Stronki na blogu

sobota, 16 stycznia 2021

„Alone” (2020)

 

Pół roku po samobójczej śmierci męża Jessica Swanson decyduje się zamieszkać z dala od rodziny. Pewnego dnia nie uprzedzając nikogo, pakuje najpotrzebniejsze rzeczy, wsiada do samochodu i wyrusza w długą podróż do nowego miejsca zamieszkania. Podróż, która zostaje zakłócona przez nieznajomego natrętnego kierowcę. Mężczyzna nie okazuje jej wrogości, ale Jessica jest do niego nieufnie nastawiona. Z czasem kobieta nabiera przekonania, że nieznajomy podąża w ślad za nią. A niedługo potem natręt przypuszcza zdecydowany atak. Zagubiona w lesie, okaleczona kobieta, która jeszcze nie przepracowała żałoby po ukochanym mężu, podejmie desperacką walkę o życie z nieustępliwym zwyrodnialcem.

Amerykański survival thriller w reżyserii Johna Hyamsa, obecnie pracującego - ramię w ramię z Nicolasem Windingiem Refnem, reżyserem między innymi „Drive” (2012) i „Neon Demon” (2016) - nad serialem opartym na filmowym cyklu „Maniakalny glina” Williama Lustiga, twórcy między innymi „Maniaka” (1980). „Alone” Johna Hyamsa jest remakiem szwedzkiego thrillera pt. „Zaginiona” (oryg. „Försvunnen”) Henrika JP Åkessona i Mattiasa Olssona – ten drugi jest autorem scenariuszy obu wersji. Hyams zainteresował się tym materiałem dlatego, że nasunął mu skojarzenia z paroma jego ulubionymi filmami: „Pojedynkiem na szosie” Stevena Spielberga, „Zniknięciem” George'a Sluizera oraz „Uwolnieniem” Johna Boormana. Poza tym ujął go również minimalizm w ekspozycji i dialogach, koncepcja „kobieta kontra mężczyzna i kobieta kontra Natura” oraz „wewnętrzna historia bohaterki, która staje się lustrzanym odbiciem lub historią równoległą do tego, co dzieje się na zewnątrz”. Pierwszy pokaz bardzo dobrze przyjętego przez krytykę „Alone” miał miejsce w marcu 2020 roku na Mammoth Film Festival, a we wrześniu tego samego roku rozpoczęto dystrybucję internetową.

Nie miałam jeszcze okazji zobaczyć pierwowzoru „Alone” Johna Hyamsa, szwedzkiego thrillera w reżyserii Henrika JP Åkessona i Mattiasa Olssona, więc porównań nie będzie. Za to mogę z całą stanowczością przyznać rację „kierownikowi tego zamieszania”, który to dopatrzył się w niniejszej opowieści podobieństw do „Pojedynku na szosie”, „Zniknięcia” i „Uwolnienia”: kultowych dreszczowców, które zainspirowały już niejednego twórcę. Właściwie przynajmniej dwa z nich („Pojedynek na szosie” i „Uwolnienie”) spopularyzowały w kinie po dziś dzień wykorzystywane schematy fabularne. Jednak tym, co w największym stopniu przykuwało moją uwagę do fikcyjnej historii Jessiki Swanson była swoista zabawa tymi i innymi znanymi schematami. Zupełnie jakby scenarzysta powyrywał z wybranych thrillerów upatrzone motywy i skleił je na nowo. W innej konfiguracji. W kilku rozdziałach (każdy ma swój tytuł) przedstawiono w „Alone” koszmarne przeżycia samotnie podróżującej kobiety, która przed paroma miesiącami doświadczyła nieodwracalnej straty. W pierwszej fazie narodziło się we mnie mocne przekonanie, że mam do czynienia ze swego rodzaju powtórką „Pojedynku na szosie”. Kolejnym obrazem powstałym pod natchnieniem tym ponadczasowym widowiskiem Stevena Spielberga opartym na opowiadaniu Richarda Mathesona. Kolejną wariacją na temat „dwóch skonfliktowanych kierowców”. Co więcej twórcy postarali się, by półciężarówka, którą podróżuje czarny charakter, podobnie jak w „Pojedynku na szosie” była odbierana niczym osobna postać. Prawie jak żywy organizm, działający równie odpychająco jak jego właściciel. A przynajmniej taki był zamiar filmowców. „Alone” to tak naprawdę spektakl dwóch aktorów (choć w pewnym momencie pojawi się ktoś trzeci). To znaczy aktora i aktorki, Jules Willcox i Marca Menchacy, którzy ogólnie rzecz biorąc przekonali mnie do swoich występów. Tyle że Menchaca trochę bardziej. Główna bohaterka filmu, Jessica Swanson, już w pierwszej scenie rusza w kilkudniową podróż, która tak naprawdę jest przeprowadzką do nowego lokum. Więc można powiedzieć, że od początku jesteśmy w drodze. Tak, tak, film drogi. Migiem przez miasto, a potem przenosimy się w leśną scenerię – wraz z bohaterką przemierzamy asfaltową szosę po bokach mając zwarte ściany wysokich, wiekowych drzew. Zdjęcia „z lotu ptaka” nie pozostawiają wątpliwości, że ten dziki teren jest przeogromny. Bezkresny... To tutaj droga Jessiki przetnie się z drogą zupełnie obcego jej mężczyzny, który co prawda po pierwszej „wpadce” pokazuje jej wyłącznie przyjazne oblicze, ale Jess nie traci czujności. W przeciwieństwie do jakichś osiemdziesięciu, może nawet dziewięćdziesięciu procent bohaterów/bohaterek kina grozy, Jessica jest bardzo ostrożna w kontaktach z obcymi. A na pewno z kierowcą, który zdążył napędzić jej niemałego strachu. Wyglądało mi jednak na to, że i nawet bez tego wcześniejszego przykrego incydentu na drodze, Jess patrzyłaby na niego z porównywalną podejrzliwością. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że bohaterka „Alone” już podczas ich pierwszej rozmowy instynktownie wyczuła, że człowiek ten usilnie stara się przekonać ją, że jest zupełnie nieszkodliwy, że nie ma wobec niej złych zamiarów. Uprzejmość bezimiennego kierowcy półciężarówki to jedynie maska – takie przeczucie, zdaje się, już wtedy ogarnęło tę samotnie podróżującą kobietę. Przeczucie, które (i żadna to niespodzianka) okazało się jak najbardziej trafne. Chociaż Jessica z całą pewnością nie brała pod uwagę aż takiego zagrożenia z jego strony, jakie już wkrótce na nią sprowadził.

Niefortunne spotkanie dwóch nieznających się kierowców i nazwijmy to zaognienie sytuacji na drodze, w pewnym momencie przejdzie w motyw porwania. Twórcy zaprowadzą nas do drewnianej chatki w lesie, w której główna bohaterka przeżyje jeszcze większą mękę niż wcześniej. Uwięziona w głuszy przez nieobliczalnego mężczyznę, bez wątpienia psychopatę i jeśli wierzyć jego własnym słowom, seryjnego zabójcę, który na swoje główne cele wybiera młode kobiety. Takie jak Jessica Swanson. Samotne dusze, na których wyładowuje swoje sadystyczne, skrajnie perwersyjne skłonności. Znęca się nad nimi głównie psychicznie i seksualnie, a kiedy już się nasyci, pozbawia ich życia i zakopuje ich zwłoki z dala od ludzkich siedzib. Muszę przyznać, że filmowcy całkiem zgrabnie, płynnie przechodzą od motywu drogowego dręczyciela do motywu uwięzienia człowieka w odludnym miejscu. To samo mogę powiedzieć o następnym skręcie – przejściu w wątek stricte survivalowy. Otwarciu, uważam, mocno konwencjonalnej opowieści, gdzie pozytywna postać zawalczy o życie na (nie)przyjaznym człowiekowi terenie. To już nie będzie tylko walka z agresywnym mężczyzną, ale i starcie z nieubłaganymi siłami Natury. Siłami, które jednak można wykorzystać na swoją korzyść. Wykorzystać je jako swoistą tarczę przed opętanym żądzą mordu człowiekiem. Człowiekiem, który najwyraźniej nie spocznie, dopóki nie pozbędzie się coraz bardziej kłopotliwej kobiety. Alienacja, konsekwentnie zagęszczające się poczucie klaustrofobii w tym, bądź co bądź, malowniczym krajobrazie leśnym, gdzie poza niebotycznymi, starymi drzewami dostrzec można też rwącą rzekę. Właściwie to dokładnie sobie ją obejrzymy podczas tej nadzwyczaj trudnej przeprawy miastowej kobiety przez „straszny las”. Większość scen nakręcono w świetle dziennym, który trudno nazwać pełnym. Jak to zwykle na zadrzewionych obszarach bywa, jakoś szczególnie dużo jasnych promieni na plan nie dociera. Światło jest naturalnie rozproszone, z lekka przyblakłe, a i całkiem gęsta ciemność w pewnym momencie wszystko ogarnie. Tym, co jak przypuszczam, może też wielce uradować wielu widzów jest niegłupie postępowanie głównej bohaterki. W tego rodzaju obrazach raczej nieczęsto zdarza się, by pozytywna postać wykazywała się taką przytomnością umysłu, taką przewidywalnością ruchów przeciwnika i takim... niepchaniem się w jego łapska. W thrillerach, a jeszcze częściej w horrorach nieprzemyślane posunięcia bohaterów rzadkością bynajmniej nie są. W końcu panika myśleniu nie sprzyja. Sęk w tym, że takie przypadki przeważnie są odbierane jako zwykłe pogwałcenie logiki – mało kto „rozgrzesza” postacie desperacko walczące o życie jakże naturalną w takich momentach paniką. Choć oczywiście nie brakuje i takich grozowych pozycji, gdzie dla nieprzemyślanych zachowań protagonistów pomimo najszczerszych chęci, nie znajduje się żadnego logicznego wytłumaczenia. Jessice oczywiście też zdarza się potknąć w tym długim pojedynku z psychopatycznym osobnikiem. Zamiast dźgnąć gagatka w szyję, celuje w rękę. Zamiast dobić nieprzytomnego mężczyznę, oddala się od niego. Najszybciej jak może, czyli mniej więcej w tempie żółwia. Ale szczerze mówiąc w moich oczach wypadałoby to mniej przekonująco, gdyby ta zwyczajna, niemająca żadnego przeszkolenia w walce, nigdy wcześniej niebywająca na placach boju (chyba że mówimy o mękach dniach codziennego i czarnej rozpaczy po bezpowrotnej utracie bratniej duszy), w tych najbardziej decydujących momentach wykazała się aż tak praktycznym myśleniem. I tak zdążyła wykazać się imponującą wręcz odpornością na stres. Nie wyłączała myślenia nawet wówczas, gdy zabójca stał dosłownie kilka kroków od niej. A jeszcze bliżej spoczywała podobno nabita broń. Wystarczyło tylko wychynąć z kryjówki, sięgnąć, wymierzyć i pociągnąć za spust. Kusząca propozycja, z której przypuszczam wielu by skorzystało. Z kolei zapewne niewielu zdecydowałoby się na pewien skok, chociaż z drugiej strony jako alternatywę mając tortury zadawane przez ewidentnie szalonego człowieka... Jest jeszcze sekwencja za uchylonymi drzwiami, fragment, który trzymał mnie w największym napięciu. Pomiędzy z emocjami też nie było najgorzej, ale bywały też momenty, w którym moje zainteresowanie gasło. W „Alone” Johna Hyamsa obok szarpiących nerwy starć dość filigranowej niewiasty z niezwykle zdeterminowanym „drapieżnikiem”, ale i innych lepszych i gorszych chwil z życia Jess (przebita stopa, swoją drogą bardzo realistycznie się prezentująca albo niespodziewana, nieplanowana odsiecz napotkana w środku lasu), pojawia się dość sporo nudnawych przystanków. Dostrzegałam co prawda starania ze strony filmowców w kierunku nadania tym wszystkim problematycznym (dla mnie) fragmentom, stosownej intensywności, ale jakoś tego nie czułam. Fragmentom niemiłosiernie wydłużanym, tak z samochodowej, jak pieszej przeprawy bohaterki, której, na marginesie, kibicowałam nie tylko w myślach. Tak niewiele się na jej temat dowiedziałam, a tak się z nią zżyłam, że UWAGA SPOILER nawet szczęśliwe zakończenie (których przeważnie w szeroko pojętym kinie grozy nie wypatruję) nie przyniosło mi rozczarowania KONIEC SPOILERA.

Niezły dreszczowiec od Johna Hyamsa. Amerykański remake szwedzkiego thrillera w reżyserii Henrika JP Åkessona i Mattiasa Olssona w Polsce funkcjonujący pod tytułem „Zaginiona”. Dreszczowiec złożony ze sprawdzonych, przypuszczalnie dobrze znanych przynajmniej długoletnim fanom gatunku, motywów, które jednak zwykle nie kumulują się w jednym obrazie. W „Alone” tak właśnie się dzieje i moim zdaniem w żadnych razie nie wypada to topornie. Wyszła z tego naprawdę spójna, przekonująca i w miarę emocjonująca opowieść (choć i marazm od czasu do czasu mnie dopadał), ale raczej do jednorazowego użytku. Mnie w każdym razie w zupełności to jedno jedyne spotkanie z „Alone” wystarczy. Dosyć udane spotkanie z nie tak znowu ożywczym survival thrillerem, który mimo wszystko pozostawił we mnie pewien niedosyt. Chciałoby się więcej, ale miłośnikom gatunku polecam i tak.

czwartek, 14 stycznia 2021

Katrine Engberg „Szklane skrzydła motyla”

 

W fontannie na głównym kopenhaskim deptaku zostają odnalezione zwłoki starszej kobiety, z której ktoś spuścił krew. Sprawę prowadzi asystent policji Jeppe Kørner, który niedawno rozstał się z żoną i tymczasowo zamieszkał z matką. Jego zawodowa partnerka Anette Werner przebywa na urlopie macierzyńskim, ale nieoficjalnie angażuje się w najnowsze śledztwo kolegów. Każdego dnia pojawia się nowe ciało, a tropy prowadzą do niefunkcjonującego już Domu Motyl, Zakładu Opieki Psychiatrycznej dla Dzieci i Młodzieży. Wszystkie ofiary w przeszłości pracowały w tym miejscu. Ośrodku, który został zamknięty po samobójstwie jednej z pacjentek.

Była tancerka i choreografka, duńska pisarka Katrine Engberg na rynku literackim zadebiutowała w 2016 roku dobrze przyjętą powieścią „Krokodillevogteren” (ang. „The Tenant”, pol. „Stróż krokodyla”), otwierającą kryminalną serię z policyjnymi śledczymi Jeppem Kørnerem i Anette Werner. Druga część, „The Butterfly House”, wyszła już w 2017 roku, a potem... potem zrobiło się lekkie zamieszanie. Bo opisy fabuły odsłony drugiej i trzeciej, oryginalnie wydanej pod tytułem „Glasvinge” (pol. „Szklane skrzydła motyla”) w roku 2018, są właściwie identyczne. W „Szklanych skrzydłach motyla” Katrine Engberg chciała przede wszystkim zwrócić uwagę czytelników na sytuację osób zmagających się z różnymi chorobami psychicznymi we współczesnym, niby postępowym świecie. Jako że dorastała z troskliwym, kochającym ojcem, któremu zdiagnozowano zaburzenie maniakalno-depresyjne, zdążyła zapoznać się z tym problemem niejako od środka. Z nieodpowiednim leczeniem, ze stygmatyzowaniem, z niezrozumieniem osób chorych psychicznie. Za pośrednictwem tej fikcyjnej opowieści, Engberg chciała dać nam do zrozumienia, że nie powinniśmy myśleć o ludziach z chorobami psychicznymi, jak o różniących się od nas. Szufladkować jako anomalie, które dla dobra ogółu należy izolować.

W dawnych czasach wierzono, że upuszczanie krwi jest najlepszą metodą na pozbycie się wielu chorób fizycznych i psychicznych. Jeszcze na początku XX wieku praktykowano ten sposób „leczenia”, który w „Szklanych skrzydłach motyla” Katrine Engberg zapewne zainspirował zabójcę siejącego postrach w Kopenhadze. Każdego dnia w mieście odnajdywane są ludzkie zwłoki, z których spuszczono krew. W tym celu sprawca najprawdopodobniej posługuje się skaryfikatorem, przyrządem od wieków stosowanym w medycynie. Sprawą zajmują się bohaterowie, których mogliśmy już spotkać w „Stróżu krokodyla” tej samej autorki. Aczkolwiek znajomość pierwszej części mrocznych przygód między innymi Jeppego Kørnera i Anette Werner, nie jest niezbędna do pełnego zrozumienia fabuły „Szklanych skrzydeł motyla”. W mojej ocenie omawiana powieść przebija swoją poprzedniczkę, choć muszę przyznać, że na początku lektury inaczej się na tę kwestię zapatrywałam. Przez pierwsze kilkadziesiąt stron przedzierałam się z mozołem i z wątpliwościami, czy wytrwam do końca tego drugiego już spotkania z prozą Engberg. Pierwsza faza śledztwa prowadzonego przez asystenta policji z sekcji pierwszej wydziału zbrodni zagrażających zdrowiu i życiu (dawnym Wydziale Zabójstw) Jeppego Kørnera, w sprawie morderstwa starszej kobiety, której ciało pewnego październikowego poranka odnaleziono w fontannie usytuowanej na głównym kopenhaskim deptaku, przebiegała w standardowy, mało widowiskowy sposób. Chcę przez to powiedzieć, że na starcie nie dano mi praktycznie nic, co przykuwałoby moją uwagę. Nic, co roznieciłoby we mnie ciekawość tą kryminalną, bądź co bądź, zagadką. Na domiar złego autorka co jakiś czas odbiegała od głównego wątku, przedstawiając trudy macierzyństwa jednej z czołowych postaci swojego literackiego cyklu, przeprowadzając mnie przez nową miłość jej zawodowego partnera, Jeppego Kørnera oraz jego nieciekawą sytuację mieszkaniową. A konkretniej problem z nadopiekuńczą matką, u której był zmuszony się zatrzymać po rozpadzie jego małżeństwa, do czasu aż znajdzie sobie nowe mieszkanie. Katrine Engberg włada całkiem plastycznym pisarskim stylem. Nie mogę powiedzieć, że opisy miejsc, wydarzeń i postaci w „Szklanych skrzydłach motyla” cechuje rażąca powierzchowność. Pisanie po łebkach zdecydowanie nie jest jej domeną. Rozwlekłość, rozkładanie wszystkiego na czynniki pierwsze, rozdrabnianie się, zresztą też nie, więc i osoby nieprzepadające za wyjątkowo szczegółowymi, długimi opisami nie mają czego się obawiać. Jeśli chodzi o styl Engberg, bo od strony stricte fabularnej „Szklane skrzydła motyla” mogą przedstawiać się trochę gorzej. Na początku, bo śledztwo prowadzone przez Jeppego Kørnera nabierze tempa wraz z wprowadzeniem „na scenę” Domu Motyl. Niefunkcjonującego już ośrodka dla młodzieży z chorobami psychicznymi, z którym przypuszczalnie wiążą się jakieś ciemne sprawki. Pewne jest to, że Motyl upadł po samobójstwie jednej z nieletnich pacjentek tej placówki medycznej, za co jej rodzice obwinili personel. Ojciec dziewczyny nadal uważa, że w tych murach doszło do tragicznego w skutkach zaniedbania. Co więcej, zespół Jeppego Kørnera natrafia też na inne wielce podejrzane rzeczy związane z tym skompromitowanym miejscem. To w połączeniu z faktem, że ofiarami niby tajemniczego zabójcy (domyśliłam się, kto zacz na długo przed odkryciem jego tożsamości przez autorkę) grasującego w samym środku jesieni w Kopenhadze, padają pracownicy owego obiektu, każe śledczym sądzić, że sprawcą kieruje chęć zemsty.

W społeczeństwie nie było miejsca na jej chorobę, a już na pewno nie teraz, kiedy dorosła. Czuła podejrzliwość, często wręcz agresję ze strony tych, którzy szczycili się, że otaczają chorych opieką. To było kłamstwo skierowane do ludzi zdrowych, by nie psuć ich dobrego samopoczucia. Przecież okazywali troskę. Tyle że ta troska nie dotyczyła ludzi psychicznie chorych. Nie było współczucia dla tych, którzy w jakiś sposób odstawali, dla desperatów, którzy walili głową w ścianę. Oni byli niebezpieczni.”

Fabuła „Szklanych skrzydeł motyla” zawiązuje się nadzwyczaj skromnie, ale z czasem sytuacja się komplikuje. Najpierw otwiera się policyjne śledztwo w sprawie zabójstwa starszej kobiety związanej ze środowiskiem medycznym, w które angażuje się również przebywająca na urlopie macierzyńskim Anette Werner (nieoficjalnie, można powiedzieć na własną rękę bada niektóre wątki tej sprawy). Obok toczy się historia przyjaciółki Jeppego Kørnera, kobiety w podeszłym wieku adorowanej przez jej nowego sąsiada, sporo młodszego od niej mężczyznę pochodzącego z Francji. Poza tym Engberg przedstawia nam parę postaci związanych z medycyną, których historie, jak można się tego domyślić, później zostaną bardziej rozwinięte. Poznamy też aktualne dzieje niektórych byłych pacjentów Domu Motyl – jeden z nich teraz przebywa w innym ośrodku psychiatrycznym, a ktoś inny urządził się na ulicy. Z tych na pozór bezwładnie porozrzucanych elementów, śledczy pod kierownictwem Jeppego Kørnera będą musieli złożyć całościowy, spójny obraz, który najprawdopodobniej naprowadzi ich na sprawcę bestialskich mordów dokonywanych na dawnych pracownikach nieszczęsnego domu opieki. Jak widać w „Szklanych skrzydłach motyla” Engberg kieruje wzrok w stronę duńskiego systemu opieki zdrowotnej. Uwidacznia się w tej opowieści niechętny stosunek Engberg do prywatnego sektora tego systemu – nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że autorka prywatnie nie jest zwolenniczką prywatyzowania służby zdrowia, że czuje się bezpieczniej(?) powierzając tę chyba najważniejszą gałąź cywilizowanego świata politykom. Oj przepraszam, państwu duńskiemu. Jednocześnie jednak daje do zrozumienia, że i na tym polu władza ma sporo do zrobienia, że nie wszystko w tej machinie funkcjonuje tak, jak powinno. Niedofinansowanie, braki kadrowe, a więc permanentne przepracowanie wielu medyków, którzy mimo najszczerszych chęci nie są w stanie zapewnić swoim pacjentom należytej opieki. To bohaterowie dnia codziennego, którzy mają prawo myśleć, że są sami na placu boju o nasze zdrowie i życie. Bohaterowie, wśród których, jak w każdym środowisku, są także czarne owce. Lekarze, którym bardziej niż na dobru pacjentów zależy na robieniu kariery (ogromnych zarobkach i popularyzowaniu swojego nazwiska w kraju i na świecie, co w „Szklanych skrzydłach motyla” bardziej tyczy się prywatnego sektora duńskiej służby zdrowia), pielęgniarki wyładowujące swoją najpewniej słuszną złość i swoistą niemoc na pacjentach i ogólnie medycy, którzy bardziej szkodzą niż pomagają cierpiącym ludziom. Według mnie największą siłą tej książki jest właśnie owo wnikliwe, choć chyba troszkę stronnicze (prywatne złe, państwowe nieidealne, ale i tak lepsze od prywatnego) i doprawdy bardzo empatyczne spojrzenie na trudną sytuację tak pacjentów, jak środowiska medycznego we współczesnej Danii. I nie tylko, bo zaryzykuję twierdzenie, że problemy, które Engberg porusza na kartach „Szklanych skrzydeł motyla” dotyczą wielu krajów świata. W tym Polski. Wracając do owej hipotetycznej stronniczości. Otóż, muszę zaznaczyć, pewności co do tego mieć nie mogę. Z tego prostego powodu, że nie żyję w Danii. Mogę to oceniać jedynie z perspektywy Polski, gdzie państwowa służba zdrowia... Ehh, szkoda gadać. W każdym razie w „Szklanych skrzydłach motyla” skupiamy się głównie na kondycji gałęzi psychiatrycznej. Nie najlepszej kondycji, w czym jakąś rolę może odgrywać wciąż niemała ignorancja społeczna. Niedostateczna wiedza na temat chorób psychicznych, co naturalną koleją rzeczy rodzi strach również przed osobami, które żadnego zagrożenia nie stwarzają. Ludźmi, którzy chcą być część społeczeństwa, żyć w miarę normalnie, a nie w zamknięciu, nafaszerowani silnymi lekami skutecznie tłumiącymi praktycznie wszelkie emocje. W takiej atmosferze toczy się wprawdzie przewidywalne, ale i tak przez większą część lektury dość mocno trzymające w napięciu jesienne śledztwo Jeppego Kørnera i jego kolegów/koleżanek. I żeby była jasność: warstwa obyczajowa/dramatyczna, tj. scenki z prywatnego życia wybranych przez autorkę postaci z czasem też nabierają smaczku. I one z czasem mnie pochłonęły.

Tak, moim zdaniem w „Szklanych skrzydłach motyla” duńska powieściopisarka, Katrine Engberg wspięła się wyżej niż w swoim literackim debiucie, „Stróżu krokodyla”, pierwszej części jej kryminalnej serii między innymi z Jeppem Kørnerem i Anette Werner, policjantami z kopenhaskiego Wydziału Zabójstw. Druga, czy tam trzecia odsłona ich mrocznych przygód nie dość, że porusza niezwykle ważne problemy dotykające nie tylko rodzimej Engberg Danii, to na dodatek oferuje dość złożone śledztwo w sprawie wielokrotnego mordercy, utrzymane w unikatowym, magicznym klimacie chłodnej, ponurej, ale i zachwycająco pięknej Skandynawii. Niepobieżne opisy, sympatyczni bohaterowie i emocjonująca intryga w jakiś sposób powiązane ze światkiem medycznym. Nic tylko polecać fanom gatunku (przypominam: znajomość „Stróża krokodyla” Katrine Engberg nie jest potrzebna do odnalezienia się w „Szklanych skrzydłach motyla”).

Recenzja w ramach akcji

http://www.ksiegarniadunska.pl/

wtorek, 12 stycznia 2021

„Moje serce bije tylko, gdy mu każesz” (2020)

 

Rodzeństwo, Dwight i Jessie, opiekuje się swoim młodszym bratem Thomasem, który cierpi na nietypową chorobę. Aby przeżyć musi unikać światła dziennego i regularnie poić się krwią. Dwight, pod naciskiem siostry, poluje na ludzi, za którymi, jak zakłada, nikt nie zatęskni i wraz z Jessie upuszcza krew z ich ciał, które następnie zakopuje w ogrodzie. Ale pomimo ich starań stan chłopaka się nie poprawia. Thomas jest tak osłabiony, że z trudem przychodzi mu nawet samodzielne poruszanie się po domu. Dwighta tymczasem dręczą wyrzuty sumienia. Nie chce dłużej zabijać, ale nie potrafi sprzeciwić się siostrze, która, w przeciwieństwie do niego, jest gotowa do końca życia dostarczać świeżego pożywienia swojemu ukochanemu braciszkowi.

Amerykański horror wampiryczny w reżyserii i na podstawie scenariusza kolumbijsko-amerykańskiego twórcy Jonathana Cuartasa, „Moje serce bije tylko, gdy mu każesz” (oryg. „My Heart Can't Beat Unless You Tell It To”) to jego pierwszy pełnometrażowy obraz, rozwijający historię, którą zaprezentował w swoim 22-minutowym filmiku z 2017 roku pod tytułem „Kuru”. Porównywany do „Martina” George'a A. Romero długometrażowy debiut Cuartasa premierę miał mieć w kwietniu 2020 roku na Tribeca Film Festival, ale wydarzenie zostało odwołane z powodu pandemii COVID-19. Niemniej w tym samym miesiącu film udostępniono w internecie. Od lipca 2020 roku „Moje serce bije tylko, gdy mu każesz” gościł na różnych festiwalach, w tym na Katalońskim Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Sitges, gdzie Jonathan Cuartas otrzymał nagrodę Citizen Kane za reżyserię. W Polsce film udostępniono w grudniu 2020 roku w ramach Splat!FilmFest.

Nowa fala horroru. Powolna opowieść wampiryczna podchodząca do tematu od strony psychologicznej i w zasadzie odżegnująca się od nazewnictwa. W scenariuszu Jonathana Cuartasa w odniesieniu do Thomasa (w którego w przekonującym stylu wcielił się Owen Campbell) ani razu nie pada nazwa „wampir” . Mówi się po prostu o chorobie. Poważnej chorobie, na którą najprawdopodobniej nie ma lekarstwa, ale istnieje sposób na łagodzenie jej objawów i zapewne hamowanie jej rozwoju. Wystarczy poić się krwią... Już samo to rodzi przekonanie, że Thomas jest ni mniej, ni więcej jak wampirem, ale dowodów świadczących za tą przypadłością jest więcej. Thomas jest skazany na życie nocne, ponieważ ma coś w rodzaju uczulenia na światło dzienne. Wychodząc za dnia chłopak w najlepszym wypadku ryzykuje poparzenia, a w najgorszym śmierć. Ponadto jest w „Moje serce bije tylko, gdy mu każesz” moment, w którym twórcy jasno dają nam do zrozumienia, że Thomas, niczym klasyczny wampir, pozostawiony sam sobie, spija krew z szyi człowieka. Normalnie zachowuje się „bardziej cywilizowanie”. Jego starsze rodzeństwo, z którym mieszka, Dwight i Jessie (dobre kreacje Patricka Fugita i Ingrid Sophie Schram), zaopatrzyli się w niewielką beczkę z kranem, którą starają się na bieżąco uzupełniać krwią spuszczaną z upolowanych ludzi. Następnie ciecz, w małych porcjach, trafia do miseczki bądź kubka Thomasa. Tak naprawdę całe życie Dwighta i Jessie jest podporządkowane młodszemu bratu. Zaspokajaniu jego niecodziennych potrzeb. Nic nie wskazuje na to, by kierował nimi strach przed Thomasem. Nie wygląda na to, by chłopak w jakikolwiek sposób ich do tego zmuszał. Robią to, ponieważ go kochają. Zabijają, bo nie chcą go stracić. Nie mają wszak żadnych wątpliwości, że odcięcie Thomasa od krwi doprowadzi do jego śmierci. A skoro pozyskują ją od ludzi, trzeba założyć, że ten wampir nie może żywić się krwią zwierzęcą. Co do Jessie można polemizować, ale Dwight na pewno nie zabijałby ludzi, gdyby wystarczyło robić odpowiednie zakupy w pierwszej lepszej rzeźni. Jak już nadmieniłam „Moje serce bije, tylko gdy mu każesz” kładzie szczególny nacisk na aspekty psychologiczne. Scenariusz najmocniej koncentruje się na Dwighcie – film przede wszystkim pokazuje, jak on odnajduje się w tej nadzwyczaj trudnej sytuacji, jak on zapatruje się na ten niesatysfakcjonujący i bardzo ryzykowny żywot u boku krwiożerczej istoty, z którą na swoje nieszczęście jest spokrewniony. I którą szczerze kocha, tyle że ma coraz większe wątpliwości, czy dokonał właściwego wyboru. Jego siostra też nie jest zadowolona z takiego życia, a przynajmniej nie wygląda na taką. Ale można dyskutować nad tym, czy bardziej martwi ją konieczność odbierania życia innym ludziom, czy kiepski stan zdrowia jej ukochanego braciszka. Cierpi, bo cierpi osoba, na której najprawdopodobniej najbardziej jej zależy, czy w większym stopniu dręczą ją wyrzuty sumienia za skradzione życia? Jonathan Cuartas tę kwestię pozostawia ocenie widza. Inaczej natomiast podchodzi do postaci Dwighta. W tym przypadku raczej nie powinniśmy mieć wątpliwości – mamy rozliczne dowody na to, że brat schorowanego Thomasa nie może już znieść „strasznych obowiązków”, jakie pociąga za sobą życie z wampirem. Z jednej strony chce zatrzymać przy sobie brata, chce by Thomas żył, ale też nie jest tak do końca pewny, czy gra jest warta świeczki. Nie tylko dlatego, że aby Thomas mógł trwać na tym padole, wielu innych musi zginąć, ale też z tego powodu, że jego braciszek niewątpliwie męczy się na tym świecie. Może nawet bardziej od Dwighta...

(źródło: https://www.facebook.com/heartcantbeat/)
Moje serce bije tylko, gdy mu każesz” Jonathana Cuartasa wyświetla się w dawnej rozdzielczości telewizyjnej (1.33:1). W kwadracie, co tylko podsyca klaustrofobiczną atmosferę tej niebanalnej historii. Niby prostej opowieści, której jednak nie mogę odmówić pewnej głębi. Nie jest to jeden z tych horrorów, który na grzbiecie płaskiej, konwencjonalnej historyjki przewozi „elementy straszące”. Szybkie uderzenia, które działają bardziej przez zaskoczenie, czy też jakieś wyróżniające się potworności wygenerowane komputerowo bądź fizycznie obecne na planie. Odnotujemy co prawda w pierwszym pełnometrażowym filmie Jonathana Cuartasa trochę praktycznych efektów specjalnych – głównie dodatków gore – ale nie sądzę, żeby te starania przyprawiły o zawrót głowy przynajmniej wieloletnich miłośników gatunku. Jakieś wrażenie wywrzeć oczywiście mogą, ale wątpię, żeby ogarnął ich autentyczny wstręt na widok zbrodniczej działalności (anty)bohaterów. Szczerze mówiąc nie wiem, jak określić to trzyosobowe rodzeństwo, o którym opowiada „Moje serce bije tylko, gdy mu każesz”. Pozytywne czy negatywne postaci? Jonathan Cuartas, trzeba mu to oddać, balansował gdzieś na pograniczu tych etykietek. Ani Dwight, ani Thomas, ani nawet najbardziej zdeterminowana, by ciągnąć morderczy proceder, Jessie, nie są osobami, które idealnie wpasowywałyby się, do którejś z tych podstawowych szufladek. Nie miałam, rzecz jasna, wątpliwości, że ścieżka życiowa, którą zapewne dawno temu wybrali, nie jest właściwa. Delikatnie mówiąc. Niemożliwa do zaakceptowania, ale z drugiej strony... Choć to pewnie zabrzmi strasznie, w pewnym stopniu można ich zrozumieć. Nie pochwalić, ale jeśli postawić się na ich miejscu (do czego zresztą filmowcy zdają się zachęcać), to doprawdy ciężko patrzeć na nich jedynie złym okiem. Thomas żywi się ludzką krwią spuszczaną z niedawno zabitych ludzi żyjących niejako na marginesie społecznym. Ludzi, których zniknięcia prawdopodobnie nikt nie zauważy. A nawet jeśli, to nie przejmie się na tyle, żeby zgłosić sprawę policji. Ale można powiedzieć, że zdecydowanie bliżej Thomasowi do Louisa de Pointe du Laca niż Lestata de Lioncourta. To postać tragiczna – skazana na potworny żywot, wyniszczającą psychicznie egzystencję, o której bynajmniej się nie prosiła. Cuartas nie zagłębiał się wprawdzie w tę kwestię, ale gdzieś między słowami można wyczytać, że Thomas taki się po prostu urodził. Wampiryzm jako choroba wrodzona – tak to czytałam, ale nie wykluczam, że pojawią się i inne teorie na temat genezy tego krwiopijcy. Słabego duchem i ciałem. Marzącego o nawiązaniu jakichś przyjaźni, stworzeniu więzi z kimś spoza swojej najbliższej rodziny. Towarzystwo Dwighta i Jessie już mu nie wystarczy. Chce spędzać czas ze swoimi rówieśnikami poza domem, w którym, na dobrą sprawę, czuje się więźniem. Chociaż od czasu do czasu brat i siostra (zwłaszcza brat) pozwalają mu zaczerpnąć świeżego powietrza. Naturalnie wyłącznie nocą, kiedy jego rówieśnicy już dawno śpią, bo jak wiadomo światło dzienne/słoneczne nie jest przyjazne wampirom (często, ale nie zawsze, bo różne modele tych stworzeń w popkulturze się wykształciły). Intymna praca kamer. Mrok, posępność, ale i naturalne piękno bijące z ekranu. Klimat klaustrofobiczny, ale i dość depresyjny. Historia wymyślona i przelana na papier, a potem jeszcze wyreżyserowana przez Jonathana Cauartasa jest utrzymana w smutnej tonacji. A im dłużej przebywamy z tymi ciężko doświadczonymi przez los siewcami śmierci, tym większe przygnębienie nas ogarnia. A przynajmniej zdaje się, że do tego między innymi, a może nawet przede wszystkim, dążyli realizatorzy „Moje serce bije tylko, gdy mu każesz”. Że bardziej zależało im na przygnieceniu widza dotkliwym smutkiem, niźli na wzbudzaniu w nim czy to strachu, czy niesmaku. Aczkolwiek można odczuć lekki niepokój, dyskomfort emocjonalny wywoływany właściwie nieodstępującym poczuciem zagrożenia ze strony Jessie i Dwighta, ale również ich niedomagającego braciszka z tak przecież niewinną twarzyczką... Są jednak chwile, w których z Thomasa wychodzi bestia. Momenty, w których ten chłopiec nie wydaje się już tak słaby, ani tak dobrotliwy jak wcześniej. Wtedy można się zlęknąć, ale obawiam się, że „te nitki” będą króciutkie i bardzo wątłe. Jeśli w ogóle się pojawią, bo mam wątpliwości, czy każdy znajdzie w tej propozycję choćby odrobinę tej grozy, jakiej w sumie ma pełne prawo oczekiwać od horroru. Tyle że „Moje serce bije tylko, gdy mu każesz” oficjalnie sklasyfikowano również jako dramat, więc... Ja w każdym razie dałam się wciągnąć w tę opowieść. Nieskomplikowaną, ale i niepodchodzącą do nurtu wampirycznego od którejś z najpospolitszych, najbardziej spopularyzowanych stron (co nie znaczy, że podobnymi ścieżkami dotychczas w kinie nie chadzano). Bardzo klimatyczną opowieść, która jednak mogła od czasu do czasu cosik dosadniejszego podrzucić. I może trochę bardziej „pobawić się” samym tekstem i/lub postaciami zaludniającymi tę, bądź co bądź, w miarę interesującą psychologiczną opowieść o młodym wampirze, którego największym marzeniem jest pozbycie się tego przekleństwa... Swoją drogą zdałoby się też dopracować sekwencje polowań na ludzi, bo trochę za łatwo oprawcom to przychodziło. Jakby niektóre ofiary same im się podkładały.

Zwolennicy mieszania horroru z dramatem, ewentualnie sympatycy horrorów psychologicznych przypuszczalnie w jakimś tam stopniu zadowolą się propozycją Jonathana Cuartasa. Jego pierwszym pełnometrażowym filmem, „Moje serce bije tylko, gdy mu każesz”, stanowiącym swoiste rozwinięcie jego krótkiego filmiku zatytułowanego „Kuru”, który wyszedł trzy lata przed jego długometrażowym reżyserskim debiutem. Całkiem nastrojowym debiutem z raczej drobnymi elementami gore i niejednoznacznymi pierwszoplanowymi postaciami. Dość emocjonalna to opowieść w pewnym sensie egzystencjalna, o młodocianym wampirze i jego opiekunach, którą jednak, moim zdaniem, przydałoby się trochę wzmocnić. Więcej horroru w horrorze i byłoby cudnie. A tak... według mnie wyszło „tylko” dobrze.

niedziela, 10 stycznia 2021

Søren Sveistrup „Kasztanowy ludzik”

 

W Kopenhadze zostają znalezione zmaltretowane zwłoki młodej kobiety, którą jeszcze przed śmiercią pozbawiono jednej dłoni. Odjęta kończyna nie zostaje odnaleziona, ale w pobliżu ciała sprawca pozostawił ludzika zrobionego z kasztanów i zapałek. Sprawą zajmuje się policjantka z Wydziału do Walki z Przestępczością Kryminalną nazywanym też Wydziałem Zabójstw, samotnie wychowująca córkę Naia Thulin, która stara się o przeniesienie do innego wydziału. Partneruje jej Mark Hess, karnie odesłany z Europolu w Hadze z powrotem do kopenhaskiego Wydziału Zabójstw. Analiza dowodów znalezionych na miejscu zbrodni przynosi zdumiewającą rewelację – okazuje się, że sprawca, któremu media później nadadzą przydomek Kasztanowy Ludzik, postarał się o zwrócenie uwagi funkcjonariuszy na sprawę zaginięcia dwunastoletniej Kristine Hartung, córki minister spraw społecznych, Rosy Hartung. Dziewczynka zniknęła blisko rok temu i choć jej ciała nigdy nie odnaleziono, po wytężonym śledztwie schwytano i osądzono jej zabójcę. Wkrótce tajemniczy morderca uderza ponownie, ale swoją drugą ofiarę, którą przynajmniej na pierwszy rzut oka nic nie łączy z poprzednią, pozbawia już obu dłoni. Co więcej, śledczy mają powody przypuszczać, że Kasztanowy Ludzik jeszcze nie zakończył swojej krwawej działalności.

Kasztanowy ludzik” (oryg. „Kastanjemanden”, ang. „The Chestnut Man”) to pierwotnie wydana w 2018 roku debiutancka powieść Duńczyka Sørena Sveistrupa, głównego scenarzysty między innymi hitowego serialu „Dochodzenie” („The Killing”) 2011-2014, pełnometrażowego dramatu „Nadejdzie dzień” (2016) oraz współscenarzysty „Pierwszego śniegu” (2017), filmu opartego na powieści Jo Nesbø. Miłość do powieści kryminalnych rozpaliła się w Sveistrupie już w dzieciństwie, za sprawą twórczości Agathy Christie. A pomysł na „Kasztanowego ludzika” zrodził się w jego głowie lata później, pewnego jesiennego dnia, na terenie przedszkola, do którego wówczas uczęszczał jego młodszy syn. Kiedy Sveistrup po niego przyjechał jego uwagę zwróciła piosenka śpiewana przez dzieci podczas poszukiwań kasztanów, które zgodnie z panującym w Danii jesiennym zwyczajem, miały im posłużyć do budowy małych ludzików. Ta niewinna piosenka z jakiegoś powodu zaniepokoiła Sveistrupa, ale cała ta scenka dała mu impuls do rozpoczęcia prac nad swoją pierwszą powieścią. Wpływ na fabułę „Kasztanowego ludzika” miała również autentyczna sprawa, o której donosiły media, kiedy Sveistrup był już w trakcie pisania tego dzieła. Bardzo dobrze przyjętego kryminału z nurtu nordic noir, zestawianego z twórczością Stiega Larssona i Jo Nesbø. Søren Sveistrup zdradził, że przygotowuje dalszy ciąg mrocznych przygód bohaterów „powołanych do życia” w „Kasztanowym ludziku”.

Wreszcie doczekałam się godnego następcy Stiega Larssona. A raczej powieściopisarza, który ma największą szansę przejąć koronę po twórcy trylogii „Millennium”. To znaczy stać się moim nowym królem współczesnej literatury skandynawskiej. Od czasu „Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet” nie spotkałam się z tak emocjonującą powieścią o seryjnym mordercy ze Skandynawii. Z tak misternie splecioną intrygą. Tak starannie, w tak wyczerpujący sposób rozpisaną opowieścią z tych chłodnych rejonów Europy. Mniej więcej pięćset pięćdziesiąt dużych stronic praktycznie nieprzerwanego napięcia. Mroczne przeżycia u boku wspaniale skonstruowanych postaci. Policjantów z kopenhaskiego Wydziału Zabójstw, którzy już na początku lektury rozpoczynają pogoń za zabójcą, który z jakiegoś sobie tylko znanego powodu, na swój podpis wybrał kasztanowego ludzika. Ale towarzyszymy też rodzinie Hartungów, którą niecały rok wcześniej dotknęła tragedia. Najmłodsza członkini tej familii, dwunastoletnia Kristine Hartung, zaginęła. Jej ciała nigdy nie odnaleziono, ale za zabójstwo dziewczynki skazano pewnego mężczyznę, który zresztą przyznał się do winy. Sprawa ta nabrała dużego rozgłosu głównie dlatego, że matką, jak wszystko na to wskazuje zamordowanej dziewczynki, była minister spraw społecznych, Rosa Hartung. Co zrozumiałe kobieta po tym wydarzeniu ustąpiła ze stanowiska, ale teraz wraca do pracy. A ten wielki powrót na rządowe krzesełko zbiega się prawdopodobnie z pierwszym uderzeniem Kasztanowego Ludzika. Niezidentyfikowanego osobnika, który na swoje ofiary wybiera dzietne kobiety, pomiędzy którymi śledczy, przynajmniej na początku, nie znajdują żadnego innego związku. Nic nie wskazuje na to, by się znały, a i wygląda na to, że i ich sytuacje rodzinne były różne. Pierwsza ofiara przez jakiś czas samotnie wychowywała najprawdopodobniej autystycznego syna, a potem w jej życiu pojawił się nowy mężczyzna, który, jak wynika z zeznań świadków, dokładał wszelkich starań, by zapewnić szczęśliwe życie i jej, i jej dziecku, które podobno traktował jak własne. Naia Thulin i Mark Hess, policjanci zajmujący się tą sprawą, mają jednak wątpliwości co do tego człowieka. Mężczyzna jest głównym podejrzanym, ale to się zmienia po kolejnym uderzeniu mordercy. Mordercy, który stara się skierować ich uwagę na relatywnie dawno rozwiązaną sprawę zaginięcia/zabójstwa małej Kristine Hartung. I tylko Mark Hess, przywiązuje dużą wagę do tej wskazówki zostawianej na każdym miejscu zbrodni przez samego sprawcę. Człowiek, który naraził się swoim przełożonym w Europolu w Hadze, którzy podjęli decyzję o odesłaniu go do jego poprzedniej pracy (do Wydziału do Walki z Przestępczością Kryminalną w Kopenhadze), gdzie ma pozostać przynajmniej do czasu dostania zgody na powrót. A wcale nie jest pewne, że kiedykolwiek wróci do Europolu. Z jego tymczasową zawodową partnerką, Naią Thulin, łączy go to, że ona również nie widzi dla siebie przyszłości w Wydziale Zabójstw. Właściwie to jedną nogą jest już w innym zespole policyjnym, bardziej prestiżowej komórce kopenhaskiej policji, w szeregi której tak naprawdę już od dłuższego czasu pragnie wstąpić. Poza tym zarówno Mark, jak i Naia nie są ludźmi towarzyskimi. Nie są zainteresowani nawiązywaniem nowych bliższych relacji, tak w sferze zawodowej, jak prywatnej. On jest samotnikiem, ona samotną matką, pozostającą w dość luźnym związku z pewnym prawnikiem. W pracy oboje trzymają się niejako na uboczu. Można powiedzieć, że są kimś w rodzaju outsiderów w Wydziale Zabójstw, choć Thulin w przeciwieństwie do Hessa, zdążyła zapracować sobie przynajmniej na dobrą opinię u przełożonego. Ale sprawa seryjnego mordercy nazwanego przez media Kasztanowym Ludzikiem może to zmienić.

Akcję „Kasztanowego ludzika” Søren Sveistrup osadził w scenerii jesiennej i zimowej. Na wstępie przenosi nas do przeszłości, w celowo enigmatyczny sposób kreśląc portret rzezi, której dokonano na jakimś zacisznym gospodarstwie. Potem przeskakujemy do czasów współczesnych. Do Kopenhagi, gdzie autor bez zbędnej zwłoki odmalowuje scenę wyjątkowo bestialskiej zbrodni dokonanej na młodej kobiecie. Sveistrup podaje dość szczegółowe, a na pewno mocno działające na wyobraźnię opisy makabrycznej działalności tajemniczego oprawcy, ale dużo większe wrażenie wywarł na mnie chłodny, zimny wręcz klimat tej, naprawdę mocno trzymającej w napięciu, opowieści. Nie będzie przesadne stwierdzenie, że autor „Kasztanowego ludzika” sprawił, że czułam się jakbym faktycznie tam była. Bez widocznego wysiłku przeniósł mnie do swojej rodzimej Danii. Co ważne nie ograniczał się jedynie do wielkomiejskich realiów. Od czasu do czasu zabierał mnie również w zaciszne, można powiedzieć odludne, odizolowane tereny, rozpościerając przed moimi oczami ponurą, ale i na swój sposób piękną, mniej przyjazną człowiekowi, naturalną, głównie leśną, scenerię magicznej Danii. Søren Sveistrup, poza wszystkim innym, chciał, by „Kasztanowy ludzik” dotykał ważnych kwestii społeczno-ustrojowych. Autor tej diabelnie wciągającej książki nie ma wątpliwość, że wyobrażenie jakie wielu ludzi ma o jego kraju niezbyt pokrywa się ze stanem faktycznym. Innymi słowy Sveistrup przekonuje, że Dania nie jest żadną utopią, że nie jest to tak idylliczne państwo, jak wielu się wydaje. W jednym z wywiadów Sveistrup powiedział, że możliwe, iż Skandynawowie przykładają większą wagę od innych do dbania o pozory; że właśnie stąd może brać się przekonanie innych, że w Danii wszystko funkcjonuje tak jak trzeba. Nie jest to tak bogaty kraj, jak niektórym się wydaje i bynajmniej nie jest tak, że w systemie nie ma żadnych większych pęknięć. Państwo nadzwyczaj opiekuńcze? Nie ma równych i równiejszych? Nie ma urzędników nieprzykładających się należycie do swojej pracy? Nie ma policjantów, którym bardziej od schwytania przestępcy zależy na medialnym wizerunku? Nie ma skrajnej biedy? I wreszcie nie ma dzieci, które często latami muszą znosić niewyobrażalne katusze, bo nikt - ani sąsiedzi, ani urzędy opieki społecznej, ani nauczyciele, ani nawet lekarze - niczego niepokojącego nie dostrzega? „Kasztanowy ludzik” imponuje przede wszystkim tą szczerością. Sveistrup nie jest jednym z tych pisarzy, który za cel postawił sobie gloryfikację, wynoszenie pod niebiosa, swojego kraju. Co nie znaczy, że nie jest patriotą. Bynajmniej. Coś zgoła przeciwnego się czuję czytając tę złożoną opowieść, naszpikowaną iście zaskakującymi, nierzadko też wstrząsającymi, wyciskającymi łzy z oczu, depresyjnymi rewelacjami. Tchnie z tego czysta miłość Sveistrupa do tego niewielkiego państwa, ale nie tego rodzaju, która sprawia, że widzi się wyłącznie to, co dobre. W tym przypadku najłatwiej byłoby przypuścić atak na polityków. Bo kto ponosi większą odpowiedzialność za wszelkie ułomności systemu, od ludzi, którzy w swoich ciepłych i wystawnie urządzonych gabinetach ten system tworzą, poprawiają, psują...? Wskazywałaby na to jedna z ważniejszych postaci „Kasztanowego ludzika”, mister spraw społecznych Rosa Hartung, którą autor postawił w centralnym punkcje jednego z wątków (mniej rozbudowanego od policyjnego śledztwa w sprawie tzw. Kasztanowego Ludzika, ale i tak ze sporą dokładnością rozprowadzonego równolegle z wątkiem reprezentowanym przez Naię Thulin i Marka Hessa). Można domniemywać, że polityka odegra w tej fikcyjnej sprawie zasadniczą rolę, że zło pierwotne dokonało się na najwyższych szczeblach władzy. Bez względu na genezę owego „zła”, niewątpliwie potworne żniwo nieustannie jest zbierane. I nie dotyczy to tylko odrażającej działalność nieuchwytnego, bardzo przebiegłego i podejmującego coraz to większe ryzyko seryjnego zabójcy terroryzującego Kopenhagę. Tożsamość którego mnie nielicho zaskoczyła. I nie tylko to. Zdumiewających, ale i przerażających zwrotów akcji jest w tej powieści dużo więcej. Moim zdaniem powieści doskonałej!

Zapamiętajcie to nazwisko: Søren Sveistrup. Bo mam podejrzenia graniczące z pewnością, że dołączy do panteonu mistrzów współczesnej prozy kryminalnej. Jego nazwisko zapewne będzie stawiane w jednym rzędzie z Jo Nesbø i Stiegiem Larssonem. Wspomnicie moje sława. W sumie to już się zaczęło, ale choć sama stawiam „Kasztanowego ludzika” w ściślej czołówce powieści spod znaku nordic noir, to myślę, że na takie kategoryczne wnioski jeszcze za wcześnie. Poczekam na drugą powieść Sørena Sveistrupa, tak na wszelki wypadek. Niemniej już teraz mogę z całym przekonaniem powiedzieć, że „Kasztanowy ludzik” zachwycił mnie równie mocno, co „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”, w moim osobistym rankingu numer jeden skandynawskich powieści. Teraz to arcydzieło nieodżałowanego Stiega Larssona ma już towarzystwo. Bo jest ex aequo.

Recenzja w ramach akcji

http://www.ksiegarniadunska.pl/

piątek, 8 stycznia 2021

Pełne mroku i tajemnic GNIAZDO ZŁA od dziś w Premium VOD

 
Pełen tajemnic i mroku gotycki horror o samotności i toksycznej matczynej miłości

GNIAZDO ZŁA od dziś w Premium VOD

 

Jeden z najciekawszych włoskich horrorów ostatnich lat”
Mateusz Demski, Interia

Roberto De Feo stworzył film niepokojący i mroczny, pogrywając zarówno z ikonografią gatunku, jak i oczekiwaniami widza.”

Marcelina Kulig, Filmawka

Twórca Gniazda zła ma nie tylko rękę do inscenizacji, której sprawność realizacyjną bezapelacyjnie należy podkreślić, lecz także poszukuje rozwiązań, które będą w stanie widzów trzymać z werwą w napięciu, zaskoczyć czy wręcz zaszokować.”

Diana Dąbrowska, Filmweb

Reżyser umiejętnie podkreśla przerażającą atmosferę, tworząc przy tym mistyczny i tajemniczy klimat.”

Weronika Jelec, CDN

Oficjalny zwiastun filmu: 

Duszny gotycki horror w reżyserii Roberto De Feo – debiutanta, którego włoski portal Cinematographe stawia w jednym rzędzie z takimi wizjonerami gatunku, jak Ari Aster („Midsommar. W biały dzień”) i Jordan Peele („To my”). Intrygująca opowieść o samotności, matczynej miłości i dorastaniu. Starannie budowane napięcie, atmosfera pełna niepokoju i tajemnica, niczym mgła spowijająca całą historię, to filary jednego z najciekawszych włoskich horrorów ostatnich lat. Obraz wyraźnie inspirowany „Innymi” Alejandro Amenábara, „Osadą” M. Night Shyamalana i dziedzictwem mistrzów włoskiego kina grozy: Dario Argento i Mario Bavy. Światowa premiera filmu odbyła się na Festiwalu Filmowym w Locarno. „Gniazdo zła” od dziś jest dostępne online w ramach usługi Premium VoD.

Samuel (Justin Korovkin) jest sparaliżowanym chłopcem, mieszkającym z matką Eleną (Francesca Cavallin) w odciętej od świata willi. Dorasta pod czujnym okiem troskliwej, lecz surowej rodzicielki, która zabrania mu pod żadnym pozorem opuszczać mury domu. Życie w willi jednak zmienia się, gdy dochodzi do szeregu dziwnych i niepokojących wydarzeń. Oparty na dyscyplinie porządek burzy pojawienie się młodej, zbuntowanej pokojówki, Denise (Ginevra Francesconi), która budzi w Samuelu siłę do sprzeciwu wobec wszechobecnego rygoru i potrzebę odkrycia prawdy o świecie zewnętrznym. W obliczu buntu Elena postanawia zatrzymać syna przy sobie za wszelką cenę. Jakie skrywa tajemnice? Dlaczego traktuje syna jak więźnia we własnym domu?

Gniazdo zła © dystr. Kino Świat 2021
Film będzie dostępny w ramach Premium VoD na platformach: Player, Canal+, NCplus Go, Premiery CANAL+, VoD.pl, Ipla, Cyfrowy Polsat, Orange, Play, UPC, Multimedia Polska, Vectra, Rakuten, Netia, Inea, Toya.

Premiera Premium VOD: 8 stycznia 2021

Gatunek: horror 
Produkcja: Włochy 2019
Reżyseria: Roberto De Feo
Scenariusz: Roberto De Feo, Lucio Besana, Margherita Ferri, David Bellini
Obsada: Francesca Cavallin, Ginevra Francesconi, Justin Korovkin, Maurizio Lombardi, Elisabetta De Vito, Valentina Bartolo, Cristina Golotta

Źródło: wszystkie materiały od Kino Świat Sp. z o.o.

„Teddy” (2020)

 

Teddy Pruvost to impertynencki, wścibski nastolatek wychowujący się bez rodziców w małym francuskim miasteczku. I spotykający z powszechnie lubianą Rebeccą, która niedługo skończy naukę w miejscowym liceum. Teddy w przeciwieństwie do niej nie jest duszą towarzystwa. Pracuje w tutejszym salonie masażu, opiekuje się chorą ciotką, a w wolnych chwilach odwiedza swoją ukochaną, wściubia nos w nie swoje sprawy i obraża innych. Kiedy w miasteczku pojawia się jakieś wyjątkowo agresywne zwierzę, Teddy staje się czujny. Dlatego, gdy w pobliżu swojego domu zauważa jakiś ruch postanawia to sprawdzić. Wtedy zostaje zaatakowany przez coś, czego nie udaje mu się dostrzec. Tajemnicze stworzenie rani go, a niedługo potem chłopak zauważa, że z jego ciałem dzieje się coś dziwnego.

Teddy”, film twórców komediodramatu „Willy 1er” (2016) i paru krótkometrażówek, braci Boukherma, Ludovica i Zorana, oficjalnie sklasyfikowany jako horror, ale według mnie to bardziej horror komediowy. Francuska produkcja, która swoją światową premierę miała we wrześniu 2020 na Deauville Film Festival, a w Polsce zadebiutowała w grudniu tego samego roku na Splat!FilmFest, gdzie jej główni twórcy otrzymali nominację do Nagrody Publiczności. Bracia Boukherma zdradzili, że po wypuszczeniu swojego pierwszego pełnometrażowego obrazu pojawiły się problemy z kolejną historią. Celowali w coś podobnego do „Willy'ego 1er”. Napisali kilka wersji scenariusza, ale żadna nie wydawała im się dość dobra. A potem, podczas rodzinnych wakacji, wpadli na pomysł, by nakręcić telefonem komórkowym krótki filmik o wilkołaku. Tak dla zabawy, ale przy okazji doszli do wniosku, że warto zaryzykować z czymś takim na polu zawodowym. Tym bardziej, że od dziecka przepadają za opowieściami grozy, a w szczególności kiczowatymi horrorami z lat 80-tych XX wieku. Zawdzięczają to przede wszystkim matce, która gdy byli mali zaczytywała się w utworach Stephena Kinga - bracia Boukherma wspominają, że czytała im opowiadania ze zbioru „Marzenia i koszmary” i że wspólnie oglądali na przykład „Opowieści z krypty”. Od dziecka są też fanami „Koszmaru z ulicy Wiązów” oraz twórczości Johna Carpentera.

Teddy”, francuski werewolf horror, wyreżyserowany przez Ludovica i Zorana Boukhermów w oparciu o ich własny scenariusz, nie został pomyślany jako kolejny hołd dla amerykańskiego kina grozy z dawnych lat. Autorzy tego projektu oczywiście pozostawali pod natchnieniem kiczowatych produkcji powstałych w latach 70-tych i 80-tych XX wieku w Stanach Zjednoczonych, ale bardzo zależało im na przywołaniu klimatu zapamiętanego z ich dzieciństwa na francuskiej prowincji. To od początku miał być horror o wilkołaku mocno osadzony we francuskiej kulturze. Pomysłodawcy i zarazem główni twórcy „Teddy'ego” byli przekonani, że takie podejście ma największą szansę powodzenia – uznali, że podążanie amerykańskimi ścieżkami, odwoływanie się do tamtejszej tradycji, zabrzmi fałszywie. Bracia Boukherma w końcu wzrastali w innej kulturze, a więc i nią nasiąknęli. Teraz mieszkają w Paryżu, ale pamiętają dzieciństwo na wsi, gdzie wszystko wydawało im się opóźnione. Z wytęsknieniem wypatrywali momentu, w którym będą mogli opuścić to miejsce. Marzyli o zamieszkaniu w bardziej rozwiniętych Stanach Zjednoczonych. A przynajmniej takie wyobrażenie mieli wówczas o tym kraju – wyobrażenie tworzone przez amerykańskie filmy. Kiedy byli dziećmi bracia Boukherma marzyli o życiu w metropolii, a teraz chętnie wracają tam, skąd przyszli. Przynajmniej w „Teddym” można wyczuć pewną tęsknotę za życiem na prowincji. Przebija z tego obrazu nostalgia, ale i trudno zarzucić Ludovicowi i Zoranowi Boukhermom bezkrytyczne spojrzenie na życie na francuskiej prowincji. Skoro opierali się na swoich wspomnieniach z dzieciństwa, to można założyć, że pamiętają zarówno złe, jak i dobre strony dorastania w niewielkiej społeczności. Społeczności skonsolidowanej, a przynajmniej w chwilach krytycznych potrafiącej działać wspólnie. Niektóre metody radzenia sobie z problemami w miasteczku, w którym mieszka tytułowa postać, bardziej pasują do średniowiecza niż czasów nam współczesnych, w których osadzono akcję „Teddy'ego”. Filmu o nastoletnim wilkołaku, który pod płaszczykiem prostej historyjki o potworze wychodzącym na żer podczas pełni, nieświadomie terroryzującym małą francuską społeczność, przemyca opowieść o dojrzewaniu. W tej archetypicznej postaci bracia Boukherma dopatrzyli się swoistej metafory procesu dojrzewania. Włosy wyrastające w miejscach, w których dotychczas ich nie było, gwałtowne zmiany nastroju, rozdrażnienie, niekontrolowane wybuchy agresji... Tytułowy (anty)bohater poniekąd przechodzi przez to, co przeżywa wielu innych ludzi w jego wieku. Hormony szaleją, ciało się zmienia... ale bardziej niż zazwyczaj. Bo wszystko wskazuje na to, że Teddy przechodzi zdecydowanie bardziej drastyczną przemianę od swoich rówieśników. A wszystko przez zwierzę, które zadało mu z pozoru niegroźną ranę.

Nastoletni wilkołak” Roda Daniela po francusku? Owszem, „Teddy” Ludovica i Zorana Boukhermów może nasuwać lekkie skojarzenia z tamtym kultowym obrazem, ale nie powiedziałabym, że „Nastoletni wilkołak” był dla Francuzów jakimś dużym drogowskazem. Jeśli w ogóle z niego czerpali, bo podobieństwa nie są aż tak jaskrawe, żebym miała w tej kwestii absolutną pewność. Tym co najbardziej urzekło mnie w „Teddym” była emanująca z ekranu swoboda, niewymuszenie, lekkość, z jaką twórcy podeszli do tego, bądź co bądź, niewesołego tematu. Ciężkiego żywota wspaniale niejednoznacznej postaci, jaką w moim mniemaniu jest tytułowy młody człowiek. Anthony Bajon nie tyle grał, ile stał się Teddym Pruvostem. Fenomenalny występ! I niełatwy, bo bracia Boukherma znacznie utrudnili sobie zadanie poprzez nadanie Teddy'emu cech, które zazwyczaj działają na innych odpychająco. W każdym razie takich, które na pewno nie miały przemawiać na korzyść tego nastolatka. Budzić naszego uznania, pracować na pozytywny odbiór tej postaci. Ale przecież ważne było - i u mnie jak najbardziej to się udało - by publiczność solidaryzowała się z Teddym, żeby odbiorca miał dla niego sporo współczucia. Przy jednoczesnej świadomości, że nastolatek ten stanowi ogromne zagrożenie dla innych. Filmowcom zależało na tym byśmy nie odbierali tego coraz bardziej zagubionego chłopaka jako krwiożerczego potwora, którego dla dobra ogółu należy czym prędzej zgładzić, tylko chłopca, któremu życzymy wyjścia z opresji. Znalezienia sposobu na pozbycie się klątwy najpewniej zesłanej przez niby zwyczajnej zwierzę, od niedawna grasujące w miasteczku, w którym mieszka Teddy. Od urodzenia, i bynajmniej nie tęskni do innych miejsc. Podczas gdy jego rówieśnicy nie mogą się już doczekać wyjazdu na studia, opuszczenia tego zaścianka i ułożenia sobie życia gdzieś, gdzie będą mieli nieporównanie większe możliwości rozwoju, Teddy całą swoją przyszłość wiąże z miasteczkiem, w którym się wychował. Wszystko ma zaplanowane, choć nie można oprzeć się wrażeniu, że nie mierzy sił na zamiary. Jest w tym jakaś dziecięca naiwność. W pełni zamierzona. Bo „Teddy” to poza wszystkim innym opowieść o chłopcu, który mentalnie jeszcze nie dojrzał, który pod wieloma względami wciąż zachowuje się jak mały chłopiec. Krnąbrny, pyskaty, przemądrzały, nietaktowny dzieciak, który jest święcie przekonany, że bez trudu zrobi oszałamiającą karierę w miasteczku, w którym inni młodzi ludzie nie widzą widoków na wygodną przyszłość. I wybuduje przytulny dom dla siebie, swojej ukochanej i ich dzieci. Najpierw jednak musi uporać się z aktualnymi problemami. Niebłahymi, bo Teddy ma powody przypuszczać, że pod osłoną nocy dopuszcza się rzeczy strasznych. Niczego nie pamięta, ale ma dość dowodów świadczących za tym, że zmienia się w bezrozumną bestię. Klasycznego wilkołaka. Polującego wyłącznie podczas pełni księżyca, który i za dnia dostrzega dziwne zmiany w swoim młodym ciele. A to włos wyrastający z oka, a to pokryty szczeciną język... Spodziewałam się body horroru, ale twórcy niestety nie poszli w tę stronę. Zmiany zachodzące w ciele czołowej postaci w ogóle są zaskakująco drobne. Niektóre całkiem pomysłowe, jak wspomniana akcja z okiem, a raz nawet musiałam walczyć z pragnieniem odwrócenia wzroku od ekranu - odrywanie paznokcia, wykorzystywane już w kinie, ale wciąż silnie na mnie działające. Niektórych o niesmak może też przyprawić atak na palec stopy. Jednakże poza paroma, w sumie mało efektywnymi - choć co trzeba dodać wykorzystano praktyczne efekty specjalne - zdjęciami, przewijającymi się tuż przed finalną konfrontacją (swoją drogą w trakcie napisów końcowych jest jeszcze jedna, niezbyt istotna scena) trudno mówić o jakiejś większej makabrze. To dość lekka, zabawna, ale i odrobinę depresyjna opowieść utrzymana w ciepłych, często nawet jaskrawych kolorach, ale i niestroniąca od mniej i bardziej zagęszczonego mroku. Bywa ponuro, bywa melancholijnie, bywa smutno, bywa groźnie, ale komicznych, naprawdę śmiesznych, celowo przejaskrawionych sytuacji też w „Teddym” nie brakuje, więc przeciwnikom mieszania tak zwanej grozy z komedią, tej pozycji na pewno bym nie poleciła.

Takie horrory komediowe to mogę oglądać. Bo według mnie „Teddy”, francuski werewolf horror wyreżyserowany przed Ludovica i Zorana Boukhermów w oparciu o ich własnych scenariusz, jest horrorem zmiksowanym z komedią. Pozycją z dość mocno rozwiniętą płaszczyzną psychologiczną, w każdym razie jak na kino tego rodzaju. Jak na historię o nastoletnim wilkołaku. Komiczną, ale i potrafiąca zasmucić. Lekką, ale i mogącą sprawić, że człowiekowi zrobi się ciężej na sercu. Wciągającą, a nawet odświeżającą słodko-gorzką opowieścią o dojrzewaniu. I stopniowym przemienianiu się we włochatą, żarłoczną bestię...

środa, 6 stycznia 2021

„Łowy” (2020)

 

Po ciężkim dniu Eve udaje się do baru w nadziei na zrelaksowanie się przy kilku głębszych. Pech chce, że wpada w oko jakiemuś wyjątkowo natarczywemu mężczyźnie. Z odsieczą przychodzi jej inny nieznajomy: sprawiający bardzo sympatyczne wrażenie, przemiły mężczyzna, który bez trudu zdobywa zaufanie kobiety. Z baru wychodzą razem, ale szybko okazuje się, że nie spędzą ze sobą upojnej nocy, na co najwyraźniej liczyła Eve. Nowo poznany mężczyzna ujawnia swoje prawdziwe oblicze wraz z nieoczekiwanym pojawieniem się jego kolegi. Mężczyźni porywają nieznajomą kobietę, nie pozostawiając jej przy tym wątpliwości, że szykują dla niej coś strasznego. Kiedy pokonują leśną drogę dochodzi jednak do wypadku, który daje szansę przerażonej kobiecie. Eve znajduje schronienie w głuszy, które jednak może okazać się tylko chwilowe, ponieważ jej oprawcy niezwłocznie ruszają w pościg.

Film Vincenta Paronnauda, współtwórcy nagrodzonej między innymi dwoma Cezarami, nominowanej do Oscara i Złotego Globu animacji pt. „Persepolis”, określany jako współczesna, mocniejsza wersja baśni „Czerwony Kapturek”, którą jako pierwszy spisał Charles Perrault. Belgijsko-francusko-irlandzki survival thriller, który w Polsce zadebiutował na Splat!FilmFest 2020 pod tytułem „Łowy” (tytuł międzynarodowy: „Hunted”, francuski: „Cosmogonie”). Scenariusz Vincent Paronnaud napisał wespół z Léa Pernolletem, z którym pracował już wcześniej - nad filmem krótkometrażowym z 2014 roku noszącym tytuł „Territoire”.

Towarzystwo wilków jest lepsze niż ludzi”.

Była sobie dziewczynka w czerwonym wdzianku, która natknęła się w lesie na złego wilka. A właściwie dwa złe wilki. A tak naprawdę to nie wilki, tylko ludzi. I nie poznała ich lesie, choć przede wszystkim tam przyszło jej walczyć o życie. Nie wiem, czy istnieje utwór, który bardziej przyczynił się do demonizacji wilków od „Czerwonego Kapturka” Charlesa Perraulta, a już zwłaszcza braci Grimm. A przecież powstała cała masa historii o wielkich, złych wilkach (nie wspominając już o wilkołakach). Wilkach atakujących i/lub zjadających ludzi, ale i milusie, nikomu niewadzące zwierzątka. Taki obraz owego dzikiego zwierzęcia wpisuje się w ludzkie umysły już w okresie dziecięcym, choć oczywiście to nie dotyczy wszystkich. W każdym razie jakaś cześć ludzkości wkracza w wiek dorosły w przeświadczeniu, że wilki stanowią ogromne zagrożenie także dla nas ludzi. Nie ma na świecie równie groźnego stworzenia, a stąd już tylko krok do wniosku, że trzeba się ich pozbyć. Tych wielkich, złych wilków. Vincent Paronnaud i Léa Pernollet w „Łowach” w pewnym sensie obalają ten szkodliwy mit. W każdym razie nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że nie tyle uwspółcześniają oraz brutalizują i tak niełagodnego „Czerwonego Kapturka”, ile polemizują z tą wiecznie popularną baśnią. Przytoczony wyżej cytat z „Łowów” w reżyserii Vincenta Paronnauda doskonale to pokazuje. Mówi wszystko o tej opowieści. Nie twierdzę, że każdy się z tym zgodzi (nawet po dłuższym namyśle), niektórych przesłanie tego obrazu może wręcz zbulwersować, ale nie wiem, jak inni, ale ja tam nie chciałabym, żeby sztuka sprowadzała się jedynie do robienia wszystkim dobrze. Mogę oceniać to tylko w odniesieniu do Polski, ale jakkolwiek rzecz wyglądała z perspektywy twórców, w moich oczach „Łowy” zdawały się przeć pod prąd. Na pewno nie jest to nurt myślowy, z którym często spotykam się w Polsce. Zdecydowanie częściej odnoszę wrażenie, że wilka już tylko krok dzieli od statusu wroga publicznego numer jeden (dotyczy terenu Polski). A gadanie, że lepiej przestawać z wilkami niż ludźmi? Toż to świętokradztwo! I proszę mi tu nie zaczynać z Romulusem i Remusem – rozwinęliśmy się już na tyle, by wiedzieć, że nie tylko nie ma z tych zwierząt żadnego pożytku, ale wręcz bez przerwy wyrządzają, nam ludziom, niepowetowane szkody. Mordują na masową skalę! Nie to co ludzie. W sumie to lepiej dla nas byłoby wybić wszystkie dzikie zwierzęta. Po co nam one? Bohaterka „Łowów” ma zgoła inne podejście do Natury. Trudno powiedzieć, czy zawsze taka była, ale kiedy gubi się w leśnej głuszy można zauważyć, że ma w sobie tę pokorę i szacunek do Matki Ziemi, której z całą pewnością nie ma jej główny oprawca. Główny, bo młody mężczyzna towarzyszący nieznajomemu, który trochę wcześniej wpadł w oko naszej Eve, nie ma prawa głosu w tym niebezpiecznym tandemie. Starszy kolega zrobił sobie z niego zwykłe popychadło, co najpewniej przyszło mu niezwykle łatwo, bo jak na dłoni widać, że młodszy z oprawców jest osobą z natury uległą, strachliwą i łatwowierną. „Urodzona marionetka”, której może i zbrodniczy proceder, w jakim od jakiegoś czasu bierze udział nie sprawia aż takiej przyjemności, jak „jej panu”, ale jakieś korzyści najwyraźniej też z tego czerpie. „Łowów” Vincenta Paronnauda nie nazwałabym typowym survival thrillerem – pospolitym ujęciem motywu walki o przetrwanie na niezagospodarowanym przez ludzi terytorium. I nie tylko dlatego, że w tym przypadku taki odludny zakątek świata nie wydaje się tak nieprzyjazny, jak to zazwyczaj (choć nie zawsze) bywa w tego typu produkcjach. W „Łowach” można zaobserwować coś, co nazwę sobie balansowaniem między realizmem a surrealizmem. Z jednej strony twarda, bezlitosna rzeczywistość, a z drugiej świat niby żywcem wyjęty z jakieś mrocznej baśni. Świat, w którym zawsze znajdzie się ktoś, kto pośpieszy z pomocą młodej, bezbronnej kobiecie ściganej przez złego. I nie będzie to rycerz w lśniącej zbroi.

Było sobie dwóch chłopców, którzy lubili się bawić. A właściwie nie chłopców tylko mężczyzn. A to co dla nich było zabawą, dla innych niewyobrażalną udręką, od której uwalniała ich śmierć. Zapewne nie następowała ona szybko, bo antybohaterowie „Łowów” Vincenta Paronnauda zwykle długo znęcają się nad kobietami zanim je zabiją. Torturują, poniżają, gwałcą i utrwalają „dla potomności”. A raczej dla siebie, bo nie znalazłam przesłanek wskazujących na jakiś szerszy zakres ich odrażającej działalności (handel tzw. filmami ostatniego tchnienia). A wydawało się, że to będzie udana noc. Tak musiała myśleć Eve (taka sobie kreacja Lucie Debay), gdy opuszczała bar w towarzystwie dopiero co poznanego mężczyzny. To znaczy zapewne zakładała, że zdążyła go na tyle dobrze poznać, żeby spędzić z nim przynajmniej tę jedną noc. Nieznajomy już postarał się o to, by mu zaufała. Bo któż oparłby się takiemu rycerzowi? No tak miało być bez rycerza... Spokojnie, już niebawem wszelki ślad po nim zaginie. Nieznajomy z baru już chwilę po opuszczeniu tego przybytku zrzuci swoją niewidzialną lśniącą zbroję i zamiast na białym koniu, jak każe tradycja, oddali się samochodem. Zabierając ze sobą Eve, a do pomocy (w sumie wątpliwej) mając swojego kolegę albo raczej kogoś w rodzaju ucznia. I pewnie nie byłoby dla Eve żadnej nadziei, gdyby nie pewien nieuważny dzik. Swoją drogą większość zwierząt ukazanych w filmie bardziej pasowałaby mi do nowego „Króla Lwa” niż do filmu grozy (jak nic efekty cyfrowe), ale szczerze mówiąc były w „Łowach” rzeczy, które z jaszcze większym trudem znosiłam. Poczynając od rażąco pobieżnego wykreślenia czołowej postaci, a na naciąganych sytuacjach kończąc. Rozumiem surrealizm, rozumiem symbolikę, ale uważam, że twórców trochę poniosło. Albo za mało, bo przypuszczam, że odebrałabym to inaczej, gdyby niejako jednocześnie tak uparcie nie trzymano się twardych realiów. Dam przykład. W pewnym momencie „na scenę” wkraczają paintballiści, którzy nie wykazują najmniejszego zainteresowania ani sponiewieraną kobietą, ani stojącym nieopodal niej mężczyzną z tzw. nożem do kartonu. Traktują tę dwójkę dosłownie jak powietrze. Tak są zajęci swoją zabawą. Zabawą, której nie przerwie nawet nieplanowane „postrzelenie” przypadkowego człowieka. Można dopatrywać się w tym jakiejś symboliki. Ja odczytałam to, jako metaforę znieczulicy społecznej; zajmowania się swoimi sprawami nawet wtedy, gdy tuż przed nosem mamy bliźniego rozpaczliwie potrzebującego pomocy, ale można też uznać to za wodę na młyn walczących feministek. Duzi chłopcy bawią się, gdy wśród nich stoi zmaltretowana kobieta, którą być może już tylko krok dzieli od śmierci. Nie zamierzam kwestionować tego, że na świecie wciąż panuje ogromna znieczulica, ale cały ten obrazek, to potraktowanie Eve i jej oprawcy jakby byli przezroczyści, wydawało mi się już lekkim przegięciem. Gdyby jeszcze twórcy podeszli do tego, jak choćby do wcześniejszych przytulanek Eve z dzikim zwierzęciem (baśniowy przebłysk, który łatwo można sobie zracjonalizować, ponieważ zaraz potem, jak gdyby nigdy nic, jakby tamto się nie wydarzyło, wraca twarda rzeczywistość) albo już bardziej czytelnych, nierodzących wątpliwości halucynacji doznawanych przez jedną z postaci w późniejszej partii filmu. Ale farba na twarzy Eve... Poprzestańmy na tym, że nie wypada to przekonująco. Właściwie to mroczne przeżycia Eve w nie zawsze ciemnym lesie wydają się mocno oderwane od rzeczywistości, zwłaszcza w dalszej partii. Duża część akcji rozgrywa się za dnia, co bynajmniej nie osłabiało we mnie poczucia zagrożenia i wyobcowania w tym, bądź co bądź przepięknym krajobrazie – naprawdę urokliwy portret bogactwa naturalnego szpeconego przez jednostki niemile w tym miejscu widziane. Niegodne. Nieuznające żadnych świętości. Niemające poszanowania ani dla bliźnich, ani dla dóbr, które zsyła nam Matka Natura. Za darmo, więc tym bardziej nie żal to niszczyć... Szanuję twórców „Łowów” za samo podejście do motywu polowania na człowieka w leśnej głuszy, za to wprawdzie nieoryginalne, ale bliskie mojemu sercu, przesłanie, ten wydźwięk wydobyty z tak naprawdę dość prostej opowieści. Za wiarygodnie prezentującą się warstwę gore, choć nie obraziłabym się, gdyby trochę ją rozszerzono. Za malownicze, ale także mroczne i ponure zdjęcia. Za ten naturalistyczny klimat, który jednakowoż, moim zdaniem, powinno się podkręcić, docisnąć. Ale nie przemawia do mnie ten rozwój, te akcje w stylu deus ex machina, te uważam nie do końca przemyślane nadzwyczajności. Te nieuporządkowane przenikanie się znanego z... no czymś dziwnym. Jakimś fantastycznym uniwersum, jakimś baśniowym, irracjonalnym światem, który (nie)spina się z tą naszą? dżunglą, w której przetrwają najsilniejsi...

Prawdę mówiąc rozczarowała mnie ta pozycja. Z jakiegoś nieznanego mi powodu liczyłam na coś bardziej emocjonującego. I nie tak... kuriozalnego? Niewiarygodnego? Nielogicznego? Niech będzie: przedobrzonego. Nominowany do Nagrody Publiczności na Splat!FilmFest 2020 survival thriller z elementami eko horroru - zaryzykuje twierdzenie, że zmiksowany z dark fantasy - w reżyserii Vincenta Paronnauda, te oto „Łowy” raczej mnie nie złowiły. W każdym razie niespecjalnie się w tej historii odnajdywałam, nie przeżywałam tego tak, jakbym chciała. Momentami nawet ogarniała mnie złość na scenarzystów. Za marnowanie, w moim pojęciu, dobrego i potrzebnego materiału. Obiecującej koncepcji, co nie znaczy, że nowatorskiej. Wyszło tak sobie. Bez tragedii, ale i bez większych przeżyć. Nie żałuję, że rzecz obejrzałam, ale liczyłam na coś... no coś innego.

poniedziałek, 4 stycznia 2021

Antologia „Świąteczne tajemnice. Najlepsze świąteczne opowieści kryminalne”

 
AGATHA CHRISTIE, CATHERINE AIRD, ROBERT BARNARD, PETER LOVESEY, ELLERY QUEEN, COLIN DEXTER, SUSAN MOODY, MARY ROBERTS RINEHART, ELLIS PETERS, DONALD E. WESTLAKE, DAMON RUNYON, RON GOULART, THOMAS HARDY, MEREDITH NICHOLSON, GILLIAN LINSCOTT, EDWARD D. HOCH, PETER TODD, S.C. ROBERTS, ARTHUR CONAN DOYLE, JOHN. D. MACDONALD, NORVELL PAGE, JOSEPH COMMINGS, EDMUND COX, PAT FRANK, ANDREW KLAVAN, FERGUS HUME, MAX ALLAN COLLINS

Otto Penzler jest właścicielem The Mysterious Bookshop, niezależnej księgarni i wydawnictwa specjalizującego się w kryminałach z siedzibą w Nowym Jorku. Przez kilkanaście lat zasiadał w radzie Mystery Writers of America, a za swoje zasługi dla światka literatury kryminalnej został uhonorowany między innymi Ellery Queen Award oraz Raven Award. Redagował i patronował wielu przedsięwzięciom gatunkowym. Między innymi zajmuje się opracowywaniem antologii krótszych tekstów. Po raz pierwszy wydane w 2013 roku „The Big Book of Christmas Mysteries” (pol. „Świąteczne tajemnice. Najlepsze świąteczne opowieści kryminalne”) to jeden z takich projektów Ottona Penzlera. Wielki zbiór opowiadań, plus jednej sztuka, różnych autorów (Penzler przybliża nam tutaj sylwetkę każdego z nich) – od XIX przez XX po XXI wiek – które łączy klimat Świąt Bożego Narodzenia. Dwadzieścia osiem historii (właściwie to dwadzieścia dziewięć, bo raz dostajemy dwie w jednej), które pogrupowano w pięciu działach. Zasadniczo wszystkie są opowieściami kryminalnymi, ale nie wszystkie cechują się czystością gatunkową. Obok tradycyjnych kryminałów znajdziemy tutaj opowiadania hybrydowe – połączenie kryminału z komedią, sensacją, a nawet horrorem. Czyli dla każdego coś miłego.

Pierwszy dział TRADYCYJNE OPOWIADANIA ŚWIĄTECZNE zawiera dziewięć opowiadań, jak sama nazwa wskazuje stricte kryminalnych. Na czoło stawki w moim osobistym rankingu wysunęły się tutaj dwa utwory: „Krew z krwi?” Susan Moody i „Dobry pudding nie jest zły” Petera Loveseya. Ten pierwszy mówi o mężczyźnie, który przybywa do domu pewnej kobiety. Nigdy tutaj nie był, nigdy jeszcze z nią nie rozmawiał, ale ma powody przypuszczać, że jest ona jedyną osobą mogącą udzielić mu odpowiedzi na od dawna dręczące go pytania. Klimatyczna (dość upiorna atmosfera), empatyczna, melancholijna, poruszająca, a nawet wstrząsająca historia rodzinna, która ma w sobie coś z opowieści gotyckiej. „Dobry pudding nie jest zły” to również historia rodzinna, ale tym razem obserwujemy przygotowania do Świąt Bożego Narodzenia w pewnej dysfunkcyjnej rodzinie. Maltretowana przez męża kobieta i ich dziewięcioletni syn, który z rosnącą desperacją przygląda się krzywdzie matki i nie tylko, bo i na niego czasami kieruje się bezrozumny gniew despotycznego ojca, który nie kryje się zbytnio ze swoim romansem z żoną jego ukochanego brata, który poległ na wojnie. Przygnębiająca, niekonwencjonalna i niesamowicie wciągająca opowieść, dotykająca jednego z odwiecznych, zawsze aktualnych problemów tego smutnego świata. Niewiele słabsze w moim poczuciu są „Świąteczna buteleczka” Roberta Barnarda i „Kot Świętej Trójcy” Ellis Peters. Od Barnarda dostajemy zaskakującą opowieść snutą przez pewnego mężczyznę na użytek grupki bliżej nieznanych słuchaczy. Relację z bożonarodzeniowego przyjęcia, które zorganizował dla swoich i lubianych, i nielubianych znajomych, kiedy jeszcze był aktorem teatralnym. I właśnie ten wieczór wybrał na wprowadzenie w życie swojego niecnego planu. Interesujący, niepospolity rozwój i pomysłowy, niespodziewany finał ze szczyptą ironii, to cała „Świąteczna buteleczka”. Z kolei pani Peters serwuje nam śledztwo w sprawie zabójstwa prowadzone między innymi przez... kota. Rzecz dzieje się na wsi, wiadomo, w okresie świąt Bożego Narodzenia. Urocza, zawsze pomocna starsza kobieta zostaje zamordowana we własnym domu. Sprawą zajmuje się jeden z tutejszych policjantów, który z czasem uświadamia sobie, że kot-przybłęda regularnie dokarmiany przez niektórych mieszkańców wioski, zamienił się w kota-detektywa. Przyznacie chyba, że to niecodzienne podejście do kryminału. A poza tym opowieść, w której uwidacznia się tęsknota za starymi dobrymi czasami, które najprawdopodobniej już nigdy nie wrócą. Za utraconym poczuciem bezpieczeństwa. Jest to też opowieść o naiwnej, w tym przypadku wręcz tragicznej, wierze w niesłabnącą uczciwość ludzką. Albo po prostu rutynie, która tak weszła człowiekowi w krew, że nawet zdając sobie sprawę z ryzyka, jakie każdego dnia podejmuje, nie potrafi już zmienić swoich przyzwyczajeń. Przestawić się na nowe. Przechodząc do opowiadań moim zdaniem dobrych, najpierw parę słów o „Wigilii kamerdynera” Mary Roberts Rinehart. Czyli opowieść o mężczyźnie, który po wielu latach wiernej służby dla majętnej rodziny, zostaje zwolniony przez aktualną panią domu, kobietę, którą wychował razem ze swoim najlepszym przyjacielem, a jej dziadkiem. Ten ostatni jest już mocno posunięty w latach i dość schorowany, ale bynajmniej nie zamierza tak po prostu, bez walki, pogodzić się z nieprzemyślaną decyzją swojej wnuczki. Trochę o wojnie, więcej o samotności, rzecz o uczeniu się na własnych błędach utrzymana w dość smutnej tonacji, ale nie bez iskierki nadziei na lepszą przyszłość niesprawiedliwie potraktowanego, sympatycznego i bardzo lojalnego człowieka. „Przygody świątecznego puddingu” Agathy Christie to kolejna odsłona przygód międzynarodowej sławy detektywa, Herkulesa Poirota. Tym razem przybywa on do starej rezydencji na angielskiej prowincji, gdzie ma nadzieję trafić na ślad skradzionego rubinu. A poza tym miło spędzić Święta Bożego Narodzenia z gospodarzami i ich gośćmi, w zdecydowanej większości ich krewnymi. Klasyczna zagadka kryminalna w zaśnieżonej scenerii, rozpracowywana przez trochę teatralnego detektywa, który ma w zanadrzu jedną czy dwie niespodzianki dla ludzi zgromadzonych w tym przestronnym domostwie, w którym być może ukrywa się nie tylko złodziej, ale także zabójca. Nie najgorszą propozycją okazało się też opowiadanie Catherine Aird pod tytułem „Złoto, kadzidło i morderstwo”. Wigilijne przyjęcie, w którym uczestniczą przeróżni ludzie. Na pierwszym planie postawiono jednak pewnego dyplomatę, który odegra decydującą rolę w śledztwie w sprawie zabójstwa prawdopodobnie dokonanego właśnie na tym przyjęciu. Przydałoby się rzecz rozbudować, bo podejrzewam, że to pozwoliłoby uniknąć chaosu, który miejscami wkrada się w opowieść. Niemniej całkiem frapująca i dosyć kreatywna (niebanalne rozwiązanie) zagadka. Na tym samym poziomie, uważam, plasuje się „Największa tajemnica Morse'a” Colina Dextera. Tytułowy bohater, inspektor Morse, dostaje sprawę kradzieży pieniędzy ze zbiórki świątecznej organizowanej z myślą o chorych dzieciach. Opowieść o altruizmie, wielkoduszności, hojności nieszukającej poklasku, bezinteresownej pomocy bliźnim również wtedy, gdy na dobrą sprawę, wcześniej poniosło się, nie tak znowu rozczarowującą, porażkę. A na deser (w tym dziale) coś, co raczej mi nie posmakowało. Ellery Queen (pseudonim artystycznych dwóch kuzynów Frederica Dannaya i Manfreda B. Lee) i „Przygody lalki delfina”, to opowieść o spuściźnie złożonej z lalek, w której znajduje się jeden bardzo cenny egzemplarz. Zgodnie z ostatnią wolą właścicielki tego imponującego zbioru, trafi on na licytację zorganizowaną w szczytnym celu. Problem w tym, że od dawna poszukiwany przez policję, nadzwyczaj sprytny włamywacz, mistrz kamuflażu, zapowiada, że wykradnie najcenniejszy przedmiot z tej kolekcji. Patos, chaos, nieprawdopodobne sytuacje, denerwujące udziwnienia i... zaskakujący finał.

W dziale ZABAWNE OPOWIADANIA ŚWIĄTECZNE mamy pięć historii, w których kryminał spotyka się z komedią. Trzeba jednak zaznaczyć, że nie zawsze w zbliżonych proporcjach. Doskonałym przykładem na to jest moim zdaniem najbardziej wyróżniające się opowiadanie w tym drugim dziale „Świątecznych tajemnic”. A mianowicie „Święty Mikołaj na opak” autorstwa Mereditha Nicholsona. Bardziej wzruszająca niż zabawna opowieść o rabusiu, który stara się zerwać z niechlubną przeszłością. Ustatkować się, żyć uczciwie, po prostu cieszyć się opinią praworządnego obywatela. Sporo już w tym kierunku zrobił, ale niestety w okresie Świąt Bożego Narodzenia pojawiają się pokusy, którym nie potrafi się oprzeć. Po długiej przerwie popełnia przestępstwo, które pociąga za sobą kolejne, jeszcze poważniejsze. A to nie koniec komplikacji w jego ostatnio monotonnym życiu. „Święty Mikołaj na opak” to piękna, pełna emocji opowieści o popełnionych błędach i mocnym postanowieniu poprawy. O pragnieniu nawrócenia się i wysiłku jaki trzeba włożyć w realizację tego marzenia. Mądra rzecz. Po występie Mereditha Nicholsona w mojej ocenie jest długo nic, a potem niezgorsza opowieść Rona Goularta „Wizyta Świętego Mikołaja”. Była żona bohatera prosi go o wycenienie obrazów, które wraz ze swoim aktualnym partnerem, znalazła w ich nowym domu. Jeden okazuje się cenny, ale eksmąż postanawia to przemilczeć. Zabawne dialogi i dosyć angażująca fabuła, ale bez wybijających się momentów. Przeciętne „Włamywacz i dziwadło” Donalda E. Westlake'a to historia o włamywaczu, w okresie świątecznym działającym w stroju Świętego Mikołaja, który zostaje poproszony o pomoc przez ekscentrycznego wynalazcę. Kryminał z domieszką science fiction. Pomysł dobry, ale rozwój nudnawy. Za to zakończenie może zmusić do uśmiechu. Średnie też według mnie jest dziełko Thomasa Hardy'ego „Złodzieje, którzy nie mogli przestać kichać”. O nastoletnim chłopcu, który podczas samotnej podróży konnej zostaje napadnięty przez bandę rzezimieszków. Kradną mu konia, związują i tak zostawiają, ale udaje mu się znaleźć jakiś dom. Zastanawiająco pusty dom... Fabuła co prawda trochę nijaka, ale opowiadanie potrafi nie rozbawić, ale zasmucić. I szybko się czyta. Poniżej średniej natomiast oceniam „Boże Narodzenie Dana Tancerza” Damona Runyona. Siedzą sobie panowie w knajpie i raczą się procentami. Nagle jeden z nich wpada na pomysł, by zabawić się w Świętych Mikołajów. Kto powiedział, że alkohol nic dobrego nikomu nie przyniesie? Koncepcja ujdzie, ale język męczący. W końcu narratorem jest prosty, niezbyt lotny chłopina z zamiłowaniem do butelki.

ŚWIĄTECZNE OPOWIADANIA O SHERLOCKU HOLMESIE. Mój faworyt to „Skandal w zimie” Gillian Linscott. Narratorką jest niespełna trzynastoletnia dziewczynka spędzająca ferie zimowe z rodziną w zacisznym hotelu, gdzie goszczą także detektyw Sherlock Holmes i doktor Watson. Badają oni sprawę domniemanego zabójstwa ponoć dokonanego w tym miejscu przed rokiem, a bohaterka opowiadania była jedynym świadkiem owej przedwczesnej śmierci. Punkt widzenia dziecka dodaje smaczku tej, na dobrą sprawę, klasycznej, i trzeba dodać klimatycznej, historii kryminalnej. „Wigilia Bożego Narodzenia” S.C. Robertsa to pozycja co najmniej dobra. Młoda kobieta zgłasza się do Holmesa ze sprawą zagadkowej kradzieży pereł jej pracodawczyni, a on rozwiązuje ją błyskawicznie, nawet nie wychodząc z pokoju. Przewrotna i łatwo przyswajalna, choć to sztuka, nie opowiadanie. Twórca głównych bohaterów tego działu, Arthur Conan Doyle, też oczywiście stanął na wysokości zadania. W swoim „Niebieskim karbunkule”. Pewien policjant chce uratować człowieka przed rzezimieszkami, ale on wpada w panikę i ucieka. Zostawia żywą gęś i melonik. Wewnątrz ptaka policjant znajduje zastanawiającą rzecz. Sprawą zajmują się Holmes i jego wierny towarzysz doktor Watson. Wprost przepadam za stylem Doyle'a. Jest klimat, jest frapująca sprawa, ale zakończenie troszkę rozczarowujące. Za to średnio poradził sobie Edward D. Hoch w „Bożonarodzeniowym kliencie”. W Boże Narodzenie do detektywa Holmesa przychodzi mężczyzna, twierdząc, że ktoś go szantażuje zdjęciem imputującym mu skłonności pedofilskie. Szantażystą jest, kojarzony przez Holmesa, profesor James Moriarty. Mało „widowiskowa” sprawa, właściwie to nijaka, ale styl wygodny – ani rozwlekły, ani nazbyt uproszczony. I rzecz/y w moim mniemaniu najsłabsza/najsłabsze w tym dziale - „Tajemnica puddingowej torby i Świąteczna sprawa Herlocka Sholmesa” Petera Todda, czyli parodystyczne ujęcie (razy dwa, bo Otto Penzler „połączył” dwa oddzielne opowiadania Todda) przygód najsłynniejszego fikcyjnego detektywa. Wieloletni przyjaciel Herlocka Sholmesa, doktor Jotson, zachowuje się inaczej niż zwykle, co bardzo niepokoi tego pierwszego. Podejrzewa, że Jotson albo traci zmysły, albo planuje coś zdrożnego... Potem Sholmes pochyla się nad sprawą zagubionego kwitu z lombardu. Zgubionego przez pewnego księcia. Odnosiłam wrażenie, że autor na siłę, nachalnie, stara się rozśmieszyć czytelnika, co w moim przypadku odnosiło skutek odwrotny do zamierzonego. A i same zwariowane przygody Sholmesa mojej uwagi nie skradły.

SENSACYJNE OPOWIADANIA ŚWIĄTECZNE zawierają tylko trzy teksty. Na najwyższym schodku podium postawiłam „Serenadę dla zabójcy” Josepha Commingsa. Poruszająca wyobraźnię „tajemnica zamkniętego pokoju”. Pianista zostaje zastrzelony we własnym domu. Opiekunka jedynego dziecka denata, która jest somnambuliczką, jest przekonana, że to ona dopuściła się tej potwornej zbrodni. Sprawę bada pewien senator. Wprawdzie domyśliłam się kto zabił, ale w szczegółach uwidacznia się niemała kreatywność autora. I ten „ciasnawy” klimat. Nieco słabiej (powtarzam: nieco) prezentuje się „Kryminalna opowieść wigilijna” Norvella Page'a. O ubogim małżeństwie. Oboje dopuszczają się w święta kradzieży, a potem nawzajem raczą się kłamstwami w tych sprawach. Dalej jest panika, strach, a na końcu... zaskoczenie. Chwytliwy pomysł, choć mało prawdopodobny. Rozwój wydarzeń wciąga, wzbudza ciekawość, podsyca emocje. A po piętach „Kryminalnej opowieści wigilijnej” depcze „Śmierć na świątecznej ulicy” Johna D. MacDonalda. Zastępca prokuratora okręgowego zajmuje się sprawą prawdopodobnego zabójstwa kobiety (wypadła z okna), która miała być kluczowym świadkiem w innej sprawie. Typowa zagadka. Z niespodziewanym zwrotem akcji, ale nic niespotykanego. Historia dobrze rozplanowana, jeszcze lepiej napisana, ale bez większych podniet.

NIESAMOWITE OPOWIADANIA ŚWIĄTECZNE, czyli sześć kryminalnych historii z dreszczykiem. Z dodatkiem horroru nadnaturalnego – faktycznym lub tylko pozornym. Coś wspaniałego popełnił Peter Lovesey. Mowa o „Duchu z Royal Crescent”. Otóż, wieść niesie, że w jednym z domów Royal Crescent w każdą Wigilię Bożego Narodzenia pojawia się duch. Jego właściciele na ten czas oddają go (ten jeden raz) do wyłącznej dyspozycji byłemu policjantowi i specjaliście od zjawisk paranormalnych. Ależ ciekawa historia! Horror nadnaturalny wyraźnie dominuje nad kryminałem. Utrzymana w klimacie grozy opowieść o miłości, wściekłości, morderstwie i duchu. Opowieść o tym, co jest teraz (umownie) i o tym, co zaszło dawno temu. Niewiele gorszy jest „Dotyk ducha” Fergusa Hume'a. Przyjaciele zapraszają narratora, lekarza, do swojego wiejskiego domu podobno nawiedzanego przez ducha (pojawia się on tylko w jednej komnacie). Konsekwentnie zagęszczający się klimat nadnaturalnego zagrożenia, a więc i narastające napięcie, a do tego niespodziewana końcówka. Przyjemna opowieść grozy, bo kryminału w tym doprawdy niewiele. „Wieniec dla Marleya” Maxa Allana Collinsa to opowieść o skaczącym z kwiatka na kwiatek cwaniaczku będącym prywatnym detektywem. Jego partner, tytułowy Marley, nie żyje od roku, a zagadka jego śmierci nadal nie została wyjaśniona. W święta duch Marleya objawia się dawnemu wspólnikowi z prośbą o zajęcie się sprawą jego zabójstwa. „Opowieść wigilijna” w innej odsłonie. Wciąga, frapuje i porusza, jak to „Opowieść wigilijna”:) Trochę mniej pobudzające okazało się dziełko Andrew Klavana zatytułowane „Pobożny zabójca”. „Bogobojny” chrześcijanin i zarazem zabójca na usługach mafijnego bossa teraz dostaje zlecenie na pewnego młodego mężczyznę. Ale coś idzie nie tak... Rzecz o nawróceniu, o wierze (również ślepej, bezrozumnej). Autor to wnikliwy obserwator ludzkiej natury – daje temu wyrazy w niniejszym tekście (na przykład trafna ocena środowiska dziennikarskiego), ale założenie fabularne „Pobożnego zabójcy” niezbyt w moim guście. Uważam przeciętnie wypada „Boże Narodzenie w obozie” pióra Edmunda Coxa. Akcję osadzono w Indiach, a narratorem jest komendant okręgowy policji William Trench, który cofa się pamięcią do czasu kiedy był jeszcze świeżo po ślubie i wraz ze swoją ukochaną wybrał się na obóz bożonarodzeniowy zorganizowany przez jego kolegę, też policjanta Carruthersa, który w tamtym czasie zajmował się sprawą upiora siejącego postrach w wiosce. Sporo zbędnych słów, odbiegania od tematu. I w sumie dość naiwna to opowieść, mało prawdopodobna, ale uwagę może zwrócić umiejętnie podkręcany klimat tajemniczości. I na koniec opowieść, która najmniej przypadła mi do gustu i to nie tylko w tym dziale, ale w ogóle w całym zbiorze. „Świąteczne straszydło” Pata Franka. Recz dzieje się na stacji obserwacyjnej w Grenlandii. Armia. Nieznany obiekt latający. Mobilizacja żołnierzy. Zestrzelić, bo wróg? A jak jednak przyjaciel? Nie wiedzą, co robić, więc w najwyższej gotowości czekają na rozwój wypadków. Opisy działań wojskowych i właściwie nic ponadto. Ani ciekawego rozwinięcia, ani zgrabnej puenty.

Uff, trochę mi się zeszło z tym skrótowym omówieniem wszystkich tekstów zebranych dla miłośników szeroko pojętej literatury kryminalnej, w tym potężnym tomiszczu, przez Ottona Penzlera. Mającego ogromne zasługi dla gatunku redaktora, wydawcę i właściciela legendarnej nowojorskiej księgarni. Antologii w Polsce wydanej pod tytułem „Świąteczne tajemnice. Najlepsze świąteczne opowieści kryminalne”. Wypuszczonej w twardej oprawie przez Zysk i S-ka (pierwsza edycja z roku 2020). Aż dwadzieścia osiem historii od mniej i bardziej popularnych żyjących i już nieżyjących autorów. Historii nowszych i starszych. Tradycyjnych i eksperymentujących z formą. Charakteryzujących się czystością gatunkową, klasycznych kryminałów, ale i swoistych miksów z innymi klimatami. Jest rozmach i jest zabawa!

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu