Stronki na blogu

środa, 24 lipca 2019

„The Hoarder” (2015)

Ella namawia swoją najlepszą przyjaciółkę Molly na udanie się z nią do magazynu wynajmowanego przez jej narzeczonego. Zanim go poślubi, kobieta chce się upewnić, że niczego przed nią nie ukrywa i uznaje, że najlepszym sposobem na to jest skontrolowanie pomieszczenia, w którym mężczyzna przechowuje część swoich rzeczy, w tajemnicy przed nim. Po dotarciu do położonego na uboczu budynku magazynowego, Ella i Molly dochodzą do wniosku, że narzeczony tej pierwszej wynajmuje pomieszczenie znajdujące się na najniższym poziomie, pod ziemią. Dostanie się tam i otwarcie magazynu nastręcza im niewielkich trudności, a gdy drzwi w końcu stają otworem, zostają zaatakowane przez jakąś istotę. Elli udaje się wyjść cało z tego zaskakującego spotkania i znaleźć sojuszników, ale wszystko wskazuje na to, że tajemnicze stworzenie zamierza dopaść i zabić każdego, kto znajduje się w ogromnej nieruchomości magazynowej.

Brytyjski horror „The Hoarder”, dystrybuowany też pod tytułem „The Bunker”, jest drugim pełnometrażowym obrazem, po „January 2nd” (2006), w reżyserskiej karierze Matta Winna. Scenariusz napisał on wespół z Jamesem Handelem („Ostatni horror” z 2003 roku) i Chrisem Denne'em. Film rozpowszechniano głównie na DVD, ale gościł też między innymi na Glasgow FrightFest i Fantasporto International Film Festival. Matt Winn zdradził, że inspirację przyniósł mu jego własny nocny wypad do budynku magazynowego. Krążąc po jego pustych korytarzach zastanawiał się, jakie tajemnice kryją się za zamkniętymi drzwiami pomieszczeń, które mijał. W pewnym momencie zauważył nagie manekiny i wtedy właśnie pomyślał o nakręceniu filmu grozy rozgrywającego się w budynku magazynowym. Winn zdradził również, że jego celem było stworzenie horroru kładącego duży nacisk na postacie. Ponadto przyznał, że w „The Hoarder” odzywają się echa (delikatny hołd) takich uwielbianych przez niego produkcji, jak „Obcy – 8. pasażer Nostromo” Ridleya Scotta i „Zniknięcie” George'a Sluizera.

Miłośnik kina z lat 70-tych i 80-tych XX wieku, sympatyk między innymi „Halloween” Johna Carpentera i „Koszmaru z ulicy Wiązów” Wesa Cravena, Matt Winn, w swoim drugim pełnometrażowym filmie pragnął przywołać ducha ówczesnych horrorów. Jako fan dosyć tradycyjnego kina nie był zainteresowany kreśleniem złożonej, zawiłej historii, pełnej papierowych postaci. Stawiał na fabularną prostotę i nieoczywistych bohaterów. Miał nadzieję, że wymyślone przez niego osobowości zaskoczą fanów gatunku i zaintrygują ich potencjalne tajemnice, które skrywają w wynajętych magazynach. Jedną z takich tajemnic jest wychudzona, zwinna istota z zaszytymi ustami, która po opuszczeniu swojego więzienia rozpoczyna polowanie na ludzi znajdujących się w położonym na obrzeżach miasta wielkim budynku magazynowym. Postać ta przywodzi na myśl choćby takie horrory, jak „Lęk” Christophera Smitha i „Zejście” Neila Marshalla, fizjonomie wszystkich tych potworków nie pokrywają się jednak idealnie. Stworzenie grasujące w kompleksie z magazynami wyróżniają spięte zszywkami usta, które według mnie stanowią najbardziej widowiskowy efekt specjalny zawarty w „The Hoarder”. Jako że scenariusz osadzono w slasherowej konwencji, takich z lekka makabrycznych dodatków przewidziano więcej, najczęściej ograniczano się jednak do błyskawicznych migawek. Poza zaszytymi ustami, tak naprawdę jedynie widok rozszarpanego gardła rozpościera się przed odbiorcami filmu na tyle długo i pod takim kątem, by mogli dokładnie przyjrzeć się wszystkim zaskakująco realistycznie się prezentującym umiarkowanie krwawym detalom. Zaskakująco, bo spodziewałam się nieporównanie mniejszego profesjonalizmu ze strony realizatorów. Tym, co uczuliło mnie na to w największym stopniu był warsztat dużej części obsady „The Hoarder”. Zwłaszcza wcielającej się w pierwszoplanową postać, Mischy Barton, ale Robert Knepper, Valene Kane, John Sackville i Richard Sumitro, na dużo większą wiarygodność ewidentnie się nie zdobyli. Zresztą o innych mężczyznach występujących w tym filmie (poza tajemniczą istotą z podziemi) można powiedzieć to samo. Z protagonistów wyróżniłabym jedynie Molly i Sarah. Nie tylko dlatego że Emily Atack i Charlotte Salt w tych swoich rolach wypadły najbardziej przekonująco, ale również, albo raczej przede wszystkim, dlatego że Molly i Sarah według mnie są najbarwniejszymi jednostkami wśród pozytywnych postaci „The Hoarder”. UWAGA SPOILER I jakby na złość dużo dłużej kazano mi towarzyszyć tym mniej interesującym bohaterom i bohaterkom filmu KONIEC SPOILERA. Matt Winn areną wydarzeń uczynił ogromny budynek z magazynami wynajmowanymi przez ludzi „cierpiących na nadmiar przedmiotów” albo po prostu chcących ukryć coś przed innymi. Nie jest to co prawda żadna innowacja w kinie grozy – na przykład „Magazyn” Michaela Crafta osadzono w tego rodzaju miejscu – ale trzeba przyznać, że to dość obiecująca przestrzeń tak dla horroru, jak thrillera. Przepastna nieruchomość, pełna krętych korytarzy i zamkniętych pomieszczeń, w których może znajdować się dosłownie wszystko. Może nawet coś tak śmiercionośnego, jak wychudzona postać z zaszytymi ustami, niechcący wypuszczona z magazynu ulokowanego na najniższym, najmroczniejszych piętrze przez Ellę i Molly w pierwszej partii filmu. Mischa Barton w niebywale drętwym stylu wciela się w tę pierwszą, w potencjalną final girl, której bynajmniej nie skonstruowaną w zgodzie z tradycyjnym modelem tejże. Molly, owszem, charakterem mocno zbliża się do dobrze znanego fanom slasherów szablonu najlepszej przyjaciółki final girl. Jest zdecydowanie bardziej przebojowa, wulgarna, bezpośrednia od Elli, ale – uwaga – jest też grzecznie ignorowanym głosem rozsądku. To przyjaciółka final girl, a nie ona sama, cechuje się bardziej trzeźwym myśleniem, to Molly stara się uświadomić Elli, że przeszukanie magazynu wynajmowanego przez jej narzeczonego nie jest dobrym pomysłem, choć konwencja slasherów dyktuje zgoła odwrotną zależność. Matt Winn zgrabnie odwraca role, modyfikuje modele nie tylko tych dwóch slasherowych postaci, aczkolwiek rzeczony „eksperyment osobowościowy” w nich uwidacznia się najmocniej. A jeśli już nie w nich obu, to na pewno w Elli – kobiecie, która nie widzi nic złego w naruszaniu prywatności swojego narzeczonego. Wręcz wydaje się uważać, że ma prawo nie tylko przeszukać jego rzeczy osobiste, ale również zapoznać się z treścią jego dziennika, bo przecież to jedyny sposób by zyskać pewność, że warto za niego wyjść. UWAGA SPOILER Dopiero później okazuje się, że bardziej zależało jej na ukryciu przed narzeczonym własnych grzeszków, niźli odkryciu jakichś jego sekretów KONIEC SPOILERA.

„The Hoarder” utrzymano w niezgorszym klimacie – oczywiście, jak na standardy XXI-wiecznego kina grozy. Najmroczniej jest na dole, na najniższym poziomie kompleksu magazynowego, w zawilgoconych podziemiach, do których na początku filmu, na swoje nieszczęście, zapuszczają się Ella i Molly. Twórcy będą nas tutaj jeszcze „przyprowadzać”, ale większa część tej nieskomplikowanej fabuły (co nie znaczy, że najistotniejsza) rozegra się na wyższych kondygnacjach tego w miarę mrocznego budynku. Budynku, który szybko stanie się śmiertelnie niebezpieczną pułapką dla grupki wcześniej nieznających się osób, które łączą siły w obliczu nieoczekiwanego niebezpieczeństwa (ale i się kłócą). Koncentrują się przede wszystkim na poszukiwaniu wyjścia z tego nagle koszmarnego miejsca, ale i starają się wykorzystywać nadarzające się okazje do zabicia stworzenia, które na nich poluje. Chociaż akcja „The Hoarder” w dużej mierze opiera się na ostrożnych wędrówkach i bieganiu protagonistów po umiarkowanie mrocznych korytarzach przepastnego budynku oraz rzecz jasna na starciach z tajemniczą, całkiem upiornie się prezentującą istotą niechcący uwolnioną z podziemnego magazynu przez dwie młode kobiety, to ogląda się to całkiem znośnie. To znaczy, ja z utrzymywaniem wzroku na ekranie nie miałam problemu, aczkolwiek były chwile, w których ogarniało mnie przemożne zniechęcenie. Nie były to momenty, w których z całą mocą unaoczniano niezbyt mądre albo nie do końca przemyślane postępowanie bohaterów, chociaż pewnie niejednego odbiorcę „The Hoarder”, obok nieprzekonujących kreacji zdecydowanej większości postaci zaludniających tę produkcję, będą one najsilniej irytować. Dla mnie jednakże postępowanie wbrew logice jest jednym z uroków slasherów. Jak moim zdaniem słusznie odnotowano w „Krzyku” w reżyserii Wesa Cravena, nieprzemyślane, głupie wręcz postępowanie bohaterów rąbanek, wcale nie zadaje kłamu rzeczywiści. W sytuacjach stresowych (i nie tylko takich, rzekłabym) człowiek często zachowuje się jak protagonista filmu slash. Irracjonalnie. Lezie tam, gdzie nie powinien i nie bardzo wiadomo po co; z jakiegoś, czasem nawet szczytnego, powodu odłącza się od grupy i szuka wyjścia z pułapki w zdawać by się mogło najmniej prawdopodobnym i najbardziej niebezpiecznym punkcie. Albo po prostu „znieczula” się narkotykami i niechaj dzieje się co chce – ja, panie i panowie, wolę sobie odlecieć. Najbardziej zniechęcająco działały na mnie dynamiczne ustępy, gwałtowne zrywy akcji w postaci dosyć chaotycznie nakręconych pogoni za upatrzonymi ofiarami, szarpanin z niektórymi z nich i ich śmierci/okaleczeń. Te ostatnie dosyć mocno mnie rozczarowały, ponieważ pierwszy zgon i charakteryzacja sprawcy nastroiły mnie na nieco odważniejsze kino. Spodziewałam się trochę więcej zbliżeń (mimo tego, że wtedy jeszcze takowych nie było) na realistycznie się prezentujące rany odnoszone przez nieszczęśników zamkniętych w jednym budynku z jakimś agresywnym stworzeniem, a już na pewno dużo bardziej stabilnych obrazów eliminacji bohaterów filmu. Nie spodziewałam się natomiast takiej końcówki. Szczerze mówiąc, to nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby UWAGA SPOILER doszukiwać się w tym filmie innego czarnego charakteru od tego, który już został mi przedstawiony. Co prawda nie jest to jakaś potężna bomba, o której długo będzie się pamiętać, ale skłamałabym gdybym powiedziała, że nie przyjęłam tej propozycji z jako takim zadowoleniem. Ale na miejscy twórców zamknęłabym to trochę wcześniej. W momencie schwycenia przez iście zaburzonego mężczyznę Elli, która już, już myślała, że udało jej się wydostać z tego przeklętego budynku magazynowego. Tak się nie stało, tylko dlatego że czuła nieodpartą potrzebę ukrywania swoich przewinień przed światem. W każdym razie w momencie pochwycenia jej przez ewidentnego szaleńca następuje cięcie i... I tutaj moim zdaniem historia ta powinna się zakończyć. Ale tak nie jest KONIEC SPOILERA. Scenarzyści „The Hoarder” uznali, że trzeba odbiorcom wyłożyć więcej, co jestem w stanie zrozumieć, bo wiem, że duża część współczesnych widzów nie przepada za niedomówieniami, a już przede wszystkim za raptownym ucinaniem finalnych scen. Rozumiem więc ten ruch filmowców, ale to nie znaczy, że go aprobuję.

Drugi pełnometrażowy film Matta Winna, horror, któremu najbliżej do slashera, zatytułowany „The Hoarder” (i „The Bunker”) nie zbiera najlepszych recenzji, a i nie można powiedzieć, że cieszy się sporą oglądalnością. To drugie po części jest pewnie spowodowane dosyć ograniczoną dystrybucją, ale opinie (aczkolwiek nie wszystkie) krążące na temat tego filmu pewnie też mają w tym swój udział. Myślę jednak, że fani horrorów rozgrywających się w jakichś zamkniętych przestrzeniach, które stają się areną walki o przetrwanie, walki z jakimś szkaradnych osobnikiem, mogą spokojnie na ten twór zerknąć. Tym bardziej jeśli gustują w slasherach, również takich, które z lekka eksperymentują ze spopularyzowanymi przez ten nurt, i inne horrorowe rąbanki, schematami. Nie na tyle, żeby wyróżniać się na tle sobie podobnych umiarkowanie krwawych obrazów – mimo starań twórców „The Hoarder” w kierunku odwracania znanych schematów, film „smakuje dosyć konwencjonalnie”. Nie jest szczególnie krwawo, ale za to jest w miarę mrocznie (choć oczywiście klimat mógłby być jeszcze gęściejszy). Dobry wybór miejsca akcji, realistycznie się prezentująca charakteryzacja między innymi istoty niezamierzenie uwolnionej z podziemnego magazynu i niezaniedbywanie napięcia (mamy tutaj dosyć sporo scen powoli podnoszących adrenalinę, przy czym w moim przypadku ani razu nie osiągnęła ona szczególnie wysokiego poziomu). Zgadzam się, nie jest to piorunujące osiągnięcie, ale dajcie spokój, źle nie jest. Albo inaczej: jeśli nie wymaga się zbyt wiele od współczesnego kina grozy, to spokojnie da się ten film obejrzeć. Moim zdaniem wręcz ta brytyjska produkcja prezentuje sobą więcej, niż niejeden horror szeroko dystrybuowany na ekranach kin w ostatnich, powiedzmy, kilku latach.

poniedziałek, 22 lipca 2019

Cornelia Funke, Guillermo del Toro „Labirynt fauna”

Hiszpania, rok 1944. Carmen Cardoso przyjeżdża wraz ze swoją trzynastoletnią córką z pierwszego małżeństwa, Ofelią, do starego młyna w galicyjskim lesie, gdzie stacjonuje jej drugi mąż, z którym spodziewa się dziecka, kapitan frankistowskiej armii, Ernesto Vidal, i jego oddział żołnierzy. Znany ze swojego okrucieństwa, kapitan Vidal, stara się zgładzić ukrywających się w lesie partyzantów, nie wiedząc, że wśród nich jest brat jego służącej Mercedes imieniem Pedro, któremu kobieta przekazuje między innymi informacje o przyjmowanej przez kapitana strategii. Obdarzona wybujałą wyobraźnią, zapalona czytelniczka baśni, Ofelia, już przy pierwszym spotkaniu zraża się do Vidala. Trzynastolatka nie ma wątpliwości, że to bardzo zły człowiek, ale jej matka wiąże z nim duże nadzieje. Dziewczynka martwi się o nią, ponieważ kobieta bardzo źle znosi ciążę. Ofelia szybko zaprzyjaźnia się z Mercedes, ale swojego ojczyma stara się unikać. Pewnej nocy odwiedza ją dziwne latające stworzenie, które Ofelia bierze za wróżkę. Prowadzi one dziewczynkę do położonego nieopodal młyna labiryntu, do swojego pana, fauna, który informuje Ofelię, że jest księżniczką, pochodzącą z czarownej krainy. Twierdzi, że dziewczynka może tam wrócić, ale najpierw musi wypełnić trzy zadania.

Powieść „Labirynt fauna” jest książkową adaptacją głośnego filmu dark fantasy pod tym samym tytułem, w reżyserii i na podstawie scenariusza Guillermo del Toro. Nagrodzonego między innymi trzema Oscarami (najlepsza charakteryzacja, najlepsze zdjęcia i najlepsza scenografia) oraz dwoma Saturnami (najlepszy film zagraniczny i najlepsza kreacja młodego aktora lub aktorki dla Ivany Baquero) maksykańsko-hiszpańskiego obrazu, który przez wielu jest uważany za najlepsze filmowe osiągnięcie del Toro. Stworzenie książki na jego podstawie zlecono niemieckiej autorce książek dla dzieci i nastolatków, Cornelii Funke. W nocie autorskiej zamieszczonej na końcu powieściowej wersji „Labiryntu fauna”, pisarka przyznaje, że początkowo uważała to zadanie za niewykonalne. Jako fanka filmu uważała, że nie sposób ubrać tej historii w słowa, ale postanowiła spróbować. Del Toro nie chciał, by Funke ograniczyła się do przelania fabuły filmu na papier, sugerował, że chce, żeby dodała też coś od siebie. I tak zrobiła. Tyle że...

„Labirynt fauna” Cornelii Funke i Guillermo del Toro (jego rola polegała bodaj tylko na doradzaniu niemieckiej pisarce) jest bardzo wierny swojemu filmowemu pierwowzorowi. Główna oś fabularna jest praktycznie identyczna – słowa, gesty i mimika postaci zostały wręcz przekalkowane, aczkolwiek dodano trochę informacji na temat niektórych z nich i wzbogacono je różnego rodzaju myślami, które w filmie nie padają wprost, ale szczerze powiedziawszy łatwo odczytać je z poszczególnych zdjęć. Tym, co Cornelia Funke, spełniając prośbę Guillermo del Toro, dodała, są krótkie baśnie, ściśle związane z opowieścią, której centralną postacią jest trzynastoletnia Ofelia. Muszę przyznać, że Funke zgrabnie to skonstruowała. Wymyśliła bajeczne historyjki, koncentrujące się na przeróżnych postaciach i wydarzeniach, które jednak idealnie się ze sobą łączą. Zebrane razem dają magiczne uniwersum. Uniwersum zaczerpnięte z filmowego oryginału, obudowane jednak dodatkowymi wątkami i sylwetkami. Powieściowy „Labirynt fauna” to w pewnym sensie historie w historii, wspólnie tworzące jedną wielką historię. Baśniową opowieść o domniemanej księżniczce z czarownego świata, zagubionej w wojennej rzeczywistości. Cornelia Funke moim zdaniem do końca nie wykorzystała szansy, którą jej dano. Z łatwością mogła bowiem poszerzyć portrety ważniejszych postaci – zdecydowanie bardziej wzbogacić ich biografie, dogłębniej zanalizować ich zróżnicowane osobowości, również poprzez dodatkowe wątki w przewodniej płaszczyźnie fabularnej. Co nieco dodała, ale to tak naprawdę niewiele wnoszące detale. Według mnie w tym sensie najbardziej wdzięcznym materiałem był kapitan Ernesto Vidal. Owszem, człowiek ten, wzorem filmu, budzi skrajnie negatywne emocje. Może się wydawać, że jest antybohaterem kompletnym, postacią, która nie wymaga dłuższych omówień, ale ja nie mam wątpliwości, że można to było jeszcze podkręcić. W obu kierunkach. Bo Cornelia Funke nie skupia się jedynie na tej najoczywistszej warstwie charakteru kapitana Vidala. Przybliża nam też jego niegdysiejsze relacje z ojcem, które to w filmie zostały jedynie zasugerowane. O tyle o ile, bo na pewno nie jest to szczególnie wyczerpująca analiza. W każdym razie owe króciutkie wtręty na temat wychowania jakie odebrał, może nie tyle osładzają wizerunek kapitana Vidala, ale na pewno prowadzącą nas do wniosku, że on również jest ofiarą. Do przekonania, że został on ukształtowany przez złego człowieka, że okrucieństwo względem bliźnich zostało w nim wyhodowane, że „potwora” zrobił z niego jego własny ojciec. Czy to usprawiedliwia bestialskie czyny, których teraz, w dorosłym życiu, tak często się dopuszcza? Cóż, nie sądzę, żeby odbiorcy „Labiryntu fauna” tak się na to zapatrywali. Wychowanie, jakie Ernesto Vidal odebrał, stanowi jakąś odpowiedź (film też takową nasuwa) na to, dlaczego jest taki, a nie inny, ale wątpię, żeby w oczach czytelników to go rozgrzeszało. Tym bardziej, że Funke nie zdecydowała się w poruszający i wyczerpujący sposób przedstawić traumy, jaką Vidal przeżył w dzieciństwie, i która ewidentnie rzutuje na jego dorosłe życie. Silniej skoncentrowała się na unaocznianiu jego odrażającego sposobu bycia, nie dodając jednak niczego od siebie – twardo trzymając się filmowego pierwowzoru, chociaż aż prosiło się, żeby wcielić w to i inne zbrodnie, bez mrugnięcia okiem dokonywane przez kapitana frankistowskiej armii. Nieco mniejsze rozczarowanie przyniosła mi pierwszoplanowa bohaterka „Labiryntu fauna”, trzynastoletnia Ofelia, obdarzona przebogatą wyobraźnią, wielka miłośniczka baśni, która po przybyciu do miejsca, w którym stacjonuje jej ojczym i jego oddział, starego młyna w galicyjskim lesie, sama staje się bohaterką baśni. Tutaj też liczyłam na dużo szersze omówienie niż w filmie, ale jednocześnie nie miałam wątpliwości, że postać Ofelii nie daje autorce (autorom?) powieści tak ogromnego pola do popisu, jaką oferowała sylwetka kapitana Vidala. A i sytuację podratowały baśnie wymyślone przez Cornelię Funke, które odrobinkę portret tej niezwykłej dziewczynki wzbogaciły. Ale czy na pewno? Powieściowy „Labirynt fauna”, tak samo jak filmowy, można wszak interpretować w dwojaki sposób. Przyjąć podnoszącą na duchu wersję o istnieniu magicznego świata, zaludnionego przez cudowne, długowieczne stworzenia albo trzymać się brutalnej rzeczywistości: uznać, że ten fantastyczny świat przedstawiony istnieje tylko w wyobraźni trzynastoletniej dziewczynki. I szczerze mówiąc wolę tę tragiczniejszą interpretację.

Cornelii Funke nie udało się oddać na kartach omawianej książki mrocznego klimatu jej filmowego pierwowzoru. Z pewnością nie było to łatwe zadanie, ale myślę, że ktoś władający bardziej dojrzałym warsztatem, jeśli już nie dałby rady zbliżyć się do atmosfery rodem z produkcji Guillermo del Toro, to na pewno zdołałby tchnąć w to więcej grozy. Może i rzecz nie tyle w pisarskim stylu Funke, ile w jej postanowieniu, by przedłożyć bajkowość dziejów Ofelii, nad ich mroczność. Nie chcę przez to powiedzieć, że jej spojrzenie na tę opowieść jest zupełnie niewinne, przesłodzone, odarte z całego okrucieństwa i szkaradzieństwa znanego z filmu o tym samym tytule. Pamiętajmy, że ta niemiecka autorka usłużnie podąża za swoim pierwowzorem (z wyjątkiem przerywników w postaci jej odautorskich baśni), a więc wiadomym jest, że wstrętna działalność kapitana Vidala oraz w miarę upiornie się prezentujące fantastyczne postacie, jak na przykład faun, czy Blady Mężczyzna (wszyscy pamiętamy te oczy w dłoniach), też się tutaj znalazły, ale klimat, który temu wszystkiemu towarzyszy jest zaskakująco łagodny. Spodziewałam się nieporównanie gęstszej atmosfery grozy, zdecydowanie silniejszego akcentowania zagrożenia płynącego w stronę Ofelii, jej ciężarnej matki i Mercedes ze strony zwyrodniałego ojczyma tej pierwszej oraz upiorniejszych manifestacji stworzeń, czy to wywodzących się z prawdziwego (w granicach świata przedstawionego w utworze, rzecz jasna), czy tylko wyobrażonego przez dziewczynkę magicznego uniwersum. Niemniej nie można odmówić powieściowej wersji „Labiryntu fauna” tragizmu – nie jest on co prawda tak przygniatający, jak w filmie, a bo Funke nie przeprowadza nas przez to z takim pisarskim rozmachem (jest nader oszczędna w słowach), który gwarantowałby całkowite pogrążenie się w tej historii (a przynajmniej mojej wyobraźni maksymalnie pobudzić się nie udało), ale nie mogę stwierdzić, że w ogóle nie jest wyczuwalny. Myślę, że osoby, które zaczną przygodę z „Labiryntem fauna” od powieści praktycznie od początku będą przekonani, że trzynastoletniej Ofelii i jej uporczywie oszukującej się matce grozi ogromne niebezpieczeństwo ze strony kapitana Vidala, „nowej głowy” tej niewielkiej rodziny. Jednocześnie będą również odbierać liczne sygnały świadczące o bardziej zdumiewającej groźbie czyhającej na tę odważną dziewczynkę. Bardziej zdumiewającej, ale powiedziałabym, że nie tak potwornej. „Labirynt fauna” trzyma się bowiem odwiecznej prawdy, że najgorszym monstrum jest człowiek – że nawet najbardziej odrażające, fantastyczne postacie nie są w stanie dorównać swoją ohydą człowiekowi, który wyspecjalizował się w torturowaniu i zabijaniu bliźnich. Moim zdaniem tę bardziej przyziemną warstwę „Labiryntu fauna”, Cornelii Funke udało się odmalować dużo lepiej. Brutalność rzeczywistości, w której przyszło żyć bohaterom książki, i z którą każdy radzi sobie na swój sposób. Ofelia ucieka w świat wyobraźni lub przyjmując inną interpretację stara się przedostać do faktycznie istniejącej czarownej krainy, której echa odzywają się również w tej zwyczajnej rzeczywistości. Jej matka, Carmen Cardoso, pokornie godzi się na wszystko, co daje jej życie – przyjmuje nieszczęścia, które na nią spadają, trzymając się co prawda nadziei na lepsze jutro, ale jeśli nawet nigdy by miało ono nie nadejść to trudno: przyjmie wszystko, co los jej zgotuje. Zupełnym przeciwieństwem Carmen jest nie tylko jej rodzona córka, ale również służąca Vidala imieniem Mercedes. Nic dziwnego, że między tą kobietą i Ofelią szybko zawiązuje się nić porozumienia. Bo choć Mercedes w przeciwieństwie do dziewczynki już dawno nie wierzy w magię - jak zdecydowana większość dorosłych ludzi wyzbyła się wszelkich fantastycznych marzeń, zaczęła twardo stąpać po ziemi - to zachowała hart ducha, tę jakże cenną iskrę, która popycha ją do przeciwstawiania się terrorowi generała Francisco Franco tak, jak tylko może. „Labirynt fauna” to nie tylko opowieść o magicznych czy wyimaginowanych stworzeniach, dojmującej samotności i niewyobrażalnej krzywdzie jednostek w wojennej rzeczywistości oraz tragicznej egzystencji u boku istnego okrutnika, ale także o godnej pozazdroszczenia odwadze i sile kobiecych serc bijących w dwóch ciałach. Mężczyzn zresztą też to dotyczy – ruch oporu kryjący się w galicyjskim lesie, w których stacjonuje kapitan Ernesto Vidal i jego oddział złożony z żołnierzy gotowych wykonać absolutnie każdy jego rozkaz. Tę warstwą fabularną też przydałoby się poszerzyć o dodatkowe wątki i zdecydowanie większą liczbę szczegółów, ale w zestawieniu z baśniowym członem „Labiryntu fauna”, w mojej ocenie, ten lepiej się broni. Prosty styl Cornelii Funke tutaj sprawdzał się najlepiej, w czym nie ma niczego dziwnego, zważywszy na złożoność, różnorodność magicznego/wyobrażonego świata wymyślonego przez Guillermo del Toro i z lekka rozbudowanego przez Cornelię Funke. Myślę, że w kreacji takiego uniwersum niezbędny jest dużo większy rozmach – a przynajmniej mnie taka opisowa oszczędność w pełni nie satysfakcjonuje. Podkreślam: w pełni, bo jednak pewne zadowolenie z tej lektury czerpałam.

Miłośników „Labiryntu fauna” w reżyserii i na podstawie scenariusza Guillermo del Toro namawiać do sięgnięcia po jej pięknie wydaną (Zysk i S-ka, rok 2019: twarda oprawa z obwolutą, nastrojowe czarno-białe grafiki autorstwa Allena Williamsa, tłumaczenie Ewy Wojtczak) powieściową adaptację pewnie nie trzeba. Nie sadzę, żeby znalazło się wiele osób, które oddadzą jej wyższość nad filmem, ale myślę, że to literackie dokonanie Cornelii Funke i Guillermo del Toro pewne korzyści im przyniesie - choćby poszerzy ich zakres wiedzy o fantastycznym świecie, z którego jakoby wywodzi się główna bohaterka tej opowieści, trzynastoletnia Ofelia. Nie wiem tylko, czy osoby nieznające filmu, a zainteresowane tym tytułem, powinny zaczynać od książki. Nie jestem pewna, czy powieść jest w stanie zachęcić wielu z nich do zapoznania się z jej widowiskowym pierwowzorem. Jeśli cenią sobie maksymalnie uproszczone pisarskie warsztaty, to prawdopodobnie tak. Ale pozostali? No nie wiem, nie wiem... Książka jest całkiem niezła, ale film lepszy. Tak uważam. Wniosek sam więc się nasuwa. Pytanie tylko, czy kierowanie się tą wskazówką każdemu się opłaci. Czy naprawdę nie lepiej będzie najpierw zapoznać się powieściową wersją „Labiryntu fauna”? To, wy wszyscy, którzy filmowego pierwowzoru nie znacie, musicie sami rozstrzygnąć. Jeśli jednak najpierw postawicie na książkę i nie przekonacie się co do niej, to mimo wszystko dajcie szansę filmowi. Bo bardzo możliwe, że ta mroczniejsza, ekranowa wersja „Labiryntu fauna” już do Was przemówi.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

sobota, 20 lipca 2019

Vincent Bugliosi, Curt Gentry „Helter Skelter. Prawdziwa historia morderstw, które wstrząsnęły Hollywood”

W nocy z 8 na 9 sierpnia 1969 roku w posiadłości przy Cielo Drive 10050 w Benedict Canyon, dzielnicy Los Angeles, zamordowano ciężarną aktorkę Sharon Tate, żonę reżysera, scenarzysty, producenta filmowego i aktora Romana Polańskiego. Razem z nią zginęli jej przyjaciele, Jay Sebring, Wojtek Frykowski i jego narzeczona Abigail Folger oraz osiemnastoletni Steven Parent, który tej nocy odwiedzał dozorcę posiadłości. Nazajutrz w podobny sposób życie straciło małżeństwo mieszkające przy Waverly Drive 3301, Leno i Rosemary LaBianca, ale Departament Policji Los Angeles nieprędko połączył obie te sprawy. Początkowo prowadzono dwa oddzielne śledztwa, które przez dosyć długi czas nie przynosiły większych rezultatów. Z czasem jednak dla policji stało się jasne, że zabójstwa w domu Tate i LaBianca są ze sobą związane. Podejrzenia w końcu skupiły się na recydywiście Charlesie Mansonie i jego tak zwanej Rodzinie. Mieszkający w miasteczku filmowym Spahn Ranch w San Fernando Valley w Kalifornii, młodzi ludzie wchodzący w skład Rodziny byli absolutnie posłuszni swojemu guru, którego uważali za Jezusa Chrystusa. Śledczy z Los Angeles zgromadzili z czasem dowody świadczące o tym, że to właśnie Manson popychał swoich wyznawców do odrażających zbrodni. Zastępca prokuratora okręgowego, Vincent Bugliosi, który był jednym z oskarżycieli w sprawie Tate/LaBianca, przeprowadził jeszcze wnikliwsze śledztwo, które ujawniło między innymi liczne uchybienia Departamentu Policji Los Angeles i nader osobliwą filozofię Charlesa Mansona, którą zaszczepiał swoim wyznawcom.

Po raz pierwszy wydana w 1974 roku książka non-fiction, „Helter Skelter. The True Story of the Manson Murders” („Helter Skelter. Prawdziwa historia morderstw, które wstrząsnęły Hollywood”) została napisana przez jednego z prokuratorów zajmujących się między innymi głośnymi sprawami morderstw Tate/LaBianca i autora bestsellerowych książek, nieżyjącego już Vincenta Bugliosiego oraz pisarza Curtisa Marsena „Curta” Gentry'ego, który także już nie żyje. Ich książka w 1975 roku zdobyła Nagrodę im. Edgara Allana Poe za najlepszy kryminał i była podstawą miniserialu „Helter Skelter” z 1976 roku w reżyserii Toma Griesa oraz filmu Johna Graya z 2004 roku pod tym samym tytułem. Książka Vincenta Bugliosiego i Curta Gentry'ego, w chwili śmierci tego pierwszego (nie wiem, czy utrzymało się to do dziś), w 2015 roku, miała status najlepiej sprzedającej się książki kryminalnej w historii – ponad siedem milionów sprzedanych egzemplarzy. Wydanie Zysk i S-ka liczy sobie 660 stron, wypełnionych drobnym drukiem, i dodatkowo posiada śliską szesnastostronicową wkładkę ze zdjęciami archiwalnymi.

„Helter Skelter. Prawdziwa historia morderstw, które wstrząsnęły Hollywood”, to bardzo szczegółowa analiza jednej z najgłośniejszych spraw kryminalnych w historii Stanów Zjednoczonych. Poniekąd analiza z pierwszej ręki, bo dokonana przez zastępcę prokuratora okręgowego, który to był współoskarżycielem w sprawie siedmiu morderstw dokonanych w posiadłości przy Cielo Drive 10050 i Waverly Drive 3301 w Los Angeles, w sierpniu 1969 roku. Nie jest to łatwa lektura, nie tylko ze względu na okrucieństwo zbrodni dokonanych z rozkazu wyznającego doprawdy osobliwą filozofię recydywisty, Charlesa Mansona i w ogóle cały charakter jego sekty, ale również przez drobiazgowość autorów. Vincent Bugliosi i Curt Gentry na kartach swojej bestsellerowej pozycji przedstawiają niezwykle szczegółowy obraz zbrodni, które zatrzęsły Hollywoodem. Resztą świata w sumie też. Na początku autorzy „Helter Skelter” przyjęli narrację trzecioosobową – w raczej suchym, dziennikarskim stylu przedstawili ogrom informacji na temat zbrodni dokonanych w domach Tate i LaBianca. Paniczne reakcje społeczeństwa, medialny rozgłos nadany tym sprawom i rzecz jasna śledztwa prowadzone przez dwa zespoły policjantów z wydziału zabójstw – wszystko to Bugliosi i Gentry podają w sposób tyleż drobiazgowy, co chłodny. Prawie bez emocji punktują mniej i bardziej istotne informacje, unaoczniają najdrobniejsze szczególiki sprawy Tate/LaBianca, dosłownie zalewają czytelników suchymi faktami o tych autentycznych wydarzeniach z roku 1969. Co nie znaczy, że się tego nie przeżywa. Ohyda zbrodni dokonanych podczas dwóch sierpniowych nocy (z czasem autorzy przedstawią i inne morderstwa), bestialskie potraktowanie w sumie siedmiu osób w spokojnych dzielnicach Los Angeles, to nie jest coś, obok czego przechodzi się zupełnie obojętnie. Już samo zasztyletowanie dwudziestosześcioletniej aktorki, będącej wówczas w ósmym miesiącu ciąży, rani do głębi, choć przedstawione w tak chłodny sposób. Ale los, jaki spotkał pozostałe ofiary tych dwóch feralnych letnich nocy 1969 roku, przygnębia niewiele mniej od morderstwa kobiety spodziewającej się dziecka. Smaczku (o ile można użyć tego słowa w przypadku tak bestialskich zbrodni) całej sprawie dodał fakt, że ową brzemienną dwudziestosześciolatką była aktorka Sharon Tate, bardziej znana z tego, że poślubiła już wtedy bardzo popularnego reżysera Romana Polańskiego (to z nim spodziewała się dziecka, syna jak wykazała autopsja). Towarzyszący jej tej nieszczęsnej nocy Jay Sebring, Wojtek Frykowski i Abigail Folger, którzy także stracili wówczas życie, też nie byli osobami kompletnie nieznanymi opinii publicznej, ale to o Tate mówiło się najwięcej. Vincent Bugliosi i Curt Gentry pochylili się też nad owym szumem medialnym wokół tej sprawy. Choć nie wszystkich dziennikarzy charakteryzowało takowe podejście do sprawy morderstw w posiadłości przy Cielo Drive 10050, to nie brakowało takich, którzy atakowali... ofiary. Autorzy „Helter Skelter” między słowami przekazują tutaj starą, wiecznie aktualną prawdę na temat tego środowiska – dają oto jasno do zrozumienia, że wśród dziennikarzy są i tacy, którzy są gotowi napisać i powiedzieć dosłownie wszystko o wszystkich, w celu przyciągnięcia czytelników/słuchaczy/widzów. Seksualne orgie, obrzędy satanistyczne, narkomaństwo, powiązania z mafią – medialnym spekulacjom na temat Sharon Tate i jej przyjaciół zamordowanych w nocy z 8 na 9 sierpnia 1969 roku, nie było końca. Zamiast atakować sprawców tych potwornych zbrodni, wiele brukowców oczerniało ofiary. Co do narkotyków dziennikarze mieli trochę racji, ale teorie, które do tego dobudowywali to już zupełnie inna sprawa. Działalność niektórych pismaków dalece przekraczała granice dobrego smaku, przy okazji potęgując i tak już silny strach, jaki ogarnął mieszkańców Los Angeles na wieść o morderstwach dokonanych w posiadłości przy Cielo Drive 10050. Obraz Departamentu Policji Los Angeles też nie jest w „Helter Skelter” różowy. Mamy tutaj aż nadto informacji wskazujących na niekompetencję śledczych zajmujących się sprawą Tate. Nie wiem, czy można to nazwać dowodami, bo jednak spotykamy się tutaj z subiektywną relacją jednego z oskarżycieli w procesie Tate/LaBianca, ale szczerze powiedziawszy nie są to rewelacje, w które trudno dać wiarę. Innymi słowy, obraz policji wykreślony na kartach „Helter Skelter” jest na tyle prawdopodobny (aż nadto prawdopodobny, rzekłabym), spójny i zróżnicowany (bo jednak z tego grona Bugliosi wyróżnił też nazwiska policjantów, którzy według niego wykonali kawałek dobrej roboty), że nie potrafię przyjmować go ze sceptycyzmem. Co innego portret jednego z autorów książki, i narratora większej jej części, czyli ówczesnego zastępcy prokuratora okręgowego, jednego z oskarżających w sprawie Tate/LaBianca, który to najwidoczniej wykonał większość roboty w tej sprawie. Z omawianej lektury wynikało mi, że nie tylko prokuratorskiej roboty, ale również policyjnej, Vincent Bugliosi kreuje się tu wszak na osobę, która może się pochwalić największymi, najchwalebniejszymi dokonaniami w tej wstrząsającej sprawie. Być może tak było, absolutnie nie odrzucam takiej możliwości, ale... No cóż, powiedzmy że jakoś nie umiałam bezkrytycznie przyjmować tak krystalicznie czystego obrazu człowieka dążącego do skazania sprawców odrażających zbrodni dokonanych w 1969 roku w Los Angeles. Przez paru członków tzw. Rodziny Charlesa Mansona. Z drugiej jednak strony nie potrafiłam powstrzymać fali sympatii do Bugliosiego stopniowo ogarniającej mnie z biegiem trwania tej książki. Byłam tak ostrożna w podejściu do współautora tej książki, jak tylko potrafiłam, ale nawet z takim podejściem nie potrafiłam go znielubić.

Ilekroć ludzie podporządkowują się ślepo jakiemuś przywódcy i robią to, czego on wymaga – czy to będzie kult satanistyczny, fanatyczny odłam Ruchu Jezusa, skrajne polityczne ugrupowanie czy też psychodeliczny kult nowej wrażliwości – zagrożenie istnieje. Jedyna nadzieja w tym, że żadna z owych grup nie spłodzi kolejnego Charlesa Mansona. Naiwnością byłoby wierzyć, że taka przerażająca możliwość nie istnieje.”

Narracja trzecioosobowa z czasem w „Helter Skelter. Prawdziwej historii morderstw, które wstrząsnęły Hollywood” zostaje zastąpiona przez narracją pierwszoosobową. Od tego momentu, aż do końca książki będziemy przyjmować spojrzenie Vincenta Bugliosiego, człowieka, który biernym obserwatorem w sprawach związanych z Charlesem Mansonem i/lub z jego tzw. Rodziną, z całą pewnością nazwać nie można. Nie wszystkich, bo jednak prokurator ten nie brał czynnego udziału we wszystkich kryminalnych sprawach, jakie im przypisano, i o jakie byli tylko podejrzewani. Wraz z Curtem Gentrym na kartach omawianej książki dosyć szczegółowo przedstawił również i takie, ale panowie najbardziej skupili się na najgłośniejszym procesie garstki osób wchodzących w skład tzw. Rodziny. „Sąd Najwyższy Stanu Kalifornia z siedzibą w Hrabstwie Los Angeles; Obywatele Stanu Kalifornia przeciwko Charlesowi Mansonowi, Patricii Krenwinkel, Susan Atkins i Leslie Van Houten, sprawa numer A-253,156. Departament 104”. To dokładny cytat z książki (wydanie Zysk i S-ka z 2019 roku w doskonałym tłumaczeniu Mirosława P. Jabłońskiego i w niewielkiej części Anity Zuchory), który myślę, całkiem nieźle obrazuje poszanowanie najdrobniejszych szczegółów przez autorów „Helter Skelter”. Właśnie między innymi w tej sprawie współoskarżycielem był nasz narrator, Vincent Bugliosi (według mnie zdecydowanie najbarwniejszą postacią tego procesu sądowego był obrońca Mansona, Irving Kanarek). Człowiek ten przeprowadził również śledztwa związane z Charlesem Mansonem i jego Rodziną – oczywiście we współpracy z policjantami – które ujawniły wiele nowych faktów na ich temat. To jest takich, które nie były znane Departamentowi Policji Los Angeles przed „wkroczeniem do gry” tego sprytnego prokuratora. Cudaczny motyw zbrodni dokonanych z rozkazu Charlesa Mansona, tytułowe Helter Skelter, to nie jedyny, acz na pewno najbardziej krzykliwy fakt, do którego doszedł Bugliosi, z co najwyżej nieznaczną pomocą policjantów przyglądających się sekcie Charlesa Mansona (z guru tejże włącznie). Ambitny prokurator między innymi połączył też niektórych członków Rodziny z innymi zbrodniami, przy niektórych z nich zaznaczając jednak, że to tylko nieoparte twardymi dowodami domniemania. Zresztą najgłośniejszy proces w historii Los Angeles, w którym Bugliosi występował w roli współoskarżyciela (powiedziałabym nawet, że głównego oskarżyciela), w dużej mierze opierał się na poszlakach. Autorzy „Helter Skelter” bardzo dużo miejsca poświęcili omówieniu tej sprawy sądowej. Z imponującą drobiazgowością (zresztą to dotyczy wszystkich wątków zawartych w tej książce) przeprowadzają czytelników przez każdy etap tego wielce skomplikowanego, niezwykle złożonego procesu, który skupiał na sobie olbrzymie zainteresowanie opinii publicznej, również spoza Stanów Zjednoczonych. I o którym po dziś dzień dużo się mówi. Bo główny uczestnik tego procesu, Charles Manson, na trwałe zapisał się na czarnych stronicach historii ludzkości, stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych zwyrodnialców żyjących na planecie Ziemia. I jednym z tych, który dorobił się największej rzeszy fanów. Tak, fanów, bo Charles Manson, o czym także z lekkim zdziwieniem piszą tutaj Bugliosi i Gentry, jest postacią podziwianą w niektórych kręgach. Istnym bożyszczem głównie młodych ludzi wywodzących się z ekstremistycznych środowisk. Nie wszystkich, rzecz jasna, ale ilość ludzi z praktycznie całego świata, którzy pochwalą odrażające czyny, których Manson się dopuszczał, i przynajmniej w części wyznają jego cudaczną filozofię, jest zatrważająco wysoka. Te zwierzania autorów „Helter Skelter” zawarto w częściach spisanych w pierwszej osobie, które to kładą zdecydowanie większy nacisk na budzenie emocji w czytelnikach od tych wcześniejszych kawałów przedstawionych w trzeciej osobie. Gdy niejako w centrum wydarzeń staje Vincent Bugliosi, gdy zaczyna się jego subiektywna (ale i obfitująca w obiektywne informacje) relacja, lekturę tę zaczyna się przyjmować niemal jak powieść opartą na faktach, niźli typową pozycję non-fiction. To bardzo pomaga w przyswajaniu wszystkich detali, najdrobniejszych szczególików na temat między innymi Charlesa Mansona i jego Rodziny, ale jeszcze ważniejsze jest to, że zabija wszelki dystans do tej sprawy wzbudzony ewentualnie wcześniej, partiami spisanymi w trzeciej osobie. Inaczej mówiąc, czytelnik najprawdopodobniej przestanie być wówczas biernym obserwatorem tej złożonej sprawy, której poświęcona jest ta książka; nie będzie już patrzył swego rodzaju klinicznym, chłodnawym okiem na tę historię, tylko stanie się kimś w rodzaju jej uczestnika. Stanie u boku prokuratora starającego się doprowadzić do wyroku skazującego (chce kary śmierci) w sprawie o morderstwa siedmiu osób dokonanych przez wyznawców Charlesa Mansona z jego bezpośredniego rozkazu. I nie będzie to przyjemna przygoda w tradycyjnym znaczeniu tego słowa. Ujmę to tak: włos się jeży na głowie, gdy się to czyta. Książka ta autentycznie przeraża, przygnębia i szokuje, nie tylko dlatego, że to literatura faktu (chociaż to oczywiście jest tutaj argumentem nadrzędnym), ale także dzięki warsztatowi autorów. Godnego podziwu poszanowania najdrobniejszych nawet szczegółów i ich emocjonalnemu podejściu do całej tej sprawy. Te emocje udzielają się czytelnikowi. Nie jestem tylko pewna, czy wszyscy odbiorcy „Helter Skelter” będą tym usatysfakcjonowani. Bo to na pewno nie jest lektura dla ludzi o słabym nerwach i żołądkach.

„Helter Skelter. Prawdziwa historia morderstw, które wstrząsnęły Hollywood” autorstwa Vincenta Bugliosiego i Curta Gentry'ego to prawdziwa gratka, dla osób interesujących się autentycznymi zbrodniarzami. Odrażającą działalnością niesławnych postaci, ich dogłębną charakterystyką, policyjnymi i prokuratorskimi śledztwami oraz procesami sądowymi. Jeśli ktoś ma odwagę zajrzeć do zwichrowanego umysłu Charlesa Mansona i jego wyznawców, niejako wejść za kulisy tej sprawy, poznać najdrobniejsze szczegóły zbrodni, które wstrząsnęły światem, to gorąco namawiam do lektury tej pozycji. Bo można chyba nazwać ją książką wybitną, istnym arcydziełem literatury faktu (stwierdzenie to widniej na tylnej okładce wydania Zysk i S-ka i pozostaje mi tylko się z nim zgodzić), bez względu na to, czy we właściwym świetle stawia wszystkich uczestników sportretowanych tutaj spraw, ze szczególnym wskazaniem na Vincenta Bugliosiego. Nie tylko współautora książki, ale i bezpośredniego narratora większej jej części. Może tak jest, może nie – tego jednoznacznie ocenić nie potrafię. W najmniejszym stopniu nie powstrzymuje mnie to jednak przed wystawieniem tej istnej skarbnicy wiedzy na temat Charlesa Mansona, jego tzw. Rodziny i zbrodni, których się dopuścili, najwyższej noty. Dla mnie to absolutne dziesięć na dziesięć! Doprawdy, mocna rzecz.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

środa, 17 lipca 2019

„Topielisko. Klątwa La Llorony” (2019)

Rok 1973, Los Angeles. Pracownica socjalna Anna Tate-Garcia przybywa do domu samotnej matki dwójki dzieci, Patricii Alvarez, aby przeprowadzić kontrolę. Odkrywa wówczas, że kobieta więzi swoich chłopców w ciasnym pomieszczeniu. Dzieci zostają odseparowane od matki i umieszczone w tymczasowym domu opieki. Niedługo potem Anna odbiera wiadomość o tragicznej śmierci chłopców i rusza na miejsce zdarzenia, wraz z dwójką swoich dzieci, Chrisem i Samanthą, nad którymi od śmierci męża sama sprawuje opiekę. Z czasem odkrywa, że chłopcy Alvarez padli ofiarami legendarnej La Llorony, demonicznej istoty, która snuje się po świecie w poszukiwaniu dzieci, które zastąpiłyby jej własne. W 1673 roku kobieta utopia je w gniewnym amoku, a gdy uświadomiła sobie co zrobiła, popełniła samobójstwo. Anna ma powody, by przypuszczać, że jej dzieci będą następne, że jeśli nic nie zrobi La Llorona zabierze jej Chrisa i Samanthę.

Amerykański horror nastrojowy„Topielisko. Klątwa La Llorony” to szósty z kolei film wchodzący w skład „The Conjuring Universe”, po dwóch częściach „Obecności” i „Annabelle” oraz „Zakonnicy” z 2018 roku. Scenariusz w oparciu o meksykańską legendę o La Lloronie (Płaczącej Kobiecie) napisali Mikki Daughtry i Tobias Iaconis, a na krześle reżyserskim zasiadł Michael Chaves, który wcześniej nie stworzył ani jednego pełnometrażowego filmu. Ale wiadomo już, że na „Topielisku. Klątwie La Llorony”” jego przygoda z długim metrażem się nie skończy. Na 2020 rok zaplanowano bowiem premierę drugiego pełnometrażowego filmu Michaela Chavesa, trzeciej odsłony głośnej „Obecności” Jamesa Wana, która zapoczątkowała franczyzę „The Conjuring Universe”. Budżet „Topieliska. Klątwy La Llorony” oszacowano na dziewięć milionów dolarów, a dotychczasowe wpływy z całego świata wyliczono na trochę ponad sto dwadzieścia dwa miliony dolarów.

„Topielisko. Klątwa La Llorony” nie jest jedynym filmem zainspirowanym meksykańską legendą o upiornej istocie, skazanej na wieczną wędrówkę po świecie w poszukiwaniu swoich dzieci. Wystarczy wspomnieć takie pozycje, jak chociażby „La maldicion de la Llorona” (1963) w reżyserii Rafaela Baledóna i „J-ok'el” (2007) Benjamina Williamsa. Na pewno jednak pełnometrażowy debiut Michaela Chavesa jest filmem najmocniej rozreklamowanym na arenie międzynarodowej, spośród wszystkich, mniej czy bardziej zainspirowanych legendą o Płaczącej Kobiecie, dotychczas nakręconych produkcji filmowych. Szeroka dystrybucja, szumna kampania reklamowa i dopisanie tego tytułu do jakże popularnej franczyzy funkcjonującej pod nazwą „The Conjuring Universe” zaowocowały jego dosyć sporym komercyjnym sukcesem. Film ów tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że zmętnianie tego źródełka, którym jest „The Conjuring Universe” trwa w najlepsze. Nie mam żadnych wątpliwości, że franczyza ta będzie się rozrastała o kolejne luźno ze sobą związane tytuły. Horrory tylko z lekka nawiązujące do jednego lub więcej obrazów z uniwersum „Obecności” i niemające nic wspólnego ze sprawami prowadzonym przez Eda i Lorraine Warrenów. Innymi słowy, moim zdaniem robi się z tego kolejna hollywoodzka maszynka do robienia kasy, która najpewniej szybko nie zostanie zatrzymana (jeśli w ogóle). „Topielisko. Klątwa La Llorony” jest pierwszym obrazem dopisanym do „The Conjuring Universe”, który nie nawiązuje bezpośrednio, bardzo wyraźnie (bo niektórzy dopatrzyli się tutaj jakichś szczególików) do cyklu „Obecności” (póki co mamy dwie części, ale w przygotowaniu jest już kolejna), tylko filmu, który, że tak to ujmę, z niej wyrósł. Scenariusz autorstwa Mikki Doughtry i Tobiasa Iaconisa nawiązuje do „Annabelle” Johna R. Leonettiego. W „Topielisku. Klątwie La Llorony” pojawia się postać księdza Pereza, kreowana przez Tony'ego Amendolę. Bohater ten, odegrany przez tego samego aktora, pojawił się pięć lat wcześniej w „Annabelle”. W omawianym filmie tę szkaradną lalkę (tj. Annabelle) też zobaczymy – pojawi się dosłownie na moment, w sekwencji retrospektywnej. Antybohaterką pełnometrażowego reżyserskiego debiutu Michaela Chavesa jest jednak tytułowa La Llorona, wywodząca się z meksykańskiej legendy, która wygląda... No cóż, trzeba pamiętać, że „Topielisko. Klątwa La Llorony” to horror hollywoodzki pełną gębą. Straszak nakręcony w zgodzie z dzisiejszymi trendami, stawiający na sprawdzone „metody straszenia” i doskonale znane fanom kina grozy motywy, podawane w prawie całkowicie beznamiętny sposób. Akcję filmu osadzono w 1973 roku, o czym szczerze mówiąc ciągle zapominałam. Poza paroma archaicznymi sprzętami gospodarstwa domowego, nie dostrzegałam w „Topielisku. Klątwie La Llorony” żadnych składników retro. Klimat tego filmu jest na wskroś współczesny, w najgorszym znaczeniu tego słowa. Mowa o boleśnie wręcz plastikowych zdjęciach made in Hollywood, zmontowanych tak, by widz „nie miał czasu na głębszy oddech”. Akcja pędzi na łeb na szyję po utartym torze poprzetykanym niezbyt realistycznie się prezentującymi efektami specjalnymi. Komputerowi spece dostali dosyć szerokie pole do popisu i... się popisali. La Llorona wyrasta na ekranie nader często, autentycznie strasząc swoim ewidentnie przejaskrawionym wyglądem. Ależ ta facjata mnie odrzucała – żywy dowód na to, że Michael Chaves nie jest wyznawcą zasady „w horrorze mniej znaczy więcej”. I nie dotyczy to tylko wyglądu tytułowej antybohaterki, ale również częstotliwości jej pojawiania się na ekranie. W mojej ocenie tylko dwie tego rodzaju scenki poprzedzono budowaniem w miarę odpowiedniego napięcia: samotną nocną wędrówkę chłopców Alvarez po mrocznych (ach te migające światła) korytarzach placówki socjalnej i akcję nad przydomowym basenem, której główną bohaterką była mała Samantha, córka Anny Tate-Garcii. Ta ostatnia niechcący sprowadziła na siebie i swoje dzieci nadnaturalne zagrożenie w postaci przedobrzonej upiorzycy La Llorony. I zrobiła to już na początku filmu, bo przecież w dzisiejszych czasach powolne budowanie opowieści grozy absolutnie się nie sprawdza. Z takiego właśnie założenia zdają się wychodzić scenarzyści i reżyser „Topieliska. Klątwy La Llorony”. No bo po co nam poznawać bohaterów i plątać się w jakimś szerszym kontekście fabularnym, skoro można całą historię streścić w jednym zdaniu i cieszyć się tym, co w nastrojowym horrorze najlepsze. Czyli efekciarskimi wejściami (najczęściej w formie jump scenek, dla mnie w całości nieskutecznych) demonicznej istoty, której oczywiście w końcu będzie trzeba zdecydowanie stawić czoło.

Mimo tego, że akcja „Topieliska. Klątwy La Llorony” zawiązuje się w błyskawicznym tempie, że życie pewnej pracownicy socjalnej komplikuje się nader szybko, to muszę przyznać, że jeszcze wtedy szczególnie zniechęcona nie byłam. Nie żebym śledziła to z jakimś ogromnym zainteresowaniem, licząc na silne emocje, ale wówczas przynajmniej nie musiałam walczyć z pokusą przerwania seansu. To przyszło później. Na początku nie mogłam oprzeć się skojarzeniom z „Przypadkiem 39” Christiana Alvarta i nie tylko przez to, że główna bohaterka omawianej produkcji też jest pracownicą socjalną. A nawet nie przede wszystkim dlatego. Jeszcze bardziej uderzyło mnie podobieństwo sytuacji, które zapoczątkowały koszmary obu kobiet. Każda z nich mimowolnie sprowadziła na siebie niebezpieczeństwo poprzez odebranie dziecka/dzieci rodzicom/samotnej matce. Anna Tate-Garcia podobnie jak Emily Jenkins z „Przypadku 39” podejrzewa, że Patricia Alvarez stanowi poważne zagrożenie dla swoich dzieci. W przekonaniu, że robi to dla ich dobra, umieszcza chłopców Alvarez w tymczasowym domu socjalnym. Dzieci zostają odseparowane od matki, która tymczasem upiera się, że nie chciała skrzywdzić swoich synów, tylko przed czymś ochronić. O ile w „Przypadku 39” to obiekt ataku rodziców rodził w pełni uzasadnione podejrzenia widzów, o tyle w „Topielisku. Klątwy La Llorony” alarmistycznie nie działają dzieci Alvarez wydobyte przez Annę z ciasnego pomieszczenia w ich mieszkaniu, tylko opowieści ich matki o istocie, która dybie na ich życie. Oczywiście Anna, tak samo jak Emily Jenkins i w przeciwieństwie do nas, początkowo nie daje wiary tym fantastycznie brzmiącym słowom Patricii. Ale kobieta bardzo szybko się z nami zrówna – posiądzie tę wiedzę, którą my, odbiorcy tego filmu, mieliśmy przez cały czas. Wtedy już naznaczone przez La Lloronę będą jej własne dzieci, Chris i Samantha (przekonująco wykreowani przez Romana Christoua i Jaynee-Lynne Kinchen. W ich matkę natomiast w nie mniej przyzwoitym stylu wcieliła się Linda Cardellini)). Anna znajdzie się więc w identycznej sytuacji, w której jeszcze niedawno tkwiła rodzina Alvarezów. Kobieta doskonale wie, jak to się dla nich skończyło – do czego dąży demoniczna istota, która teraz prześladuje jej rodzinę. Wie, że jeśli nie znajdzie sposobu na powstrzymanie La Llorony, jej dzieci podzielą tragiczny los chłopców Alvarez. Zwraca się więc – tadam – do księdza Pereza. Bez bożego wojownika w końcu by się nie obyło prawda? Tak, tylko że... Powiedzmy, że scenarzyści przygotowali drobną niespodziankę – nie, nie, nie myślcie, że zrezygnowano z tak integralnego motywu współczesnych hollywoodzkich straszaków, jak duchowa (fizyczna zresztą również) walka dobra ze złem. Przebiegająca w sposób tak banany i także w związku z tym przewidywalny, że już bardziej chyba nie można. No dobrze, takie wykorzystanie krzyża nie zdarza się często, UWAGA SPOILER a i zabrakło klasycznego opętania. Nauczona doświadczeniem czekałam i na ten motyw, ale zamiast niego dostałam zrobienie z Samanthy swego rodzaju marionetki. Swoją drogą, może mi ktoś wytłumaczyć, jak dziewczynka wcześniej wyrwała się spod wpływu La Llorony? Bo według słów bożego wojownika Rafaela Olvera taki efekt miało przynieść dopiero unicestwienie upiorzycy) KONIEC SPOILERA. W dodatku konfrontację ową niemiłosiernie wręcz rozciągnięto w czasie – cały ten nadmiernie dynamiczny, beznamiętny zlepek ogranych motywów, na tym większą więc próbę wystawił moją cierpliwość. Ale się udało. Ledwo, bo ledwo, ale – jupi! - dobrnęłam do napisów końcowych. Nie, nie, tak naprawdę to wcale się z tego nie cieszę. To jeden z tych przypadków (dosyć licznych niestety), gdzie wytrwałość mi się nie opłaciła. Jednak powinnam ulec dużo wcześniej narosłej pokusie przerwania seansu, bo zaoszczędziłabym trochę czasu, ale jak to się mówi mądry Polak po szkodzie. Chociaż z drugiej strony trochę się pośmiałam, a przecież mówi się też, że śmiech to zdrowie...

Tym, którzy myśleli, że „Zakonnica” w reżyserii Corina Hardy'ego uświadomi filmowcom, że wcielanie do „The Conjuring Universe” horrorów znacznie odbiegających od żelaznej podstawy tej franczyzy – obrazów spod znaku „Obecności” – nie jest dobrym pomysłem, to po obejrzeniu „Topieliska. Klątwy La Llorony” debiutującego w pełnym metrażu Michaela Chavesa, prawdopodobnie wyzbędą się tych złudzeń. Zamiast wzorować się na sprawach Eda i Lorraine Warrenów, a całkowicie fikcyjne fabuły konstruując ewentualnie na użytek serii o lalce Annabelle, twórcy wolą kombinować, jak te konie pod górę. Wymyślać płytkie historie, które wydają się być jedynie pretekstem do popisywania się nowoczesną technologią. A straszenie? No przecież macie mnóstwo jump scenek. Czego jeszcze chcecie? Napięcia? Proszę Was, powolne budowanie nastroju już dawno wyszło z mody. Teraz tak to się robi! I powiem Wam, że to działa. „Obecność 3” dopiero jest w przygotowaniu, a ja już czuję lekki strach. Jeszcze filmu nie widziałam, a już się niepokoję. Bo w końcu reżyser ten sam... Oby jednak moje czarnowidztwo się nie spełniło, oby Michael Chaves nie zepsuł jeszcze tego, oby okazało się, że „Topielisko. Klątwa La Llorony” to jednorazowe potknięcie. To jest w mojej ocenie. Tego (nie ukrywam, że również z egoistycznych pobudek) mu życzę.

poniedziałek, 15 lipca 2019

„Lizzie” (2018)

Rok 1892. Do domu rodziny Bordenów przybywa nowa pokojówka Bridget Sullivan. Najmłodsza członkini familii, trzydziestodwuletnia Lizzie, zaprzyjaźnia się z nią, wbrew żądaniom ojca, by nie bratała się z osobami z niższych warstw społecznych. Relacja Lizzie z jej rodzicielem już od dawna jest mocno napięta. Ze swoją starszą córką, Emmą, Andrew Borden nie ma najmniejszych problemów, ale zachowanie młodszej nierzadko wyprowadza go z równowagi. Lizzie nie zamierza podporządkowywać się woli ojca i znienawidzonej macochy, czego z kolei Andrew ani myśli akceptować. Sytuacja w domu Bordenów coraz bardziej się zaognia, w czym swój mimowolny udział ma również Bridget Sullivan. Pewnego letniego dnia Lizzie znajduje w domu zmasakrowane zwłoki swojego ojca, a niedługo potem na piętrze zostaje odnalezione ciało jej macochy. Główną podejrzaną staje się Lizzie.

Trzeci pełnometrażowy film Craiga Williama Macneilla, po „The Afterlight” z 2009 roku (współreżyser i współscenarzysta) i „The Boy” z roku 2015, pt. „Lizzie” został oparty na autentycznej głośnej sprawie podwójnego morderstwa w Fall River w stanie Massachusetts, dokonanego 4 sierpnia 1892 roku na bogatym deweloperze Andrew Bordenie i jego drugiej żonie Abby. Za zbrodnie te oskarżono młodszą córkę Andrew, Lizzie, którą ława przysięgłych uznała za niewinną zarzucanych jej czynów. Wokół tej sprawy narosło wiele mniej czy bardziej prawdopodobnych teorii. Jedną z nich spopularyzował amerykański pisarz i scenarzysta Ed McBain, posługujący się też nazwiskiem Evan Hunter, w swojej książce z 1984 roku zatytułowanej „Lizzie”. Scenarzysta filmu pod tym samym tytułem, Bryce Kass, oparł fabułę na owej niepotwierdzonej teorii, co może wskazywać na to, że zainspirował się książką Huntera. Mogło tak być, ale wcale nie musiało, gdyż to jedna z najczęściej roztrząsanych hipotetycznych wersji wydarzeń w dom Bordenów. Swoją drogą łatwiej byłoby mi to rozstrzygnąć, gdybym wspomnianą książkę Evana Huntera przeczytała, ale niestety takiej możliwości nie mam.

Cztery lata przed premierą (na Sundance Film Festival) „Lizzie” w reżyserii Craiga Williama Macneilla, ukazał się telewizyjny thriller Nicka Gomeza oparty na tej samej autentycznej sprawie pt. „Lizzie Borden chwyta za siekierę”, gdzie tytułowa rola przypadła w udziale Christinie Ricci. Dużo wcześniej, bo w 1975 roku, ukazał się natomiast, również telewizyjny, film Paula Wendkosa pt. „The Legend of Lizzie Borden”, którego w przeciwieństwie do „Lizzie Borden chwyta za siekierę” nie miałam jeszcze okazji obejrzeć. W każdym razie choć obraz Macneilla skupia się na tej samej sprawie, nad którą pochylili się twórcy obrazu z Christiną Ricci w roli głównej, to nie należy spodziewać się powtórki z rozrywki. W „Lizzie” przyjęto inne spojrzenie między innymi na relacje w domu Bordenów. Film otwiera odkrycie zmasakrowanych zwłok państwa Borden w ich własnym domu i rozmowa jednego z policjantów przybyłych na miejsce zbrodni z młodszą córką denata, Lizzie, która sprawia wrażenie, jakby była w głębokim szoku. Faktycznym czy udawanym, to okaże się później. Najpierw jednak przyjrzymy się wcześniejszym relacjom panującym w domu Bordenów, które w rzeczywistości mogły, ale wcale nie musiały przebiegać tak, jak je tutaj przedstawiono. Po krótkim prologu akcja zostanie cofnięta o pół roku. Do domu Bordenów przybywa właśnie nowa pokojówka, Bridget Sullivan, której pani domu, Abby Borden, z miejsca nadaje imię Maggie. Lizzie będzie jedyną osobą, w tym skromnym domu, używającą jej prawdziwego imienia. Widać bowiem, że kobieta uważa za niepoważne nadawanie przyjezdnym służącym nowych imion przez jej ojca i macochę. Ale bardziej istotne jest to, że Lizzie zdaje się być jedyną osobą w tym domu, która nie zwykła patrzeć z góry na osoby z niższych warstw społecznych. Jej ojciec Andrew mimo zgromadzonego bogactwa żyje bardzo skromnie (i taki styl życia narzuca całej swojej rodzinie), ale to nie znaczy, że akceptuje bratanie się z gawiedzią. Nie podoba mu się, że jego młodsza córka obraca się w takich kręgach. Mężczyzna uważa, że przynosi tym wstyd rodzinie. Andrew Borden, przekonująco wykreowany przez Jeffa Perry'ego, w thrillerze „Lizzie” został przedstawiony jako czarny charakter. Despota, któremu nikt, z wyjątkiem Lizzie, nie ma śmiałości zdecydowanie się przeciwstawić. I który od jakiegoś czasu odbiera anonimowe listy z pogróżkami. To skłania go do spisania testamentu, z treści którego najbardziej niezadowolona jest Lizzie. W tę centralną postać filmu wcieliła się Chloe Sevigny, której warsztat w moich oczach był tylko odrobinę mniej „drewniany” od gry Kristen Stewart, kreującej Bridget Sullivan. Lepiej według mnie wypadły drugoplanowe postacie, z których, poza wspomnianym już Jeffem Perrym, muszę wyróżnić Fionę Shaw i Kim Dickens. W każdym razie tytułowa postać filmu Craiga William Macneilla została skonstruowana tak, by budzić sympatię u odbiorcy. Nie maksymalną, bo jednak podszytą podejrzliwością. Nawet ci, którzy o autentycznej sprawie podwójnego morderstwa w domu Bordenów z 1892 roku, dotychczas nie słyszeli, z biegiem trwania filmu coraz bardziej będą skłaniać się ku temu, że to właśnie ona wkrótce splami swoje ręce krwią ojca i macochy. Co nie znaczy, że tak będzie... Budzenie w odbiorcach ambiwalentnych uczuć w stosunku do postaci filmowych (książkowych zresztą też) nie jest zabiegiem nowym, ani nawet niezbyt powszechnym, ale w profesjonalnych rękach niezmiennie przynosi mi niemało korzyści. Bo o ile bardziej interesująca staje się historia, gdy potencjalną morderczynię darzy się pewną dozą sympatii, gdy nie patrzy się na nią jedynie z niekłamaną wrogością, ale ma się dla niej niemało współczucia i... podziwu? To chyba za mocne słowo, niemniej sposób bycia tej bogatej panienki może do pewnego stopnia imponować. Jej podejście do ludzi z niższych sfer społecznych i uparte niepodporządkowywanie się okrutnej głowie rodziny Bordenów, w czasach, w których takie zachowanie kobiet względem utrzymujących je mężczyzn było praktycznie nie do pomyślenia, to cechy, które najbardziej ocieplają wizerunek Lizzie. Z tej postaci bije jednak też pewien chłód. Patrząc na nią trudno oprzeć się wrażeniu, że to ktoś znajdujący się na skraju wytrzymałości, że mamy tutaj do czynienia z „tykającą bombą”, która wybuchnie w znany nam już sposób. Tak, ale jednocześnie ciężko odrzucić możliwość, że w tej produkcji Lizzie Borden zostanie przedstawiona, jako osoba nieponosząca żadnej odpowiedzialności za śmierć Andrew i Abby, niemająca absolutnie nic wspólnego z tymi odrażającymi morderstwami. Z których jedno... Cóż wcale nie ubolewałam nad losem, jaki spotkał filmowego Andrew. O autentycznym Andrew Bordenie się nie wypowiem, bo ciężko odsiać prawdę od przekłamań o właściwie wszystkich członkach rodziny Bordenów i innych osobach mniej czy bardziej uwikłanych w tę sprawę. Podkreślam tutaj, że nie traktuję „Lizzie” w kategoriach obrazu, który bezsprzecznie trzyma się wszystkich faktów, który jest bardzo wiernym odzwierciedleniem kawałka dziejów rodu Bordenów. Nie wiem jak było naprawdę i wziąwszy pod uwagę liczne spekulacje na ich temat krążące w przestrzeni publicznej, chyba nikt nie może dzisiaj powiedzieć, że zna całą prawdę o tej rodzinie i podwójnej zbrodni, jaka dokonała się w domu Bordenów feralnego 4 sierpnia 1892 roku.

Od strony technicznej „Lizzie” Craiga Williama Macneilla prezentuje się solidniej od „Lizzie Borden chwyta za siekierę” Nicka Gomeza. Przygaszone barwy, z przewagą szarości, tworzą całkiem ponury klimacik, który w moich oczach bardzo smacznie wkomponował się w dawno minione realia, w których to toczy się akcja tego filmu (i w których rozegrała się jedna z głośniejszych spraw kryminalnych w Stanach Zjednoczonych). Miasto Fall River w stanie Massachusetts w drugiej połowie XIX wieku – umownie, bo „Lizzie” kręcono w Savannah w stanie Georgia, co zajęło w sumie dwadzieścia trzy dni – tchnie atmosferą retro, nie tylko dzięki przyblakłym zdjęciom. Stroje z epoki i wystroje wnętrz też pracują na to wrażenie. A muzyka skomponowana przez Jeffa Russo, dosłownie wszystkie atrakcje dźwiękowe, dla mnie stanowiła najcenniejszy pierwiastek płaszczyzny technicznej. Co jest niemałym komplementem z mojej strony, zważywszy na fakt, że sfera wizualna, jak na standardy współczesnego kina, jawiła mi się całkiem klimatycznie. Fabuły natomiast nie potrafię ocenić tak jednoznacznie. Scenariusz „Lizzie Borden chwyta za siekierę” był dla mnie bardziej emocjonujący – tamto spojrzenie na sprawę Bordenów silniej osadzono w ramach thrillera od tego tutaj. „Lizzie” posiada też dosyć mocno rozbudowaną warstwę dramatyczną, która, ogólnie rzecz biorąc, całkiem nieźle koegzystuje z tą drugą płaszczyzną, osadzoną w gatunku dreszczowca, ale produkcja Craiga Williama Macneilla niestety nie ustrzegła się nużących momentów. Z jednej strony takie spojrzenie na dzieje rodu Bordenów, ze szczególnym wskazaniem na Lizzie, było dla mnie pewnym urozmaiceniem – jakoś nie pociągała mnie perspektywa oglądania w pewnym sensie tego samego, co pokazał mi już Nick Gomez w swoim telewizyjnym thrillerze pt. „Lizzie Borden chwyta za siekierę”. Ale z drugiej strony nie wszystkie wątki wykorzystane w omawianym obrazie dostarczały mi pożądanych emocji. Najgorzej przyjmowałam jedną z najważniejszych (jeśli nie najważniejszą) relacji rozpisanych przez Bryce'a Kassa. Mowa o przyjaźni Lizzie z pokojówką Bridget, która jak przeczuwamy z czasem może przekuć się w coś więcej. Obie te role dla mnie nie zostały obsadzone fortunnie, przez co zwyczajnie tej relacji nie czułam. Mam jednak wątpliwości czy bardziej przekonujące kreacje (z mojego punktu widzenia) znacznie poprawiłyby mój odbiór tego wątku. Bo powiedzmy sobie szczerze: nie jest to coś, czego w kinie (literaturze zresztą również) wypatruję. UWAGA SPOILER Chodzi o romanse, bez względu na to, czy są one hetero-, czy homoseksualne KONIEC SPOILERA. Gwoli sprawiedliwości jednak, owa relacja najmłodszej członkini rodziny Bordenów i ich nowej pokojówki niosła jedną korzyść. A mianowicie zapowiedź rychłych kłopotów, problemów nawet większych od tych dotychczasowych. Co zrobi despotyczny ojciec Lizzie, gdy dowie się, że jego młodsza córka ma tak bliską relację ze służącą, którą on i jego małżonka niedawno zatrudnili? Z tego, co wiemy o tym filmowym Andrew Bordenie nie mamy powodów, by wątpić w to, że delikatnie mówiąc, nie będzie z tego faktu zadowolony. I w ten oto sposób przechodzimy do według mnie najciekawszej relacji zawartej w „Lizzie”. Do stosunków ojca i jego młodszej córki. Burzliwych stosunków, które rodziły we mnie wiele całkiem silnych, nieprzyjemnych emocji – z gatunku tych, których od thrillera się oczekuje. Chociaż poszukiwacze oryginalności mogą zgoła inaczej na to zareagować, bo co jak co, ale innowacyjności temu aspektowi scenariusza „Lizzie” raczej nie można oddać. Ot, typowe, aczkolwiek bardzo poważne niesnaski pomiędzy apodyktycznym mężczyzną i niezamierzającą mu ulegać kobietą. Ulec w sensie podporządkować się woli ojca, zachowywać się tak, jak tego od niej oczekuje. A oczekuje przede wszystkim dbania o podtrzymywanie dobrej opinii, jaką cieszy się w tych stronach (stan Massachusetts) majętny ród Bordenów, bo według Andrew Lizzie zdaje się robić wszystko, by ową opinię im wszystkim zepsuć. Ale z punktu widzenia odbiorcy omawianego obrazu to zapewne on będzie tą osobą, która ciężko pracuje na kompromitację rodu Bordenów. Największa niegodziwość, której nierzadko dopuszcza się w swoim skromnym domku, budzi wstręt, pomimo tego, że „rozgrywa się to poza wzrokiem widza”. Ale to nie znaczy, że twórcy uciekają od wszystkich mocniejszych scen. Przez morderstwa też nie zostaniemy przeprowadzeni w sposób porażająco szczegółowy, ale już obraz zmasakrowanej twarzy jednej z ofiar za takowy można już uznać. Najbardziej bolesna była jednak dla mnie inna scena – akcja, która rozegrała się w szopie, gdy Andrew wpadł w istny szał. Szał wywołany pewnym wybrykiem Lizzie, szał, na który naprawdę trudno mi było patrzeć. Tak straszny to był widok. Zakończenie natomiast... Ujmę to tak: nic niespodziewanego w kontekście tego scenariusza, ale przynajmniej UWAGA SPOILER nie powielono najpowszechniejszej teorii na temat morderstwa Andrew i Abby Bordenów. Co nie znaczy, że ponad wszelką wątpliwość trzymano się faktów. Gdyby żadnych wątpliwości odnośnie tej sprawy nie było, to zapewne już dawno temu osunęłaby się ona w całkowite zapomnienie KONIEC SPOILERA.

Muszę przyznać, że całkiem nieźle mi się ten film oglądało. „Lizzie” Craiga Williama Macneilla z całą pewnością nie jest jakimś wybitnym osiągnięciem artystycznym, chociaż oprawa audiowizualna może stanowić niemałą ucztę dla zmysłów nie tylko miłośników filmowych thrillerów, ale również dramatów. Nie wszystkich oczywiście, może i nawet nie zdecydowanej większości, bo co by o „Lizzie” nie mówić, to raczej nie jest to tego typu pozycja, która pędzi za dzisiejszymi trendami, która za wszelką cenę stara się wejść do mainstreamu. Ale też nie jest to kino ukierunkowane na ekstremalnie wąską grupę odbiorców, żadna tam niszówka, o której mało się słyszy, tylko obraz dystrybuowany na dosyć szeroką skalę, ale nakręcony w sposób odbiegający od tego, do czego przyzwyczaiły nas współczesne thrillery głównego nurtu. Nieszczególnie dalece odbiegający, ale jednak. I dobrze, bo w przeciwnym wypadku prawdopodobnie mój odbiór tego filmu byłby gorszy. Ale poszukiwaczom dynamicznych, efekciarskich i/lub pełnych zaskakujących zwrotów akcji dreszczowców, tej pozycji na pewno bym nie zarekomendowała.

sobota, 13 lipca 2019

Oferta wydawnictwa Zysk i S-ka

Vincent Bugliosi, Curt Gentry „Helter Skelter. Prawdziwa historia morderstw, które wstrząsnęły Hollywood”

Światowy bestseller i arcydzieło literatury faktu!
Kronika jednej z najgłośniejszych zbrodni w historii USA

9 sierpnia 1969 roku w posiadłości przy Cielo Drive w zamożnej dzielnicy Los Angeles została zamordowana piękna aktorka, żona reżysera Romana Polańskiego, Sharon Tate, a wraz z nią ich nienarodzone dziecko. Oprócz Tate zginęli jej goście: słynny fryzjer hollywoodzkich gwiazd Jay Sebring, przyjaciel Polańskiego z czasów studiów w łódzkiej filmówce Wojtek Frykowski i jego narzeczona, córka potentata kawowego, Abigail Folger. Piątą, przypadkową ofiarą był Steven Parent, 18-letni znajomy dozorcy. Za tymi morderstwami stał Charles Manson i członkowie jego grupy religijnej zwanej Rodziną. Dzień później z ich rąk zginęły dwie kolejne osoby.

Dlaczego młodzi ludzie zabijali na rozkaz Mansona? Co wspólnego z tą okrutną zbrodnią ma piosenka zespołu The Beatles Helter Skelter?
Vincent Bugliosi, główny oskarżyciel w najgłośniejszym w dziejach amerykańskiego sądownictwa procesie, odpowiada na pytania, które dziś nadal nie przestają intrygować.

Książka już w księgarniach


Cornelia Funke, Guillermo del Toro „Labirynt fauna”

Zbliża się premiera powieści długo wyczekiwanej przez fanów pióra Cornelii Funke (autorki serii „Atramentowy świat”) i sympatyków Guillermo del Toro, reżysera nagrodzonego przez Akademię Filmową za „Kształt wody”. Mistrzowie kreowania baśniowości przed oczami i w umysłach odbiorców połączyli siły, by ponownie zabrać nas w niezapomnianą podróż do świata fantazji. Przeżyjmy jeszcze raz historię 11-letniej Ofelii, która ucieka przed rzeczywistością w świat magii.

Mroczna i nastrojowa, bogato ilustrowana baśń oparta na nagrodzonym trzema Oscarami filmie Guillermo del Toro

Guillermo del Toro, zdobywca Oscara za najlepszy film za „Kształt wody”, wraz z Cornelią Funke, autorką bestsellerowych powieści „Atramentowe serce” i „Król złodziei”, stworzyli epicką i mroczną powieść fantasy dla czytelników w każdym wieku, wzbogaconą poruszającymi poetyckimi ilustracjami.

Ta czarowna historia zabiera czytelników do złowrogiego, magicznego i rozdartego wojną świata, zapełnionego wyraziście narysowanymi postaciami, takimi jak nieuczciwe fauny, zawzięci żołnierze, potwory zjadające dzieci czy dzielni buntownicy. Jak przystało na prawdziwą baśń, jest też dawno zaginiona księżniczka, która ma nadzieję na powrót do rodziny...

Premiera 16 lipca 2019 roku


Ambrose Parry „I sprawisz, że wrócę do prochu”

Edynburg, 1847. Na Starym Mieście giną młode kobiety, które spotyka makabryczna śmierć. Na drugim krańcu miasta student medycyny Will Raven rozpoczyna asystenturę u znanego i błyskotliwego doktora Simpsona.
Pacjenci Simpsona wywodzą się z najbogatszych i najuboższych kręgów podzielonego miasta. Dom lekarza jest nietypowy, odwiedzają go luminarze i prowadzi się tam śmiałe eksperymenty z nowej dziedziny medycznej, jaką jest anestezja. W domu tym Raven poznaje Sarę Fisher, pokojówkę i pielęgniarkę obdarzoną intuicją, która uniemożliwia jej przychylne traktowanie przybysza. Sara jest równie inteligentna jak Raven, ale nie cieszysię takimi jak on przywilejami i nie może studiować medycyny.

Każde z nich ma własne powody, by przyjrzeć się dokładniej podejrzanym zgonom w mieście, więc chcąc nie chcąc, zagłębiają się razem w mroczny półświatek Edynburga. Będą musieli pokonać dzielące ich różnice, aby wydostać się stamtąd żywi.

Premiera 23 lipca 2019 roku


Źródło: materiały od wydawnictwa Zysk i S-ka