Stronki na blogu

wtorek, 12 maja 2020

„Trilogy of Terror” (1975)


Dan Curtis, nieżyjący już twórca między innymi takich horrorów, jak „House of Dark Shadows” (1970), „The Night Strangler” (1973), „Dracula” (1974), oparty na powieści Henry'ego Jamesa pod tym samym tytułem (pol. „W kleszczach lęku”) „The Turn of the Screw” (1974), „Spalone ofiary” (1976), oryg. „Burnt Offerings”, na podstawie powieści Roberta Marasco w Polsce wydanej pod tytułem „Całopalenie”, połączył siły z legendarnym pisarzem i scenarzystą Richardem Mathesonem oraz pisarzem i scenarzystą Williamem F. Nolanem, w telewizyjnym projekcie, któremu nadano tytuł „Trilogy of Terror”. Ta amerykańska kultowa produkcja zawiera trzy krótkie filmiki grozy zainspirowane opowiadaniami Richarda Mathesona i wyreżyserowane przez Dana Curtisa. W każdym z nich w innej roli wystąpiła Karen Black, nieżyjąca już aktorka, która niedługo potem ponownie spotkała się na planie z Danem Curtisem, podczas prac nad „Burnt Offerings”. Scenariusz tego ostatniego Curtis napisał do spółki z Williamem F. Nolanem, tym samym, z którym pracował nad „Trilogy of Terror”, a jeszcze wcześniej nad „The Norliss Tapes” (1973) i „The Turn of the Screw” (1974). „Trilogy of Terror” po raz pierwszy została wyemitowana w marcu 1975 roku na amerykańskim kanale ABC, a w 1996 roku ukazała się „Trilogy of Terror II”, też wyreżyserowana przez Dana Curtisa, który i w tym przypadku połączył siły z Richardem Mathesonem oraz Williamem F. Nolanem. Swoją drogą w 1977 roku ukazał się zbiór filmowych nowel w reżyserii Curtisa pt. „Dead of Night” (1977), przy którym też współpracował z Mathesonem. Jedna z zawartych w nim historii została potem wcielona w „Trilogy of Terror II”, ponoć po uprzednich drobnych przeróbkach.

Opowieść otwierająca „Trilogy of Terror” nosi tytuł „Julie”, a za jej scenariusz odpowiada William F. Nolan. Tytułową postać, kreowaną przez Karen Black, poznajemy jako nieobytą w kontaktach towarzyskich, można powiedzieć nieśmiałą, nauczycielkę akademicką, która nagle staje się obiektem westchnień jednego ze swoich studentów, Chada Fostera. Albo raczej chorej obsesji. Chłopak zastawia na nią pułapkę, która zamienia ją w coś w rodzaju jego niewolnicy seksualnej. Jako że „Trilogy of Terror” to produkcja telewizyjna, powstała w czasach, w których, również w Stanach Zjednoczonych, panowały dużo większe niż obecnie ograniczenia treści wpuszczanych na małe ekrany (cenzura), zniewolenie seksualne Julie zostało bardziej zasugerowane, niźli pokazane. To jest twórcy nie przeprowadzają nas przez jej gehennę z całą szczegółowością, ale i nie pozostawiają wątpliwości, co do roli Julie w tym przymusowym związku z młodszym od niej mężczyzną. Wszystko wskazuje na to, że Chad kompletnie pogrążył się w zgubnej obsesji na jej punkcie. Stracił wszelką kontrolę nad swoim popędem seksualnym, który popchnął go do odrażającej nieprawości. Julie nie podejmuje bardziej zdecydowanych prób przeciwstawienia się Chadowi, ponieważ ma powody przypuszczać, że to obróciłoby się przeciwko niej. Julie nikomu więc nie mówi o swoich strasznych przejściach z Chadem. Cierpi w samotności, ale w jej życiu jest przynajmniej jedna osoba, która bezbłędnie odczytuje jej prawdziwe emocje. Bo i Julie, co naturalne, nie potrafi długo ich ukrywać. Stara się, ale... Cóż, można założyć, że obrzydliwe praktyki Chada wcześniej czy później muszą wyjść na jaw. Ktoś w końcu odkryje, jaką mękę zgotował swojej nauczycielce. Albo ona sama wreszcie przejdzie do ofensywy. Rape and revenge? Opowieść o notorycznie wykorzystywanej seksualnie kobiecie przez jednego mężczyznę, która już wkrótce dokona krwawej zemsty na swoim oprawcy? Być może tak właśnie będzie. Tak czy inaczej wielkiej bomby współcześni widzowie raczej spodziewać się nie mogą. Coś takiego może i zaskakiwało w latach 70-tych XX wieku, choć i tego nie jestem pewna, ale teraz? Obawiam się, że dzisiejsi fani kina grozy na podobne zagrania są już mocno wyczuleni. Ale nic straconego. Bo jeśli pogodzimy się z brakiem elementu zaskoczenia, to prawdopodobnie dojdziemy do wniosku, że przynajmniej niczego zanadto nie ponaciągano. I bądź co bądź dostajemy pewien materiał do dłuższych przemyśleń – niejaką zachętę do pogrzebania głębiej. UWAGA SPOILER Poszukania nazwy dla natury tytułowej postaci. Wskazówką może tutaj być randka Julie i Chada w kinie samochodowym, gdzie wyświetlany jest horror wampiryczny. Ale nawet jeśli ta demoniczna kobieta jest wampirzycą, to już raczej taką czerpiącą energię z seksu z młodymi mężczyznami, a nie żywiącą się krwią KONIEC SPOILERA.

Millicent and Therese”, drugi i zarazem ostatni segment „Trilogy of Terror” nakręcony na postawie scenariusza Williama F. Nolana, podobnie jak poprzedni powstał z wykorzystaniem oszczędnych środków przekazu. To znaczy tutaj też skoncentrowano się na snuciu opowieści grozy, której jak na kino z lat 70-tych XX wieku przystało, nie zbrakło magicznej oprawy wizualnej, ale spektakularnych efektów specjalnych tutaj też nie uświadczymy. Zdjęcia wprawdzie są niezbyt mroczne, ale stosownie przyblakłe, pozbawione jaskrawych kolorów. Opowieść o starszej kobiecie imieniem Millicent i jej młodszej siostrze Therese niestety jest boleśnie przewidywalna. Ta pierwsza (oczywiście Karen Black) od lat jest przekonana, że Therese to czyste zło. Istna femme fatale, kobieta wodząca mężczyzn na pokuszenie. Uwodząca nawet dużo starszych od siebie panów. Nie wyłączając własnego ojca – ha, wygląda na to, że twórcom „Trilogy of Terror” udało się przemycić kolejny temat, który przez ówczesnych obrońców moralności na małym ekranie musiał był uważany za nieodpowiedni dla publiczności. Najwyraźniej Millicent wychodzi z założenia, że jej siostra z premedytacją doprowadza do zguby każdego swojego partnera (jak niektóre modliszki?), ale twórcy nie uznają za zasadne wyjaśnić nam, na czym owa zguba ma polegać. Dają nam za to jasno do zrozumienia, że wypindrowana Theresa para się okultyzmem (czarownica?) i nienawidzi swojej siostry prawie równie mocno, jak ona ją. Konflikt sióstr jest już tak zaogniony, że tylko czekać, aż coś nieodwracalnego się stanie. Łatwo domyślić się co i co gorsza już na wstępie rozpracować model fabularny, pod który się tutaj podpięto. Już w czasach, w których „Trilogy of Terror” powstawała nie był on żadnym novum, ale naturalnie nie był też jeszcze aż tak wyświechtany, jak obecnie. Przewidywalność jeszcze mogłabym znieść, gdybym była „człowiekiem większej wiary”. Mocno to naciągane. Starałam się, ale nijak mi się to nie skleja. Gdyby nie dziewczynka z sąsiedztwa... Szkoda, że ją w to wplątano. Bez niej wiarygodność owej historyjki, przynajmniej w moich oczach, znacznie by wzrosła, a tak... Mimo wszystko oglądało się to z pewną dozą zainteresowania, mimo że miałam praktycznie pewność, jak to się skończy. Od początku, ale możliwe, że niektórych olśni troszkę później: UWAGA SPOILER w pierwszym wejściu Therese, w którą (i już wszystko jasne) też wcieliła się Karen Black. À propos: każda opowieść zawarta w tej à la trylogii jest zatytułowana imieniem/imionami postaci odgrywanymi przez Black KONIEC SPOILERA.

Richard Matheson upierał się przy tym, by samemu opracować scenariusz trzeciej opowieści wcielonej w „Trilogy of Terror” noszącej tytuł „Amelia”. Podstawę stanowiło jego własne opowiadanie o nazwie „Prey”. Autor między innymi „Jestem legendą” i „Piekielnego domu” chciał by była to najbardziej przerażająca pozycja w tym filmowym zbiorze. A jak to mówią: jeśli chcesz żeby coś było zrobione dobrze, to zrób to sam. W każdym razie zakładam, być może błędnie, że takie myślenie kierowało Richardem Mathesonem. I nie da się ukryć, że dopiął swego. Drewniana lalka/figurka wykorzystana w tym obrazie przez część odbiorców została okrzyknięta jedną z najstraszniejszych lalek w historii filmu. Szkaradna rzecz, to prawda, ale „Amelia” nie upłynęła mi pod znakiem podskórnego napięcia, a już na pewno nie strachu. Tylko szczerego, gromkiego... śmiechu. Nie mam za złe, nic z tych rzeczy. Jakże bym mogła gniewać się za tak przednią zabawę? Co z tego, że z horroru wyszła komedia, skoro to naprawdę solidna komedia. Mamy oto kobietę, tytułową Amelię, w którą oczywiście wciela się Karen Black (i ze wszystkich kreacji zaprezentowanych w „Trilogy of Terror” ta jest najmocniej przerysowana, rzekłabym, że stosownie do przebiegu akcji), prowadzącą pojedynek na śmierć i życie z małą laleczką. Kobieta kupiła ten niepiękny przedmiot dla swojego partnera, który wykłada antropologię na uniwersytecie. Mężczyzna nie ma jednak okazji nacieszyć się tym „cudem”, bo pech chce, że łańcuch utrzymujący przeklętą lalkę (tkwi w niej zły, oszalały wręcz duch) w stanie uśpienia zrywa się. Dzieje się to w mieszkaniu od niedawna wynajmowanym przez naszą Amelię, ku wielkiemu ubolewaniu jej matki, mającej coś w rodzaju obsesji na punkcie kontrolowania córki. Obsada „Amelii” zamyka się jednak tylko na Karen Black – więcej aktorek/aktorów nie zobaczymy. Zobaczymy za to pałającego żądzą mordu potworka. Muszę przyznać solidnie wykonany efekt specjalny, który zapewne robiłby dość upiorne wrażenie, gdyby zachowywał się bardziej... bo jak wiem, subtelnie? Lilipuci zbieg z domu bez klamek, polujący na dużo większą od siebie kobietę, która ma zwyczaj wypowiadania na głos swoich myśli. Trochę to nienaturalne, ale to nic w porównaniu do pojedynku z wyjątkowo zawziętą lalką dzierżącą w ręku mały nożyk (jakoś bardziej mu on przypasował od jego własnej dzidy) i z paszczą najeżoną ostrymi ząbkami, które oczywiście równie ochoczo wykorzystuje w walce z dla niego gigantyczną przeciwniczką. Daje jednak radę, to nasze maleństwo. Prze jaka taran, idzie jak burza przez mieszkanie równie zaskoczonej, co przerażonej jego obecnością (czemu oczywiście trudno się dziwić) głównej bohaterki filmu. I pewnie przez to tak bardzo bezradnej... Szala zwycięstwa będzie się jednak przechylać raz w tę, raz w druga stronę, by w końcu dotrzeć do punktu, który może i jest przewidywalny, ale jeśli miałabym wskazać najbardziej złowieszczy obrazek unaoczniony w „Amelii”, to bez namysłu postawiłabym właśnie na ostatnie ujęcie, które ponoć wymyśliła sama Karen Black. Lalka jest niezła, ale ta jej szarża... Ubaw po pachy, którego każdemu miłośnikowi cudacznych, kuriozalnych opowieści grozy radzę zasmakować. Coś trochę jak „Nie bój się ciemności” Johna Newlanda, tylko o wiele lepsze. Zero nudy, maksimum zabawy!

„Trilogy of Terror” Dana Curtisa to w mojej ocenie takie małe, niepozorne dziełko, takie prawie nic, a jednak coś. Żadna tam perła amerykańskiej kinematografii, ani nawet jeden z najlepszych obejrzanych przeze mnie zbiorów nowelek filmowych, ale naprawdę nieźle się na tym bawiłam. Bezpretensjonalne, nienapuszczone, proste, nieprzekombinowane i całkiem klimatyczne przedsięwzięcie, o którym może długo pamiętać nie będziecie, ale jeśli cenicie sobie stare, dobre, w pewnym sensie magiczne kino grozy z dawnych lat, to myślę, że czekają Was całkiem przyjemne, odprężające, a może nawet pełne emocji chwile z tym kultowym dziełkiem. Dajcie mu szansę, jeśli jeszcze nie daliście. Temu niedoskonałemu, niewyróżniającemu się produktowi „trzy w jednym”. Trzy całkiem zajmujące opowiastki grozy wymyślone przez takiego giganta horroru, jak Richard Matheson, które łączy jedno: bezgraniczna miłość do horroru. To się czuje i to uważam za najcenniejszą wartość „Trilogy of Terror”. Tego nie da się kupić.

poniedziałek, 11 maja 2020

Zakupy


Świeżutkie zdobycze nie najświeższych wprawdzie tytułów: „Dom na wzgórzu” Petera Jamesa (swoją drogą, co jest z tymi wzgórzami? „Nawiedzony dom na wzgórzu”, „Dom na Przeklętym Wzgórzu”...) oraz „Głowa pełna duchów” Paula Tremblaya. Już się nie mogę doczekać, aż znajdę na to czas. Oby w ogóle:)

niedziela, 10 maja 2020

„Intruzi” (2018)


Dwie pary, Sarah i Joseph oraz Estelle i Victor, wynajmują na weekend dom na pustyni. Wbrew oczekiwaniom, gdy docierają na miejsce nie zastają już właścicieli, ale nie mają problemu z dostaniem się do środka, ponieważ drzwi frontowe nie są zamknięte na klucz. Ani ta, ani inne przesłanki świadczące o tym, że właściciele domu opuścili go w wielkim pośpiechu nie niepokoją przybyszów. Próbują dobrze się bawić, ale zamiast tego ich stosunki robią się coraz bardziej napięte. Jednak sytuacja wymyka się spod kontroli dopiero po pojawieniu się nieznajomej kobiety, która twierdzi, że zna właścicieli domu i chce jedynie skorzystać z telefonu, gdyż jak utrzymuje, zepsuł jej się samochód. I początkowo faktycznie wszystko wskazuje na to, że nieznajoma mówi prawdę, ale jej dobroczyńcy w pewnym momencie nabierają przekonania, że ta kobieta w jakiś sposób im zagraża.

Amerykański thriller z nurtu home invasion „Hell Is Where the Home Is” aka „Trespassers” (pol. „Intruzi”) to drugi film w reżyserskim dorobku Orsona Oblowitza, po „The Queen of Hollywood Blvd” (2017). Scenariusz napisał Corey Deshon. Oblowitz przyznał, że wizja ataku na dom w dzieciństwie przerażała go najbardziej, a ten film pozwolił mu na nowo odkryć własne lęki. Reżyser „Intruzów” jest wielkim miłośnikiem giallo i wyraz tego też zdecydował się dać w rzeczonym obrazie. Złożyć swoisty hołd między innymi takim swoim mistrzom, jak Dario Argento i Mario Bava. Główne zdjęcia ruszyły w sierpniu 2017 roku w Malibu w Kalifornii, a pierwszy pokaz filmu odbył się rok później na FrightFest London.

Pustynna sceneria, której akompaniuje nastrojowa, wpadająca w ucho melodia (później włączą się jeszcze żywsze, ale nie mniej chwytliwe kompozycje). To pierwsze, co przykuło moją uwagę w „Intruzach”. Przedtem co prawda rozegrała się dość gwałtowna scena z udziałem zamaskowanych oprawców, ale dopiero szerokie ujęcia pustyni utrzymane w nieco przyblakłych barwach, za które odpowiada Noah Rosenthal, w połączeniu z chwytliwą kompozycją muzyczną Jonathana Snipesa (m.in. „Gwiazdy w oczach” z 2014 roku) dały mi powody sądzić, że nie będzie to tak kompletnie stracony czas, jak się obawiałam. Jeśli nawet wszystko inne zawiedzie, to na pocieszenie dostanę chociaż piękne i zarazem z lekka złowieszcze naturalne widoki oraz pieszczące uszy dźwięki. Okazały domek stojący na piaszczystym wzniesieniu. Niżej widać asfaltową drogę, ale bez wątpienia rzadko uczęszczaną, a i w pobliżu niepodobna dostrzec innych nieruchomości. Poza tą, do której przybywa czworo mieszczuchów. Interesująca się fotografią Sarah (w miarę przekonująca kreacja Angeli Trimbur), która zmaga się z ogromną traumą; jej chłopak Joseph (taki sobie Zach Every) starający się uratować ich związek, ale i mający Sarah za złe to, że w wielu sprawach decyduje za niego; długoletnia przyjaciółka tej pierwszej, Estelle (jak wyżej Janel Parrish), która od jakiegoś czasu trwa w toksycznym związku z porywczym, uzależnionym od narkotyków mężczyzną imieniem Victor (trochę przerysowany występ Jonathana Howarda), od których zresztą ona też nie stroni. Mamy więc znany motyw grupki osób przybywających na odludzie. Po to by się odprężyć, dobrze bawić, odetchnąć od wielkomiejskiego zgiełku i tym podobne. Sarah wprawdzie jest trochę zdziwiona nieobecnością właścicieli wynajętego na weekend domu, bo najwyraźniej umówili się, że przed zaplanowanym wyjazdem oprowadzą Sarah i resztę. Kobieta i jej chłopak zastają niezamknięte na klucz drzwi frontowe, a w środku coś, co każe tej pierwszej założyć, że właściciele jednak nie wyjechali, że muszą być gdzieś w pobliżu. Zaraz potem dołączają do nich Estelle z Victorem i... temat się urywa. Sarah jakby zapomniała o swoich niedawnych przemyśleniach na temat zastałej sytuacji. Pewnie dlatego, że ma ważniejsze sprawy na głowie – jak na przykład swego rodzaju psychiczną blokadę niepozwalającą jej na większe zbliżenie do Josepha, która ewidentnie bierze się z jakichś koszmarnych przeżyć ujawnionych trochę później. Poza tym ją i jej chłopaka widocznie drażni zachowanie Victora: jego bezpośredni, wręcz chamski sposób bycia. Relacje pomiędzy tą czwórką pełnią dość istotną rolę w scenariuszu Coreya Deshona. Twórcy poświęcają im nawet więcej czasu niż spodziewanej inwazji na dom, najpierw zaogniając sytuację powiedzmy bardziej przyziemnymi zapalnikami, a potem... Potem przechodzą do czegoś mocniejszego. Na progu pojawia się nieznajoma kobieta, w którą w dobrym stylu wcieliła się Fairuza Balk, znana między innymi ze „Szkoły czarownic” Andrew Fleminga i „Powrotu do krainy Oz” Waltera Murcha, do którego to uniwersum nawiązuje jedna jej wypowiedź w „Intruzach”. W każdym razie pojawienie się tego nieoczekiwanego gościa najpewniej zadziała na widzów alarmująco. Oni w przeciwieństwie do Sarah i Josepha niewątpliwie z miejsca uznają nieznajomą za zagrożenie. Co ciekawe najbardziej przeciwny wpuszczeniu jej do środka jest Victor – osoba, która niewątpliwie nie miała wzbudzać sympatii w odbiorcach. I we mnie nie wzbudzała, aczkolwiek ten jeden raz musiałam się z nim zgodzić. Tyle że... No, takiego rozwoju akcji się nie spodziewałam. Scenariusz, który ułożyłam sobie w głowie w jednym istotnym punkcie rozminął się z wizją rozsnutą na ekranie. Muszę przyznać, że to całkiem zgrabna zagrywka – szczwane pogranie na oczekiwaniach widza, któremu nieobca jest konwencja nurtu home invasion. Myślę że mniej więcej tak zostało to pomyślane, że filmowcy starali się zagrać na nosie widzom poprzez poniekąd odwrócenie konwencji. Albo jak kto woli: zaserwowanie czegoś, czego osoby, które trochę thrillerów home invasion w swoim życiu już widzieli, nie mają powodu się spodziewać. Co nie znaczy, że z całą pewnością nie znajdzie się nikt, kto wcześniej, mimo braku sygnałów, nie zawędruje myślą w tę stronę. Bo to w sumie prosta koncepcja jest, tyle że raczej niespotykana (ewentualnie nieczęsto) w home invasion.

Jak już wspomniałam w „Intruzach” Orsona Oblowitza znaleźć można ukłony w stronę uwielbianego przez niego włoskiego nurtu giallo. Najbardziej oczywiste są czarne skórzane rękawiczki noszone przez zamaskowanych oprawców (swoją drogą przydałaby się tu większa inwencja, bo kawałki szmat z wyciętymi otworami na oczy i usta wypadają nader biednie i sytuacji nie poprawia nawet materiał ze wzorem trupiej czaszki), ale jest też trochę, że tak powiem, bardziej skrytych naleciałości giallo. Reżyser zdradził, że akcję z maczetą zapożyczył z „Krwawego obozu” Mario Bavy, a przewodnia kompozycja muzyczna nawiązuje do „Giornata nera per l'ariete” Luigi Bazzoniego. Duchem „Intruzom” moim zdaniem zdecydowanie bliżej jednak do home invasion niż giallo. Klimat, ścieżka fabularna, nawet biorąc pod uwagę największą niespodziankę notabene wrzuconą długo przez finałem – można powiedzieć typowe home invasion. Z niższej półki, bo jakość choćby takiego genialnego „Funny Games” Michaela Haneke, czy to oryginału, czy remake'u to to na pewno nie jest. Spośród bohaterów można jednakowoż wyłonić przynajmniej jedną sylwetkę, która wydaje się wyrastać z nurtu slash. Jak słusznie zauważa Orson Oblowitz giallo to podgatunek, w którym kryminał spotyka się ze slasherem, więc można spokojnie założyć, że postać Sarah miała być kolejnym ukłonem w stronę... Pewnie giallo, ale ja tam patrząc na nią tylko o slasherach myślałam. W sumie to całkiem interesująca konstrukcja, bo można w Sarah znaleźć zarówno echa spopularyzowanej już w XX wieku, archetypowej final girl, jak i tej drugiej, XXI-wiecznej, wyrosłej na szkielecie tamtej. Czyli można powiedzieć jednostki, która od początku wydaje się być stereotypowym przykładem kobiety wyzwolonej. Ale na pewno nie wolnej od poważnych trosk. Niebojącej się zajmować twardego stanowiska w dyskusjach, potrafiącej stawiać na swoim. Sarah wręcz „niejako trzyma pod pantoflem” swojego chłopaka Josepha. Uzurpuje sobie prawo wypowiadania się za niego, co naturalnie mocno go irytuje. Ona wprawdzie chciałaby to w sobie zmienić, tak samo jak zwalczyć w sobie niechęć do fizycznych zbliżeń z Josephem, ale przynajmniej na razie to ją najzwyczajniej w świecie przerasta. Pomimo tego wszystkiego nie miałam wrażenia, że Sarah jest niekwestionowaną liderką tej grupy, że to z jej zdaniem wszyscy najbardziej się tutaj liczą. Joseph owszem, ale jej przyjaciółka Estelle pozostaje pod silniejszym wpływem swojego porywczego chłopaka Victora, który z kolei nie liczy się absolutnie z nikim. Robi co chce i kiedy chce i nie tyle nie przejmuje się, że może kogoś urazić, skrzywdzić, ile zdaje się sprawia mu to przyjemność. Egoista, pozer, narkoman, człowiek z kompleksem Boga – wszystkie te określania idealnie do niego pasują. Nie pozostaje więc nic innego, jak głęboko współczuć jego dziewczynie... Ale z drugiej strony ona też ideałem nie jest, a w każdym razie twórcy wyjawiają na jej temat dość, by przynajmniej niektórzy widzowie spoglądali na nią również (jeśli już nie wyłącznie) srogim okiem. Długoletnich miłośników slasherów nie powinno zaskoczyć to, że osobą, która najbardziej zdecydowanie obstaje za udzieleniem pomocy nieznajomej kobiecie jest Sarah, bo do tego czasu staje się już jasne, że zbudowano tę postać w oparciu o model final girl. A te dziewczyny przecież zazwyczaj śpieszą z pomocą potrzebującym. W efekcie czasem sprowadzając na siebie i innych poważne kłopoty. Jednocześnie jednak zazwyczaj będąc jedyną osobą mającą jakiejś szanse w walcem ze złem. W tym przypadku garstką tajemniczych ludzi, którzy z impetem wdzierają się do odizolowanego domku i urządzają sobie rzeź. No powiedzmy, bo jakoś mocno makabryczny to ten film nie jest. Chociaż wspomniana już akcja z maczetą i tym bardziej z przebitym okiem, jak na standardy thrillera są dość dosadne. Budżet „Inwazji” ponoć był niewielki, ale w efektach specjalnych raczej tego nie znać. A przynajmniej w moich oczach wypadły dostatecznie realistycznie, nie jestem jednak przekonana, czy osoby optujące za wymyślnymi CGI będą miały takie samo zdanie. Przede wszystkim oni, co nie znaczy, że zwolennicy praktycznych efektów specjalnych żadnych zastrzeżeń mieć nie będą. Co bardziej wymagający odbiorcy mogą takowe mieć. Ode mnie tylko tyle, że mogłoby być ich trochę więcej. Wątek ataku na dom natomiast... Jako że męczą mnie „niekończące się” pościgi po domach, na których to najczęściej w największym stopniu thrillery z nurtu home invasion bazują, z zadowoleniem przyjmowałam tak długie wstrzymywanie się z przejściem do tego, bądź co bądź, najważniejszego „aktu” scenariusza Coreya Deshona. Z drugiej strony wszystko toczy się za szybko – ostatnia partia wygląda jakby nie tylko spisano ją bez większego pomyślunku. Motywy kierujące oprawcami już mniej sensu chyba mieć nie mogły UWAGA SPOILER Dlaczego po prostu nie podpalili domu, tuż po zabiciu jego właścicieli? KONIEC SPOILERA. A wcześniej naiwnie myślałam, że parę kwestii padających z ust co poniektórych postaci, zwłaszcza Victora, to już jest szczyt bezsensu, jaki dla nas tutaj przygotowano. Niektóre zachowania bohaterów w oczach części widzów też mogą uchodzić za przynajmniej nie do końca przemyślane (jeśli już nie pozbawione wszelkiej logiki). Ale jeśli o mnie chodzi to poza natychmiastowym przejściem do porządku dziennego nad zagadkową nieobecnością właścicieli domu, wszystkie, nawet co bardziej szaleńcze posunięcia bohaterów akurat dla mnie były łatwe do zaakceptowania. Nie tylko dlatego, że generalnie nie irytują mnie takie zabiegi w różnego rodzaju horrorowych rąbankach (kojarzy się je głównie jednak, i nie bez powodu, ze slasherami), ale i dlatego, że większość z tego co potem łatwo usprawiedliwić mocno stresującą sytuacją.

Dało się obejrzeć we względnym spokoju ducha. Tak bym podsumowałam moje spotkanie z „Intruzami” Orsona Oblowitza. Niezupełnie standardowym thrillerem z nurtu home invasion, ale też nie powiedziałabym, że jakoś szczególnie daleko od twardej konwencji jego twórcy uciekali. W sumie nieskomplikowana to opowieść, którą na płaszczyźnie tekstowej moim zdaniem przydałoby się bardziej dopracować. Co nie znaczy rozbudować. W warstwie technicznej niedoróbki już tak mocno w oczy się nie rzucają, chociaż ostatnia partia... Tak, tutaj już obrazy następują po sobie nazbyt szybko, a i kąty nachylenia kamer czasami dodatkowo mogą utrudniać odbiór. Gdyby zrezygnować z ataku na dom, to przypuszczam, że dużo lepiej bym się bawiła, a tak... Według mnie przeciętniak, którego zaliczenia co prawda nie żałuję, ale też nie skaczę z radości z tego powodu.

piątek, 8 maja 2020

Michelle Kaminsky „Seryjni mordercy”


Autentycznymi zbrodniami pochodząca ze Stanów Zjednoczonych Michelle Kaminsky interesuje się od kiedy po raz pierwszy zetknęła się z serialem dokumentalnym „Unsolved Mysteries” (1987-2010). Studiowała na Duke University i Temple University Beasley School of Law – ma wykształcenie prawnicze. Jest starszym współpracownikiem magazynu Forbes, a wolne chwile wypełnia słuchaniem podcastów i czytaniem książek o prawdziwych przestępstwach oraz zabawami z córką. W 2012 roku swoją światową premierę miała jej książka non-fiction pt. „Reflections of a Domestic Violence Prosecutor: Suggestions for Reform”, a w 2019 roku ukazała się jej dość pomysłowo skonstruowana publikacja o seryjnych mordercach, „Serial Killer Trivia: Fascinating Facts and Disturbing Details That Will Freak You the F*ck Out”, której pierwsze polskie wydanie, pod tytułem „Seryjni mordercy”, pojawiło się w 2020 roku nakładem wydawnictwa Muza.

„Seryjni mordercy” Michelle Kaminsky to, jak sam tytuł wskazuje, kolejna literacka pozycja poświęcona seryjnym zbrodniarzom zarówno tym, których zna praktycznie cały świat, jak i tym mniej znanym, ale równie przerażającym. I fascynującym, bo można śmiało powiedzieć, że seryjni zabójcy ze wszystkich typów przestępców cieszą się największym zainteresowaniem opinii publicznej. Są jak egzotyczne okazy, kompletnie obce nam stworzenia, choć na ich temat powiedziano już niemal wszystko. Niemal, bo wciąż nie dano nam (a przynajmniej nie dano części zainteresowanych tematem osób) satysfakcjonującej odpowiedzi na to, skąd bierze się w nich nieodparta potrzeba zabijania? Dlaczego jedni dopuszczają się wielokrotnych morderstw, a inni nie? Omawiana pozycja non-fiction pióra Michelle Kaminsky bynajmniej dyskusji na ten temat nie utnie. Szczerze powiedziawszy to wątpię, żeby kiedykolwiek ktoś tego dokonał. Seryjni mordercy dla wielu na zawsze pozostaną frapującą zagadką. Czy jest więc sens, by osoby mimo wszystko starające się ją rozwikłać sięgali po niniejszą książkę im poświęconą? Myślę, że tak, choćby po to by poszerzyć swoją wiedzę na temat tych ludzkich bestii albo po prostu utrwalić już wcześniej pozyskane informacje, czemu usystematyzowana budowa „Seryjnych morderców” Kaminsky sprzyja. Swoją rozprawę podzieliła ona na sześć rozdziałów (do tego mamy wstęp, bibliografię i podziękowania odautorskie), wypełnionych pytaniami i raczej niezbyt obszernymi odpowiedziami, w których przy okazji przybliża też zbrodniczą działalność danego przypadku bądź przypadków, bo jak wiadomo nie każdy seryjny zabójca działał/działa w pojedynkę.

Pierwszy rozdział zatytułowany „ZACZNIJMY OD PODSTAW” skupia się na teorii ogólnej. Kaminsky podaje w nim garść pojęć (np. Triada Macdonalda, murderabilie), statystyki, fakty, które osobom od lat zgłębiającym temat seryjnych morderców obce pewnie nie są. A przynajmniej nie w dużym zakresie, bo przypuszczam, że nawet co bardziej zorientowani w temacie odbiorcy „Seryjnych morderców” znajdą tutaj też wcześniej nieznane im rewelacje, detale, szczególiki. „NAJSŁYNNIEJSI SERYJNI ZABÓJCY” najprawdopodobniej nie dla wszystkich okaże się rozdziałem faktycznie poświęconym sylwetkom najbardziej znanych wielokrotnych morderców. Bo obok takich osławionych zbrodniarzy, jak między innymi Jeffrey Dahmer, John Wayne Gacy, Ted Bundy, Kuba Rozpruwacz, David Berkowitz, Kenneth Bianchi i Angelo Buono Jr. (lepiej znani jako „Dusiciel z Hillside”), Albert 'Dusiciel z Bostonu' DeSalvo, Edmund Kemper, Zodiak, Ed Gein, Richard Ramirez, Gary 'Morderca znad Green River' Ridgway, znajdujemy tutaj takie mniej nagłośnione (przynajmniej w Polsce) sylwetki, jak między innymi H.H. Holmes, Donald „Pee Wee” Gaskins, Carl „Coral” Watts tzw. „Rzeźnik Niedzielnego Poranka”, Charles Cullen, Wayne Williams, zwany też „Mordercą dzieci z Atlanty”, Jerry Brudos, William Bonin tzw. „Autostradowy zabójca” oraz Keith Hunter Jesperson, zwany „Happy Face Killer”. Tym i innym potworom Kaminsky nie poświęca wprawdzie sporo miejsca, ale też nie mogę powiedzieć, że ogranicza się do ogólników. Często przytacza skrótową biografię, najbardziej skupiając się jednak na zbrodniczej działalności każdego z nich. Sposób działania, czasami włącznie z ulubionymi narzędziami zbrodni, liczba ofiar (zwykle również nazwiska i wiek), motywy o ile takowe były i kara, jaka spotkała każdego z nich za swoją ohydną działalność. Rozdział trzeci: „SERYJNE MORDERCZYNIE”. Możliwe, że niemała część odbiorców omawianej publikacja z całego przytoczonego tu nieszacownego grona „rozpozna” jedynie „wampirzycę” spokrewnioną z królem Polski, Stefanem Batorym, Elżbietę Batory, członkinię sekty Charlesa Mansona, Susan Atkins i Aileen Wuornos. Międzynarodowy rozgłos tej ostatniej morderczyni - jak zresztą zauważa też sama autorka - przyniósł film „Monster” z Charlize Theron, która za rolę Wuornos otrzymała Oscara. A przecież historia ludzkości zna większe kobiece zło. W każdym razie, jeśli mogę użyć takiego określenia „bardziej wyróżniające się”. A próbkę znajdujemy w tym rozdziale. Okrutne, przerażające, odrażające, wstrętne poczynania między innymi czarnych wdów, Anielic Śmierci, połówek śmiercionośnych duetów, ale i tak jak wspomniana Wuornos zabójczyń działających w pojedynkę. Zastępczy zespół Munchhausena, Niewolnicy Seksualni, Sinobrody pośród kobiet – a to tylko ułamek przypadków, którym przyjrzycie się w tym niewiele mniej wstrząsającym od poprzedniego rozdziale.

SERYJNI ZABÓJCY NA ŚWIECIE”: taki tytuł nosi czwarty rozdział „Seryjnych morderców” Michelle Kaminsky. I odnosi się oczywiście do zbrodniarzy działających poza granicami Stanów Zjednoczonych. A w nim mniej i bardziej znane nazwiska. Do Polski co prawda Kaminsky „nie zawędrowała”, ale trzeba przyznać, że jej oko dosięgło dość wielu obszarów globu. Oczywiście w kontekście seryjnych mordów i różnych sposobów radzenia sobie z nimi. Albo inaczej: różnych systemów wymierzania kar seryjnym mordercom i morderczyniom (policyjne śledztwa w całej tej publikacji są raczej marginalizowane – bardzo szczątkowo Kaminsky zazwyczaj do tychże podchodzi. I jeśli Wam się wydaje, że to Stany Zjednoczone (w każdym razie niektóre ze stanów) są tym krajem, który obchodzi się (ewentualnie dawniej się obchodził) z tymi bestiami najbardziej zdecydowanie, który przewiduje najbardziej bezlitosne, niektórzy pewnie powiedzą, że okrutne, niehumanitarne, kary za ich jeszcze okrutniejsze zbrodnie, to po przeczytaniu niniejszego rozdziału niewątpliwie zmienicie zdanie. Przynajmniej co do przeszłości, bo możliwe, że na przestrzeni lat sytuacja prawna przynajmniej niektórych krajów, do których w bardzo wąskim zakresie, Michelle Kaminsky nas w w tym rozdziale omawianej publikacji przenosi, ulegała zmianie. Następnie mamy rozdział „SERYJNI ZABÓJCY NIECO MNIEJ ZNANI, ALE RÓWNIE ODRAŻAJĄCY”. A w nim rzecz jasna przygnębiająco liczne grono zwyrodnialców, a żeby było jeszcze bardziej depresyjnie dodajmy, że Michelle Kaminsky skupiła się na wybranych osobnikach, absolutnie nie wszystkich, jakich odnotowała historia. A przecież w „Seryjnych mordercach” aż roi się od tytułowych najczęściej z całą pewnością autentycznych postaci... Aż ciarki przechodzą, prawda? Tak czy inaczej w niniejszym rozdziale istotnie przedstawiono mniej znanych seryjnych zabójców i zabójczynie, chociaż pozwolę sobie wysnuć przypuszczenie, że choćby o takim Carlu Panzramie niejeden odbiorca tej książki słyszał/czytał już wcześniej. Albo tzw. „Zabójcy z Kącika Samotnych Serc”... Na postawie historii tej pary zabójców nakręcono przecież dość głośny film, który swoją światową premierę miał w 2006 roku - „Samotne serca” (oryg. „Lonely Hearts”) w reżyserii Todda Robinsona. Myślę, że gdyby o nim pamiętała (ewentualnie znała ten film), to umieściłaby Marthę Beck i Raymonda Fernandeza w rozdziale poświęconym najsłynniejszym seryjnym oprawcom. Zresztą tytułów różnych dzieł niemało się tutaj przewija, ale i sporo z nich Kaminsky pozwoliła sobie pominąć, co nie dziwi wziąwszy pod uwagę ogrom materiału. Ale w sumie w „Seryjnych mordercach” szczególnie dotkliwie nie brakuje tytułów filmów w jakimś stopniu zainspirowanych autentycznymi seryjnymi mordercami (jak na przykład „Psychoza” Alfreda Hitchcocka”, „Brudny Harry” Dona Siegela, czy „M – Morderca” Fritza Langa). Ale i seriali oraz rzecz jasna książek. Co trzeba zaznaczyć Kaminsky nie ogranicza się jedynie do tych utworów, których fabuły napisało samo życie bądź po prostu zainspirowało nową, fikcyjną historię. Przytacza też tytuły bardziej specjalistycznych dzieł – literatura faktu od ludzi dogłębnie zaznajomionych z tematem, ale i jak w przypadku Carla Panzrama, samych morderców. Albo taki tytuł „The Bad Seed” - tak, chodzi o powieść Williama Marcha, na podstawie której powstał scenariusz sztuki Maxwella Andersona, na której z kolei oparto film z roku 1956 w reżyserii Mervyna LeRoya, również pod tytułem „The Bad Seed”. Fikcyjną opowieść, która pewną rolę w badaniach nad seryjnymi mordercami odegrała. Ostatni rozdział to „SPRAWY NIEROZWIKŁANE LUB WCIĄŻ W TOKU”, który mnie jakoś najmniej zainteresował. Wybrane sprawy seryjnych morderstw, głównie z ostatnich lat, ale nie tylko, które jeszcze nie znalazły satysfakcjonującego zakończenia. Tożsamości sprawców przynajmniej niektórych z nich, jak przypuszcza również sama autorka, bardzo prawdopodobne, że już nigdy nie poznamy. W każdym razie nie ponad wszelką wątpliwość, bo najróżniejsze teorie w przestrzeni publicznej, rzecz jasna, krążą.

I na koniec parę, przyznajcie sami, dość intrygujących pytań, postawionych w omawianej publikacji i bynajmniej niepozostawionych bez odpowiedzi:

W czyjej piwnicy przechowywany jest mózg Johna Wayne'a Gacy'ego?”
Co Doug Clark, „Zabójca z Sunset Strip”, zrobił z głową jednej ze swoich ofiar?”
Która włoska seryjna zabójczyni robiła mydło z części ciał swoich ofiar?” (Na marginesie: pamiętacie „Podziemny krąg” Davida Finchera...?)
Kim była Anielica Śmierci, która miała dźgnąć się nożyczkami w pochwę?”

A to tylko mała próbka testu wiedzy o seryjnych mordercach przygotowanego dla nas przez amerykańską znawczynię tematu Michelle Kaminsky. Która swoją drogą miejscami pozwala sobie na kąśliwe, ironiczne albo po prostu dowcipne króciutkie komentarze, ale zasadniczo książka ta sprowadza się do obiektywnych relacji, ogólnie rzecz biorąc suchego wyłuszczania faktów. Ale przy takim nagromadzeniu okrucieństwa (również względem dzieci), wydaje mi się, nie potrzeba więcej, by ożywić w czytelnikach naprawdę skrajne, niewygodne emocje. Tak więc jeśli macie odwagę: czytajcie. Czytajcie o prawdziwych bestiach. Ludziach z krwi i kości, którzy rozsmakowali się i wyspecjalizowali w zabijaniu innych ludzi. I nie tylko. W tej niezbyt obszernej książce, ale i tak pełnej najróżniejszych ciekawostek o przede wszystkim seryjnych mordercach i morderczyniach, tak naprawdę znajdziecie wszelkiej maści bezeceństwa, zboczenia, potworności czynione ludziom przez ludzi. Gwałty na mężczyznach, kobietach, dzieciach. Kanibalizm, nekrofilia, wymyślne tortury fizyczne i psychiczne. A to tylko niewielki wycinek tego, o czym w „Seryjnych mordercach” Michelle Kaminsky poczytacie. Nie jest to co prawda jedna z wartościowszych, a już na pewno nie bardziej wyczerpujących publikacji w temacie seryjnych morderców, ale moim zdaniem i tak jest warta czasu przynajmniej osób, które już od jakiegoś czasu interesują się tym tematem.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

środa, 6 maja 2020

„The Wretched” (2019)


Siedemnastoletni Ben, którego rodzice są w separacji, przyjeżdża na jakiś czas do ojca mieszkającego w małym nadmorskim miasteczku. Pewnej nocy zauważa dziwne stworzenie w pobliżu domu, a wkrótce potem mieszkający w sąsiedztwie kilkuletni chłopiec daje mu do zrozumienia, że z jego matką jest coś nie w porządku. Ben zaczyna podejrzewać, że jego sąsiadka została opanowana przez wiedźmę porywającą dzieci. Ze swoich obaw zwierza się nowej przyjaciółce Mallory, ale nie udaje mu się przekonać jej do swoich racji. Chłopak próbuje więc w pojedynkę powstrzymać wyjątkowo groźną czarownicę.

„The Wretched”, drugi pełnometrażowy film, po horrorze komediowym „Deadheads” (2011) braci Pierce, Bretta i Drew T., powstał w oparciu o ich własny scenariusz zainspirowany między innymi powieścią „Wiedźmy” Roalda Dahla oraz dwiema legendami: o niejakiej Black Annis, która miała mieszkać na drzewie lub w jaskini i żywić się dziećmi oraz Boo Hag, która jakoby nosiła ludzką skórę. Pierce'owie czerpali też z filmów: na przykład „Coś” Johna Carpentera, filmowej wersji „Wiedźm” Dahla w reżyserii Nicolasa Roega, a nawet „E.T.” Stevena Spielberga. W warstwie wizualnej starali się zawrzeć odniesienia przede wszystkim do „Halloween” Johna Carpentera. Pierwszy pokaz „The Wretched” odbył się w lipcu 2019 roku na Fantasia International Film Festival, a na Grimmfest 2019 otrzymał nagrodę Best Scare.

Brett i Drew T. Pierce z horrorami są związani od dzieciństwa, co w dużym stopniu zawdzięczają swojemu własnemu ojcu – jego pracy na planie „Martwego zła” Sama Raimiego, w charakterze twórcy efektów wizualnych. W kształtowaniu ich wielkiej miłości do horrorów niebagatelną rolę miały też pierwsze seanse takich kultowych obrazów, jak „Koszmar z ulicy Wiązów” Wesa Cravena, „Duch” Tobe'a Hoopera oraz „Postrach nocy” Toma Hollanda”. I właśnie z tym ostatnim przede wszystkim jest kojarzony „The Wretched”, horror o wiedźmie z sąsiedztwa. Ale na tym nie koniec. Wybrzmiewają tutaj również echa „Okna na podwórze” Alfreda Hitchcocka, a jeszcze silniej „Niepokoju” D.J. Caruso oraz „Inwazji porywaczy ciał” Jacka Finneya, ponadczasowej powieści po raz pierwszy (i bynajmniej nie ostatni) przeniesionej na ekran w 1956 roku przez Dona Siegela. Bracia Pierce rozpoczęli pracę nad „The Wretched” z myślą o reinterpretacji mitu o czarownicach, o innym zestawieniu znanych również z folkloru reguł, jakimi rządzą się te fantastyczne historie. Innymi słowy chcieli stworzyć coś nowego z czegoś starego. I na moje oko, to im się udało. Stworzyli wyróżniający się wizerunek czarownicy, która jednak ma w sobie coś znajomego. Znawcy światowego folkloru pewnie bez trudu dopatrzą się w niej podobieństw do niektórych legendarnych wiedźm, z kolei miłośnicy kina grozy powinni z łatwością znaleźć w niej cechy celowo czy przypadkowo zapożyczone z innych dzieł gatunku. A przynajmniej jedną, nader charakterystyczną właściwość. W „The Wretched”, na dobrą sprawę, dokonano połączenia kilku motywów znanych z innych utworów filmowych i/lub literackich, nie traktujących jednak o czarownicach. Wampira z sąsiedztwa („Postrach nocy”), czy przynajmniej domniemanego seryjnego mordercę z sąsiedztwa („Niepokój”) zastąpiono czarownicą, która „wypełzła” z głębi lasu i przejęła ciało sympatycznej zamężnej kobiety z dwójką dzieci. Jedynymi osobami przeczuwającymi, że „tu złego coś się skrada” są syn opanowanej przez czarownicę biedaczki, mały chłopiec imieniem Dillon oraz siedemnastoletni Ben, który właśnie zamieszkał obok. Ten ostatni nie zamierza długo tutaj zabawić. Jego od jakiegoś czasu pozostający w separacji rodzice wspólnie uznali, że krótki pobyt u ojca, w tym nadmorskim miasteczku, dobrze mu zrobi, ponieważ chłopak ostatnio sprawia pewne problemy wychowawcze. Pakuje się w kłopoty, co zapewne jest powodowane nie tylko burzą hormonów, ale także niemożnością znalezienia innej drogi ujścia dla gniewu, smutku i rozczarowania wynikającymi z separacji rodziców. Wcielający się w tę rolę mało doświadczony aktor, John-Paul Howard, moim zdaniem spisał się całkiem nieźle. Na pewno dużo lepiej od Piper Curdy kreującej Mallory, postać nowej przyjaciółki Bena, z zadatkami na kogoś więcej. Ta dwójka ewidentnie ma się ku sobie, ale to nie jedyna osoba, do której główny bohater „The Wretched” zbliża się (w inny sposób) już w pierwszych dniach swojego pobytu u ojca. Jest jeszcze wspomniany już Dillon (dobra robota małego Blane'a Crockarella), który jako pierwszy zauważa, że... jego matka zachowuje się zupełnie jak nie ona. Brzmi znajomo? Tak, tak, nowa porywaczka ciał na horyzoncie! Tyle że ten straszny proceder przebiega tutaj zgoła inaczej niż w „Inwazji porywaczy ciał”. Pierce'owie postawili na coś bardziej makabrycznego. Coś, czego nie starają się ukryć – wyraźnie to sygnalizują już w chwili przybycia (doprawdy niespotykany środek transportu) czarownicy z lasu do cywilizacji. Sennej okolicy, która naturalnie od tego momentu będzie coraz mniej spokojna. A wszystko przez szaleństwa Bena... Tak w każdym razie będą widzieć to inni. Odbiorcy filmu natomiast zobaczą dość, by wyrobić w sobie przekonanie, i to jeszcze przed nim samym, że wbrew temu, co myślą inni, chłopak jest na jak najbardziej właściwym tropie. Ma słuszność wypatrując zagrożenia w domu obok. Co więcej, nie myli się sądząc, że ma do czynienia z najprawdziwszą wiedźmą. Ze starożytnym stworzeniem polującym na dzieci, którymi najpewniej (widać to już w prologu) się żywi. A to tylko jedno z zagrożeń, jakie niesie ta nieproszona obecność. Ben z czasem odkrywa... coś, co wprawdzie samo w sobie wielką kreatywnością się nie odznacza, ale i tak byłam mile zaskoczona. Nie spodziewałam się takiego motywu po opowieści o czarownicy. Co więcej: pasuje idealnie!

W warstwie technicznej „The Wretched” uwidacznia się wpływ kina grozy lat 80-tych XX wieku, przy czym akcja została osadzona w czasach nam współczesnych. Okraszone nastrojową i całkiem mocno zróżnicowaną, obfitującą w złowieszczo brzmiące kompozycje, których autorem jest Devin Burrows (a inspirował się między innymi twórczością Bernarda Herrmanna, chyba najbardziej znanego ze swojego wkładu w „Psychozę” Alfreda Hitchcocka) ścieżką dźwiękową, nie mniej klimatyczne zdjęcia Conora Murphy'ego. Z lekka przyblakłe barwy, sporo szarości, ale i dostatecznie zagęszczonych ciemności oraz słonecznej pozornej sielankowości. Małomiasteczkowa idylla, która jak widać i czuć, jest jedynie płaszczykiem skrywającym istny koszmar. Brett i Drew T. Pierce najwyraźniej dobrze się czują w takich klimatach. Doskonale odnajdują się w tych dobrze znanych długoletnim fanom horrorów małomiasteczkowych realiach, które tylko z wierzchu przybierają postać bezpiecznej przystani dla ludzi złaknionych ciszy i spokoju. W horrorach tego typu spod powierzchni powinien praktycznie od początku wydobywać się brzydki zapach. We wprawnych reżyserskich rękach takie miejsca już od otwarcia czuć zgnilizną. Toczącą je od środka. Bracia Pierce odmalowali przed moimi oczyma właśnie taki zakątek – kolejne małe miasteczko, które można powiedzieć ma dwa przeciwstawne wymiary. Efektywnie się przenikające. Dodajmy do tego praktyczne efekty specjalne... To jeden z najczęściej wyróżnianych przez widzów osiągnięć dokonanych przez ekipę „The Wretched”. Reżyserzy i zarazem scenarzyści omawianej produkcji zdecydowanie bardziej cenią takie dodatki od cyfrowych. Uważają, że jest w nich jakaś zachwycająca magia i sporo czystej zabawy na planie filmowym. „The Wretched” co prawda dosłownie przepełniony efektami specjalnymi nie jest – niektórzy mogą nawet powiedzieć, że pojawiają się one z rzadka – ale te które są, robią wrażenie. W każdym razie mają szansę przykuć uwagę tych sympatyków kina, którzy wyżej od generowanych komputerowo obrazów cenią sobie namacalne, fizycznie obecne na planie dodatki. W tym przypadku ukierunkowane na zasiewanie w widzach podskórnego niepokoju oraz niesmaku, może nawet szoku, bo podejrzewam, że niektórzy co mniej obyci z kinem gore odbiorcy „The Wretched” mogą tak silnie zareagować na te wspaniałe owoce pracy ludzi bezsprzecznie bez pamięci zakochanych w starej szkole filmowego horroru. Natomiast te osoby, które mają już jakieś doświadczenie z dosadniejszymi obrazami grozy... Cóż, nie sadzę, żeby wstręt ich ogarniał, ale przypuszczam, że co najmniej część z nich doceni, a może nawet tak jak ja trochę pozachwyca się tym, niestety we współczesnym kinie grozy niezbyt często spotykanym, praktycznym podejściem do procesu tworzenia filmowego horroru. Zwłaszcza ujęcia nienaturalnego wybrzuszania się, przestawiania, kotłowania pod skórą mają w sobie jakiś magnetyzm, ale myślę, że na wyróżnienie zasługuje też jeden umiarkowanie krwawy moment dość dokładnie pokazany w późniejszej partii „The Wretched” i oczywiście wygląd samej wiedźmy. Jej właściwa postać: pokraczna, niepozbawiona zwinności, ale i mająca w sobie jakąś ociężałość. Oraz posiadająca wyjątkowo giętkie stawy. Niektóre jej ruchy kojarzyły mi się z opętanymi przez demony w horrorach satanistycznych (Regan MacNeil, Emily Rose, na przykład), ale nie powiedziałabym, że wiedźma Pierce'ów dokładnie taki efekt daje. Blisko, ale jeszcze niezupełnie to. Tak czy inaczej wszystko byłoby cacy, gdy nie przedostatni zwrot akcji. Największa niespodzianka, która jakoś mi się nie klei. Poskładać tego w logiczny ciąg wydarzeń, pomimo usilnych starań, nie zdołałam. Co jeszcze nie oznacza, że takowy nie istnieje. Szukajcie, a znajdziecie... Może. Ostatnie uderzenie, choć standardowe, przyjęłam już z otwartymi ramiona, bo UWAGA SPOILER zdążyło już ogarnąć mnie nieprzyjemne przeczucie, że rzecz zmierza do przesłodkiego happy endu. I nie chodzi o psa, bo akurat ten fortunny obrót sprawy niezmiernie mnie ucieszył KONIEC SPOILERA.

„The Wretched”: mocno trzymająca w napięciu, całkiem mroczna przygoda zgotowana przez długoletnich fanów horrorów innym długoletnim fanom gatunku. Powrót do przeszłości smacznie doprawiono nowoczesnością. Taki moim zdaniem w wielkim skrócie jest drugi pełnometrażowy obraz braci Pierce, Dana i Drew T. I gdyby nie ten według mnie nieprzemyślany zwrot akcji w dalszej części filmu... Pewnie nawet w takim wypadku „The Wretched” nie urósłby w moich oczach do rangi arcydzieła kina grozy, ale bez wątpienie jeszcze by zyskał. A tak, ostał się tylko dobry horror o fanatycznie prezentującej się wiedźmie z sąsiedztwa. Tylko? Co ja piszę? Toż to dość by pogratulować sobie wyboru tego filmu. I dopisać braci Pierce do listy artystów, na karierę których trzeba mieć baczenie. A przynajmniej ja po seansie „The Wretched” taki obowiązek poczułam. Nie obiecuję jednak, że każdy miłośnik horrorów tak to odbierze. Poszukiwacze maksymalnie oryginalnych i/lub bardziej rozbudowanych opowieści grozy, ale i osoby, które wyżej cenią sobie efekty komputerowe od praktycznych w mojej ocenie mają na to mniejszą szansę. Ale kto wie? Może „The Wretched” u niektórych z nich rozpali nową miłość. Do prostych opowieści grozy nakręconych tak jakoś „nie po dzisiejszemu”.

wtorek, 5 maja 2020

„Dreamkatcher” (2020)


Luke przyjeżdża wraz z synem Joshem i swoją nową partnerką Gail do drewnianej chaty w leśnej okolicy. Mały Josh nadal głęboko przeżywa śmierć swojej matki, a Gail wykorzystuje swoje doświadczenie jako psycholog dziecięca do niesienia pomocy chłopcu. To niełatwe, bo on nie chce zaakceptować obecności nowej kobiety w ich rodzinie. Ich relacja zaczyna się jednak poprawiać, gdy zostają w chacie sami, ponieważ Luke'a wzywają obowiązki zawodowe. Krótko po jego wyjeździe Gail i Josh poznają mieszkającą nieopodal starszą kobietę imieniem Ruth, która handluje różnościami. Jej asortyment zawiera między innymi łapacze snów, które najbardziej interesują Josha, z powodu koszmarnych snów nawiedzających go od przyjazdu do tego zacisznego miejsca. Gail nie wyraża zgody na to, by chłopiec wszedł w posiadanie łapacza snów, ale Joshowi wkrótce nadarza się okazja do pozyskania upragnionego przedmiotu bez wiedzy swojej opiekunki. Wtedy koszmary odchodzą, ale jednocześnie pojawia się coś śmiertelnie niebezpiecznego.

Amerykański horror nastrojowy pt. „Dreamkatcher” to pełnometrażowy debiut reżyserski Kerry'ego Harrisa. Scenariusz w oparciu o pomysły Harrisa napisał Dan V. Shea, który nigdy nie wcześniej nie stworzył scenariusza pełnometrażowego obrazu. A przynajmniej nie przełożonego na ekran. Jedna z ról w „Dreamkatcher” przypadła w dziale legendzie kina grozy, Lin Shaye, z rad której reżyser chętnie korzystał (prywatnie Shaye i Harris są przyjaciółmi). W pierwszoplanową postać wcieliła się natomiast Radha Mitchell, fanom kina grozy znana między innymi z „Silent Hill” (2006), „Opętanych” (2010) i „Duchów kanionu” (2016). „Dreamkatcher” ukazał się w Internecie w kwietniu 2020 roku.

O łapaczach snów pisał już choćby Stephen King, w swojej powieści „Łowca snów”, zekranizowanej przez Lawrence'a Kasdana w 2003 roku. Ale w „Dreamkatcher” (nie „Dreamcatcher”) w przeciwieństwie do Kinga przedmiot ten, albo tylko do niego podobny, stoi w centralnym punkcie – z niego bierze się cały koszmar, który rozgorzeje w pewnej leśnej chatce. Pierwsza scena (niewykluczone, że zainspirowana „Lśnieniem” Stanleya Kubricka) działa na wyobraźnię. Nastrojowa ścieżka dźwiękowa i widok „z lotu ptaka” na rozległe, zwarte lasy, przez które przebiega asfaltowa droga, którą właśnie pokonuje jeden samochód. Siedzą w nim ludzie, którzy już od jakiegoś czasu starają się stworzyć szczęśliwą rodzinę. A przynajmniej takie starania wykazują dorośli: kompozytor muzyczny imieniem Luke i jego partnerka Gail (przyzwoita kreacja Radhy Mitchell) będąca psychologiem dziecięcym (o przepraszam: psycholożką dziecięcą). Nieletni syn mężczyzny, Josh (dobra kreacja Finlaya Wojtaka-Hissonga, który swoją drogą nie mógł zobaczyć na ekranie efektów swoich starań, bo jego opiekunowie uznali, że jest za młody na takie filmy), nie jest natomiast przekonany do obecności nowej kobiety w ich życiu. Tęskni za matką, która jakiś czas temu utonęła w stawie i co zrozumiałe nawet nie chce myśleć o tym, że ktoś mógłby zająć jej miejsce. Gail nie robi nic, co wskazywałoby na to, że chce zastąpić chłopcu matkę. Zależy jej na bliskiej relacji z tym straumatyzowanym chłopcem, ale też nie chciałaby, żeby zapomniał o swojej rodzicielce. Widać, że kobieta nie jest psychoterapeutką tylko z nazwy – twórcy zadbali o to, by główna bohaterka „Dreamkatcher” zachowywała się tak, jak można się tego spodziewać po osobie z jej doświadczeniem zawodowym. Nie naciska chłopca, nie złości ją jego negatywne nastawienie, nie traci cierpliwości, nie obraża się, ani nic w tym rodzaju. Gail wie, że Josh potrzebuje czasu oraz dużo uwagi, również jej, osoby mającej doświadczenie w pracy z cierpiącymi dziećmi, i to wszystko mu zapewnia. W końcu jej starania zaczynają przynosić efekty. Chłopiec powoli się przed nią otwiera; mniej traktuje ją jak wroga, a bardziej jak powierniczkę. Są sami w tym odizolowanym miejscu. W dodatku bez samochodu, ponieważ zabrał go Luke (nieprzykuwająca uwagi rola Henry'ego Thomasa), nagle wezwany do miasta w celach zawodowych. W pobliżu nich, jak pewnego dnia odkrywają, znajduje się tylko jedna osoba: starsza pani (jak zwykle widowiskowy wkład Lin Shaye – normalnie, kocham tę aktorkę!), która handluje różnymi dziełami własnych rąk. Fani gatunku w tym momencie powinni już mieć pewność, że „Dreamkatcher” Kerry'ego Harrisa bazuje na sprawdzonych motywach. Doskonale znanych każdemu długoletniemu miłośnikowi horrorów składnikach fabularnych. Mamy przecież wyjazd do odludnego, malowniczego, ale bezsprzecznie tchnącego też jakąś, w sumie niezbyt ukrytą, groźbą, miejsca. Mamy coraz bardziej alarmująco zachowuje się dziecko i osobę dorosłą, która stara się mu pomóc, ale z czasem naturalnie sytuacja się komplikuje. Mamy też przeklęty przedmiot, którym tym razem uczyniono coś przynajmniej przypominającego łapacza snów (twórcy nie starają się zasiać w nas wątpliwości, co do właściwości tej rzeczy, w posiadanie której wchodzi mały Josh). I wreszcie dziwaczną sąsiadkę, a w każdym razie tak odbieraną przez Gail. Starszą kobietę imieniem Ruth z nietypowym hobby, która... Ujmijmy to tak: rozwój tej postaci nie odbiega od znanej chyba każdemu wielbicielowi gatunku normy. Właściwie już od pierwszego jej występu na ekranie w dużym stopniu wiadomo, jaką rolę odegra w tej historii.

„Dreamkatcher” dość uparcie trzyma się konwencji horrorów o zjawiskach nadprzyrodzonych, ale też wprowadza jeden mniej powszechny element (aczkolwiek nie będący absolutną innowacją), wokół którego tak naprawdę „ta karuzela się kręci”. Nie jest to nieistotny dodatek do fabuły, tylko można rzec integralny jej składnik. Mowa oczywiście o tytułowym przedmiocie, który będzie miał wielce negatywny wpływ nie tylko na jego nowego posiadacza, ale także, pośrednio, tymczasową opiekunkę tego drugiego. Mógłby wprawdzie film Kerry'ego Harrisa być chociaż trochę mniej przewidywalny, ale nie mogę powiedzieć, że „Dreamkatcher” uderzył mnie nieumiejętnym wykorzystaniem lubianych przeze mnie motywów. Nie jest to wprawdzie mistrzostwo świata, ale przynajmniej nie musiałam zmagać się z jakimiś oderwanymi od reszty, przypadkowymi wątkami, niekonsekwentnym, nieprzyswajalnie niezrównoważonym prowadzeniem akcji, czy po prostu niewyobrażalnie beznamiętnym kalkowaniem. Tak, dostałam tradycyjną opowiastkę o chłopcu dręczonym przez jakąś złą siłę (właściwie to nie „jakąś”, bo szybko ją nazwałam – tego twórcy też nie ukrywali) i kobiecie coraz bardziej utwierdzającej się w przekonaniu, że z jej małym podopiecznym jest dużo gorzej, niż zakładała. Gail czuje się coraz mniej bezpiecznie w towarzystwie nieletniego syna swojego partnera. Jednak to to, co dzieje się z chłopcem w tej odosobnionej okolicy (drewniana chata stojąca na niewielkiej łączce, którą z kolei otaczają rozległe lasy) może przyciągać większą uwagę widzów, nie tylko dlatego, że walka jaką prawie każdej nocy toczy Josh jest „największym popychadłem akcji”. „Gra pierwsze skrzypce” w rozwoju tej nieskomplikowanej, schematycznej opowieści. O uwagę widzów walczy też forma. To znaczy zmagania Gail rzadziej przetykano, przynajmniej w zamyśle, upiornym wstawkami. Więcej takich zabiegów zaobserwujemy w nocnych przejściach Josha. Nie są one wprawdzie tak wyraziste, tak dosadne, tak efekciarskie, żeby zadowolić wszystkich. Problem z „Dreamkatcher” mogą mieć przede wszystkim te osoby, które nastawiają się na multum efektów specjalnych i jump scenek. Dawki i tego, i tego są raczej niewielkie. (Na marginesie: z tych wszystkich w zamyśle upiornych dodatków wyróżniłabym gruby, skrzeczący głos chwilami wydobywający się z gardła Josha). Odnosiłam wręcz wrażenie, że twórcom „Dreamkatcher” bardziej zależało na psychologicznym wymiarze scenariusza, niż wizualnych (a w przypadku jump scenek też audio) dodatkach ukierunkowanych na strasznie odbiorców. Na zasiewaniu niepokoju w bardziej subtelny sposób, poprzez coraz wyraźniejsze sugestie poważnych zmian zachodzących w bohaterach. Postawa Josha względem Gail zmienia się przynajmniej dwukrotnie. Poznajemy go jako chłopca niechętnie nastawionego do nowej dziewczyny swojego ojca, z którą jednak potem nawiązuje nić porozumienia. Druga zmiana, oczywiście na gorsze, zachodzi w nim pod wpływem nie tak znowu tajemniczej mocy, która wydostaje się wiadomo skąd. Później może się to jeszcze zmienić, ale prawdopodobniej będzie to też zależeć od Gail. Bo w niej też zachodzą zmiany, tj. jej stosunek do Josha zmienia się w odpowiedzi na zmiany zachodzące w nim. Nic odkrywczego w materii kina grozy, ale w moich oczach „Dreamkatcher” właśnie tym najbardziej się bronił. Dynamicznymi postaciami, rozgrywanymi w bądź co bądź angażującym mnie stylu. Nieprzekombinowanym, aczkolwiek montaż... Tak, tutaj przedobrzono. Te nagłe cięcia, gwałtowne przeskoki akcji trochę wybijały mnie z rytmu, na chwilę rozpraszały uwagę. Pochwalić natomiast muszę jeszcze wybór miejsca akcji (leśne pustkowie), ale i jak sądzę na mały plusik zasługuje sposób przedstawienia tak otaczającego chatę lasu, jak i wnętrza samej tej drewnianej nieruchomości. W miarę mroczny to film, chociaż przydałoby się jeszcze to podkręcić. Choćby przez bardziej zdecydowane próby „ściśnięcia” i tak niewielkich przecież pomieszczeń w tym osamotnionym domku. Wygenerowania zdecydowanie silniejszego poczucia klaustrofobii, przynajmniej we mnie, bo nie wykluczam, że niektórym odbiorcom „Dreamkatcher” tyle wystarczy, by poczuć się mocno nieswojo, by zrobiło im się naprawdę duszno. Wątpię jednak, żeby pełnometrażowy debiut reżyserski Kerry'ego Harrisa usatysfakcjonował tych sympatyków horrorów nastrojowych, którzy lubią być zaskakiwani, bo nawet zakończenie niezwykle łatwo przewidzieć. Toż to oczywistość! A nie sądzę, żeby nie dało się do tego dokleić czegoś niespodziewanego. Ale, ale jest jeszcze jedna scena przerywająca na moment napisy końcowe. Więc może tutaj... Nie, też standard.

Dotychczasowy odzew na „Dreamkatcher” Kerry'ego Harrisa, delikatnie mówiąc, nie jest zachęcający. Przynajmniej na razie film ten zbiera głównie skrajnie negatywne recenzje, więc pewnie lepiej dwa razy się zastanowić, zanim podejmie się to... hmm... ryzyko. Ciężko przechodzi mi to przez klawiaturę z tego prostego powodu, że osobiście nie uważam tego filmowego przedsięwzięcia za jakąś druzgocącą porażkę. Moim zdaniem ani to wpadka, ani pozycja obowiązkowa dla każdego miłośnika horrorów o zjawiskach nadprzyrodzonych. Konwencjonalne, niezaskakujące, ale mimo tego dość wciągające kino, utrzymane w miarę (acz bez szaleństw) mrocznym klimacie i mogące pochwalić się paroma solidnymi występami aktorskimi z niezastąpioną Lin Shaye na czele stawki. Oraz dość satysfakcjonującym podłożem psychologicznym, przy czym i w tej materii radziłabym nie nastawiać się na niezapomniane wrażenia. Może i to horror dla mniej wymagających odbiorców, ale... Ja tam ogromnych wymagań nie mam.

niedziela, 3 maja 2020

Izabela Janiszewska „Wrzask”


Warszawa. Komisarz Bruno Wilczyński angażuje się w sprawę śmierci młodej kobiety. Dowody wskazują na samobójstwo, ale Bruno w przeciwieństwie do swoich kolegów i przełożonego nie wyklucza zabójstwa. Ta zagadkowa śmierć przypomina mu inną, sprzed wielu lat, która miała znaczący wpływ na całe jego życie. Komisarz bierze pod uwagę, że obie te sprawy mogą się ze sobą łączyć. Tymczasem dziennikarka Larysa Luboń trafia na ślad sadystycznego sponsora, człowieka, który zapewnia młodym kobietom dostatnie życie w zamian za brutalny seks. Starając się odkryć jego tożsamość, Lara zapoznaje się z wyjątkowo potworną sprawą z przeszłości, jak wszystko na to wskazuje, mającą jakiś związek z seksbiznesem, który od dłuższego czasu zgłębia nie tylko w celach zawodowych. Drogi Larysy i Brunona przetną się za sprawą człowieka, który jest niczym cień. Śmiertelnie niebezpiecznego przeciwnika, który prowadzi z nimi przebiegłą grę.

Była dziennikarka prasowa i telewizyjna oraz recenzentka scenariuszy filmowych, Izabela Janiszewska, długo zwlekała ze spełnieniem swojego marzenia o zostaniu powieściopisarką, ponieważ wiedziała, że ten krok w jej przypadku będzie się wiązał z wieloma wyrzeczeniami. Pisała, ale „do szuflady”, aż w końcu, wspierana przez swoich najbliższych, dokonała swoistej rewolucji w swoim życiu. Porzuciła dziennikarstwo na rzecz niepewnego projektu: powieści kryminalnej, której nadała tytuł „Wrzask”. Książka ukazała się w kwietniu 2020 roku nakładem wydawnictwa Czwarta Strona, spotykając się z bardzo dobrym przyjęciem czytelników, którzy teraz z niecierpliwością oczekują kolejnej części mrocznych przygód bohaterów „Wrzasku”. Którą, można powiedzieć, Janiszewska już im obiecała...

… Mnie także, bo z całą mocą stwierdzam, że „Wrzask” to jedna z lepszych powieści kryminalnych, jakie dane mi było przeczytać. Co o tyle mnie zdziwiło, że nie mam za sobą satysfakcjonujących doświadczeń z polską literaturą kryminalną. Ani częstych, żeby być maksymalnie szczerą. Przyznaję więc, że fundamentalne zmiany na tym polu mogły mi umknąć, że mogłam przegapić poprawę jakości polskiej literatury kryminalnej. Tak czy inaczej debiutancka powieść Izabeli Janiszewskiej zabrała mnie, niestety, w stanowczo zbyt krótką (prawie czterysta stron) podróż przez wielowarstwową, złożoną, sprawę nieuchwytnego zbrodniarza. Frapującą zagadkę z seksbiznesem w tle i z niezwykle zajmującymi, wielowymiarowymi postaciami dążącymi do jej rozwiązania. Niepokorna, nietowarzyska, podążająca własnymi, zwykle bardzo ryzykownymi ścieżkami, pyskata dziennikarka z traumatyczną przeszłością, Larysa 'Lara' Luboń, jak wyznała autorka „Wrzasku”, jest ucieleśnieniem jej wewnętrznego pragnienia całkowitej wolności i buntu. Janiszewska stworzyła ją też z myślą o kobietach tłamszonych przez konwenanse, z nadzieją, że ta postać pomoże im pozbyć się kajdan „powinności”. Larysa Luboń silnie kojarzyła mi się z kultową bohaterką trylogii Stiega Larssona (i dalszymi częściami stworzonymi przez Davida Lagercrantza), Lisbeth Salander. Poza już ujawnionymi cechami łączą je dość oryginalny wygląd zewnętrzny, skłonność do podejmowania potężnego ryzyka w imię swoich niezachwianych ideałów i wreszcie Luboń, tak samo jak Salander, nie zwykła odpuszczać oprawcom kobiet. Przemoc względem płci żeńskiej i dzieci stanowi główny przedmiot jej dziennikarskiego zainteresowania. Tego rodzaju sprawy relacjonuje (pod pseudonimem) dla gazety funkcjonującej pod niewyszukaną nazwą „Magazyn”, przy czym nie traktuje tego jak zwyczajną pracę. Dla niej ma to bardziej osobisty niźli zawodowy wymiar. Można powiedzieć, że Luboń wytrwale prowadzi coś w rodzaju wendety na ludziach, którym czystą przyjemność sprawia krzywdzenie słabszych, choćby przez to, że zajmują dużo niższą pozycję w hierarchii społecznych od swoich oprawców. Dziennikarstwo wcieleniowe odważnie praktykowane przez Larysę, Janiszewskiej jest znane z doświadczenia. Ta metoda pozyskiwania informacji przydała jej się w pracy nad „Wrzaskiem” - Janiszewska stworzyła sobie fałszywy wizerunek kobiety zainteresowanej sponsoringiem, który umożliwił jej kontakt z mężczyznami płacącymi za seks. Oczywiście autorka „Wrzasku” nie posunęła się za daleko w tym swoim śledztwie, ale bezsprzecznie podjęła pewne ryzyko dla swojej debiutanckiej powieści. Centralną postacią której uczyniła nie tylko Larysę Luboń, ale także komisarza Brunona Wilczyńskiego oraz blogerkę, a poza tym gospodynię domową, Emilię Lewicką. Ta druga jest oddaną żoną i matką dwóch kilkuletnich bliźniąt, która z dnia na dzień coraz bardziej utwierdza się w przekonaniu, że bezpieczeństwo jej i jej bliskich jest zagrożone. Natomiast Bruno... Pod pewnymi względami przypomina Larysę. Nie jest szczególnie lubiany w pracy i nie wykazuje najmniejszych starań by to zmienić. Wręcz przeciwnie: robi wszystko, by zrazić do siebie ludzi. Ponadto, tak jak Luboń, nie ma w zwyczaju stosować się do tych poleceń swojego przełożonego, z którymi się nie zgadza. Niesubordynowany, cyniczny, nietowarzyski i niewolny od autodestrukcyjnych zapędów, z czego zresztą zdaje sobie sprawę. I najwyraźniej ma głęboko w nosie fakt, że sam sobie szkodzi. Uczucia innych też zdają się kompletnie go nie interesować – gardzi kurtuazją, woli sarkazm i ironię. A największą radość zdaje się czerpać ze słownych przepychanek i prowokacji, które mocno uświetniają tę publikację. Zresztą nie tylko dialogi z udziałem Brunona Wilczyńskiego stanowią pasjonującą żonglerkę zjadliwymi, niegrzecznymi, ale i żartobliwymi słowami, często wymierzanymi w osoby nieposiadające arsenału umożliwiającego przystąpienie do kontrataku. Jak można się tego spodziewać owe słowne rozgrywki na wyższy poziom będą wchodzić w kontaktach Larysy i Brunona. Niezwykle zdeterminowanej dziennikarki i nieustępującego jej pola w tym względzie komisarza wydziału kryminalnego, których połączy domniemany seryjny morderca.

Nie wierzyła w morderców idealnych, dużo bardziej prawdopodobna wydawała jej się wersja o nieudolnych śledczych.”

(źródło: https://www.facebook.com/czwartastronakryminalu/)
Chwilę zajęło mi odnalezienie się w historii rozsnutej na kartach „Wrzasku” przez jak myślę wschodzącą gwiazdę polskiej literatury kryminalnej, Izabelę Janiszewską. Nie dlatego, że ta debiutująca przecież powieściopisarka jeszcze nie do końca opanowała „swoje pióro”. Bynajmniej. W sumie to, wiedząc że wcześniej realizowała się w dziennikarstwie przygotowałam się na suche, niepogłębione opisy, bardziej nastawione na meritum, niż poruszającą wyobraźnię otoczkę. A dostałam aż kipiącą od emocji, pełną pasji, szczegółowo wykreśloną opowieść o... Właściwie nie do końca orientowałam się, w czym rzecz. Z jakiego rodzaju sprawą kryminalną Janiszewska mnie skonfrontuje? Seksbiznes? Wojeryzm? Stalking? Seryjne mordy? A może po prostu samobójstwa kobiet, które przynajmniej w swoim mniemaniu za głęboko utkwiły w dochodowej, acz wiążącej się ze zniewoleniem, bólem i poniżeniem działalności? Założyłam, że co najmniej część z tego tworzy jedną całość, że te oderwane informacje z czasem zaczną się ze sobą zazębiać. Tylko, u licha, jakim sposobem? Jak rozplątać ten informacyjny węzeł? Od czego zacząć? Jaki kąt patrzenia na tę sprawę obrać? Dziennikarskie śledztwo zachęca do wejścia w to od strony seksbiznesu, do rozpracowania roli i tożsamości sadystycznego sponsora w tej złożonej intrydze. Policyjne śledztwo natomiast każe nam zagłębić się w sprawę śmierci pewnej młodej kobiety. Albo samobójczej, albo co bardziej prawdopodobne zadanej przez tajemniczego mężczyznę, dla którego mogło to nie być pierwszego morderstwo. Z kolei przeżycia Emilii Lewickiej skłaniają nas do pochylenia się nad motywem prześladowcy – stalkera, być może z morderczymi zapędami. No i jak się w tym połapać? Odpowiedź jest prosta: pozwolić autorce prowadzić się po tych coraz bardziej wzburzonych wodach. Przynajmniej przez chwilę, bo z czasem sytuacja wyklaruje się na tyle, by można było podjąć próbę wyprzedzenia jej. Co nie znaczy, że się powiedzie. Właściwie to jestem pewna, że nie znajdzie się wielu odbiorców „Wrzasku”, którym uda się przedwcześnie poskładać te wszystkie przemyślnie porozkładane elementy w spójną całość. Janiszewska to przebiegła pisarka, można powiedzieć wytrawna manipulantka, która praktycznie niczego nie pozostawia przypadkowi. Wszystko we „Wrzasku” ma znaczenie – każdy szczegół tej zawiłej intrygi w końcu wskoczy na swoje miejsce, nawet jeśli wcześniej nic nie wskazuje na to, by mógł się nam do czegoś przydać. Nie każdy oczywiście będzie miał fundamentalne znacznie dla rozwiązania tej wielopiętrowej kryminalnej sprawy, którą z imponującą determinacją, nawet z narażeniem własnego życia starają się rozwiązać dwie niepowierzchownie sportretowane, niebanalne, bardzo intrygujące postaci. Z pomocą paru innych osób, których Janiszewska też nie zaniedbuje, choć oczywiście poświęca im mniejszą uwagę od tej, jaką cieszą się Larysa Luboń i Bruno Wilczyński. Których przeszłość... Ujmę to tak: czasy minione pełnią ważną rolę w tej historii. Nie tylko dają odpowiedzi na to, dlaczego Larysa i Bruno są tacy, jacy są, ale i stosunkowo szybko staje się też jasne, że gdzieś w odmętach historii znajduje się klucz do aktualnie rozpracowywanych przez nich spraw. Dość wstrząsający, przygnębiający, żeby nie rzec depresyjny obraz kogoś, kto przeszedł w życiu niewyobrażalne męki i nawet jeśli jeszcze żyje, to najwyraźniej nikt nie wie, gdzie aktualnie przebywa. Tę potworną historię zainspirowało życie – Janiszewska wyjawiła, że natchnienie przyniosła jej sprawa pewnych bliźniąt z Łomży. Sponsoring i przemoc domowa, których to tematów, nie bez emocji zresztą, dotyka we „Wrzasku” również są swego rodzaju owocem jej dziennikarskich doświadczeń. Swoją drogą po kim, jak po kim, ale po dziennikarce (nawet byłej) nie spodziewałam się takiej oto konstatacji: „Bawiło go, że w zależności od opcji politycznej, jaką reprezentowali twórcy danego serwisu [mowa o portalach informacyjnych], otrzymuje inny rodzaj informacji. Na kilometr widać było, kto z kim trzyma i że obiektywne przekazywanie treści nie istnieje”. To szczera prawda, nieobca chyba każdemu dorosłemu człowiekowi, ale pisze to ktoś związany ze środowiskiem dziennikarskim? Cóż, samo to każe mi sądzić, że w swojej pisarskiej twórczości Janiszewska niczego lukrować nie zamierza. A w każdym razie mam nadzieję, że tego będzie się trzymać: podawania nieupiększonej prawdy o tym, jak skonstruowany jest ten nieidealny świat. Mroczna rzeczywistość, w której nie brakuje odrażających potworów. Jak to się mówi: w ludzkiej skórze. Bestii z wyboru, ale i niejako ukształtowanych przez inne, nie zawsze zepsute, zdemoralizowane, z gruntu złe jednostki. Czasami wystarczy bowiem jeden nieprzemyślany krok, by zniszczyć niejedno istnienie. I z takim przesłaniem Izabela Janiszewska mnie zostawiła.

Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy. Ja i Izabela Janiszewska. Nowa mistrzyni polskiej literatury kryminalnej? Jak nie obniży poziomu, to według mnie ten tytuł na stałe do niej przylgnie. „Wrzask” to jedno z moim większych powieściowych odkryć ostatnich lat. Misternie skonstruowany nielicho emocjonujący, przemyślany, dający do myślenia, nieprzewidywalny i dostatecznie mroczny kryminał, z niejednowymiarowymi, wyrazistymi bohaterami. Barwnym duetem, który może i novum nie stanowi (a na pewno nie jeśli chodzi o żeński pierwiastek tej zwariowanej pary śledczych), ale to jakoś nie umniejsza mu w moich oczach. Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby Larysa Luboń i Bruno Wilczyński na trwałe zapisali się w historii polskiego, a może nawet światowego kryminału. Moim zdaniem na to zasługują, ale co ja tam wiem? Wiem tylko, że nie mogę doczekać się kolejnej powieści Izabeli Janiszewskiej, bo takie to było dobre! Ten przenikliwy „Wrzask”.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

piątek, 1 maja 2020

„The Lodge” (2019)


Pół roku po samobójczej śmierci matki, nastoletni Aidan i jego młodsza siostra Mia, zostają nakłonieni przez ojca do spędzenia okresu świątecznego w górskiej chacie. Ze względu na zobowiązania zawodowe ojca przez parę dni dzieci mają przebywać tam tylko z jego nową partnerką Grace. Aidan i Mia obwiniają ją o śmierć matki i wcale nie ukrywają swojej niechęci do niej. Kobieta stara się nawiązać z nimi porozumienie w trakcie pobytu w odizolowanej chacie i po wyjeździe ich ojca zaczyna odnosić małe sukcesy. Ale w trakcie śnieżycy, która całkowicie odcina ich od cywilizacji w chacie zachodzą niewytłumaczalne zjawiska, które wywołują u Grace wspomnienia z jej traumatycznej przeszłość w pewnej sekcie religijnej.

„The Lodge” to brytyjsko-kanadyjsko-amerykański horror psychologiczny w reżyserii pochodzących z Austrii Severina Fialy i Veroniki Franz, twórców między innymi głośnego „Widzę, widzę” (2014) i jednego segmentu antologii filmowej „Atlas zła” (2018). Stworzony we współpracy z legendarną wytwórnią Hammer Films. Scenariusz autorstwa Fialy, Franz i Sergio Casci po części mógł zostać zainspirowany niechlubną historią sekty religijnej, „Heaven's Gate”, założonej w latach 70-tych XX wieku w Stanach Zjednoczonych. W 1997 roku trzydziestu dziewięciu członków tej grupy odebrało sobie życie. Główne zdjęcia rozpoczęły się w marcu 2018 roku i jeszcze w tym samym miesiącu się zakończyły. Chata, w której toczy się większa część akcji nie została stworzona na potrzeby filmu. To rzeczywista lokalizacja, której znalezienie zajęło twórcom trochę czasu. Pierwszy pokaz „The Lodge” odbył się w styczniu 2019 roku na Sundance Film Festival. Do amerykańskich kin, w ograniczonym zakresie, trafił w lutym 2020 roku.

Severin Fiala i Veronika Franz w swoim „The Lodge” pokazują, że doskonale znane miłośnikom kina grozy motywy mają jeszcze wiele do zaoferowania (aczkolwiek od siebie też coś niepospolitego, jeśli już nie innowacyjnego, dokładają). Trzeba tylko znaleźć dla nich właściwe miejsce w nowej historii, dać im odpowiednią oprawę audiowizualną i oczywiście wymyślić sposób na poprowadzenie ich z jak największą korzyścią dla docelowego widza. Niekoniecznie tak zwanego masowego. Bo choć „The Lodge” początkowo istotnie miał być komercyjnym straszakiem, to za sprawą Fialy i Franz wizja uległa zmianie. Najpierw zostajemy skonfrontowani z tragedią, jaka spotyka pewną rodzinę. Nastoletni Aidan i jego młodsza siostra Mia tracą ukochaną matkę imieniem Laura (w którą wcieliła się Alicia Silverstone, ale niestety szybko ze sceny zeszła). Kobieta zabija się, gdy staje się dla niej jasne, że jej mąż i ojciec jej dzieci, psychiatra Richard (mało wyrazisty, bo i rola nie bardzo na to pozwalała Richard Armitage), nie wycofa się z postanowienia o rozwodzie. Mężczyzna związał się już z inną kobietą, swoją pacjentką Grace (widowiskowa kreacja Riley Keough), z którą sześć miesięcy po samobójczej śmierci Laury nie tylko nadal się spotyka, ale planuje ją poślubić. Niezbyt liczy się przy tym z uczuciami własnych dzieci albo po prostu ślepo wierzy w to, że Aidan i Mia szybko się do niej przekonają. Najbardziej znany z dwuczęściowej readaptacji powieści „To” Stephena Kinga Jaeden Martell oraz mająca za sobą rolę w na przykład „Totemie” Marcela Sarmiento Lia McHugh według mnie bezbłędnie wywiązali się z nie tak znowu łatwego zadania „ożywienia” małoletnich postaci, które co zrozumiałe nie potrafią pogodzić się ze stratą jakiej doznały. To znaczy winią za śmierć matki kochankę swojego ojca (jego samo jakoś nie...), z którą teraz mają spędzić kilka zimowych dni w górskiej chacie. Rzecz jasna nie są nastawieni entuzjastycznie do tego pomysłu, ale jak to mówią „dzieci i ryby głosu nie mają”, więc nie pozostaje im nic innego, jak dać się wywieźć na odizolowane, ekstremalnie zaciszne, przykryte grubą warstwą śniegu terytorium i zamknąć w czterech ścianach ze znienawidzoną przyszłą macochą. Sceneria naprawdę robi wrażenie. Samotna drewniana chata (nie licząc budynku gospodarczego), za którą rozpościera się gęsty las i przed którą rozciąga się aktualnie skute lodem niemałe jezioro. Mróz panujący na ekranie ma moc przenikania – zdjęcia Thimiosa Bakatakisa są tak niesamowicie sugestywne, że dosłownie ogarniał mnie przeraźliwy chłód, który musieli odczuwać bohaterowie tej niepokojącej opowieści. Ponurość aż wylewa się z ekranu. Szarości ewidentnie dominują i to nie tylko w kapitalnych, diablo intensywnych zdjęciach, ale także w warstwie tekstowej. Twórcy niezapomnianego „Widzę, widzę” nie chcieli konstruować historii, w której wszystko jest czarno-białe. Chcieli utrudnić odbiorcom opowiadanie się po którejś ze stron, ale i ferowanie kategorycznych wyroków. Innymi słowy: wiarygodności tej opowieści miało dodawać to, że o nikim tak naprawdę nie można powiedzieć, że jest jednoznacznie zły bądź dobry. Aidan i Mia niesprawiedliwe obarczają Grace całą winą za śmierć swojej matki, bo nawet jeśli wyjść z założenia, że rozbiła ona szczęśliwą dotąd rodzinę, to „do tego tańca potrzeba było dwojga”. A więc należałoby winić też Richarda. Pamiętajmy jednak, że to dzieci. Szczerze kochają ojca, a przyszła macocha to ktoś zupełnie im obcy, więc łatwiej celować w nią. Moim zdaniem jednak należy przynajmniej spróbować spojrzeć na to szerzej. Zadać sobie pytanie, czy gdyby nie Grace, Richard i Laura ciągle byliby szczęśliwym małżeństwem? Czy ten związek bez niej miałby jakąś przyszłość? Może miłość Richarda do Laury tak czy inaczej by wygasła? To pozostaje w sferze domysłów. Scenarzyści nie udzielają nam jasnych odpowiedzi w tej kwestii, ale zachęcają do zagłębiania się w nią. Prowadzenia poszukiwań niejako na własną rękę, coraz bardziej utwierdzając się jednak w tym, że w „The Lodge”, zupełnie jak w życiu, niełatwo o jednoznaczne osądy. Każdy ma swoje racje, które z perspektywy postronnego obserwatora, czyli odbiorcy omawianego horroru psychologicznego, są jak najbardziej możliwe do przyjęcia (jeśli tylko zdoła on wczuć się w postacie uwięzione w rustykalnym domku w górach), aczkolwiek to nie jest równoznaczne z pochwalnym stosunkiem do postaw przybieranych przez wszystkich uczestników tego... koszmaru. Bo w odciętej od reszty świata chacie, jak można się tego spodziewać, źle się będzie działo. Wkrótce wkroczymy do Strefy Mroku, która jak wiadomo rządzi się swoimi prawami. Jak najdalszymi od ziemskich...

„The Lodge” trochę przypomina powieść Stephena Kinga pt. „Lśnienie” i naturalnie jej filmową adaptację w reżyserii Stanleya Kubricka oraz miniserialową ekranizację Micka Garrisa. Severin Fiala i Veronika Franz zresztą nawet nie próbowali ukrywać tych podobieństw. Wręcz przeciwnie: naprowadzali widza na ten trop, a największą wskazówką uczynili pieska Grace. Podobnie z „Dziedzictwem. Hereditary” Ariego Astera – domek dla lalek. W „The Lodge” znajdujemy też ukłon w stronę „Coś” Johna Carpentera, który bez wątpienia żadnemu długoletniemu wielbicielowi horrorów też nie ma możliwości umknąć. I nie jest to li wyłącznie tak mało charakterystyczny element, jak śnieżne pustkowie, na którym utknęli Graca, Aidan i Mia. Bez bieżącej wody, bez prądu i w samym środku nieubłaganie szalejącej śnieżycy. Ale to jeszcze nic. Sytuacja jest naprawdę nietypowa. Tajemnicza, niebezpieczna i... no po prostu dziwna. Dziwnością niby żywcem wyjętą z Archiwum X. Wcześniej twórcy starali się wyrobić w nas przekonanie, że w chacie dojdzie do poważnego konfliktu pomiędzy gniewnymi dziećmi i ich przyszłą macochą, ale potem... Grace i jej małoletni podopieczni, wbrew przewidywaniom, zaczęli się do siebie zbliżać. Najpierw Mia, a wkrótce i jej brat nawiązali kontakt z kobietą, którą wcześniej winili za śmierć swojej ukochanej matki. Można powiedzieć, że zaczęli zakopywać topór wojenny, ale... Kiedy niewytłumaczalne wkracza do drewnianej chaty zajmowanej przez tę trójkę (i psa, którego swoją drogą, zgodnie ze zwyczajem, nie powitałam z otwartymi ramionami, ponieważ zwierzęta w horrorze najczęściej kończą marnie. Czy tak też było i tym razem, nie zdradzę) Grace naturalnie próbuje rzecz zracjonalizować. A jedyny wniosek jaki jej skołowany umysł wówczas jest w stanie przyjąć to taki, że odpowiedzialność za to wszystko, co się dzieje ponoszą dzieci. Tyle że Aidan i Mia również wydają się być szczerze zdumieni i przerażeni całą tą nienaturalną sytuacją, jaką zastali rankiem po najprzyjemniejszym z dotychczasowych wieczorów w towarzystwie Grace. Co więcej, wiemy, że ich tymczasowa opiekunka niegdyś żyła w wyjątkowo groźnej sekcie religijnej, a gdy już wyrwała się z jej szponów podjęła leczenie psychiatryczne, które tak naprawdę trwa do dziś. Nękają ją koszmary senne i jest somnambuliczką. Wszystkie te informacje każą nam brać pod uwagę też taką ewentualność, że to nikt inny, jak mająca problemy psychiczne przyszła macocha Aidana i Mii odpowiada, choć nawet nie zdaje sobie z tego sprawy, za „ich nagłe wejście do Strefy Mroku”. A więc tak naprawdę cała ta trójka znajduje się w kręgu podejrzanych. Żeby jednak nie było tak łatwo, pojawia się jeszcze jedna możliwość. Krystalizuje się przed nami równie nieprzyziemna wizja, która choć nie odznacza się oryginalnością, to muszę twórcom „The Lodge” oddać całkiem efektywne wykorzystanie tego nieświeżego motywu. Tutaj zyskuje on nowe życie, dostaje skrzydeł, które zaniosły mnie wprost w objęcia podszytej grozą niesamowitości. Nadnaturalność, czy otchłań szaleństwa? Odcięcie do cywilizacji, czy może opuszczenie świata, w którym obowiązują znane prawa fizyki? Odpowiedź na tę niesamowicie dręczącą zagadkę może padnie, może nie: może zakończenie pozostanie otwarte na wyobraźnię widza, na przeróżne interpretacje wydarzeń, które rozegrały się w tej mrocznej chacie „pośrodku niczego”. Osobiście miałam nadzieję na to drugie, ale asekuracyjnie wybrałam sobie jedno z podrzuconych wcześniej przez twórców wyjaśnień, którego postanowiłam za wszelką cenę się trzymać. Co przyznaję łatwe nie było. Wymagało potężnego uporu, którego momentami mi zbrakło. Parokrotnie się zachwiałam. Myślałam: przecież mogłam się pomylić. To całkiem możliwe, skoro dzieje się to, co właśnie się dzieje... UWAGA SPOILER Okazało się, że mój strzał był celny, ale i tak nie mogę zarzucić „The Lodge” przewidywalności, bo choć miałam nadzieję na taki epilog, to jednak obstawiałam, że aż tak daleko filmowcy nie odważą się pójść. Sama nie wiem czemu, bo przecież Severin Fiala i Veronika Franz swoim „Widzę, widzę” udowodnili mi już, że nie boją się wypuszczać w stronę widza mocnych uderzeń KONIEC SPOILERA. „The Lodge” w wielkim skrócie wciąga nas w odmęty szaleństwa oraz faktycznej czy tylko rzekomej nadnaturalności, która tak czy inaczej negatywnie oddziałuje na słabą psychicznie jednostkę. Zakleszcza w odbierającej dech ciasnocie, w poczuciu wciąż i wciąż narastającej klaustrofobii, generowanej tak chwytliwym miejscem akcji, jak coraz bardziej dramatycznym rozwojem fabuły. Narastającym przeczuciem, że będzie gorzej i gorzej, aż... Może symbolika religijna zostanie właściwie odczytana, może osoby uwięzione w drewnianym, samotnie stojącym w górskiej okolicy domku, zrozumieją, czego się od nich oczekuje; dokonają tego, czego muszą dokonać w imię błogiego bezpieczeństwa. A może zupełnie nie w tym rzecz. Nieważne. Ważne, że wpadłam. Weszła cała w tę klimatyczną, nieśpiesznie snutą opowieść, pod powierzchnią której przez dosłownie cały czas aż kotłuje się od mocarnie trzymających w napięciu wydarzeń, które prostą drogą prowadzą do nieodwracalnej tragedii albo co równie prawdopodobne wytęsknionego katharsis. Tak na marginesie: jedna jump scenka nieomal przyprawiła mnie o zawał serca (cóż za skuteczność!), pragnę jednak podkreślić, że takich, jak by na to nie patrzeć, niskich zagrań w „The Lodge” jest jak na lekarstwo. Film ten, owszem, wprawił mnie w niemały dyskomfort emocjonalny, ale niepewność, niepokój buduje się tutaj zgodnie z wytycznymi „starej szkoły horroru nastrojowego”. Bardziej klimatem niźli wymyślnymi efektami specjalnymi, czy właśnie mnogością „prymitywizmu buuu!”.

Ani lepszy, ani gorszy od „Widzę, widzę”. Tak muszę podsumować drugi pełnometrażowy film fabularny austriackiego duetu, Severina Fialy i Veroniki Franz. Muszę, bo choć to nieco innego rodzaju przeżycie, to natężenie emocji wcale u mnie mniejsze nie było. Emocji, od których aż kipiałam podczas seansu „The Lodge”. Przysięgam, że nie mogłam oczu oderwać od tego odżywczo klimatycznego horroru psychologicznego. Odżywczo, bo zdążyłam się już stęsknić za takimi duszącymi widowiskami, gdzie tak naprawdę wszystko może się zdarzyć. W „The Lodge” wkraczamy do może niezupełnie nieznanego nam świata, spotykamy się z dość znajomo wybrzmiewającą opowieścią, ale podaną tak, że kapcie Wam ze stóp pospadają! Erupcja klimatyczna i to dodatku towarzysząca silnie wciągającej opowieści o szaleństwie i czymś jeszcze. Czymś być może dużo bardziej obezwładniającym potęgą niszczenia bądź oczyszczania niedoskonałych ludzkich jednostek. Musicie to zobaczyć!