środa, 24 czerwca 2020

„Morderczy prześladowca” (2019)


Hans, jego żona Diana i ich dwie małe córki, Milou i Robine, jadą samochodem do rodziców mężczyzny, na kameralne przyjęcie urodzinowe jego ojca. W pewnym momencie Hans wyprzedza bardzo wolno poruszającą się białą furgonetkę. Jej kierowca, Ed, swoim zwyczajem postanawia dać mu lekcję. Chce by Hans przeprosił za swoje zachowanie na drodze, ale ten ani myśli spełnić jego żądania. Prośbą i groźbą stara się zmusić Eda do zostawienia jego i jego rodziny w spokoju, jednak nieznajomy nie tylko nie zamierza zaprzestać jazdy za nimi, ale jest również zdecydowany uciekać się do fizycznej przemocy. Uzbrojony w środek na szkodniki samozwańczy stróż porządku na drodze upatrzył sobie nową ofiarę i nie cofnie się dopóki przykładnie nie ukarze brawurowego kierowcy.

Holenderski thriller drogi w reżyserii i na podstawie scenariusza Lodewijka Crijnsa, „Morderczy prześladowca” (oryg. „Bumperkleef”, międzynarodowy: „Tailgate”), to swego rodzaju spowiedź autora, bo jak sam przyznał zachowuje się na drodze podobnie jak Hans i też ma problematyczne ego. Crijns był pozytywnie zaskoczony bezproblemowym pozyskaniem funduszy na realizację „Morderczego prześladowcy”, bo zdradził, że w holenderskiej branży filmowej scenariusze koncentrujące się na jakimś osobniku bezpardonowo rozprawiającym się z ludzką głupotą powszechnie uważa się za populistyczne, a więc niegodne uwagi. Crijns podejrzewa, że tak szybkie pozyskanie funduszy na „Morderczego prześladowcę” zawdzięcza postaci Hansa, a ściślej jego katartycznemu rozwojowi. Pierwszy pokaz filmu odbył się we wrześniu 2019 roku na Nederlands Film Festival, a już w następnym miesiącu trafił na ekrany holenderskich kin, aczkolwiek w ograniczonym zakresie.

Niektórzy recenzenci zestawiali „Morderczego prześladowcę” Lodewijka Crijnsa z filmową twórczością Dicka Maasa, szczególnie jego „Świętym” z 2010 roku, z czego reżyser i scenarzysta omawianej produkcji jest zresztą bardzo rad, bo docenia artystyczny dorobek Maasa. Inni, w tym ja, w „Morderczym prześladowcy” dopatrzyli się potencjalnej inspiracji „Pojedynkiem na szosie” (oryg. „Duel”) Stephena Spielberga, filmem opartym na opowiadaniu Richarda Mathesona pod tym samym oryginalnym tytułem. Wziąwszy pod uwagę choćby takie obrazy, jak „Prześladowca” Johna Dahla, czy (o zgrozo!) „Horror na szosie” Michaela Bafaro, można powiedzieć, że historia wymyślona przez Richarda Mathesona zapoczątkowała trend na kierowców-stalkerów. Podobno Lodewijk Crijns zaczerpnął też co nieco z „Henry'ego – Portretu seryjnego mordercy” Johna McNaughtona, ale jak uczciwie przyznał najwięcej „wyrwał z siebie samego”. Hans (dobry występ Jeroena Spitzenbergera) to można powiedzieć takie trochę bardziej ekstremalne wydanie samego Crijnsa, a żona tego pierwszego, Diana (też przekonująca kreacja Anniek Pheifer), trochę przypomina małżonkę reżysera i scenarzysty „Morderczego prześladowcy”. To znaczy Crijns też często jest ganiony przez swoją życiową partnerkę podczas wspólnych podróży samochodem. Za brawurową jazdę. Tyle że Crijns często słucha owego głosu rozsądku, a tymczasem jego bohater (ewentualnie antybohater) zazwyczaj puszcza słowa Diany mimo uszu. Wnosząc ze słów Lodewijka Crijnsa, ego Hansa jest bardziej rozrośnięte od jego własnego, ale artysta nie ukrywa, że też ma spore poczucie własnej wartości. Jest człowiekiem dumnym, podobnie jak Hans. Podobnie jak Hans prowadzi też samochód. A Hans nie jeździ zbyt ostrożnie, w porównaniu jednak do jego żony... Ooo, chociaż tyle dobrze, że Crijns nie jest takim kierowcą jak ta bohaterka „Morderczego prześladowcy”. Thrillera drogi mającego wartość dydaktyczną. Uczącego, jak nie należy zachowywać się na drodze. I jak wychowywać dzieci. Twórca omawianego filmu z wyboru nie ma dzieci, ale to nie powstrzymuje go przed ocenianiem innych. Według niego Hans i Diana nie są dobrymi rodzicami. Bo pozwalają córkom jeść fast foody, a Hans jeszcze wpaja im, że brawurowa jazda jest w sumie w porządku. Że to ostrożni kierowcy są zmorą społeczeństwa. Albo raczej przeraźliwie powolni i to na autostradzie, ale polemizować w tym miejscu z reżyserem nie zamierzam, bo tak czy inaczej te szydercze komentarze ze strony Hansa, ale i jego córek w kierunku spowalniającego ruch kierowcy białej furgonetki, za dobry wzorzec uznać ciężko. Dziecko może sobie przyswoić, że ZAWSZE lepiej poruszać się po drodze na pełnym gazie. A tak zwane niezdrowe jedzenie? No błagam, co w tym czasach jest zdrowe? Ale zostawmy to. Przejdźmy do innej i w sumie bardziej drażliwej kwestii. Otóż, Lodewijk Crijns (na marginesie: nieukrywający, że ma prawicowy światopogląd) wychodzi z założenia, że jednostki problematyczne dla społeczeństwa należy eliminować, a za każdą taką osobę sadzić w Holandii sto drzew. Dowodem niemałego dystansu do siebie jest to, że w oczach reżysera takim problematycznym okazem jest Hans, a więc człowiek, z którym sporo go łączy. Ten przytyk do siebie samego niekoniecznie jednak rozgrzeszy reżysera w oczach co bardziej zdeklarowanych lewicowców. A przynajmniej nie tych, którzy po prostu nie są w stanie obcować z historiami spisanymi przez człowieka, z którym zasadniczo zgodzić się nie potrafią. A na pewno nie w tak przecież ważkiej kwestii jak... Cóż, wygląda mi na to, że Lodewijk Crijns, delikatnie mówiąc, nie miałby nic przeciwko temu, by problemy na drodze rozwiązywano w sposób podobny do tego wdrożonego przez eksterminatora Eda. Tak, nie mogłam oprzeć się poczuciu, że ten holenderski twórca bardziej sympatyzuje z oprawcą niż jego najnowszymi celami (z wyjątkiem dzieci), że ma dla niego więcej zrozumienia, choć co trzeba powtórzyć: to właśnie jednej z ofiar dał niektóre swoje cechy.

Fundamentalna kwestia: czy Hans faktycznie jest piratem drogowym? Czy naumyślnie łamie przepisy, tym samym stwarzając poważne zagrożenie dla siebie i innych? To już każdy musi sobie sam rozsądzić. Albo nie. Bo w końcu branie prawa we własne ręce, wszystko jedno w jakiej sprawie, nie przez wszystkich jest akceptowane. Zaryzykuję przypuszczenie, że nawet nie przez większość tak zwanych cywilizowanych społeczeństw. Wątpię więc, żeby te osoby szukały jakiegoś usprawiedliwienia dla kierowcy furgonetki. A pozostali... No cóż, prawdopodobnie będą wypatrywać pirackich poczynań Hansa na drodze (w przypadku jego żony szukać już w ogóle nie będą musieli) i takowe najpewniej znajdą, ale jak rzecz rozsądzą? Czy „kodeks karny” Eda uznają za sprawiedliwy? Szybka jazda po notabene drodze ekspresowej, może i zwraca uwagę osobliwego i nader agresywnego „edukatora”, ale niewątpliwym punktem zapalnym jest dopiero wyprzedzenie jegomościa przez Hansa (jak w „Pojedynku na szosie”). Zuchwały manewr, który Hans ma szansę odkupić słowem „przepraszam”. Ale jego irytująco ogromna duma nie pozwala mu ani przyznać się do błędu, ani tym bardziej rzucić jedno z magicznych słów w kierunku nachalnego starszego mężczyzny. Nie wiadomo, jak potoczyłyby się sprawy, gdyby czołowa postać „Morderczego prześladowcy” od razu spełniła żądanie tytułowego antybohatera, ale w takim układzie wygląda na to, że wina poniekąd leży po obu stronach. Gdyby nie rozbuchane ego Hansa... Tak czy inaczej scenarzysta stara się narzucić nam krytyczny stosunek do Hansa. Jego nieprzejednana postawa względem Eda najwyraźniej ma nas doprowadzić do wniosku, że „sam się o to prosił”. Posyp czasem głowę popiołem zamiast iść w zaparte. Przeproś, nawet jeśli nie poczuwasz się do odpowiedzialności, bo to nic nie kosztuje, a dzięki temu możesz ocalić życie swoje i swoich bliskich. Jak to nic nie kosztuje? A moja męska duma? Toż ona strasznie ucierpi. Nie, lepiej się postawić. Pokazać natrętowi, kto tutaj rządzi. A co! Tylko że, jak można się tego domyślić, to twój przeciwnik szybko zyska przewagę. W takim razie mogę już przeprosić. Nie, nie, mości panie. Na to jest już za późno. Teraz spotka cię, zasłużona czy nie, kara. Ciebie i twoich bliskich. Boś człowiek arogancki. Niegrzeczny i przekonany o własnej nieomylności. Skończył się czas na naukę. Nie pojąłeś, więc została jedynie bolesna kara. Za zbrodnię ryzykownego manewru wyprzedzania na autostradzie. „Morderczy prześladowca” podpina się co prawda pod konwencję spopularyzowaną przez „Pojedynek na szosie” Stevena Spielberga, ale też trudno zarzucić mu uporczywe żerowanie na amerykańskich stereotypach. I nie chodzi tylko o, nazwijmy to, dyskusyjne spojrzenie na oprawcę i jego dorosłe ofiary (a przynajmniej ja tak to odbierałam), ale i miejscami humorystyczne ujęcia ciężkich przecież przeżyć Hansa i Diany. Na przykład akcja z wyciąganiem Hansa z furgonetki Eda. A przy tym ściąganiem mu spodni,. Albo uwaga, uwaga: kobieta za kierownicą! Nie obrażajmy się, to tylko taki niewybredny żarcik. Trzeba też Lodewijkowi Crijnsowi przyznać, że obdarzył tytułową postać oryginalnym narzędziem tortur. A przynajmniej ja nie przypominam sobie filmowego czarnego charakteru spryskującego ludzi środkiem na tak zwane szkodniki. Toksyczną substancją, której zawdzięczamy parę wprawdzie niezbyt odrażających, ale na swój minimalistyczny sposób solidnie wykonanych ujęć gore. I wreszcie klimat. Przyblakłe, dość ponure zdjęcia, z których praktycznie nieustannie bije lekki chłodek. Aż miło popatrzeć! Gorzej pewnie co poniektórzy przyjmą multum nieprzemyślanych zachowań najnowszych obiektów niezdrowego zainteresowania morderczego prześladowcy. Pragnę tylko zauważyć, że oni działają pod wielką presją. W panice wręcz. Co innego policjanci. Ich działalność na pół gwizdka jest doprawdy zastanawiająca. Chociaż nie, w hollywoodzkiej superprodukcji takie niedopatrzenie jak nieprzeszukanie pewnego obiektu, który w takich okolicznościach nawet w oczach sześciolatka pewnie aż by się o to prosił, byłoby poważnym pogwałceniem logiki, ale w prawdziwym życiu? No nie wiem... Na koniec muszę jeszcze dodać, że pomimo wykorzystania przez scenarzystę kilku niesztampowych zabiegów, fabuła „Morderczego prześladowcy” w sumie rozwija się w przewidywalny sposób. Wiadomo, jak to się potoczy. Jak ta szaleńcza podróż skończy się dla naszych bohaterów lub antybohaterów. Bo podejrzewam, że niejeden odbiorca „Morderczego prześladowcy” będzie miał problem z rozsądzeniem pod którą kategorię tak naprawdę podpada przynajmniej Hans. Z dziećmi sprawa powinna być jednak prosta – swoją drogą wyśmienite kreacje Roosmarijn van der Hoek i Liz Vergeer.

Taki przeciętniak? Tak, myślę, że to trafne podsumowanie mojego przyjęcia „Morderczego prześladowcy” Lodewijka Crijnsa. Thrillera drogi nasuwającego dość silne skojarzenia z „Pojedynkiem na szosie” Stevena Spielberga i naturalnie materiale źródłowym tegoż: opowiadaniem Richarda Mathesona, aczkolwiek nie powiedziałabym, że wyzuty z indywidualności. To holenderskie ujęcie motywu kierowcy-stalkera ewidentnie ma w sobie jakąś... unikatowość? Może to za duże słowo, ale nie jest to taki znowu typowy film, jak mogłoby się wydawać. Znana historia z trochę innym podejściem. Obawiam się, że dla niektórych nieakceptowalnym, ale przecież to tylko film... Całkiem klimatyczny film, trzeba dodać. I trochę zwariowany. Troszkę.

3 komentarze:

  1. Tak słabego filmu już dawno nie widziałem. Decyzję bohaterów są tak irracjonalne i głupie że trudno porównanie odnaleźć nawet do słabych filmów klasy B. Dlamnie zmarnowany czas.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zastanawialiśmy się, czy gdyby faktycznie przeprosił, to agresor by odpuścił. Szalony i straszny film.

    OdpowiedzUsuń