poniedziałek, 30 lipca 2012

„A Lonely Place to Die” (2011)

Pięcioosobowa grupa alpinistów wybiera się w szkockie góry, aby zdobyć jeden z tamtejszych szczytów. W lesie odnajdują zakopaną pod ziemią dziewczynkę. Decydując się na udzielenie jej niezbędnej pomocy podpisują na siebie wyrok śmierci, wszak jej porywacze nie mają zamiaru tak łatwo wypuścić z rąk swojego „łupu”.
Brytyjski thriller Juliana Gilbey’a z Melissą George w roli głównej. Właściwie to mogłabym przedstawić ten film w samych superlatywach, bo choć nie jest całkowicie pozbawiony wad, owe mankamenty w najmniejszym stopniu nie wpłynęły na mój ogólny odbiór tej pozycji. Zdecydowanie najlepszy jest survivalowy klimat. Bajeczne krajobrazy górzystych terenów Szkocji nie tylko zachwycają swoim niezaprzeczalnym pięknem wizualnym, ale również potęgują klimat alienacji, odosobnienia naszych protagonistów, którzy muszą zmierzyć się nie tylko z dziką naturą, ale również dwójką porywaczy, uzbrojonych w karabiny i napędzanych żądzą pieniądza. To prawda, że fabuła nie grzeszy zanadto oryginalnością, wszak filmów o zagubionych w lasach, ściganych przez psychopatów, niewinnych ludziach było już całkiem sporo, a to samo z pewnością można powiedzieć o motywie porwania dziecka dla okupu. Jednak integralnym elementem odróżniającym obraz Gilbey’a od innych survivali jest mistrzowskie wręcz potęgowanie napięcia – pomijając krótki wstęp praktycznie przez cały seans widz jest raczony dynamiczną akcją, która siłą rzeczy przyciąga wzrok spragnionego mocnych wrażeń odbiorcy.
Właściwa akcja filmu zawiązuje się w momencie odnalezienia zakopanej dziewczynki z Bliskiego Wschodu kilka centymetrów pod ziemią. Po krótkiej debacie bohaterowie postanawiają oczywiście się rozdzielić – jednak w przeciwieństwie do innych filmów grozy oni mają racjonalny powód do uczynienia takiego kroku. Dwoje najlepszych alpinistów postanawia przejść skrótem przez góry do miasta, aby wezwać pomoc, a pozostali prowadzą dziewczynkę ustalonym szlakiem. W tym momencie na scenie pojawiają się nasi antagoniści i jak można się tego łatwo domyślić zaczyna się krwawy pojedynek – polowanie na dobrych samarytaninów w dzikich ostępach leśnych, z dala od jakiejkolwiek cywilizacji. Trup ściele się gęsto, protagoniści są systematycznie eliminowani i tylko nieliczni będą mieli szansę na ostateczną konfrontację z porywaczami. Ostatnie pół godziny seansu, niestety, rozgrywa się w mieście. Twórcy rezygnując z leśnej scenerii równocześnie pozbawili kulminacyjny pojedynek większości napięcia. Finał również nie odznacza się niczym szczególnym, niestety zabrakło jakiegokolwiek elementu zaskoczenia, motywu, który na długo zapadłby w pamięć widza.
Wielbiciele kina grozy doskonale znają Melissę George, więc chyba nikomu nie muszę jej przedstawiać. Jak dla mnie była dodatkową ozdobą tego filmu, znacznie zawyżyła ogólny poziom aktorski, który sam w sobie, podobnie jak znakomita realizacja, był aż nadto profesjonalny. Ed Speleers i Alec Newman spisali się chyba równie dobrze jak George, nie dali się przyćmić jej popularności, pokazali, że też mają widzom coś do zaoferowania.
„A Lonely Place to Die” jest doskonałym przykładem na to, jak bez posiłkowania się efektami komputerowymi nakręcić sprawnie zrealizowany, trzymający w napięciu, wciągający thriller. Jak przekształcić oklepany survivalowy schemat w intrygującą rozrywkę. Okazuje się, że nie potrzeba hollywoodzkiego przepychu i maksymalnie nowatorskiej fabuły, aby zrobić dobry film, który ma szansę trafić w gusta szerokiego grona odbiorców.

sobota, 28 lipca 2012

Graham Masterton „Niewinna krew”

W prywatnej szkole w Los Angeles wybucha bomba, która pozbawia życia kilkoro dzieci i nauczycieli. Świadkiem tego zdarzenia jest scenarzysta Frank Bell, który w momencie wybuchu znajdował się wraz ze swoim ośmioletnim synem Dannym przed szkołą. Chłopczyk zostaje ugodzony odłamkiem w plecy i na skutek błędnej decyzji Bella umiera. Mężczyzna nie może pogodzić się ze śmiercią syna, co skutecznie utrudnia mu jego żona, która uparcie obwinia go za stratę Danny’ego. Tymczasem w Hollywood wybuchają kolejne bomby, a do zamachów przyznaje się grupa radykałów, która swoim terrorystycznym zachowaniem próbuje zmusić amerykański przemysł filmowy do zaprzestania emisji programów o obscenicznych treściach. Tymczasem Frank poznaje tajemniczą kobietą Astrid, z którą szybko wdaje się w romans, ponadto zaczyna widywać swojego zmarłego syna, który próbuje mu coś przekazać. Wkrótce okaże się, że zjawy z zaświatów mają swój osobisty interes w schwytaniu zamachowców.
Graham Masterton zasłynął przede wszystkim, jako autor krwawych horrorów, ale niewiele osób wie, że pisze również poradniki seksualne, powieści historyczne i rzecz jasna thrillery. Wydana po raz pierwszy w 2005 roku „Niewinna krew” fabularnie jest czystym dreszczowcem, aczkolwiek Masterton postanowił nieco urozmaicić akcję dodając elementy nadprzyrodzone, tak charakterystyczne dla horroru. W efekcie powstał całkiem interesujący miszmasz gatunkowy, który dosłownie czyta się jednym tchem.
„Naprawdę, Margot, liczy się nasz syn, martwy i zimny w kostnicy. Liczą się te wszystkie biedne dzieci, porozrywane na strzępy na szkolnym dziedzińcu. Chociaż – skoro ludzie tego świata zdolni są do tak ohydnych czynów – może nic już się nie liczy? Może nie ma już wśród ludzi nadziei, wiary, dobroci, nic niewarte są uśmiechy?”
Osobiście nigdy jakoś szczególnie nie przepadałam za horrorami Mastertona – ot, taka rozrywka na jeden raz. Bardziej gustuję w jego thrillerach, bo choć bywają aż nazbyt przewidywalne, każda poszczególna intryga jest do tego stopnia przemyślana i trzymająca w napięciu, że siłą rzeczy przyciąga uwagę czytelnika. „Niewinna krew” charakteryzuje się dokładnie takimi cechami. Fabuła już od pierwszych stron obiecuje czytelnikowi pełną zwrotów akcji, dynamiczną historię, w której trup ściele się gęsto. Po jednej z największych tragedii w historii Stanów Zjednoczonych ataki terrorystyczne obok masowych morderstw stały się jednym z największych zagrożeń dla współczesnej cywilizacji. Masterton doskonale wie, co przeraża dzisiejsze społeczeństwo i rzecz jasna wykorzystuje tę wiedzę w niniejszej powieści. Antagoniści, na pierwszy rzut oka, wydają się nie mieć żadnych racjonalnych powodów, które tłumaczyłyby ich zbrodnicze zachowanie. Ot, zwyczajni szaleńcy mordujący setki ludzi - pracowników najsłynniejszych wytwórni filmowych na świecie oraz turystów zwiedzających Hollywood. Szybko jednak okazuje się, że terroryści mają osobiste urazy do przemysłu rozrywkowego, który według nich mami społeczeństwo amerykańskim mitem szczęśliwego snu, w którym nie ma rodzin dysfunkcyjnych, nikt nie jest samotny, a wszystkie drobne problemy zawsze kończą się szczęśliwie - chyba nie oglądali żadnego horroru:) Czytelnik z biegiem trwania lektury dowie się, jakie piekło przeżyli członkowie grupy terrorystycznej, aczkolwiek ich motywy pozostaną niestety troszkę niejasne. Bowiem zamachowcy żądają od wytwórni filmowych zaprzestania emisji pełnych obscenicznych treści, bluźnierczych, przeładowanych przemocą, kontrowersyjnych programów, ale słowem nie wspominają o cukierkowatych filmach, które wzbudzają w nich taką wściekłość. W tym momencie Masterton dotyka bardzo delikatnej kwestii, która w dzisiejszych czasach, kiedy to o każde zło na świecie posądza się widzów takich krwawych obrazów jest jak najbardziej aktualna. Autor po prostu zapytuje, czy chcielibyśmy dostawać od branży filmowej tylko takie programy, jakie w mniemaniu grupy oszalałych radykałów są właściwe, czy chcielibyśmy, aby za pośrednictwem mediów ograniczano naszą wolność osobistą, narzucano swego rodzaju cenzurę? Rzecz jasna właściciele wytwórni filmowych postanowią nie ugiąć się naciskom terrorystów, co oczywiście doprowadzi do kolejnych zgonów niewinnych ludzi, w Hollywood zaczną wybuchać kolejne bomby, które zabiorą ze sobą setki istnień.
Obok wątku terrorystycznego na uwagę zasługują również wydarzenia z burzliwego życia Franka Bella, który obwinia się o tragiczną śmierć syna. Kiedy pozna tajemniczą Astrid czytelnik z miejsca domyśli się, że coś z nią jest nie tak i nie mówię tutaj tylko o jej perwersyjnych skłonnościach seksualnych, ale również niechęci w wyjawianiu jakichkolwiek faktów ze swojej przeszłości. Astrid jest dla Bella taką „czystą kartą” – on nie wie o niej nic, za to ona wydaje się znać go doskonale. Chciałabym powiedzieć, że wyjawienie prawdziwej tożsamości Astrid na końcu powieści było dla mnie ogromnym zaskoczeniem, ale niestety Mastertonowi nie udało się w najmniejszym stopniu mnie zadziwić. Może dlatego, że po zapoznaniu się z kilkoma jego thrillerami wiedziałam, jak rozszyfrować całą intrygę, wiedziałam czego mam się spodziewać. W przypadku postaci Astrid na rozwiązanie zagadki nakierował mnie jeden szczegół, już w trakcie jej pierwszego pojawienia się w centrum akcji – od tego momentu każda kolejna część układanki, podrzucana w trakcie lektury przez autora, tylko utwierdzała mnie w moich, jak się okazało prawidłowych, podejrzeniach. Ale jest jeszcze wątek nadprzyrodzony. Po zapoznaniu się z opisem powieści troszkę bałam się obecności duchów, gdyż jak już wspomniałam wcześniej, jak dla mnie Masterton nie radzi sobie najlepiej z literackim horrorem. Obawiałam się, że zjawy z zaświatów będą miały za zadanie przerazić czytelnika, co w moim przypadku temu autorowi nigdy się nie udało, ale na szczęście duchy mają tutaj innego rodzaju rolę do odegrania.
„Niewinną krew” mogę szczerze polecić wielbicielom trzymających w napięciu thrillerów, choć lojalnie ostrzegam, że w kilku momentach jest, aż do bólu przewidywalna. Mnie lektura wciągnęła dokładnie tak, jak inne dreszczowce tego autora, aczkolwiek przypominam, że ja należę do mniejszości, która nie przepada za jego horrorami.
Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

piątek, 27 lipca 2012

Głosowanie

Tak, jak obiecałam czas na kolejne głosowanie:) Tym razem proszę wymieniać w komentarzach lub mailowo (buffy1977@wp.pl) swoje trzy ulubione horrory nastrojowe – filmy, które stawiają przede wszystkim na mroczny klimat grozy. Tym razem czas nieograniczony – zestawienie ukaże się, dopiero jak spłynie wystarczająca ilość głosów. I jak zwykle w przypadku wymieniania tytułów, które doczekały się remake’u proszę zaznaczyć, o którą wersję chodzi – brak sprecyzowania będzie oznaczał oddanie głosu na remake. Zapraszam wszystkich do wspólnej zabawy i z góry dziękuję za oddane głosy!

UWAGA: Żeby nie było, żadnych wątpliwości - proszę wymieniać tytuły z podgatunków: ghost story, satanistyczne/religijne oraz gotyckie.

czwartek, 26 lipca 2012

Najlepsze krwawe horrory

Głosowanie na najlepsze krwawe horrory dobiegło końca. Bardzo dziękuję wszystkim, którzy zechcieli wziąć udział w zabawie. Poniżej prezentuję wyniki.

1. „Hostel” (2005), reż. Eli Roth
Liczba głosów: 13

Miejsce akcji: Słowacja
Protagoniści: dwóch przyjaciół i nowo poznany turysta + Azjatka.
Antagoniści: elitarna organizacja, porywająca i sprzedająca swoim bogatym kupcom „żywy towar”, z którym ci mogą zrobić, co tylko zechcą.
Schemat: troje młodych turystów celem bogatych psychopatów, pragnących spełnić swoje zwyrodniałe fantazje.

Najmocniejsza scena w filmie. Azjatka nie tylko pozbywa się oka, które fantazyjnie zawisa na wysokości ust, ale musi również przygotować się na mękę, jakiej dostarczy jej Paxton, odcinając oko od reszty ciała.

Ten pan zajmuje się pozbywaniem części ciał, które już nie nadają się do wykorzystania przez klientów słowackiej organizacji. Gdzieś w tej rzezi ukrywa się Paxton, który doprawdy znalazł sobie iście „wygodną” kryjówkę.

Oto jak można skończyć, gdy zapomni się o ostrożności przy obsłudze niebezpiecznych narzędzi.




2. „Martwica mózgu” (1992), reż. Peter Jackson
Liczba głosów: 11

Miejsce akcji: małe miasteczko w Nowej Zelandii
Protagoniści: maminsynek Lionel i jego dziewczyna Paquita.
Antagoniści: zarażeni przez szczuro-małpę tzw. martwicą mózgu ludzie.
Schemat: horda żywych trupów systematycznie zarażająca swoją nietypową przypadłością każdego, kto stanie im na drodze.

Kultowa scena z kosiarką do trawy, na potrzeby której zużyto ponad 300 litrów sztucznej krwi. Lionel ma dość cackania się z hordą żywych trupów – w walce z nimi postanawia wytoczyć najcięższe działa.

Zombie też potrafią kochać. Choć zaspokajanie swoich seksualnych potrzeb sprawia im niejakie problemy.

Hmm, dwa w jednym? Nie to tylko owoc miłości żywych trupów, który lubi troszkę namieszać.



3. „Wzgórza mają oczy” (2006), reż. Alexandre Aja
Liczba głosów: 9

Miejsce akcji: pustynia w Nowym Meksyku
Protagoniści: siedmioosobowa rodzina + dwa psy + zdeformowana Ruby.
Antagoniści: zdeformowani na skutek prób nuklearnych antropofadzy + właściciel stacji benzynowej.
Schemat: grupa niewinnych ludzi systematycznie eliminowana przez oszalałych kanibali.

Najmocniejsza scena w filmie. Gwałt nastolatki przez zmutowanego kanibala, który na szczęście nie został widzom zaprezentowany z dbałością o najdrobniejsze szczegóły.

To dopiero pomysłowa pułapka. Nic dziwnego, że Doug pragnie się z niej jak najszybciej wydostać.

Tak się kończy zadzieranie z właścicielem firmy telefonii komórkowej. Role się odwracają i teraz to oprawcy stają się ofiarami.




4. „Droga bez powrotu” (2003), reż. Rob Schmidt
Liczba głosów: 7

Miejsce akcji: lasy w Zachodniej Wirginii
Protagoniści: piątka przyjaciół i nowo poznany lekarz.
Antagoniści: tzw. Ludzie Gór - trójka zdeformowanych kanibali, owoce kazirodczych związków.
Schemat: grupa niewinnych ludzi systematycznie eliminowana przez oszalałych kanibali.

Najmocniejsza scena w filmie. Nie dość, że zabito ją za pomocą drutu kolczastego to jeszcze rozczłonkowano - takie porcjowanie mięsa przed konsumpcją.

Teraz na pewno przestanie wrzeszczeć...

Bohater wkracza na scenę, aby uratować naszych protagonistów.



6 Głosów:
„Teksańska masakra piłą mechaniczną” (2003), reż. Marcus Nispel

Od tego wszystko się zaczyna. Chwilę po samobójstwie zdesperowanej dziewczyny twórcy pokazują, jak powinna wyglądać profesjonalna praca kamery.

 Andy nie ma lekko. Najpierw traci nogę, którą Leatherface zapobiegliwie zabezpiecza przed zakażeniem za pomocą garści soli, a potem zostaje nabity na haki, aby przed litościwą śmiercią, zadaną z rąk przyjaciółki, troszkę jeszcze pocierpieć.



„Piła” (2004), reż. James Wan
Chcesz przeżyć? Obetnij sobie stopę za pomocą piły ręcznej. Nic prostszego, prawda?
Ciekawe, co się stanie, gdy ta osobliwa machina zatrzaśnie się…


„Najście” (2007), reż. Alexandre Bustillo, Julien Maury
Sarah próbuje schować się przed swoją oprawczynią. Ale czy jest to możliwe w tak ograniczonej przestrzeni?

Oto, jak kończy się pchanie łap tam, gdzie nie trzeba.


"Droga bez powrotu 2” (2007), reż. Joe Lynch
Ups, chyba coś jej wypadło… To nie jedyne wylane wnętrzności, które będziemy mieli okazję „podziwiać” w tym obrazie.

Ten pan dobitnie udowadnia, że aby dobrze zjeść należy porządnie się ubrudzić. Szczęście, że nie zapomniał włożyć fartucha.


„Martyrs. Skazani na strach” (2008), reż. Pascal Laugier
Najmocniejsza scena w filmie – obdarcie ze skóry. Takiego cierpienia nie sposób sobie nawet wyobrazić.


Czego to Francuzi jeszcze nie wymyślą? Ta fotografia nie potrzebuje chyba żadnego komentarza.



3 głosy:
„Frontiere(s)” (2007)
„Bez litości” (2010)

2 głosy:
„Krzyk” (1996)
„Blady strach” (2003)
„Krwawa uczta” (2005)
„Teksańska masakra piłą mechaniczną: Początek” (2006)
„Hostel 2” (2007)

1 głos:
„Teksańska masakra piłą mechaniczną” (1974)
„Nadzy i rozszarpani” (1980)
„Martwe zło” (1981)
„Szczątki” (1982)
„Koszmar z ulicy Wiązów” (1984)
„Królik doświadczalny 2: Kwiat ciała i krwi” (1985)
„Od zmierzchu do świtu” (1996)
„Oszukać przeznaczenie” (2000)
„Dom 1000 trupów” (2003)
„Piła 2” (2005)
„Hotel zła” (2006)
„Hotel śmierci” (2006)
„Piła 4” (2007)
„Krwawa uczta 2: Powrót bestii” (2008)
„Ostatni dom po lewej” (2009)
„ Srpski film” (2010)
„Pirania 3D”  (2010)
„Droga bez powrotu 4: Krwawe początki” (2011)
„Dom w głębi lasu” (2012)

środa, 25 lipca 2012

D.A. Stern „Blair Witch. Sekretne wyznanie Rustina Parra”

W domu Dominicka Cazale’a wybucha pożar. Mężczyznę udaje się uratować i przewieźć do szpitala z poparzeniami trzeciego stopnia. Jego żona umiera w płomieniach. Na prośbę lekarza Dominicka odwiedza przyjaciel – pisarz D.A. Stern, który szybko odkrywa, że jedynym podejrzanym rozniecenia ognia w domu Cazale’a jest on sam. Nie chcąc uwierzyć, że jego przyjaciel byłby zdolny do zabicia własnej żony Stern wraz z miejscowym policjantem podejmuje się śledztwa, które zostaje przerwane przez kuriera – przed pożarem Cazale wysłał do Sterna swój dziennik, w którym opisuje nie tylko swoją rodzinną tragedię, ale również wydarzenia sprzed sześćdziesięciu laty, z okresu, kiedy był księdzem i pełnił posługę w małym miasteczku Burkittsville, w którym odnaleziono ciała siedmioro dzieci. Oskarżonym o zbrodnię został miejscowy dziwak Rustin Parr, który podczas spowiedzi wyjawił Cazale’owi przerażającą prawdę o koszmarnych wydarzeniach w Burkittsville.
W 1999 roku w kinie grozy nastąpił pewnego rodzaju przełom, za sprawą pseudodokumentalnego obrazu pt. „The Blair Witch Project”, a właściwie bardziej przez jego manipulacyjną reklamę, która przekonała widzów, że oglądają prawdziwe nagranie z przerażających wydarzeń, rozgrywających się w lasach nieopodal Burkittsville, gdzie według legendy grasuje tzw. Wiedźma z Blair. Produkcja ta swego czasu cieszyła się ogromną popularnością, nic więc dziwnego, że jak najwięcej osób postanowiło uszczknąć z tej historii coś dla siebie. D.A. Stern nie był wyjątkiem – jego książka powstała na kanwie znanej historii, nawiązując do filmu, ale równocześnie przedstawiając zupełnie inne wydarzenia, mające miejsce w małym miasteczku Burkittsville. Początkowo czytelnik dostanie modelowy kryminał. Mamy zbrodnię, mamy ofiary i rzecz jasna mamy tajemnicze tropy nawiązujące do legendy o Wiedźmie z Blair. Nasz narrator, Stern, będzie próbował rozwiązać tę intrygującą zagadkę. Na uwagę zasługuje tutaj wprowadzenie siebie samego w roli narratora przez autora powieści wespół z podziękowaniami załączonymi na końcu książki, które mówią jednoznacznie, że mamy do czynienia z prawdziwą relacją Sterna, co rzecz jasna jest pewnego rodzaju kopią manipulacji twórców filmu „The Blair Witch Project”.
Po otrzymaniu dziennika Stern schodzi ze sceny na rzecz wspomnień Dominicka Cazale. Zapoznając się z jego biografią zauważymy, że przebiegają one dwutorowo – z jednej strony przedstawiają ostatnie dni z życia jego żony, podczas których kobieta ewidentnie nie była sobą, a z drugiej przenoszą nas do przełomu lat 30-40-tych, prezentując kolejną intrygę kryminalną z ciekawymi elementami czystego horroru w tle. Obok porwań dzieci z miasteczka czytelnik będzie miał szansę poznać mentalność tamtejszego społeczeństwa – religijnych ludzi, wierzących w zabobony oraz legendę o Wiedźmie z Blair, która podobno grasuje w lasach Burkittsville. Prosty, ale równocześnie dający do myślenia styl Sterna sprawił, że dałam się całkowicie wciągnąć w opowiadaną historię – książka, w przeciwieństwie do filmu zainteresowała mnie osobliwą legendą Burkittsville. Bardzo ciekawym pomysłem było wprowadzenie w fabułę kilku filozoficznych przemyśleń Cazale’a odnośnie inkwizycji, ze szczególnym wskazaniem na palenie „czarownic” na stosach. Aby dać próbkę tej bolesnej wręcz szczerości autora na temat zbrodniczych praktyk Kościoła katolickiego w tym miejscu zacytuję samego Sterna: „Inkwizycja stosowała tortury – obcinanie członków, łamanie kołem, stosowanie przyrządów z kolcami oraz przyżeganie, aby wymusić od osób posądzonych o praktyki czarnoksięskie przyznanie się do winy. Większość z tych ludzi było niewinnych.”  Oczywiście tematyka powieści pozostawia również miejsce na przytoczenie kilku ciekawostek odnośnie zwyczajów tzw. czarownic, z czego autor skwapliwie korzysta. Jedyny minus książki, jaki dostrzegłam to zakończenie, które w moim mniemaniu jest odrobinę chaotyczne. Powieść jest zdecydowanie za krótka – cały klimat tak skrupulatnie budowany przez Sterna przez cały czas trwania lektury na końcu dosłownie ucięto. Zamiast dokładnie opisać wszystkie zbrodnie mające miejsce w Burkittsville autor wspomina o nich dosłownie w jednym zdaniu, po czym w pośpiechu przechodzi do tytułowego sekretnego wyznania Rustina Parra. Szkoda, bo w tej historii naprawdę drzemał wielki potencjał, materiał na co najmniej 500- stronicową książkę.
„Blair Witch. Sekretne wyznanie Rustina Parra” polecam przede wszystkim wielbicielom filmu, ale również sympatykom krótkich horrorów o czarownicach z religijnym klimatem w tle. Lektura, jak najbardziej, godna uwagi.
Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

wtorek, 24 lipca 2012

„Demony” (2012)

Podczas egzorcyzmów Marii Rossi giną trzy osoby. Watykan zamyka kobietę w szpitalu psychiatrycznym. Dwadzieścia lat później, jej córka Isabella przyjeżdża do Rzymu, celem nakręcenia dokumentu o opętaniu przez demony jej matki. Na miejscu namawia dwóch księży, którzy dopiero uczą się trudnej sztuki egzorcyzmów do wprowadzenia jej i potencjalnych widzów jej dokumentu w temat opętania. Księża postanawiają zająć się domniemanym opętaniem przez demony, przebywającej w zakładzie zamkniętym Marii Rossi.
Stylizowany na dokument horror religijny Williama Brenta Bella. Przy okazji pokazów filmu w polskich kinach mógł on pochwalić się sporą reklamą, która rzecz jasna przyciągnęła przed duże ekrany całkiem pokaźną grupę spragnionych mocnych wrażeń widzów. W efekcie wielu kinomaniaków na własnej skórze przekonało się, że nie należy dawać wiary zachęcającym reklamom, choć znaleźli się też tacy, którym seans „Demonów” przypadł do gustu. W moim odczuciu produkcja ta zwyczajnie nie zasługiwała na tak kosztowną promocję, ponieważ już na pierwszy rzut oka widać, że stylizacja na dokument zamiast potęgować realizm sytuacyjny (co jest nadrzędnym celem wszystkich horrorów verite) była pretekstem do zatuszowania poważnych niedoróbek realizacyjnych. W tym miejscu mogę być mocno nieobiektywna, gdyż z zasady nie przepadam za pseudodokumentami – nie czerpię żadnej przyjemności z oglądania fałszywych dokumentów skoro te prawdziwe częstokroć bywają o wiele bardziej przerażające. Podczas obcowania z „Demonami” ta manipulacja, mająca na celu przekonać mnie o autentyczności prezentowanych wydarzeń, oscylowała na granicy zwyczajnej nachalności, ale równocześnie amatorska gra aktorów całkowicie zaprzepaszczała zamierzenia twórców.
Twórcy potrzebowali ponad pół godziny na zawiązanie właściwej akcji filmu. Początkowo widz zostanie zmuszony do wysłuchiwania nudnawych wywiadów z księżmi i główną bohaterką, które rzecz jasna traktują o opętaniu i egzorcyzmach. Czyli, pomijając umiejscowienie akcji w Rzymie, wszystko to już było, choćby w powstałym niedawno „Ostatnim egzorcyzmie”. Nie wiem, czy pierwsze wypędzanie demona z ciała kobiety można nazwać nagrodą za cierpliwość, ale faktem jest, że wreszcie (po upływie pół godziny) monotonna gadanina zostaje zastąpiona czystym horrorem. Wygląd wywracającej oczami, krwawiącej z pochwy i nienaturalnie wyginającej kończyny opętanej ma szansę wzbudzić lekki niepokój u odbiorcy, aczkolwiek wszystko to, w o wiele bardziej przerażającym wydaniu, widzieliśmy już wcześniej, choćby w kultowym „Egzorcyście”, czy intrygujących „Egzorcyzmach Emily Rose”. Po kilkuminutowej scenie egzorcyzmów ponownie przychodzi czas na nudną gadaninę bohaterów, którzy próbują znaleźć sposób na zwrócenie uwagi Watykanu na domniemany przypadek opętania matki Isabelli, w co rzecz jasna Kościół katolicki nie chce dać wiary. Nasi protagoniści musieliby zdobyć niepodważalne dowody, które mogliby przedłożyć wyżej. Mimo swoich własnych wątpliwości przystępują do krótkich modlitw w obecności wrzeszczącej kobiety, które choć nie przynoszą rezultatu dostarczają im upragnionych dowodów, świadczących o opętaniu jej ciała przez kilka demonów. Po przebrnięciu przez owe dialogi pomiędzy protagonistami dostałam pełne akcji, dynamiczne zakończenie, które przyznaję troszkę mnie rozbudziło, aczkolwiek nawet tutaj nie dostrzegłam niczego niepokojącego.
Jak na horror religijny „Demony” zaskakują brakiem jakiegokolwiek klimatu grozy – twórcy nie poświęcili nawet pięciu minut na potęgowanie tej osobliwej atmosfery, którą w mniejszym lub większym stopniu wyczuwamy w innych tego typu obrazach. Brak klimatu, brak jakiejkolwiek dozy oryginalności (poza umiejscowieniem akcji filmu w Rzymie), amatorska obsada, stylizacja na dokument oraz porażająco nudna fabuła sprawiły, że cały seans „Demonów” dosłownie przecierpiałam. Tylko pierwsza scena egzorcyzmów, jako tako przypadła mi do gustu, a to niestety za mało, żebym odczuła choćby minimalną satysfakcję z projekcji.

sobota, 21 lipca 2012

Elżbieta Cherezińska „Korona śniegu i krwi”

Skłócony ród Piastów w czasach Wielkiego Rozbicia. Polska podzielona na księstwa, którymi władają ambitni Piastowie, pragnący zdobyć koronę i rządzić całym krajem. Książęta ze starego pokolenia powoli usuwają się w cień, dając szansę młodym władcom, którzy z drobną pomocą magii nie cofną się przed niczym, aby wyeliminować konkurencję do polskiego tronu.
„Pierścień, który zmyje klątwę…
Miecz, który skłóci śmiertelnych…
Orzeł, który przebudzi królestwo.”

Nie lubię książek polskich autorów, powiem więcej: nie interesuje mnie historia Polski… Chociaż, chyba muszę nieco skorygować poprzednie zdanie – nie lubiłam historii Polski do czasu zapoznania się z potężnym tomem historii Piastów według Elżbiety Cherezińskiej. Chyba każdy potencjalny czytelnik, biorąc do ręki wydaną nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka „Koronę śniegu i krwi” będzie pod wrażeniem już samego wyglądu książki – twarda oprawa, duży format i kolorowa mapa XIII-wiecznej Polski na wewnętrznych okładkach. To wszystko prezentuje się naprawdę apetycznie, ale przecież nie oprawa zdobi książkę, najważniejsza jest fabuła, więc oddajmy inicjatywę samej autorce. „Korona śniegu i krwi” przede wszystkim jest pozycją historyczną - Cherezińska doskonale orientuje się w rodzie naszych przodków, pełnych sprzeczności Piastów. Ale równocześnie urozmaica fabułę licznymi wątkami fantasy - trochę średniowiecznej magii, klątw i zwykłych zabobonnych przekonań ówczesnego społeczeństwa polskiego dodają nieco smaczku ogólnej wymowie powieści, skutecznie urozmaicają fabułę, sprawiając, że nie tylko entuzjaści naszej barwnej historii zasmakują w jej prozie – wielbiciele fantasy również mają na to sporą szansę.
Początkowo bardzo trudno jest zorientować się w poszczególnych wątkach. Najbardziej przeszkadza tak spore nagromadzenie bohaterów, przede wszystkim, ale nie tylko Piastów, wraz z ich rodowodami. Tutaj pomocna może okazać się rozpiska umieszczona na końcu książki, spis poszczególnych rodów wraz z ich rodzinnymi zależnościami. Obok multum postaci mamy również niezliczoną ilość szybko następujących po sobie wątków oraz rzecz jasna miejscami nieco archaiczny styl wypowiedzi. To wszystko może odrobinę zrazić potencjalnego współczesnego czytelnika, przyzwyczajonego do łatwej, niewymagającej myślenia prozy. Początkowo ciężko było mi się w tym odnaleźć, ponieważ lubię długie, szczegółowe prowadzenie jednego wątku w powieściach, ale stosunkowo szybko odnalazłam wspólny rytm z autorką, a wtedy mogłam się już tylko cieszyć lekturą.
Miałabym poważne problemy, próbując streścić wszystkie ważniejsze wydarzenia „Korony śniegu i krwi” – jest ich tak dużo, że musiałabym chyba napisać książkę szczegółowo omawiającą tę powieść:) Właściwie jest tutaj wszystko: miłość i zdrada, cierpienie i triumf, wojny i sojusze, obowiązki i rozrywki królewskie, a to wszystko polane odrobiną magii i średniowiecznych zabobonów. Dla mnie najciekawszy był wątek pogańskich kobiet, żyjących w dobrej komitywie z Naturą i starających się na swój sposób zrzucić klątwę Wielkiego Rozbicia z rodu Piastów. To właśnie ich obecność wprowadza najwięcej elementów fantasy w fabułę powieści (znalazło się nawet miejsce dla wilkołaka), ale nie tylko. Herby zdobiące piersi książąt są żywymi zwierzętami, pomagającymi swoim władcom w trudniejszych pojedynkach, a księżna Małej Polski może pochwalić się ewidentnymi zdolnościami magicznymi. Cherezińska szczególnie zadbała o swoich bohaterów, pełnych sprzeczności książąt, których czyny zarówno zachwycają, jak i przerażają czytelnika. Najważniejszą postacią jest Przemysł II, książę Starszej Polski. Poznajemy go, jako ambitnego, dążącego do samodzielności nastolatka, którego wybranką serca jest dwunastoletnia Lukardis, nad którą ciąży tajemnicza klątwa. Z uwagi na fakt, że akcja powieści rozgrywa się na przestrzeni wielu lat będziemy mieli okazję bliżej przyjrzeć się panowaniu księcia Przemysła, który stanie do walki ze swoimi rodakami o koronę Polski. Nowe pokolenie Piastów, młodzi ambitni książęta nade wszystko pragną przywrócić Polsce niepodzielność władzy i tak się nieszczęśliwie składa, że każdy z pretendentów do tronu, ani myśli odpuścić swojemu rywalowi. Przeciwnikami Przemysła będą zarówno władcy sąsiadujących z Polską państw, jak i jego rodacy. Zakompleksiony z powodu swojego niskiego wzrostu, ale równocześnie obdarzony niezwykłą siłą fizyczną Władysław, książę brzeskokujawski i dobrzyński oraz swawolny, korzystający z licznych, często niemoralnych uciech Henryk, książę wrocławski będą głównymi rywalami Przmysła w wyścigu o koronę Polski, ale „swoje trzy grosze” wtrącą również czescy i niemieccy władcy. Bardzo ważna jest również postać kantora Jakuba Świnki, który po poznaniu swoich korzeni przystąpi do przywracania dobrego imienia Kościołowi oraz pomagania Przemysłowi w walce o tron.
Z pewnością wielu współczesnych czytelników nie orientuje się zanadto w historii swojego kraju, ale nie przejmujcie się – tego, czego nie nauczyli was w szkole o panowaniu Piastów, nauczy was Elżbieta Cherezińska. Dajcie jej tylko szansę, bądźcie cierpliwi podczas początkowych nieco zawiłych wątków, ponieważ z biegiem trwania lektury macie szansę zatopić się bez reszty we wspaniałym świecie wykreowanym przez autorkę, a przy okazji macie niebywałą okazję dowiedzieć się kilku pożytecznych rzeczy o naszych przodkach.
Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

piątek, 20 lipca 2012

„Zdjęcia Ginger 2” (2004)

Recenzja na życzenie (Senna Wiedźma)
Brigitte stara się spowolnić przemianę w wilkołaka, zażywając truciznę - tojad, zwany „Zguba wilka”. Kiedy dziewczyna zostaje przypadkiem zatrzymana przez policję, stróże prawa myśląc, że jest narkomanką odsyłają ją do zakładu zamkniętego dla osób uzależnionych. Brigitte ze wszystkich sił stara się wydostać z placówki, wiedząc, że jej pozbawione tojadu ciało ulega nieuchronnej metamorfozie, która zagraża życiu pacjentów i personelu szpitala. Na domiar złego tropem Brigitte podąża opętany żądzą seksualną wilkołak.
Sequel kanadyjskiego obrazu Johna Fawcetta z 2000 roku. Tym razem na krześle reżyserskim zasiadł Brett Sullivan, decydując się na bezpośrednią kontynuację wydarzeń przedstawionych w jedynce, więc aby w pełni zrozumieć wszystkie wątki należy wpierw zapoznać się z pierwowzorem. Pod kątem fabularnym film prezentuje się naprawdę przyzwoicie, aczkolwiek nie uświadczymy tutaj zbyt dynamicznej akcji i choć seans zapewni nam kilka krwawych momentów przede wszystkim skupia się na osobliwym klimacie grozy, niemalże całkowicie rezygnując z komediowych akcentów widocznych w części pierwszej na rzecz nieco bardziej poważnej wymowy moralizatorskiej.
W jedynce mieliśmy małomiasteczkowy, jesienny klimat, natomiast sequel, w pierwszej połowie seansu, przez wzgląd na miejsce akcji stawia na atmosferę izolacji – odseparowanie od społeczeństwa, zamknięcie w wąskim gronie osób uzależnionych od narkotyków. Tutaj na szczególną uwagę zasługuje postać sanitariusza Tylera, który mając w poważaniu wszelkie zasady moralne dostarcza pacjentkom narkotyki w zamian za usługi seksualne. Jak można się tego spodziewać Brigitte zostanie zmuszona do skorzystania z jego „pomocnej dłoni”, wszak doskonale zdaje sobie sprawę, że bez odpowiedniej trucizny stanowi wielkie zagrożenie dla niewinnych osób. Pierwsza połowa filmu, mimo ewidentnego braku jakiejkolwiek akcji, najbardziej mnie zaintrygowała. Dałam się porwać tej, jakże częstej w horrorze, scenerii zakładu zamkniętego. Może ten klimat nie ma tak melancholijnej wymowy, jak w pierwowzorze, ale na swój całkowicie odmienny sposób również zdaje egzamin. Po ucieczce Brigitte i jej małej koleżanki z placówki dominuje klimat wszechobecnego zagrożenia nie tylko ze strony wilkołaka, który uparcie podąża śladem naszej protagonistki, ale również niebezpieczeństwa, czającego się w jej własnym ciele, wszak przemiana Brigitte cały czas się dokonuje. Zimowa sceneria, stary dom jej koleżanki z ośrodka, ulokowany rzecz jasna na kompletnym odludziu. To osobliwe domostwo najtrafniej podsumował Tyler, rzucając mimochodem: „Klimacik, jak u rodziny Mansonów”. Właśnie tutaj będzie miała miejsce finalna konfrontacja, kulminacyjna akcja, której widz tak cierpliwie oczekiwał przez cały, powolny seans filmu.
Tym razem Ginger zobaczymy tylko w postaci nielicznych imaginacji Brigitte. Dziewczyna wyobraża sobie swoją zmarłą siostrę, nieustannie przypominającą jej o nieuchronności przemiany jej ciała i umysłu. Jeśli chodzi o halucynacje to na uwagę zasługują również przerażające wstawki w rażącej czerwieni z części pierwszej oraz obrazy okrutnie zmasakrowanych ciał, które nieustannie przemykają przez głową naszej bohaterki. Sequel, podobnie jak jego pierwowzorów stawia na specyfikę realizacyjną lat 80-90-tych. Nie uświadczymy tutaj sztucznej ingerencji komputera – wszystkie efekty specjalne są owocem pracy charakteryzatorów, co skutecznie wzmaga realizm sytuacyjny. Zdecydowanie lepiej niż w jedynce prezentuje się tutaj dorosła forma wilkołaka. Wydaje mi się, że w tym przypadku nie sprawiał tak „gumowego” wrażenia, a i sama Brigitte od strony wizualnej, pod koniec projekcji prezentuje się nadzwyczaj przekonująco.
Niestety cała konstrukcja fabularna skupia się na osobie Brigitte. Mówię „niestety”, ponieważ odtwórczyni tej roli, Emily Perkins, od czasu pierwowzoru w ogóle nie poprawiła swojej bądź, co bądź denerwującej gry aktorskiej. Jej mimika jest do tego stopniu przesadzona, tak bardzo manieryczna, że chwilami wręcz nie sposób na to patrzeć. Za to jestem ogromnie wdzięczna twórcom za postać Tylera, kreowaną przez jednego z moich ulubionych aktorów, przystojniaczka Erica Johnsona – w jakimś stopniu równoważył niedoróbki ze strony Perkins.
Sequel w moim mniemaniu jest odrobinę słabszy od części pierwszej, ale tylko odrobinę, ponieważ nadal stanowi nie lada gratkę dla wielbicieli horrorów o wilkołakach, gustujących w powolnym prowadzeniu akcji, mrocznym klimacie i „naturalnych” efektach specjalnych.

czwartek, 19 lipca 2012

Horrory na Fejsie

Nowinki ze świata horroru, zapowiedzi filmowe, recenzje, konkursy z atrakcyjnymi nagrodami – to wszystko i jeszcze więcej znajdziecie na Facebooku. Kilku wielbicieli horrorów przygotowało te wszystkie atrakcje, zarówno na swoim Facebook’owym profilu, jak i oficjalnym blogu specjalnie dla Was - horrormaniaków. Chcecie być na bieżąco ze światem horroru? Gorąco zachęcam do częstych odwiedzin!

środa, 18 lipca 2012

„Worek kości” (2011)

Recenzja na życzenie (Nukie)
Autor bestsellerów, Michael Noonan, traci w wypadku ciężarną żonę. Zrozpaczonego mężczyznę ogarnia niemoc twórcza, gnębią go nocne koszmary i nieustannie wydaje mu się, że jego zmarła małżonka Jo próbuje się z nim porozumieć. Po kilku latach Michael decyduje się na wyjazd do swojego domku letniskowego w stanie Maine, w poszukiwaniu natchnienia do kolejnej książki. Na miejscu poznaje Mattie Devore, zrozpaczoną dziewczynę, której bogaty teść pragnie odebrać małą córeczkę Kyrę. Noonan przypadkiem zostaje wciągnięty w jej rodzinne sprawy i postanawia pomóc kobiecie w starciu z tyranem. Tymczasem w jego domku mają miejsce niewytłumaczalne, coraz bardziej przerażające zjawiska. Mike jest przekonany, że to duch jego żony, jednak nie rozumie, dlaczego Jo próbuje go przestraszyć. Mężczyzna, pragnąc wyjaśnić tę zagadkę wpada na trop czarnoskórej piosenkarki, Sary Tidwell, która przed laty zaginęła w niewyjaśnionych okolicznościach. Noonan powoli zaczyna składać w jedną całość tę misterną układankę, odkrywając, że wszystko, co mu się ostatnio przydarzyło w jakiś sposób się ze sobą łączy.
Miniserial Micka Garrisa na podstawie powieści Stephena Kinga. Obraz nie cieszy się zbyt dużą popularnością wśród widzów. Ortodoksyjni wielbiciele prozy Kinga, którzy nie przepadają za zmianami z książkowym pierwowzorem uważają, że film Garrisa zbyt daleko odbiegł od oryginału. To prawda, że fabuła została nieco okrojona, a kilka wątków pozmieniano, ale zachowano przynajmniej główną myśl Kinga (w przeciwieństwie do „Lśnienia” Stanley’a Kubricka), co z kolei powinno zadowolić osoby poszukujące w ekranizacji czegoś innego, zamiast dokładnej kopii powieści. Z drugiej strony osoby, którym niedane było zapoznać się z literackim pierwowzorem mają sporą szansę pogubić się w czasami niejasnej fabule, wszak Garris w kilku miejscach przesadził z nagromadzeniem, nie do końca objaśnionych wątków. Przeciętny odbiorca w pewnym momencie może dojść do wniosku, że twórcy nacechowali fabułę zbyt dużą ilością pozornie niezwiązanych ze sobą wydarzeń, tworząc osobliwy miszmasz, w którym ciężko jest się zorientować. Wszystko to prawda – Garris pragnął przenieść na ekran wszystkie najważniejsze wątki z książki, ale równocześnie, co poniektóre zarysował zbyt pobieżnie, zapominając na chwilę, że jego film będą chcieli obejrzeć nie tylko wielbiciele powieści, ale również osoby, które tej historii w ogóle nie znają.
Jako osoba gustująca w ekranizacjach nieco różniących się z literackim pierwowzorem, ale równocześnie zachowującym główną myśl autora książki, seans „Worka kości” spędziłam całkiem przyjemnie, choć obraz Garrisa ewidentnie posiadał również kilka słabszych, żeby nie rzec nudnawych momentów, które niestety skutecznie zaważyły na mojej ogólnej ocenie. Pod kątem realizacji wszystko prezentuje się naprawdę przyzwoicie, zarówno wizualnie, jak i dźwiękowo. Na szczególną uwagę zasługują tutaj bardzo realistyczne, przerażające kreacje duchów. Scena snu Mike’a, w którym widzi zmorę dziewczynki pod łóżkiem oraz sekwencja z topielicą w wannie to chyba najmocniejsze momenty tej produkcji – odpowiednio klimatyczne i równocześnie straszące stroną wizualną. Oczywiście, takich niespodziewanych pojawień zza światów będzie tutaj o wiele więcej, aczkolwiek twórcy postanowili umieścić je na drugim planie. I w tym momencie przechodzimy do głównego zarzutu, jaki można wysnuć względem tego obrazu. Długie lata po śmieci Jo Noonan rozwleczono niemalże do granic możliwości. Widz obserwuje głęboką rozpacz Michaela i równocześnie zastanawia się, kiedy skończy się dramat, a zacznie horror. Po przyjeździe naszego protagonisty do małego miasteczka w Maine również przez długi czas niewiele się dzieje – Noonan ”konwersuje sobie” z łosiem Bunterem, będąc przekonanym, że za jego pośrednictwem kontaktuje się ze zmarłą żoną; obserwuje samoistnie pojawiające się wiadomości z magnesów na lodówce; próbuje odkryć tajemnicę ciąży swojej żony, wszak z pozycji osoby bezpłodnej zaczyna podejrzewać ją o zdradę. Następnie poznaje Mattie Devore i jej córeczkę i odbiorca znów zostaje skonfrontowany z najzwyklejszym dramatem rodzinnym – sądowymi przepychankami, w których kartą przetargową jest dziecko. Oczywiście, wszystkie te sceny są niezbędne dla ogólnej wymowy filmu, w końcu ściśle wiążą się z dynamicznym zakończeniem, aczkolwiek moim zdaniem za bardzo je poprzeciągano, równocześnie zaniedbując klimat filmu. Pod koniec wszystko, co w horrorze najlepsze wraca – mamy kilka szybko następujących po sobie, pełnych akcji, klimatu i szkaradnych zjaw, sekwencji, ale nawet tutaj mam do czego się przyczepić. UWAGA SPOILER Scena zbiorowego gwałtu na Sarze i zabicie jej córeczki (w książce synka) została oddarta z całego tragizmu, tak wzruszająco opowiedzianego w powieści. Podczas czytania dosłownie popłakałam się w tym konkretnym momencie – tymczasem w filmie przedstawiono ten dramat tak bezdusznie, wręcz trywialnie, że nie ma najmniejszych szans na zszokowanie odbiorcy KONIEC SPOILERA.
Garris postarał się o przyzwoitą obsadę. W roli głównej zobaczymy samego Pierce’a Brosnana, który naprawdę bardzo zadbał o przekonującą kreację swojej postaci – było kilka momentów, w których przesadził z manieryczną mimiką, ale w ogólnym rozrachunku całkiem przyzwoicie wywiązał się ze swojego zadania. Melissa George natomiast nie miała zbyt wielkiego pola do popisu, specyfika jej bohaterki zbytnio na to nie pozwalała, wszak Mattie zarówno w wersji Kinga, jak i Garrisa nie odznacza się niczym szczególnym, ot taki żeński ozdobnik. W roli Jo Noonan zobaczymy Annabeth Gish, która w przeszłości spotkała się już z Garrisem przy okazji ekranizacji „Desperacji” Kinga. Na uwagę zasługuje jeszcze odtwórczyni roli demonicznej towarzyszki Maxa Devore’a, Deborah Grover – już wizualnie budzi niechęć u odbiorcy, ale nie można odmówić jej też hipnotyzujących zdolności aktorskich, słowem: idealny czarny charakter.
Długa ghost story Micka Garrisa przeznaczona jest przede wszystkim dla cierpliwych widzów, którzy poszukują pewnego rodzaju miszmaszu gatunkowego – trochę horroru, trochę dramatu. Osoby, które nie czytały powieści powinny przygotować się na wzmożony wysiłek umysłowy, ponieważ Garrisowi nie udało ustrzec się kilku, nie do końca wyjaśnionych wątków. Natomiast ortodoksyjni wielbiciele twórczości Stephena Kinga powinni trzymać się od tego obrazu z daleka.

niedziela, 15 lipca 2012

Zabawa z nagrodami

Czas na wakacyjną zabawę. Do końca wakacji proszę o przesyłanie na maila buffy1977@wp.pl tytułu swojego ulubionego filmowego horroru wraz z krótkim (bądź długim) uzasadnieniem, dlaczego akurat ten, a nie inny film grozy wywarł na Was szczególne wrażenie. 1 września twórcy moim zdaniem najlepszych tekstów dostaną maila zwrotnego z prośbą o podanie adresu, na który prześlę nagrody. Wszystkie teksty (jeśli zabawa wypali) zostaną opublikowane w zestawieniu na blogu, więc proszę każde zgłoszenie opatrzyć nickiem bądź pełnymi personaliami. Zapraszam do wspólnej zabawy i z góry dziękuję za zgłoszenia!

Zestawy nagród, które zostaną rozlosowane wśród zwycięzców:
1 Zestaw: DVD z filmem "Hellraiser" + książka Williama Petera Blatty'ego "Egzorcysta"
2 Zestaw: książka Stephena Kinga "Cztery pory roku" +  książka Williama Petera Blatty'ego "Egzorcysta"
3 Zestaw: cykl książek Laurell K. Hamilton („Pocałunek ciemności”, „Pieszczota nocy”, „Dotknięcie mroku”).
Sponsorem dwóch książek pt. "Egzorcysta" jest wydawnictwo:
Sponsorem trzech książek Laurell K. Hamilton jest wydawnictwo:

UWAGA: Jeśli komuś będzie koniecznie zależało na którymś konkretnym zestawie, proszę zaznaczyć to w zgłoszeniu - wezmę takie życzenia pod uwagę przy rozdzielaniu nagród.

William Peter Blatty „Dimiter”

Albania, rok 1973. Podejrzany o szpiegostwo mężczyzna jest torturowany przez służby bezpieczeństwa, pragnące uzyskać od niego kilka ważnych informacji. Jednak więzień uparcie milczy. Po kilku dniach podejrzanemu udaje się uciec. Akcja przenosi się do Jerozolimy w rok później. Do neurologa, pracującego w jednym z tamtejszych szpitali docierają plotki, że budynek jest nawiedzony. Mężczyzna nie daje temu wiary, dopóki nie odkrywa kilku niewyjaśnionych zgonów paru pacjentów. Tymczasem pewien policjant, prowadzący sprawę wypadku na jednej z ulic trafia na ślad kilku tajemniczych morderstw, które mogą być powiązane nie tylko ze sprawą, nad którą obecnie pracuje, ale również z dziwnymi zgonami w szpitalu. Co łączy te wszystkie, pozornie niezwiązane ze sobą, wydarzenia?
Autor kultowego „Egzorcysty”, na kanwie którego powstał jeden z najlepszych horrorów światowej kinematografii. Jak sam twierdzi, jego najnowsza powieść „Dimiter” jest najważniejszą dla niego osobiście pozycją, w całym jego dorobku literackim. Jeśli o mnie chodzi to jeszcze nigdy w całej swojej długiej karierze czytelniczej nie spotkałam się z taką konstrukcją fabularną. Na tak oryginalne poprowadzenie akcji chyba jeszcze nikt przed Blatty’m się nie zdecydował i choćby z tego powodu powieść zasługuje na uwagę odbiorców. Podczas obcowania z tą pozycją czytelnik właściwie nie wie, o czym ona tak naprawdę opowiada. Przez ponad 200 stron lektury śledzimy mnóstwo pozornie nic nieznaczących wątków, poznajemy kilku na pierwszy rzut oka niezwiązanych ze sobą bohaterów i nieustannie zastanawiamy się nad sensem tego wszystkiego. Podskórnie wyczuwamy, że oto mamy do czynienia z jedną wielką układanką, ale aż do końca lektury nie zdołamy jej poskładać. Początkowo nawet próbowałam rozszyfrować sens fabularny, ale gdy tylko udało mi się co nieco zrozumieć autor dorzucał kolejne wątki, które nijak nie pasowały mi do całości. W końcu się poddałam – czytałam, zapamiętywałam, co ważniejsze wydarzenia, ale oczywiście kompletnie nic nie rozumiałam. Blatty z uporem maniaka podrzucał mi kolejne części misternej układanki, a jak wręcz nie mogłam doczekać się zakończenia – w końcu niełatwo jest czytać o czymś, w czym nie dostrzega się najmniejszego sensu.
Pierwsza część powieści jest jeszcze w miarę zrozumiała. Poznajemy tajemniczego mężczyznę, mającego przy sobie dowód osobisty zmarłego człowieka, schwytanego przez albańskie służby bezpieczeństwa, którego podejrzewa się o szpiegostwo. Więzień nie reaguje na tortury fizyczne, zdaje się w ogóle nie odczuwać bólu; pod hipnozą przedstawia kilka różnych życiorysów, a wariograf wszystkie skwapliwie potwierdza. Każdy, kto dłużej wpatruje się w tego osobnika odnosi wrażenie, że gdzieś już go widział. Wiem, że to wszystko brzmi nadzwyczaj tajemniczo, ale czytelnik przynajmniej nadąża za akcją, czego nie będzie można powiedzieć po ucieczce więźnia i przeniesieniu akcji do Jerozolimy. Wówczas wszystko tak bardzo się komplikuje, że naprawdę nie sposób cokolwiek zrozumieć. Potencjalnym czytelnikom mogę poradzić tylko zapamiętywanie, co ważniejszych wątków, ponieważ pod koniec powieści autor zdecydował się na poskładanie tej osobliwej układanki w jedną spójną całość – wszystkie elementy idealnie wskakują na swoje miejsce, choć nie mogę powiedzieć, żeby finał był jakoś szczególnie wstrząsający, czego się spodziewałam zapoznając się z opiniami innych czytelników na temat „Dimitra”. Jak dla mnie zakończenie po prostu udowodniło, że Blatty przez cały czas doskonale wiedział, o czym pisał (przynajmmniej on), że doskonale przemyślał całą konstrukcję fabularną, celowo wyprowadzając czytelnika w pole. Jednak wyjaśnienie całej intrygi w moim odczuciu okazało się całkiem trywialne, nie dostrzegłam w nim niczego nadzwyczajnego. Ale dobrze przynajmniej, że autor wszystko dokładnie objaśnił, bo głupio byłoby skończyć lekturę nie wiedząc, o czym ona tak naprawdę traktowała:)
Nigdy nie gustowałam w warsztacie pisarskim Blatty’ego – jak dla mnie za mało skupia się na bohaterach i dokładniejszych opisach miejsc i wydarzeń przez niego kreowanych. Akcja jego poszczególnych powieści budowana jest przede wszystkim za pomocą dialogów, co skutecznie blokuje wyobraźnię, co bardziej wymagających odbiorców. Między innymi z tego powodu zawsze wolałam ekranizację „Egzorcysty”, od jego literackiego pierwowzoru. Niestety, w „Dimitrze” mamy do czynienia z takim samym, lakonicznym stylem wypowiedzi, co dodatkowo utrudnia zorientowanie się w całej intrydze tak pieczołowicie przez niego budowanej. Nie wiem, czy można z czystym sumieniem polecić komukolwiek lekturę tej powieści. Mnie zainteresowała przez wzgląd na swoje nowatorskie podejście do tematu, przez wzgląd na iście oryginalną konstrukcję fabularną. Powiem tak: jeśli ktoś lubi czytać o czymś, czego sensu nie dostrzega, a co wyjaśni się dopiero na ostatnich stronach książki to śmiało może ryzykować. „Dimiter” nie jest pozycją łatwą, niewymagającą myślenia, którą można czytać dla przyjemności – nie, tutaj nieustannie trzeba myśleć, co pewnie i tak nic nie da, z uwagi na niewyobrażalną komplikację każdego kolejnego wątku.
Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...