicjacji” stylem różni się od dalszych sekwencji. Materiał Crane'a zwiastował fragmentaryczne filmowanie subiektywne, z punktu widzenia mordercy, ale Stewart należycie tego nie pociągnął. Zdecydowanie wolał bardziej tradycyjne podejście do ujęć z udziałem mordercy.

Prosty horror, a z lekka się w nim gubiłam. Wątek nawracających koszmarów sennych studentki Kelly Fairchild powiązany z podejrzeniem od lat skrywanej rodzinnej tajemnicy i kiełkującym romansem głównej bohaterki z jednym z jej wykładowców, choć najbardziej złożony, bezpośrednio się do tego nie przyczyniał. Dezorientację rodziły te sfery scenariusza, do których przez dosyć długi czas podchodzono jak do wątków pobocznych. O kilku uciekinierach ze szpitala psychiatrycznego jakby zapomniano. Morderca, który ich poprowadził wprawdzie niedługo się pojawi, ale zaraz potem znowu zniknie, po to by powrócić dopiero w ostatniej partii. Zupełnie, jakby do tego momentu traktowano tego tajemniczego człowieka jako najmniej istotny element tej historii. Taka zmyłka? Nawet jeśli, to wybrano doprawdy kiepski sposób na usypianie czujności widza. Wydarzeniom zaistniałym na terenie ośrodka psychiatrycznego nadano taki ciężar, że nie sposób puścić tego w niepamięć. A w związku z tym człowiek zastanawia się, dlaczego u licha, jeszcze tego wątku nie pociągnięto. Dlaczego zamiast tego pochylamy się nad niewiele wnoszącymi do scenariusza wyrywkami z życia studentów, ze wskazaniem na żeńskie bractwo, w którego szeregi stara się wejść Kelly Fairchild? A właściwie to nie bardzo – główna bohaterka „Inicjacji” sprawia wrażenie, jakby było obojętne, czy zostanie jedną z sióstr czy nie. Jeśli się uda to dobrze, a jak nie, to pewnie płakać nie będzie. Motyw bractwa i co za tym idzie ceremonii inicjacyjnej w domu towarowym to pozostałość pierwszej wersji scenariusza Charlesa Pratta Jr. Nietrafne byłoby jednak stwierdzenie, że wszystko inne dobudowano do tego członu, bo pomijając ostatnią partię, jest on traktowany po macoszemu. Nie aż tak pobieżnie jak motyw mordercy, którego ulubionym narzędziem wydaje się być haczka, niemniej przez dosyć długi czas pełni on rolę swego rodzaju odskoczni od problemów Kelly ze snem i utraconymi wspomnieniami. Trudno się w tym odnaleźć nie dlatego, że scenarzysta zawiązał zbyt wiele wątków, że obrał za dużo kierunków, tylko przez to, jak owe składowe zostały poprowadzone. Właściwie aż do akcji w domu towarowym (ostatnia i to całkiem długa partia filmu) filmowcy bawili się w skoczków. Najczęściej wskakiwali w wątek problemów Kelly, ale co jakiś czas gwałtownie zbaczali w któryś z dwóch pozostałych. Nieporównanie rzadziej jednak wybierając tajemniczego mordercę w jakiś sposób związanego z okolicznym szpitalem psychiatrycznym. Czy to pacjent? Wziąwszy pod uwagę jego ulubione narzędzie zbrodni i czytając z koszmaru sennego Kelly... Cóż, poprzestańmy na tym, że tych wskazówek zignorować nie sposób. Ale jest coś jeszcze. Stan psychiczny Kelly. Z jej snu łatwo można wywnioskować, że w przeszłości dopuściła się zabójstwa, a i z jej aktualnych przejść wynika, że ma problemy psychiczne. Może drobne, a może nie. To się jeszcze okaże. Nad klimatem nie ma co się rozwodzić – jak na kino grozy z lat 80-tych XX wieku przystało zdjęcia są stosownie mroczne, z lekka przymglone i przybrudzone. Larry Stewart mógł jednak dopracować sekwencje poprzedzające ataki mordercy, bo jedne są zbyt krótkie, a inne pozornie za długie. Pozornie, bo problemu raczej nie należy upatrywać w czasie ich trwania, tylko w tym, że tym fragmentom po prostu brakuje intensywności. W „Inicjacji” mamy też trochę moim zdaniem nieszkodzącego jej dowcipu (najlepszy akcent komediowy to niewątpliwe strój, jaki jeden ze studentów wybiera na imprezę bractwa, a mianowicie kostium... penisa). I całkiem sporo zręcznie skręconych mordów. Pomysłowe wprawdzie nie są, ale efekty specjalne z substancją imitującą krew na czele (bo niewiele więcej widać) prezentują się dosyć realistycznie, a i kąty nachylenia kamer i liczne zbliżenia na czy to różne ostre narzędzia zagłębiające się w ciałach ofiar, czy na okaleczone zwłoki, przykuwają uwagę. Dużej przewidywalności w ogólnym rozrachunku też zarzucić „Inicjacji” nie mogę, aczkolwiek należy zaznaczyć, że to, co najbardziej mnie w tym filmie zaskoczyło nasunęło mi na myśl slasher powstały kilka lat przed omawianą produkcją. Czyżby jakaś inspiracja?

Wieloletni miłośnicy slasherów „Inicjację” Larry'ego Stewarta (i w mniejszej mierze niewymienionego w czołówce Petera Crane'a) według mnie, mimo wszystko powinni obejrzeć. Choćby dla pierwszoplanowej postaci, która absolutnie nie jest typowym przykładem slasherowej bohaterki. Bo dla atmosfery to wiadomo – w końcu trudno znaleźć film slash z lat 80-tych XX wieku (z 70-tych zresztą również), który pod tym kątem by zawodził. To znaczy tych fanów kina grozy, których uwagę na „Inicjację” przede wszystkim pragnę zwrócić. Inni też oczywiście mogą zaryzykować seans, szczególnie sympatycy horrorów psychologicznych, aczkolwiek radzę im nie nastawiać się na porywającą głębię, ale główną grupą docelową są oczywiście miłośnicy slasherów chętnie „wracający” do lat świetności tego podgatunku. Ale i ci z nich, którzy mają ochotę na niepospolite podejście do przedmiotowego nurtu. Coś trochę innego.

czwartek, 14 listopada 2019

„Party Hard Die Young” (2018)


Tygodniowy pobyt na jednej z chorwackich wysp gwarantuje młodym ludziom mnóstwo dobrej zabawy. Conocne mocno zakrapiane imprezy każdego roku przyciągają tłumy licealistów i studentów. Julia, jej najlepsza przyjaciółka Jessica i kilka inna osób z ich niedawnej klasy w taki właśnie sposób świętują ukończenie szkoły średniej. Ale sielanka nie trwa długo. W trakcie jednej z imprez pomiędzy Julią i Jessicą dochodzi do kłótni, po której dziewczęta się rozdzielają. Nazajutrz Julia odkrywa, że jej przyjaciółka nie wróciła do zajmowanego przez nie pokoju hotelowego. Usilne próby skontaktowania się z nią nie przynoszą rezultatów, ale Julia odbiera jedną wiadomość wysłaną z numeru zaginionej koleżanki. Zdjęcie przekreślonej twarzy Jessiki, które po paru sekundach samo się kasuje. Jej znajomi nie przejmują się tą sytuacją, ponieważ mają powody zakładać, że dziewczyna opuściła wyspę. Ale Julia mocno się zamartwia. Tym bardziej, gdy ich grono zmniejsza się o kolejną osobę. Nastolatka jest coraz bardziej przekonana, że wszystkim im grozi śmiertelne niebezpieczeństwo.

Austriacki teen slasher „Party Hard Die Young” (tytuł alternatywny: „Die letzte Party deines Lebens”) jest trzecim pełnometrażowym horrorem Dominika Hartla - po melodramacie „Beautiful Girl” z 2015 roku i horrorze komediowym „Atak tyrolskich zombie” z 2016 roku - i pierwszym, nad scenariuszem którego nie pracował. Ale z konieczności znacznie skrócił pierwotny skrypt autorstwa Roberta Buchschwentera i Karin Lomot. Dominik Hartl „Party Hard Die Young” kręcił głównie z myślą o młodych Austriakach, a w związku z tym to ich reakcji obawiał się najbardziej. Okazało się, że niepotrzebnie, bo film został dobrze przyjęty w tamtych kręgach. Zresztą poza Austrią też zdążył już znaleźć trochę sympatyków. Budżet „Party Hard Die Young” oszacowano na trzy miliony euro, a swoją premierę miał w marcu 2018 roku w Austrii. Dominik Hartl nie wyklucza powrotu do horroru w niedalekiej przyszłości, ale na razie pracuje nad czymś innym. Nad filmem, który, wedle jego słów, jest głębszy i bardziej osobisty od jego dotychczasowych dokonań.

Miejsce akcji: chorwacka wyspa. Bohaterowie: grupa młodych ludzi. Antagonista: morderca w minimalistycznej masce. Jak to się rozwinie? Wiadomo: tajemniczy zabójca urządzi sobie polowanie w tej malowniczej scenerii, ograniczając swoje cele do zaledwie kilku z paru tysięcy osób goszczących na wyspie. Dominik Hartl chciał zarazem oddać współczesne realia młodych ludzi i przywołać ducha lat 80-tych XX wieku. A ściślej ówczesnych teledysków. Kontrastujące ze sobą jaskrawe kolory, migające światła i dynamiczny montaż miały nadać temu lekki koloryt szalonych lat 80-tych, przy jednoczesnym zachowaniu nowoczesnego klimatu i nowoczesnych bajerów: portale społecznościowe, filmiki nagrywane telefonem, samo kasujące się zdjęcia i przede wszystkich zrzuty z ekranów smartfonów niektórych bohaterów. W efekcie „Party Hard Die Young”, jak słusznie zauważyli już niektórzy jego odbiorcy, przypomina hollywoodzkie rąbanki naszych czasów. Czyli dużo żywych kolorów, sporo akcji i minimum, nazwijmy je, makabrycznych efektów specjalnych. Powiedzmy, bo z owej makabry wyróżnić można tylko sekwencję z butelką wbijaną w gardło UWAGA SPOILER (która łączy się z kadrem unaocznionym podczas napisów końcowych) KONIEC SPOILERA, która mogła (ale nie musiała) powstać z inspiracji „Ty będziesz następna” w reżyserii Stewarta Hendlera, będącym luźnym remakiem „Domu pani Slater” Marka Rosmana. Bo to bardzo charakterystyczna scena mordu – bodaj najsilniej kojarząca się z tamtym filmowym przedsięwzięciem. W innym momencie przyszedł mi natomiast na myśl horror Roberta Heatha w Polsce dystrybuowany pod tytułem „Raz dwa trzy umierasz ty”. Zaznaczyć jednak trzeba, że motyw, o którym tutaj mowa jest już bardziej pospolity. Jeszcze inny tytuł przywołali sami twórcy. Celowo nawiązali do „Koszmaru minionego lata” Jima Gillespiego i to z dużym wdziękiem. W sposób, który chyba nie może nie wywołać życzliwego uśmiechu na twarzach miłośników filmów slash. Wydawać by się mogło, że jednym z najatrakcyjniejszych, z punktu widzenia fana gatunku, składowych „Party Hard Die Young” będzie sceneria, bo wyspy w tego typu obrazach zwykle gwarantują przynajmniej lekkie poczucie wyalienowania, izolacji, dyskomfortowego zamknięcia w jednej przestrzeni z wrogiem, ale w tym przypadku ten sugestywny klimat gdzieś się niestety gubi. Ale wróg jest. Kto zacz, okaże się później, ale przypuszczam, że niewielu częstych odbiorców wszelkiej maści horrorowych rąbanek, to rozwiązanie jakoś szczególnie zelektryzuje. I mówię tutaj też o tych osobach, którym do tego czasu nie uda się rozszyfrować tożsamości sprawcy, ponieważ sama się do nich zaliczam. Z drugiej strony istnieje możliwość, że rozwiązanie tej zagadki nie wywarło na mnie zamierzonego efektu, dlatego że kojarzyło mi się ono z innym, również powstałym w XXI wieku slasherem osadzonym na wyspie. Co nie znaczy, że nie znalazłoby się więcej horrorów wykorzystujących podobny motyw. Bo nie jest on bardziej wyszukany od pozostałych partii scenariusza. No dobrze, maska noszona przez mordercę bądź morderczynię jest pomysłowa i jestem przekonana, że można by na niej zbudować kilka w miarę upiornych sekwencji, gdyby nie ograniczono się do szybkich migawek tego absolutnie nieprzekombinowanego rekwizytu. Sama naturalnie tego nie zauważyłam, ale znalazłam wypowiedź Dominika Hartla, w której zdradza, że poza maską i niektórymi fragmentami ubioru głównej bohaterki w „Party Hard Die Young” nie widać koloru żółtego. On i jego ekipa wystarali się o to – to było jak najbardziej celowe zagranie, mające przemawiać do podświadomości widzów. A skoro nie do świadomości, to nie potrafię powiedzieć, czy na mnie ten eksperyment się powiódł.

Imprezy, imprezy, imprezy. Huk, rażące światła, mnóstwo żywych kolorów i nieprzebrana ilość młodych ludzi ściśniętych niemal jak sardynki w puszce. Innymi słowy sceneria wprost wymarzona dla osób lubiących poruszać się niekoniecznie w takt muzyki i wypić tyle, żeby następny poranek spędzić na kolanach przed tronem. Bo czyż jest coś wspanialszego od torsji? Nie, nie, o tym nie myślimy. Bawimy się, jakby jutro miało nigdy nie nadejść. A mamy do tego naprawdę doskonałe warunki. Cała wyspa tętni nocnym życiem – wszędzie słychać muzykę, rozentuzjazmowane głosy i podkręcające imprezowy nastrój gadki organizatora tego bardzo dochodowego przedsięwzięcia. Corocznego spędu tysięcy młodych ludzi na tygodniową balangę. Bawimy się każdej nocy, a w dzień głównie leczymy kaca i wylegujemy się na plaży. Żyć nie umierać. Tylko że tego lata niektórzy pożegnają się z życiem na tej chorwackiej wyspie. Pierwszą osobą, która doda dwa do dwóch będzie Julia, w całkiem przekonujący sposób wykreowana przez Elisabeth Wabitsch. To znaczy w zaistniałych warunkach, bo trzeba zaznaczyć, że nawet ta domniemana final girl, nie została potraktowana przez twórców „Party Hard Die Young” z należytą uwagą. Na jej koleżankach i kolegach w tej kwestii tym bardziej więc nie ma co polegać. Powiecie: przecież w slasherach normą jest pobieżne przedstawianie bohaterów. Niepogłębione, wąskie portrety osobowościowe ludzi, którzy stają się zwierzyną dla takiego czy innego często zamaskowanego mordercy. Nie, aż tak powierzchowni scenarzyści tego rodzaju horrorów przeważnie nie są. Zdarza się, nie mówię, że nie, ale średnia jest wyższa. Generalnie nie mam trudności z wczuciem się w slasherowych bohaterów, a przynajmniej z poskładaniem sobie ich charakterów na tyle, bym mogła traktować ich jako oddzielne, indywidualne stworzenia. W „Party Hard Die Young” natomiast znajomi głównej bohaterki nierzadko zlewali mi się w jedno. Zwłaszcza męska część tego grona. Z kobietami (nie wszystkimi) było łatwiej tylko dlatego, że przy ich tworzeniu wspomagano się większą ilością szablonów od dawna wykorzystywanych w tego typu horrorach. Mamy więc racjonalną Julię, która na początku filmu wprawdzie pozwala sobie na chwilę „szaleństwa”, tak przecież nietypową dla final girl starszego typu (bo później ukształtował się też inny model final girl, w który tamto nieprzemyślane posunięcie Julii lepiej się wpasowuje), ale poza tym nie wychodzi poza archetypowe ramy tej postaci. Nie ma posłuchu w grupie - nawet wówczas, gdy niejako na ich oczach ginie już druga osoba z ich wąskiego grona, nie potrafi przekonać reszty do przynajmniej rozważenia możliwości, że to nie był zwyczajny wypadek. Nie potrafi, wzorem swoich kolegów i koleżanek, przejść do porządku dziennego nad zniknięciem Jessiki, trwać w imprezowym nastroju w sytuacji gdy najpierw znika jedna z nich, a potem druga, już ponad wszelką wątpliwość, traci życie. Wśród żeńskich postaci, w pewnym sensie, wyróżnia się jeszcze klasowa piękność (a przynajmniej za takową jest uważana, ale i sama zdaje się być przekonana o swojej niezwykłej urodzie), która znajduje przyjemność w dręczeniu puszystej koleżanki. Koleżanki, która nie daje sobą pomiatać, która nie przepuści okazji do utarcia nosa zapatrzonej w siebie rówieśniczce. W swoim osobistym rankingu postaci zaludniających „Party Hard Die Young” na przedzie umieściłam właśnie tę ostatnią, co tu dużo mówić, wojowniczkę, ale żałowałam, że jedną konkretną kobiecą postać uśmiercono tak szybko. Z drugiej strony nie spodziewałam się tego. Więcej przewrotności w procesie eliminacji bohaterów jednak już nie zaznałam. Szerzej też nie. Historia toczy się po utartym torze, co samo w sobie dla mnie wadą nie jest, wszak wprost uwielbiam twardą konwencję slasherów, ale jeśli dodać do tego przesadnie krzykliwą oprawę audiowizualną, wyraźny brak cierpliwości w nie tak znowu licznych sekwencjach z zamaskowanym oprawcą, niestarannie wykreślone postacie młodych ludzi, którzy walczą o życie na notabene akurat mocno zaludnionej wyspie, to robi się naprawdę nieciekawie. Najpierw jednak przechodzimy przez zwyczajowe podchody, domniemania, wątpliwości, podejrzenia etc. A to wszystko w lekko teledyskowej formie, która mnie tylko utrudniała śledzenie owej nieskomplikowanej opowiastki o nastolatkach, na których ktoś dosłownie się uwziął. Dlaczego? Bo tak? W slasherach motywy nie zawsze są istotne, ale w „Party Hard Die Young” niekoniecznie też tak będzie. Oprócz tożsamości mordercy można próbować odgadnąć, co nim kieruje. Ot tak, na wszelki wypadek. Inna sprawa, czy to zajęcie dla wszystkich odbiorców omawianej produkcji, z długoletnimi fanami slasherów włącznie, będzie na tyle zajmujące, żeby wytrwali do napisów końcowych. Ja co prawda wytrzymałam, ale wierzcie mi, nie przyszło mi to łatwo. Bo to zdecydowanie nie nie są moje klimaty. Slashery jak najbardziej, ale nie w takim wydaniu. Za dużo Hollywoodu, za mało mroku czy posępności. O poziomie brutalności już nie wspominając, bo ten nawet jak na rzeczony nurt horroru jest bardzo niski. A emocjonalne napięcie? Hmm... a cóż to takiego? 
 
Jako fanka slasherów i osoba zasadniczo (są wyjątki) nieprzepadająca za horrorami komediowymi wybieram... „Atak tyrolskich zombie”. Wierzcie w to lub nie, tamto dokonanie Dominika Hartla bardziej mnie przekonało. Co z tego, że „Party Hard Die Young” jest utrzymany w konwencji mojego ulubionego podgatunku horroru, skoro tak silnie wieje z niego nudą? Nie żeby klimatu ta produkcja nie miała. Owszem ma. Jest kolorowo, hucznie i w ogóle po hollywoodzku. A co myśleliście, że Austriacy są gorsi? Nie, nie myślcie sobie, że tylko Amerykanie potrafią nakręcić slasher na bogato – dynamiczną, krzykliwą, plastikową rąbankę dla ludzi o słabszych żołądkach. Film o zamaskowanym mordercy obierającym sobie za cel absolwentów szkoły średniej bawiących się na chorwackiej wyspie, gdzie alkohol leje się strumieniami, a muzyka gra do rana. Film, w którym aż roi się od kolorów, tylko jakoś czerni i szarości mało... Ale po co komu takie smęty, skoro może mieć widowisko na miarę naszym czasów? Wszystko ma się błyszczeć, od przesytu ma nam się zakręcić w głowach, bo techniczne przejaskrawienia to jest to, czego współczesna publika oczekuje. A wieloletni wielbiciele slasherów? No cóż, pewna być nie mogę, ale jakoś wątpię, żeby do wielu z nich ta propozycja przemówiła.

wtorek, 12 listopada 2019

JoAnn Chaney „Dopóki śmierć nas nie rozłączy”


Rok 2018. W Parku Narodowym Gór Skalistych turystka Marie Evans spada z urwiska. Straż leśną o zdarzeniu informuje jej mąż Matthew, z którą kobieta wybrała się na tę nieszczęsną wycieczkę. Wszystko wskazuje na zwykły wypadek, ale zajmujący się tą sprawą detektywi z wydziału zabójstw, Marion Spengler i Ralph Loren, odkrywają, że pierwsza żona Matta też umarła nagle. W 1995 roku Janice Evans została zamordowana w swoim własnym domu, ale choć Matt był podejrzewany o dokonanie tej zbrodni nie znaleziono dowodów świadczących przeciwko niemu. Teraz kolejna małżonka Evansa umiera w podejrzanych okolicznościach i chociaż może to być zwykły przypadek, śledczy muszą przede wszystkim wziąć pod uwagę możliwość, że mężczyzna znalazł sobie sposób na pozbywanie się żon.

Amerykanka JoAnn Chaney na rynku literackim zadebiutowała w 2017 roku dobrze przyjętym powieściowym thrillerem/kryminałem pt. „What You Don't Know” (pol. „To, o czym nie wiesz”). „Dopóki śmierć nas nie rozłączy” (oryg. „As Long as We Both Shall Live”) to jej druga powieść, która swoją premierę miała w 2019 roku, a autorka zdradziła, że pracuje już nad dwiema kolejnymi książkami. Mają one zahaczać o tematykę nowoczesnych technologii. Jak to ujęła, Chaney jest jedną z tych osób, które dorastały bez telefonu komórkowego i Internetu, w strachu, że Skynet doprowadzi do zagłady ludzkości. Internet jest dla niej zarazem fascynujący, jak i przerażający i to, jak zapowiada, zamierza pokazać w swoich dwóch kolejnych książkach. Powieść „Dopóki śmierć nas nie rozłączy” powstała z inspiracji zabójstwem dokonanym w Kolorado przed paroma laty - mężczyzna zepchnął swoją żonę z urwiska podczas pieszej wędrówki po górach. Chaney przyznaje, że czerpie z autentycznych historii, bo jak mówi: prawdziwe życie jest często dziwniejsze od fikcji.

„Dopóki śmierć nas nie rozłączy” jest określany jako marriage thriller (thriller małżeński), a są i tacy, którzy JoAnn Chaney uważają za jedną z mistrzyń tego nieoficjalnego podgatunku. „To, o czym nie wiesz” nie miałam co prawda okazji przeczytać, ale z tego co się zorientowałam, w drugiej powieści Chaney wykorzystała niektóre postacie ze swojego poprzedniego utworu. Znajomość „To, o czym nie wiesz” nie jest jednak konieczna do pełnego zrozumienia fabuły „Dopóki śmierć nas nie rozłączy”, bo chociaż akcja chwilami zbacza w tamtą stronę, to Chaney dba o to, by nowi czytelnicy nie czuli się zagubieni. Zagubieni w przeszłości detektywa z wydziału zabójstw w Denver, w stanie Kolorado, Ralpha Lorena, bo to on przede wszystkim wiąże te dwie powieści. Jeśli w „To, o czym nie wiesz” Loren jest taki, jak w „Dopóki śmierć nas nie rozłączy” to nie dziwi mnie, że JoAnn Chaney postanowiła uczynić go bohaterem (antybohaterem?) utworu, który oficjalną kontynuacją nie jest. Omawiany thriller nie jest częścią serii – uważa się ją za oddzielną powieść – pomimo nawiązań do „To, o czym nie wiesz”. I myślę, że słusznie, bo bądź co bądź nie odbiera się tego jako dalszy etap literackiej podróży. Aczkolwiek nie wykluczam, że moje zdanie na ten temat mogłoby być inne, gdybym znała poprzednie powieściowe dokonanie Chaney. Tak czy inaczej Ralph Loren jest najbardziej charakterystyczną postacią „Dopóki śmierć nas nie rozłączy”. Typ policjanta, który wykorzystuje każdą okazję, by pokazać podejrzanym, w jak głębokim poważaniu ma ich prawa. Swoim kolegom z pracy, z przełożonym włącznie, też nieustannie daje do zrozumienia, że nie jest miłym gościem. Niewybredne, niepoprawne politycznie żarty, wulgarne teksty również ad personam i w ogóle cały jego jakże jaskrawie lekceważący innych sposób bycia, sprawia, że Loren z jednej strony działa antypatycznie na czytelnika, ale z drugiej ma w sobie coś przyciągającego. Charyzmę, która może brać się po prostu z tajemnych kart jego życiorysu, ale może też wynikać z jego cech. Bo Ralph Loren ma też cechy, które jeśli nawet nie czynią go dobrym człowiekiem (to dopiero się okaże), to na pewno czynią go skutecznym policjantem. Czy w takim razie oznacza to, że jest dobrym policjantem, to już każdy musi sam ocenić. Jest efektywny, ale wyniki osiąga kontrowersyjnymi, jeśli nie bezprawnymi, metodami. Najwyraźniej wychodzi z założenia, że cel uświęca środki. Niedawno przydzielona do wydziału zabójstw w Denver, Marion Spengler, która dostała właśnie swoją pierwszą sprawę, początkowo nie jest zadowolona z tego, że Loren postanowił jej partnerować, bo choć zdaje sobie sprawę z jego skuteczności, to jego podejście do ludzi mocno ją mierzi. Poza tym jest przekonana, że mężczyzna za nią nie przepada, a nawet, że podsyca niechęć innych policjantów względem niej. W „Dopóki śmierć nas nie rozłączy” JoAnn Chaney porusza problem ostracyzmu, ale i jawnej nienawiści w stosunku do kobiet pracujących w zawodach, które z jakiegoś powodu przez wielu wciąż są uważana za przynależne wyłącznie mężczyznom. Chaney zdaje się być zdumiona i zniesmaczona tym zjawiskiem. Bo żeby wydawać by się mogło w postępowym XXI wieku myślało się w ten sposób? W jednym z wywiadów JoAnn Chaney dała jasno do zrozumienia, że pisząc „Dopóki śmierć nas nie rozłączy” chciała pokazać postawy, które według niej bardziej pasują do lat 50-tych XX wieku niźli do czasów nam współczesnych. Nadal funkcjonuje sposób myślenia, który nazywa archaicznym. Kobiety to w tym przypadku słowo klucz. To ich Chaney czyni przedmiotem tej swojej socjologicznej analizy, która chyba nikomu nie pozostawi wątpliwości, że JoAnn Chaney jest feministką z krwi i kości. Mimo wszystko. Bo historia rozpisana przez nią na kartach „Dopóki śmierć nas nie rozłączy” nie jest li wyłącznie swego rodzaju traktatem o tym, jacy to źli są mężczyźni i jak biedne są kobiety.

Można było zostać feministką, gromadzić się na ulicy, trzymać transparenty i maszerować w różowej czapeczce, wykrzykując slogany o równych prawach, ale koniec końców i tak wracało się do domu, żeby wrzucić mięso do piekarnika, pranie do pralki i znów dać się uwięzić jak zdesperowane zwierzę w klatce. Można to określić mianem syndromu sztokholmskiego albo małżeństwa.”

Nie mogę z absolutną pewnością stwierdzić, że JoAnn Chaney jest jedną z tych feministek, które zamiast zwracać uwagę opinii publicznej na poważne problemy kobiet we współczesnym świecie, zaczynać od najpilniejszych potrzeb, skupiają się na rzeczach, delikatniej mówiąc, mniej istotnych. Ale w „Dopóki śmierć nas nie rozłączy” niewątpliwie daje temu wyraz. JoAnn Chaney skupia się na takich wiecznie aktualnych problemach kobiet (i nie tylko), jak wymienione już deprecjonowanie w sferze zawodowej, zależność finansowa (mężczyzna jako jedyny żywiciel rodziny stoi na lepszej pozycji w nieustającej wojnie, którą toczy niejedna para, a prawie na pewno Evansowie z książki Chaney), zdrady, czy nawet zwykła, acz niebywale bolesna niewdzięczność za wkład drugiej strony w rozwój osobisty. Marie Evans wiele poświęciła dla swojego męża, a w zamian co dostała? Cóż, musiała dzielić się Mattem z przynajmniej jedną inną kobietą. Bo przecież mężczyzna ma swoje potrzeby, a jak żona mu już nie wystarcza, to co ma zrobić? Trzeba poszukać kogoś młodszego, ale nie na stałe, bo jednak życie małżeńskie ma swoje plusy: ciepłe obiadki, prowadzenie domu, to samo się przecież nie zrobi. Ale to jeszcze nic. Wiele bowiem wskazuje na to, że Marie, ta nieszczęśliwa gospodyni domowa, została z premedytacją pozbawiona życia przez człowieka, któremu poświeciła przeszło dwadzieścia lat swojego życia. Przez człowieka, którego kochała mimo jego wszystkich wad, pomimo bólu, jakiego jej przysparzał. Ojca jej dwóch, już dorosłych, córek i jedynego żywiciela ich rodziny. Wziętego sprzedawcę, który dorobił się takiego majątku, żeby nikt z jego rodziny nie musiał się martwić o finanse. Evansowie do klasy najwyższej wprawdzie nigdy się nie zaliczali, ale Matt odniósł na tyle duży sukces zawodowy, żeby mogli toczyć wystarczająco godny żywot. To znaczy od strony finansowej, bo Chaney szybko daje do zrozumienia, że Marie od jakiegoś czasu nie czuła się komfortowo w tym związku. Choć nie pracowała, nie narzekała na brak towarzystwa – miała koleżanki, które Chaney nazywa Żonami ze Stepford (no wiecie, kobiety uzależnione od mężczyzn i zdające się być z tego dumne, których ulubionym zajęciem jest plotkowanie i współzawodnictwo, gdzie wszystkie chwyty są dozwolone). Ale w jej małżeństwie źle się działo. Czy winę za to ponosił wyłącznie Matt, czy może ona również miała w tym swój udział? Jakkolwiek by nie było, to mężczyzna, a nie kobieta najwidoczniej przekroczył granicę. Postanowił rozwiązać problem w najgorszy z możliwych sposobów. Jak wielu przed nim zamiast po prostu się rozwieść, wolał posunąć się do zbrodni. Bo tak jest szybciej, łatwiej i przede wszystkim nie trzeba dzielić się majątkiem, prawda? Co więcej Matt miał już wprawę. Chaney od czasu do czasu przytacza retrospekcje z życia Matta i jego pierwszej żony Janice, która rok po ślubie z nim została zamordowana we własnym domu. Przez jakiś czas Matt był jedynym podejrzanym, ale udało mu się uniknąć zarzutów. Wyjechał do Denver i rozpoczął nowe życie u boku innej kobiety. I tak to trwało aż do 2018 roku. Do tragicznej w skutkach wycieczki Evansów do Parku Narodowego Gór Skalistych. Marie spada z urwiska, a jej mąż wkrótce po raz drugi w swoim życiu staje się głównym podejrzanym w sprawie o zabójstwo. Znowu podejrzewa się go o zamordowanie własnej żony, ale detektywi prowadzący to dochodzenie, Marion Spengler i Ralph Loren, nie mogą przecież opierać się tylko na swoich przeczuciach. Muszą znaleźć dowody świadczące o winie Matta Evansa, co w przypadku takiego modus operandi może okazać się niewykonalne. O ile w ogóle doszło do zbrodni. Bo nie można odrzucić możliwości, że Marie, tak jak utrzymuje jej mąż, jest ofiarą zwykłego wypadku, że spadła z urwiska bez niczyjej pomocy. W górach to się zdarza – turyści zaskakująco rzadko zachowują maksymalną ostrożność. Znamy to z życia. Ale... Otóż, my dostajemy wgląd w umysł Matta, w którym aż kłębi się od przemyśleń praktycznie niepozostawiających nam wątpliwości, że zabił nie tylko Marie, ale także Janice. Na domiar złego wygląda na to, że teraz planuje wejść w poważny związek z ostatnią kobietą, z którą zdradzał Marie. Ralph Loren trochę go przypomina. On też ukrywa coś przed światem. Coś, co już wkrótce może wyjść na światło dzienne. I jeśli tak się stanie, to dla niego najpewniej skończy się to więzieniem. Bo ze wspomnień Lorena wynika, że przed laty dopuścił się on morderstwa. Może nawet nie jednego. A teraz ten właśnie człowiek stara się udowodnić przynajmniej jedno zabójstwo Mattowi Evansowi. Czy w takim razie Ralpha Lorena, policjanta, który od wielu lat wytrwale ściga wszelkiej maści przestępców, można nazwać hipokrytą. Tak z tego wynika. Tak samo jak to, że Matt Evans ma na sumieniu przynajmniej dwa życia i że jeśli po raz kolejny uda mu się uniknąć kary, to wcześniej czy później zabije znowu. Bo taki to typ. JoAnn Chaney mocno koncentruje się na postaciach – w dużym stopniu zagłębia się w psychikę swoich bohaterów i antybohaterów, co naturalnie znacznie potęguje emocje. I wzmacnia jej głos w odwiecznej debacie na temat płci. Głównym przesłaniem tej książki nie jest jednak konkluzja, że wszyscy mężczyźni to potwory, a kobiety ciągle mają pod górkę. UWAGA SPOILER Powieść „Dopóki śmierć nas nie rozłączy” opiera się na jeszcze jednej obserwacji poczynionej przez JoAnn Chaney. Może nie zawsze wprost, ale autorka mówi tutaj też o wciąż funkcjonującym w świecie konkretnym spojrzeniu na płeć żeńską, pomimo docierających do nas prawie zewsząd sygnałów, że jest ono bezpodstawne. Otóż, wcale nie jest tak, że wszystkie kobiety są niewiniątkami, że to zawsze one są ofiarami i że w ogóle są niezdolne do tak zdrożnych zachowań jak mężczyźni. Toż to „oczywista oczywistość” prawda? Nie dla wszystkich. I może właśnie w tym (chyba można to nazwać szokiem) należy upatrywać odpowiedzi na, myślę, niektórych od dawna nurtujące pytanie, dlaczegóż to zbrodnie (ale i inne generalnie niepochwalane w społeczeństwie zachowania) dokonywane przez kobiety często spotykają się z większym potępieniem w przestrzeni publicznej od tożsamych czynów dokonywanych przez mężczyzn. Na przykład: jak mężczyzna porzuci dziecko, to trudno, zdarza się; a jak zrobi to kobieta, to jest potworem. Ale Chaney nie o tym KONIEC SPOILERA. Jedyne co w „Dopóki śmierć nas nie rozłączy” nie do końca mnie przekonało, to rozwój całej tej dosyć złożonej sprawy skonstruowanej przez JoAnn Chaney. Dalsze kondygnacje tej konstrukcji. Chaney przygotowała mnóstwo niespodzianek. Owszem, nieraz mocno mnie zaskoczyła, ale pozostaje jeszcze stopień prawdopodobieństwa. Może i coś takiego mogłoby wydarzyć się w rzeczywistości, ale to raczej mało prawdopodobne. Po prostu nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że to trochę naciągana wersja wydarzeń. Ale za to jakże niespodziewana! W sumie pewnie także dzięki temu.

Pierwszy wniosek: muszę przeczytać „To, o czym nie wiesz” JoAnn Chaney. I bez względu na to, jak tamtą, debiutancką powieść, tej amerykańskiej pisarki odbiorę, wypatrywać kolejnych jej książek. Bo choć nie mogę powiedzieć, że „Dopóki śmierć nas nie rozłączy” to książka, która skradła mi serce, to wrażenia były na tyle silne, żebym zapragnęła więcej. Więcej thrillerów/kryminałów od JoAnn Chaney, przypuszczam, wschodzącej gwiazdy literatury tego typu. Co nieco moim zdaniem jeszcze powinna dopracować, ale też nie mam wątpliwości, że już ma wiele do zaoferowania miłośnikom literackich thrillerów (z psychologicznymi włącznie) i kryminałów. Trzymająca w napięciu, zaskakująca powieść ze szczegółowo wykreślonymi postaciami. Właśnie taka to lektura. Może i nie do końca prawdopodobna, ale podejrzewam, że w przypadku tak dobrze opowiedzianej, tak ciekawej historii, stopień prawdopodobieństwa dla niejednego odbiorcy będzie sprawą drugorzędną. Ważniejsze są emocje, a tych Chaney prawie na pewno Wam dostarczy. Ja w każdym razie ich braku nie odczuwałam.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu