
Mieszkający
w Naperville w stanie Illinois Scott Belvedere otrzymuje wiadomość,
że odziedziczył po swoim stryjecznym dziadku, Maximilianie
Belvederze, Zajazd pod Rodowym Drzewem w Rannakin w Virginii.
Mężczyzna postanawia obejrzeć nieruchomość zanim podejmie
decyzję o jej ewentualnej sprzedaży. Usytuowany na wzgórzach w
leśnym otoczeniu zajazd zwraca uwagę przede wszystkim ogromnym
drzewem wyrastającym ze środka budynku, z którego, jak się
okazuje, pracujący i mieszkający w tym obiekcie ludzie czerpią
soki podobno mające cudowne właściwości. Zarządczyni zajazdu,
starsza kobieta imieniem Ellen, pokrótce przedstawia Scottowi
historię jego rodziny, od wieków związanej z, jak go nazywają,
Rodowym Drzewem. Przedstawia go też innym mieszkańcom zajazdu,
wśród których jest też jej młoda córka, Caroline, nieukrywająca
swojego zainteresowania jego osobą. Caroline nie jest jedyną
kobietą w tym gronie zabiegającą o jego względy. Nowy właściciel
Zajazdu pod Rodowym Drzewem z zaskoczeniem, ale i przyjemnością
przyjmuje zaloty kobiet, które bez wątpienia mają bardzo swobodny
stosunek do seksu. W międzyczasie dokonując coraz to bardziej
niepokojących odkryć na terenie swojej nowej posiadłości.
Amerykański
pisarz, specjalizujący się w horrorze ekstremalnym i dark
fantasy oraz wydawca Dark Arts Books, John Everson, swoją
pisarską karierę rozpoczął w 2000 roku. Najpierw ukazywały się
wyłącznie jego opowiadania – powieściowy debiut Eversona
przypadł na rok 2004. Książka „Covenant” (pol. „Demoniczne
przymierze”) została laureatką Nagrody Brama Stokera. Nominację
do tej samej nagrody otrzymała też jego szósta powieść pt.
„NightWhere”, która ukazała się w 2012 roku. Dwa lata później
swoją światową premierę miała „The Family Tree”, powieść,
która na pierwsze polskojęzyczne wydanie, pt. „Drzewo rodowe”,
od wydawnictwa Dom Horroru (z pomysłową grafiką na froncie
zaprojektowaną przez Kornela Kwiecińskiego) musiała poczekać pięć
lat.
Utwory
Richarda Mathesona, „Carrie” Stephena Kinga, „Potępieńcza
gra” Clive'a Barkera (naprawdę?) oraz „Sukkub”, „Incubi” i
„Coven” Edwarda Lee – to dzieła, które wedle słów samego
autora „Drzewa rodowego”, miały na niego najsilniejszy wpływ. W
omawianej powieści uwidaczniają się pewne podobieństwa do
„Sukkuba” - pobyt w rodzinnych stronach, gdzie króluje
rozpasanie seksualne – ale zasadniczo fabuła książki Eversona
skupia się na innym motywie. Mianowice na tytułowym Drzewie
niewiadomego gatunku. Drzewie wyrastającym ze środka nieruchomości
właśnie odziedziczonej przez głównego bohatera powieści, Scotta
Belvedere'a. Zajazdu pod Rodowym Drzewem, który jak można się
domyślić, skrywa mroczne tajemnice. Maleńkie miasteczko Rannakin w
Virginii. Appalachy. Scott Belvedere, mieszczuch z krwi i kości, na
początku książki przybywa do zajazdu stojącego samotnie na
wzgórzach otoczonych bezkresnymi lasami. W niejakim oddaleniu od
innych zabudowań, w bardzo zacisznej okolicy, a przynajmniej takie
wrażenie można odnieść na pierwszy rzut oka. Bo z czasem dla
Scotta stanie się jasne, że nie znajdzie tutaj ciszy i spokoju. Nie
żeby ich szukał. Ten młody mężczyzna przybył do Zajazdu pod
Rodowym Drzewem po to, by postanowić co z nim począć. Zająć
miejsce swojego testatora, stryjecznego dziadka Maximiliana
Belvedere'a bądź zarządzać tym małym biznesem na odległość,
czy po prostu sprzedać zajazd. Początkowo bardziej nęci go ta
druga możliwość, ale z czasem zaczyna ulegać magii tego miejsca.
Mówiąc o swoim „Drzewie rodowym”, John Everson zauważył, że
„ludzie są kuszeni obietnicami seksu i iluzją młodości przez
cały czas”. Podobnie jak Scott Belvedere. Tyle że on mierzy się
ze zdecydowanie większym kalibrem, zapewne zgubnego, kuszenia.
Fabuła „Drzewa rodowego” została zbudowana ze znanych
miłośnikom horroru motywów. Przyjazd do rodzinnego miasteczka.
Odziedziczenie kryjącej mroczne tajemnice nieruchomości po krewnym,
którego nie zdążyło się poznać. Odludna, malownicza sceneria i
grono podejrzenie zachowujących się ludzi. Pracowników,
mieszkańców i gości Zajazdu pod Rodowym Drzewem, którzy
ewidentnie coś przed nowym właścicielem tego przybytku ukrywają.
W sumie łatwo odgadnąć co konkretnie – w ogóle myślę, że
fanom gatunku nie powinno nastręczyć większych trudności
przewidywanie na bieżąco kolejnych faz rozwoju tej nader prostej
historii. Właściwie to niektóre tajemnice Zajazdu pod Rodowym
Drzewem tracą nimb tajemnicy natychmiast po ich wprowadzeniu.
Cudowne właściwości tytułowego drzewa zostają Scottowi objawione
podczas pierwszego obchodu po odziedziczonej nieruchomości pod
przewodnictwem jej opiekunki Ellen. Starszej kobiety, która
zdecydowaną większość swojego życia oddała zajazdowi
Belvedere'ów. Która od dziesiątek lat z przyjemnością pełni
rolę zarządczyni owego małego biznesu, w dużym stopniu opartego
na Drzewie. Tutejsi wierzą w niezwykłe właściwości jego soków,
które dodają do potraw, i z których robią unikalny napitek. Scott
oczywiście nie daje wiary tym fantastycznie brzmiącym opowieściom
o Rodowym Drzewie, ale czytelnicy najpewniej zgoła inaczej będą
się na to zapatrywać. W mojej ocenie, Everson popełnił duży błąd
odkrywając tyle kart już na początku powieści, bo przypuszczam,
że to odbierze czytelnikom niejeden element zaskoczenia. Jeśli nie
wszystkie. Choć muszę przyznać, że w dalszej części lektury
Everson objawił coś, co może nie tyle wprawiło mnie w ogromne
zdumienie, ile po prostu w moich oczach stanowiło (nie pierwszy
zresztą) dowód na bogactwo wyobraźni tego amerykańskiego twórcy
„literatury wyklętej”. Brzydkiej, ohydnej, odpychającej,
chorej... Jednym słowem: turpistycznej.
John
Everson nie jest wprawdzie autorem literatury ekstremalnej takiego
kalibru jak Clive Barker, czy Edward Lee. Powiedziałabym, że w
hierarchii rozpoznawalności bliżej mu do Bentleya Little'a, autora
między innymi „Dominium”, „Instynktu śmierci” i „Pociągu upiorów”. Niemniej to właśnie John Everson jest autorem
najbardziej bluźnierczego utworu, z jakim się spotkałam –
opowiadania „Maryja”, zamieszczonego w zbiorze „Igły i
grzechy” - więc nie mam wątpliwości, że zadatki na jednego z
największych szokerów w historii światowej literatury posiada. Ale
akurat w „Drzewie rodowym” pokazuje swoje łagodniejsze oblicze
artystyczne. Przeżycia Scotta Belvedere'a w Zajeździe pod Rodowym
Drzewem głównie zasadzają się na niestety niezbyt skutecznie
budowanej tajemniczości oraz... seksie. Naszemu bohaterowi
poszczęściło się na tej jego nowej drodze życia. W Appalachach
nieoczekiwanie znalazł to, czego w takim nadmiarze nigdy wcześniej
nie zaznawał. Mnóstwo seksu i to z różnymi osobami. Tak, z jego
perspektywy to może jawić się niczym istny raj, natomiast z punktu
widzenia czytelnika bardziej będzie to wyglądać niczym pierwszy
etap podróży ku zatraceniu. Być może śmierci, ale niekoniecznie.
Nie mniej prawdopodobne jest to, że uciechy cielesne to jeden ze
sposobów przekonywania go do zamieszkania w Zajeździe pod Rodowym
Drzewem. Porzucenia swojego życia w okolicach Chicago i przyjęcia
odpowiedzialność za ten rozpasany obiekt od wieków należący do
jego rodziny. Scott jest ostatnim w linii prostej członkiem dumnego
rodu Belvedere. Rodu, który dawno temu w zbrodniczy sposób wszedł
w posiadanie ogromnego drzewa, które wiele daje, ale jak wie chyba
każdy miłośnik horrorów, wszystko na tym świecie ma swoją cenę.
Łatwo więc założyć, że i Rodowe Drzewo ma jakieś wymagania
względem osób, które tak hojnie obdarowuje. Że oczekuje czegoś w
zamian. Tym czymś może być stała obecność prawowitego dziedzica
Belvedere'ów, ale nie można wykluczyć, że problem jest trochę
bardziej złożony. Bez względu jednak na to, jakie przeznaczenie
przewidziano dla Scotta, jego pobyt w tej nie tak znowu spokojnej
okolicy trudno nazwać drogą przez mękę. To z czasem
najprawdopodobniej ulegnie drastycznej zmianie, ale póki co czołowy
bohater powieści głównie korzysta ze wszelkich dobrodziejstw tego
miejsca. Z darów Drzewa i trzech pięknych kobiet, które nie tyle
rywalizują o jego serce (albo raczej penisa), ile wspaniałomyślnie
się nim dzielą. Scott jest traktowany niczym towar przechodni –
kawał mięsa, którym wiecznie nienasycone kobiety na zmianę sobie
dogadzają. Nie zaniedbując jednak przy tym jego potrzeb. Innymi
słowy: seks, seks i jeszcze więcej seksu... Skłamałabym jednak
twierdząc, że „Drzewo rodowe” tylko do coraz to bardziej
wyuzdanych igraszek się sprowadza. Everson rozwija również wątek
złowrogich tajemnic rodzinnych, skoncentrowanych na wyjątkowym
drzewie, skupiając się przy tym między innymi na wielce
podejrzanych zachowaniach podwładnych Scotta. Właściwie to całą
niewielką ludność miasteczka Rannakin, zdaje się łączyć jakaś
niepojęta, ale najpewniej niebezpieczna zależność. Scott
ewidentnie znajduje się poza kręgiem wtajemniczonych. Wprawdzie
podzielono się z nim wiedzą (albo ślepą wiarą) na temat
niezwykłych właściwości Drzewa rodu Belvedere, ale wiele wskazuje
na to, że więcej przemilczano. Scott co jakiś czas będzie
natrafiał na niepokojące fragmenty tej układanki, jednak zadanie
połączenia tego w spójną całość przynajmniej przez jakiś czas
nie będzie dla niego priorytetem. Jego uwagę od alarmujących
sygnałów będą odciągać trzy ponętne kobiety, z których tylko
jedna zdaje się patrzeć na niego z prawdziwym uczuciem. Najmłodsza
mieszkanka Zajazdu pod Rodowym Drzewem, Caroline, córka od
dziesiątek lat z maksymalnym oddaniem opiekującej się tym miejscem
Ellen. Scott także czuje do niej coś więcej, niż tylko pociąg
fizyczny. Tutaj najwyraźniej wykluwa się czysta miłość. Ale to
nie powstrzymuje Scotta przed korzystaniem z nachalnych ofert
pozostałych dwóch kobiet. Jego wola bowiem nie jest tak do końca
wolna – coś ma na niego wpływ. Coś, czego Everson nie ukrywa.
Czyni jednak pewne próby zaciemnienia przed czytelnikiem innych
składowych tej nieskomplikowanej, acz całkiem klimatycznej
historii. Ale myślę, że nie znajdzie się wielu odbiorców
„Rodowego Drzewa”, które oddadzą autorowi efektywność na tym
polu. Niespodzianki co najwyżej można się spodziewać w dalszej
części powieści. Nie tak znowu makabrycznej, jak można się
spodziewać po horrorze ekstremalnym, ale to nic, bo broni się
interesującą koncepcją. We wprawnych reżyserskich rękach pewnie
niezgorszy film by z tego wyszedł – w sumie „Drzewo rodowe” to
prawie gotowy scenariusz horroru nadnaturalnego, lekko podlanego
posoką. Co nie znaczy, że Everson posługuje się niedostatecznie
opisowym, suchym stylem. Mimo swoich niewielkich gabarytów (trochę
ponad dwieście stron) akcja nie rozwija się w zawrotnym tempie i
tym bardziej nie przy zaniedbaniu mrocznej, zgniłej atmosfery
nieuchronnie zbliżającego się śmiertelnego zagrożenia. Czegoś
nieczystego ukrywającego się w przepięknym górskim krajobrazie.
Tak przewidywalna to powieść, a trzymająca w takiej niepewności.
Bo mimo tych wszystkich nader jasnych wskazówek, co do rozwoju tej
historii, tak naprawdę nie wiemy jak to się skończy dla Scotta.
Dającego się lubić gościa, który raczej nie ze świadomego
wyboru znalazł się na życiowym rozdrożu. Prze ku przepaści, w
której czeka na niego niespodziewany... wróg? A może
najwspanialszy przyjaciel?
Nie
mogę stwierdzić, że „Drzewo rodowe” Johna Eversona było
jednym z moich najbardziej udanych spotkań z literaturą
ekstremalną, ale i tak uważam, że jest to powieść warta
polecenia sympatykom pikantniejszych klimatów. Zdecydowanie więcej
w niej wyuzdanego seksu niż makabrycznych momentów, niemniej autor
ma w zanadrzu coś, co powinno nagrodzić wysiłek także osób
wymagających od Eversona dosadnych, ale i bardziej kreatywnych
obrazków, które mogą się śnić po nocach... No dobrze, bez
przesady. Koszmarów „Drzewo rodowe” raczej fanom gatunku nie
zapewni, ale myślę, że zapamiętają tę pozycję. Ja na pewno,
choć nie uważam jej za jakieś wielkie osiągnięcie na polu
horroru ekstremalnego. Niezłe, ale moim zdaniem potencjał nie
został wyczerpany. Taki pisarz, jak John Everson spokojnie mógł
wycisnąć z tego więcej.
Za
książkę bardzo dziękuję księgarni internetowej
Świetny blog! Nareszcie wiem gdzie szukać ciekawych filmów ponieważ od pewnego czasu mam z tym problem :( Niestety Netflix świeci pustkami jeśli chodzi o dobre filmy.
OdpowiedzUsuńJeśli chodzi o ten film napewno go nie obejrzę gdyż nie przepadam za nadmiernymi scenami seksu w jakimkolwiek filmie ale inne z pewnością tak :)
Pozdrawiam :)
Ale tu chodzi o książkę a nie o film.....
OdpowiedzUsuń