Stronki na blogu

niedziela, 14 maja 2017

„Aplik@cja” (2016)

Po nagłej śmierci nastoletniej Nikki jej przyjaciele dostają link do aplikacji wysłany z telefonu zmarłej. Instalują program na swoich smartfonach i zapoznają się z jego zdumiewającymi właściwościami. Aplikacja ma dostęp do informacji na ich temat widniejących w Internecie, ponadto rejestruje wszystko, co ma miejsce w ich otoczeniu. Może kontaktować się z użytkownikiem i wyręczać go w prostych czynnościach. Początkowo młodzi ludzie ochoczo korzystają z licznych funkcji nowej zabawki dopóki aplikacja nie zacznie ujawniać swoich prawdziwych zamiarów względem nich. Alice Gorman jako pierwsza nabiera przeświadczenia, że grozi im duże niebezpieczeństwo ze strony tajemniczego programu. Jak się z czasem okazuje aplikacja wykorzystuje lęki użytkownika w swoim dążeniu do zabicia go, młodzi ludzie muszą więc znaleźć sposób na wykasowanie programu ze swoich smartfonów.

„Aplik@cja” to pierwszy wspólny pełnometrażowy projekt braci Vang, Abla i Burlee, a ściślej pierwszy film wyreżyserowany przez obu na podstawie wspólnie napisanego scenariusza (wyjąwszy oczywiście krótkometrażowy „Sentient” z 2014 roku). Abel Vang może się pochwalić trochę większym doświadczeniem w branży filmowej niż jego brat – wcześniej stworzył między innymi dwa pełnometrażowe obrazy oficjalnie sklasyfikowane jako dramaty. Burlee wraz z Naoshoua Vangiem obmyślił historię, na kanwie której spisano scenariusz debiutanckiej produkcji Abla pt. „Nyab Siab Zoo” i jak już wspomniałam wyżej współpracował z Vangiem podczas kręcenia dwudziestominutowego „Sentient”. Z „Aplik@cją” część opinii publicznej wiązała duże nadzieje, może więc dlatego film zbiera tak pokaźną ilość skrajnie negatywnych recenzji. W końcu nie byłby to pierwszy przypadek, w którym wygórowane oczekiwania widza wpłynęły na jego nieprzychylny odbiór filmu.

Po „Aplik@cji” spodziewałam się mielizny na miarę choćby głośnego „Rings”, dlatego też starannie wybrałam moment przystąpienia do seansu. Gdy znajdowałam się w nastroju najodpowiedniejszym do przełknięcia mainstreamowego chłamu uznałam, że mogę spokojnie zaryzykować projekcję omawianej produkcji. I teraz ciężko mi orzec, co jest bezpośrednią przyczyną mojej pozytywnej reakcji na tak krytykowaną przez jak się zdaje większość jej odbiorców„Aplik@cję” - fakt, że moje oczekiwania względem niej były praktycznie zerowe, czy może raczej to, że w swoim życiu zdążyłam już obejrzeć sporo nieporównanie gorszych horrorów, z wieloma szeroko reklamowanymi, kinowymi produkcjami włącznie? Jakie powody takiego stanu rzeczy by nie były naprawdę nie mogę przyłączyć się do wielogłosu potępiającego niniejsze przedsięwzięcie braci Vang, choć gwoli ścisłości pod wielkim wrażeniem również nie jestem. „Aplik@cja” jest teen horrorem o zjawiskach nadprzyrodzonych – powiedziałabym, że obrazem jakich wiele, kolejnym reprezentantem „taśmowo produkowanych” straszaków, niewyróżniającym się niczym szczególnym na tle sobie podobnych. Ale nie do końca byłoby to prawdą, bo jednak scenarzyści, w osobach samych braci Vang, wykazali się odrobiną inwencji – zaledwie krztyną, bo ukazywanie różnego rodzaju zdobyczy nowoczesnej technologii w śmiercionośnym świetle nie jest żadnym novum w tym gatunku, nie przypominam sobie jednak horroru traktującego o aplikacji na smartfony, która posiadałaby zbliżone funkcje (może i coś podobnego do tego powstało, tylko że mnie nie dane było jeszcze tego zobaczyć). Scenariusz braci Vang pewnie w jakimś tam stopniu miał stanowić przestrogę dla całej masy osobników wprost uzależnionych od różnych aplikacji – tak dalece, że patrząc na nich czasami się zastanawiam, czy za parę lat będą oni potrafili oddychać bez pomocy takiego programiku... Głos wydobywający się ze smartfona głównej bohaterki filmu, Alice Gorman (niebywale drętwa Saxon Sharbino), nie ukrywa, że pobiera informacje na jej temat z Internetu. I najprawdopodobniej ma ich aż nadto, bo w końcu żyjemy w czasach, w których spora część ludzi celowo odziera się z prywatności poprzez uzewnętrznianie się między innymi na wszelkiego rodzaju portalach społecznościowych, bez zastanawiania się nad tym, kto może to zobaczyć i w jakim celu wykorzystać. Nie chciałabym jednak, żeby ktoś pomyślał, że „Aplik@cja stanowi jakieś ambitne studium psychologiczne, próbujące zgłębić przerażające z mojego punktu widzenia zjawisko zrzekania się swojej prywatności na użytek również nieznajomych internautów i gromadzenia naszych danych przez groźne aplikacje. Cieszyłabym się, gdyby tak było, ale nie, omawiany film jest prostym straszakiem, który jedynie pobieżnie zarysowuje ten problem, w żadnym razie się w niego nie zagłębiając. Mówiąc „straszak” mam na myśli horror, w którym nie brak prymitywnych jump scenek (z których swoją drogą żadna nie wywiera właściwego efektu, głównie przez błędne wyliczenia w czasie i niezbyt wyrazisty podkład muzyczny) i wszelkiej maści manifestacji nadprzyrodzonego bytu, który stara się zabić każdego użytkownika feralnej aplikacji. W tym celu wykorzystuje jego największe lęki, co w tym gatunku oryginalne na pewno nie jest, ale wziąwszy pod uwagę fakt, że ofiar jest kilka, możemy w tej kwestii liczyć na sporą różnorodność.

Abel i Burlee Vangowie już na etapie pisania scenariusza wydawali się dążyć do wkomponowania w całość kilku groteskowych akcentów, które miały chyba zdumiewać albo straszyć odbiorcę poprzez uwypuklanie szkaradzieństwa drzemiącego w czymś, co na pierwszy rzut oka powinno budzić śmiech. W przypadku biegnącego pluszaka ta niełatwa sztuka nawet w ułamku twórcom się nie udała, bo jedyne co odczułam patrząc na to, to pełne niedowierzania osłupienie, podszyte niemałą porcją czystego zażenowania. Jeśli zaś chodzi o klauny to charakteryzatorom o wiele łatwiej było się wybronić. Pomijam już fakt, że istnieją ludzie, którzy drżą na sam ich widok, bo twórcy tak demonizowali ich oblicza, że w ogóle nie przypominali nieszkodliwych przebierańców występujących w cyrkach. W projekcjach innych lęków protagonistów dostrzegłam natomiast naleciałości z paru innych horrorów. Nie wiem, czy bracia Vang starali się oddać hołd kilku kultowym produkcjom, czy podobieństwa były całkowicie przypadkowe, ale patrząc na policjanta z czymś przytwierdzonym do palców obu dłoni (bądź z długimi palcami, trudno o pewność, bo spowijał go cień) nie mogłam nie pomyśleć o Freddym Kruegerze. Za najbardziej udane uważam jednak manifestacje kobiety ze studni („The Ring”) oraz oszalałej babci z oszpeconą twarzą, która pod koniec wygina swoje ciało w sposób, który przywodzi na myśl opętaną Regan MacNeil z „Egzorcysty”. „Aplik@cji” brakuje gęstego klimatu grozy, plastikowych zdjęć dostajemy natomiast w nadmiarze, ale nawet pomimo deficytu silnie trzymającej w napięciu, szybko zagęszczającej się mroczności parę sekwencji powinno zwrócić uwagę wielbicieli kina grozy. Przebija z nich bowiem odrobina atmosferycznej złowieszczości i charakteryzują się one całkiem wyważoną stylizacją aktorów wcielających się w rolę zjaw będących projekcją lęków protagonistów. Z największą mocą (choć bez przesady - zaprawionego w kinie grozy odbiorcę na pewno nie wbije to w fotel) wybrzmiewa to podczas konfrontacji ze wspomnianymi upiornymi kobietami. Jeśli natomiast miałabym wyłonić zwycięzcę z grona scenek typowych dla horroru bez zastanowienia postawiłabym na złowrogi moment spoglądania przez jednego z bohaterów na kobietę stojącą bez ruchu na scenie w sali teatralnej, która jak nieszczęśnik chwilę potem sobie uświadamia jest projekcją kobiety, której ciało przed laty wyłowiono ze studni. Na odnotowanie zasługuje też późniejsze pojawienie się tej zjawy w domu przerażonego nastolatka, głównie przez wzgląd na powolne, a co za tym idzie w miarę zadowalająco potęgujące napięcie jej zbliżanie się do sparaliżowanej strachem ofiary oraz obraz jej odpychającej twarzy, niestety pokazany zaledwie w krótkiej migawce. Sama fabuła natomiast jest w gruncie rzeczy dokładnie taka, jakiej można się spodziewać po współczesnym, mainstreamowym teen horrorze. Ot, mamy grupę młodych ludzi, których pomimo pobieżnie zarysowanych osobowości da się lubić (jeśli o mnie chodzi to za wyjątkiem bezbarwnej głównej bohaterki), starających się pozbyć śmiercionośnej aplikacji. Nie muszę chyba dodawać, że nie sposób tak po prostu jej skasować, czy też pozbyć się telefonu, bo jak można się domyślić sprzęt i tak wróci do użytkownika. Jeśli go zniszczyć to samoistnie się naprawi, dlatego też jak również ławo przewidzieć młodzi ludzie dojdą wkrótce do wniosku, że jedynym sposobem na pozbycie się klątwy jest zgłębienie jej historii. Rozwój akcji do nadzwyczajnych więc nie należy – pospolitość goni pospolitość, jeden przewidywalny krok protagonistów zostaje zastąpiony kolejnym równie niezaskakującym posunięciem i tak aż do jakże oczywistego finału. Poprzedzonego całkiem widowiskową utarczką z nieznanym, za wyjątkiem sztucznie się prezentującej inferencji komputera. Wcześniej posiłkowanie się CGI było niewielkie, dzięki czemu „Aplik@cja” tylko zyskała w moich oczach – szkoda, że tutaj twórcom brakło konsekwencji, bo ostatni pojedynek prezentowałby się wówczas trochę lepiej. Trochę, bo efektów komputerowych nie było znowu tak dużo, żebym mogła z czystym sumieniem zdyskredytować całą tę partię. Na koniec warto jeszcze wspomnieć o oczku puszczonym do wielbicieli kina grozy za sprawą krótkiej wymiany zdań pomiędzy dwiema postaciami (- Sceneria jak z kiepskiego krwawego horroru. - Nie jest taki zły. Murzyn żyje.) , tj. daniu do zrozumienia, że scenarzyści poza wszystkim innym starali się delikatnie wybiec poza znane schematy, co swoją drugą wyjaśniałoby wywróconą kolejność eliminacji protagonistów. Mówiłam, że wszystko jest tutaj przewidywalne, ale muszę to skorygować, bo jednak kolejność umierania bohaterów filmu do przewidywalnych nie należy, pod warunkiem oczywiście, że zna się konwencję teen slasherów, do których przecież Vangowie po części również się odnoszą. Chociaż oczywiście ich historia została osadzona przede wszystkim w ramach horroru nadprzyrodzonego.

Patrząc na reakcję jak się wydaje większości widzów na „Aplik@cję” braci Vang wolę się wstrzymać od polecania tej produkcji komukolwiek, pomimo mojego całkiem pozytywnego zapatrywania na ten obraz. Nie uważam go za jakieś arcydzieło, ale w mojej ocenie nie wpisuje się również w poczet kinematograficznych pomyłek. Lekki, niewymagający myślenia straszak, który oglądało mi się całkiem znośnie, acz bez wpadania w stan uniesienia. Nie nudziłam się zanadto i nie cierpiałam, chociaż dokładnie na te ewentualności przygotowałam się po przeczytaniu paru opinii zamieszczonych w Internecie. Innymi słowy po raz enty jestem w mniejszości, nie powinno więc nikogo dziwić, że wolę wstrzymać się od rekomendacji.

piątek, 12 maja 2017

„Ostatnia klątwa” (2016)

Lata 80-te XX wieku. Osiemnastoletni Johnny Frank Garrett zostaje skazany na karę śmierci za gwałt i zabójstwo zakonnicy. Chłopak cały czas utrzymuje, że jest niewinny, ale dowody zgromadzone przez prokuratora nie pozostawiają ławie przysięgłych żadnych wątpliwości, co do winy oskarżonego. Jedynie Adam Redman ma chwilę zawahania, ale ostatecznie daje się przekonać argumentacji innych przysięgłych. Dziesięć lat później Johnny Frank Garrett zostaje stracony, przedtem dając do zrozumienia osobom odpowiedzialnym za jego tragiczny los, że jego zemsta wkrótce się dokona. Niedługo po egzekucji osoby, które przyczyniły się do skazania Garretta po kolei umierają w zagadkowych okolicznościach. Natomiast dziesięcioletni syn Adama Redmana, Sam, zaczyna chorować, tak poważnie, że jego dni zdają się być policzone. Ojciec chłopca nie ma wątpliwości, że jego stan ma związek z Johnnym Frankiem Garrettem, który jak się dowiaduje został stracony za zbrodnię, której nie popełnił. Jest zdecydowany zrobić wszystko, co w ludzkiej mocy, aby zdjąć klątwę rzuconą przez Garretta i tym samym ocalić życie Sama.

9 listopada 1981 roku siedemnastoletni Johnny Frank Garrett został aresztowany, a następnie oskarżony o zgwałcenie i zamordowanie siostry zakonnej Tadei Benz 31 października tego samego roku. W 1982 roku Garretta skazano na karę śmierci, którą wykonano dziesięć lat później. W 2008 roku ukazał się półtoragodzinny dokument pt. „The Last Word” stworzony przez Jesse'ego Quackenbusha absolwenta uniwersytetu prawniczego w Houston, w którym utrzymywał, że Johnny Garrett był niewinną ofiarą przekrętów ludzi, którzy z racji swojego zawodu powinni stać na straży prawa. Nie tylko „The Last Word” sprawił, że wokół tej sprawy narosły spore kontrowersje, organizacje zajmujące się ochroną praw człowieka uznały, że na śmierć skazano osobę niepełnosprawną umysłowo, oburzenie u co poniektórych budził również młody wiek straconego. O ułaskawienie Johnny'ego Franka Garretta apelował sam papież Jan Paweł II, ale jego stawiennictwo skutkowało jedynie odłożeniem w czasie zasądzonej egzekucji. Scenariusz „Ostatniej klątwy” autorstwa Bena Kataia i Marca Haimesa został zainspirowany tą autentyczną sprawą – fabułę skonstruowano w oparciu o tezy wysunięte przez Jesse'ego Quackenbusha w jego dokumencie, a reżyserii podjął się Simon Rumley, znany między innymi jako twórca jednego z segmentów wchodzących w skład filmowej antologii pt. „The ABCs of Death”.

Nie zwykłam ferować wyroków w oparciu o tezy wysnuwane przez twórców filmów fabularnych, seriali i dokumentów. W dzisiejszych czasach takie zachowania są dosyć powszechne, aczkolwiek moim zdaniem skrajną nieodpowiedzialnością jest nawoływanie czy to do skazania / podtrzymania zasądzonej kary, czy do uniewinnienia danego osobnika tylko na podstawie tego, co zobaczy się na ekranie (mowa o rekonstrukcjach, nie autentycznych nagraniach), choćby nawet w licznych doniesieniach medialnych. Jako, że nie mam dostępu do całego zgromadzonego materiału dowodowego w sprawie Johnny'ego Franka Garretta, a jest ona z gatunku tych, które budzą spore wątpliwości, nie mam wyrobionego zdania na ten temat. Został stracony, więc uwolnić już się go nie da, nie jestem jednak przekonana, czy powinien zostać pośmiertnie zrehabilitowany. Mogę wypowiadać się jedynie o kreacji tej postaci stworzonej na potrzeby filmu, która wcale nie musi być odbiciem jej rzeczywistego wizerunku. Scenarzyści „Ostatniej klątwy” wyszli z założenia, że Johnny Garrett nie ponosił winy za przypisane mu czyny, a wręcz padł ofiarą manipulacji zdeprawowanego prokuratora. W końcu lekko upośledzony umysłowo, wypchnięty poza margines życia społecznego, młody mężczyzna może być doskonałym kozłem ofiarnym dla kogoś, kto myśli wyłącznie o rozwoju swojej kariery zawodowej. Johnny'ego Franka Garretta trudno uznać za klasycznego antybohatera, bo jego pragnienie zemsty jest całkiem zrozumiałe. Widz w przeciwieństwie do niego może jednak spojrzeć na całą sytuację chłodnym, obiektywnym okiem, przez co powinien szybko dojść do skądinąd słusznej konkluzji, że przysięgli również są ofiarami. Na sali sądowej uznali Garretta za winnego zarzucanych mu czynów to jest gwałtu i morderstwa zakonnicy, ale nie zrobili tego z takich samych pobudek co prokurator. Padli ofiarami manipulacji, przekrętu osób, które z racji swojego zawodu powinni stać na straży prawa, co z punktu widzenia skazanego nie ma rzecz jasna większego znaczenia. W końcu ten fakt nijak nie przyczynia się do poprawy jego losu. Po krótkim prologu rozgrywającym się na sali sądowej na początku lat 80-tych następuje przeskok w czasie o całą dekadę. Właściwa akcja filmu toczy się więc na początku lat 90-tych, a sposób w jaki sportretowano owe minione realia to z mojego punktu widzenia jeden z nielicznych plusów „Ostatniej klątwy”. Obok braku tak powszechnych w dzisiejszych czasach zdobyczy nowoczesnej technologii jak smartfony, czy tablety twórcy akcentowali ten „powrót do przeszłości” pastelowymi barwami, którymi operowali tak sprawnie, że właściwie mimowolnie przeniosłam się myślą do kolorowych, beztroskich czasów mojego dzieciństwa. Brzmi idyllicznie wiem, ale w horrorze taka sielanka nie może nie iść w parze z wyraźną groźbą, dlatego też już we wstępnych partiach filmu dano widzom do zrozumienia, że czołowym bohaterom filmu grozi ogromne niebezpieczeństwo. Wynika ono z klątwy rzuconej przez człowieka wkrótce potem straconego za zbrodnię, której nie popełnił. Klątwy rzuconej na tych, którzy przyczynili się do jego śmierci oraz ich najbliższych (znowu teoria, jak ja ją nazywam „resortowych dzieci” – no wiecie, oburzające przekonanie, że potomkowie sprawców różnego rodzaju zbrodni powinni być piętnowani za winy swoich przodków).

Sam pomysł na fabułę „Ostatniej klątwy”, będący swoistą kompilacją autentycznych wydarzeń i produktów wyobraźni scenarzystów jawił się całkiem obiecująco. Stracenie niewinnego człowieka, klątwa rzucona na jego oprawców i ich bliskich, która wprowadza jakże nośną w tym gatunku tematykę zemsty i moim zdaniem dostarczająca najsilniejszego ładunku emocjonalnego krzywda, jaka spotyka dziesięcioletniego chłopca „pokutującego” za błąd popełniony przed dekadą przez jego ojca zasiadającego wówczas w ławie przysięgłych, która uznała Johnny'ego Franka Garretta za winnego gwałtu i morderstwa zakonnicy. To wszystko stanowi niemalże idealną zbitkę motywów, jakich oczekuje się od horroru nastrojowego, denerwujące wycofanie twórców zaprzepaszcza jednak spory potencjał drzemiący w warstwie tekstowej. Simon Rumley jakby uparł się tak kierować ekipą, żeby niemalże każdorazowo umniejszać siłę rażenia sekwencji, które powinny trzymać w napięciu oraz momentów szczytowej grozy. Na domiar złego scenarzystom brakowało inwencji – uraczyli mnie co prawda kilkoma całkiem pomysłowymi, wiarygodnie sportretowanymi makabrycznymi wstawkami, ale nie udało mi się ustrzec przeświadczenia, że była to jedynie „kropla w morzu potrzeb”, mały dodatek do, co tu dużo mówić, nudnawej nijakości. Nauczycielka wbijająca sobie ołówki w nozdrza na oczach zdezorientowanych dzieci, rozsmarowywanie niewiarygodnie dużej ilości krwi wydobywającej się z ciała zabitej muchy po przedniej szybie samochodu, klimatyczne migawki na ekranie telewizora, w których przewijają się czasem zakrwawione, czasem okaleczone twarze ludzi, z których najbardziej upiorne wrażenie robią osobnicy z pozszywanymi ustami (podkład dźwiękowy w tym miejscu niemalże wbija w fotel), czy wreszcie zapamiętałe oranie paznokciami własnej ręki – wszystko to chwilowo wybijało mnie z letargu, w jaki niestety wpadłam już po zapoznaniu się z początkowymi sekwencjami „Ostatniej klątwy”. Szybko wszak zauważyłam, że Simon Rumley kompletnie nie był zainteresowany konsekwentnym przeprowadzaniem mnie przez proces stopniowo zagęszczającej się atmosfery nadnaturalnego zagrożenia. Większą wagę zdawał się przykładać do uwypuklania przygnębiającej sfery scenariusza egzystującej głównie w ramach konwencji dramatu. Poruszył mnie dramat małego chłopca walczącego o życie na oczach zdruzgotanej matki, poruszyła mnie również niesprawiedliwość, jaka spotkała młodego mężczyznę, który tuż przed śmiercią poprzysiągł zemstę i wreszcie poruszyło mnie jego trudne życie na wolności przybliżone za pośrednictwem kilku kwestii innych osób tj. smutny obraz niepełnosprawnego umysłowo młodego człowieka, wyłączając księdza zmagającego się z ostracyzmem społecznym. Nie zrekompensowało mi to jednak niemiłosiernych dłużyzn co chwilę wkradających się w scenariusz, głównie w formie nudnawego, niepotrzebnie poszarpanego śledztwa Adama Redmana. W tę rolę z całkiem niezłym skutkiem wcielił się Mike Doyle, ale nieporównanie bardziej radowała mnie znakomita kreacja Dodge'a Prince'a odgrywającego postać Sama. Devin Bonnee jako Johnny Frank Garrett zwracał natomiast uwagę swoim przeszywającym, w pewnym sensie demonicznym spojrzeniem.

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że gdyby scenariusz „Ostatniej klątwy” po kilku uprzednich przeróbkach trafił w ręce bardziej utalentowanego reżysera, twórcy który rozumie, że w tego typu filmach najważniejsze jest maksymalne skupienie na budowaniu atmosfery sukcesywnie potęgowanego zagrożenia, moglibyśmy dostać może nie absolutny hit, ale przynajmniej całkiem godnego reprezentanta współczesnego kina grozy. W mojej ocenie nad scenariuszem należało popracować dłużej głównie dlatego, że warstwie tekstowej brakowało inwencji i intrygującej ciągłości, chwilami odnosiłam wręcz wrażenie, że fabułę pocięto tylko po to, aby szybciej dobić do mocno przewidywalnego finału. Po części, bo jednak wydarzenia, które z mojego punktu widzenia nie jawiły się atrakcyjnie rozciągnięto w czasie tak dalece, że chwilami oczy same mi się zamykały. Krótko mówiąc w mojej ocenie Simon Rumley się nie popisał (scenarzyści po części też) – wielka szkoda, bo sam zarys fabuły jawił się nader obiecująco.

środa, 10 maja 2017

„Pod przymusem” (2009)

Po samobójstwie żony Richard Barnett oddala się od swojej córki Sarah. Dziewczynka mieszka z nim, ale opiekuje się nią głównie niania, ojciec jest bowiem zajęty pracą i pielęgnowaniem w sobie bólu po stracie ukochanej małżonki. Pewnego wieczora Richard jest świadkiem napaści na pracownika kawiarni. Sprawcą jest niejaki Abner Solvie, seryjny morderca, który po zabójstwie swojej ofiary zmusza Barnetta do udzielenia mu pomocy w pozbyciu się zwłok. Groźbą nakłania go do zachowania tego w tajemnicy, ale bynajmniej nie zamierza zniknąć z jego życia. Informuje Richarda, że zależy mu na zawiązaniu z nim bliższej relacji, że da mu możliwość wglądu w swoją psychikę, a w razie nieposłuszeństwa nie zawaha się wyrządzić krzywdy jego córce. Barnett wie, że został wmieszany w zbrodnię, ma również powody przypuszczać, że Abner będzie zabijał nadal, nie widzi jednak lepszego wyjścia z tej sytuacji niż zastosowanie się do jego wytycznych.

Reżyserska przygoda Jordana Barkera zaczęła się w 2004 roku od dramatu sportowego pt „Bracia”. Dotychczas nakręcił jeszcze trzy filmy, utrzymane w zgoła innej stylistyce niż jego debiut. „Bagnem”, „Pod przymusem” i „Torment” dał opinii publicznej do zrozumienia, że w kręgu jego zainteresowań leżą przede wszystkim horrory i thrillery, próżno jednak dopatrywać się w tychże jakichś przejawów wyjątkowych uzdolnień Jordana Barkera. Wydaje się raczej zasilać grono reżyserów zadowalających się tworzeniem filmowych miernot, ewentualnie przeciętniaków, bo w mojej ocenie „Pod przymusem” dorasta do tej drugiej rangi. Zrealizowany za dwa miliony dolarów thriller na podstawie scenariusza Jima Kehoe, Dipo Oseni i Tope Oseni jest znany bardzo wąskiej grupie widzów, również jeśli chodzi o Stany Zjednoczone, co w dużej mierze jest wynikiem słabej dystrybucji, ale wyjaśnienia tego zjawiska można chyba upatrywać również w niezachęcającym pozostałym reżyserskim dorobku Jordana Barkera.

„Pod przymusem” to historia człowieka, który wchodzi w niecodzienną relację z seryjnym mordercą. Jak wskazuje tytuł nie z własnej woli – jest raczej kolejną ofiarą bezwzględnego mężczyzny z tą różnicą, że jego przeznaczeniem nie jest śmierć zadana z rąk nieznajomego oprawcy. Abner Solvie, w którego z marnym skutkiem wcielił się Grek Sakis Rouvas, wydaje się przyjmować rolę mentora głównego bohatera (wykreowanego przez równie mało przekonującego Martina Donovana), który z kolei wcale nie chce być jego uczniem. Nie chce, ale musi. Ktoś niezaznajomiony z filmem po przeczytaniu skrótowego opisu fabuły „Pod przymusem” może odebrać tę uległość Richarda w kategoriach motywu szargającego logikę scenariusza, ale myślę, że w trakcie seansu przynajmniej większość odbiorców zaakceptuje tłumaczenia jego autorów. Richard Barnett rzeczywiście wydaje się tkwić w pułapce, z której nie ma niekłopotliwego wyjścia. Jeśli zwróci się o pomoc do przedstawicieli organów ścigania najprawdopodobniej to on zostanie skazany za zbrodnie popełnione przez Abnera Solviego. Seryjny morderca zadbał wszak o to, aby we wszystkich miejscach i na przedmiotach mających związek z morderstwami znajdowały się odciski palców wyłącznie Barnetta. Ktoś może powiedzieć: nawet jeśli Richard zostałby skazany za zbrodnie, których nie popełnił to spędzenie nawet reszty życia w więzieniu i tak wydaje się być lepszą opcją niż przymuszone świadkowanie okrutnym mordom popełnianym przez jakiegoś zwyrodnialca. Owszem, w każdym razie mnie wizja dożywotniej odsiadki wydaje się bardziej nęcąca, ale tutaj nie należy zapominać o małej córeczce głównego bohatera, Sarah (doskonała kreacja Ariel Winter), która w takim wypadku najprawdopodobniej stałaby się kolejnym (łatwym) celem seryjnego mordercy. Wydaje mi się więc, że umotywowaniu decyzji podjętej przez Richarda nie można zarzucić braku wiarygodności. Niniejszy wątek będący motorem napędowym fabuły moim zdaniem nie został naciągnięty do granic absurdu, a właściwie to nie jawi się ani trochę wymuszenie. Samo ujęcie wątku seryjnego mordercy oferuje natomiast lekki powiew świeżości – zamiast któregoś tam z kolei policyjnego śledztwa śladami wielokrotnego zabójcy, czy portretowania wydarzeń z perspektywy antybohatera, do umysłu którego naturalną koleją rzeczy widz dostaje spory wgląd, oferuje się nam obraz nietypowej relacji oprawcy z ofiarą. Bo Richard Barnett z całą pewnością jest ofiarą, nawet jeśli Abner Solvie nie dostrzega w nim „materiału” odpowiedniego do tymczasowego zaspokojenia swoich destrukcyjnych pragnień. Sam pomysł jest nader obiecujący, ale z mojego punktu widzenia potencjał w nim drzemiący nie został należycie wykorzystany. Zamiast przeprowadzać widza przez ciąg coraz to okrutniejszych zbrodni popełnianych na oczach początkowo przerażonego, a z czasem coraz bardziej zafascynowanego mężczyzny twórcy „Pod przymusem” skupiają się przede wszystkim na akcentowaniu obecności Abnera w codziennym życiu Richarda. Co więcej zamiast poruszać problem rodzącego się w do tej pory praworządnym obywatelu nieodpartego pociągu do zbrodni na skutek przemyślanej działalności seryjnego mordercy, który zaintrygowałby mnie nieporównanie mocniej, woleli zaserwować nam opowieść o mężczyźnie rozpaczliwie poszukującym sposobu na zapewnienie bezpieczeństwa sobie i swojej córeczce. Choćby nawet ceną za to było życie innych ludzi...

W mojej ocenie jedną z mocnych stron „Pod przymusem” jest klimat. Mroczne, odrobinę ziarniste zdjęcia, miejscami tak wyraźnie przybrudzone, że ma się wrażenie, jakby operatorzy i oświetleniowcy za ich sprawą starali się (w miarę skutecznie) unaocznić zepsucie antagonisty. Atmosfera zdaje się również w pewnym stopniu odzwierciedlać kondycję psychiczną głównego bohatera – cierpiącego po śmierci żony i przygnębionego psującą się relacją z córką mężczyzny, który nieoczekiwanie zostaje wmieszany w zbrodnie. Szkoda tylko, że scenarzyści nie uznali za konieczne podrasować warstwy psychologicznej – poprzestali wszak na ogólnikach, które owszem dają nam jako taki obraz osobowości czołowych postaci, ale moim zdaniem taka problematyka aż prosiła się o kompleksowy wgląd w psychikę obu panów. W przypadku takiego scenariusza szczątkowy zarys najważniejszych sylwetek jest zdecydowanie niewskazany. Istotnym mankamentem „Pod przymusem” jest również konstrukcja scenariusza, w widoczny sposób podporządkowana pod końcowe zwroty akcji. Z jednej strony możemy być pewni, że owe niespodzianki nie będą egzystować w oderwaniu od wszystkiego, co widzieliśmy wcześniej, nie zostaną wrzucone w ostatnią partię bez żadnego pomyślunku, że idealnie połączą się z poprzednimi wydarzeniami. Z drugiej jednak strony przez niemalże cały seans nie można oprzeć się wrażeniu, że większość sekwencji, którym świadkujemy nakręcono głównie po to, żeby zapełnić czymś czas wyczekiwania na zaskakujący finał. Ot, bez większego przekonania, bez przeświadczenia, że wszystkie zdarzenia prowadzące do finału zasługują na równie dużo uwagi twórców, zwłaszcza w kwestii psychologii, co rzeczone zakończenie. Zawarto w nim dwa zwroty akcji, przy czym jedynie tego pierwszego nie udało mi się przewidzieć. Drugi jest zdecydowanie mocniejszy w przekazie, ale scenarzyści wcześniej podrzucają o wiele więcej łatwych do zinterpretowania tropów nakierowujących na rozwiązanie tej zagadki niż ma to miejsce w przypadku tej pierwszej niespodzianki. Jeśli o mnie chodzi to owa przewidywalność nie rzutowała negatywnie na odbiór zamknięcia tej historii – w sumie to lepszego zakończenia „Pod przymusem” nie potrafię sobie wyobrazić. Widziałam już oczywiście nieporównanie mocniejsze finalizacje, ale w kontekście akurat tego scenariusza takie rozwiązanie zdaje się być najodpowiedniejsze.

Nie wiem, czy powinnam rekomendować „Pod przymusem” wielbicielom niskobudżetowych thrillerów, czy raczej starać się ich zniechęcać. Omawiany film Jordana Barkera może się podobać, ale istnieje również spore niebezpieczeństwo, że spotka się z zajadłą krytyką niektórych wielbicieli gatunku. Moim zdaniem tragiczny nie jest, doskonały również nie, ale nie powiem, żebym żałowała poświęconego mu czasu. Przeciętniak, na którym się nie nudziłam, ale do zachwytów mi jeszcze daleko.

poniedziałek, 8 maja 2017

„Uciekaj!” (2017)

Czarnoskóry Chris Washington wybiera się ze swoja dziewczyną Rose Armitage do domu jej rodziców, Deana i Missy. Trochę obawia się reakcji na jego kolor skóry, wszyscy bowiem są biali, a mężczyzna z doświadczenia wie, że dwurasowe pary nie są akceptowane przez część społeczeństwa. Jak się jednak okazuje Dean i Missy Armitage nie mają nic przeciwko związkowi córki z Afroamerykaninem, wydają się nawet mocno entuzjastycznie nastawieni do jej wyboru. Ich postawa i słowa sprawiają, że Chris czuje się trochę nieswojo w tym położonym na ustroniu domu. Ale największy niepokój wzbudza w nim zachowanie czarnoskórej służącej Armitage'ów, które stara się tłumaczyć sobie jej niestabilnością psychiczną. Z czasem jednak nabiera przekonania, że w tym miejscu dzieje się coś niedobrego, że gospodarze skrywają przed światem jakąś mroczną tajemnicę.

„Uciekaj!” to bardzo dobrze przyjęty przez opinię publiczną, jak mówią szacunki zrealizowany za pięć milionów dolarów, reżyserski debiut Jordana Peele'a na podstawie jego własnego scenariusza. Gatunkowo najbliżej mu do thrillera, ale pojawiają się w nim również elementy charakterystyczne dla horroru - ze słów samego Peele'a można wręcz wnioskować, że jego zamiarem było stworzenie tego drugiego, nie typowego dreszczowca. W wywiadach zaznaczał jednak, że starał się również (jak się okazało skutecznie) donośnie zaakcentować satyryczny wymiar swojego filmu, nie bojąc się sięgać po akcenty komediowe, podszyte swoistą histeryczną nutą, czym dodatkowo potęgował aurę paranoi zalegającą w domu Armitage'ów. Wielu widzów dopatruje się w „Uciekaj!” inspiracji kultowym „Dzieckiem Rosemary” Romana Polańskiego, widać wszakże dążenie twórców do wygenerowania klimatu bazującego na podobnym pierwiastku, sam reżyser natomiast najczęściej wymienia inny tytuł jako ten, pod którego wpływem się znajdował pisząc scenariusz, a następnie przekładając go na ekran.

Czytając niektóre przychylne „Uciekaj!” recenzje, również autorstwa paru amerykańskich krytyków, można odnieść wrażenie, że debiutancka produkcja Jordana Peele'a uraczy nas atmosferą paranoi na miarę ponadczasowego „Dziecka Rosemary” Romana Polańskiego, że pod tym kątem niczym nie odstaje od owego arcydzieła kina grozy. Zdziwiłabym się gdyby tak było, bo już dawno temu doszłam do przekonania, że żadnemu współczesnemu twórcy nigdy nie uda się powtórzyć tego geniuszu „Dziecka Rosemary”. Kierunek „Uciekaj!” tj. próba zasiania w widzach podejrzliwości w stosunku do Deana i Missy Armitage, która z biegiem trwania filmu sukcesywnie wzrasta równocześnie rozciągając się na kolejne postacie, był taki sam jak w „Dziecku Rosemary”, aczkolwiek brakuje w tym siły na miarę arcydzieła Polańskiego. W porównaniu do przynajmniej większości współczesnych filmów grozy wyświetlanych na dużych ekranach „Uciekaj!” wypada nader widowiskowo, choć radzę nie dopatrywać się w tym określeniu obietnicy posiłkowania się przez twórców drogimi efektami specjalnymi. Jak na standardy dzisiejszego kina głównego nurtu „Uciekaj!” wypada nadzwyczaj skromnie – Jordan Peele nie dysponował wygórowanym budżetem, ale wydaje mi się, że gdyby nawet miał do wydania dużo więcej dolarów to i tak pozostałby przy takiej minimalistycznej formie. Bo jego zamysł nie pozostawiał dużego pola na szafowanie współczesną technologią. Peele pragnął przede wszystkim wciągnąć widza w swoisty wir coraz to bardziej fantastycznych domysłów i miejscowej konieczności podawania w wątpliwość stabilności psychicznej głównego bohatera, czarnoskórego Chrisa Washingtona. Smaczku temu zjawisku dodaje biegłość, jaką wykazali się twórcy podczas portretowania czołowej postaci, dzięki której widz zostaje siłą wciągnięty czy to w szaleństwo, czy uzasadnione obawy głównego bohatera. Daniel Kaluuya w tej roli wypadł całkiem przekonująco, ale moim zdaniem to nie jego warsztat aktorski miał decydujący wpływ na tak silne utożsamienie się z głównym bohaterem „Uciekaj!” tylko sposób, w jaki go prowadzono. Nie bez znaczenia była również cała otoczka zasadzająca się na niesprecyzowanym uwypuklaniu atmosfery zagrożenia. Tuż po przyjeździe Chrisa i jego dziewczyny Rose do położonego w zacisznej okolicy, uroczego domu zajmowanego przez rodziców tej drugiej i ich czarnoskórą służącą staje się jasne, że coś jest nie tak, jak być powinno. Malownicza okolica i przyjaźnie nastawieni do Chrisa gospodarze paradoksalnie działają alarmistycznie na oglądającego. Sielankowość została zarysowana z taką przesadnością, że wprost nie sposób już podczas pierwszych minut pobytu w domu Armitage'ów dopatrywać się w tym jakiegoś fałszu. Zwłaszcza jeśli jest się długoletnim wielbicielem kina grozy. Te osoby wszak są wyczulone na potencjalną grę pozorów, podchodzą z dużą nieufnością do wszelkich przejawów sielankowości. Coś co na pierwszy rzut oka wygląda bardzo niewinnie przez ich wprawne oko jest traktowane jako zapowiedź niebezpieczeństwa. Starają się więc przeniknąć wzrokiem ową zasłonę utkaną z kłamstw i dotrzeć do samego jądra mrocznej tajemnicy skrywanej przez najbardziej podejrzane jednostki jeszcze zanim główny bohater uświadomi sobie, że jest się czego obawiać. Jordan Peele nie ukrywa swojej inspiracji „Żonami ze Stepford” Bryana Forbesa i dobrze, bo wątpię, żeby znalazło się wielu fanów kina grozy, którym umkną podobieństwa pomiędzy tymi dwoma obrazami. W końcu w „Uciekaj!” również starano się zaalarmować odbiorców przesadnie sielankową otoczką, ale wspomniany wpływ szczególnie mocno uwidacznia się w ugrzecznionej postawie poznawanych przez Chrisa ludzi pojawiających się w domu Armitage'ów z gospodarzami włącznie.

„Uciekaj!” jest przez widzów wiązany przede wszystkim z „Dzieckiem Rosemary” przez praktycznie nieustannie towarzyszące im poczucie paranoi, a między innymi z tego słynie nadmienione arcydzieło Romana Polańskiego. Wyraźnie wybrzmiewa ono również w „Żonach ze Stepford”, najczęściej kojarzone jest jednak z „Dzieckiem Rosemary”, dlatego też tak wielu odbiorców w pierwszej kolejności dopatruje się w „Uciekaj!” podobieństw do tego drugiego obrazu. Jakkolwiek byśmy jednak na debiutanckie dziełko Jordana Peele'a nie patrzyli, czy to przez pryzmat „Żon ze Stepford”, czy „Dziecka Rosemary” (ja obie te perspektywy traktowałam na równi) nie odnajdziemy w nim takiego duszącego mroku, jak w którymkolwiek z wymienionych obrazów. Zamiast ziarnistych, przybrudzonych zdjęć dostajemy silnie skontrastowane, utrzymane w iście jaskrawych barwach obrazki, z których nieoczekiwanie przebija potężny ładunek zagrożenia. Nie tak porażający, jak w przypadku „Żon ze Stepford” i „Dziecka Rosemary”, do tych obrazów „Uciekaj!” jeszcze daleko, ale trudno nie zauważyć w tym obietnicy na przyszłość – okazuje się bowiem, że można wykrzesać sporo napięcia z takich wypieszczonych zdjęć i co ważniejsze wygenerować aurę nieustannie narastającego szaleństwa pomimo wyraźnego deficytu przygniatającej złowieszczości w warstwie wizualnej. Żeby tego było mało Jordan Peele dodatkowo utrudnił sobie zadanie poprzez wykorzystanie w większości skocznych utworów muzycznych i akcentów komediowych, najdobitniej unaocznianych w słowach i postawie najlepszego przyjaciela Chrisa, wprost znakomicie wykreowanego przez LiRela Howery'ego. Peele z takim wyczuciem żonglował nieprzesadnie dowcipnymi motywami (na ogół czarnym humorem), że zamiast jak można by się tego spodziewać rozładowywać napiętą atmosferę tylko ją podkręcał, co nie jest łatwą sztuką. Humor przysłużył się również satyrycznemu spojrzeniu na liberałów – w filmie Peele wszak to nie konserwatyści zdają się stanowić największe zagrożenie dla czarnoskórych obywateli Stanów Zjednoczonych tylko osoby szczycące się swoją tolerancyjnością, albo nawet wręcz wynoszące Afroamerykanów na piedestał. Początkowo wydaje się, że „Uciekaj!” będzie poruszał problem rasizmu, że będzie kolejną historią o białych nienawidzących czarnych widać bowiem, że Chris jest przeczulony na tym punkcie (przy czym jego postawa na to zjawisko charakteryzuje się nie tyle wściekłością, ile biernym, zrezygnowanym „przyjmowaniem ciosów”), ale jak się okazuje Jordan Peele nie był zainteresowany takim pospolitym ujęciem tematu, dzięki czemu „Uciekaj!” przynajmniej w tym punkcie jawi się niczym powiew świeżości, być może nawet nieco kontrowersyjny, jeśli spojrzeć na to pod odpowiednim kątem. Debiut Jordana Peele'a jest jednak przede wszystkim opowieścią o mężczyźnie, który zaczyna podejrzewać, że w domu rodziców jego dziewczyny (doskonale wykreowanej przez Allison Williams) źle się dzieje. Rozeznanie w sytuacji utrudnia jednak fakt, że w zachowaniu i gładkich słowach gospodarzy nie widać niczego, co świadczyłoby o ich złych zamiarach, nie licząc oczywiście przesadnej układności oraz hipnozy, jakiej został poddany główny bohater przez matkę Rose (doskonała kreacja Catherine Keener, znanej między innymi z „Amerykańskiej zbrodni”. A partneruje jej równie przekonujący Bradley Whitford). Nie można wszak wykluczyć możliwości, że podczas tego wymuszonego seansu przypadkowo zaszczepiono w umyśle Chrisa coś, co skutkuje paranoicznym oglądem rzeczywistości. UWAGA SPOILER Mnie twórcom nie udało się zwieść, cały czas uparcie trwałam w przekonaniu, że Armitage'owie stanowią zagrożenie dla Chrisa. Nie potrafiłam jednak rozsądzić, na czym miałoby ono polegać. Wyjaśnienie zagadki okazało się nader intrygujące, bodaj najdobitniej zahaczające o konwencję horroru. Jeśli połączyć skręt w stronę eksperymentu zapewniającego długowieczność z aurą paranoi na myśl nasuwa się „Żar” Craiga R. Baxleya, ale jako że film ten zauważalnie był wzorowany na „Dziecku Rosemary”, a i motyw dążenia do nieśmiertelności nie jest żadnym novum w tym gatunku daleka jestem od podejrzenia, że Peele rzeczywiście był pod wpływem wspomnianego obrazu podczas pisania scenariusza „Uciekaj!” KONIEC SPOILERA.

„Uciekaj!” to moim zdaniem jeden z ciekawszych mainstreamowych filmów grozy ostatnich lat, swoisty ukłon w stronę tradycji podany w na wskroś współczesnej formie, przy czym pozbawionej komputerowego efekciarstwa. Thriller z elementami horroru wzbogacony o jakże interesującą satyrę społeczną, w którym nie brak czarnego humoru zaskakująco potęgującego i tak silnie trzymającą w napięciu otoczkę. Obraz czerpiący z takich kultowych produkcji, jak „Dziecko Rosemary” i „Żony ze Stepford”, co powinno stanowić wystarczającą zachętę dla wielbicieli XX-wiecznego kina grozy – pomimo mojego pozytywnego odbioru „Uciekaj!” radzę im jednak nie spodziewać się jakości na miarę któregoś z tych obrazów, bo do tychże w mojej ocenie jeszcze mu sporo brakuje.

sobota, 6 maja 2017

Clive Barker „Galilee”

Edmund Maddox Barbarossa mieszka wraz z kilkoma innymi członkami swojego rodu w okazałym domostwie L 'Enfant zbudowanym przez trzeciego prezydenta Stanów Zjednoczonych Thomasa Jeffersona dla jego macochy, bogini Cesarii. W przeciwieństwie do swojego przyrodniego rodzeństwa, Marietty, Zabriny, Lumana i Galiliee, Maddox jest tylko w połowie istotą boską, wywodzi się bowiem ze związku ludzkiej kobiety i potężnego boga Nicodemusa, najprawdopodobniej nieżyjącego już niegdysiejszego partnera życiowego Cesarii. Mężczyzna przeczuwa, że koniec L 'Enfant jest już bliski, że wojna pomiędzy dwiema zwaśnionymi rodzinami jest nieunikniona. Zanim jednak członkowie amerykańskiego rodu milionerów, Geary'owie, wkroczą do domostwa Barbarossów Maddox zamierza spisać dzieje obu rodzin. Główną bohaterką jego książki jest Rachel Pallenberg, młoda kobieta, której życie ulega diametralnej zmianie po ślubie z przystojnym milionerem Mitchellem Gearym. To co wydawało się istną bajką szybko okazuje się czymś wprost odwrotnym. Rozczarowana związkiem Rachel za radą Margie, żony starszego brata Mitchella, Garrisona, postanawia spędzić kilka dni w zacisznym zakątku Hawajów zwanym Wyspą Ogrodów. W skromnym domku należącym do kobiet z rodu Gearych, do którego ich mężowie z jakiegoś powodu nie zaglądają. Krótko po przyjeździe na wyspę Rachel poznaje Atvę Galilee Barbarossę, samotnego czarnoskórego mężczyznę, który większość czasu spędza na morzu. Wdaje się z nim w romans nie mając pojęcia o jego prawdziwej naturze. Coraz bardziej tragiczne wydarzenia rozgrywające się w jej otoczeniu oraz pragnienie zatrzymania przy sobie nowo poznanego ukochanego zmuszają ją do działania. Rachel pragnie odkryć sekrety rodu Gearych, których losy jak się okazuje są powiązane z Galilee.

Autor horrorów, autor dark fantasy, autor prozy ekstremalnej – wszystkie te określenia definiują literacką twórczość wszechstronnego artysty Clive'a Barkera, ale nie oddają całej prawdy. Nie w odniesieniu do całej jego bibliografii. „Wielkie sekretne widowisko” i jego kontynuacja pt. „Everville”, „Kobierzec”, „Imajica”, „Sakrament”, „Wąwóz Kamiennego Serca” - to dzieła, w których gatunek fantasy tak idealnie przeplata się z horrorem, że chwilami trudno odróżnić jedno od drugiego. Ale obok nich egzystują również motywy osadzone w odmiennych stylistykach, wyrastające z tradycji mnóstwa innych gatunków, ujętych z niepowtarzalnej perspektywy człowieka obdarzonego tak wyjątkową wyobraźnią, że automatycznie wynoszącą je na nowy, wyższy poziom. Pierwotnie wydana w 1998 roku powieść „Galilee” ze wszystkich dotychczas przeczytanych przeze mnie literackich utworów Clive'a Barkera jest zdecydowanie najbardziej zróżnicowana gatunkowo. Znakomita jakość ich wszystkich jest kolejnym dowodem wszechstronności tego autora, gdyby jednak Clive Barker na kartach „Galilee” ograniczył się do owej żonglerki motywami silnie osadzonymi w ramach różnego rodzaju gatunków najprawdopodobniej nie byłabym aż tak oczarowana tym nietuzinkowym dziełem. Byłabym zachwycona, ale w mniejszym stopniu, bo tym co wprawiło mnie w iście ekstatyczny stan było w pierwszej kolejności wyjątkowe spojrzenie Clive'a Barkera na wspomniane motywy.

„Galilee” to wielowątkowa powieść umownie spisana przez pół-człowieka, pół-boga, którego zarówno przeszłe jak i teraźniejsze dzieje poznajemy na przemian z losami młodej kobiety Rachel Pallenberg i kilkorga innych bohaterów. Mnogość postaci nie wpływa negatywnie na wiarygodność żadnej z nich, co akurat dla mnie żadnym zaskoczeniem nie było, bo dłuższe powieści Clive'a Barkera przyzwyczaiły mnie już do dogłębnych rysów psychologicznych zaludniających je postaci – tak kompleksowych, że niejednokrotnie wydaje mi się, iż znam ich lepiej, niż swoich najbliższych... Tak samo jak i wszystko inne Barker portretuje bohaterów „Galilee” za pośrednictwem długich, złożonych, niezwykle obrazowych zdań, które tka z materii niejednokrotnie ocierającej się o magiczną poezję – innymi słowy po raz kolejny pokazuje czytelnikom czyste piękno słów. Za co swoją drogą niskie ukłony należą się również tłumaczowi, Robertowi P. Lipskiemu. Wziąwszy pod uwagę odłam horroru, w którym Clive Barker odnajduje się najlepiej, odstręczające kawałki wpasowujące się w schemat prozy ekstremalnej, jego wyszukany, wyczerpujący, a chwilami nawet kwiecisty styl niejednemu czytelnikowi dopiero wkraczającemu w literacki świat Barkera (i mówię tutaj o jego dłuższych powieściach najczęściej klasyfikowanych jako dark fantasy) może się wydać kompletnie niedopasowany do problematyki utworu. W „Galilee” jednakże nieczęsto pojawiają się skręty w stronę wyżej wspomnianej, jednej z licznych wizytówek tego pisarza, a jak już w krótkich zrywach się pojawiają nie jawią się tak odpychająco, jak chociażby w „Wąwozie Kamiennego Serca”. Inna sprawa, że wiele powieści Clive'a Barkera cechuje się zgoła innym podejściem do motywów gore od tego prezentowanego między innymi przez Edwarda Lee i Johna Eversona. Narrator „Galilee” Edmund Maddox Barbarossa we wstępnej partii „swojego” dzieła wyznaje, że jego zamiarem jest pokazanie nam wszystkiego. Pragnie abyśmy napawali się poetyką i dojrzeli między innymi wspaniałości brudu. Fragment, w który autor wplata te obietnice stanowi najlepszą definicję turpizmu, z jaką dotychczas się zetknęłam – Barker daje w tym miejscu wyraz swojemu umiłowaniu do rzeczy i zjawisk powszechnie uważanych za nieestetyczne, a forma w jaką to przyobleka bezwiednie narzuca nam jego punkt widzenia tj. każe nam spoglądać na różnego rodzaju paskudztwa z zupełnie innej, mocno niekomfortowej perspektywy. Clive Barker wie, że rzucanie na prawo i lewo wulgaryzmami, szafowanie mową potoczną podczas opisywania paru bezeceństw i fetyszów budzi w czytelniku zgoła słabsze emocje niźli podkreślanie czystego piękna języka również w chwilach szastających makabrą. W końcu fascynacja barwnymi opisami czy to rozczłonkowanych ciał niewinnych ofiar wojennych, czy współżycia z prostytutką udającą trupa zgodnie z preferencjami jej klienta powinna budzić odrazę do samego siebie – a taka reakcja jest zdecydowanie mnie wygodna od niesmaku wywołanego obcowaniem z takimi okropnościami. Choć nie zdziwiłabym się , gdyby to drugie miejscami także towarzyszyło co poniektórym odbiorcom „Galilee”.

Wszystko opiera się na władzy kolesiów, wielkich firm, łapówkach i wzajemnym świadczeniu przysług. […] Jedyne, czego pragniecie, to uczynić zamożnych jeszcze bogatszymi. […] Sądzę, że ma pan mnie za pierwszą naiwną, która ślepo wierzy w kłamstwa pieprzonych polityków, załganych łajdaków takich jak pan.”

Jak już wspomniałam na kartach „Galilee” Clive Barker z rzadka serwuje nam kawałki nawiązujące do konwencji prozy ekstremalnej. Owszem, kiedy już się pojawiają wybrzmiewają bardzo donośnie, ale w porównaniu do pozostałych składowych tej powieści osadzonych w ramach innych gatunków jawią się niczym drobne dodatki, śladowe ilości tego, w czym moim zdaniem Clive Barker nie ma sobie równych. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby niewielu współczesnych pisarzy mogło choćby zbliżyć się do jego poziomu również w przypadku jakości pozostałych gatunków, z których składa się wielowątkowa fabuła „Galilee”. Przeczytałam w swoim życiu parę romansów i efekt był taki, że nabrałam przekonania, iż tego rodzaju literatura nie jest dla mnie, że kompletną stratą czasu będzie zagłębianie się w tę tematykę. Jako, że nie jestem dobrze zaznajomiona z twórczością współczesnych autorów romansów nie mogę stwierdzić z pełnym przekonaniem, że „Galilee” na tym poletku nie ma sobie równych. Mogę jedynie przyznać, że dałam się porwać burzliwemu związkowi młodej kobiety z boską istotą imieniem Galilee, że jej błogie szczęście u jego boku było moim szczęściem, a jej ból w reakcji na nieoczekiwane rozstanie był moim bólem. Innymi słowy dzieliłam jej dole i niedole, co znacznie ułatwiała jej jakże atrakcyjna osobowość. Rachel Pallenberg weszła do zamożnej rodziny Gearych jako zagubione, nieco naiwne dziewczę, przekonane, że znalazło wielką miłość u boku kogoś na kształt księcia z bajki. Bożyszcze amerykańskiej opinii publicznej, Mitchell Geary, okazuje się jednak mniej interesujący niż zakładała. Podobnie jak w „Wąwozie Kamiennego Serca” Clive Barker nie szczędzi gorzkich słów pod adresem możnych tego świata. Bez skrupułów obnaża pustkę, małostkowość i żałość znamionujące egzystencję bogatych ludzi. Gdy gasną reflektory, a kamery zostają wyłączone zostaje bezlitosny światek zdeprawowanych lub zwyczajnie pustych osobników, którzy myślą wyłącznie o powiększaniu zgromadzonego majątku, zdobywaniu jeszcze większej władzy lub jałowym trwaniu jako osoba niezdolna do samodzielnego myślenia, udająca kogoś, kim nie jest na użytek spragnionej jej wizerunku gawiedzi tak długo, że sama już nie wie, kim jest w rzeczywistości. Wprost kocham to zamiłowanie Barkera do obnażania prawdziwego, zepsutego wizerunku brokatowych, pełnych przepychu realiów, w których pragnie się znaleźć tylu uboższych obywateli tego świata, wpatrzonych w kłamliwe, błyszczące obrazki serwowane w prasie i telewizji. Uwielbiam również niezwykłą wrażliwość tego autora – jego utożsamianie się z jednostkami skrzywdzonymi przez system (rozmowa Margie z politykiem, który jak zauważa ta, ktoś powie, że cyniczna, ja za to twierdzę, że odznaczająca się realistycznym oglądem świata kobieta, tak samo jak wszyscy jemu podobni potrafi tylko gadać o konieczności pomocy słabszym), własne nieprzemyślane wybory oraz destrukcyjną i / lub samolubną działalność osób trzecich (to najwyraźniej uwidacznia się w postaci Galilee, ale w pewnym stopniu może odnosić się również do Rachel). W „Galilee” oprócz fantasy, horroru i przede wszystkim romansu znajdziemy przebłyski powieści historycznej – Barker proponuje nam bowiem fikcyjną, jakże poruszającą opowieść o mężczyźnie niegdyś biorącym udział w wojnie secesyjnej, który w pewnym momencie słusznie konkluduje, że skrajną niesprawiedliwością jest posyłanie poczciwych żołnierzy na śmierć. Wysyłanie na wojnę ludzi, którzy nie przyczynili się do jej wybuchu przez przedstawicieli władzy, którzy jakoś nie mają ochoty brać udziału w wywołanej przez siebie wojnie. Ta myśl wespół z innym wydarzeniem natury nadprzyrodzonej będzie początkiem diametralnej zmiany jego jestestwa, która w jakiś długo niepojęty sposób wiąże się z o wiele późniejszymi losami zwaśnionych rodów Gearych i Barbarossów. Boska natura tych ostatnich umożliwiła Clive'owi Barkerowi wprowadzenie szeroko omówionego wątku charakterystycznego dla dark fantasy. Przy czym radzę się po nim nie spodziewać pospolitego studium destrukcyjnej wszechmocy, bo owe długowieczne, obdarzone niezwykłymi mocami istoty cechuje taka ambiwalencja, że właściwie nie sposób z pełnym przekonaniem orzec, do którego obozu przynależą. Tych złych, czy tych dobrych? Barbarossowie to hedoniści i zarazem pasywni obserwatorzy wydarzeń spokojnie czekający na, jak się wydaje, nieuchronną katastrofę. Tak samo jak nas, ludzi, trawią ich zwyczajne lęki, zwątpienia, namiętności i cierpienia, ale w przeciwieństwie do nas od czasu do czasu korzystają ze swoich niezwykłych zdolności, głównie w celu zaspokajania swoich pragnień, ale nierzadko też ich czyny mają moc niszczącą. Najbardziej niejednoznaczną postacią „Galilee” nie jest tytułowy bohater, choć w jego osobowości nie brak sprzeczności i zagadkowej złożoności tylko jego matka, najpotężniejsza bogini mieszkająca na Ziemi, Cesaria. Bardzo sympatyczny narrator, pomimo (albo właśnie dzięki nim – bo dodających mu tyle wiarygodności) ciężących na nim grzechów, drobnych przewinień i skaz charakteru, jej pasierb Edmund Maddox Barbarossa, nie ukrywa morderczej cząstki natury swojej macochy. Za pośrednictwem jej niegdysiejszej relacji z trzecim prezydentem Stanów Zjednoczonych (znowu naleciałość historyczna) i przede wszystkim trawiącej ją tęsknoty za ukochanych synem marnotrawnym najdobitniej uwypukla jej ludzkie oblicze, jakże nieoczekiwanie zmuszające odbiorcę do obdarzenia jej współczuciem, co z kolei sprawia, że pomimo tego wszystkiego co w niej złe, trudno nie żywić do niej sympatii. Co swoją drogą można odnieść do niemalże wszystkich członków rodu Barbarossów – za wyjątkiem Nicodemusa, najprawdopodobniej nieżyjącego w chwili, gdy „jego syn, Maddox, spisywał tę historię”. Jednakże to wcale nie przeszkodziło mu w przytoczeniu bardzo klarownego obrazu boga mającego istną obsesję na punkcie uciech cielesnych. 
 
O „Galilee” można tak pisać i pisać przez parę dni, a i tak nie odda się pełni wartości tego znakomitego dzieła. Clive Barker w pewnym momencie przelał na kartę tej powieści myśl, że wmawianie komuś, iż nie istnieją słowa, które w pełni oddawałyby istotę czegoś jest wierutnym kłamstwem. Bo słowa istnieją - tylko nie zawsze wiemy, jak ich użyć. A więc przyznaję, że nie potrafię przybliżyć wyjątkowości tej książki, w sposób, na który bez wątpienia zasługuje. Żeby dowiedzieć się jak fenomenalne jest to dzieło najlepiej po prostu po nie sięgnąć, pod warunkiem oczywiście, że gustuje się w wielowątkowych, przepięknie napisanych historiach, złożonych z wątków wyrastających z tradycji kilku różnych gatunków. Przy czym ukazanych w sposób, który nijak nie można nazwać konwencjonalnym, płytkim, czy chociażby nudnawym. Wszystko w tej powieści, absolutnie każdy szczegół wprawił mnie w czysty zachwyt i z utęsknieniem wyczekuję zapowiedzianej przez Clive'a Barkera kontynuacji „Galilee”. Mam nadzieję, że powstanie i doczeka się polskiego wydania, bo coś takiego mogłabym czytać miesiącami, a po skończonej lekturze i tak mieć ogromną ochotę na więcej stron, więcej rozdziałów i więcej części...

czwartek, 4 maja 2017

Kolekcja utworów Stephena Kinga

Ringier Axel Springer Polska wraz z wydawnictwami Albatros oraz Prószyński i S-ka przygotowały unikalną kolekcję wybranych utworów pióra Stephena Kinga, której sprzedaż rusza w połowie maja 2017 roku. Kolekcja składa się z 64 tomów, przy czym niektóre tytuły zostały rozbite na dwie części. Książki będzie można nabyć w dobrych kioskach bądź w prenumeracie (informacje o drugiej opcji poniżej).

Tylko na prenumeratorów czekają wyjątkowe korzyści:

- pewność, że zdobędziesz wszystkie tomy
- stała, niższa cena: tom 1.- 5 zł, każdy kolejny tom – 14.99 zł; oszczędzasz prawie 130 zł (przy zamówieniu całej kolekcji płatnej jedną lub pięcioma ratami)
- wyjątkowe prezenty
- dostawa do domu 
 - darmowa przesyłka


Limitowana edycja unikalnych prezentów tylko dla prenumeratorów Kolekcji Mistrza Grozy 
 (gwarancja otrzymania prezentów przy zamówieniu prenumeraty do dnia 21 lipca 2017 roku)

- metalowa podpórka do książek
- płócienna torba
- kubek
- plecak
- słuchowisko „Lśnienie”

Więcej informacji wraz z formularzem zamówienia prenumeraty tutaj


Źródło: https://literia.pl/king

środa, 3 maja 2017

„The Void” (2016)

Policjant Daniel Carter znajduje na drodze mężczyznę, który wymaga pomocy lekarskiej. Przewozi go do starego szpitala, który niedługo ma zastać zamknięty. Jedną z zatrudnionych tam pielęgniarek jest żona Daniela, Allison, która wyprowadziła się od niego niedługo po śmierci ich dziecka. Wkrótce po przyjeździe do szpitala Carter zostaje zaatakowany przez inną pielęgniarkę, Beverly, która chwilę wcześniej zabiła jednego z pacjentów. Zabija ją w samoobronnie, a krótko potem kobieta zamienia się w ohydną bestię wrogo nastawioną do ludzi przebywających w szpitalu. Zanim dojdzie do nieuniknionej konfrontacji w placówce pojawia się dwóch uzbrojonych mężczyzn, którzy mają jakieś osobiste porachunki z narkomanem przebywającym w tym miejscu. Na domiar złego żadna z osób przebywających w szpitalu nie może go opuścić, ponieważ został otoczony przez zakapturzone postacie w białych szatach z czarnym trójkątem widniejącym na materiałach spowijających ich oblicza.

„The Void”, kanadyjski horror science fiction w reżyserii Jeremy'ego Gillespiego i Stevena Kostanskiego, do którego sami napisali scenariusz po raz pierwszy został wyświetlony we wrześniu 2016 roku na Fantastic Fest. Zanim trafił do szerszego obiegu (w 2017 roku) gościł jeszcze na wielu innych festiwalach, w tym Toronto After Dark Film Festival. Produkcja w większości została bardzo dobrze przyjęta przez krytyków – wielu z nich dopatrywało się w „The Void” inspiracji horrorami science fiction z lat 80-tych, zresztą nie tylko oni, bo w opiniach zwykłych odbiorców również można odnaleźć takowe spostrzeżenia. Scenariusz i wykonanie „The Void” nie przekonały jednak absolutnie wszystkich odbiorców tego obrazu. Można się było spodziewać, że niektórych widzów przyzwyczajonych do współczesnych mainstreamowych horrorów taka koncepcja w żadnym razie nie przekona, ale negatywne głosy można zauważyć również w grupie miłośników kina grozy z lat 80-tych. Część z nich nie szczędzi pochlebnych słów pod adresem „The Void”, inni natomiast uważają, że proces przywoływania ducha horrorów z lat 80-tych nie do końca się twórcom udał.

Jeremy Gillespie i Steven Kostanski próbowali dokonać czegoś, co w dzisiejszych czasach z mojego punktu widzenia jest bardzo potrzebne. W zalewie tych wszystkich plastikowych, efekciarskich horrorów wielu długoletnich wielbicieli kina grozy ma poczucie, że to co najlepsze w tym gatunku zaczyna osuwać się w niebyt. Coraz trudniej jest znaleźć horrory bez efektów komputerowych i plastikowych zdjęć, ale nie jest to jeszcze niemożliwe. Nadal wszak istnieją twórcy, którzy pragną przywoływać ducha kina grozy z XX wieku – nie zawsze z dobrym skutkiem, ale sam kierunek zasługuje na pochwałę. „The Void” zasila grono współczesnych filmów grozy starających się dostosować do kanonu przede wszystkim horrorów z lat 80-tych, ale nie tylko. Efekty specjalne swoim charakterem i wykonaniem nawiązują do tych widzianych między innymi w „Coś” Johna Carpentera, „Lewiatanie” George'a P. Cosmatosa i „Obcym z głębin” Seana S. Cunninghama. Cechują się dużo mniejszą śmiałością, ich jakość również odstaje od tej zaprezentowanej w wymienionych obrazach, ale idea była taka sama – portret ohydnych kreatur niegenerowanych przez komputer tylko obecnych na planie w trakcie kręcenia zdjęć. Ich wygląd nasuwa na myśl również skojarzenia z twórczością H.P. Lovecrafta. Tajemniczy kult odgrywający istotną rolę w „The Void” tylko wzmaga to wrażenie, bo w końcu takie połączenie (monstra i grono tajemniczych wyznawców) było wykorzystywane przez Samotnika z Providence w niektórych jego opowiadaniach. Niektórzy odbiorcy omawianej produkcji dopatrzyli się w niej również inspiracji „Księciem ciemności” i „W paszczy szaleństwa” Johna Carpentera i rzeczywiście nietrudno znaleźć kilka zbieżności, z uwagi jednak na fakt, że w obu obrazach pobrzmiewają echa opowieści Lovecrafta osobiście wolę w tej kwestii sięgać do źródła. Innymi słowy wychodzić z założenia (może błędnego), że Gillespie i Kostanski pisząc swój scenariusz znajdowali się pod wpływem prozy wspomnianego mistrza literatury grozy. Połączenie tego wszystkiego znacznie podniosło wartość „The Void” - obcowanie z elementami zapożyczonymi z kilku znanych i słusznie docenianych reprezentantów literatury i kinematografii grozy było dla mnie czystą przyjemnością. Przydałoby się oczywiście więcej starć z odstręczającymi monstrami oblanymi obfitą porcją kleistej mazi, byłabym również bardziej kontenta, gdyby mocniej rozjaśniono pierwszy plan podczas owych ustępów i zrezygnowano ze stroboskopowych efektów podczas pierwszego i zarazem najbardziej widowiskowego haratania paskudnej bestii, ale nawet wziąwszy pod uwagę owe potknięcia mocniejsze sekwencje z udziałem odrażających kreatur robią doprawdy spore wrażenie. Nie widać wszystkich najdrobniejszych szczegółów i naprawdę chciałoby się obejrzeć więcej pojedynków ludzi z bestiami, ale poczucie bolesnego niedosytu powstrzymują zbliżenia na niektóre rany odniesione przez obie strony i wykorzystanie jakże realistycznych, praktycznych efektów specjalnych. Jak przed chwilą nadmieniłam twórcy tych ostatnich nie skupiali się tylko i wyłącznie na pracy nad wyglądem koszmarnych stworzeń ukrywających się w mrocznych pomieszczeniach starego szpitala. Zaserwowali widzom również kilka równie przekonujących umiarkowanie krwawych scen, z których muszę wyróżnić zdzieranie sobie skóry z twarzy przez jedną z pielęgniarek i wbijanie macek w ciała powalonych ofiar. W ostatnich partiach takich umiarkowanie krwawych ujęć jest zdecydowanie najwięcej, są jednak serwowane z tak nadmierną prędkością, że wprost nie sposób zawiesić na nich oka na czas wystarczający do wykrzesania z siebie żywszych emocji. UWAGA SPOILER Ponadto nie przekonał mnie skręt w stronę zombie movies – gdyby nie urozmaicono go tajnikami mistycznej działalności antybohatera wespół z nawiązaniami do Wielkich Przedwiecznych (acz nie wiem, czy każdy tak to zinterpretuje) zapewne byłabym głęboko rozczarowana. Ale w takim kształcie tylko powstanie z martwych kilku okaleczonych osobników przyjęłam w kategoriach swego rodzaju zgrzytu, zbędnego otarcia się o pospolitą marność KONIEC SPOILERA.

W mojej ocenie tym, co wywiera najbardziej negatywny wpływ na jakość „The Void” jest nieumiejętne rozłożenie środków ciężkości w scenariuszu. Nie zniechęciła mnie ani sama tematyka filmu, ani całkiem mroczne, klaustrofobiczne wnętrza starego szpitala spowitego łatwo wychwytywaną aurą ogromnego zagrożenia, żeby tego było mało doprawionego nutką intrygującej tajemniczości uosabianej przez zakapturzone postacie uparcie tkwiące na zewnątrz, zdające się mieć jakieś powiązania z monstrami znajdującymi się w środku. Nie, te składowe „The Void” przyjęłam z wielkim entuzjazmem – rozczarował mnie natomiast sposób budowania akcji. Zamiast dokładnie zapoznać widzów z kluczowymi bohaterami podczas wstępnych powolnych sekwencji, twórcy praktycznie od razu wrzucają nas w sam środek akcji. Po dotarciu głównego bohatera, policjanta Daniela Cartera do szpitala (słaba kreacja Aarona Poole'a) scenarzyści przystępują do skrótowego przedstawiania pozostałych osób znajdujących się wówczas w placówce. Robią to tak pobieżnie, że właściwie nie sposób zidentyfikować się z którymkolwiek z nich. Pod tym kątem największe nadzieje żywiłam w stosunku do Allison, w którą z zadowalającym skutkiem wcieliła się Kathleen Munroe, bo mimo denerwującej enigmatyczności scenarzystów udało mi się zauważyć w niej cechy, które cenię w kobiecych postaciach tj. niezależność, odwagę i zadziorność. Dalszy rozwój fabuły nie pozwolił jednak na wytworzenie więzi pomiędzy odbiorcą i Allison. Swoją sympatię skierowałam więc w stronę jednego z uzbrojonych mężczyzn, którzy w pewnym momencie wdarli się do szpitala - tego młodszego, choć nie było to łatwe zważywszy na znikomą ilość informacji na jego temat jaką otrzymałam i w związku z tym nie mogę powiedzieć, żeby uczucie, które do niego żywiłam było szczególnie duże. Zbyt szybkie zdynamizowanie akcji wpływa niekorzystnie również na poziom napięcia. Zamiast nieśpiesznie stopniować zarysowane już na początku poczucie zagrożenia twórcy błyskawicznie wpadają w apogeum w formie pojedynku z bestią, w którą zamieniła się jedna z pielęgniarek. Od tego momentu klimat i napięcie zamiast sukcesywnie wzrastać zauważalnie opadają. To zjawisko nie jest obecne przez cały czas, bo jednak w dalszych partiach seansu dostaniemy kilka sekwencji zgrabnie intensyfikujących dramatyzm sytuacyjny, ze zwiastunem rychłego niebezpieczeństwa na czele, ale obok nich pojawia się tyle samo (albo jeszcze więcej) nudnawych wędrówek protagonistów po ciemnych korytarzach szpitala i ich nazbyt rozciągniętych w czasie chaotycznie sportretowanych przeżyć w podziemiu, którym zdecydowanie brakuje skuteczności w dawkowaniu napięcia.

„The Void” to jeden z tych horrorów, na które reaguję dojmującym przygnębieniem. Nie dlatego, że zasila grono kinematograficznych gniotów, bo w mojej ocenie w ogólnym rozrachunku jest całkiem niezły. Smutek budzi we mnie przekonanie, że niewiele mu brakowało do wejścia w poczet najbardziej cenionych przeze mnie współczesnych horrorów. Niewiele, bo wystarczyło jedynie bardziej rozbudować rysy psychologiczne co poniektórych bohaterów, rozciągnąć w czasie sekwencje zawiązujące akcję i wykazać się większą konsekwencją w budowaniu klimatu i napięcia. Twórcy „The Void” udowodnili, że ta ostatnia, najtrudniejsza z wymienionych sztuka nie leży poza ich zasięgiem (doskonale uwidacznia się to w paru sekwencjach), jednak z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie powodu nie wycisnęli z tego tyle, ile bym chciała. Potencjału tkwiącego w tym projekcie całkowicie nie zaprzepaścili, nic z tych rzeczy – gdyby jednak udało im się uniknąć wspomnianych mankamentów w mojej ocenie efekt byłby nieporównanie lepszy.

poniedziałek, 1 maja 2017

„Małpia intryga” (1988)

Odnoszący sukcesy w bieganiu, Allan Mann, podczas porannego treningu ulega wypadkowi. Po jakimś czasie opuszcza szpital ze świadomością, że już do końca życia będzie sparaliżowany od szyi w dół. Mężczyzna szybko nabiera pewności, że jego dziewczyna, Linda Aikman, już wkrótce od niego odejdzie, ale najbardziej bolesna jest dla niego konieczność porzucenia ukochanego sportu oraz całkowita zależność od innych. Po nieudanej próbie samobójczej Allana jego przyjaciel, naukowiec Geoffrey Fisher, przekazuje jedną ze swoich doświadczalnych małp Melanie Parker, zajmującej się trenowaniem tych stworzeń dla potrzeb osób niepełnosprawnych. Ukrywa przed nią fakt, że wcześniej wstrzyknął jej stworzoną przez siebie substancję, która w zamyśle ma zwiększać inteligencję istot żyjących. Gdy trening dobiega końca Geoffrey i Melanie wręczają kapucynkę Allanowi. Kobieta informuje Allana, że dała jej na imię Ella, demonstrując mu również jej wyuczone zdolności. Nowy właściciel kapucynki jest wprost zachwycony nieoczekiwanym prezentem. Szybko przywiązuje się do zwierzęcia wyręczającego go w najprostszych czynnościach. Z czasem jednak uświadamia sobie, że zwierzę stanowi zagrożenie dla osób, które czymś mu się naraziły.

W 1983 roku odbyło się premierowe wydanie powieści Michaela Stewarta zatytułowanej „Monkey Shines”. Kilka lat później jeden z najpopularniejszych twórców kina grozy, George A. Romero, na jej podstawie spisał scenariusz filmu, którego nakręcenie przysporzyło mu nie lada trudności. Przyzwyczajony do swobody twórczej Romero tym razem musiał dostosować się do wymagań wytwórni filmowej, Orion Pictures, która w tamtym okresie borykała się z poważnymi problemami finansowymi. Reżyser i scenarzysta „Małpiej intrygi” został zmuszony do okrojenia swojej historii i sfinalizowania jej inaczej niż to sobie wykoncypował. Efekt współpracy Romero z Orion Pictures pod kątem finansowym nie był zadowalający - kosztujący siedem milionów dolarów obraz zarobił ponad pięć. Reakcje opinii publicznej były natomiast podzielone - część zwykłych widzów i krytyków taka wizja całkowicie przekonała, innych zaś mocno zawiodła.

George Romero jest kojarzony głównie z zombie movies i nie bez powodu, bowiem jego wkład w ten nurt horroru jest wprost niemożliwy do przeceniania. Z całej filmografii tego twórcy największym uznaniem cieszą się „Noc żywych trupów” i „Świt żywych trupów”, choć oczywiście nakręcił jeszcze kilka innych produkcji o łaknących ludzkiego mięsa, bezrozumnych kreaturach powstałych z martwych. „Małpia intryga” została zrealizowana w czasach, w których Romero był już zaszufladkowany przez opinię publiczną, jako najbardziej zasłużony twórca zombie movies, dlatego też można zaryzykować przypuszczenie, że przynajmniej część negatywnych recenzji filmowej adaptacji powieści Michaela Stewarta można tłumaczyć nadzieją niektórych odbiorców na zobaczenie takiego warsztatu Romero, do którego przywykli. Nie twierdzę, że spodziewano się kolejnego horroru o żywych trupach, ale nie zdziwiłabym się, gdyby co najmniej część widzów „Małpiej intrygi” nastawiła się na krwawe kino grozy. Tymczasem George Romero uraczył publikę bardzo delikatną wręcz ugrzecznioną mieszanką thrillera psychologicznego i horroru science fiction, a jakby tego było mało wątek przewodni zbudował na fundamencie najbardziej kojarzącym się z animal attackiem. Może i nie jest to egzotyczne połączenie, niemniej ryzyko pogubienia się z całą pewnością istniało i śmiem podejrzewać, że mniej doświadczony bądź mniej uzdolniony twórca nie wyszedłby zwycięsko z tego zadania. Bo w mojej ocenie „Małpia intryga” zasłużyła sobie na uwagę poszukiwaczy ciekawych, trzymających w napięciu historii, którym co prawda brak drastyczności oraz zdecydowanych prób straszenia, ale nie idzie to w parze z deficytem emocji. W swoim scenariuszu George Romero dużo uwagi poświęcił warstwie dramatycznej, uczynił to jednak w sposób, który w żadnym razie nie przysłaniał elementów charakterystycznych dla thrillera, horroru science fiction i animal attacku. To niełatwa sztuka, dlatego choćby za to należą mu się słowa uznania – nie zamierzam jednak ograniczać się do pochwał tylko tego osiągnięcia. Ileż to już razy twórcy kina grozy wyprowadzali mnie z równowagi czy to bzdurnymi kombinacjami w tekście, czy mnogością sztucznych efektów specjalnych, tak jakby zwarta, interesująca opowieść nie miała dla nich żadnego znaczenia, jakby nie zdawali sobie sprawy z potencjału tkwiącego w prostych historiach. Potencjału, który wydobyć może przede wszystkim konsekwentne snucie zawiązanych wątków, choćby nawet w przewidywalny sposób, ale za to z niezachwianym skupieniem na płaszczyźnie emocjonalnej. Efekty specjalne (zwłaszcza praktyczne) też są przeze mnie mile widziane, ale pod warunkiem, że nie marginalizują fabuły. W „Małpiej intrydze” te ostatnie są znikome i wyłączając jedno z ostatnich ujęć nie pełnią one ani roli straszaka, ani tym bardziej szokera. Nie wiem, czy twórcom „Małpiej intrygi” nie zależało na szafowaniu makabrą, czy zostało to wymuszone przez finansującą projekt wytwórnię filmową – czyja decyzja by to nie była George'owi Romero i jego ekipie udało się sprawić, że ani przez moment nie odczuwałam dotkliwego braku wizualnej dosadności. Byłam wszak zbyt zajęta śledzeniem dobrze skonstruowanej historii, która bez żadnego wysiłku z mojej strony wywoływała we mnie różnego rodzaju silne emocje.

„Małpia intryga” to opowieść o tetraplegiku, który zostaje obdarowany przez swojego przyjaciela, naukowca, kapucynką wytrenowaną w wyręczaniu niepełnosprawnych w najprostszych czynnościach. Widzowie w przeciwieństwie do głównego bohatera, Allana Manna (nieprzekonująco wykreowanego przez Jasona Beghe'a głównie za sprawą częstego popadania przez niego w egzaltację), wiedzą, że darczyńca wstrzyknął jej stworzoną przez siebie substancję, która w zamyśle ma zwiększać inteligencję żywych stworzeń. George Romero wykorzystał więc kojarzącą się głównie z kinem science fiction postać naukowca, którego praca może doprowadzić do tragicznych konsekwencji. Geoffrey Fisher, bo tak nazywa się wspomniany naukowiec, w którego z zadowalającym skutkiem wcielił się John Pankow, nie jest wyrachowanym burzycielem, mającym w poważaniu krzywdę, jaką wyrządza swojemu przyjacielowi. Wręcza mu kapucynkę wytrenowaną przez Melanie Parker (dobra kreacja Kate McNeil) z pragnienia ułatwienia mu zmagania z niepełnosprawnością. Gdy z czasem uświadamia sobie, że małpa wykazuje się dużo większą inteligencją niż przeciętny członek tego gatunku, w tajemnicy przed Allanem wstrzykuje jej kolejną dawkę eksperymentalnego specyfiku, aczkolwiek wówczas jeszcze nie bierze pod uwagę tego, że jego postępowanie może sprowadzić niebezpieczeństwo na sparaliżowanego od szyi w dół nowego właściciela zwierzęcia. Scenariusz „Małpiej intrygi” w dużej części skupia się na relacji Allana Manna i kapucynki Elli. Romero w rozczulający sposób uwypukla przywiązanie niepełnosprawnego mężczyzny do tego inteligentnego stworzenia, które pomogło mu odzyskać chęć do życia. Małpka również silnie przywiązuje się do swojego właściciela, a właściwie to podopiecznego, dla którego jak z czasem się okaże jest w stanie zrobić więcej niż zakładał plan jej pierwszego pana i trenerki. „Małpią intrygę” skonstruowano tak, aby widza ani na chwilę nie opuszczało przekonanie o nieuchronności katastrofy, przy czym początkowo twórcy alarmują go głównie za sprawą informacji o eksperymentach Geoffreya Fishera, dopiero w dalszych partiach filmu przechodząc do mocno trzymających w napięciu sekwencji poświęconych zbrodniczej działalności niewinnie wyglądającego stworzenia. Nie wiem, jak zareagują na to inni widzowie, ale mnie takie ujęcie tematu dostarczyło nieporównanie więcej emocji niż klasyczny animal attack o krwiożerczej, cały czas demonizowanej „bestii”. Podobnie czułam się podczas seansów między innymi takich obrazów, jak „White Dog” i „Morderczy przyjaciel”. Prawdę mówiąc to zazwyczaj trudno mi pałać nienawiścią do zwierzęcych antybohaterów, ale w tym i dwóch wyżej wymienionych obrazach sytuacja została dodatkowo utrudniona przekonaniem, że morderca jest zarazem ofiarą, że małpka stała się taka w wyniku działalności człowieka. Wcześniej dałam do zrozumienia, że George Romero nie udziwniał tej historii, stawiając na klarowny, mocno uproszczony rozwój akcji, ale to nie oznacza, że przynajmniej raz nie zbliżył się do czegoś, co można by uznać za bardziej wyszukaną kombinację. Mowa o niezwykłej więzi pomiędzy głównym bohaterem filmu i kapucynką, jaka z czasem się między nimi zawiązuje. Może i znajdą się widzowie, którzy uznają ten wątek za zbyt wydumany, ale w mojej ocenie idealnie wkomponował się w całość, w żadnym razie nie ocierając się o groteskowe przekombinowanie.

„Małpia intryga” z mojego punktu widzenia posiada tylko dwa mankamenty – wspomniany już słaby warsztat odtwórcy głównej roli i dotychczas nienadmienioną ścieżkę dźwiękową, która nierzadko wydaje się kompletnie niedopasowana do obrazu. Może za wyjątkiem sielankowych ujęć, ale tylko może, bo chwilami miałam wrażenie, że za mocno ją przesłodzono. Wspomniane niedociągnięcia nie przykrywają jednak w mojej ocenie nieporównanie liczniejszych plusów tej produkcji George'a Romero – elementów, które docenić mogą przede wszystkim wielbiciele minimalistycznego w formie kina grozy, osoby szukające przede wszystkim ciekawie opowiedzianych historii, które nie dostarczałyby różnego rodzaju emocji za sprawą widowiskowych efektów specjalnych tylko poprzez wciągającą narrację okraszoną solidną porcją klimatu zagrożenia.