Stronki na blogu

poniedziałek, 17 lutego 2020

„Cucuy: The Boogeyman” (2018)


Nastoletnia Sofia Martin dostaje pół roku aresztu domowego za napaść na funkcjonariusza policji. Tego samego dnia w jej sąsiedztwie pojawia się nowy lokator, tajemniczy mężczyzna, który szybko zaczyna budzić podejrzenia Sofii. Dziewczyna ma powody, by przypuszczać, że to on odpowiada za zaginięcia dzieci, do których ostatnio dochodzi w mieście. Wraz z kolegą z sąsiedztwa, Milo Murphym i niedosłyszącą młodszą siostrą Amelią, która jest prześladowana w szkole z powodu swojej niepełnosprawności, Sofia stara się pozyskać dowody obciążające jej nowego sąsiada. Rozwój wypadków każe jej jednak wziąć pod uwagę jeszcze inną możliwość. A mianowicie taką, że porywaczem dzieci jest mityczny Cucuy, potworne stworzenie, które żywi się swoimi ofiarami.

Peter Sullivan, twórca między innymi „The Sandman” (2017), z myślą o kolejnym horrorze zagłębił się w legendy z całego świata, szukając takiej, która „byłaby wystarczająco silna, aby wesprzeć narrację”. Jego uwagę zwrócił znany w kulturze latynoskiej mit o mitycznym potworze, porywaczu i zjadaczu niegrzecznych dzieci, zwanym między innymi El Cucuy i uważanym za iberyjską wersję Bugbeara i Krampusa. Cucuy zwykle jest wykorzystywany jako środek służący dyscyplinowaniu małoletnich: straszak na niesforne dzieciaki. Peter Sullivan największy potencjał dostrzegł w samym fakcie nagłej i niewyjaśnionej utraty dziecka – wyznał, że bardziej przerażającego scenariusza nie potrafi sobie wyobrazić, dlatego właśnie na tym mitycznym stworze zdecydował się oprzeć scenariusz swojego horroru, któremu nadał tytuł „Cucuy: The Boogeyman”. Następnie sam go wyreżyserował, a premierowy pokaz odbył się w październiku 2018 roku na kanale SyFy (Stany Zjednoczone).

Pamiętacie Kale'a z thrillera „Disturbia” (pol. „Niepokój”) w reżyserii D.J. Caruso? Nastoletniego chłopaka, który za fizyczny atak na nauczyciela został skazany na kilkumiesięczny areszt domowy, w trakcie którego stopniowo nabierał przekonania, że jeden z jego sąsiadów jest seryjnym mordercą. Z Sofią Martin, główną bohaterką amerykańskiego horroru „Cucuya: The Boogeymana”, jest podobnie. Nastolatka (w tej roli taka sobie Jearnest Corchado) stając w obronie swojej niedosłyszącej młodszej siostry, Amelii, „szturcha” funkcjonariusza policji, który ruszył na ratunek chłopakom zaatakowanym przez Sofię, którzy chwilę wcześniej znęcali się nad jej niepełnosprawną siostrą. Tego policjant oczywiście nie widział, ale prawdopodobnie wziął to pod uwagę sąd. Zamiast poprawczaka Sofia dostała sześciomiesięczny areszt domowy - bez możliwości uczęszczania do szkoły(!) - czym naturalnie przysporzyła dodatkowego kłopotu swojej i tak już ledwo wiążącej koniec z końcem zapracowanej, od roku owdowiałej, matce. Kobieta jednak długo nie złości się na swoją pierworodną córkę. Młodsza siostra zaś jest wdzięczna Sofii za poświęcenie, na jakie się dla niej zdobyła. Sofia i Amelia są ze sobą bardzo zżyte. Tej pierwszej w najmniejszym nawet stopniu nie przeszkadza to, że przez większość czasu to na niej spoczywa obowiązek opieki nad Amelią, bo ich matka od śmierci męża (a ich ojca) musi pracować od rana do wieczora, żeby utrzymać rodzinę. Peter Sullivan niemały nacisk położył na relacje rodzinne, na akcentowanie silnych więzi pomiędzy Martinami: żyjącą w Stanach Zjednoczonych trzyosobową familią mającą meksykańskie korzenie (matka Sofii i Amelii jest Meksykanką, ojciec natomiast był Amerykaninem), której brakuje pieniędzy, ale ma coś ważniejszego: wsparcie swoich bliskich w trudnych chwilach. Najbardziej potrzebuje go najmłodsza członkini rodziny, niedosłysząca, wspomagająca się aparatem słuchowym Amelia, która to jest prześladowana w szkole z powodu swojej niepełnosprawności (fakt, że jest półkrwi Meksykanką też może grać w tym rolę). To oczywiście ważny komentarz do sytuacji, która niestety wciąż dotyka osoby niepełnosprawne. Niektóre. Choć lubimy myśleć, że żyjemy w tzw. oświeconym świecie, w postępowej epoce, w której nie ignoruje się potrzeb osób niepełnosprawnych, to jak przychodzi co do czego... Cóż, wciąż są tacy, którzy nie widzą, bo nie chcą widzieć, okrucieństwa (tak, tak, w tym postępowym świecie) względem ludzi i tak już ciężko doświadczonych przez los. Amelia chce się przystosować, naturalnie marzy o akceptacji rówieśników i pewnie by ją zyskała, gdyby tylko ktoś dał jej szansę. W szkole, do której uczęszcza jeszcze ani jeden uczeń „nie zadał sobie trudu”, aby ją poznać. Bo po co? Lepiej z góry wyrobić sobie negatywne zdanie, bo jakże miałoby być pozytywne skoro już na pierwszy rzut oka widać, że Amelia nigdy nie będzie taka wspaniała jak reszta... Taki sposób myślenia zdaje się kierować jeśli już nie wszystkimi uczniami problematycznej szkoły podstawowej, to na pewno najbardziej zdeterminowanymi prześladowcami Amelii. Najpopularniejszą dziewczyną w szkole (a jakżeby inaczej!) i paczką skaterów, której ulubioną rozrywką (obok dręczenia Amelii i jeżdżeniu na deskorolkach) jest niszczenie własności miasta. Jak widać Peter Sullivan jedzie na stereotypach: szkolna piękność, a przynajmniej za takową uważana, która złą dziewczyną jest, banda klasycznych chuliganów, nastolatków z przyjemnością działających na szkodę ogółu oraz główny obiekt ich niewybrednych żartów, kpin, doprawdy przykrych złośliwości, również z wykorzystaniem Internetu. Sullivan w ten sposób być może chciał uczulić jeszcze nieuczulonych na haniebne wykorzystywanie Sieci przez część młodych ludzi. Aczkolwiek z moich osobistych obserwacji wynika, że ten proceder nie ogranicza się jedynie do osób małoletnich – Internet jest czymś w rodzaju broni także dla wielu dorosłych ludzi. Narzędziem nader chętnie wykorzystywanym do niszczenia bliźnich. A obok tego rzecz jasna toczy się opowieść o tytułowym potworze. Postaci zaczerpniętej z latynoskiej legendy, wykorzystywanej przez niektórych rodziców do dyscyplinowania swoich pociech.

Czarny charakter, nadnaturalny stwór polujący na niegrzeczne dzieci, to przede wszystkim wymyślny, ale już niekoniecznie niepokojący kostium (według mnie przesadzony) „wspomagany” CGI. Twórcy posiłkowali się komputerem między innymi przy wprawianiu w ruch ust tytułowego potwora - nienaturalnie szerokie rozwarcie najeżonej ostrymi zębiskami paszczy – i żarzących się czerwienią ślepi: to dopiero tandetny efekt. Przejścia Cucuya, w których dostrzegamy też niesamowicie kiczowate kłębki czarnej mgły, rozpraszające się w ten sposób kontury jego sylwetki, również zostały wygenerowane komputerowo, ale przy całej mojej niechęci do tego tworu, jakim jest tytułowy antybohater tego konwencjonalnego horroru Petera Sullivana, to i tak nic w porównaniu do tego, co miałam nieprzyjemność zobaczyć pod koniec filmu. Ale poza tym... No, więcej powodów do narzekań twórcy efektów specjalnych mi nie dali. Wypatrzyłam nawet bardziej udane występy Cucuya – prolog, ręce potwora z nagła wystrzeliwujące spod pryczy w policyjnym areszcie i przede wszystkim moment, w którym mityczny stwór pojawia się w zasięgu wzroku Sofii Martin, tuż po jej nieoczekiwanym spotkaniu nieopodal jej domu z młodocianymi wandalami oraz widok jednej zdeformowanej martwej twarzy (przypomniał mi się „The Ring”). UWAGA SPOILER Przy pewnej dozie dobrej woli dodać do tego można też późniejsze widoki wciąż żyjących więźniów Cucuya, które przetrzymuje w swoim w miarę mrocznym systemie jaskiń (długie, ciasne korytarze): skrępowane, nienaturalnie uśpione małoletnie osoby, które bestia w najbliższej przyszłości zamierza pożreć KONIEC SPOILERA. Choć w mojej ocenie klimat „Cucuya: The Boogeymana” jest posępniejszy niż w tych wszystkich plastikowych, szeroko reklamowanych tworach (och ten hollywoodzki styl), to biorąc pod uwagę całokształt współczesnego kina grozy warstwa audiowizualna i tak jest dość asekurancka. „Cucuy: The Boogeyman” to jeden z tych grzeczniejszych horrorków, który nie stara się zbytnio zaniepokoić zaprawionego w boju odbiorcy, ale też nie mogę zarzucić mu sromotnej porażki na gruncie atmosferycznym. Bywało nieporównanie gorzej. Długoletni fani gatunku żadnych fabularnych niespodzianek raczej tutaj nie znajdą. Chyba że za takową uznać stwora zaczerpniętego z niezbyt szeroko rozpowszechnionej legendy. W każdym razie sam rozwój akcji jest dokładnie taki, jakiego przede wszystkim spodziewamy się po tego typu filmach. A przynajmniej ja nie miałam żadnych wątpliwości co do kierunku, jaki owa opowieść obierze. Wiadomo kto trafi do wora Cucuya, wiadomo, jaka rola w tym koszmarze przypadnie głównej bohaterce, nastoletniej Sofii Martin, wiadomo nawet jak rozwinie się wątek tajemniczego sąsiada, którego szpieguje zaobrączkowana dziewczyna. Zupełnie jak Kale z „Niepokoju”... No dobrze, nie do końca, ale podobieństwa są tak silne, że nie uwierzyłabym, gdyby mi powiedziano, że Peter Sullivan z tym osiągnięciem D.J. Caruso nigdy się nie spotkał. Uparte trzymanie się konwencji dla mnie przeszkodą nie było, bo należę do tej mniejszości, która co do zasady ceni sobie obcowanie z tradycjonalnymi rozwiązaniami. O ile są odpowiednio podane. A przynajmniej znośnie. „Cucuy: The Boogeyman” w tej materii na wyżyny się oczywiście nie wspomina – nie wydobywa maksimum potencjału z twardego schematu, w którym od początku do końca egzystuje. Silnie trzymająca w napięciu, wzbudzająca choćby tylko lekki dyskomfort emocjonalny przejażdżka to to nie była. Już prędzej niezobowiązujące, lekkie patrzydło o cudacznym potworze i rzecz jasna ludziach stawiających mu czoło. Głównie małoletnich „przymusowych badaczach folkloru”: nastolatkach, którzy chcąc zniszczyć mitycznego stwora żywiącego się dziećmi muszą dokładnie zbadać temat. I ten konkretny przypadek, bo jak się okazuje ich wróg posiada jedną iście wampirzą (heh) cechę. Właściwość, która ma zasadnicze znaczenie dla tej sprawy. Sprawy nieefektywnie prowadzonej przez stryja Sofii i Amelii Martin, komendanta miejscowej policji. Co oczywiście nie dziwi, bo który policjant zakłada, że poszukiwana przez niego osoba nie jest człowiekiem tylko legendarnym, nadnaturalnym monstrum, na którego patrzy się trochę jak na alter ego... Świętego Mikołaja:) No wiecie, ten wór. Już abstrahując od tego, że silniejszych emocji „Cucuy: The Boogeyman” mi nie dostarczył, to muszę zaznaczyć, że filmowcy narzucili temu lekkiemu spektaklowi niezłe tempo. Co ważniejsze dla mnie: nienadmiernie dynamiczne; i co istotniejsze dla bodaj większości współczesnych fanów kina grozy: nie takie, które można nazwać powolnym. Peter Sullivan całkiem wprawnie porozkładał w czasie wszystkie niewyszukane (tak wiem, tytułowy antybohater może i zasłużył sobie na miano „wyszukanego”...) wątki tej opowiastki ku przestrodze. Przewidywalnej, ale i niemęczącej (przynajmniej mnie) historyjki o potworze, który ma na oku niesforne, żeby nie rzec okrutne dzieci. Więc pamiętajcie młodzi: trzeba grzecznym być! Tak tylko czy film ten można uznać za odpowiedni dla tych, do których przede wszystkim kieruje swoją przestrogę? Dla nastolatków tak, ale młodsze dzieci... No powiedzmy, że Cucuy to taka okrutniejsza wersja czarownicy z bajki o Jasiu i Małgosi. Bardziej szkaradna i można rzec, że mniej wykwintna:) Więc... Nie, z myślą o najmłodszych ten film najprawdopodobniej nie powstawał. Pomimo tego, że przez starszego odbiorcę może być odbierana jako jeden z bardziej ugrzecznionych horrorów o mitycznych potworach.

Obiektywnie rzecz biorąc godnym polecenia horrorem „Cucuy: The Boogeyman” prawdopodobnie nie jest. Ale przez męki nie przeszłam. Seans wprawdzie nie upłynął mi pod znakiem żywszych emocji, co prawda Peter Sullivan nie przygotował jednego z tych horrorowych widowisk, do których chce się wracać, ale tak na jeden raz? W sumie, czemu nie? Od czasu do czasu można przecież uraczyć się czymś lżejszym, niewymagającym myślenia, uruchamiania wyobraźni, ani generalnie większego skupienia. Trochę efekciarski i dokumentnie przewidywalny to film, ale przy odpowiednim nastroju w sumie do strawienia. Polecać nie będę, ale nie boję się zakomunikować, że nie był taki zły, jak się spodziewałam. Ot, takie średniawe coś, raczej nie do użytku bardziej wymagających odbiorców. A już na pewno nie poszukiwaczy oryginalnych rozwiązań w horrorze. Mimo tego, że postać Cucuya często w tym gatunku nie gości. I jeszcze taka ciekawostka: Stephen King inspirował się legendą o tym stworze pisząc jedną ze swoich nowszych powieści, której tytułu taktownie nie zdradzę.

sobota, 15 lutego 2020

Shari Lapena „Ktoś, kogo znamy”


Aylesford w stanie Nowy Jork. Olivia Sharpe odkrywa, że jej szesnastoletni syn Releigh włamuje się do domów sąsiadów po to, by przeszukiwać ich komputery. Kobieta zmusza go do wskazania jej domów, które obrał za cel. Choć było ich więcej, Releigh, przyznaje się tylko do myszkowania po lokum nowej mieszkanki Aylesford, Carmine Torres i Roberta Pierce'a, mężczyzny, którego żona Amanda niedawno zaginęła. W tajemnicy przez mężem Paulem i Releighem, Olivia, podrzuca właścicielom domów, do których włamał się jej syn anonimowe listy z przeprosinami. Ale wkrótce zaczyna tego żałować, bo Carmine Torres postanawia nie tylko ostrzec wszystkich sąsiadów przed włamywaczem, ale także zrobić wszystko co w jej mocy, by odkryć jego tożsamość. Mieszkańcami tej spokojnej dotychczas dzielnicy bardziej wstrząsa jednak wiadomość o morderstwie Amandy Pierce. Sprawę prowadzą policyjni detektywi, Webb i Moen, a głównym podejrzanym jest mąż ofiary, Robert. Ale lista podejrzanych sukcesywnie się wydłuża, bo okazuje się, że niektórzy sąsiedzi Amandy mieli motyw i sposobność.

Kanadyjska powieściopisarka Shari Lapena szturmem podbiła światowy rynek wydawniczy „Parą zza ściany”, powieścią pierwotnie wydaną w 2016 roku. Jej kolejne publikacje „Nieznajoma w domu” i „Niechciany gość” również zyskały status bestsellerów i zebrały mnóstwo entuzjastycznych recenzji, tak od zwykłych odbiorców, jak krytyków oraz jej kolegów i koleżanki po piórze. Pomysł na następną powieść Shari Lapenie przyniosła informacja, którą pewnego dnia znalazła w Internecie. Opowieść o nastoletnim chłopcu, który włamał się do domu sąsiadów, by skorzystać z ich wi-fi, gdy chwilowo stracił dostęp do własnego. Lektura tego doniesienia prasowego skłoniła autorkę do rozmyślań nad tym, na jakie jeszcze pomysły może wpaść nastolatek w środku nocy i jakie mogłyby być tego konsekwencje. Te rozmyślania doprowadziły ją obrazu nastoletniego seryjnego włamywacza, który ukradkiem wchodzi nocami do domów sąsiadów po to, by przeszukiwać ich komputery. Potem zaczęła się zastanawiać nad tym, jaka byłaby reakcja matki na wiadomość, że jej syn jest włamywaczem... I w ten sposób w jej głowie zarysował się szkielet fabuły „Ktoś, kogo znamy” (oryg. „Someone We Know”), czwartego znakomicie sprzedającego się thrillera w literackim dorobku Shari Lapeny, który swoją światową premierę miał w 2019 roku. A już na rok 2020 zaplanowano premierę kolejnego dreszczowca Lapeny, zatytułowanego The End of Her".

Sąsiedzkie tajemnice. Wstydliwe uczynki, fałszywe oblicza, zgubne nałogi: wszystko to i jeszcze więcej kryje się w świecie przedstawionym przez Shari Lapenę na kartach dynamicznie rozwijającego się dreszczowca pt. „Ktoś, kogo znamy”. W urokliwej, na pierwszy rzut oka nader spokojnej dzielnicy miasta Aylesford w stanie Nowy Jork. Na jednej z tych ulic, która zdaje się być wręcz idealną przystanią dla przedstawicieli klasy średniej, a przynajmniej postacie wykreowane na potrzeby tej książki cenią sobie życie w tym zakątku Stanów Zjednoczonych. Do czasu. Bo ni z tego, ni z owego ich spokój burzy... nastolatek. A to dopiero początek, ledwie przykrość poprzedzająca problemy nieporównanie wyższej rangi. Powiedzcie: czy możecie być absolutnie pewni, że nikt w tajemnicy przed Wami nie przekracza progów Waszych mieszkań? Czy nie jest możliwe, że podczas Waszej nieobecności w domu, ktoś – ktokolwiek - myszkuje w środku? Na przykład nastoletni chłopak, który kieruje się potrzebą przeglądania cudzych komputerów. Taki fetysz? Coś w tym rodzaju. W każdym razie ów hipotetyczny nastolatek niczego z Waszych mieszkań nie wynosi. W pełni zadowala się włamaniami do komputerów. W społeczeństwie uczulonym na punkcie ochrony danych osobowych, ale jednocześnie paradoksalnie bezmyślnie przechowującym drażliwe treści na urządzeniach mających dostęp do Internetu (o zrzekaniu się prywatność na portalach społecznościowych już nie wspominając), takie występki budzą tym większy niepokój. I gniew, bo przecież nikt nie chce by ktoś nieproszony zaglądał do jego domu i oczywiście komputera... Gdy sekret szesnastoletniego Releigha Sharpe'a wychodzi na jaw (tuż po krótkim wstępie), mimo że Lapena wprost o tym nie pisze, zyskuje się nieomal pewność, że chłopak jest istną skarbnicą wiedzy na temat niektórych jego sąsiadów. A w świetle sprawy zabójstwa jednej z nich, Amandy Pierce... Czy Releigh wie, kto jest mordercą? Nic na to nie wskazuje, ale nie można wykluczyć, że chłopak włamał się też do domu sprawcy, a w takim wypadku prawdopodobnie wpadł mu w oczy jakiś szczegół, który choć sobie tego nie uświadamia, stanowi klucz do rozwiązania zagadki też ohydnej zbrodni. Ktoś dosłownie zmiażdżył głowę Amandy Pierce poprzez wielokrotne uderzenia młotkiem. Jak wskazuje tytuł zapewne był to ktoś, kogo znamy. A przynajmniej wydaje nam się, że zdążyliśmy go poznać. Bo powieści Shari Lapeny mają to do siebie, że obiektywnie rzecz biorąc dopiero na końcu zyskujemy niekwestionowaną wiedzę o wszystkich, albo prawie wszystkich, postaciach. Wcześniej siłą rzeczy dostajemy niepełne obrazy – siłą rzeczy, bo u Lapeny praktycznie każdy może być czarną owcą. Z listy podejrzanych w „Ktoś, kogo znamy” bezpiecznie można wykluczyć Webba i Moen, policyjnych detektywów prowadzących sprawę morderstwa Amandy Pierce. Ale jej sąsiedzi... Tutaj sytuacja jest o tyle skomplikowana, że z jednej strony kilkoro z nich wydaje się być aż za bardzo prawdopodobnymi kandydatami na zabójcę Amandy (jednak wciąż pozostaje możliwość, że Lapena w finale postawi na mniej powszechny, acz wypróbowany już przez pisarzy zwrot akcji polegający na uczynieniu mordercą kogoś nie mniej, a bardziej oczywistego), a innych mój umysł niejako automatycznie zaszufladkował jako osoby ponad wszelką wątpliwość niewinne. Choć przecież Lapena zdążyła mnie już nauczyć, że obcując z jej twórczością takich założeń powinno się wystrzegać. Jeśli rzecz jasna chce się ją przechytrzyć. Wyjść zwycięsko z tej umysłowej potyczki z autorką, zorganizowanej przez nią samą. Wyścigu, którego pomimo usilnych starań nie udało mi się wygrać. Za cienka jestem do aż tak przewrotnego pisarstwa.

„Niechciany gość” pozostaje moim numerem jeden w pisarskim dorobku Shari Lapeny (nie znam jednak całego). „Ktoś, kogo znamy” samą zagadką kryminalną i podłożem społeczno-obyczajowym nie powinien rozczarować stałych odbiorców jej prozy, ale jeśli chodzi o klimat, to radzę spodziewać się czegoś w duchu jej „Pary zza ściany” i „Nieznajomej w domu”, a nie bardziej klaustrofobicznego „Niechcianego gościa”. „Ktoś, kogo znamy” też rodzi przynajmniej coś zbliżonego do dręczącego poczucia zamknięcia w śmiertelnie niebezpiecznej pułapce. Z tego prostego powodu, że akcję Lapena umieściła w pewnym sensie w zamkniętej społeczności. Wprawdzie nie hermetycznej, ale w jakimś stopniu skonsolidowanej. Kanadyjska autorka tym razem bierze pod lupę kwestie sąsiedzkie. To znaczy tworzy różne osobowości zamieszkujące jedną dzielnicę. Obłudników, plotkarzy, prawdziwych przyjaciół, mężów zdradzających swoje żony, wśród których są i takie które nie pozostają im dłużne, kłamców, intrygantów, altruistów i przestępców. Nocne włamania do domów i komputerów praktykowane przez szesnastoletniego Releigha Sharpa, choć godne potępienia, naturalnie nie mogą równać się z morderstwem młodej kobiety z sąsiedztwa. Świadomość, że ktoś zagląda do naszych mieszkań i komputerów nie może być bardziej przerażająca od przekonania, że obok nas żyje człowiek, który w brutalny sposób pozbawił życia naszą sąsiadkę. A skoro raz zabił... Nie można jednak powiedzieć, że w obliczu takiej zbrodni obawa przed włamaniami blednie, że obecność seryjnego włamywacza zupełnie traci na znaczeniu. Choćby nowa mieszkanka problematycznej dzielnicy, Carmine Torres, nie tylko jest żywo zainteresowana tajemniczym (dla niej, nie dla nas) włamywaczem, ale najwyraźniej ta sprawa interesują ją nawet bardziej od sprawy morderstwa Amandy Pierce. Czytelników tymczasem pewnie bardziej będzie zajmować ta poważniejsza zbrodnia, która wkradła się w przynajmniej pozornie spokojne dotychczas życie sąsiadów denatki. Kobiety, która nie cieszyła się wielką sympatią w okolicy, a na pewno nie tutejszych pań. I trudno im się dziwić, gdy już pozna się charakter ofiary, ale jednocześnie Lapena stopniowo będzie odkrywać także grzechy jej sąsiadów. I sąsiadek, bo przynajmniej niektóre z nich nie są takie święte, na jakie się kreują. Solidarność kobieca w „Ktoś, kogo znamy” nie ma racji bytu – Lapena nie stara się wciskać nam bajeczek o dobrych, troskliwych gospodyniach domowych i ich niegodziwych, niewdzięcznych, łotrowatych mężach. W „Ktoś, kogo znamy” tak kobiety, jak mężczyźni dopuszczają się zdrożnych zachowań. I nieprzemyślanych, naiwnych wręcz działalności. Bo jak inaczej nazwać podrzucenie przez Olivię Sharpe anonimów z przeprosinami do właścicieli dwóch domów, do których włamał się jej rodzony syn? Kobieta bynajmniej nie chce by odpowiedział on przed sądem za swoje przestępcze wybryki, a mimo to właśnie ona alarmuje sąsiadów, sygnalizuje innym, że na ich ulicy dochodziło do włamań. Lapena przytomnie na tym przykładzie wyłuszcza jedną zasadniczą zmianę, jaka zaszła w tzw. cywilizowanych społeczeństwach na przestrzeni kilkunastu/kilkudziesięciu lat. Olivia wychowała się w czasach, w których słowo „przepraszam” potrafiło zdziałać cuda. W czasach, w których przyznanie się do błędu i grzeczne przeprosiny pod adresem poszkodowanych nie było uważane za skrajną naiwność, żeby nie rzec głupotę. Ale teraz... Cóż, Olivia w pewnym momencie dochodzi do słusznego skądinąd wniosku, że dzisiaj lepiej się nie ujawniać. Bo nagrodą za przeprosiny najpewniej będzie uprzejmy donos na policję albo pozew cywilny. Tak czy inaczej żyjemy w takich czasach, w których szczerość rzadko popłaca. Dlatego tego rodzaju odwaga cywilna jest, niestety niebezpodstawnie, uważana za posunięcie często jeszcze bardziej szkodliwe dla samego siebie od samego przestępstwa, które się popełniło. Sama akcja „Ktoś, kogo znamy” jest prowadzona w typowym Lapenowskim stylu. W zawrotnym tempie, który jakimś cudem nie pociąga za sobą irytującej pobieżności. Nie zazwyczaj. Sporo dialogów, ale i wystarczająca liczba bardzo treściwych, plastycznych i nierozwlekłych opisów miejsc i sytuacji. W większości przekonujące, niepowierzchowne postacie (tylko portrety Webb i Moen wydawały mi się niedopracowane), konsekwentnie wzrastające napięcie, płynące z coraz to większej liczby źródeł, wraz z wydłużaniem się listy podejrzanych , która u odbiorcy książki prawdopodobnie będzie obszerniejsza od tej kleconej przez policyjnych śledczych. Według mnie najciekawszy, bo i najbardziej tajemniczy i emanujący najsilniejszą niezdefiniowaną groźbą, przypadek w tym niewesołym gronie to Robert Pierce. A osobą najbardziej godną zaufania wydaje się być Olivia Sharpe, ale z drugiej strony nie jest powiedziane, że i ona czegoś istotnego o sobie nie ukrywa. Finał, Proszę Państwa, da Wam odpowiedzi, ale bezsprzecznie nie wszystkie. Jest coś, co nie zostaje wyjaśnione. Coś, co może być furtką do już zaplanowanego sequela, ale równie prawdopodobne jest to, że Shari Lapena chciała po prostu skłonić nas do dłuższych rozmyślań nad tą nielicho emocjonującą opowieścią o... być może również naszych sąsiadach:)

Shari Lapena nie zawodzi. Kolejne satysfakcjonujące spotkanie z twórczością kanadyjskiej autorki, z przytupem realizującej się w gatunku thrillera. „Niechciany gość” nadal plasuje się na szczycie mojej subiektywnej listy książek Lapeny, ale „Ktoś, kogo znamy” według mnie nie odbiega od „Pary zza ściany”, bardzo dobrego dreszczowca tej utalentowanej pisarki („Nieznajoma w domu” według mnie jest odrobinkę słabsza, niemniej zachowuje podobny klimat). To równie emocjonująca opowieść, tym razem o burzliwym życiu sąsiedzkim, w którym nie brakuje nie tak znowu niewinnych tajemnic. I gdzie najprawdopodobniej mieszka osoba, która w bestialski sposób pozbawiła życia młodą kobietę, która z kolei ma wszelkie predyspozycje ku temu, by w naszych umysłach ostać się jako klasyczna femme fatale. Ale to nie jest przesądzone. Tak jak i wszystko inne w światach przedstawionych przez Shari Lapenę. „Ktoś, kogo znamy” to powieść, którą myślę warto polecać sympatykom trzymających w napięciu thrillerów z dosyć silnie zarysowaną warstwą społeczno-obyczajową. I oczywiście kryminałów, i... A co tam, czytajcie wszyscy!

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

piątek, 14 lutego 2020

Zapowiedź: „W lesie dziś nie zaśnie nikt”


Akcja filmu rozpoczyna się dość niewinnie – grupa nastolatków uzależnionych od technologii trafia na… obóz offline. Wspólna wędrówka po lasach bez dostępu do smartfonów nie zakończy się jednak tak, jak zaplanowali to organizatorzy. Będą musieli zawalczyć o prawdziwe życie z czymś, czego nie widzieli nawet w najciemniejszych zakamarkach Internetu. W obliczu czyhającego w lesie śmiertelnego niebezpieczeństwa odkryją, czym jest prawdziwa przyjaźń, miłość i poświęcenie. Czy wyjdą z tego cało, czy w krwistych kawałeczkach, a raczej kto wyjdzie z tego cało…?

W LESIE DZIŚ NIE ZAŚNIE NIKT – w kinach od 13 marca 2020 roku

ZWIASTUN: 
 

Reżyseria: Bartosz M. Kowalski
Scenariusz: Bartosz M. Kowalski, Mirella Zaradkiewicz, Jan Kwieciński
Zdjęcia: Cezary Stolecki
Muzyka: Jimek
Producent: Jan Kwieciński/ Akson Studio
Koproducent: Zenon Maślona/ Plan Zet
Producent kreatywny: Mirella Zaradkiewicz
Dystrybutor: Next Film

Obsada:
Julia Wieniawa
Wiktoria Gąsiewska
Stanisław Cywka
Sebastian Dela
Michał Lupa
Mirosław Zbrojewicz
Gabriela Muskała

Źródło: wszystkie materiały od Kino Atlantic

czwartek, 13 lutego 2020

„The Crescent” (2017)


Po śmierci męża Beth, za radą matki, udaje się wraz z dwuletnim synem Lowenem do jej starego nadmorskiego domku. Niedługo potem poznaje mieszkającego nieopodal Josepha, który budzi jej niepokój. Poza tym zdarza jej się lunatykować i niemalże każdej nocy w domu najprawdopodobniej samoistnie uruchamia się dzwonek do drzwi. Beth nie przywiązuje większej wagi do tych incydentów. Oddaje się swojej pasji, marmurkowaniu i zabawia swojego synka, który najbardziej lubi wspólne wypady na plażę. Plażę, na której można natknąć się na niekoniecznie przyjaźnie nastawione istoty.

Kanadyjski horror „The Crescent” to drugi pełnometrażowy film w reżyserii Setha A. Smitha, po „Lowlife”, którego scenariusz napisał wspólnie z Darcym Spidle'em - tym samym, który później stworzył scenariusz „The Crescent”. Nie wszystko jednak udało się przełożyć na ekran, bo warunki dyktował dwuletni wówczas syn reżysera wcielający się w rolę Lowena. Smith zapewnia jednak, że produkt końcowy nie odbiega zbytnio od scenariusza. Podczas prac nad omawianym filmem reżyser czerpał z marynarskiego folkloru (duchy morza, wraki statków). Przydatne było też to, że dorastał w nadmorskiej społeczności, choć niezupełnie takiej, do jakiej trafiają bohaterowie jego drugiego pełnometrażowego obrazu. „The Crescent” gościł na wielu festiwalach filmowych, poczynając od Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Toronto (premierowy pokaz) we wrześniu 2017 roku. Na Atlantic International Film Festival otrzymał trzy nagrody: za najlepszy występ aktorski, pomysł oryginalny i scenariusz. Poza tym był nominowany do Discovery Award przyznawanej przez Directors Guild of Canada.

Do seansu „The Crescent” Setha A. Smitha zachęciła mnie negatywna opinia, wedle której film ten miał być bardzo powolny. I faktycznie przedsięwzięcie to nie jest ukierunkowane na osoby preferujące dynamicznie rozwijające się opowieści grozy. Liczne zwroty akcji, multum efektów specjalnych, jump scenki: tego tu nie znajdziecie. Ale za to możecie przygotować się na konsekwentnie zagęszczającą się atmosferę tajemniczości. Mocno odczuwalną, acz niezdefiniowaną groźbę czyhającą na Beth i jej dwuletniego syna Lowena w nadmorskiej okolicy. Surowe, ponure zdjęcia Craiga Buckleya i nastrojowa muzyka skomponowana przez samego Setha A. Smitha (melancholijny motyw przewodni to jedno, ale wrażenie robią też alarmistyczne efekty dźwiękowe) doskonale współgrają z powolną narracją i oczywiście tworzą chwytliwą aurę mrocznej, nadnaturalnej tajemniczości. Bo bez względu na to, jak rozwiąże się ta historia - bez względu na to, czy „The Crescent” podąży w stronę horroru o zjawiskach paranormalnych, czy nie – to klimat bezsprzecznie jest utrzymany w duchu opowieści, w których zagrożenie ma podłoże nadprzyrodzone. Wielce problematyczne dla myślę dużej części odbiorców omawianej produkcji będzie jednak to, że przez zdecydowaną większość czasu twórcy „każą” obawiać się tego, czego nie widać. W dobie wymyślnych efektów komputerowych i wszędobylskich jump scenek, takie bardziej klasyczne podejście do filmowego horroru jest dosyć ryzykowne. Ale na szczęście dla mnie coraz więcej twórców, można powiedzieć, idzie pod ten prąd. Skutek raz jest lepszy, raz gorszy, ale żadnemu z nich nie można odmówić odwagi. Bo przecież muszą wiedzieć, że w dzisiejszych czasach szansę na komercyjny sukces diametralnie zwiększa zgoła odmienna stylistyka. Chyba można więc założyć, że Smith i jego ekipa na uwadze mieli przede wszystkim oczekiwania raczej wąskiej grupy odbiorców – ludzi, którzy od hollywoodzkiego przepychu wolą minimalizm. Ale nie w warstwie atmosferycznej. Bo „The Crescent” głównie na atmosferze bazuje. Chociaż pod koniec... Ale to potem. Najpierw poznamy niezwykły duet, bo w pewnym sensie napędzany przez dwulatka. Smith nie ukrywał, że obsadzenie w jednej z kluczowych ról tak młodej osoby było niemałym wyzwaniem. Wyzwaniem, którego nie podjąłby się, gdyby nie mógł pracować ze swoim własnym dzieckiem. Woodrow Graves rządził na planie. To do jego nastroju dostosowywano harmonogram prac. To on niejako wybierał sobie kwestie, a wypadł tak wiarygodnie przede wszystkim dlatego, że kamera tak naprawdę od urodzenia mu towarzyszyła. W jego rodzinnym domu kamery to można powiedzieć stałe umeblowanie. Przy wyborze aktorki do roli Beth, reżyser zwracał uwagę głównie na to, by Woodrow swobodnie się z nią czuł. By była dobrą towarzyszką zabaw dla jego dziecka. Postawił na Danikę Vandersteen, która w mojej ocenie bez widocznego trudu poradziła sobie z tym niełatwym przecież zadaniem. Aczkolwiek siłą rzeczy ustępowała pola dwuletniemu profesjonaliście. Bo Woodrow Graves naprawdę wypadł jak stary wyjadacz. Jego aktorski warsztat... Jakie aktorstwo? Dzieciak był po prostu sobą. Bawił się pod okiem a la przyrodników – Smith wyznał, że on i jego ekipa traktowali to trochę tak, jak fotografię zwierząt w ich naturalnej scenerii. To odnośnie kręcenia niejako z ukrycia, dawania przestrzeni rozbrykanemu chłopczykowi. Improwizacji w „The Crescent” pewnie nie dałoby się uniknąć. Gdyby rzecz jasna reżyser chciał ją całkowicie wyeliminować. Ale po cóż, skoro osobisty wkład Woodrowa w ten projekt dodawał tej opowieści realizmu.

Seth A. Smith domniemywał, że ci odbiorcy „The Crescent”, którzy są rodzicami z największym napięciem będą śledzić ryzykowne harce w domku letniskowym i samotne wyprawy dwuletniego Lowena po nadmorskiej okolicy. Z potencjalnie nawiedzoną przez duchy plażą włącznie. Cóż, ja dzieci nie mam, a wszystkie takie momenty, zwłaszcza w dalszej partii filmu, śledziłam z szybko narastają trwogą, w dręczącym poczuciu nieuchronnej tragedii. Nie miałam bowiem powodów, by wątpić w to, że ten uroczy chłopczyk już za moment w najlepszym razie nabije sobie guza, a w najgorszym... Wolałabym o tym nie myśleć, ale nie potrafiłam zatrzymać napływu katastrofalnych wizji. Sporo świeżości tchnęła w to przedsięwzięcie pasja Beth, a mianowicie marmurkowanie: efektowne obrazy tworzone nie tak znowu typową metodą, które wykorzystano również w oniryczno-surrealistycznej materii „The Crescent”. Nie jest ona szczególnie rozbudowana, to zaledwie parę mieniących się żywymi, ale i mrocznymi odcieniami obrazków z udziałem... istoty z zaświatów? Jeśli to jawa, to na to by wyglądało, ale trudno o pewność, że Beth sobie tego nie wyśniła. A przynajmniej nie w danym momencie. Później co nieco powinno się widzom rozjaśnić, aczkolwiek nawet sam Smith, nie bez zaskoczenia, odnotował, że różnie się tę opowieść interpretuje. Choć przecież na końcu wszystko wyjaśnił. Według mnie niepotrzebnie: wołałabym, by poprzestał na delikatnym zasygnalizowaniu odpowiedzi (w zupełności wystarczyłby telefon, który w dalszej części filmu odbiera jedna z postaci), zamiast podawaniu jej na przysłowiowej tacy. Wcześniej twórcy sięgają po bardzo wiarygodnie się prezentujące, bo praktyczne efekty specjalne z gatunku tych umiarkowanie makabrycznych, co szczerze mówiąc trochę mnie zaskoczyło, bo wcześniej nic nie wskazywało na to, że filmowcy pójdą w tego rodzaju stylistykę (body horror). Aczkolwiek trzeba podkreślić, że to jedynie chwila, że „The Crescent” zasadniczo do końca pozostaje wiernym wyznawcą technicznego minimalizmu. Tajemnicze ludzkie sylwetki tkwiące nocami na plaży – stojące w bezruchu i uporczywie wpatrujące się w nieodległy fantazyjny domek letniskowy, w którym przebywają Beth i jej bezbronny synek – dyskomfort emocjonalny bezsprzecznie we mnie wzmagały. Mroczne zdjęcia, groźna, niewidoczna gołym okiem, ale silnie odczuwalna aura, która ich otaczała, ich enigmatyczność i nader podejrzana postawa względem sympatycznych bohaterów filmu, to wszystko nadawało im, nazwijmy to, upiorności, ale równie trafiony w tych duchach? śmiertelnikach wrogo nastawionych do obcych i jakby tego było mało chorobliwe zafiksowanych na punkcie legend, mitów, zabobonów? był ich wygląd zewnętrzny. Nietrącący sztucznością, bo charakteryzatorzy wielkiego pola do popisu nie dostali. Pomijając jeden przypadek z dalszej partii „The Crescent”. Przy całej swojej sympatii do powolnych narracji i minimalistycznych form przekazu, nie przyjmowałam bezkrytycznie pierwszej i środkowej część omawianego obrazu. To znaczy tych scen, które skupiały się na codzienności właśnie owdowiałej Beth i jej dwuletniego syna Lowena, który tym samym stracił ojca. Codzienności z rzadka przetykanej... chwilami grozy? W każdym razie niezbyt spektakularnymi (bez wizualnych wstrząsów, mocniejszych akcentów), acz na pewno nielicho nastrojowymi nieprzyjemnymi przeżyciami, z których część może, ale nie musi mieć charakter nadprzyrodzony. Nie twierdzę, że życzyłabym sobie więcej tego rodzaju podnośników napięcia (co to, to nie!), ale moje wrażenia pewnie byłyby większe, gdyby znaleziono sposób na pogłębienie postaci Beth. Może przez rozbudowanie, którejś z dwóch relacji, w jakie kobieta, chcąc nie chcąc, wchodzi w tym ponurym, zacisznym, acz bynajmniej nie bezludnym miejscu, w którym życie zdaje się płynąć wolniej, ale na pewno nie bezproblemowo. Beth poznaje dwie osoby, ale choć każda z nich odegra istotną rolę w tej historii, to konwersacje głównej bohaterki filmu z tymi ludźmi ograniczono do irytującego mnie minimum. A przecież można by na tych fundamentach rozszerzyć jej portret psychologiczny. Jakieś dodatkowe pasjonujące wydarzenia też dałoby się w takim wypadku wprowadzić, ale akurat na tym niespecjalnie mi zależało. Zależało mi natomiast na poszerzeniu wiedzy o Beth, a co za tym idzie rozbudowaniu płaszczyzny stricte psychologicznej. Bo ta koncepcja aż mi się o to prosiła. Niemniej, jak już wyraźnie dałam do zrozumienia, powodów do satysfakcji mi nie brakowało. Nie wspomniałam jednak o tym, że wyjaśnienie tej zagadki mocno mnie zaskoczyło. Nie dlatego, że jest oryginalne, bo z podobnym motywem już się w kinie grozy spotykałam, tylko z tego prostego powodu, że wcześniej nawet przez myśl mi nie przeszło, by spróbować ugryźć tę opowieść od takiej strony. W czym największa zasługa twórców „The Crescent” - udało im się zaciemnić obraz, ukryć właściwą ścieżkę interpretacyjną, odwrócić przynajmniej moją uwagę od prawdy. Strasznej prawdy? Na pewno nie najprzyjemniejszej, na pewno nie tego rodzaju, obok której mogłabym przejść zupełnie obojętnie. A w każdym razie nie przy tym empatycznym podejściu, jakim wykazali się twórcy „The Crescent”. Właściwie wszyscy, którzy przyłożyli rękę do stworzenia tego niebanalnego, dosyć ryzykownego i niewątpliwie niełatwego w realizacji horroru nastrojowego. Nawet bardzo nastrojowego.

Horror niszowy. Minimalistyczny w formie, bazujący przede wszystkim, ale nie wyłącznie, na ponurym, ale i całkiem mrocznym klimacie i wyróżniający się choćby uczynieniem jednym z głównych bohaterów dwuletniego chłopca oraz powiedzmy nietypową pasją jego matki: artystycznej, ale i nieco zagubionej duszy, najjaśniejszym punktem w życiu której jest naturalnie jej uroczy, rozgadany i rozbrykany synek. Ale mimo wszystko nie dla każdego. Na pewno nie jest to obraz, który ma dużą szansę zjednać sobie widzów preferujących dynamiczne opowieści z dreszczykiem i/lub horrorów pełnych wymyślnych efektów specjalnych albo jump scenek. Albo jeszcze lepiej i tego, i tego. Seth A. Smith w swoim „The Crescent” pokazuje się jako wyznawca starej szkoły straszenia – to znaczy zdecydowana większość seansu upływa pod znakiem tajemniczość, działalności w myśl zasady „obawiamy się tego, czego nie znamy”. Strach to może za dużo powiedziane, ale napięcie, dyskomfort emocjonalny, lekki dreszczyk: to w sumie od twórców tego bardzo smacznie zrealizowanego dzieła dostałam. Osobom nieodnajdującym się w bardzo wolno rozwijających się fabułach tego widowiska na pewno bym nie poleciła. Ale fanom tajemniczych, oszczędnych w formie horrorów nastrojowych, które każą długo czekać na powiedzmy żywszą akcję, jak najbardziej. Powiedzmy, bo wbrew pozorom niemało się tu dzieje. Gdzieś pod powierzchnią... No, aż kłębi się od emocji, a jednym z ich głównych dostarczycieli jest energiczny dwulatek. I ta energia według mnie udziela się tej bądź co bądź niezbyt wyszukanej, acz całkiem emocjonującej opowieści może o duchach, a może nie...

środa, 12 lutego 2020

Zapowiedź: „Brahms: The Boy II”


Przerażający nowy rozdział opowieści o tym, że prawdziwe zło ma niewinne oblicze.

Katie Holmes, gwiazda takich filmów jak „BATMAN – POCZĄTEK”, „NIE BÓJ SIĘ CIEMNOŚCI” I „TELEFON” w nowym filmie specjalisty od naszych najbardziej mrocznych koszmarów.

Traumatyczne przeżycie sprawia, że szczęśliwe dotąd życie Lisy, Seana i ich syna Jude’a pogrąża się w kryzysie. Rodzice oddalają się od siebie, a chłopiec przestaje mówić. Nowy dom w malowniczej okolicy daje nadzieję na nowy początek. Lisa i Sean nie podejrzewają jednak, że przeprowadzka to krok w stronę prawdziwego piekła. Gdy Jude odkryje w opuszczonej posiadłości lalkę – chłopca o uroczej twarzy, cała rodzina znajdzie się w mocy mrocznych sił, z których natury nie zdaje sobie sprawy. Ataki agresji na przemian z krwawymi wizjami, których doświadcza Jude oraz coraz częstsze poczucie obcej obecności w domu, to zwiastuny tego co nadchodzi. Lisa i Sean zaczynają bać się własnego dziecka, ale prawdziwe zło kryje się gdzie indziej. Gdy to zrozumieją, ich życie nie będzie należeć już do nich… 
Czasem pomocna dłoń zaciska się na Twoim gardle.

Zobacz zwiastun: 

BRAHMS: THE BOY II
POLSKA PREMIERA: 28 LUTEGO 2020
REŻYSERIA: William Brent Bell („The Boy”, „Demony”) 
OBSADA: Katie Holmes („Batman - Początek”, „Cudowni chłopcy”, „Jack i Jill”, „Nie bój się ciemności”, „Telefon”), Ralph Ineson („Strażnicy Galaktyki”, „Harry Potter i Insygnia Śmierci”, „Player One”, „Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi”), Owain Yeoman („Snajper”, „Troja”)
 GATUNEK: horror 
PRODUKCJA: USA 2019 


Źródło: wszystkie materiały od Rabbit Action Sp. z o.o. oraz Monolith Films

wtorek, 11 lutego 2020

Ane Riel „Żywica”


Jens Haarder od zawsze mieszkał na odosobnionej niewielkiej wyspie połączonej z inną, gęściej zaludnioną. Po ojcu przejął miłość do Natury, zwłaszcza drzew i nauczył się od niego stolarki, a jakiś czas po jego śmierci założył własną rodzinę, która tak jak on czerpała przyjemność z życia w tym zacisznym zakątku Danii. Najwięcej uwagi Jens poświęcał swojej ukochanej córce, Liv, której wpoił swoją filozofię, tak skutecznie, że dziewczynka nigdy nie widziała nic zdrożnego w złodziejskich wyprawach, na które ją zabierał. Teraz, w wieku dziewięciu lat, Liv staje się wspólniczką w zabójstwie. Ojciec bez trudu przekonuje ją, że to konieczność i że ich ofiara, tak jak upolowane przez nich zwierzęta, nie poczuje bólu. Niedługo potem Jens informuje policję o śmiertelnym w skutkach wypadku. Wypadku, którego ofiarą padła jego dziewięcioletnia córka.

Ane Riel to duńska pisarka, która swoją działalność w światku literackim rozpoczęła w latach 90-tych XX wieku, od książek dla dzieci i podręczników szkolnych, których część ilustrowała jej matka. Jej pierwsza powieść, „Slagteren i Liseleje” ukazała się w 2013 roku, ale kariera Riel nabrała rozpędu po publikacji jej kolejnej książki, thrillera „Harpiks” (pol. „Żywica”) z 2015 roku. Powieść została uhonorowana Glass Key Award, Harald Mogensen Award, Norway's Golden Bullet i nagrodą Swedish Crime Writers' Academy. W tym samym roku Riel otrzymała stypendium Nielsa Matthiesena od Ministerstwa Kultury za całą swoją dotychczasową twórczość. A w 2019 roku swoją premierę miała jej trzecia powieść pt. „Bæst”.

Specyficzny to thriller. Nierozbudowany fabularnie, a przy tym niestroniący od sprawdzonych motywów... a tak inny. Na swój sposób odważny, poruszający, empatyczny, ale i surowy. Ane Riel wprowadza nas bowiem do zaklętego kręgu osób prowadzących dosyć pustelniczy żywot, który ewidentnie ma nich zgubny wpływ. Dziewięcioletnia Liv tak naprawdę nie zna innego życia. Nigdy nie uczęszczała do szkoły, nigdy nie bawiła się z innymi dziećmi, poza swoim bratem bliźniakiem Carlem i nie dane jej było poznać innego sposobu patrzenia na świat od tego, którego nauczył ją ojciec. Wprawdzie matka zaraziła ją miłością do książek, ale to bynajmniej nie pomogło jej oprzeć się destrukcyjnemu wpływowi własnego ojca. Stolarza Jensa Haardera, który jak by na to nie patrzeć też jest ofiarą. Ofiarą miejsca, którego przez całe swoje życie się trzymał. Miejsca, którego nigdy nie zapragnął opuścić. Jens zawsze mieszkał na niewielkiej duńskiej wyspie pod nazwą Głowa, porośniętej drzewami, które już w dzieciństwie darzył wielką miłością i połączonej przesmykiem zwanym Szyją z większą, gęściej zaludnioną wyspą. Na Głowie mieszka tylko on i jego bliscy: jego małżonka Maria, która przez swoją chorobliwą otyłość nie jest już w stanie opuszczać łóżka oraz ich dzieci, bliźniacze rodzeństwo Liv i Carl. Dawniej była z nimi matka Jensa, Else, ale po pewnym strasznym wypadku została przez niego zmuszona do wyprowadzki. A teraz, po latach, wróciła. Akcja „Żywicy” nie jest prowadzona liniowo – autorka nie tylko przeplata umowną teraźniejszość z mniej i bardziej odległą przeszłością, ale też miesza narracje. Rozdziały spisane w pierwszej osobie, z punktu widzenia kilkuletniej Liv, przewijają się z częstszymi fragmentami podanymi w trzeciej osobie i niedługimi listami pisanymi przez Marię do jej ukochanej córeczki. Dla czytelnika wszystko zaczyna się od zabójstwa, tym bardziej wstrząsającego, że ukazanego oczyma dziewięciolatki, współuczestniczącej w tej niezrozumiałej zbrodni. Dlaczego Haarderowie uznali za konieczne pozbawić życia ich krewniaczkę? I dlaczego nasza mała narratorka mówi o tym tak, jakby była to najzwyczajniejsza rzecz pod słońcem? Relacjonuje zabójstwo w tak suchy, praktycznie beznamiętny sposób? „Właściwie nigdy nie myślałam o tym, jaka jestem. Myślę, że byłam tym, co widzieli [rodzice]. A czasami widziałam rzeczy, których nie widzieli oni”. Cóż takiego dostrzegała Liv Haarder, czego nie widzieli jej rodzice? Chciałoby się rzec, że to nie tak znowu bezbronne dziecko, nie potrafiło przejść do porządku dziennego nad zbrodnią, do której pewnej świątecznej nocy doszło w ich własnym domu. Że, jak to się mówi, odróżniało dobro od zła. Owszem, Liv wpojono, że zadawanie cierpienia czy to człowiekowi, czy zwierzęciu jest czymś haniebnym, ale też nauczono ją, że noc blokuje ból. Liv z jednej strony więc głęboko przeżywa widok każdej cierpiącej istoty, ale nigdy po zapadnięciu zmroku. A że jej ojciec odebrał innemu człowiekowi życie właśnie nocą, to Liv nie widzi powodu, by nad tym ubolewać. Moim zdaniem najlepsze, czego Ane Riel dokonała na kartach omawianej powieści jest to, że trudno nie współczuć Haarderom. Nie tylko zindoktrynowanej dziewczynce, ale także dorosłym, którzy ponoszą winę za to, kim się stała. Zwłaszcza jej ojciec. Człowiek, który był wychowywany w raczej nietypowy sposób, ale i nie można powiedzieć, że rodzice nie nauczyli go poszanowania dla bliźnich. Ojciec Jensa, Silas, był dla niego największym autorytetem. To od niego nauczył się wszystkiego, co uczyniło go dobrym stolarzem. To z nim dzielił swoją bezgraniczną miłość do Natury, ze wskazaniem na drzewa, których w ich samotni, na Głowie, nigdy nie brakowało. On też zasiał w umyśle Jensa filozoficzne ziarna, które z czasem wydały plony, jakich pewnie by nie pochwalał. Można powiedzieć, że na pewnym etapie jego życia coś w głowie Jensa się przestawiło. Ten zamknięty w sobie, nieśmiały, ale sprawiający sympatyczne wrażenie mężczyzna z czasem wszedł na zbrodniczą ścieżkę. I zabrał ze sobą swoich bliskich. Nic dziwnego, że nieznająca innego życia dziewięciolatka tak ochoczo z nim poszła w tę otchłań szaleństwa, ale jego żona nie mogła nie wiedzieć, jak drastycznie ich życie odbiega od tak zwanej normy. Dlaczego więc się nie sprzeciwiła? Dlaczego pozwoliła, by Jens zrobił z jej dziecka... potwora? Nie, to zbyt daleko idące określanie. Liv jest przede wszystkim ofiarą. Ofiarą wychowania, jakie odebrała. Ofiarą miejsca, w którym przyszło jej żyć. I ofiarą własnego ojca, który... bądź co bądź również jest ofiarą. Nie aż tak godną współczucia jak to kilkuletnie dziecko, ale jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, nie potrafiłam nie patrzeć litościwym okiem na tego mężczyznę. Ane Riel już się o to postarała.

Duńska autorka w swoim obsypanym nagrodami dziele zderza ogromną uczuciowość z emocjonalnym zdystansowaniem. Perspektywa dziecka mrozi krew w żyłach nie tylko dlatego, że świadkuje ono, a nawet bierze czynny udział w wydarzeniach słusznie potępianych w tak zwanych cywilizowanych społeczeństwach, ale również przez paraliżujące wręcz zimno, z jakim (umownie) je wyłuszcza na użytek czytelnika. Obok tych nieomal beznamiętnych, surowych kawałków, Ane Riel konstruuje postacie, których co prawda nie rozgrzesza (może poza Liv), ale ma dla nich niemało empatii, którą stara się wlać w odbiorcę swojej książki. Z pewnością nie każdy zarazi się tą głęboką uczuciowość Riel względem Haarderów. „Żywica” to jedna z tych książek, która raczej nie ma prawa przemówić do wrażliwości każdego czytelnika. Myślę, że nawet niektórzy namiętni odbiorcy literackich thrillerów mogą mieć problem z wczuciem się w te wielowymiarowe osobowości, jakimi niewątpliwie są ludzie żyjący na zacisznej wyspie. Najbardziej problematyczną postacią jest „głowa rodziny” Haarderów. Bo choć to w umyśle Jensa swój początek bierze zgnilizna, która w pewnym sensie rozsiewa się na umysły najbliższych mu osób, to nie da się zaprzeczyć, że człowiek ten nie do końca odpowiada za swoje czyny. A przynajmniej ja nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że Jens to jednostka chorobowa. Człowiek wymagający pomocy psychiatrycznej, której sam oczywiście nie zamierza przyjąć. Bez względu na to, jakie psychicznie katusze dzień w dzień przeżywa. Jens cierpi, ale i zadaje cierpienie innym. Spirala mąk, z której ma się wrażenie, że nigdy się nie wydostanie. Nie za życia, bo mężczyzna ten jest gotowy zrobić wszystko, by dożyć swych dni w ekstremalnie zacisznym zakątku Danii, który z pewnością nie ma zbawiennego wpływu na jego psychikę. Wyspa zamieszkała tylko przez Haarderów to tak naprawdę śmiertelnie groźna pułapka. Piękna, ale niebezpieczna. Rodząca iście klaustrofobiczne odczucia, choć obiektywnie nie jest taka znowu mała. Jak dla jednej rodziny to w sumie całkiem spory obszar, ale panująca tu cisza i świadomość oddalenia od innych ludzi, wprowadza silne wrażenie przygniatającej ciasnoty. Którą Riel w późniejszym etapie jeszcze podkręca mękami przykutej do łóżka kobiety. W okrutnie zagraconym, niebywale zaśmieconym domu. Taki jest efekt obsesji Jensa na punkcie zbieractwa. Gromadzenia przeróżnych i w zdecydowanej większości nieprzydatnych przedmiotów. Obsesji, która narasta i narasta... Wprost proporcjonalnie do jego niechęci przebywania w towarzystwie ludzi spoza zaklętego kręgu, który stworzył sobie na Głowie. Żona, córka... Więcej mu nie trzeba. A Carl? Ten bojaźliwy chłopiec tak niepodobny do Jensa i Liv? On daje oparcie swojej bliźniaczce. Samo jego towarzystwo jest bezcenne dla tej coraz bardziej zagubionej dziewczynki. Tak naprawdę bardzo samotnej, choć ona tak tego nie odbiera. Jakżeby miała, skoro nie zna innego życia? Z mojego punktu widzenia jedynym poważnym mankamentem „Żywicy” jest nazbyt uproszczony warsztat Riel. Zdania są krótkie i nie zawsze treściwe, a opisy dłuższe tam, gdzie akurat wolałabym by autorka się streszczała (na przykład tytułowa żywica) i stanowczo zbyt krótkie w tych miejscach, które moim zdaniem aż prosiły się o więcej detali (niektóre etapy analizy psychologicznej zwłaszcza Jensa i Marii Haarderów według mnie powinno się znacznie pogłębić). Niektórych może irytować także częste uprzedzanie faktów przez Riel, bo to pozbawia powieść elementów zaskoczenia. No może nie wszystkich, bo przynajmniej jeden motyw miał zaskoczyć odbiorcę (wrzucony stosunkowo długo przed dość kontrowersyjnym, a na pewno rodzącym niemały dyskomfort emocjonalny finałem). Najwyraźniej został pomyślany w charakterze niespodzianki, ale obawiam się, że długoletnich miłośników tak thrillera, jak horroru coś takiego zdumiewać nie może. Nie dość, że takie zwroty akcji już nieraz praktykowano (tak w literaturze, jak w filmie), to na dodatek łatwo wyłapać drobne sygnały emitowane wcześniej. Niemniej mnie to nie przeszkadzało – Riel raczej nie zależało na skonstruowaniu nieprzewidywalnej, raz po raz zaskakującej opowieści, tylko dającej do myślenia, poruszającej historii o ludziach w pewnym sensie uwięzionych na nieomal hermetycznej wyspie. Ze swoimi demonami...

Przygotowane przez Zysk i S-ka polskojęzyczne wydanie docenionej przez krytyków i niemałą część zwykłych odbiorców, „Żywicy” pióra duńskiej pisarki Ane Riel, w twardej oprawie, z nastrojową grafiką na okładce, przykuwa uwagę. A wnętrze książki... Cóż, to już bardziej dyskusyjna sprawa. Ten, bądź co bądź, silnie przemawiający do mnie, nielicho emocjonujący thriller, jest na tyle odmienny, od tego, z czym zazwyczaj obdarowuje nas tego rodzaju literatura, a przy tym paradoksalnie tak zwyczajny (ciekawa specyfika), wydaje się być wręcz skazany na wpadnięcie także na nie tak znowu mały niepodatny grunt. Poza tym uważam, że warsztat Riel pozostawia trochę do życzenia – tego typu opowieści, wymagają bardziej pogłębionych opisów już niekoniecznie miejsc i wydarzeń, ale na pewno postaci. Ich wewnętrznych przeżyć. Niemniej poruszyła mnie ta historia. Wzburzyła, zasmuciła i skłoniła do zadumy. Nad życiem w odosobnieniu, toksycznym wychowaniem i wewnętrznymi demonami, które przecież mogą dopaść każdego. Destrukcja i autodestrukcja na niewielkiej wyspie znacznie oddalonej od skupisk ludzkich, podana w eksperymentalny, dość ryzykowny sposób. Dla mnie to dobrze, ale też nie mam wątpliwości, że jakaś cześć fanów gatunku będzie miała inne zdanie na ten temat. Inaczej być nie może.
 
Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

niedziela, 9 lutego 2020

Richard Matheson „Jestem legendą. Piekielny dom. Człowiek, który nieprawdopodobnie się zmniejszał”


Człowiek legenda. Nieżyjący już amerykański pisarz i scenarzysta specjalizujący się w gatunkach horroru, science fiction i fantasy. Zdobywca między innymi World Fantasy Award i Bram Stoker Award za całokształt twórczości, artysta, który miał ogromny, bezcenny wkład tak w literaturę, jak kino grozy i science fiction oraz wpływ na innych twórców: dość wymienić Stephena Kinga, Anne Rice i George'a A. Romero. Wiele jego epickich utworów doczekało się swoich filmowych wersji (niektóre z nich ekranizowano/adaptowano więcej niż raz), których scenariusze nierzadko sam konstruował. Pierwsza minipowieść Richarda Mathesona, „Someone is Bleeding” ukazała się w 1953 roku (jego opowiadania publikowano od roku 1950), a ostatnia, „Generations” w roku 2012, niecały rok przed jego śmiercią. Na polskim rynku wydawniczym ten Wielki Człowiek dotychczas był stanowczo zaniedbywany – z obszernej bibliografii Mathesona nie wydano nic ponad jego najsłynniejszą powieść pt. „Jestem legendą” i garści opowiadań (warto tutaj też wspomnieć o antologii „Jest legendą” stworzonej w hołdzie dla Richarda Mathesona i zawierającej opowiadania innych autorów nawiązujące do twórczości tego niezwykle zasłużonego dla literatury i filmu człowieka). Do roku 2019, na który to wydawnictwo Mag przygotowało długo wyczekiwane przez fanów literatury grozy i science fiction wydanie zbiorcze malutkiej częściej jego bezcennego dorobku pisarskiego. Wchodzące w skład serii Artefakty wydanie w twardej oprawie z wpadającą w oko grafiką Dark Crayon zdobiącą front książki, zawiera aż trzy reprezentatywne minipowieści i dziewięć wybranych opowiadań Richarda Mathesona w tłumaczeniu genialnej Pauliny Braiter i Roberta Walisia. Czego chcieć więcej? No cóż, może całej reszty bibliografii tego wirtuoza słowa pisanego?

Minipowieść „Jestem legendą” (oryg. „I Am Legend”) swoją światową premierę miała w 1954 roku, a na ekran dotychczas była przenoszona trzykrotnie: „The Last Man on Earth” (1964), „The Omega Man” (1971), „I Am Legend” (2007). Poza tym w 2007 roku ukazała się nieoficjalna adaptacja tego utworu, „I Am Omega” (2007) w reżyserii Griffa Fursta, a sam George Romero przyznał, że inspirował się tą historią podczas tworzenia swojego najsłynniejszego filmu, kultowej „Nocy żywych trupów” z 1968 roku. Może dlatego „Jestem legendą” Mathesona uznaje się za opowieść o zombie-wampirach, choć próżno szukać tutaj wyraźnych wskazań w kierunku zombie. Chyba, że za takowe uznać to, że część kreatur występujących w tym apokaliptycznym i postapokaliptycznym świecie przedstawionym to żywe trupy, ale czy klasycznych wampirów też nie można tak nazwać? Tak, tym co odróżnia krwiopijców zmieniających porządek świata na kartach „Jestem legendą” od ich protoplastów absolutnie nie jest to, że (część z nich) to tak naprawdę chodzące i polujące trupy, tylko geneza owych nadzwyczajnych przypadków chorobowych. Matheson wzbogacił mit wampira o własne podstawy, nazwijmy je medyczne. „Jestem legendą” to nie tylko opowieść o wampirach (będę się upierać, że nie są to zombie), ale także zarazie, która nadzwyczaj szybko rozprzestrzeniła się po świecie, być może oszczędzając tylko jednego człowieka: stojącego w centralnym punkcie tej ponadczasowej opowieści Roberta Neville'a. Poznajemy go już w postapokaliptycznych realiach, w których przyszło mu żyć przez zmasowany atak żywiących się krwią bestii, które jeszcze niedawno były ludźmi. Jego aktualne dzieje autor nierównomiernie przeplata z retrospekcjami, dzięki którym poznajmy początki wampirzej zarazy i oczywiście poprzedni żywot Roberta, męża i ojca, który nieoczekiwanie stracił wszystko, na czym mu zależało. Wszystko oprócz życia, ale wziąwszy pod uwagę to, co już przeżył i to, co teraz go spotyka, można uwierzyć, że śmierć byłaby dla niego wybawieniem. Choć w „Jestem legendą” nie brakuje mrocznych fragmentów z udziałem krwiożerczych bestii między innymi wytrwale szturmujących dom naszego protagonisty, to moim zdaniem (i nie tylko moim) minipowieść ta traktuje przede wszystkim o dojmującej samotności. Robert Neville jest coraz bardziej przekonany, że jest ostatnim człowiekiem na Ziemi, a wraz z tym przypuszczeniem naturalnie wzrasta w nim poczucie beznadziei. Z biegiem trwania lat w tym odartym z wszelkich perspektyw, nadzwyczaj niebezpiecznym postapokaliptycznym świecie, w Neville'u zachodzi w pełni uzasadniona wewnętrzna przemiana. Z człowieka śmiało stawiającego czoło wszelkim przeciwnościom i zdeterminowanego badacza zjawiska, z którym on i reszta świata, na swoje nieszczęście, się zetknęli, powoli przemienia się w zgorzkniałego, nieprzystępnego pustelnika, który tak naprawdę sam nie wie, dlaczego uparcie trzyma się swojego beznadziejnego żywota i nie zależy mu już zbytnio na eliminowaniu wrogów wychodzących po zapadnięciu zmroku, a o świecie zapadających w doprawdy twardy sen (coś w rodzaju śpiączki). Konstrukcja dynamicznej postaci, niebywale ponury, nielicho przygnębiający klimat oraz oryginalne podeście do mitu wampira moim zdaniem stanowią największą siłę „Jestem legendą”. To w połączeniu z obrazowym warsztatem autora, który notabene absolutnie myszką nie trąci, sprawia, że czyta się to z prawdziwymi wypiekami na twarzy, nawet wówczas gdy przynajmniej samozwańczy ostatni człowiek na Ziemi oddaje się bądź co bądź zwyczajnym zajęciom w tym niezwyczajnym świecie. Albo po prostu siedzi i duma nad sobą i nad rzeczywistością, w której przyszło mu żyć i cierpieć.

Mój zwycięzca omawianego wiekopomnego zbioru to... „Piekielny dom” (oryg. „Hell House”), minipowieść po raz pierwszy opublikowana w 1971 roku. Przełożona na ekran w 1973 roku – brytyjski pełnometrażowy horror „The Legend of Hell House” w reżyserii Johna Hougha – i zaadaptowana na komiksowy miniserial, który swoją światową premierę miał w 2004 roku. Klasyczna opowieść o nawiedzonym domostwie, do którego w grudniu 1970 roku przybywają cztery osoby z zamiarem odkrycia tajemnicy tego śmiercionośnego obiektu. Ich zleceniodawca dał im tydzień na rozpracowanie (i pozyskanie dowodów) paranormalnych właściwości tego miejsca. Przewodniczy zasłużony badacz takich zjawisk, doktor fizyki Lionel Barrett, któremu jak zwykle asystuje jego małżonka, Edith. Wraz z nimi do Piekielnego Domu wchodzą Florence Tanner i Benjamin Franklin Fischer. Ta pierwsza jest medium psychicznym ochoczo korzystającym ze swego talentu, a Ben to medium fizyczne, które od swojego poprzedniego pobytu w Piekielnym Domu (w 1940 roku, gdy jeszcze był nastolatkiem) uparcie blokuje swoje niezwykłe zdolności. Doktor Barrett nie wierzy w duchy sensu stricto, tylko w moce podświadomości, coś w rodzaju energii pochodzącej od ludzi, która może przetrwać śmierć swojego ludzkiego źródła. Florence Tanner wyraźnie stoi w opozycji do niego, choć jej klasyczny pogląd na nadprzyrodzone (wiara w duchy) wcale nie musi tak zupełnie kolidować z przekonaniami nazbyt pewnego siebie fizyka. „Piekielny dom” to przede wszystkim klasyczna ghost story, kolejna opowieść o przynajmniej pozornie nawiedzonym przez istoty z zaświatów domostwie, doprawiona dosyć śmiałą (acz nieprzesadnie akcentowaną) erotyką. Ale też opowieść podpinająca się pod motyw kojarzony głównie z scence fiction. Maszyna skonstruowana przez doktora Barretta to jedno, ale z fantastyką naukową kojarzy się głównie konstrukcja tej postaci. Richard Matheson daje nam rozliczne dowody na to, że kierujący tym odważnym projektem zbadania prawdopodobnie najgroźniejszego domostwa na świecie, naukowiec, jest klasycznym burzycielem. Człowiekiem tak opętanym swoimi nowatorskimi badaniami zjawisk nazywanych nadprzyrodzonymi, że niedopuszczającym już do siebie innych możliwości. A stąd blisko już do bagatelizowania zagrożenia czyhającego na niego i jego towarzyszy w Piekielnym Domu. Owszem, Barrett zachowuje pewną ostrożność, ale i tak nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że nie docenia swojego wroga bądź wrogów. Bo w Piekielnym Domu niewątpliwie coś do szczętu zepsutego tkwi – czy to destrukcyjna energia, jak chce tego Barrett, czy agresywne dusze nieżyjących już, zdemoralizowanych osób, z diabolicznym właścicielem tej ogromnej posiadłości na czele. To ma drugorzędne znaczenie. Jedno jest pewne: koordynator tego wielce ryzykownego projektu ma zbyt swobodny stosunek do wszystkiego, co dzieje się w tym domostwie, z tego prostego powodu, że pokłada nazbyt wielką wiarę w swoje możliwości. I być może zbyt małą w jedną z jego towarzyszek. Być może, bo Matheson przebiegle żongluje nastawieniem czytelnika do właściwie wszystkich śmiertelników tkwiących w tytułowym obiekcie. A klimat, dawkowanie napięcia – to jest po prostu mistrzostwo! Krótko: jedna z najlepszych historii o nawiedzonym domostwie wśród tych, które dotychczas dane mi było przeczytać. Może nie na równi z „Nawiedzonym” Shirley Jackson i „Lśnieniem” Stephena Kinga, ale blisko. Bardzo blisko.

Wychwalany przez Stephena Kinga w jego „Danse Macabre” „Człowiek, który nieprawdopodobnie się zmniejszał” (oryg. „The Shrinking Man”), minipowieść pierwotnie opublikowana w 1956 roku, był już dwukrotnie przenoszony na ekran: „The Incredible Shrinking Man” (1957) i „Incredible Shrinking Woman” (1981), chociaż tę drugą komediową pozycję bardziej zasadne byłoby chyba nazywanie wariacją na temat rzeczonej historii amerykańskiego geniusza słowa pisanego, jakim niewątpliwie był Richard Matheson. Autor pisał tę historię klasyfikowaną jako science fiction... w piwnicy. W ten sposób chciał się naturalnie wczuć w nieciekawą sytuację swojego maciupeńkiego bohatera. Powiedzieć, że Scott Carey miał pecha to mało. W wyniku fatalnego zbiegu okoliczności (Matheson z czasem przyznał, że z naukowego punktu widzenia trochę go tutaj poniosło, ale „ostatecznie jaka to różnica”? - napisał do Stephena Kinga. No właśnie, jakie to ma znaczenie w przypadku tak niesamowicie emocjonującej opowieści?) główny bohater omawianego utworu zaczął się kurczyć. Codziennie o dokładnie jedną siódmą cala. Autor w pierwszej wersji trzymał się chronologii zdarzeń, ale po jakimś czasie uznał, że lepiej będzie podejść do tego od innej strony, ponieważ według niego w takim wypadku czytelnik musiałby nazbyt długo czekać na najlepsze kawałki. Aktualne dzieje lilipuciego już Scotta Careya (pojedynki z wielkim z jego punku widzenia, a więc i naszego, takiej arachnofobiczce jak ja musiały mrozić krew w żyłach) przeplata z retrospektywnymi fragmentami rozpoczynającymi się już wówczas, gdy Carey był świadom swojej niezwykłej przypadłości, ale jego postura jeszcze zbytnio nie ucierpiała. Narracja jest wprawdzie trzecioosobowa, ale Matheson bez widocznego trudu narzuca czytelnikowi punkt widzenia coraz to mniejszego i mniejszego protagonisty. Człowieka coraz bardziej obrażonego na świat. Przepełnionego bezsilną wściekłością na niesprawiedliwość losu względem niego, ale złość wylewa na swoją małżonkę. Mężczyzna po jakimś czasie jest też zmuszony unikać nawet swojej pięcioletniej córki – nawet tak mała istota staje się dla niego zagrożeniem, nie wspominając już o obcych ludziach. Carey staje się więc kimś w rodzaju więźnia we własnym domu. Alienuje się nie tylko od reszty świata, ale także od pozostałych domowników, do niedawna najbliższych mu osób. Podczas gdy córka fizycznie mu zagraża, żona, przynajmniej według niego, przestaje go rozumieć. Wręcz bagatelizuje jego bądź co bądź poważną chorobę. Teraz Carey jest zamknięty w piwnicy, w której mieszka czarna wdowa, która jeszcze co prawda go nie przerosła, ale to tylko kwestia dni. Niemniej już ta wielkość włochatego stworzenia przedstawia dla lilipuciego Careya niemałe zagrożenie. Pająk pająkiem, ale szczerze mówiąc silniej angażowały mnie retrospekcje z niezwyczajnego życia zwyczajnego mężczyzny (Matheson specjalizował się w mieszaniu zwyczajności z niezwykłością), z tego prostego powodu, że cechowały się one większą różnorodnością zdarzeń. W mrocznej, zawilgoconej piwnicy przynajmniej tymczasowo będącej całym światem Scotta Careya właściwie w kółko działo się to samo. Walki z pająkiem, zdobywanie jedzenia i wody, spanie, nieskuteczne próby wydostania się z tej podziemnej pułapki... I tak aż do niespodziewanego finału. Abstrahując oczywiście od arcyciekawej niedalekiej przeszłości tego godnego współczucia męża i ojca, który z czasem zostaje zupełnie sam... No nie, bo jest jeszcze bestia, z którą dzieli piwnicę swojego domu.

Opowiadania. „Koszmar na wysokości dwudziestu tysięcy stóp” miałam już okazję przeczytać w zbiorze „17 podniebnych koszmarów” skompilowanym przez Stephena Kinga i Beva Vincenta. „Test”, nazwałabym kreatywnym sposobem na zwrócenie uwagi czytelników na wciąż aktualny problem ludzi w podeszłym wieku, którzy przez swoich bliskich są odbierani w kategorii ciężaru. Czy chcielibyście takiego rozwiązania problemu, jakie ku przestrodze, kreśli w tym opowiadaniu Richard Matheson? „Człowiek, który nie lubił świąt” to krótka opowieść, która zasadza się tak naprawdę na przewrotnym finale. Wszystko co jest powiedziane wcześniej praktycznie nie ma większego znaczenia – to li tylko prosta droga prowadząca do końcowego zwrotu akcji. „Montaż” wyróżnia się konstrukcją. Matheson podaje tę opowieść w swego rodzaju formie filmowej – jak wskazuje już sam tytuł spotkamy się tutaj ze zmontowanym życiem pewnego pisarza, który najwyraźniej nie wziął sobie do serca znanej przestrogi mówiącej, żeby uważać na swoje życzenia, bo mogą się spełnić... „Dystrybutor” to dynamicznie i zarazem bardzo tajemniczo rozwijający się utwór o pewnym człowieku, który nie wiedzieć czemu coraz bardziej uprzykrza życie swoim nowym sąsiadom. Robi im różne przykrości, nastawia jednego na drugiego, a przy tym bardzo uważa, by nikt nie dowiedział się, że to on jest mącicielem. „Tylko umówione wizyty” to niespełna trzystronicowa opowieść o schorowanych ludziach, którym chwilową ulgę daje tylko jeden lekarz. Przewrotna opowieść, która podpina się pod pewien znany między innymi miłośnikom horroru motyw, zapożyczony z pewnych wierzeń. „Mucha” to dosyć zabawna, ale i niepozbawiona napięcia historia o rozpaczliwej walce pewnego poważnego dyrektora dużej formy z tytułową muchą. Celowo na koniec zostawiłam sobie „Guzik, guzik” i „Pojedynek”. Dwa utwory, które doczekały się swoich filmowych wersji (ten pierwszy miał i swoją serialową odsłonę, tj. jeden odcinek w „Strefie mroku”): „The Box. Pułapka” w reżyserii Richarda Kelly'ego to raczej luźna, mocno rozrośnięta o inne wątki adaptacja „Guzik, guzik”, a kultowy „Pojedynek na szosie” Stevena Spielberga to aż zaskakująco wierne przeniesienie na ekran opowiadania „Pojedynek”. Co nieco oczywiście dodano, ale praktycznie wszystko, co znalazło się w opowiadaniu ma też swoje miejsce w filmie Spielberga. Ze wszystkich krótszych utworów zamieszczonych w tym wspaniałym zbiorze przygotowanym przez wydawnictwo Mag, te dwa dostarczyły mi najsilniejszych emocji. I bynajmniej nie dlatego, że filmy...

Fani literatury grozy i science fiction wreszcie doczekali się polskojęzycznego wydania wielu reprezentatywnym utworów mistrza Richarda Mathesona w jednym starannym, godnym jego pióra tomie. Wydawnictwo Mag niejednokrotnie już mnie mile zaskakiwało, ale tą publikacją przeszli samych siebie. Trzy ponadczasowe minipowieści i dziewięć opowiadań wirtuoza słowa pisanego, którego epickich utworów na polskim rynku był bolesny niedostatek. Czy można to przebić? Wątpię. Ale próbujcie, proszę, polscy wydawcy: może jeszcze więcej literackich dzieł Richarda Mathesona w jednym tomiszczu? A do tego czasu... Ta oto zbiorcza publikacja kilkunastu utworów Richarda Mathesona to według mnie największe polskie wydarzenie literackie na przestrzeni kilku lat. Na poletku horroru i science fiction oczywiście. Coś za co winniśmy być niezmiernie wdzięczni wydawnictwu Mag (nie wspominając już o samym autorze tychże: oczywista oczywistość), my fani literatury grozy i fantastyki naukowej. Nareszcie!

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu