wtorek, 22 marca 2016

Ove Logmansbo „Enklawa”


W Vestmannie na Wyspach Owczych znika nastoletnia dziewczyna. Przywykli do spokojnej egzystencji z dala od światka przestępczego Farerowie są wstrząśnięci. Naprędce zorganizowane poszukiwania nie przynoszą oczekiwanych rezultatów, co każe wielu mieszkańcom podejrzewać, że dziewczyna została porwana bądź zamordowana. Szczególnie zaniepokojony tą sprawą jest były żołnierz, samotny ojciec szesnastolatki, Hallbjorn Olsen, który najprawdopodobniej widział zaginioną nastolatkę, jako ostatni, ale nie pamięta dalszego przebiegu owego feralnego wieczora. Śledztwo szybko przejmuje duńska policja. Do Vestmanny zostaje wysłana Katrine Ellegaard, która do tej pory nigdy nie miała sposobności prowadzić tak poważnej sprawy. Tuż po przyjeździe policjantka angażuje w dochodzenie Olsena, ufając, że będzie źródłem informacji o tutejszym społeczeństwie, co z kolei nie raduje jej tymczasowego podwładnego z Tórshavn. Sytuacja komplikuje się, kiedy zostaje odnalezione ciało dziewczyny i znika kolejna nastolatka, co upewnia mieszkańców Vestmanny, że wśród nich znajduje się morderca.

Wychowany na Wyspach Owczych Ove Logmansbo pochodzi ze związku Farera z Polką, co miało zasadnicze znaczenie dla jego debiutanckiej powieści. Akcję „Enklawy” umiejscowił na Wyspach Owczych, ale spisał ją w języku polskim, co właściwie dało pełny obraz emocjonalnego przywiązania autora do obu regionów. I napełniło mnie obawami odnośnie jego znajomości języka polskiego, która przecież mogła być na tyle niewystarczająca, żeby rzutować na warsztat. Jednak, jak się okazało, moje wątpliwości nie znalazły potwierdzenia w pisarstwie Logmansbo, który udowodnił, że jest świadomy złożoności naszego języka i potrafi bezbłędnie ją wykorzystać. W „Enklawie” właściwie pokazał mi nieporównanie większy kunszt pisarski, aniżeli miałam to okazję zobaczyć we wszystkich znanych mi książkach Polaków (których wiele nie było, więc komplement nie jest zbyt duży), jednocześnie niczym nie ustępując najlepszym pisarzom z Europy Północnej.

Wyspy Owcze to archipelag wysp wulkanicznych zależny od Danii, słynący ze znikomej przestępczości i wspólnotowej mentalności obywateli, ze względu na swoje położenie jawiący się niczym bezpieczna przystań dla spragnionych odpoczynku od wielkomiejskiego zgiełku turystów. Rodowici mieszkańcy Wysp Owczych, Farerowie, jak wynika z książki Logmansbo, borykają się z licznymi niedogodnościami, jak na przykład podległość Danii, wygórowane ceny i utrudniony dostęp do dobrodziejstw cywilizacyjnych, które to jednak znacząco rekompensuje znikomy stopień bezrobocia (plaga współczesnego świata), zaciszne, malownicze lokacje i oczywiście wręcz utopijna mentalność społeczeństwa, koegzystującego na zasadzie szeroko rozumianego braterstwa. Ten skrótowy ogląd Wysp Owczych wziął się oczywiście z lektury „Enklawy” – rzeczywisty obraz tamtejszych rejonów Europy wcale nie musi tak wyglądać, ale dla mnie nie miałoby to żadnego znaczenia dla wartości książki Logmansbo. Debiutującemu pisarzowi udało się sportretować niemalże utopijny, zamknięty światek zakłócony tragicznym w skutkach wydarzeniem, który zatrząsł całą społecznością. Jak u Stephena Kinga mamy małą sielankową miejscowość, w której nic ciekawego się nie dzieje, gdzie ludzie codziennie wykonują te same czynności, czerpiąc przyjemność z owej monotonii, którą pewnego dnia burzy niepokojące wydarzenie. Te z kolei stanowi preludium do stopniowego poznawania skrywanego pod utopijnymi realiami zdeprawowanego światka, do którego nieskrępowany dostęp mają jedynie nieliczni. Tajemnice skrywane przez niektórych Farerów wystarczyłyby, żeby wzbogacić akcję oczekiwanym ładunkiem podskórnej grozy, ale Logmansbo miał nieco większe aspiracje. Nie ograniczał się do typowych przejawów niesprecyzowanej mentalnej zgnilizny toczącej, co poniektórych mieszkańców Vestmanny, równie szeroko opisując zapierające dech w piersi miejsce akcji z obowiązkowym akcentowaniem jego niepokojącego wyobcowania, żeby tego było mało dodatkowo potęgowanego nieprzyjaznymi warunkami atmosferycznymi – zacinającym deszczem, dużymi opadami śniegu i porywistym wiatrem. Właśnie do takich warunków przywykli Farerowie, w czym nie byłoby niczego złowieszczego, gdyby nie gnijące ciało nastolatki odnalezione na terenie akwakultury z miejsca nadające scenerii hipnotycznie niepokojącego wydźwięku. Nagle wszyscy uświadamiają sobie, że pośród nich ukrywa się morderca, co jest tym bardziej wymowne, jeśli weźmie się pod uwagę, że ludność Vestmanny przekracza zaledwie tysiąc dusz. Do momentu odkrycia ciała nastolatki wszyscy byli przekonani, że doskonale znają każdego mieszkańca tej miejscowości, że nieobca jest im nawet często niechlubna przeszłość sąsiadów, ale zbrodnia uświadomiła im, że oszukiwali samych siebie, że wśród nich ukrywa się niebezpieczna jednostka, która z jakiegoś niezrozumiałego powodu zdecydowała się targnąć na życie niewinnej dziewczyny. To rodzi pewne animozje, wzmagane ingerencją w śledztwo duńskiej policji, ku niezadowoleniu Farerów opowiadających się za niepodległością Wysp Owczych.

Gdyby Ove Logmansbo nie zechciał kontynuować swojej pisarskiej przygody zadałby mi podwójny cios. Z jednej strony pozbawiłby mnie niebywałej przyjemności płynącej z obcowania z jego wyczerpującym, magnetyzującym warsztatem, w którym nie ma miejsca na nawet drobne potknięcia, czy to w stylu, czy w prowadzeniu pełnej napięcia akcji. A z drugiej, równie ważnej, odebrałby mi niemałą radość z towarzyszenia jednej z najlepszych bohaterek powieści kryminalnych, jaką dotychczas dane mi było poznać. Dunka, Katrine Ellegaard, jest naprawdę rzadkim w tego rodzaju literaturze typem policjantki charakteryzującej się ogromną charyzmą, płynącą z jej nieprzejednanego, zaciętego sposobu bycia zharmonizowanego ze sporadycznymi przejawami kobiecej delikatności. Pragnąca wykazać się w pierwszym prowadzonym dochodzeniu niespełna trzydziestoletnia kobieta początkowo ściśle trzyma się procedur, ale kiedy sytuacja się zaognia nie waha się łamać reguł z narażeniem własnej kariery. Znamienna jest jej relacja z również znakomicie sportretowanym Hallbjornem Olsenem, weteranem wojennym, który przeżył traumę podczas konfliktu zbrojnego w byłej Jugosławii. Jako, że wdział duński mundur po powrocie wielu Farerów zaczęło podchodzić do niego z rezerwą, co szybko ugruntowało go na pozycji outsidera. Teraz wdowiec Olsen samotnie wychowuje szesnastoletnią córkę, z którą nie łączą go zbyt bliskie relacje i ku swojemu przerażeniu odkrywa, że miewa zaniki pamięci, nie wiadomo, czy wywołane traumą, jaką przeżył przed laty, czy zamiłowaniem do alkoholu. Nie byłoby w tym niczego niepokojącego, gdyby pamiętał wieczór, w którym zaginęła nastolatka, co automatycznie w oczach tymczasowego podwładnego Ellegaard robi z niego głównego podejrzanego. Sam Olsen również powątpiewa w swoją niewinność, dopuszczając możliwość skrzywdzenia dziewczyny w alkoholowym zamroczeniu, czemu z kolei nie daje wiary Katrine. Ta dwójka zauważalnie ma się ku sobie, ale Logmansbo nie rozwodzi się zanadto nad ich kiełkującymi uczuciami do siebie nawzajem, podobnie zresztą czyni w warstwie dramatycznej, którą portretuje na tyle, na ile to konieczne dla toczącego się śledztwa – skupiając się głównie na mrocznych tajemnicach kilku Farerów, szczególnie nastolatków, ale niezmiennie na pierwszy plan wysuwając szczegóły zawiłego dochodzenia. Taki minimalizm w warstwie dramatycznej jest coraz rzadziej praktykowany przez autorów kryminałów, którzy to z jakiegoś niepojętego dla mnie powodu często dosłownie przysłaniają szczegóły śledztwa egzystencjalnymi wynurzeniami protagonistów, tym samym spowalniając akcję i obniżając napięcie. Ove Logmansbo na szczęście prezentuje zgoła odmienne spojrzenie na kryminał, z wręcz matematyczną precyzją odmierzając nieodzowne dla śledztwa obyczajowe ustępy, tym samym ani przez moment nie wywołując wrażenia, że oto kryminalna intryga zaczęła ustępować pola nudnawej codzienności głównych bohaterów. W „Enklawie” fabułę zdominowała, prowadzona zgodnie z zasadami suspensu, pełna zaskakujących zwrotów akcji, a nawet fascynującej psychologii, kryminalna intryga, w której dosłownie wszystko może się wydarzyć, a podejrzanym może być praktycznie każdy Farer mieszkający w Vestmannie, co szczególnie widać w końcówce, kiedy to potencjalni mordercy mnożą się w zastraszającym tempie, żeby ostatecznie zatrwożyć czytelnika niebywale trafnym wyborem, świadczącym o bezkompromisowości autora.

Ove Logmansbo poważnie mi się narazi, jeśli nie zdecyduje się kontynuować przygód policjantki z Kopenhagi, Katrine Ellegaard i zapewne nie tylko mnie, bo nie jestem sobie w stanie wyobrazić sytuacji, w której „Enklawa” nie zyskuje przychylności rzeszy czytelników. Pisarstwo Logmansbo to sztandarowy przykład dopracowanego w najmniejszych szczegółach, klimatycznego kryminału, w którym nie ma miejsca na rozwleczone obyczajowe wydarzenia, tak często praktykowane przez współczesnych autorów gatunku. I w którym nie odnajdziemy nieciekawych, „papierowych” bohaterów, bo postacie zaludniające tę książkę, zwłaszcza pierwszoplanowe, wywołują całą gamę przeróżnych emocji, tak mocno przywiązując do siebie czytelnika, że dawkowanie lektury jest praktycznie niemożliwe. Jak to jest debiut to aż nie mogę się doczekać kolejnych publikacji Ove Logmansbo, które mam nadzieję szybko światu zaprezentuje, bo miłośnicy kryminałów najprawdopodobniej z utęsknieniem będą tego oczekiwać.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

1 komentarz:

  1. Książki z tej serii są naprawdę bardzo wciągające. Te akurat nie czytałam, ale kiedy się na nią natknę na pewno nie przepuszczę łatwo.

    Zapraszam do wzięcia udziału w konkursie na moim blogu : http://word-is-infinite.blogspot.com :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...