Stronki na blogu

niedziela, 17 marca 2024

Zapowiedź. „Kruk”

 
Bill Skarsgård jako mściciel przybywający z zaświatów i FKA Twigs jako jego ukochana w nowej ekranizacji kultowego komiksu.

Film w kinach już w czerwcu!

Reżyser wizjonerskich hitów fantasy przedstawia mroczny thriller o miłości, zemście i odkupieniu.

Nowa wersja okrytego mroczną legendą kinowego przeboju, w którym swoją ostatnią rolę zagrał Brandon Lee.

Plakat filmu. „The Crow” 2024, Hassell Free Productions, Davis-Films, The Electric Shadow Company

Wszystko wskazuje na to, że nową wersję „Kruka” pokocha młoda widownia. Zarówno Skarsgård jak i FKA Twigs to gwiazdy młodego pokolenia z gigantycznymi zasięgami mediów społecznościowych. A reżyser Rupert Sanders znany jest z wizjonerskich hitów fantasy, takich jak „Królewna Śnieżka i Łowca”, „Ghost in the Shell”, czy serial „Fundacja”. Scenariusz do „Kruka” powstał na podstawie kultowego komiksu autorstwa Jamesa O’Barra z lat 80., który dziś na nowo odzyskał popularność. O’Barr traktował swoją twórczość jak terapię. W ten sposób próbował poradzić sobie po śmierci ukochanej dziewczyny, która została potrącona przez pijanego kierowcę. Fani komiksu pamiętają też, że podczas ekranizacji z 1994 roku również wydarzyła się tragedia. Zginął wówczas główny bohater, jedyny syn Bruce’a Lee. Brandon Lee miał zaledwie 28 lat i za kilkanaście dni planował ślub. Podczas kręcenia zdjęć oddano do niego strzał z pistoletu, w którym nie powinno być naboi. Jednak tego dnia na planie nie było osoby odpowiedzialnej za bezpieczeństwo i sprawdzanie rekwizytorów. Kiedy postrzelono aktora w brzuch, ten natychmiast stracił przytomność. Po tragedii film dokończono, a niektórzy zaczęli mówić, że nad „Krukiem” krąży klątwa.

 
O filmie: Zakochani Shelley i Eric próbują zacząć nowe życie z dala od przestępczego świata, który ich ukształtował. Jednak przeszłość nie pozwala przed sobą uciec. Gdy oboje padają ofiarami brutalnego morderstwa, Eric u progu zaświatów dostaje propozycję nie do odrzucenia. Aby ocalić duszę ukochanej przed piekłem, musi powrócić na ziemię, by wymierzyć karę odpowiedzialnym za jej śmierć. Tak zaczyna się jego krwawa odyseja przez świat żywych i umarłych. 
 
Zobacz zwiastun:  

Kadr z filmu. „The Crow” 2024, Hassell Free Productions, Davis-Films, The Electric Shadow Company

Kadr z filmu. „The Crow” 2024, Hassell Free Productions, Davis-Films, The Electric Shadow Company

Kadr z filmu. „The Crow” 2024, Hassell Free Productions, Davis-Films, The Electric Shadow Company

Reżyseria: Rupert Sanders („Królewna Śnieżka i Łowca”, „Ghost in the Shell”, “Fundacja” - serial)
Obsada: Bill Skarsgård („John Wick 4”, „Barbarzyńcy”, „Deadpool 2”, „To”, „Atomic Blonde”); FKA Twigs („Słodziak”, „Brighton Beach”); Danny Huston („Yellowstone” - serial, „Wierny ogrodnik”, „Aviator”, „21 gramów”, „X Men Geneza: Wolverine”, „Sukcesja” - serial); Laura Birn („Oczyszczenie”, „Ostatni”, „W pułapce myśliwego”)
Gatunek: akcja / thriller
Produkcja: USA 2024
Dystrybucja w Polsce: Monolith Films

Źródło: wszystkie materiały od Monolith Films

Zapowiedź. „Puchatek: Krew i miód 2”

 
Za górą trupów, za rzeką krwi leży kraina twoich koszmarów zwana Stumilowym Lasem. Żądny mordu Puchatek powraca w towarzystwie nowych, potwornych przyjaciół. Mniej miodu, więcej krwi. Po sukcesie pierwszej części powraca horror „Puchatek: Krew i miód 2”. W kinach od 31 maja!

Plakat filmu. „Winnie-the-Pooh: Blood and Honey 2” 2024, Jagged Edge Productions

Pierwsza część filmu została zakazana w Hongkongu. Oburzeni recenzenci pisali, że horror bezcześci ukochaną przez dzieci na całym świecie bajkę! Mimo to widzowie pokochali tę produkcję. Fakt, że budżet zwrócił się z nawiązką, to mało powiedziane! Producenci zainwestowali 100 tys. dolarów, a film zarobił blisko 5 milionów dolarów. Czy w przypadku drugiej części „Puchatek: Krew i miód” będzie podobnie? Co nas czeka? Podobno żądny mordu Puchatek powróci w towarzystwie nowych potwornych przyjaciół. Twórcy slashera obiecują: mniej miodu, więcej krwi. Fani nie tylko horrorów nie mogą się doczekać!

Zobacz zwiastun: 

O filmie: Pięć miesięcy po masakrze w Stumilowym Lesie, Krzyś próbuje wrócić do normalnego życia. Policja szuka domniemanych bestii w miejscu masowego mordu, ale większość okolicznych mieszkańców uważa Krzysia za prawdziwego sprawcę. Tymczasem chłopak podczas terapii wraca do dramatycznych wydarzeń z dzieciństwa, gdy podczas jego piątych urodzin, uprowadzona została grupa dzieci wraz z jego bratem bliźniakiem.

Ukryty w głębi Stumilowego Lasu Puchatek wciąż pała żądzą zemsty. Wraz z nowymi, przerażającymi kompanami chce zgładzić nie tylko Krzysia, ale wszystkich pozostałych przy życiu uczestników urodzinowego przyjęcia sprzed lat. Dla niego krew jest słodka jak miód.

Kadr z filmu. „Winnie-the-Pooh: Blood and Honey 2” 2024, Jagged Edge Productions

Kadr z filmu. „Winnie-the-Pooh: Blood and Honey 2” 2024, Jagged Edge Productions

Kadr z filmu. „Winnie-the-Pooh: Blood and Honey 2” 2024, Jagged Edge Productions

Kadr z filmu. „Winnie-the-Pooh: Blood and Honey 2” 2024, Jagged Edge Productions

Reżyseria: Rhys Frake-Waterfield („Puchatek: Krew i miód”)
Obsada: Scott Chambers („Uciszyć zło”, „Patryk”, „Niewinny”); Ryan Oliva („Świat w ogniu”, „Przebudzenie dusz”, „Duma i uprzedzenie, i zombie”); Simon Callow („Cztery wesela i pogrzeb”, „Wiedźmin” - serial, „Zakochany Szekspir”); Tallulah Evans („Whiet Lines” - serial, „Zło czai się w lesie”, „Syn Rambow”)
Gatunek: horror
Produkcja: Wielka Brytania 2024
Dystrybucja w Polsce: Monolith Films

Źródło: wszystkie materiały od Monolith Films

sobota, 16 marca 2024

„Snatchers” (2019)

 
Rok 2012. Aby zatrzymać przy sobie chłopaka, który właśnie wrócił z Meksyku przesadnie dbająca o swój szkolny status licealistka Sara Steinberg oddaje mu dziewictwo, a już nazajutrz doznaje wczesnych objawów ciąży. Następnego dnia budzi się z wielkim brzuchem, a wsparcia szuka u byłej przyjaciółki Hayley Chamberlain, prymuski, którą Sara odepchnęła po wejściu do uczniowskiej śmietanki towarzyskiej. Razem jadą do kliniki aborcyjnej, gdzie okazuje się, że dziewczyna, która uprawiała seks przed kilkudziesięcioma godzinami jest w dziewiątym miesiącu ciąży. I gdzie następuje poród inwazyjnego organizmu faktycznie obcego. Dziewczynom udaje się przeżyć pierwszy wściekły atak egzotycznego pasożyta, ale to nie koniec nietypowych problemów nastoletniej matki. Obcy za nią chodzi, zostawiając za sobą stosy trupów. Sara i Hayley nie mają wyboru – muszą ratować świat!

Plakat filmu. „Snatchers” 2019, MAKE GOOD Content

Komediowy horror science fiction o cudzie narodzin produkcji amerykańskiej. W 2015 roku Stephen Cedars, Benji Kleiman i Scott Yacyshyn, nakręcili krótkometrażowy film o osobliwym stanie (nie)błogosławionym - który wyrósł z pomysłu na historię czterdziestoletniej kobiety przebywającej w bazie wojskowej, gdzie miało dojść do „kosmicznego zapłodnienia” - jako dowód koncepcji, wykonalności scenariusza przedstawionego wcześniej ich niekryjącemu niezrozumienia menadżerowi. Miniprodukcja przekonała agenta i przyciągnęła wielką amerykańską firmę Warner Bros. - pierwszy nabywca pomysłu o obcym wewnątrz niej, który następnie został wykorzystany w serialu „Snatchers” (2017-2018), koniec końców zrealizowanym pod szyldem MAKE GOOD Content Paula Younga (m.in. współproducent „Klątwy Jessabelle” Kevina Greuterta). Film pełnometrażowy, który swoją światową premierę miał w marcu 2019 roku na South by Southwest Film Festival, „Snatchers” w reżyserii Stephena Cedarsa i Benjiego Kleimana – scenariusz napisali ze Scottem Yacyshynem – to głównie ponowne wykorzystanie scen z pierwszego sezonu ich zwariowanego serialu (w tym przypadku do zespołu reżyserskiego dołączył Michael Lukk Litwak) o nastolatce w niechcianej ciąży.

„Wredne dziewczyny spotykają Obcego” (komedia Marka Watersa z 2004 roku i filmowa seria filmowa otwarta w 1979 roku horrorem science fiction Ridleya Scotta) – tak pierwsze pełnometrażowe osiągnięcie reżyserskie Stephena Cedarsa i Benjiego Kleimana podsumowały odtwórczynie czołowych ról: Mary Nepi (jako Sarah Steinberg) i Gabrielle Elyse (jako Hayley Chamberlain), które na casting do shorta „Snatchers” zgłosiły się na końcu. Ostatnie przesłuchiwane aktorki „gotowe na bliskie spotkanie trzeciego stopnia”. Uczestniczenie w „historycznym” wydarzeniu, do którego doszło w stanie Utah (główne lokalizacje: miasta Midvale, Heber City i Salt Lake City). Właściwie dzień jak co dzień w świecie horroru. Typowa przygoda przez „komentatorów” porównywana choćby do kultowego obrazu Joe Dantego pt. „Gremliny rozrabiają” - domniemana próba przywołania ducha familijnych opowieści z dreszczykiem, czy jak kto woli opowieści fantastycznych z lat 80. XX wieku. Ale mnie jakoś po głowie chodził „Niegrzeczny Milo” Jacoba Vaughana, horror komediowy uwolniony w 2013 roku; i przypomniały się też „Zęby” Mitchella Lichtensteina, a nawet genialne „Coś za mną chodzi” Davida Roberta Mitchella. Stephen Cedars zapewniał, że „Snatchers” nie miał być „filmem z przesłaniem”, moralitetem skierowanym do młodych ludzi myślących o rozpoczęciu współżycia seksualnego. To miała być opowieść „pozytywnie nastawiona do seksu”, nieuderzająca w apokaliptyczne tony najbardziej zaangażowanych, żeby nie powiedzieć fanatycznych propagatorów abstynencji seksualnej. Kult dziewictwa i zawoalowana polemika autorów „Snatchers”. Przedmałżeńska inicjacja seksualna – w dodatku przed osiągnięciem pełnoletności – prowadząca do... apokalipsy. W każdym razie „nieprzystojne zachowanie” piętnastoletniej protagonistki „Snatchers” Stephena Cedarsa i Benjiego Kleimana narazi całą ludzkość. Inwazja porywaczy ciał przypadkiem spowodowana przez amerykańską licealistkę, bo przecież nie przez jej chłopaka, zarozumiałego Skylera Cole'a (zabawna, ciekawie przerysowana kreacja Austina Frybergera). Seks można uprawiać wyłącznie dla przyjemności? Taki pogląd Sara Steinberg wygłasza na forum klasy, a nauczyciel nie raczy jej poprawić! Demoralizacja nieletnich! Haniebne wmawianie dziewczynkom, że celem stosunków seksualnych nie musi być prokreacja. Ale dla Sary jest jeszcze nadzieja – tylko połowicznie skażona „przebrzydłą lewacką propagandą”, nieobarczająca odpowiedzialnością chłopaka. Przyjemność jego, konsekwencje jej. Mogła nie rozkładać nóg, prawda? Hayley ma czelność się z nią nie zgadzać – wyglądała na porządną (nigdy nikomu do łóżka nie wskoczyła), ale kiedy trzeba wypić piwo, którego jej koleżanka sobie nawarzyła, opowiada typowe bajeczki wściekłych macic (bo chyba tak kulturalni ludzie tytułują niektóre kobiety...?). Rzekoma sojuszniczka próbuje zawrócić główną bohaterkę „Snatchers” Stephena Cedarsa i Benjiego Kleimana ze słusznej drogi. Zbłąkana owieczka zmierza ku cnotom niewieścim (cokolwiek to jest), a jej tak zwana przyjaciółka robi wszystko, co w jej mocy, by w grzechu pozostała.

Kadr z filmu. „Snatchers” 2019, MAKE GOOD Content

Patriarchalna rzeczywistość urojona seryjnych morderczyń dzieci nienarodzonych. Antykoncepcja awaryjna na śniadanie, obiad i kolację (w sumie jakieś trzy kilogramy piguł dziennie), a kiedy to zawiedzie opychają się tabletkami poronnymi – czytanie ze zrozumieniem ulotek dołączonych do opakowań wyrobów farmaceutycznych opanowali tylko panowie, dlatego przed domami rozwiązłych pań widuje się ciężarówki wypełnione podstawą ich niezdrowej diety. Niestety, piętnastoletnia bohaterka „Snatchers” Stephena Cedarsa i Benjiego Kleimana, zorientowała się, że jest w ciąży najwyżej parę godzin przed porodem. Zostaje więc klinika aborcyjna, przed którą stoi dżentelmen z transparentem i mówi: „Boże, ulituj się nad dziwkami, albowiem nie wiedzą, co czynią”, czy coś w tym rodzaju. Jedna „nierządnica” straciła dziewictwo przedwczoraj, a druga inicjacji seksualnej jeszcze nie przeszła. Po powrocie z Meksyku (program wymiany uczniowskiej) Skyler Cole przeprowadził poważną rozmowę z dziewczyną, której najwidoczniej wydawało się, że nadal są parą. W każdym razie Sara Steinberg miała nadzieje, że „najlepsza partia w szkole” zmieni zdanie, ale nie – Skyler ewidentnie zmęczył się czekaniem na skonsumowanie ich związku. Tak to widzi Sara, dziewczyna, która w końcu ulegnie. Odwiedzi niezaopatrzonego w prezerwatywy aroganckiego młodzieńca, któremu w ogniu rozkoszy zapomni się, że to miał być stosunek przerywany. Ale to nic, Sara nie będzie robić mu wymówek, bo mógłby poszukać pocieszenia u innej. Na przykład Kiany, niby najlepszej przyjaciółki Sary, a już na pewno najmniej dyskretnej członkini - liderki - popularnej paczki, dla której główna bohaterka „Snatchers” poświęciła prawdziwą przyjaźni, o czym zaświadczy już reakcja na nagłe pogorszenie samopoczucia Sary: poranne mdłości, incydent na szkolnym korytarzu. Zaniepokoi się jedynie wzorowa uczennica Hayley Chamberlain. Ulubienica rodzicielki Sary, samotnej matki tęskniącej za swoją małą córeczką. Niepotrafiącej przebić się przez mur, jakim otoczyła się dorastająca latorośl. Naburmuszona dziewczyna niedopuszczająca kochającej mamy do swoich sekretów. Zdaniem Sary kobiety przewrażliwionej, może nawet histeryzującej i z pewnością nietaktownie narzucającej się ze swoim towarzystwem. Nadopiekuńczej, nieszanującej prywatności Sary, wścibskiej i drażniąco szczebioczącej fanki Hayley. Można by pomyśleć, że chętnie zamieniłaby się z państwem Chamberlain córkami i to jeszcze przed masakrą bękartów Sary. Nielegalnych obcych. Czy to aby nie brzmi ksenofobicznie? To nie one ukuły niepoprawny politycznie termin „nielegalny imigrant”. Sara i Haley przysięgają, że nie są wrogo nastawione do cudzoziemców, ani nawet lekko uprzedzone, ale skoro w Stanach Zjednoczonych takie rzeczy się nie zdarzają, a Skyler właśnie wrócił z Meksyku... Tyle się mówi o pasożytach przywożonych z zagranicznych wakacji. Takich wczepiających się w karki organizmów żywych i przejmujących kontrolę nad ich funkcjami motorycznymi? Właściwie przejęci ludzie wyglądaliby zupełnie jak zombie, gdyby nie opuszczone głowy i „narośl z bystrymi oczkami”. Animatroniczny słodziak. Porusza się jak pająk na dopalaczach – czyli nie najprzyjemniejszy widok dla takiej arachnofobiczki jak ja – ale jako „władca marionetek” rozbraja spojrzeniem. Mruga porozumiewawczo, a niekiedy jakby z ogromnym zdziwieniem przygląda się dwunożnym stworzeniom zabawnie ruszającym otworami gębowymi i wskazującym na niego jakimś żelastwem. Obcy w obcym kraju. Mała maszyna do zabijania teoretycznie podążająca za biologiczną matką. Masakra w amerykańskiej miejscowości z wykorzystaniem praktycznych efektów specjalnych – pokawałkowane ciała w „morzu” różowawej krwi – która nikogo o mdłości przyprawić nie powinna. Poza substancją imitującą krew makabryczne rekwizyty prezentują się całkiem realistycznie, ale lekka tonacja i humorystyczne dodatki (na przykład odcięte ramię policjanta z palcami zaciśniętymi na pączku; na marginesie, akcja z blenderem może przypomnieć „Następny jesteś ty” Adama Wingarda) zamierzenie psują efekt szokujący. Można powiedzieć, że twórcy dołożyli starań, by oswoić widza z potencjalnie niesmacznymi widokami – figlarne krwawe ujęcia, gore z przymrużeniem oka (też całkiem widowiskowe organiczne „budowle” obcych, kokonowy show najeźdźców z nastoletniego łona), jak to zwykle w komediowych siekaninach bywa. Reżyserzy „Snatchers” zdradzili, że praca z animatroniką była niemałym wyzwaniem – wymagana „nadludzka” cierpliwości, bo jak niechcący wychodzi ci uroczy Pokemon, musisz zaczynać niemal od początku – ale najtrudniejszą częścią zadania prawdopodobnie było połączenie efektów praktycznych z komputerowymi: zabawnymi obrazami tandetnymi. Wszak trochę sztuczności jeszcze nikogo nie zaszkodziło. „Snatchers” Stephena Cedarsa i Benjiego Kleimana posiada cechy pastiszu/karykatury, przy czym „na tapetę” nie wzięto tylko mrocznych powieści o inwazji obcych, horrorów science fiction, ani nawet familijnych monster movies z poprzedniego wieku – pompatyczne amerykańskie superprodukcje, przeróżne opowieści o dzielnych Amerykanach ratujących świat przypuszczalnie też znalazły się w kręgu zainteresowania niegrubiańskich kawalarzy. Obśmiewanie poprawne politycznie:) Uwaga: po napisach końcowych jeszcze jedna scenka.

Bezpretensjonalna rozrywka debiutujących w pełnym metrażu amerykańskich reżyserów, w większości zmontowana z wypuszczonego dwa lata wcześniej pierwszego sezonu ich serialu pod tym samym tytułem. „Snatchers” Stephena Cedarsa i Benjiego Kleimana to standardowy teen horror w sosie komediowym. Łatwo wchodzące stereotypowe dziełko, komentujące współczesną rzeczywistość w odpowiednio przejaskrawionym stylu. Sposób na rozluźnienie – kiedy pasożyty rozrabiają.

czwartek, 14 marca 2024

„Spaghetti” (2023)

 
Pielęgniarka z Los Angeles, Lena Simon, w drodze do pracy niechcący przebija oponę w samochodzie, a pomoc oferuje przystojny nieznajomy przedstawiający się jako Scotty Sharpe. Mężczyzna musi się postarać, by skłonić damę z ciętym językiem do skorzystania z propozycji podwózki, a po tym drobnym sukcesie pokazuje jej, jak bardzo pomyliła się w jego ocenie. Imponuje pracą z dziećmi w charakterze mówcy motywacyjnego. Lena zaczyna podejrzewać, że przypadkiem znalazła idealnego partnera, co potwierdza ich pierwsza oficjalna randka. A potem nabiera przekonania, że mężczyzna jej marzeń nie traktuje poważnie ich związku i choć nigdy nie wierzyła w skuteczność takich praktyk, korzystając z protekcji najlepszej przyjaciółki, fryzjerki Toni, zwraca się do szamanki voodoo, która zgodnie z jej życzeniem, za sowitą opłatą odprawia rytuał miłosny i tłumaczy klientce, jak go dopełnić. Wbrew sceptycyzmowi Leny, druga randka z pysznym spaghetti bolognese przynosi piorunujące efekty.

Plakat filmu. „Spaghetti” 2023, Skinfly Entertainment, Daniel Lord Productions, Spaghetti Movie

„Zrobiliśmy w tym filmie rzeczy, jakich nikt jeszcze w horrorze nie zrobił” - taki przekaz popłynął od Lyle'a Howry'ego, czołowego przedstawiciela firmy Skinfly Entertainment (założyciel i prezes), głównego producenckiego opiekuna projektu „Spaghetti”, we wrześniu 2023 roku uwolnionego w usłudze VOD, reżyserskiego dokonania Adama Gierascha, twórcy między innymi „Autopsy” (2008) i „Night of the Demons” (2009), czyli remake'u kultowego horroru Kevina Tenneya z 1988 roku oraz współscenarzysty choćby takich pozycji, jak „Krokodyl zabójca”, „Krwawa masakra w Hollywood” i „Kostnica” Tobe'ego Hoopera, „Bestia z mokradeł” Gary'ego Jonesa czy „Matka łez” Dario Argento. Pierwszą wersję scenariusza „Spaghetti” przygotowali Markice Moore i niewymieniony w czołówce Dempsey Gibson, a ostateczne opracowanie tekstu przypadło Jasonowi Rainwaterowi. Na pokład udało się wciągnąć kojarzonego głównie z przebojowym „Dniem Niepodległości” Rolanda Emmericha, operatora filmowego Andrew Parke'a.

Fantazyjna czołówka – hipnotyczny szał ciał w rytm sugestywnej muzyki artysty znanego jako Slasher Dave – i lądowanie w świecie półamatorsko przedstawionym. Staranna stylizacja na kino klasy Z czy niechlujna praca z niewielkim budżetem? Tak miało być czy tak musiało być? Tandetne zdjęcia, niedopasowane, drażniące melodie (z wyjątkiem wspomnianego już głównego motywu muzycznego, niestety wykorzystanego tylko na początku i na końcu tego filmowego koszmarka), niesamowicie siermiężny montaż i iście bollywoodzkie kreacje aktorskie, bądź co bądź, perfekcyjnie dopasowane do częściowej tonacji utworu; doskonale odnajdujące się w „telenowelowym klimacie” tego spaghetti horroru/thrillera popełnionego przez nieobcego długoletnim fanom kina grozy Adama Gierascha, współpracownika nieodżałowanego twórcy choćby takich gatunkowych gwiazd jak „Teksańska masakra piłą mechaniczna” (1974) i „Duch” (1982). Obiecujący scenariusz w mojej ocenie pogrążony przez pokraczną warstwę techniczną. Niezgrabne stworzenie być może sprowadzone na świat naumyślnie – potencjalny eksperyment artystyczny zgodnie z planem przeprowadzony. W końcu w takim – nowatorskim – duchu „Spaghetti” zapowiadano, ale też nie sądzę, żeby wielu widzów potrzebowało takich wskazówek, by nabrać podejrzeń, że ta cała fuszerka to tylko poza. Przewrotna gra z miłośnikami opowieści mrocznych. Sweet romance, voodoo horror, obsession thriller i... Co Lenie Simon przeznaczone, przy drodze rozkraczone. Przedpołudnie w Mieście Aniołów – niewielka przeszkoda w drodze do pracy i rycerz w lśniącym cabrio, niezrażony niegrzecznym zachowaniem niewiasty w opałach, mówca motywacyjny Scotty Sharpe. Tyle dobrze, że pierwszoplanowy duet, Brittany Lucio i Newton Mayenge, nie wymagał takiego samozaparcia, jak niemal wszyscy pozostali członkowie obsady (nie wykluczam, że podążający za wskazówkami reżysera, czyli udający „scenicznych zbiegów ze spalonego teatru”). Prawie, bo Donna Glytch, odtwórczyni najlepszej przyjaciółki Leny, przebojowej fryzjerki imieniem Toni, też w moim poczuciu zbytnio nie nadużywała „techniki grindhouse'owej”. W każdym razie wcale bym się nie zdziwiła, gdyby się okazało, że „Spaghetti” Adama Gierascha to twór natchniony „ślicznymi paskudami” z lat 70. i 80. XX wieku. Potworek o miłości, obsesji i rytuale z krwią menstruacyjną. Maczamy zużyty tampon w sosie bolońskim i karmimy nim człowieka, z którym chcemy spędzić resztę życia. Ale najpierw musimy poszukać houngana lub mambo, bo bez odprawienia odpowiedniego obrzędu „pyszna” mikstura miłosna nie zadziała. Miało nie być jak w filmach – Toni przysięgała, że wyznawcy voodoo skupieni wokół niejakiej MaMa Ti'Mun, w których szeregi wstąpiła, ewentualnie od czasu do czasu korzysta z ich, rzecz jasna niedarmowych usług, nie urządzają hollywoodzkich szopek – ale po tym drastycznym pokazie (właściwie rozbryzg takiej sobie imitacji krwi) zwykle twardo stąpająca po ziemi, a przynajmniej lubiąca tak o sobie myśleć, pielęgniarka, z pretensją w głosie obwieszcza, że to wyglądało dokładanie jak w tych wszystkich niewiarygodnych historyjkach obrazkowych. Że też dała się na to namówić! Ale skoro już zapłaciła, nie może wycofać się w takim momencie. Swoje już przeszła – teraz kolej na boskiego Scotty'ego. Nakarmi domniemanego oszusta i powie Toni „a nie mówiłam? To całe voodoo to jedna wielka bzdura!”. Sceptycy w horrorze: i wszystko jasne?

Plakat filmu. „Spaghetti” 2023, Skinfly Entertainment, Daniel Lord Productions, Spaghetti Movie

Zakochana złośnica albo pojętna uczennica nieżyjącego złudzeniami, nieidealizującego rzeczywistości starszego brata Lawrence'a (wymuszona kreacja Dairolda Pottsa), postanawia zawalczyć o swojego księcia z bajki. Niekonwencjonalna metoda na „zdobycie” mężczyzny. Zdesperowana realistka. A wystarczyła stara, dobra komunikacja. W każdym razie Lena zapomniała, że w horrorze trzeba szczególnie ostrożnie obchodzić się z marzeniami. Bardziej uważać niż w prawdziwym życiu, bo tutaj w dziesięciu przypadkach na dziesięć życzenia się spełniają:) Chciała oddanego partnera, to ma – usługa matrymonialna MaMa Ti'Mun wykonana. A że inaczej sobie to wyobrażała? Co myślała, że jak wyznawca voodoo, to będzie czytał jej w myślach? Powinna wyrażać się precyzyjniej, a nie obwiniać sprzedawców miłości. Właściwie Lena szybko dochodzi do wniosku, że kupiła obsesję. Mroczny prześladowca zamiast idealnego partnera. Spełniły się koszmary senne siostrzyczki Lawrence'a i Samuela zwanego Meatball (w tej nieprzekonującej roli współscenarzysta omawianego filmu Markice Moore). Moim zdaniem najbardziej klimatyczne momenty w „Spaghetti” Adama Gierascha – w zasadzie mroczne wprowadzenia w kiczowate (nie czytaj: campowe) oniryczne „upiorności” - które obejmują też czołową postać męską. „Zarażony złymi snami”. Mimowolny złodziej osobowości? Zmuszony do wchłonięcia cudzej duszy? Tak czy inaczej, wszystko wskazuje na to, że urok zadziałał. Raptownie wciągnięty w „lustrzaną krainę” – część skromnej zabawy w „buu!”, jeden z nielicznych (nie żeby mnie to zasmuciło) jumperów, ale chyba jedyny z szansą na powodzenie może nie od razu w uniesieniu czterech liter widza z fotela, czy na czym tak akurat siedzi, ile zmuszenie którejś części jego ciała do drgnięcia. I powitał swoją panią królewskim śniadaniem. Dobra zmiana, bo po poprzedniej upojnej nocy z Leną wymknął się o świcie, kiedy jeszcze spała, i nawet nie raczył zostawić wiadomości. Taki tupet! Teraz spisał się na medal, ale zaraz potem wszystko zepsuł. Bo Lenie nie marzył się partner zaborczy, a takie wrażenie odniosła podczas pierwszego spotkania Scotty'ego z jej najbliższą przyjaciółką. I jeszcze te natrętne telefony. Kobieta osaczona. Chciała, by mężczyzna spędzał z nią więcej czasu, ale to już nielekka przesada. Myślała, że dawny Scotty brzydko z nią pogrywa albo po prostu jest nieznośnym arogantem (jej typ to oczko niżej na skali arogancki), ale teraz chyba zaczyna rozumieć, że mężczyzna nie chciał narzucać się ze swoim towarzystwem. Szanował jej przestrzeń osobistą i tego samego zapewne oczekiwał od niej. To miał być związek, a nie niewola. Takie sygnały zresztą sama Lena wysyłała Scotty'emu – dawała do zrozumienia, że nie jest zainteresowana przesadnie troskliwymi mężczyznami, że nie pociągają jej mili panowie, że ma słabość do tak zwanych bad boyów. Odmieniło jej się na widok pary po raz pierwszy spotkanej w miejscu pracy Toni? Niby uznała to za dziwne – wstrząśnięta i zmieszana uległością towarzysza jednej z klientek – ale na pierwszej randce ze Scottym przyznała (może kłamała, nie wiem), że to urocze. Widząc niepewną minę mającego dystans do siebie człowieka sukcesu, empatycznego mówcy motywacyjnego, prędko przeszła do uspokajania najwyraźniej nieszukającego dominującej partnerki czarusia. Zadbała o to, by Scotty miał pewność, że Lena ani myśli, jak to się mówi, trzymać go pod pantoflem. Nie po słowach, ale po czynach ją poznajemy? Świadome rzucanie uroku niezbitym dowodem hipokryzji „wyszczekanej” (ma charakterek) protagonistki „Spaghetti? A może antagonistki? Tak czy owak, nie ulega wątpliwości, że Lena popełnia straszliwy błąd. Rzekomo tonąca brzytwy się chwyta - i weź tu po czymś takim zjedz spaghetti:) Prosto i najwstrętniej; konkurencja wprawdzie niezbyt liczna, ale zwolennicy niesmaczny uczt filmowych mogą docenić też „rozpuszczającego się człowieka” (tj. twarz w śluzie – „Witamy w „Slime City” Grega Lamberson) i widoczne mięsko w pierwszym „najściu nożownika”, a ostatecznie pianę z ust. A decydujący pojedynek? Zabawny na swój krwisty sposób;) Sporo ciosów w „nietypowe miejsce” i mogłabym przysiąc pokonane stworzenie zachowało jeszcze resztki życia na ostatnie zdziwione spojrzenie (hmm, jest jeszcze scenka w trakcie napisów końcowych). Ogromna wola życia, aż zakrawająca na cud. Ale nikt nie obiecywał biologicznej poprawności, „Spaghetti” Adama Gierascha nie wygląda na takiego, który chce być traktowany śmiertelnie poważnie. Najlepiej brać z przymrużeniem oka – niezobowiązująca rada tylko dla niepotrafiących sobie odmówić tej wątpliwej przyjemności, niemogących oprzeć się (nie)bezpiecznej ciekawości. Niezobowiązująca rada dla pozostałych – nie brać wcale.

„Garażowa produkcja” z nieobliczalnym przebiegiem. Obłudna pokraka stworzona pod kierownictwem Adama Gierascha. Podłe żarcie z Jadłodajni pod Horrorem i Thrillerem: rozgotowane „Spaghetti”. Według mnie nieapetycznie wyglądająca papka, ale niesmakująca nijako; cuchnie, ale do wytrzymania. Jak się człowiek uprze, to zje. Tylko po co? Bo jeśli czegoś nie spróbujesz, nigdy się nie dowiesz, czy było warto. Czasami lepiej nie wiedzieć:)

wtorek, 12 marca 2024

Jack Ketchum „Przeprawa”

 
Rok 1848. Po zakończeniu wojny amerykańsko-meksykańskiej nadużywający alkoholu młody dziennikarz Marion T. Bell w mieścinie Gable's Ferry spotyka enigmatycznego kowboja Johna Charlesa Harta, który zaprasza go do chaty przyjaciela zwanego Matką Piąchą. Mężczyźni zwyczajowo mają polować na mustangi, a zaintrygowany postacią Harta, przepijający spadek gryzipiórek, mimo braku doświadczenia, bez namysłu przyjmuje propozycję praktycznie obcego jegomościa. A nazajutrz poznaje Matkę, jak wkrótce odnotuje, zaskakująco zwinnego wielkoluda, cierpliwego mentora i sympatycznego towarzysza, w przeciwieństwie do swojego długoletniego przyjaciela, nieszczędzącego Bellowi informacji o sobie. Męską sielankę przerwą dwie straszliwie sponiewierane kobiety, uciekinierki z obozu diabolicznych Sióstr Valenzura, Meksykanek kierujących odrażającym procederem i oddającym cześć Starym Bogom. Przerażająca relacja jednej z ofiar handlarzy ludźmi z hacjendy po drugiej stronie Rio Grande, urodziwej Meksykanki, półkrwi Indianki Eleny i jej upór w dążeniu do ponownego spotkania z oprawcami zmuszą trzech dżentelmenów do zaangażowania się w wielce ryzykowną misję. Krwawą przeprawę.

Okładka książki. „Przeprawa”, Wydawnictwo Skarpa Warszawska 2024

Minipowieść, ewentualnie dłuższe opowiadanie wielkiego Jacka Ketchuma (właściwie Dallas William Mayr), nieodżałowanego amerykańskiego pisarza w 2011 roku uhonorowanego World Horror Convention Grand Master Award za wybitny wkład w gatunek horroru, autora między innymi kontrowersyjnej powieści „Poza sezonem”, otwarcia kanibalistycznego cyklu częściowo przeniesionego na ekran; zainspirowanymi prawdziwymi wydarzeniami, wstrząsającymi „Jedynym dzieckiem” i „Dziewczyną z sąsiedztwa, która też doczekała się swojej filmowej wersji (udane przedsięwzięcie pod dyrekcją artystyczną Gregory'ego Wilsona uwolnione w roku 2007) oraz zdobywcy Bram Stoker Award, zekranizowanego przez Chrisa Sivertsona utworu w Polsce publikowanego pod tytułem „Straceni”. Bram Stoker Award gorąco dopingowany przez Stephena Kinga (Ketchum nazwał go swoim niezwykłym cheerleaderem), „najstraszniejszy facet w Ameryce” otrzymał choćby za opowiadanie „Pudełko” z kolekcji „Królestwo Spokoju” - laureatka tej samej prestiżowej nagrody - na kanwie którego powstała miniprodukcja w reżyserii Jovanki Vuckovic, jeden z segmentów filmowej antologii z 2017 roku pt. „XX”. „Przeprawa” (oryg. „The Crossing”) swoją światową premierę miała w roku 2003, a pierwszą polskojęzyczną edycję wypuszczono aż dwadzieścia jeden lat później – efektowna oferta Wydawnictwa Skarpa Warszawska w starannym tłumaczeniu Roberta J. Szmidta. Twarda oprawa apetycznie ozdobiona przez Piotra Cieślińskiego, szkarłatne brzegi kart i graficzne elementy dekoracyjne w środku: rozbryzgi czarnej krwi i dwa symbole Dzikiego Zachodu w „rozdziałowym odliczaniu”.

Rape and revenge na Dzikim Zachodzie. Przekształcenie scenariusza filmowego Jacka Ketchuma zainspirowanego paskudną działalnością czterech sióstr z meksykańskiego stanu Guanajuato. María Delfina González Valenzuela, María del Carmen González Valenzuela, María Luisa González Valenzuela oraz María de Jesús González Valenzuela w latach 1950-1964 prowadziły stręczycielski przybytek o nazwie „Rancho El Ángel”, hacjendę tortur, w której zamordowano co najmniej dziewięćdziesiąt jeden osób. Z naciskiem na „co najmniej”, bo siostry Valenzuela - wpisane do Księgi Rekordów Guinnessa jako najbardziej płodne partnerstwo w zabijaniu - mogły unicestwić nawet więcej niż dwieście istnień. W każdym razie na ich ranczo znaleziono ciała/szczątki osiemdziesięciu kobiet, kilkunastu mężczyzn i paru płodów. Wpływ na „Przeprawę” wywarła też autentyczna historia bodaj z lat 50. XX wieku – przykre spotkanie kierowcy ciężarówki z dwiema nagimi niewiastami, które miały zbiec z obozu niewolników, prawdopodobnie założonego przez czcicieli Szatana handlującymi kobietami. Jack Ketchum dopatrzył się w tych paskudnych sprawach potencjału westernowego. Zmiana ram czasowych była podyktowana pragnieniem skonfrontowania „potworów w ludzkiej skórze” z dzielnymi kowbojami - ta wizja wydawała mu się atrakcyjniejsza od typowej akcji policyjnej. Potrzebował jeszcze jakiegoś krwawego konfliktu pasującego do nagłego zainteresowania „drugą stroną Rio Grande”, do wypuszczenia się na terytorium wrogów amerykańskich rewolwerowców. Do głowy przyszła mu wojna z lat 1846-1848, a po przeanalizowaniu tematu – zagłębieniu się w historię – poczuł, że znalazł idealny rok dla „nieznanej misji amerykańsko-meksykańskiej”. Urodzony w Livingston w stanie New Jersey absolwent Emerson College w Bostonie, gdzie uzyskał tytuł licencjata z języka angielskiego, pojętny uczeń protegowanego Howarda Phillipsa Lovecrafta, Roberta Blocha, autora między innymi zekranizowanej przez Alfreda Hitchcocka „Psychozy”, scenariusz nigdy nienakręconego filmu o prawdziwej męskiej przyjaźni na Dzikim Zachodzie w końcu przerobił na umowne sprawozdanie gryzipiórka z „The Sun”. Spiritus movens narratora „Przeprawy” Mariona T. Bella był Edward Zane Carroll Judson senior, bardziej znany jako Ned Buntline, amerykański wydawca, dziennikarz i pisarz żyjących w latach 1821-1886, na teksty którego Ketchum natrafił w fazie fascynacji Jamesem Butlerem 'Dzikim Billem' Hickokiem. Niechronologiczny zapis wydarzeń ze schyłku pierwszej połowy XIX wieku. Fragment biografii amerykańskiego dziennikarza i koszmarne wspomnienia poznanej w szokujących okolicznościach podchodzącej z Meksyku półkrwi Indianki. Fikcyjni sojusznicy „ożywieni” pod natchnieniem postaci autentycznych. „Przeprawę” otwiera rzeź kurczaków na skromnej farmie w Meksyku. Błyskawicznie eskalująca, radosna przemoc - czysty sadyzm – członków niesławnej bandy wiedźm Valenzura: Ewy, Marii i Lucii. Początek długiej gehenny nastoletniej Celiny i jej starszej siostry Eleny. Niewolnice bezkarnych degeneratów torturujących, gwałcących i mordujących, urzędujących w ohydnej hacjendzie (nad)gorliwych wyznawców Starych Bogów. Mitologia aztecka, ale „dziwnie” pachnąca mitologią Cthulhu.

Okładka książki. „The Crossing”, Crossroads Press 2018

W sennej miejscowości Gable's Ferry, „na drugim brzegu rzeki Kolorado, na południe od złotonośnych pól Kalifornii i na północ od Meksyku” w roku zakończenia wojny amerykańsko-meksykańskiej dwudziestojednoletni moczymorda Marion Bell w zatłoczonym Little Fanny Saloon z narastającym zdumieniem przygląda się karcianej rozgrywce, w której bierze udział legendarny zwiadowca John Charles Hart. Imponująca odwaga niesamotnego jeźdźca, który z jakiegoś sobie tylko znanego powodu (tę zagadkę może rozwiązać „genealogiczna dociekliwość” młodego Bella) zwraca uwagę na wiecznie pijanego dziedzica, marnującego w gruncie rzeczy dobre pióro na niezbyt wysoko opłacane depesze dla „The Sun”. Podziwiany poskramiacz mustangów, skryty kowboj współpracujący z serdecznym Matką Piąchą, wspaniałomyślnie oferuje najwyraźniej staczającemu się narratorowi, byłemu korespondentowi wojennemu, który pojechał za generałem Winfieldem Scottem, aż do Mexico City, pobyt w nieekskluzywnym „hotelu”. Oferta pracy, ale nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że Hartowi zależy na odseparowaniu obiecującego dziennikarza od alkoholu. Odwyk w chacie wielkoluda i oczywiście pustyni pełnej dzikich koni. Najwspanialsza przygoda w dotychczasowym życiu Mariona Bella – przygoda z „tą bryłą lodu”, jak zwykli nazywać generała Scotta nowi przyjaciele głównego bohatera „Przeprawy”, którą ten ostatni tak się przechwalał, nie umywa się do przygody z poskramiaczami mustangów – płynnie przechodząca w najczarniejszy rozdział jego umiarkowanie barwnej kroniki. Wyjście z krzaków nagich kobiet, które sądząc po obrażeniach, powinny już nie żyć. Konną podróż do chaty dobrodusznego Matki, przetrwa tylko jedna: najwidoczniej niepoczuwająca się do wdzięczności Elena. W każdym razie po niepokojącym incydencie nocnym – delikatnie mówiąc, nietypowe zachowanie nieszczęsnej niewiasty – bezinteresowni dobroczyńcy z Dzikiego Zachodu będą musieli przyznać, że przeczucia jednego z nich okazały się trafne. Bo John Charles Hart od początku okazywał nieufność graniczącą z wrogością istocie ludzkiej przez rodaków potraktowanej jak śmieć. Gorzej! Okropna to historia, tym bardziej, że generalnie rzecz biorąc niebędąca produktem rozbuchanej wyobraźni autora. W okrucieństwie fikcja nigdy nie przegoni rzeczywistości, dlatego mistrz prozy bezkompromisowej nie ograniczał się do fabuł całkowicie zmyślonych. Poza tym potrzebował bezpiecznego upustu dla wściekłości na niektórych przedstawicieli własnego gatunku. „Antropologia niepopularna”. Badacz nieobojętny na bestialstwo, pisarz nielukrujący rzeczywistości, wychowawca niegloryfikujący ludzkości. Wergiliusz w ziemskim piekle. Tym razem piekle kobiet zarządzanym przez kobiety. Biznes sadystyczny Sióstr Valenzura, który może przypomnieć „Dziewczynę z sąsiedztwa”, opus magnum Jacka Ketchuma, mękę nastoletniej Meg i jej niepełnosprawnej siostry Susan, zbeletryzowaną wersję wstrząsającej historii biednej Sylvii Likens. „Przeprawa” wprawdzie obchodzi się z czytelnikiem łagodniej – a przynajmniej mną nie targały tak silne emocje, jak podczas każdorazowej lektury kultowej „Dziewczyny z sąsiedztwa” - nie ulega jednak wątpliwości, że w wystawnie urządzonej hacjendzie zwyrodnialców z „drugiej strony Rio Grande” rozgrywają się dantejskie sceny, boleśnie znane, podejrzewam, najbardziej znanej bohaterce Ketchuma. Przymusowe lokatorki domu sadystycznych uciech, gdzie tłumnie spędzają bogaci kupcy. Zniewolone przez ludzkie kreatury niemające litości nawet dla noworodków, a co tu dopiero mówić o nastoletnich dziewczętach i kurczakach (okno na podwórze chorych zabaw). Mściciele z Dzikiego Zachodu czy szlachetny oddział Temidy? Jeden z ostatnich bastionów Sprawiedliwości? Na pewno akt miłości i dżentelmeńska przysługa, ale za tą potencjalnie straceńczą misją może też stać zwykła ludzka potrzeba ukarania winnych. Niezdolność do darowania barbarzyństwa i pewność, że ta obleśna machina inaczej się nie zatrzyma. Skrajna nietolerancja na dewiantów. Umiarkowanie makabryczna przejażdżka po Brutalnym Zachodzie, nieprzesadnie mocny horror western, który aż prosiło się rozbudować. Miał Ketchum materiał na maxipowieść, a postawił na minipowieść.

Przebieżka z Jackiem Ketchumem, czyli fatalny sposób na pozbycie się nadmiernego napięcia mięśniowego;) Krótka „Przeprawa” na Dzikim Zachodzie. Mam niedosyt, ale pierwszy polski partner rzeczonej konnej wyprawy wkrótce powinien temu zaradzić. Wydawnictwo Skarpa Warszawska przygotowuje bowiem dłuższe dziełko autora do bólu szczerego; kolejną premierową ofertę rodzimego wydawniczego biura podróży. „Przebudzenie” bestii w Polsce. Tymczasem nie zaszkodzi dotrzymać towarzystwa „ostatnim sprawiedliwym”. Zanurzyć się w bagnie nieurojonym. Odwiedzić obskurny saloon odnowy biologicznej artysty nieokiełznanego.

niedziela, 10 marca 2024

Kim Stanley Robinson „Czerwony Mars”

 
W 2026 roku rozpoczyna się pierwsza kolonialna podróż na Marsa. Na pokład Aresa, największego międzyplanetarnego statku w historii eksploracji kosmosu, trafia teoretycznie starannie wyselekcjonowana setka ochotników, w większości złożona z obywateli Stanów Zjednoczonych i Rosji. Specjalistów w różnych dziedzinach, którzy mają położyć podwaliny pod cywilizację marsjańską. Niezwłocznie po wylądowaniu na Czerwonej Planecie sławni koloniści, zgodnie z wytycznymi ziemskich zwierzchników, rozpoczynają budowę pierwszej osady na martwym globie, w nadziei na stworzenie lepszej alternatywy cywilizacyjnej dla ludzkości. Główną osią niezgody jest terraformowanie Marsa – gorących zwolenników tego, jak się wydaje, nieuniknionego procesu nazywa się „zielonymi”, a zaciekłych przeciwników „czerwonymi” - niektórzy jednak uważają, że przede wszystkim należy odciąć się od rodzimej planety, przestać spełniać życzenia potężnych mieszkańców wyeksploatowanej, przeludnionej Ziemi. I wszystko wskazuje na to, że Marsa czeka identyczny los. Zamiast marsjańskiej utopii, destrukcyjna pogoń za zyskiem.

Okładka książki. „Czerwony Mars”, Vesper 2023

Uznawany za jednego z najwybitniejszych współczesnych autorów science fiction, zdobywca wielu prestiżowych nagród (między innymi Hugo Award, World Fantasy Award, Locus Awards, Nebula Awards, John W. Campbell Memorial Award, Arthur C. Clarke Award), Kim Stanley Robinson urodził się w Waukegan w stanie Illinois, a studiował na University of California w San Diego, gdzie uzyskał tytuł licencjata z literatury, a następnie na Uniwersytecie Bostońskim skutecznie zawalczył o tytuł magistra filologii angielskiej. Parę lat później zrobił doktorat z języka angielskiego na University of California w San Diego, a jego promotorem był amerykański krytyk literacki, filozof i badacz marksizmu Fredric Jameson, który „zaraził go” miłością do twórczości Philipa K. Dicka – praca doktorska Robinsona pt. „The Novels of Philip K. Dick” została wydana, w twardej oprawie, w 1984 roku przez UMI Research Press. W tym samym roku opublikowano jego pierwsze dwie powieści: „The Wild Shore” (pol. „Dziki brzeg”), otwarcie „Three Californias Trilogy” oraz „Icehenge”, przy czym już w 1976 roku gościł w antologicznej serii (konkretnie tomie osiemnastym projektu Damona Knighta pt. „Orbit”), a właściwie ten zaszczyt spotkał jedno z jego opowiadań: „In Pierson's Orchestra”. W swoich opowieściach Kim Stanley Robinson zazwyczaj silny nacisk kładzie na tematy środowiskowe, polityczne, społeczne i ekonomiczne – socjaldemokrata, specjalizujący się w antykapitalistycznych wizjach utopijnych (stawiany obok Ursuli K. Le Guin, w kulturalnej kontrze do tak zwanego prawicowo-libertariańskiego obozu na terytorium fantastyki naukowej: dzieła między innymi Roberta A. Heinleina, Larry'ego Nivena i Poula Andersona).

Epopeja wyrosła z pragnienia wyruszenia na wprawę z plecakiem po Marsie, z wypiekami na twarzy oglądanego na zdjęciach satelitarnych udostępnianych przez NASA. Jedno z najbardziej znanych literackich dokonań amerykańskiego giganta w dziedzinie science fiction, Kima Stanleya Robinsona, oficjalnie otwarta w 1992 roku „Trylogia marsjańska” (oryg. „Mars Trilogy”), poruszająca podobne tematy, co osadzona w innym uniwersum powieść „Icehenge”, jedno z pierwszych opublikowanych dzieł człowieka zafascynowanego (Nie)Martwą Planetą. Potężna operacja artystyczna – etap pierwszy: „Czerwony Mars” (oryg. „Red Mars”), etap drugi: „Zielony Mars” (oryg. „Green Mars”), etap trzeci „Błękitny Mars” (oryg. „Blue Mars”), dodatek: zbiór opowiadań „The Martians”) - wznowiona przez wydawnictwo Vesper. Pierwsza polskojęzyczna edycja marsjańskiego tryptyku Robinsona została wypuszczona w drugiej połowie lat 90. XX wieku przez oficynę Prószyński i S-ka, a „marsjańska akcja” Vesper ruszyła w latach 20. XXI wieku. W 2023 roku w „Wymiarach” (vesperowa seria science fiction i science fantasy) objawił się „Czerwony Mars”, ponad dziewięćsetstronicowa „książeczka” z mapą tytułowej planety, w twardej okładce hipnotyzującej – graficzne arcydzieło Michała Loranca i Celes Design – i szlachetnym tłumaczeniu Ewy Wojtczak. Soczyście czerwona cegła, do której już w roku 2024 dołączy soczyście zielona koleżanka. Urbanistyczne wyzwanie Homo sapiens. Przystosowanie środowiska do wygórowanych potrzeb człowieka, inwazyjny gatunek obcy na czwartej planecie od Słońca. Potencjalny niszczyciel wszechświata. Marsjańska misja w ośmiu częściach – księgi spisane w trzeciej osobie reprezentowane przez różne postaci. Najpierw uprzedzenie faktów, czyli wydarzenia z 2053 roku, tragiczne w skutkach knowania Franka Chalmersa, rzekomego przyjaciela pierwszego człowieka na Marsie, charyzmatycznego, pewnego siebie amerykańskiego astronauty Johna Boone'a. Potem cofamy się do 2026 roku, przenosimy na Aresa, międzyplanetarny statek kosmiczny, dowodzony przez poznanego już Amerykanina Franka Chalmersa i Rosjankę Maję Jekatierinę Tojtowną, centralną postać drugiego „aktu” oszałamiającego „widowiska” Kima Stanleya Robinsona. Zniewalającej uczty wyobraźni dla przywiązujących wagę do detali. Lubiących smakować słowa, nieśpiesznie zanurzać w literackich światach nie ledwie naszkicowanych. Trzydzieścioro pięcioro obywateli i obywatelek Stanów Zjednoczonych, trzydzieścioro pięcioro obywateli i obywatelek Rosji i trzydzieścioro kobiet i mężczyzn z innych rejonów, zgodnie z przewidywaniami naukowców, umierającej Ziemi – efekt całkowitej obojętności zmianami klimatycznymi lub zielonej polityki poprzednich pokoleń sprowadzającej się do „bla, bla, bla”, pazerności korporacji, ulubionego sposobu ludzkości na (nie)radzenie sobie z problemami, czyli eksterminowania własnego gatunku i może nader efektywnej polityki prodemograficznej (ludzkość w swojej nieskończonej mądrości na alarmujące wiadomości o kurczących się zasobach Ziemi odpowiedziała szeroko zakrojoną kampanią na rzecz globalnego przeludnienia) – to dumni zwycięzcy wybitnie wymagającego programu zorganizowane na neutralnej Antarktydzie. Ostatnia faza selekcji ochotników do przeprowadzki na Marsa. W kosmicznej podróży Robinsona na pierwszy plan wysuną się rozterki miłosne kapitan Tojtowny, małostkowej, nadwrażliwej kobiety, której potęgą jest urok osobisty. Hipotetyczna femme fatale, niekoniecznie z premedytacja wbijająca klin między długoletnich przyjaciół, Johna Boone'a i Franka Chalmersa. Frapująca szorstka przyjaźń oparta na współzawodnictwie, w moim poczuciu jedna z najciekawszych więzi w tej przepastnej skarbnicy relacji interpersonalnych.

Okładka książki. „Red Mars”, Harper Voyager 2009

„Nie jesteśmy władcami wszechświata. Stanowimy tylko jego niewielką cząstkę. Możliwe, że jesteśmy jego jedyną świadomością, ale być świadomością wszechświata nie oznacza zmieniania wszystkiego na swoje podobieństwo, na własny lustrzany obraz. Oznacza raczej dostosowywanie się do świata takiego, jakim jest, i otaczanie go szacunkiem.”

Ilu naukowców, tyle opinii. Kim Stanley Robinson w „Czerwonym Marsie” poza wszystkim innym starał się pokazać jak różnorodnym środowiskiem może być stosunkowo niewielka grupa uczonych. Wyraźną zapowiedź podziałów w pierwszej setce marsjańskich kolonistów znajdujemy już na Aresie – ożywione dysputy polityczne, socjologiczne, środowiskowe. Russell Sax twardo obstaje przy terraformowaniu Marsa, tym samym poważnie narażającej się Ann Clayborne, najmniej ugodowej członkini tutejszego zespołu areologów, przerażoną perspektywą wprowadzenia nieodwracalnych zmian na jej ukochanej planecie. Autor „Czerwonego Marsa” jest zwolennikiem zrównoważonego rozwoju ekologicznego, mądrego krzyżowania technologii z dobrem naturalnym – droga środka, pomiędzy „zielonymi” Saxa i „czerwonymi” Ann. Ale na Aresie najwięcej emocji wywołuje Arkady Nikołajewicz Bogdanow, tym samym stając się największym problemem swojej przełożonej. Kapitan Maja Tojtowna odpowiedzialnością za wszelkie niesnaski w grupie obarcza wyłącznie tego wywrotowca, któremu najwidoczniej udało się przeciągnąć na swoją stronę Johna Boone'a. W każdym razie najbardziej szanowany człowiek na Aresie z jakiegoś zagadkowego powodu zaprzyjaźnił się, jak się wydaje, ze swoim kompletnym przeciwieństwem, Rosjaninem agitującym za wypowiedzeniem posłuszeństwa United Nations Organization of Mars Affairs (UNOMA), agendzie ONZ teoretycznie nadzorującej misję Mars. W rzeczywistości: gwiezdne wojny gospodarcze. Jakże typowa bezrozumna walka rządów, organizacji pozarządowych i przede wszystkim ponadnarodowych konsorcjów o zasoby naturalne i cudowne wynalazki marsjańskich kolonistów. Nie mniej ważne jest miejsce – sposób na zwalczenie kryzysu populacyjnego na Ziemi, uszczuplenie zasobów ludzkich, których rodzima planeta niepodobna wykarmić. Część trzecia „Czerwonego Marsa” Kima Stanleya Robinsona podąża za przyjaciółką Mai Tojtowny, specjalizującą się w budownictwie Nadieżdżą Francine Czernieszewską – pięcioletnia praca pierwszych osadników, imponująco sprawne tworzenie pierwszej miejscowości w tej części Układu Słonecznego. Czas Nadii, pracoholiczki zacieśniającej więzi z tymczasowo przebywającym na Fobosie, księżycu-asteroidzie, Arkadym Bogdanowem i zwyczajowo irytowanej przez nadmiernie skupioną na sobie Maję. W części czwartej wejdziemy w depresyjną rzeczywistość Michela Duvala, tęskniącego za poprzednim domem jedynego psychologa w pierwszej setce, a po nim pałeczkę przejmie detektyw John Boone. W każdym razie on sam lubi o sobie myśleć, jak o pierwszym detektywie na planecie Mars. W 2046 roku ten sympatyczny narcyz rozpoczyna śledztwo w sprawie domniemanego sabotażu dokonań Saxa Russella, terraformera finansowo wspieranego przez przynajmniej jedno ponadnarodowe konsorcjum oczywiście liczące na niebagatelne zyski z tej marsjańskiej inwestycji, którego można określić jako bezpośredniego przełożonego Boone'a. Wciągająca historia szpiegowska z rozczarowującym finałem. I ciąg dalszy części pierwszej, kontynuacja niezbyt komfortowej przygody z Frankiem Chalmersem, cynicznym, porywczym, opryskliwym jegomościem najwyraźniej odpowiadającym za bezpieczeństwo w ziszczeniu sennych komarów Ann Clayborne. Slumsy marsjańskie. Rosnąca przestępczość, przymusowa praca, deficyt mieszkań i już zaglądający w oczy głód – tak ludzkość uczy się na własnych błędach. W części piątej wracamy do Nadii, na własnej skórze przekonującej się, jak przez dziesiątki lat czuła się najżarliwsza „czerwona”, nieskuteczna obrończyni naturalnego Marsa. Spodziewany rozwój sytuacji na planecie nawiedzonej przez ludzi. A ostatnie słowa w „Czerwonym Marsie” ma wspomniana pani areolog, załamana Kassandra w niebezpiecznej podróży zorganizowanej przez dawno niewidzianego przyjaciela. Garstka ocalałych w drodze do marsjańskiej Ziemi Obiecanej. Nowa nadzieja między innymi leciwych istot swego czasu poddanych eksperymentowi gerontologicznemu.

Kolonizacja realistyczna. Przestroga przed tak zwanym niezrównoważonym rozwojem, poszerzaniem korporacyjnych wpływów, niekontrolowaną eksploatacją, przed podbojem planet. Wołanie o rozsądek w wyścigu kosmicznym. Zapierający dech w piersiach „Czerwony Mars” Kima Stanleya Robinsona. Planeta pieczołowicie „przekalkowana”; sugestywne krajobrazy marsjańskie w uhonorowanej Nebula Award i BSFA Award pierwszej odsłonie powieściowej trylogii o spełnieniu wielkiej ambicji (niecałego) gatunku ludzkiego. Wymagająca lektura nie tylko dla entuzjastów programów kosmicznych. Miłość, przyjaźń i spiski na Marsie. Spektakularna wyprawa literacka!

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

piątek, 8 marca 2024

„Dobry piesek!” (2022)

 
Aspołeczny młody multimilioner Christian przez aplikację randkową poznaje towarzyską studentkę Sigrid. Kobieta spędza u niego noc, a rano doznaje szoku na widok dorosłego mężczyzny w kostiumie psa grzecznie siedzącego obok łóżka swego pana. Christian próbuje wyjaśnić, ale dziewczyna upiera się przy natychmiastowym powrocie do akademika. Po rozmowie z przyjaciółką Sigrid postanawia dać szansę ekscentrycznemu dziedzicowi fortuny mieszkającemu z człowiekiem zachowującym się jak pies. Najlepszy przyjaciel Christian ma na imię Frank i według bohatersko opiekującego się nim wyobcowanego bogacza, chce być traktowany jak zwierzę. Sigrid szybko przyzwyczaja się do tego nietypowego układu, pozytywnie zaskakując nowego partnera nawiązaniem więzi z jego „pupilem”. Wszystko wskazuje na to, że „dobry piesek” polubił dziewczynę swego właściciela, że boleśnie samotny przedstawiciel norweskiej klasy najwyższej wreszcie znalazł swoją drugą połówkę, idealną kandydatkę na życiową towarzyszkę. Lepszego obrotu spraw nie mógł sobie wymarzyć... żadna idylla nie trwa jednak wiecznie.

Plakat filmu. „Good Boy” 2022, Fredagsfilm AS, The Norwegian University of Science and Technology (NTNU)

W 2018 roku aspirującego filmowca z Norwegii Viljara Bøe nawiedziła myśl o dorosłym człowieku przebranym za psa. Stwierdził, że to doskonały pomysł na scenariusz i miał silne przeczucie graniczące z pewnością, że zrodził się pod wpływem „Pięćdziesięciu twarzy Greya” E.L. James, ewentualnie jej filmowej adaptacji w reżyserii Sam Taylor-Johnson oraz „Pięknej i Bestii” Gabrielle-Suzanne Barbot de Villeneuve bądź opartego na rzeczonej starej baśni filmu animowanego ze stajni Walta Disneya w reżyserii Kirka Wise'a i Gary'ego Trousdale'a lub filmu fabularnego w reżyserii Billa Condona. Rozpoczęcie prac nad scenariuszem „Dobrego pieska!” (oryg. „Good Boy” aka „Meg, deg & Frank aka „Me, You & Frank”) musiało jeszcze trochę poczekać, gdyż Bøe woli jak historie dojrzewają w nim w swoim, choćby nawet niemiłosiernie wolnym tempie – artysta, który niczego nie chce robić na siłę. Zarzeka się, że wcześniej nie słyszał o fetyszu „puppy style”, przyznał jednak, że stronę wizualną jego specyficznego obrazu inspirowały filmowe dokonania Larsa von Triera i styl Dogme 95 (manifest artystyczny wydany między innymi przez wspomnianego duńskiego skandalistę w 1995 roku). Norweskiego thrillera psychologicznego - przy czym pierwszy „akt” był konstruowany z myślą o komedii romantycznej - częściowo zrealizowanego w prywatnym domku reżysera i scenarzysty. Po raz pierwszy pokazany we wrześniu 2022 roku na amerykańskim Beyond Fest – polska premiera odbyła się w sierpniu 2023 na Octopus Film Festival – a szeroka dystrybucja (internet, kino) ruszyła we wrześniu 2023.

Viljara Bøe zawsze ciekawiła relacja człowieka i psa. Nazywani najlepszymi przyjaciółmi, ale tak naprawdę niemający wyboru – stworzenia tresowane, czasami boleśnie karane za zachowania odbiegające od oczekiwań istot, nie wiedzieć czemu, przekonanych, że ubezwłasnowolnione czworonogi darzą ich bezgraniczna miłością. W każdym razie czołowy twórca „Dobrego pieska!” nie jest pewien, czy przedstawiciele jego gatunku dobrze interpretują sygnały wysyłane przez swoich pupili. A jeśli mylą nienawiść z miłością? Może bycie czyjąś własnością nie podoba im się tak bardzo, jak wielu myśli? Pan/pani, właściciel/właścicielka – czy tak powinni się tytułować nasi przyjaciele? Nasi nie, ale o najlepszych przyjaciołach człowieka jak najbardziej wypada wyrażać się jak o rzeczach... albo niewolnikach. Ryzykowny eksperyment myślowy Viljara Bøe, który miał świadomość, że jego film może wywołać małą burzę, a już na pewno spodziewał się kontrowersji wokół zakończenia „Dobrego pieska!”. Tak czy inaczej, trudno nie doszukiwać się tutaj próby zrewolucjonizowania myślenia o czworonożnych „członkach ludzkich rodzin”. Skoro tak trudno wczuć się w stan wewnętrzny zwierząt, „stańmy się nimi”. Umówmy się, że to nie jest człowiek, tylko pies. Dehumanizacja stymulatorem empatii? Broń obosieczna. Ulubione narzędzie opętanych żądzą władzy, można zwrócić przeciwko nim. Wykorzystać jedną z pewniejszych metod budowania kapitału politycznego - Divide et impera! - do rozwijania umiejętności, która sojuszniczką pazernych na władzę na pewno nie jest. Współczującym społeczeństwem trudniej się rządzi. Tylko czy Christian (perfekcyjna kreacja Garda Løkke'a) chce być „na szczycie łańcucha pokarmowego” w najmniejszej komórce społecznej, jaką najwidoczniej szczerze pragnie zbudować? Rola pana czyniąca zeń niewolnika? Nieakceptowalny społecznie komfort życiowy długoletniego przyjaciela przeszkodą do uzyskania komfortu własnego. Współczesny altruista najwyraźniej rozczarowany tempem przemian obyczajowych na świecie. Już na pierwszej randce Christian daje Sigrid (zadowalający występ Katrine Lovise Øpstad Fredriksen) do zrozumienia, że nie podziela jej pozytywnego postrzegania rzeczywistości. W przeciwieństwie do tej zdumiewająco tolerancyjnej dziewczyny, Christian pewnie bez wahania podpisałby się pod „obwieszczeniem” Rocky'ego Balboa: „Świat to nie samo słoneczko i tęcze. To podłe i okrutne miejsce [...]”. Wychowany w dobrobycie materialnym przystojny kawaler z potencjalną i w ocenie Sigrid zupełnie niegroźną, wręcz uroczą obsesją na punkcie kontroli (to jego liczenie spożytych kalorii), mentalnie przygotował się na kolejne definitywne pożegnanie z sympatyczną dziewczyną, a ta nagle zgłasza gotowość do zacieśniania więzi z mężczyzną i jego „psem”. Nietradycyjny model rodziny. Instynkt nakazał Sigrid ucieczkę, ale po rozmowie z najlepszą przyjaciółką i współlokatorką Aurorą (niewielka rola Amalie Willoch Njaastad) zawstydziła się tą rejteradą. Deklarowała pełne poparcie dla systemowego wsparcia mniejszości społecznych (tj. zrównanie mniejszości w prawach), a kiedy los powiedział „sprawdzam”, zachowała się jak zdecydowana zwolenniczka „jedynego słusznego modelu życia”. Wylazła z niej hipokrytka. Wróciła, żeby odzyskać szacunek do samej siebie? Człowiek identyfikujący się z psem nie zaszokował jej tak, jak „spojrzenie w twarz” Sigrid, jakiej nie jest w stanie polubić? Albo poleciała na kasę.

Plakat filmu. „Good Boy” 2022, Fredagsfilm AS, The Norwegian University of Science and Technology (NTNU)

Dopieszczona sztuka minimalizmu w typowo skandynawskim - chłodnym - klimacie. Niedrogi spektakl filmowy, wystawiony przez człowieka, który wbrew obiegowej opinii nie uważa, że im większe zaplecze finansowe, tym większa wolność artystyczna. Viljar Bøe podejrzewa, że jego „Dobry piesek!” wyglądałby inaczej, gdyby „wyszedł” z jakiejś nieszczędzącej na niego pieniędzy wielkiej firmy producenckiej. Ograniczenia narzucane przez budżet bywają nieporównywalnie mniejsze od ograniczeń narzucanych przez producentów wykładających naprawdę grubą gotówkę w nadziei na naprawdę gruby zysk. Autor bezkompromisowej opowieści o jednostce psychicznie zwichrowanej przypuszczalnie musiałby przyciąć pazurki tego „pieska”, ażeby nie odstraszyć szerszej publiki (maksymalizacja stopy zwrotu z inwestycji). I zapomnieć o Dogme 95? Może tylko uwzględnić więcej rekwizytów (punkt pierwszy manifestu) i „elementów sztucznie wzbogacających akcję” (punkt szósty manifestu), koniecznie w „akcie” pierwszym, bo niepopularnie się wlecze. Slow burn romance z ociąganiem przechodzący w rasowy psychothriller z bohaterką slasherową - widać nie przyswoiła sobie wiedzy Randy'ego Meeksa. Toksyczny trójkąt, jakiego w kinie raczej się nie spotyka. Nowatorska wizja artystyczna, którą spokojnie mogło - ale według Viljara Bøe tak nie było - zainspirować samo życie. Ona, on i Frank: chodzący jak pies, jedzący i pijący jak pies, śpiący jak pies, szczekający, obwąchujący i radośnie „merdający ogonem” (trzęsący pośladkami) jak pies, ale formalnie rzecz biorąc to człowiek przebrany za psa. Przynajmniej dopóki nie zyska się pewności, że identyfikuje się jako pies. Pewnie nieprzypadkowo noszący imię Christian (patrz: inspiracyjne źródełko Viljara Bøe) współlokator tytułowej postaci, przekonuje, że wbrew pozorom, całkowicie nie przyzwyczaił się do tej sytuacji. Stwarza wrażenie niedostrzegającego jej wyjątkowości, a wręcz lekko zdziwionego zmieszaniem bliźnich na widok człowieka zachowującego się jak pies, ale zapewnia Sigrid, że po latach spędzonych z Frankiem nadal postrzega ich układ jako dziwactwo. Mimo starań nie udało mu się wmówić sobie, że przyjaciel z dzieciństwa jest przedstawicielem innego gatunku. Stara się dla Franka i nikt nie jest w stanie zawrócić go z tej drogi. Prędzej zrezygnuje z realizacji marzenia o założeniu rodziny, niż porzuci swoją życiową misję? Przyjaźń ważniejsza od miłości? Przez jego skromną posiadłość – Sigrid jest zachwycona, ale jak się dowie, ile chłopak ma na koncie, może dojść do wniosku, że to życie mocno poniżej jego możliwości finansowych – podobno przewinęła się już niejedna kobieta zainteresowana uwolnieniem Christiana od niewygodnego dla niego statusu singla i żadna nie zdecydowała się powtórzyć tej wizyty. Mówią, że szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać różnych rezultatów, a Christian konsekwentnie przedstawiał Franka niedoszłym narzeczonym, zamiast pozbyć się czynnika odstraszającego. Wreszcie postawić dobro własne nad dobrem przyjaciela? Tak czy inaczej, cierpliwość się opłaciła – okładany matrymonialnymi ciosami książę z bajki znalazł swoją księżniczkę. Introwertyk i ekstrawertyczka. Pesymista i optymistka. Pedant i bałaganiara. Planista i niezorganizowana. Klejem „przyjaźń międzygatunkowa”, czy jak kto woli umiejętność radykalnej akceptacji. Przystosowanie do życia w niepodręcznikowej rodzinie. Misterna pułapka doświadczonego duetu przestępczego? Metoda na mężczyznę identyfikującego się jako pies? A może oryginalne podejście do podgatunku animal attack (neo-animal attack)? Zbrodnia z zazdrości? Niewolnik czuje się zaniedbywany przez pana? Zmuszany do dzielenia przestrzeni z kobietą, która dla Franka w gruncie rzeczy jest obca? Nieważne, że poznał jej zapach, nieistotne, że Sigrid dobrze go traktuje, „pupilowi” Christiana mimo wszystko bardziej mógł odpowiadać poprzedni ustrój w domu. Wszystko rozstrzygnie się na odludziu. Z inności w swojskość. Gatunkowe klisze wątpliwym ratunkiem dla skołowanego odbiorcy. Ryzykowny rozwój innowacji. Efekt nowości wymieniony na efekt powtarzalności. Interesująca struktura - skuteczne odwrócenie kota ogonem – trzymająca w napięciu rozgrywka na dobrą sprawę konwencjonalna, dynamicznie rozwijająca się opowieść mroczna z mocną puentą - albo zmarnowanie dobrego pomysłu ucieczką w wyświechtane rozwiązania fabularne. Zdania są podzielone.

Charyzmatyczny urwis z Norwegi. Przekorna produkcja wyreżyserowana przez niezbyt doświadczonego filmowca Viljara Bøe w oparciu o jego własny scenariusz. Dająca do myślenia tragiczna historia miłosna. Niemoralna propozycja, jakiej można było się spodziewać po miłośniku twórczości Larsa von Triera;) Burzyciel porządku publicznego dla niepoznaki nazwany „Dobrym pieskiem!”. Potwór Gender lub podobne stworzenie, od którego prawomyślni obywatele powinni trzymać się z dala. I po co tak straszyć? Nie histeryzujmy, tylko czym prędzej przytulmy tę nieprzesadnie krnąbrną istotkę. Potrafi się odwdzięczyć.

środa, 6 marca 2024

Zakupy

 
Wydawnictwo Skarpa Warszawska „bierze się” za twórczość nieodżałowanego Jacka Katchuma – na pierwszy ogień poszła „Przeprawa” (oryg. „The Crossings”), dłuższe opowiadanie, ewentualnie minipowieść z 2003 roku, której akcja rozgrywa się na Dzikim Zachodzie, a w przygotowaniu powieść „Przebudzenie” (oryg. „She Wakes”) pierwotnie wydana w roku 1989. Nie mogłam też przegapić kolejnego utworu Victora LaValle'a, autora „Odmieńca” i „Ballady o Czarnym Tomie” oraz próbki twórczości Matthew Phippsa Shiela, którego pióro zachwalał sam Howard Phillips Lovecraft – zbioru opowiadań niesamowitych pt. „Dom dźwięków”.Jest też trochę true crime: wyznania legendy profilowania psychologicznego Roberta Kennetha Resslera, owoc współpracy z amerykańskim pisarzem, dziennikarzem i filmowcem Tomem Shachtmanem, „Seryjni mordercy. Moje dwadzieścia lat pracy w FBI” oraz wydany w ramach reporterskiej serii kryminalnej Wydawnictwa Poznańskiego „Ostatni trop. Tajemnica zaginięcia sióstr Lyon” Marka Roberta Bowdena. I...
 

 
Jack Ketchum „Przeprawa”
Victor LaValle „Samotne kobiety”
M.P. Shiel „Dom dźwięków”
Jozef Karika „Wiatr”
Juliusz Verne „Jeden dzień dziennikarza amerykańskiego w 2889 roku”, „Fantazja doktora Oxa”, „Mistrz Zachariasz”, „Dramat w balonie”
Gustav Meyrink „Golem”
 

 
Robert K. Ressler, Tom Shachtman „Seryjni mordercy. Moje dwadzieścia lat pracy w FBI”
Mark Bowden „Ostatni trop. Tajemnica zaginięcia sióstr Lyon”
David Quammen „Zaraza. Najskuteczniejsi zabójcy naszych czasów”
Alexis Henderson „Godzina wiedźm”
Naomi Alderman „Siła”
Helene Flood „Psychoterapeutka”