Stronki na blogu

piątek, 13 stycznia 2023

Jan Łada „Białe i czarne duchy”

 

Warszawa, rok 1919.Towarzystwo szuka ukojenia w seansach spirytystycznych urządzanych przez niejakiego Zygmunta Żarniewicza, teraz zawiązującego współpracę ze szczerze podziwianym człowiekiem, który całkowicie poświęcił się zdobywaniu wiedzy tajemnej, profesorem Teofilem Łazarewiczem. Odtąd spragnieni kontaktu z nieżyjącymi bliskimi oddani klienci Żarniewicza regularnie zaspokajają swoje potrzeby. A wśród nich marszałkowa Zuzanna Stężyńska, ciotka i opiekunka młodej Jadwigi Malęckiej, zakochanej ze wzajemnością w poruczniku Jerzym Oświeyko, matka, która w pewnym sensie odzyskała swojego przedwcześnie zmarłego syna, nalegającego, by kuzynka wiernie trwała u jego boku po przejściu na drugą stronę, a w życiu doczesnym związała się z jego zaufanym poplecznikiem Zygmuntem Żarniewiczem. Potencjalna zjawa ma pełne poparcie opiekunki Jadwigi, ale Jurek Oświeyko i przyjaciel rodziny Władysław Szczodrowski próbują pokrzyżować plany z zaświatów bądź sprytną mistyfikację niemoralnego hipnotyzera.

Nowe, zaadaptowane do współczesnej polszczyzny, wydanie trzech utworów polskiego pisarza, publicysty i księdza prałata żyjącego w drugiej połowie XIX i w pierwszych dekadach XX wieku, Jana Gnatowskiego publikującego pod pseudonimem Jan Łada, autora między innymi „Antychrysta. Opowieści z ostatnich dni świata” i „W zaklętym zamczysku”, obecnie lepiej znanym pod tytułem „W nawiedzonym zamczysku” (edycja Zysk i S-ka z 2021 roku). Wpuszczona na polski rynek w 2022 roku - w twardej oprawie z obwolutą; okładkę zaprojektował Paweł Panczakiewicz, a za redakcję językową odpowiada Agnieszka Czapczyk - publikacja Zysk i S-ka zawiera minipowieść grozy „Białe i czarne duchy” i dwie krótsze historie z dreszczykiem: „Lucyfera”, poprzednio zaprezentowanego w antologii pt. „Z duchami przy wigilijnym stole” oraz „Ostatnią mszę”. Jan Gnatowski studiował filozofię na Uniwersytecie Jagiellońskim oraz historię sztuki we Włoszech i w Grecji. Studia teologiczne ukończył w Innsbrucku, a po otrzymaniu święceń kapłańskich został sekretarzem nuncjatury apostolskiej w Monachium. Po przeprowadzce do Lwowa objął funkcje wikariusza w kościele św. Antoniego i katechety w gimnazjum państwowym. Redaktor i współpracownik między innymi „Niwy”, „Ateneum”, „Wiary” i „Przeglądu Katolickiego”, odznaczony austriackim Krzyżem Komandorskim Orderu Franciszka Józefa, literacka twórczość którego została, jak widać nieskutecznie, wygumkowana w okresie PRL-u.

Strzeżcie się fałszywych proroków, którzy przychodzą do was w owczej skórze, a wewnątrz są drapieżnymi wilkami.” [Ewangelia według św. Mateusza 7:15]

Szatańskie kuszenie cnotliwej niewiasty, bogobojnej panny z Warszawy. Opętanie sprzed „Egzorcysty” Williama Petera Blatty'ego, powieści grozy w mistrzowskim stylu zekranizowanej przez Williama Friedkina w 1973 roku. Pierwotnie opublikowana w 1921 roku minipowieść „Białe i czarne duchy” pióra Jana Łady (właściwie ks. Jan Gnatowski), to klasyczna historia ku przestrodze. Oskarżycielski palec wymierzony przez konserwatywnego polskiego literata żyjącego w latach 1855-1925 w spirytystów uzurpujących sobie prawa kapłanów, duchowych przewodników niedoskonałych istot ludzkich. Osobników bezlitośnie żerujących na cudzej krzywdzie, złych pasterzy mamiących usychające z tęsknoty, zagubione owieczki obietnicami ponownego nawiązania kontaktu z ukochanymi osobami, których zabrała Kostucha. Krytyka ówczesnej mody na seanse spirytystyczne, beletrystyczny manifest Jana Łady, ze swadą przestrzegającego przed takimi eksperymentami. Przed jednostkami pokroju Zygmunta Żarniewicza, jednego z czarnych charakterów tego religijnego horroru złożonego z doskonale znanych, przynajmniej dzisiejszym miłośnikom gatunku, motywów. Odwieczna walka dobra ze złem, czyli jeden z ulubionych tematów autora „Białych i czarnych duchów”, zaciekły pojedynek o duszę dwudziestoletniej Jadwigi Malęckiej, sieroty przygarniętej przez dobrotliwą cioteczkę, zmieniającą się pod wpływem nader śliskiego jegomościa. Z premedytacją oszukującego jakąś część warszawskiej śmietanki towarzyskiej, wyrachowanego materialisty, zwykłego szarlatana czy faktycznego wspólnika w matrymonialnym przedsięwzięciu potężnej istoty z zaświatów? Tak czy inaczej, niewinna panienka będzie musiała zawalczyć o swoje szczęście, o przyszłość u boku drogiego Jureczka Oświeyki. Sterroryzowanej przez mroczne siły parze z pomocą pośpieszy Władysław Szczodrowski, najlepszy przyjaciel nieżyjących już rodziców Jadzi, któremu, podobnie jak marszałkowej Zuzannie Stężyńskiej, zawsze leżało na sercu dobro tej uroczej dziewczyny. Był taki czas, kiedy Władek poważnie rozważał ożenek z Jadwigą, ale zrezygnował z awansów, gdy w jej życiu pojawił się porucznik Oświeyko. Jak zawsze przedłożył jej szczęście nad własne, bez żalu zadowalając się rolą zastępczego ojca słodkiej Jadzi, w każdym razie najpilniej pielęgnując w sobie platoniczną miłość do tego cudownego bożego stworzenia. Wszystko wskazuje na to, że diaboliczny Zygmunt Żarniewicz podstępem przeciągnął na swoją stronę panią Stężyńską, wmówił jej, że jej zmarły syn pragnie na wieki wieków połączyć się z kuzynką po jej śmierci, a na jej życiowego towarzysza podobno wybrał samego Żarniewicza. Starannie wyreżyserowany spektakl z niby duchami albo ścisła współpraca z najprawdziwszym czarny duchem. Wątpliwości natomiast nie ulega to, że fałszywy prorok bez najmniejszych skrupułów hipnotyzuje dobrych chrześcijan. A przynajmniej Jadzię, z coraz mniejszym zdecydowaniem opędzającą się od natrętnych matrymonialnych naganiaczy. Niewykluczone, że obdarzonej silniejszą psychiką, niż jej się wydaje. Albo odpowiednio silną wiarą w Boga Wszechmogącego. Muszę przyznać, że przyjemnie zaskoczył mnie Jan Łada tą postacią. Rzadkie zjawisko w jego epoce (i wcześniejszych), nierozpowszechniony jeszcze model kobiety przypuszczalnie opętanej przez... sługę Szatana? Kruche dziewczątko spotyka femme fatale. Jakże typowa bohaterka ówczesnej literatury przeniosła się do już niezbyt odległej przyszłości. Wizjonerska minipowieść? Tak mi się wydaje. Takie silne przeczucie dopadło mnie w drugim „akcie” tej historii niesamowitej. Nadzwyczaj wymagającej bitwy o nieśmiertelną duszę młodej kobiety, która zdecydowanie nie zasłużyła sobie na ten los. Hiob w spódnicy.

I zapytał go: «Jak ci na imię?» Odpowiedział Mu: «Na imię mi "Legion", bo nas jest wielu».” [Ewangelia według św. Marka 5:9] 
Białe i czarne charaktery „Białych i czarnych duchów” Jana Łady poznajemy w Warszawie (z dwoma wyjątkami) roku 1919, zapewne w całkiem dobrze znanych, przynajmniej współczesnym sympatykom gatunku, okolicznościach. Konwencjonalna ghost story (albo misterne oszustwo z rzekomymi mieszkańcami tamtej strony), która w księdze drugiej wskoczy na inny, dziś już żelazny, fundament na bezkresnym terytorium horroru. Przywoływanie duchów skończy się przypuszczalnie opętaniem młodej kobiety. Dalsze działania wojenne będą prowadzone w zacisznym dworku w miejscowości Jastrzębowo w kolejnym roku. Azylu dwóch z umiłowaniem spierających się w sprawach wszelakich braci. Ksawery i Marceli Sójko: doktor medycyny i ksiądz, sceptyk i gorliwy chrześcijanin. Nauka kontra wiara – odwieczny spór w dość przyjacielskiej atmosferze toczony też pod ich gościnnym dachem. Tym bardziej w tym jakże niepewnym, możliwe, że najmroczniejszym okresie ich życia. A wszystko przez Władysława Szczodrowskiego! Ale nie, bracia absolutnie nie chowają urazy. Już prędzej traktują to jako cenne doświadczenie, wyzwanie, którego nie wolno im odrzucić. Trzeba bowiem pomagać bliźnim, tym bardziej gdy posiada się wszystkie „narzędzia” potrzebne do zoperowania niemożliwie krwawiącej ofiary zagadkowego oprycha. Bo właściciele tego malowniczego polskiego zakątka najwyraźniej nie zgadzają się co do charakteru zagrożenia. Jeden skłania się ku chorobie psychicznej, a drugi święcie wierzy w ingerencję z zaświatów. Tymczasem ich urocza podopieczna stopniowo zmienia się w istną harpię. Drastyczna zmiana charakteru, zupełnie, jakby w tym wątłym ciele przepychały się dwie dusze: biała i czarna. Wszystko wskazuje na opętanie. Wiele wskazuje na dysocjacyjne zaburzenie osobowości. Można powiedzieć, że na naszych oczach piękne kaczątko przeistacza się w brzydkiego łabędzia. Łagodna, empatyczna, cnotliwa młoda dama niedobrowolnie wkracza na drogę występku. Z różowego kokona wykluwa się modliszka. Okrutna manipulantka, bezwstydna flirciara, unosząca się w gniewie, nie znająca współczucia, niewykluczone, że nieuleczalnie zdeprawowana, nieodwołalnie stracona diablica z anielską twarzą. Tak czy owak, postać tragiczna. Na pewno ofiara innych śmiertelników, ale autor nie szczędzi wysiłków, by przekonać nas też do tej drugiej, nieprozaicznej teorii. Właściwie ze strony na stronę coraz bardziej utwierdzał mnie Jan Łada w przekonaniu, że czołowym architektem tragedii Jadwigi Malęckiej i jej najwierniejszych przyjaciół, nie jest Zygmunt Żarniewicz, tylko potężna niematerialna postać każąca zwać się Mocnym. Niemniej autor pamiętał o zostawieniu jakiegoś margines wątpliwości – podsycał moje zainteresowanie tą dynamiczną i na swój sposób spektakularną gehenną młodej warszawianki, niezawoalowanymi przypomnieniami, że ten nieszczęsny przypadek mimo wszystko nie został jeszcze zdiagnozowany. Mógłby pan Łada wykazać się większą dbałością o klimat, ale i tak dałam się wciągnąć w niezwyczajny spór mężów. I nie, nie spodziewałam się takiego zamknięcia.

Po raz pierwszy opublikowane w 1912 roku opowiadanie „Ostatnia msza” przenosi czytelników do klasztoru gdzieś w okupowanej przez carską armię Polsce. Główną bohaterką i zarazem narratorką (ale już w epilogu autor postawił na narrację trzecioosobową) tej uduchowionej historii jest matka Rozalia, przed wstąpieniem do zakonu Joanna Błocka, przełożona tego nieszczęsnego zgromadzenia. Świętego przybytku, długoletniego schronienia dla już prawie bez wyjątku zniedołężniałych, schorowanych, mocno posuniętych w latach katolickich zakonnic, którym co prawda bieda praktycznie bez przerwy głęboko zaglądała tutaj w oczy, ale szczerze kochały to miejsce. A teraz, w jesieni życia, najprawdopodobniej przyjdzie im tułać się po świecie. Chyba że wybiorą niewolę. Albo śmierć. Msza cudów. Uroczyste pożegnanie umiłowanego Boga, ewentualnie jego anielskich zastępów, ze wzorowymi chrześcijankami. Wiara, nadzieja i miłość skąpo pokropione jakąś mroczniejszą substancją. W moim mniemaniu Jan Łada bardziej kierował się tutaj chęcią podniesienia czytelników na duchu, niźli napędzenia im słusznego strachu, ukojenia steranych, może nawet wątpiących śmiertelników. Obawiających się ostatecznego przejścia, ale i takich, którzy, jak jedna z niezłomnych bohaterek „Ostatniej mszy”, z niecierpliwością wyczekują tego najpełniejszego, najwspanialszego pojednania z Bogiem Wszechmogącym. Wejścia do Królestwa Niebieskiego. Cóż, nie dla mnie takie przygody, zdecydowanie nie moje klimaty, ale na pewno trafi na podatny grunt. Ta słodko-gorzka msza.

Coś dla miłośników klasycznych opowieści niesamowitych. Ciąg dalszy odkurzania przez wydawnictwo Zysk i S-ka twórczości jednego z bardziej zasłużonych polskich prozaików, księdza Jana Gnatowskiego publikującego pod pseudonimem Jan Łada. Trzy starannie zredagowane teksty, po namyśle nie tylko dla namiętnych zjadaczy wiekowych historii z dreszczykiem. (Nie)skromne wydanie zbiorcze – minipowieść „Białe i czarne duchy”, krótszy „Lucyfer” i jeszcze krótsza „Czarna msza” w dopieszczonym wspólnym opakowaniu. Wodzi na pokuszenie? Mam nadzieję, że tak. Że dacie się uwieść tym pieśniom z przeszłości.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

środa, 11 stycznia 2023

„Nie martw się, kochanie” (2022)

 

Lata 50. XX wieku. Alice i Jack Chambers są częścią społeczności o nazwie Victory, zbudowanej przez enigmatycznego Franka, wizjonera utrzymującego, że jego życiowym celem jest zmiana świata na lepsze. Życie w jego miasteczku toczy się utartym trybem. Każdego ranka mężowie z Victory wyruszają do kwatery głównej na pustyni, gdzie zajmują się jakimiś ściśle tajnymi projektami, a żony skwapliwie zabierają się do porządków domowych. Alice czas wolny zwykle spędza ze swoimi najlepszymi przyjaciółkami z sąsiedztwa, ale główną rozrywką kobiet z Victory są zajęcia taneczne prowadzone przez małżonkę Franka, Shelley. A najważniejszym zadaniem, dbanie o swoich mężów, co gospodyniom domowym z Victory sprawia niekłamaną przyjemność. Frank zaspokaja praktycznie wszystkie potrzeby swojej małej społeczności, w zamian oczekując dyskrecji i poruszania się jedynie w obrębie miasteczka. A przynajmniej kobietom stanowczo odradza się spacery po otaczającej ten rzekomo utopijny zakątek pustyni. Pewnego dnia Alice łamie jednak ten zakaz, tym samym wkraczając na niebezpieczną ścieżkę negacji nauk Franka.

W 2019 roku na tak zwanej Black List pojawił się scenariusz Careya i Shane'a Van Dyke'ów zatytułowany „Don't Worry Darling” (pol. „Nie martw się, kochanie”), przepisanie którego zlecono Katie Silberman, po wojnie przetargowej - dotyczącej kolejnego reżyserskiego projektu Olivii Wilde - pomiędzy kilkunastoma studiami filmowymi, którą wygrało New Line Cinema, o czym opinię publiczną poinformowano w sierpniu 2019 roku. Główne zdjęcia rozpoczęto natomiast w październiku 2020 roku w Los Angeles, w tym w The Kaufmann Desert House w Palm Springs, praktycznie dziewiczym terenie dla filmowców, a zakończono dopiero w lutym roku 2021 (ekipa miała dwutygodniową przerwę w kręceniu – kwarantanna po wykryciu u jednego członka ekipy zakażenia wirusem SARS-CoV-2). Budżet „Nie martw się, kochanie”, amerykańskiego thrillera przez krytyków i innych widzów skojarzonego między innymi z „Żonami ze Stepford" Bryana Forbesa, na podstawie powieści Iry Levina, oraz „Uciekaj!” Jordana Peele'a, oszacowano na dwadzieścia do trzydziestu pięciu milionów dolarów, a swoją premierę obraz miał 5 września 2022 roku na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Wenecji. Dystrybucja w kinach, za którą w Stanach Zjednoczonych odpowiadała firma Warner Bros. Pictures, ruszyła jeszcze w tym samym miesiącu.

W roli głównej w „Nie martw się, kochanie” amerykańska producentka, reżyserka i aktorka (sympatycy kina grozy mogą ją kojarzyć choćby z „Projektu Lazarus” Davida Gelba), Olivia Wilde, obsadziła Florence Pugh, na co bodaj największy wpływ miał jej występ w arthouse horrorze „Midsommar. W biały dzień” Ariego Astera. To była pierwsza zmiana obsadowych planów, w postać Alice Chambers miała bowiem wcielić się sama Olivia Wilde, która ostatecznie zadowoliła się kreacją jej najlepszej przyjaciółki imieniem Bunny. Na ekranowego partnera Pugh reżyserka ponoć upatrzyła sobie Harry'ego Stylesa, który najpierw miał odrzucić propozycję z powodu innych zawodowych zobowiązań, a przyjąć ją dopiero po zwolnieniu (według Wilde) lub dobrowolnym odejściu (według głównego zainteresowanego) gwiazdy między innymi „Niepokoju” D.J. Caruso, Shii LaBeoufa. Czołowa twórczyni „Nie martw się, kochania” twierdziła, że aktor był trudny we współpracy, psuł atmosferę na planie przede wszystkim swoją nieskrywaną antypatią do Florence Pugh. Zdaniem Wilde LaBeouf w końcu postawił jej ultimatum: albo on, albo Pugh, a ona murem stanęła za dziewczyną grającą pierwsze skrzypce w świecie przedstawionym w „Nie martw się, kochanie”. Tymczasem niedoszły odtwórca roli Jacka Chambersa utrzymywał, że to była jego suwerenna decyzja, a Wilde wręcz dokładała starań, by zatrzymać go na tym pokładzie. Potem wybuchła kolejna „afera” - mówiono o konflikcie Wilde i Pugh, którego zarzewiem miało być zacieśnienie relacji (romans?) tej pierwszej z Harrym Stylesem. Pracując nad „Nie martw się, kochanie” Olivia Wilde myślała głównie o takich filmach, jak UWAGA SPOILER „Truman Show” Petera Weira, „Incepcja” Christophera Nolana i „Matrix” Lany i Lilly Wachowskich KONIEC SPOILERA, a niedobrowolnym wzorem dla postaci Franka była kanadyjska osobowość medialna, emerytowany psycholog kliniczny Jordan Bernt Peterson, którego Wilde nazwała szaleńcem i pseudointelektualnym bohaterem dla środowiska inceli, a on odwdzięczył się zjadliwą krytyką „Nie martw się, kochanie”. Nazwał to propagandą ludzi przekonanych o własnej nieomylności, nudziarzy i łobuzów, którzy właściwie zdominowali Hollywood. Nie ukrywał też swojego oburzenia na nazywanie samotnych, zagubionym mężczyzn incelami. Tyle o dramach wokół tej filmowej opowieści, która mnie też nasunęła silne skojarzenia z „Żonami ze Stepford”. Akcja filmu przypuszczalnie rozgrywa się w latach 50. XX wieku, kiedy to wiele amerykańskich kobiet „wciąż znało swoje miejsce”. Reżyserka „Nie martw się, kochanie” wyjawiła, że jej celem nie było stworzenie kolejnego filmowego manifestu feministycznego, uproszczonej wizji świata, gdzie wszyscy panowie są źli, a wszystkie panie dobre. To miała być bardziej opowieść o uprzedmiotowieniu przez system. Marionetki Wielkiego Brata. Dystopijne miasteczko na kalifornijskiej pustyni. Hermetyczne, samowystarczalne małe społeczeństwo, pozornie miękką ręką zarządzane przez enigmatycznego Franka (przekonująca kreacja Chrisa Pine'a), jednego z dwóch architektów tej rzekomej krainy mlekiem i miodem płynącej. Pozostającego w związku małżeńskim z tutejszą nauczycielką tańca o imieniu Shelley (też przykuwający uwagę, szczególnie w genialnej scenie przy stole, występ Gemmy Chan). Niektórzy widzowie w tej parze dopatrzyli się ukłonów w stronę Mary Wollstonecraft Shelley z domu Godwin, a konkretnie jej ponadczasowego „Frankensteina”. Victory Project, bo tak się nazywa to alarmujące przedsięwzięcie, przedstawia się jako nową szansę dla całej ludzkości. Początek budowy nowego świata. Gdzie wszyscy są równi... ale niektórzy równiejsi. Niby standard, ale w Victory trudno wypatrzyć takich, dla których byłoby to solą w oku. Dlaczego by miało, skoro najbardziej uprzywilejowany człowiek w tym „państwie w państwie”, niepodzielny władca tego „idyllicznego miejsca”, zaspokaja wszystkie potrzeby swoich „owieczek”? Nikt nie ma powodów do narzekań, dlatego kiedy jedna z żon wyłamuje się z tego układu, nikt nie wątpi, że to jakieś załamanie nerwowe. W każdym razie takie przekonanie najwyraźniej panuje wśród pań, bo mężczyźni w tym świecie przedstawionym niektóre rzeczy muszą trzymać w ścisłej tajemnicy. Taka praca? Tak czy inaczej, gospodynie domowe ze Stepford, tj. z Victory, wiedzą, że ich ukochani pracują nad jakimś superważnym wynalazkiem(?), popierają to w gruncie rzeczy nieznane im przedsięwzięcie i nie widzą potrzeby, by ciągnąć panów za język. Jak to zwykle w antyutopijnych światach bywa, w końcu ktoś zacznie kwestionować tutejsze status quo. Takie trudności już spotykały niebiednego Franka, ale Alice Chambers może być jego największym wyzwaniem. Chyba nie sposób przecenić Florence Pugh w tej soczyście kolorowej fikcyjnej rzeczywistości. W moich oczach ta pani skradła to widowisko, a wspomniana już scena przy stole, w ogóle całe to kameralne przyjęcie, czy jak kto woli kolacja u Chambersów, to jeden z największych popisów aktorskich, jakie miałam przyjemność zobaczyć na ekranie. Nie tylko Florence Pugh, ale największy ciężar - który poniosła bez widocznego wysiłku, wręcz z zadziwiającą lekkością - spoczywał na jej barkach. Co zresztą w „Nie martw się, kochanie” jest bardziej normą niż odstępstwem od reguły. Wszak to Alice oprowadza nas po tej wielce podejrzanej „tęczowej krainie”, która w jakimś stopniu mogła zostać zainspirowana czarodziejką przygodą bodaj najsłynniejszej Alicji, na co wskazywałoby nie tylko imię głównej bohaterki, ale też jej najlepszej przyjaciółki (bezbłędna kreacja Olivii Wilde).

Rok 1984” George'a Orwella po nowemu. Dostosowanie do potrzeb jakiejś części współczesnego społeczeństwa. Alternatywa dla tak zwanego Zgniłego Zachodu. Odpowiedź na faktyczny bądź wyimaginowany matriarchat szerzący się na świecie. Można rzec, powrót do przeszłości. Przed erą Potwora Gender. Perfekcyjne panie domu, idealne żony i matki. Szeroko uśmiechnięte sprzątaczki, praczki, kucharki, babysitterki i namiętne kochanki. Istne maszyny zaprogramowane na dogadzanie swoim robiącym kariery partnerom. Przeszczęśliwe niewolnice? Zależy, kogo zapytać, ale to niewątpliwie jedyny słuszny model rodziny w Victory, pustynnej osadzie tak na oko z lat 50. XX wieku. Postać prowadząca w „Nie martw się, kochanie” Alice Chambers to bohaterka dynamiczna: pokorna, która nagle zacznie się buntować. Wrzód na czterech literach normalnego, czyli uległego społeczeństwa. Praktycznie jednoosobowy ruch oporu, a zatem „wróg publiczny numer jeden”. Tak to już jest nie tylko w fikcyjnych światach. Wywrotowcy to zło wcielone, także w krajach uznawanych za demokratyczne, a cóż dopiero w królestwie Franka. W Victory mamy ustrój autokratyczny, a na samym szczycie tej systemowej piramidy stoi człowiek kreujący się na dobrotliwego wujaszka. Takiego co to chętniej daje, niż odbiera. Umiłowany wódz, który wkrótce straci poparcie Alice Chambers. Co, delikatnie mówiąc, niespecjalnie go zmartwi. Fascynująca próba sił, hipnotyczne starcie dwóch przeciwstawnych biegunów – obywatela i człowieka przy korycie. W prawdziwym świecie nie dawałabym żadnych szans Alice, ale film i literatura nierzadko rządzą się innymi prawami:) W prawdziwym świecie takie osoby traktuje się gazem, paralizatorami, pałkami teleskopowymi czy nawet bronią palną, a jak ktoś przeżyje, to prawie na pewno będzie ciągany po sądach i obrzucany błotem w przestrzeni medialnej. Frank przynajmniej przez jakiś czas poniekąd stosuje tylko tę ostatnią metodę walki z „przebrzydłą nonkonformistką”. Poniekąd, bo jego telewizyjna tuba propagandowa milczy na temat Alice. Wystarczy stara, niedobra poczta pantoflowa. I tak Alice staje się kolejną trędowatą, następnym wyrzutkiem społecznym, którego w tych realiach większość zdaje się szczerze żałować. Każdy stara się jak może, by przemówić jej do rozsądku, wspomóc proces leczenia niby okrutnie pogubionej kochanej członkini ich szaleńczo zintegrowanej społeczności. Zagadkowe halucynacje i koszmary senne, ponure, rozgorączkowane wizje Alice, to zjawisko, którego nie potrafię jednoznacznie ocenić. Z jednej strony miłe dla mojego, zawsze spragnionego takich (skromne upiorki, powiedzmy mroczniejsze wstawki od ekipy „Nie martw się, kochanie”) dekoracji, oka. Z drugiej, niezmiennie wytrącało mnie to z rytmu narzucanego przez ową nieodkrywczej, ale całkiem angażującą mnie przypowieści o potencjalnie zamordystycznym, rzecz jasna nieistniejącym w rzeczywistości (a przynajmniej nie w dokładnie takim kształcie) kawałku amerykańskiej ziemi. Nieefekciarski, a w każdym razie nieprzesadnie, powiedziałabym wręcz, że dość kameralny, zachęcający do ważkich refleksji thriller psychologiczny UWAGA SPOILER, myślę, że też thriller science fiction KONIEC SPOILERA, z charakterną ścieżką dźwiękową skomponowaną przez Johna Powella, uroczymi (słonecznie, kolorowo), ale i na swój sposób złowrogimi zdjęciami, powstałymi pod kierownictwem Matthew Libatique i zgrabnym montażem Affonso Gonçalvesa. Nieśpiesznie prowadzona, umiarkowanie emocjonująca, doskonale obsadzona gehenna wybitnie charyzmatycznej postaci. W każdym razie mnie ta pani wprost omotała:)

Nie martw się, kochanie” w reżyserii Olivii Wilde, mniej więcej dwugodzinna hollywoodzka produkcja o nowym Stepford, w moich oczach broniła się głównie czołową postacią. Już dla samej tej aktorskiej kreacji warto było ów zaskakująco minimalistyczny (przyjemna niespodzianka mnie tutaj spotkała) thriller „wziąć na ząb”. Szalenie intensywny występ w takiej sobie historyjce. Wciągnęła, ale mogła bardziej. Uważam, że można było wycisnąć z tego trochę (dużo?) więcej. Potrzymać w większym napięciu i może zajechać w inną uliczkę, wybrać inny punkt docelowy dla spragnionej odpowiedzi publiczności. W każdym razie nie jestem do końca przekonana do tego „ściśle tajnego” pomysłu, co nie znaczy, że nie przekona i Was. Tak czy inaczej, nieśmiało zachęcam do seansu.

poniedziałek, 9 stycznia 2023

Andrzej Wardziak „Słoneczny”

 

Sławomir Szatkowski, czterdziestoletni rozwodnik zawodowo zajmujący się programowaniem komputerowym, wczesnym rankiem wsiada do pociągu na stacji w Warszawie, który ma zawieźć go do Pragi, gdzie mieszka jego schorowany ojciec. Kiedy maszyna rusza mężczyzna nawiązuje kontakt wzrokowy z upiornie uśmiechniętą kobietą za szybą, wyglądającą jakby posiadła jakąś tajemną wiedzę mającą bezpośredni związek z nim. Początkowo podróż przebiega bez zakłóceń, ale Sławek nie może wyzbyć się złych przeczuć, niejasnego wrażenia, że ta przejażdżka Polskimi Kolejami Państwowymi, wbrew pozorom, odbiega od poprzednich. Instynkt go nie myli, ale nawet w najśmielszych, najbardziej makabrycznych snach, Sławek nie doświadczył tego, co czeka na niego w tym przeklętym pociągu donikąd.

Niedługa powieść grozy mieszkającego w Warszawie Andrzeja Wardziaka, autora „Siódmej duszy”, „Przedwiecznego zewu”, „Infekcji: Genesis” i jej kontynuacji „Infekcji: Exodusu”, z wykształcenia tłumacza języka angielskiego oraz scenopisarza, miłośnika ciężkich muzycznych brzmień i tatuażu oraz pieszych wycieczek po górach i lasach. Horror psychologiczny w gęstym oniryczno-surrealistycznym sosie pierwotnie wydany w 2022 roku pt. „Słoneczny” i z prestiżowym znaczkiem wydawnictwa Vesper. Edycja w twardej oprawie przepysznie „pomalowanej” przez Krzysztofa Wrońskiego i zilustrowanej przez Jana Wojciechowskiego: czarno-białe grafiki doskonale korespondujące z klimatem panującym w tym mocno niepewnym świecie przedstawionym przez całkiem doświadczonego polskiego pisarza.

Antyreklama PKP:) Niewesołe miasteczko na szynach. Rozpędzona blaszana bestia bezlitośnie połykająca okrutnie pogubione dusze. Pociąg upiorów Andrzeja Wardziaka, którego „gościem honorowym” jest samotny mężczyzna z Warszawy. Zalękniony czterdziestoletni chłopczyk, człowiek słusznej postury boleśnie świadom zagrożeń czyhających w zasadzie za każdym rogiem. Trwożliwie skanujący wzrokiem przestrzeń wokół siebie, szalenie klaustrofobiczny światek, w którym utknął już jakiś czas temu. Czarna klatka Sławomira Szatkowskiego, więźnia niekonieczne jedynie własnego umysłu. Poznajemy go na warszawskiej stacji kolejowej wczesnym rankiem, czy jak kto woli późną nocą, dość niecierpliwie czekającego na transport do stolicy Czech, gdzie mieszka jego ojciec, który ostatnio mocno podupadł na zdrowiu. Sławek chce odwiedzić być może umierającego staruszka, zobaczyć się z nim, zanim zrobi się za późno. Dobra – i jakże zaskakująca – wiadomość jest taka, że ta kolejowa podróż rozwiedzionego programisty rozpoczyna się zgodnie z rozkładem, że pociąg dociera na stację niespóźniony. A zła jest taka, że w ogóle przyjechał, o czym Sławek przekona się już wkrótce. Histerycznie śmiejąca się kobieta, na którą zwraca uwagę tuż po zajęciu przedziału, nieznajoma za oknem w pewnym momencie też przewiercająca go spojrzeniem, szalonym spojrzeniem, to pierwszy głośniejszy dzwonek alarmowy, swoiste potwierdzenie złych przeczuć nieprofesjonalnego przewodnika po świecie przedstawionym w „Słonecznym” Andrzeja Wardziaka. Na twardsze dowody świadczące przeciwko tej ociężałej maszynie z lubością konsumującej parujące resztki ludzkich dusz, przyjdzie nam trochę poczekać. Twardsze od atmosfery zalegającej w tym ruchomym, przygniatająco ciasnym miejscu i od przelotnych emocji wątpliwego bohatera książki. W sumie sympatycznego gościa, obdarzonego dość cierpkim, kąśliwym poczuciem humoru, co szczerze mówiąc najmocniej przyciągało mnie do tej postaci (ironia i sarkazm u mnie zawsze w cenie), mężczyzny najwyraźniej nieidącego gładko przez życie, bynajmniej szczęśliwego wybrańca Opatrzności. Niekończąca się udręka na jawie i we śnie. Koszmarne sceny uparcie przewijające się w jego głowie, wspomnienia stopione z przerażającymi, fikcyjnymi produktami umęczonego umysłu. Okropna prawda pod też nieróżowymi zwałami fantastycznych imaginacji. Wymioty podświadomości, kwas siarkowy dla świadomości, niebłaganie wyżerający sferę wewnętrzną, siejący spustoszenie w godnej pożałowania(?) „szarej głowie”. Zwykły zjadacz chleba, który szybko się usamodzielnił. Przez jakiś czas całkiem nieźle mu się układało, zarówno na gruncie prywatnym, jak i zawodowym. Znalazł swoją drugą połówkę i powoli piął się po szczeblach kariery w branży informatycznej. W każdym razie nie miał wielu powodów do narzekań. Nie to, co teraz. Teraz doskwiera mu samotność, teraz walczy z pokusą sięgnięcia po kieliszek, nałogiem, który mógł przyczynić się do rozpadu jego małżeństwa, jednocześnie z coraz mniejszą skutecznością opędzając się od innych wewnętrznych demonów. Niegotowy na konfrontację, która w tym feralnym pociągu zbliża się wyjątkowo wielgachnymi krokami. Koniec uciekania, nadszedł czas rozliczeń, wybiła godzina duchów niesłynących z okazywania litości takim jednostkom jak Sławomir Szatkowski. Ofiarom podstępnego losu? Biednym pechowcom, którzy kiedyś znaleźli się w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie? Dobrym ludziom, którym powinęła się noga? A może sadystom, którzy posunęli się stanowczo za daleko? Przekroczyli magiczną granicę, tym samym skazując swoją nieśmiertelną duszę na wieczną mękę? Tak czy inaczej, pan Wardziak w swoim niesłonecznym „Słonecznym” nie tyle wprowadza, ile bezpardonowo - nie ma zmiłuj! - wrzuca czytelnika w Strefę Mroku. W przeraźliwie obcą, niesamowicie płynną nierzeczywistość, w anormalnie miękkie ramy gdzieś poza czasem i przestrzenią. W otchłań, którą długoletni miłośnicy gatunku pewnie nieraz już odwiedzili – niezbyt odkrywcza i w dodatku mocno przewidywalna to opowieść – ale taka aura zdarza się praktycznie raz na milion;) Obsesyjna dbałość o klimat, maksymalne skupienie na otoczce, szalenie lepkiej, hipnotycznie mrocznej dusicielce. Pełzająca groza w pociągu widmo.

(źródło: https://pl-pl.facebook.com/infekcja/)

Droga krzyżowa Sławomira Szatkowskiego. Dwanaście stacji i mniej czy bardziej upragniony peron. Mniej czy bardziej zasłużona gehenna nic nierozumiejącego warszawiaka. Zapętlonego, wydrążonego, zdesperowanego niemałego człeka „w szarym płaszczu”. Niejedynego pasażera niezwykłego pociągu. Enigmatyczna kobieta w czerni, dresiarze z morderczymi błyskami w oczach i bezdomny z niemożliwie zagraconego przedziału, to najmocniej rzucający się w oczy współpasażerowie muzykalnego Sławka (w jego głowie raz po raz odzywają się całkiem adekwatne do sytuacji w jakiej się akurat znajduje fragmenty piosenek, a utworem przewodnim jest „Rzuć to wszystko co złe” Zbigniewa Wodeckiego). Personel to już bardziej... hmm... skomplikowana sprawa. Największe obawy w naszym udręczonym programiście wzbudza rachityczny Konduktor. Wysoki, szczupły, blady staruszek, który w pewnym momencie (przesadnie efekciarskim jak dla mnie) przypomniał mi Pennywise'a Stephena Kinga, potworną istotę nawiedzającą fikcyjne miasteczko Derry w stanie Maine. Tak, zdecydowanie najbardziej śliski jegomość w tym, bądź co bądź, mocno podejrzanym towarzystwie. Opryskliwe dziewczę z wagonu restauracyjnego i jej alarmująco serdeczny przełożony też wydają się być postaciami z innej bajki, aniżeli pierwszy napotkany przez Sławka konduktor (człowiek-góra), czy nawet niedziwnie obojętny, w zasadzie lekko rozbawiony maszynista. Niezbyt grzeczne zignorowanie uprzejmego donosu. Odpowiednia reakcja słusznie zaniepokojonego - w tym przypadku wręcz spanikowanego (fobia) – obywatela, który zderza się ze ścianą. Postoimy, a w razie gdyby doszło do jakiejś tragedii, to powiemy, że nijak nie mogliśmy temu zapobiec. Zasłonimy się brakiem sygnałów. Najwyżej będzie słowo jednego szaraczka przeciwko tak zwanej machinie państwowej. Zresztą, powiedzcie sami, czy potraktowalibyście poważnie nieskładną opowieść klienta z rozbieganym spojrzeniem, roztrzęsionego typka bredzącego coś o wilku lub psie samopas spacerującym po pociągu, w którym na dodatek, jak dobrze wiecie (bo tak stoi w papierach!), tym razem żadnych zwierząt nie przewozimy? Samemu Sławkowi trudno w to uwierzyć, a raczej wytrwać w pełnej ufności w świadectwo praktycznie wszystkich swoich zmysłów. Typowe rozterki mieszkańca horroru – obawa przed chorobą psychiczną idąca w parze z uzasadnionym strachem przed nieznanym. Sytuacja nie do pozazdroszczenia. Dwie skrajnie niekomfortowe opcje na niewiarygodnie wzburzonym morzu. Karnawał terroru, depresyjna symfonia, bezkompromisowa sztuka w kilkunastu aktach. Diabelnie klaustrofobiczna przeprawa w nieprzepuszczalnych, wybitnie gęstych oparach paranoi i mistycyzmu. Demoniczna Nibylandia z podstarzałem Czarnym Piotrusiem Panem i uparcie milczącym Dzwoneczkiem, eteryczną dziewczynką prześladującą i tak już nielicho zaszczutego Sławka. Z obszarpanym, brzydko pachnącym Wergiliuszem i Królową Śniegu, dystyngowaną damą w żałobnym stroju, być może czekającą na swojego rycerza w lśniącej zbroi, który rozgromi małą hordę ogrów w dresach. Z podejrzanie miłym Barmanem ze Stepford oraz oburzająco nieuprzejmą kelnerką i kucharką, jedną z przybranych sióstr niestety nieobecnego Kopciuszka. Egzystencjalna baśń w trzewiach smoka. Psychologiczna opowieść szczodrze pokropiona mroczną fantastyką. Pożądanie wycieńczająca, niepatyczkująca się z czytelnikiem, umiarkowanie makabryczna, praktycznie odarta z nadziei, tragiczna opowieść po części w pewnym sensie z twardych realiów wydarta. Życiowa historia starannie udekorowana stosownie nieprzyjemnymi owocami wyobraźni. Imponująca żonglerka napięciem, mistrzowskie granie samym klimatem, nie mówiąc już o większych, dosadniejszych atrakcjach przygotowanych przez Andrzeja Wardziaka. Może i podpatrzonych w innych opowieściach z dreszczykiem, ale też nie mam wątpliwości, że nawet spośród najuporczywszych poszukiwaczy fabularnych innowacji wyłowi „Słoneczny” swoich smakoszy. Cząstka duszy (tylko cząstka?) pana Wardziaka jakimś, raczej niemagicznym, sposobem przyczepiła się do tej publikacji. Rozbrajająco wrażliwa dobranocka ze Strefy Mroku.

Wsiądź do pociągu nie byle jakiego, trzymając w dłoni scyzoryk naostrzony. Wskocz do szatańskiego pociągu Andrzeja Wardziaka, gdzie o Twój dyskomfort zadba zarówno wykwalifikowany personel, jak i inni pasażerowie. Pod czujnym okiem niewidzialnego architekta tego niezwykłego środka transportu. Nieszalonego wynalazcy szalonej maszyny kolejowej. Porzućcie wszelką nadzieję Wy, którzy tu wchodzicie. I bawcie się dobrze z tym niemiłosiernie mrocznym „Słonecznym”. Powieściowym nadnaturalnym horrorem psychologicznym, który ma sporą szansę zaspokoić potrzeby nawet najbardziej wymagających wielbicieli gatunku. Największych koneserów opowieści niesamowitych. Dobra robota, Panie Wardziak.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

sobota, 7 stycznia 2023

Tomasz Tomaszewski „Złe miejsce”

 

Sebastian i Weronika Borowscy, małżeństwo z problemami spod Krakowa, wynajmują dom wakacyjny w chorwackiej wiosce Vielki Godinji. Pobyt w tym bezludnym zakątku, w liczącej sobie przeszło sto osiemdziesiąt lat kamiennej willi z basenem, sąsiadującej ze skupiskiem zrujnowanych budynków, w teorii ma im pomóc w odbudowaniu związku i początkowo faktycznie wszystko wydaje się iść ku lepszemu. Sebastian z radością odnotowuje, że zmiana scenerii służy jego małżonce, a i ich jedenastoletnia córka Julia z łatwością aklimatyzuje się w tym malowniczym miejscu. Sielanka nie trwa jednak długo, a przynajmniej nie z perspektywy Sebastiana, jak wszystko na to wskazuje, jedynej osoby w tym wąskim gronie świadkującej trudnym do wyjaśnienia, niepokojącym zjawiskom. Niewiarygodna historia nastoletniej autostopowiczki, przestroga przed podobno przeklętą osadą skierowana do Borowskiego, wbrew wszelkiej logice, znajduje potwierdzenie w osobistych obserwacjach coraz bardziej spanikowanego mężczyzny, który bynajmniej nie znajduje wsparcia u swojej najwyraźniej kompletnie nieświadomej zagrożenia małżonki.

Pierwsza opublikowana (druga napisana) powieść Tomasza Tomaszewskiego, urodzonego w Nowym Sączu absolwenta Akademii Ekonomicznej w Krakowie, menedżera sprzedaży w firmie ubezpieczeniowej, od dzieciństwa namiętnego czytelnika, najchętniej celującego w literaturę grozy. Premierową edycję „Złego miejsca”, przewrotnego horroru o potencjalnie nawiedzonej przez duchy czy jakieś inne nadnaturalne istoty opuszczonej osadzie w Chorwacji, przygotowało wydawnictwo Novae Res na rok 2022 w miękkiej okładce zaprojektowanej przez Grzegorza Araszewskiego, a na pierwszy kwartał roku 2023 Wydawnictwo Phantom Books zaplanowało wpuszczenie na polski rynek kolejnej powieści zdolnego Tomaszewskiego, która ma nosić tytuł „Przysługa”. Autor „Złego miejsca”, zapalony podróżnik, na główne miejsce akcji swojej w gruncie rzeczy fikcyjnej opowieści z dreszczykiem wybrał autentyczny kawałek chorwackiej ziemi, który jednak, jak zaznaczył w posłowiu rzeczonej publikacji, w rzeczywistości jest bardziej przyjazny śmiertelnikom.

Niepospolita ghost story z domieszką gore. Niestandardowa forma i zaskakująca treść. Trzy segmenty – plus prolog i epilog – w pewnym sensie na podstawie jednego scenariusza. Parę lipcowych dni z trzech perspektyw (narracja trzecioosobowa): Sebastiana Borowskiego właściciela wyśmienicie prosperującej firmy zajmującej się dystrybucją i montażem oświetlenia ledowego na terenie Europy, jego małżonki Weroniki, wykładającej zasady rządzące światem polityki na Uniwersytecie Jagiellońskim oraz Borjany Jakovic zarządczyni Villi Jakovic, wakacyjnej nader niepewnej przystani w Vielkim Godinji. Przytulna nieruchomość z kamienia jest jedynym nadającym się do zamieszkania obiektem w tej porzuconej chorwackiej osadzie. Stojąca w pobliżu okrutnie zaniedbanych, niemal do szczętu zrujnowanych budynków, willa z basenem przeznaczona na wynajem dla urlopowiczów z różnych stron świata. Najnowszymi nieszczęśliwymi „zdobywcami” tego chwilowego lokum są państwo Borowscy, mieszkające gdzieś pod Krakowem zamożne małżeństwo w kryzysie, czterdziestodwuletni Sebastian i trzydziestodziewięcioletnia Weronika. Wspaniale zapowiadające się zagraniczne rodzinne wakacje – zabierają ze sobą swoje jedyne dziecko, uroczą jedenastoletnią dziewczynkę imieniem Julia – które, jak to w horrorze, okrutnie zawiodą ich oczekiwania. Oczekiwania mężczyzny, który trochę wbrew regułom gatunkowym (twardsza, ale oczywiście niejedyna konwencja), jako pierwszy zwietrzy niebezpieczeństwo. Intuicja, której nie powstydziłaby się modelowa final girl? Nie, to raczej efekt starań jakiejś mrocznej obecności. Uporczywe nękanie przez możliwe że niejedną istotę z zaświatów w osadzie widmo. Pechowym azylu, przed którym przestrzegała małoletnia mieszkanka okolicznej miejscowości. Zdecydowanie zbyt młoda na samotne podróże z obcymi ludźmi, dziewczynka, którą drugiego dnia pobytu w Vielkim Godinji, Sebastian zabrał z pobocza rzadko uczęszczanej drogi. Za podwózkę młodziutka Chorwatka odwdzięczyła mu się niewiarygodną opowieścią o miejscu, w którym dumnie stoi wymarzona letnia kwatera Borowskich. Kult Beliala i inne nietypowe zdarzenia, do których jakoby doszło w tej wiosce w dość odległej przeszłości. Rzecz jasna, przedsiębiorca z Polski, nie wierzy swojej małej pasażerce. Wybujała wyobraźnia, może nawet objaw jakiejś choroby psychicznej. Albo czysta złośliwość, jak widać, niemającego należytej opieki dzieciaka, który z sobie tylko znanego powodu postanowił nastraszyć turystę, jak by nie patrzeć, robiącego mu uprzejmość. Pewnie wydawało się jej, że ma przed sobą pierwszego lepszego naiwniaka. W takim wypadku ta dziwna dziewczyneczka trafiła pod niewłaściwy adres. Sebastian jest twardo stąpającym po ziemi, poważnym człowiekiem sukcesu... który niedługo zmieni swoje nastawienie do sfery nadprzyrodzonej. Diametralna zmiana poglądów, wymuszona irracjonalnymi zjawiskami, które równie dobrze mogą świadczyć o drastycznym pogorszeniu jego stanu zdrowotnego. Omamy wzrokowe i słuchowe? A wśród nich pełne napięcia nocne zmagania z potencjalnym intruzem, niewidzialnym, ale doskonale słyszalnym wyłącznie przez Sebastiana natrętem; agresywnie wytrącające ze strefy komfortu, upiorne incydenty z obrazami w Villi Jakovic oraz nienaturalne, przeczące twardym prawom fizyki, pożądanie nieprzyjemne, nazwijmy to, komplikacje terytorialne (Witamy w Strefie Mroku!). I wreszcie dwudziestoletnia femme fatale(?), urodziwa Chorwatka kusząca swoimi wdziękami zdezorientowanego Sebastiana. Niebezpieczne żądze świadomie obudzone przez enigmatyczną dużo młodszą istotę, która pojawia się i znika, jakby rozpływa w powietrzu. Alarmujące jest już pierwsze spotkanie z tą śmiałą, żeby nie powiedzieć bezczelną, niewiastą. Rodzinny wypad na przepiękną, kameralną, nieobleganą przez amatorów słońca plażę, w który bezpardonowo wcina się ta tajemnicza naguska. Dosłownie pod nosem zastanawiająco obojętnej (niewidzącej?) żony, daje obcemu mężczyźnie jakże miły dla jego oka, zabarwiony erotycznie pokaz. A to tylko nieśmiały wstęp do seksualnych igraszek na tytułowym odludziu. Pikanteria jak choćby u Grahama Mastertona – dokładny wgląd w intymną sferę niektórych obywateli tego naprawdę mrocznego świata przedstawionego.

(źródło: https://pl-pl.facebook.com/people/Tomasz-Tomaszewski-strona-autorska/100084123855553/)
Przetasowanie wyświechtanej gatunkowej talii. Frapująca zabawa konwencją, zręczne pogrywanie na oczekiwaniach czytelników mających jakieś, choćby minimalne, rozeznanie w przepastnej, nieskończenie długiej gardzieli horroru. Zaczyna się jak klasyczna ghost story, którą wyraźnie ciągnie w stronę folk horroru. W każdym razie miałam przeczucia graniczące z pewnością, że Tomasz Tomaszewski właśnie w tych ramach w końcu twardo osadzi swoją opowieść o dręczycielach z zaświatów. Zemsta upadłych. Nieważne co, ważne jak – dla mnie „Złe miejsce” jest kolejnym dowodem na to, że nawet z najbardziej ogranych motywów można ulepić nietuzinkowe fabularne pałacyki. Wyróżniające się zamki ze stosownie odrażającego piasku. W każdym razie do takiego finału może zmierzać ta niezaplanowana wakacyjna przygoda. Miało być tak pięknie, a wyszło... nie jest zwykle. Sebastian i Weronika Borowscy przeżyli już wiele wzlotów i zapewne jeszcze więcej upadków, ale takiego koszmaru, jaki czeka na nich w słonecznej Chorwacji z całą pewnością nie zaliczyli nigdy. Upalne lato z duchami. Niezamierzone zaostrzenie małżeńskiego kryzysu w zwodniczo zachwycającej scenerii. Sebastian niewątpliwie zgoła inaczej zapatrywał się na ten lipcowy urlop. Wierzył, że dziesięciodniowy pobyt w wynajętej Villi Jakovic, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, naprawi jego stosunki z żoną. Weronika też tego chce, ale zdaniem Sebastiana mogłaby się bardziej postarać. On dwoi się i troi, by uratować ten długoletni związek, ale z jej strony nie widać podobnego zaangażowania. Punkt widzenia zależy od punku siedzenia - co swoją drogą autor „Złego miejsca” dobitnie unaoczni - a zatem w oczach Weroniki ta sytuacja może przedstawiać się zupełnie odwrotnie. W końcu to jego zachowanie jest, delikatnie mówiąc, problematyczne. Nadużywa alkoholu, uparcie wyrywa ze snu swoją małżonkę i opowiada jakieś niestworzone historie. Poza tym ugania się za spódniczką, ale o tym Weronika może nie wiedzieć. O wakacyjnym romansie swojego „psychicznego” mężulka. Tak, Borowska nawet nie stara się ukryć, że ma go za osobę niespełna rozumu. I chyba nie zamierza wywiązać się z tej części przysięgi małżeńskiej, która mówi o zdrowiu i chorobie. Rzekomo wariackie poczynania męża już prędzej są dla niej kolejnym, może nawet ostatecznym, powodem do wykaraskania się z tego niesatysfakcjonującego związku. Kropla, która niechybnie przeleje czarę goryczy, o ile niezwyczajni stalkerzy Sebastiana nie wciągną też Weroniki w swój nieskromny proceder. Akcja straszenia turystów. Tutejszych pewnie też by nie oszczędzili, gdyby ci mieli w zwyczaju zapuszczać się w tę diabelską okolicę. Dobrze, są tacy odważni(?), ale na przenocowanie w tej osamotnionej nieruchomości chyba żaden z okolicznych mieszkańców by się nie zdecydował. Za żadne skarby świata lokalsi nie spędziliby nocy w tym nawiedzonym domiszczu? Przejażdżka z młodą autostopowiczką dość głośno przemawia za tą teorią. Coś mi mówiło, że Sebastian powinien zaufać swojej przygodnej, jednorazowej pasażerce. Nie coś, tylko inne opowieści grozy z mniej czy bardziej uczciwymi wieszczami rychłych nieszczęść. Przestrogi w tym gatunku trzeba traktować śmiertelnie poważnie, ale w rzeczywistości takie rzeczy częściej puszcza się mimo uszu. Wkłada między bajki, co też czyni wątpliwy bohater tego literackiego przedsięwzięcia. Gdyby tylko wiedział, że żyje na kartach, bądź co bądź, nieklasycznego horroru, gdyby miał tę świadomość... pewnie i tak nie uniknąłby arcypoważnych kłopotów;) Wydawać by się mogło, że trzykrotne przeprowadzenie czytelnika przez poniekąd tę samą trasę prędzej czy później doprowadzi do kolizji. Ryzykowny zabieg, z którego Tomaszewski moim zdaniem wyszedł całkowicie obronną ręką. Spektakularne przewrotki, zdumiewająco nienużące powtarzanie materiału - a piać od nowa, tyle że innym głosem, własnymi słowami, ze „swojego niekoniecznie wygodniejszego fotela” - swego rodzaju pętla czasu, w którą z niesamowitą siłą, zręcznością urodzonego prestidigitatora wciągnął mnie ten przebiegły debiutant. Wschodząca gwiazda polskiej sceny literackiej, niemały spryciarz, który – i myślę, że to jest w „Złym miejscu” najwspanialsze – nie tyle wprowadza soczyście świeżutkie motywy w wiadome gatunkowe ramy, ile przekształca je twórczo. Przetwarza, reinterpretuje, czyta po swojemu. Językowi puryści mogą nie być zadowoleni z szyku co poniektórych zdań (niektóre słowa „pewno” przydałoby się poprzestawiać), ale moim skromnym zdaniem, takiego zasobu słów, tak solidnego (nie po łebkach) warsztatu, mógłby początkującemu Tomaszowi Tomaszewskiemu pozazdrościć niejeden doświadczony, obsypany nagrodami pisarz i, żeby nie było, niejedna pisarka. Uwaga z marginesu: w posłowiu autor „Złego miejsca” pisze, że „przyszła tak zwana pandemia, politycy zwariowali”. Może się czepiam, ale to oni nie zwariowali już wcześniej? Tak tylko pytam, nie stwierdzam, bo naprawdę nie wiem.

Bombowy debiut na polskiej scenie epickiej! Pierwsza wydana powieść Tomasza Tomaszewskiego, widać, że częstego bywalca w najmroczniejszym gatunkowym barze. Człowieka rozeznanego w szeroko pojętym horrorze. Dar od fana nie tylko dla fanów. Szkaradne „Złe miejsce”, które warto było odwiedzić. Och, jak warto! Magiczna kraina ektoplazmą i krwią płynąca. Seks, przemoc i duchy. Dzikie żądze w wymarłej osadzie, okrutne zabawy na przeklętej ziemi, perwersyjne gierki możliwe, że chorobliwie splątanego umysłu. Strach, desperacja, agresja w ciężkiej mgle nie z tego świata. Przepysznie ponura, umiarkowanie makabryczna, depresyjna, uzależniająca, zaskakująca, po prostu rewelacyjna wakacyjna przygoda dla amatorów dosłownie zabójczych wrażeń, czyli dla prawdziwych hardcorowców:)

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

czwartek, 5 stycznia 2023

„The Inhabitant” (2022)

 

Siedemnastoletnia Tara jest potomkinią Lizzie Borden oskarżonej za zabójstwo przy użyciu siekiery swojego ojca i macochy w 1892 roku w Fall River w stanie Massachusetts. Dziewczynę od jakiegoś czasu dręczą koszmary senne, które bardzo martwią jej rodziców, Emily i Bena, mających na uwadze także bezpieczeństwo swoich dwóch młodszych dzieci, kilkuletniego Caleba i kilkumiesięcznego Jacka. Siostra Emily, Diane, w okresie nastoletnim dopuściła się straszliwej zbrodni i odtąd nieprzerwanie przebywa w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym. Rodzice Tary mają powody przypuszczać, że ta sama choroba czy klątwa rodziny Borden, dopadła ich pierworodne dziecko, co może być śmiertelnie niebezpieczne przede wszystkim dla innych, nie wyłączając najbliższych Tary.

Wariacja na temat autentycznej krwawej historii z Nowej Anglii. Głośnej sprawy Lizzie Andrew Borden, postawionej w stan oskarżenia i uznanej za niewinną podwójnego brutalnego zabójstwa dokonanego w biały dzień w jej rodzinnym domu w ostatniej dekadzie XIX wieku. Scenariusz amerykańskiego horroru „The Inhabitant” był gotowy już w 2015 roku (wtedy jeszcze nosił tytuł „Blood Relative”). Jego autor, Kevin Bachar, konstruował tę opowieść z myślą o czymś łatwym do wyprodukowania, niewymagającym ogromnych nakładów pieniężnych, zdążył bowiem zauważyć, że potrzebujące większego finansowania skrypty szerzej nieznanych scenarzystów – takich jak on – niezmiernie rzadko są realizowane. Nabrał też przekonania, że jednym z najskuteczniejszych wabików na producentów są horrory i thrillery z twistami. Gotowy scenariusz Bachar zamieścił na stronie Black List, gdzie został wyróżniony (polecany tekst) i tym sposobem wkrótce zyskał menadżera. Zielone światło projekt dostał w 2019 roku, a na krześle reżyserskim „posadzono” Jerrena Laudera, który swoim pierwszym pełnometrażowym obrazem „pochwalił się” w 2020 roku: horror „Stay Out of the F**king Attic”. Wpuszczony bezpośrednio do strefy VOD, w październiku 2022 roku, „The Inhabitant” to drugie dłuższe (nakręcił też parę shortów) reżyserskie osiągnięcie Jerrena Laudera.

Połączenie horroru psychologicznego, horroru nadnaturalnego i slashera z Odessą A'zion w roli głównej, którą fani kina grozy mogli widzieć choćby w głośniejszej produkcji z 2022 roku, horrorze pt. „Hellraiser” w reżyserii Davida Brucknera, reboocie i zarazem readaptacji „The Hellbound Heart” (pol. „Powrót z piekła”) minipowieści Clive'a Barkera po raz pierwszy przeniesionej na ekran w 1987 roku przez samego autora oryginału – początek jednej z najpopularniejszych filmowych serii w tym gatunku. „The Inhabitant” Jerrena Laudera to całkowicie fikcyjna opowiastka poniekąd wzniesiona na autentycznym fundamencie. Owoce wyobraźni Kevina Bachara rozmyślającego o Lizzie Borden. Kryminalna sprawa sprzed wieków, która w pewnym sensie weszła do amerykańskiego folkloru. „Popkulturowa maskotka”, jak się wydaje niewyczerpane źródło inspiracji nie tylko dla ludzi z branży filmowej. Makabra w miejscowości Fall River w stanie Massachusetts. Jedna z porażek amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości i organów ścigania. Zarzuty przedstawiono Lizzie Borden, córce i pasierbicy dwóch ofiar tego bestialstwa w biały dzień, ale ostatecznie kobieta została uniewinniona. Jednak nie w oczach dużej części opinii publicznej- ówczesnego, ale i obecnego nie tylko amerykańskiego społeczeństwa. W świecie przedstawionym w „The Inhabitant” Lizzie Borden (przyzwoita kreacja Hartleigh Buwick) jest albo groźnych duchem nękającym, popychającym do zbrodni, jak się wydaje, wybrane kobiety ze swojego rodu, albo imaginacją chorych umysłów. Ben i Emily (niezgorszy występ Dermota Mulroneya i całkiem widowiskowy wkład Leslie Bibb) od jakiegoś czasu bacznie przyglądają się swojej najstarszej latorośli, siedemnastoletniej Tarze (taka sobie Odessa A'zion). Ich obawy budzą koszmary senne dziewczyny, które jak doskonale wiedzą, w zbliżonym wieku nawiedzały też jej ciotkę imieniem Diane (w sumie kobieta najprawdopodobniej nadal zmaga się z tym problemem), od wielu lat przebywającą w zakładzie psychiatrycznym. Tara, tak samo jak jej niedobrotliwa cioteczka, niekoniecznie tylko w krainie marzeń sennych, widuje swoją diaboliczną antenatkę, ale początkowo nie przywiązuje do tego takiej wagi, jak jej rodzice. Wręcz przeciwnie: oburzają ją te wszystkie sugestie, że z jej psychiką jest coś mocno nie tak. Dziewczyna chyba uważa, że jeśli już ktoś w tym domu potrzebuje pomocy specjalisty, to jej staruszkowie, którzy najwyraźniej przedawkowali fantastyczne historyki o przekleństwie rodu Borden. Wiara w najprawdziwszą klątwę czy po prostu pomni zwiększonego ryzyka dziedziczenia poważnej choroby psychicznej? Osobowość schizoidalna, choroba afektywna dwubiegunowa albo opętanie przez agresywnego ducha. Damę z siekierą, która hipotetycznie tak rozsmakowała się w zbrodni, że pani z kosą nie była w stanie powstrzymać ją przed dalszym przelewaniem krwi. Innymi słowy, w tej rzeczywistości podwójne zabójstwo w 1892 roku w Fall River mogło zapoczątkować niemożliwie długą makabryczną działalność niewiasty w bieli. Twórcy „The Inhabitant” w zasadzie od samego początku przekonują widzów, że w miasteczku, w którym osiadła najbardziej interesująca nas pięcioosobowa rodzina, grasuje jakaś mordercza jednostka w staroświeckiej białej sukni. Akcja toczy się w okolicach Halloween – moja ulubiona jesienna aura, której jednakże architekci „The Inhabitant”, uważam, nie wykorzystali w należytym stopniu; niedostatecznie mgliste ujęcia dzienne – a pierwszy trup pada już w prologu. Tajemnicza postać przeprowadza śmiertelny w skutkach atak w innych kręgach rodzinnych, które w nieodległej przeszłości boleśnie zderzyły się czołową familią. Jakaś śmierdząca sprawa, w którą nie został wtajemniczony ojciec Tary. Sekret matki i córki, w gruncie rzeczy niebędących w zażyłych stosunkach. Podobnie sytuacja przedstawia się na linii córka-ojciec. Emily i Ben próbują nawiązać jakąś nić porozumienia ze zbuntowaną(?) nastolatką, ale dziewczynie trudno otworzyć się przed ludźmi, którzy w jakimś stopniu przyrównują ją do morderczej ciotki. Chcą pomóc Tarze, ale nasza (anty)bohaterka prędzej odbiera to jako niezasłużony, wręcz haniebny skok na jej szczęście. Bo jej życie nareszcie zaczęło się układać. Ostatnimi czasy Tara jest cała w skowronkach, choć pewnie samopoczucie dziewczyny byłoby jeszcze lepsze, gdyby jej chłopak nie wybierał się na tak odległą uczelnię.

Nieinwazyjny niezgrabiasz z terytorium horroru, tak pozwolę sobie określić „The Inhabitant w reżyserii Jerrena Laudera. Według mnie większą niezręcznością wykazuje się na płaszczyźnie technicznej aniżeli fabularnej, choć to raczej nie jest wybitnie mocarna opowieść z dreszczykiem. W wielbicielach gatunku żywszych emocji prawdopodobnie nie rozbudzi, ale może się sprawdzić jako jednorazowy środek nudobójczy. Wypełniacz wolnego czasu, niegroźne (ugrzecznione) patrzydełko, które zapewne nie ostanie się w pamięci. Jednym uchem wpadnie, by drugim szybciutko wylecieć. Tradycyjna przekąska z horrorowej kuchni. Niestarannie posklejane, zmontowane, okraszone nieco drażniącymi mnie melodiami, niewystarczająco klimatyczne i ogólnie pachnące taniością „strachajło”. Mówią, że to niskobudżetowy produkt – co dla mnie nie jest żadnym usprawiedliwieniem, ponieważ zdążyłam się już przekonać, że w tym gatunku większe nakłady finansowe częściej szkodzą niż służą – jednakże znalazłam też informację, że budżet oszacowano na siedemnaście milionów euro, w co szczerze mówiąc nie chce mi się wierzyć. Tak czy inaczej, „The Inhabitant” niezbyt doświadczonego reżysera, Jerrena Laudera da się zjeść, choć może bez większego apetytu. W każdym razie w moim przypadku właśnie tak to się odbyło – niespecjalnie zainteresowana wydarzeniami na ekranie, ale też niewalcząca z pokusą zarzucenia tej wątpliwej rozrywki. Potencjalna ghost story, z dodatkiem łagodnego slashera (najmocniejsze, aczkolwiek nie wiem, czy to odpowiednie słowo, co na tej drugiej podgatunkowej fali mi pokazano, to skutek uderzenia ostrą stroną siekiery w dłoń nastoletniej dziewczyny; po paluszkach) w słabiutkiej psychologicznej otoczce. Przejrzysta historyjka – no może z jednym wyjątkiem UWAGA SPOILER (aktorski popis w ostatecznej konfrontacji, który w całym tym „zamieszaniu” najbardziej przykuł moją uwagę) KONIEC SPOILERA – niekiedy robiąca „buu!”, ale wyglądało mi na to, że filmowcy bardziej zaangażowali się w zdecydowanie bardziej wymagającą zabawę z widzem. Podskórna groza, pełzający strach chyba pociągał ich bardziej od prymitywnych jumperów, co doceniam, mimo że na mnie zupełnie to nie działało. Ani to, ani „strachy na lachy”, czyli raptowne wskoki (z głośnymi muzycznymi kompanami, rzecz jasna)... W tym miejscu chciałabym jednak wyróżnić zakrwawioną kobietę z nagła pojawiającą się za samochodową szybą. Nie, nie podskoczyłam, ale było blisko;) W pierwszej fazie niecodziennych zmagań licealistki z cichej miejscowości w Nowej Anglii, scenarzysta sięgnął po sprawdzony motyw koszmarów sennych, które z czasem - też standardowo - zaczną nabierać bardziej realnych kształtów, jakby wdzierać się w twardą rzeczywistość siedemnastoletniej Tary. Lepiej jednak nie nastawiać się na smakowity oniryczny klimacik. Jak można się tego spodziewać wiara dziewczyny w swoje zdrowie psychiczne praktycznie ze sceny na scenę będzie słabła. Mało tego, czołowa postać „The Inhabitant”, wyraźnie pomyślana jako niegodna zaufania, niestabilna przewodniczka po tym świecie przedstawionym, zacznie też poważniej traktować śmielsze opowieści o jej rodzie. Nieprzebraną skarbnicą cudacznych(?) teorii o Lizzie Borden i innych paniach z tej bodaj przeklętej rodziny, jest oczywiście Internet. I tak dochodzimy do motywu rodzinnej klątwy, który został połączony z motywem opętania przez jakąś potworną istotę. Nie jakąś, tylko „upiorną Lizzie”, która mogła maczać swoje wstrętne paluchy w poprzedniej wielkiej tragedii w niespokojnych rodzinnych szeregach. Morderczy szał ciotki Diane w istocie mógł być kolejnym morderczym szałem jej od dawna nieżyjącej krewnej. Zakładając, że duch Lizzie krąży po tym nieszczęsnym miasteczku i przypuszczalnie cudzymi rękami zabija najwyraźniej nieprzypadkowych ludzi (w sumie pasowało dorzucić do tego kotła jeszcze „slasherową marchewkę”, czy jak kto woli wątek zagadkowych seryjnych morderstw w małomiasteczkowych realiach), jej głównym celem zdają się być współmieszkańcy Tary. Przynajmniej jej rodzeństwo, ale na tej hipotetycznej liście śmierci poltergeista Lizzie równie dobrze mogą znajdować się też rodzice tych nieszczęsnych dzieciaków. Znaki charakterystyczne tutejszej Lizzie Borden: momentami czarne oczy i biała niemodna już suknia, z epoki, w której żyło to straszliwie pogubione dziewczątko. Na późniejszym odcinku tej nieemocjonującej podróży nawinie się też (nie)skromny seansik spirytystyczny w niepospolitym hotelu. Ktoś może powiedzieć: chora atrakcja turystyczna, ale wyobraźnia twórców „The Inhabitant” absolutnie nie poniosła. Na pewno nie w tym punkcie, jednak o innych aspektach tej rzekomo mrocznej sagi rodzinnej można by podyskutować:)

Wyimaginowana kronika rodu Borden. Fikcyjny ciąg dalszy autentycznej rzezi z XIX wieku. Wielopokoleniowa klątwa, mroczna prześladowczyni lub „gen szaleństwa”. Drugi pełnometrażowy obraz Jerrena Laudera, oparty na scenariuszu Kevina Bachara, który spokojnie mogłam sobie odpuścić. Niewiele bym straciła, ale też jakieś wielkie przykrości ze strony „The Inhabitant” mnie nie spotkały. Ot, przeciętniak. Niezłośliwe stworzonko, którego najpewniej nie zapamiętam. Taki jakiś mało charakterystyczny, żeby nie powiedzieć nijaki, przypadek ze świata horroru. Jeden z wielu.

wtorek, 3 stycznia 2023

J.T. Ellison „Więzy krwi”

 

Odnosząca sukcesy w narciarstwie alpejskim siedemnastoletnia Melinda 'Mindy' Wright z miejscowości Vail w stanie Kolorado podczas zawodów ulega wypadkowi. Ze złamaniem otwartym nogi zostaje przewieziona do najbliższego szpitala, gdzie lekarze odkrywają dużo poważniejszy problem. Okazuje się, że dziewczyna ma rzadką odmianę białaczki, w związku z czym musi być niezwłocznie poddana chemioterapii. Kuracja nie przynosi jednak pożądanych rezultatów, ostatnią szansą dla nastolatki jest więc przeszczep szpiku kostnego, a najbardziej obiecującymi dawcami są jej rodzice, malarka Lauren i prawnik Jasper. I tutaj pojawia się kolejny problem. Zaangażowana w sprawę młodsza siostra Lauren, doktor mikrobiologii i genetyki Juliet Ryder, kierowniczka laboratorium w Krajowym Biurze Śledczym w Kolorado (CBI), wprawdzie w przeciwieństwie do Mindy została wtajemniczona, jak się wydawało w największy sekret państwa Wright. Wiedziała, ze Jasper nie jest biologicznym ojcem jej siostrzenicy, ale dopiero teraz dowiaduje się, że i Lauren nie łączy pokrewieństwo z Melindą. A to tylko wierzchołek wysokiej piramidy rodzinnych sekretów.

Angażujący samodzielny powieściowy thriller psychologiczny bestsellerowej amerykańskiej pisarki i założycielki niezależnego wydawnictwa Two Tales Press J.T. Ellison, autorki między innymi poczytnej literackiej serii z detektyw z wydziału zabójstw Taylor Jackson, cyklu z jej przyjaciółką lekarką sądową Samanthą Owens oraz stworzonej wspólnie z Catherine Coulter serii „A Brit in the FBI”. Urodzona na Florydzie, dorastająca w wiejskim zakątku stanu Kolorado – tj. mieszkająca tam do czternastego roku życia, kiedy to przeprowadziła się do Waszyngtonu – absolwentka Randolph College (specjalizacja z polityki, ekonomii i kreatywnego pisania w języku angielskim), która potem uzyskała tytuł magistra na George Washington University. Pracowała w Białym Domu i w Departamencie Handlu Stanów Zjednoczonych, a następnie przeniosła się do sektora prywatnego (analityczka finansowa i dyrektorka marketingu w branży obronnej i lotniczej). Na pisarską ścieżkę zdecydowała się wkroczyć po przeczytaniu „The Prey Series” Johna Sanforda, która odkurzyła starą miłość do opowiadania historii. J.T. Ellison jest członkinią takich organizacji jak International Thriller Writers, Romance Writers of America oraz Mystery Writers of America i ma też pewne doświadczenie w pracy telewizyjnej – m.in. współgospodyni uhonorowanego Nagrodą Emmy programu „A Word on Words” (2015). Obecnie mieszka z rodziną w Nashville w Tennessee.

Opublikowana pod własnym nazwiskiem (J.T. Ellison pisze też pod pseudonimem Joss Walker: pozycje z podgatunku urban fantasy) wyczerpująca opowieść, która swoją światową premierę miała w roku 2018 pt. „Tear Me Apart”, a na polski rynek wydawniczy została wpuszczona w 2022 roku przed wydawnictwo Muza pod nazwą „Więzy krwi”; w soczyście czerwonej okładce zaprojektowanej przez Karolinę Michałowską i w doskonałym tłumaczeniu Aldony Możdżyńskiej. Wszystko zaczęło się w 2011 roku, od swoistej wizji kobiety, która dokonuje ostatecznego poświęcenia. W posłowiu autorka zdradza, że podchodziła do tej koncepcji od przeróżnych stron, że na tym fundamencie wzniosła niejedną niesatysfakcjonującą ją fabularną konstrukcję, zanim znalazła odpowiednie materiały budowlane. A najbardziej zależało jej na tym, by poruszyć wiecznie aktualny i jakże ważki temat depresji i jej ewentualnych jeszcze bardziej tragicznych następstw. Przypomnieć jak ogromnie ważne jest wsparcie otoczenia w heroicznej walce z tą potworną chorobą. Równie ważne jak w przypadku zmagań z najcięższymi chorobami fizycznymi. Zainspirowana autentyczną postacią – amerykańską narciarką alpejską, trzykrotną medalistka olimpijką Lindsey Vonn – Melinda 'Mindy' Wright to dojrzała emocjonalne młoda dama, która zapewne podbije serce niejednego czytelnika. Siedemnastoletnia gwiazda, której woda sodowa bynajmniej do głowy nie uderzyła. Twarda, elastyczna, empatyczna. Wyjątkowo odporna na potężne wstrząsy, które znienacka kolejno spadają na jej biedną głowę. Wydaje się, że nie ma takiej rzeczy, która mogłaby odwrócić jej uwagę od głównego celu. Niezajmująca się „błahostkami”, niechowająca urazy, nadzwyczaj płynnie, z imponującą gracją przechodząca do porządku dziennego nad szokującymi rewelacjami, które poznaje w najgorszym możliwym momencie. Kiedy patrzy prosto w lodowate oczy Śmierci. Oczko w głowie dość znanej malarki Lauren Wright i jej męża, wziętego prawnika Jaspera, po usłyszeniu przerażającej diagnozy – rzadka odmiana ostrej białaczki – najsolidniejsze oparcie znajduje w swojej przebojowej ciotce, cenionej laborantce z Biura Śledczego w Kolorado, Juliet Ryder. Młodszej siostrze Lauren, która jest zastanawiająco bierna w obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa, jakie zawisło nad jej niewątpliwie ukochaną córką. Sparaliżowana strachem, przygnieciona rozpaczą czy niepotrafiąca stłumić w sobie wieloletniej niechęci do własnej siostry, nawet kiedy stawką jest życie jej jedynego dziecka? Małostkowa przedstawicielka wyższej klasy średniej, szczycąca się swoim do niedawna perfekcyjnym życiem czy po prostu godna najwyższego współczucia jednostka, której grunt zupełnie nagle usunął się spod stóp, kobieta nieobdarzona tak silną psychiką, jaką z całą pewnością posiada jej bezcenna córeczka? Cóż, trudno oprzeć się wrażeniu, że kryje się za tym coś więcej, że mamy tutaj do czynienia z dużo większą pajęczyną kłamstw uważnie posypaną błyszczącym brokatem. Autorka „Więzów krwi” daje nam jasno do zrozumienia, że wszystkie klucze dzierży Lauren Wright. Klucze do szaf z trupami? Tak czy owak, nie opuszczało mnie przeczucie, że kobieta zazdrośnie strzeże dostępu do najbrudniejszych sekretów w tym, naturalnie, coraz mniej wygodnym rodzinnym gnieździe. Ale też gdzieś z tyłu głowy uparcie tłukła mi myśl, że J.T. Ellison w ten sposób stara się odciągnąć moją uwagę od... Od kogo? Pozornie przezroczystego wcześniej niepoprawnego optymisty, dotychczas bardzo pogodnego, jowialnego Jaspera? A może nowego przyjaciela Juliet Ryder, człowieka, który już wkrótce wkroczy na tę niebezpiecznie niestabilną scenę rodzinną?

Na mniej więcej pięciuset stronicach (pierwsze polskie wydanie „Więzów krwi”, Muza 2022) amerykańska pisarka, która szczególnie upodobała sobie thrillery psychologiczne i kryminalne, powieści noir oraz utwory fantastyczne (w swoim artystycznym dorobku ma też publikacje historyczne), skrupulatnie, z poszanowanie szczegółów – niepowierzchowny warsztat, staranna, dopięta na ostatni guzik, bogata (w słowa) ekspozycja – buduje wielowarstwową intrygę. Częściowo, w umownej teraźniejszości, osadzoną w iście baśniowej scenerii, w niewielkim miasteczku w stanie Kolorado o nazwie Vail, przykrytym grubą warstwą śniegu. Aktualne wydarzenia w jakiś, w sumie niezbyt zagadkowy, sposób łączą się z historią przyjaźni, która zawiązała się w pierwszej połowie lat 90. XX wieku – płaszczyzna retrospektywna, gdzie standardowa narracja przeplata się z formą epistolarną – w szpitalu uniwersyteckim specjalizującym się w leczeniu chorób psychicznych w Nashville w stanie Tennessee, amerykańskiej stolicy muzyki country, do której będziemy też przenosić się przy innych okazjach. Poza wspomnianymi listami „Więzy krwi” spisano w trzeciej osobie w czasie teraźniejszym, z naprzemiennym skupieniem na wszystkich uczestnikach tego rodzinnego dramatu. Na czoło owej stawki szybko jednak wysuwa się doktor Juliet Ryder, obok Mindy Wright, moim zdaniem najbardziej sympatyczna osobowość w tym małym gronie. Ścisły umysł niepozbawiony poczucia humoru. Wyluzowana, a przynajmniej sprawiająca takiej wrażenie, prawdziwa przyjaciółka siedemnastoletniej narciarki alpejskiej, która musiała odłożyć swoje ambitne plany, przynajmniej na jakiś czas rozstać się ze swoją największą pasją i przywyknąć do szpitalnej rzeczywistości. Podczas gdy rodzice Mindy, co zrozumiałe, gasną w oczach, jakby powoli tracili wolę walki, Juliet ta katastrofalna sytuacja zdaje się dodawać energii. Kobieta traktuje to jak wyzwanie, prawdopodobnie największe w swoim dotychczasowym życiu. Misję, której nie porzuci za żadne skarby świata. Wykorzysta wszystkie możliwe opcje, choćby wymagało to połamania wszystkich zasad, których dotąd się trzymała. Jeśli będzie trzeba poświęci własną karierę. I relację z Lauren, która i tak nigdy nie była zbyt dobra. Dla Juliet stawką w tej grze jest wyłącznie życie Mindy, ale z perspektywy jej, bądź co bądź, irytująco upartej starszej siostry, to może wyglądać zupełnie inaczej. Chluba CBI z Kolorado co prawda coraz mocniej utwierdza się w przekonaniu, że sprawa jest bardziej złożona, niż mogłoby się wydawać. Że jej rodzona siostra coś ukrywa. W dodatku coś, od czego może zależeć życie jej jedynego dziecka. Niebiologicznego dziecka, które jednak zawsze traktowała jak swoje. Czyżby Lauren nie wiedziała, że nie łączą jej tytułowe więzy krwi z Mindy? Ryder obawia się, że przed siedemnastoma laty doszło do fatalnej pomyłki – zapewne zupełnie przypadkowa, mimowolna zamiana nowo narodzonych istot w szpitalu. W tym nieszczęściu Juliet dostrzega jednak szansę dla Mindy, bo istnieje spore prawdopodobieństwo, ze jej biologiczni rodzice wciąż żyją, a to z kolei zwiększa szansę śmiertelnie chorej dziewczyny na znalezienie idealnego dawcy. Ale Lauren nie wykazuje praktycznie żadnego zainteresowania tym tematem. Z całego serca pragnie, żeby jej córka wyzdrowiała, ale... nie za wszelką cenę? W każdym razie Lauren coraz bardziej drażni, jak by nie patrzeć, owocne zaangażowanie jej „wścibskiej siostrzyczki”. Większość rodziców na jej miejscu byłaby dozgonnie wdzięczna łebskiej doktorce, ale dla Lauren to prędzej kolejny powód do pielęgnowania w sobie zagadkowej nienawiści do Juliet. Gdyby to od niej zależało, to po prostu cierpliwie czekałaby na cud? Tak to wygląda. Inni się starają, ona nic tylko utrudnia. Rzuca kłody pod nogi wszystkim osobom zainteresowanym ratowaniem życia Mindy. Może niechcący, może to po prostu straszliwie pogubiona kobieta, w której obudziły się dawne lęki, kiedy jej perfekcyjne życie zaczęło się rozpadać? Idealna matka i żona, utalentowana malarka za chwilę może stracić nie tylko córkę, ale w innym, nie tak katastroficznym sensie też męża. I co pewnie ma dla niej najmniejsze znaczenie (och nie, najmniej istotne dla Lauren wydawało mi się utrzymanie, na dobra sprawę, wątłej więzi z siostrą; wyglądało mi wręcz na to, że z przyjemnością wyrzuciłaby Juliet ze swojego życia), piękny dom w malowniczej okolicy, bo leczenie Mindy w zawrotnym tempie pochłania oszczędności Wrightów. Nie jestem pewna, czy amatorzy mocno skomplikowanych zagadek kryminalnych, prowadzących czytelnika od jednej diablo zaskakującej niespodzianki do następnej, będą przedzierać się przez to rodzinne bagienko z najprawdziwszymi wypiekami na twarzy. Nie wiem, czy to dobra propozycja dla wielbicieli „wybuchowych dreszczowców”, ale poszukiwacze soczyście plastycznych, pożądanie niewygodnych, obciążonych jakąś, najlepiej niejedną, poważną groźbą, światów przedstawionych oraz szerokich portretów psychologicznych, barwnych, wiarygodnych, zróżnicowanych charakterologicznie postaci, prawie na pewno odurzą się tym książkowym narkotykiem. Pomysłowy, klimatyczny, skłaniający do refleksji, emocjonujący, acz niespecjalnie rozpędzony (całkiem wartki, ale nieprzesadnie dynamiczny), intensywny thriller psychologiczny o rzeczach ważnych, ważniejszych i najważniejszych.

Niecodzienna historia rodzinna. Wielkie tajemnice, destrukcyjne i budujące ambicje, traumatyczna przeszłość i nie mniej koszmarna teraźniejszość oraz desperackie zmagania z poważnymi chorobami. Depresyjny, ale też nieodarty całkowicie z nadziei, rujnujący i zarazem budujący thriller psychologiczny od nagradzanej amerykańskiej powieściopisarki J.T. Ellison. Pasjonujące „Więzy krwi”, porządny kawałek niepowszedniego chleba. Apetyczne literackie pieczywo, które szczególnie mocno pragnę polecić sympatykom bardziej pogłębionych, niepobieżnie zarysowanych powieściowych dreszczowców. A już zwłaszcza miłośnikom mrocznych sag rodzinnych. Śmiało bierzcie i jedzcie.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

„Bielmo. Niezwykły przypadek Edgara Allana Poe” premiera 3 stycznia


Gorąca styczniowa premiera, czyli powieści "Bielmo. Niezwykły przypadek Edgara Allana Poe" Louisa Bayarda. Już za kilka dni swoją premierę będzie miał film stworzony przez Netflixa, właśnie na podstawie tej książki. Obsada wskazuje na to, że będzie grubo. Premiera książki 3 stycznia.

Opis: W 1830 roku spokój październikowego wieczoru w Akademii West Point zakłóca odkrycie wiszącego ciała młodego kadeta. Następnego ranka wychodzi na jaw coś jeszcze bardziej makabrycznego: ktoś wykroił ze zwłok serce. Augustus Landor - który przed przejściem na emeryturę wyrobił sobie pewną renomę jako śledczy nowojorskiej policji - ma za zadanie przeprowadzić dyskretne dochodzenie. Tą dziwną sprawą musi zajmować się w tajemnicy, ponieważ skandal mógłby wyrządzić młodej jeszcze instytucji nieodwracalne szkody. Znajduje jednak pomoc u nieoczekiwanego sprzymierzeńca - emocjonalnego młodego kadeta ze skłonnością do alkoholu, dwoma tomikami poezji na koncie i mroczną przeszłością, która z rozdziału na rozdział jawi się w innym świetle. Dziwny, nawiedzony poeta, do którego Landor żywi ojcowską sympatię, nazywa się Edgar Allan Poe…

„Louis Bayard jest pisarzem obdarzonym niezwykłym talentem: językowym, fabularnym, oraz tym tajemniczym połączeniem śmiałości i kunsztu, które sygnalizuje, że oto narodził się wielki pisarz”. Joyce Carol Oates

Na podstawie powieści powstał film Netflix z Christianem Bale'em i Gillian Anderson w rolach głównych.

Źródło: wszystkie materiały od wydawnictwa Zysk i S-ka

niedziela, 1 stycznia 2023

„Ghostkeeper” (1981)

 

Turyści z miasta, młoda para Jenny i Marty oraz ich znajoma Chrissy, przed planowaną imprezą sylwestrową w schronisku w kanadyjskich Górach Skalistych, wbrew ostrzeżeniom lokalnego sklepikarza, wybierają się na przejażdżkę skuterami śnieżnymi. W pewnym momencie wkraczają na teren prywatny, gdzie znajdują samotnie stojący hotel, sprawiający wrażenie opuszczonego. Uszkodzenie jednego ze skuterów zmusza ich do poszukania chwilowego schronienia w tym cichym przybytku. Mają nadzieję, że opady śniegu niebawem ustaną, ale koniec końców pogoda zmusza ich do przenocowania w tym od lat niefunkcjonującym hotelu, jak się okazuje zamieszkałym przez enigmatyczną starszą panią, utrzymującą, że przebywa tutaj wraz ze swoim synem. Zbłąkani przyjezdni jeszcze nie mieli okazji go poznać, ale jeśli wierzyć kobiecie mężczyzna kręci się gdzieś w pobliżu. Jeśli wierzyć kobiecie...

Kanadyjski slasher w reżyserii debiutującego Jima Makichuka, późniejszego twórcy „The Tower” (1985) i „Niagara Strip” (1987), którego scenariusz napisałam we współpracy z Dougiem MacLeodem. „Ghostkeeper”/„Ghost Keeper”, znany też pod tytułem „Windigo”, został zrealizowany za siedemset pięćdziesiąt do ośmiuset pięćdziesięciu tysięcy dolarów kanadyjskich (filmowcy korzystali z ochrony podatkowej). Główne zdjęcia ruszyły pod koniec listopada 1980 roku, a zakończyły się w drugiej połowie grudnia tego samego roku. Film kręcono w Parku Narodowym Banff w kanadyjskiej prowincji Alberta, a na główną lokalizację wybrano urokliwy górski hotel funkcjonujący pod nazwą Deer Lodge. Po zgromadzeniu przeszło połowy materiału z planu zdjęciowego, fundusze nieoczekiwanie się wyczerpały. Nie chcąc rezygnować z tego przedsięwzięcia, Jim Makichuk odszedł od scenariusza, właściwie na bieżąco wymyślając skromniejsze. tj. nieporównywalnie tańsze w realizacji dalsze wypadki w odizolowanym hotelu. „Ghostkeeper” miał mocno ograniczoną dystrybucję kinową w Kandzie (emisja ruszyła w grudniu 1981 roku) i w Stanach Zjednoczonych, a potem trafił na rynek VHS, także w paru innych krajach. Mało znany, również przez fanów gatunku, przynajmniej do 2012 roku, kiedy to doczekał się pierwszego wydania DVD.

Podejrzewany o silne wpływy „Lśnienia” Stephena Kinga, też Stanleya Kubricka, nastrojowy slasher, według głównego producenta Harolda J. Cole'a „trzymający w napięciu na wzór Psychozy Alfreda Hitchcocka”. Kierownik artystyczny Jim Makichuk z jednej strony głęboko żałował, że nie mógł opowiedzieć dokładnie tej historii, jaką razem z równie niedoświadczonym w tej konkretnej sztuce pisarskiej Dougiem MacLeodem przelał na papier, a z drugiej nie krył zadowolenia z materii stricte klimatycznej, na której bodaj najbardziej mu zależało. Niemniej nawet w jego oczach „Ghostkeeper” wypadł dosyć nierówno, nie wspominając już o tym, że reżyser musiał zrezygnować według niego ze wspaniałej końcówki - UWAGA SPOILER dłuższa sekwencja pościgu za final girl i ujęcia Wendigo na dachu Deer Lodge KONIEC SPOILERA. W filmie w większości wystąpili mieszkańcy Calgary, największego miasta w kanadyjskiej prowincji Alberta, a jeden z wyjątków stanowiła Riva Spier, odtwórczyni roli głównej, domniemanej final girl, którą sprowadzono z Montrealu. Przykryte bardzo grubą warstwą śniegu Góry Skaliste, oczywiście po kanadyjskiej stronie i przykryty grubą warstwą ciszy rustykalny hotel, chociaż... Ogromny wkład w budowę złowrogiego nastroju, moim zdaniem, miał Paul Zaza, kompozytor muzyczny, którego miłośnicy horroru mogą kojarzyć choćby z „Mojej krwawej walentynki” George'a Mihalki, późniejszych „Odsłon” Richarda Ciupki oraz „Mózgu” Eda Hunta i wreszcie „Balu maturalnego” Paula Lyncha, z którego omawiana produkcja „pożyczyła sobie” niektóre melodie. Akcja „Ghostkeeper” zamyka się w dwóch dniach – zaczyna się parę godzin przed zaplanowaną imprezą sylwestrową w czynnym górskim schronisku, a kończy w Nowy Rok w nieczynnym przestronnym hotelu. W zasadzie istnieją dwie wersje tej zimowej „siekaniny” - dwa lata po otwarciu dystrybucji dokręcono prolog, jeśli wierzyć informacjom wygrzebanym w Sieci (widziałam pierwszą edycję, tyle dobrze, tj. szczęśliwie dla mnie, że nieodrestaurowaną), z mężczyzną, który podczas panicznego przedzierania się przez las nagle zostaje śmiertelnie dźgnięty drewnianym kołkiem. W każdym razie dla mnie ta opowieść zaczęła się w ciasnym sklepiku gdzieś w Górach Skalistych. Za ladą spotykamy starszego mężczyznę, nic sobie nierobiącego z docinków aroganckiego młodego prawnika, który wraz ze swoją dziewczyną właśnie „zaszczycił go” swoją obecnością. Mieszczuchy w górach – to nie może skończyć się dobrze;) Marty i Jenny (przeciętna kreacja Murraya Orda i całkiem zacny występ Rivy Spier) czekają na swoją koleżankę Chrissy (niezła Sheri McFadden), z którą zapanowali małą przejażdżkę skuterami śnieżnymi. Właściciel sklepu - a jakże! - radzi zrezygnować z tego pomysłu, nie oddalać się od tej względnie bezpiecznej przystani w tak niepewną pogodę. W dodatku bez przewodnika, ale z jakiegoś powodu sklepikarza najmniej martwi to, że młodzi mogą najzwyczajniej zgubić się w zdradzieckiej głuszy. Mężczyźnie udaje się - a jakże! - wzbudzić wątpliwości tylko w Jenny, zdaje się jedynej myślącej istocie w tej trzyosobowej grupce. Brawura zakrzykuje zdrowy rozsądek, można powiedzieć, że Jenny zostaje przegłosowana po oddaleniu się od „przewrażliwionego” sklepikarza. Zły skręt, mocno prawdopodobna droga bez powrotu, teren prywatny, na który wstęp jest surowo wzbroniony i jak zwykle zignorowany głos właściwie jedynej poważnej kandydatki na final girl. Panikara, ot co! Tchórz, który próbuje zepsuć zabawę. Niedoczekanie! W domyśle nie pierwszy raz, ale w tym związku stery zawsze dzierżył Marty, chłopaczek z kompleksem Boga, który najwyraźniej znalazł bratnią duszę. Zgodność charakterów, dwie połówki nieapetycznego jabłka, pomiędzy które wcina się „rozkapryszone dziewczątko”, które nie potrafi przyjąć do wiadomość, że Marty nie jest jej własnością. Wiele o tym nie-bohaterze powie nam sprzeczka w pokoju hotelowym – typowa gadanina klasycznego przemocowca (tak zwana przemoc ekonomiczna): też możesz robić, co chcesz, bez pytania mnie o zgodę, ale miej na uwadze, kto tu kogo utrzymuje.

Mocno wątpliwe schronienie przed burzą śnieżną. Od pięciu lat zamknięty dla gości górski hotel, w którym troje zbłąkanych turystów nie zastaje żywej duszy. To się zmieni po zapadnięciu zmroku, ale do tego czasu zdążą już nabrać przekonania, że są tutaj zupełnie sami. Co uznają za dziwne tylko dlatego, że ktoś zadbał o ogrzanie części budynku. Nie, jakoś nie pomyśleli o tym, że ktoś z zewnątrz, jakiś opłacany przez prawowitych właścicieli tych ziem mieszkaniec nieodległej miejscowości, może doglądać tego raczej nietaniego obiektu. Tak mogłoby być, ale nie jest. Otóż, buńczuczny Marty, puszczalska Chrissy i stłamszona Jenny nadziewają się na nieskorą do zwierzeń starszą kobietę (widowiskowa, można wręcz powiedzieć upiorna - ten zgrzytliwy głos! - kreacja Georgie Collins), która najwyraźniej na stałe zakotwiczyła się w tym aktualnie praktycznie odciętym od reszty świata dzikim zakątku. Potencjalna właścicielka, która podobno mieszka tutaj tylko ze swoim synem. Tak czy inaczej, kobiecina nie skacze z radości na widok „przybłęd z wielkiego miasta”, nie sprawia wrażenia zadowolonej z dodatkowego towarzystwa, ale nie próbuje młodych przepędzić. Nie chce mieć ich na sumieniu czy wręcz przeciwnie? Szczerze mówiąc niemile zaskoczyli mnie twórcy „Ghostkeeper”, nastawiłam się bowiem na dłuższe pogrywanie tajemnicą. Alarmowanie bez wdawania się w szczegóły, podsycanie aury niebezpieczeństwa bez odkrywania niemal wszystkich kart. Niemal, bo pod koniec tej oślepiająco białej ścieżki - wprost przepiękne i przepięknie złowróżbne widoki; zimowy krajobraz w pełnej, jakże soczystej krasie – czekała na mnie mała niespodzianka. Udana czy boleśnie przekombinowana? W moim przypadku obie odpowiedzi są poprawne. Wiem, dziwnie to brzmi, ale nic nie poradzę na to, że ostatecznie stanęłam w niejakim rozkroku. Za, a nawet przeciw takiemu rozwiązaniu:) Zgodnie z zapowiedziami Jima Makichuka, „Ghostkeeper” to jeden z tych, wydaje mi się rzadszych, obrazów slash (bodaj najsłynniejszym reprezentantem tychże jest „Halloween” Johna Carpentera), które budują się głównie na niemiłej aurze, mocno skąpiąc jakichś dosadniejszych widoków. Odrobinka krwi i charakteryzacja, najpewniej obliczona na straszenie odbiorców, ale we mnie odezwało się coś zdecydowanie bliższego współczuciu. Zaczynamy od klasycznego podcięcia gardła, w ciemną sylwestrową noc i wyraźnej cudnie wstrętnej aluzji w obskurnych lochach (nieoryginalny, ale, że tak to przewrotnie ujmę, smakowity motyw zbrodniczej działalności). Potem następuje dość długa przerwa w zabijaniu i zastanawianie się, gdzie też podziało się jedno z ogniw naszego krótkiego i raczej niemocnego łańcucha. Intensywne podchody na białym pustkowiu. W przepastnym, stosownie mrocznym porzuconym hotelu, ale i okazjonalne wycieczki do mniejszych nieruchomości porozrzucanych w pobliżu oraz wycieńczające wędrówki przez śnieżne głębokie gardło... to znaczy bagno. W jakiejś części na pewno niezapowiedziani szczodrzy karmiciele napięcia – sekwencje nieprzewidziane w scenariuszu, umiejętne przeciąganie może i niespektakularnej, ale do mojej wrażliwości absolutnie przemawiającej, struny. To znaczy ciężka walka o brakujące minuty, dalsze partie opowieści niezbyt krwawej treści, nad którą zawisło widmo definitywnego upadku. Faktycznie, można odnieść wrażenie, że środki ciężkości nie zostały najlepiej porozkładane, że zbankrutowanym filmowcom, mimo wszystko, nie udało się zachować dostatecznej równowagi między praktycznie dwoma kawałkami tego zamrożonego ciastka. Rzeczywiście nierówny to horrorek, ale w takim klimacie na wszystko da się przymknąć oko;) Co? Przy tylu niemiłosiernym, przeokropnie męczących dłużyznach? No właśnie, tutaj dostrzegam największe niebezpieczeństwo – dla jednych siła „Ghostkeeper”, dla innych słabość, może nawet przeszkoda nie do pokonania, wyzwanie, któremu przypuszczalnie nie wszyscy podołają. Bo to dość specyficzny slasher jest, a przynajmniej z wielkim trudem, praktycznie samą siłą woli, przy „nadludzkim” wysiłku powołany do życia. Na marginesie: ośmielę się wysnuć przypuszczenie, że twórcy poczynili co najmniej jeden niższy ukłon w stronę „Psychozy” Alfreda Hitchcocka – charakterystyczna technika filmowania umownie morderczej akcji. Pamiętacie „śmiertelne zderzenie” na schodach w domostwie Batesów? W pierwszym reżyserskim osiągnięciu Jima Makichuka zobaczyłam coś bardzo podobnego.

Kto ma ochotę na przejażdżkę skuterem śnieżnym w nawiedzonych Górach Skalistych? Kto chętny na nastrojowy slasherek i odrobinę mitologii indiańskiej? Bierzcie więc to niedocenione kanadyjskie dziełko w reżyserii debiutującego Jima Makichuka. Wkroczcie do tego osamotnionego domiszcza i poznajcie „przemiłą” staruszkę, która nie powinna odmówić Wam noclegu. Idźcie prosto do Overlook albo czegoś podobnego:) Niskobudżetowy, kameralny, czarowny „Ghostkeeper”: kolejne z moich małych odkryć na bezkresnych wodach horroru. Przemiła niespodzianka.