Nastoletnia
Sofia Martin dostaje pół roku aresztu domowego za napaść na
funkcjonariusza policji. Tego samego dnia w jej sąsiedztwie pojawia
się nowy lokator, tajemniczy mężczyzna, który szybko zaczyna
budzić podejrzenia Sofii. Dziewczyna ma powody, by przypuszczać, że
to on odpowiada za zaginięcia dzieci, do których ostatnio dochodzi
w mieście. Wraz z kolegą z sąsiedztwa, Milo Murphym i
niedosłyszącą młodszą siostrą Amelią, która jest
prześladowana w szkole z powodu swojej niepełnosprawności, Sofia
stara się pozyskać dowody obciążające jej nowego sąsiada.
Rozwój wypadków każe jej jednak wziąć pod uwagę jeszcze inną
możliwość. A mianowicie taką, że porywaczem dzieci jest mityczny
Cucuy, potworne stworzenie, które żywi się swoimi ofiarami.
Peter
Sullivan, twórca między innymi „The Sandman” (2017), z myślą
o kolejnym horrorze zagłębił się w legendy z całego świata,
szukając takiej, która „byłaby wystarczająco silna, aby
wesprzeć narrację”. Jego uwagę zwrócił znany w kulturze
latynoskiej mit o mitycznym potworze, porywaczu i zjadaczu
niegrzecznych dzieci, zwanym między innymi El Cucuy i uważanym za
iberyjską wersję Bugbeara i Krampusa. Cucuy zwykle jest
wykorzystywany jako środek służący dyscyplinowaniu małoletnich:
straszak na niesforne dzieciaki. Peter Sullivan największy potencjał
dostrzegł w samym fakcie nagłej i niewyjaśnionej utraty dziecka –
wyznał, że bardziej przerażającego scenariusza nie potrafi sobie
wyobrazić, dlatego właśnie na tym mitycznym stworze zdecydował
się oprzeć scenariusz swojego horroru, któremu nadał tytuł
„Cucuy: The Boogeyman”. Następnie sam go wyreżyserował, a
premierowy pokaz odbył się w październiku 2018 roku na kanale
SyFy (Stany Zjednoczone).
Pamiętacie
Kale'a z thrillera „Disturbia” (pol. „Niepokój”) w reżyserii
D.J. Caruso? Nastoletniego chłopaka, który za fizyczny atak na
nauczyciela został skazany na kilkumiesięczny areszt domowy, w
trakcie którego stopniowo nabierał przekonania, że jeden z jego
sąsiadów jest seryjnym mordercą. Z Sofią Martin, główną
bohaterką amerykańskiego horroru „Cucuya: The Boogeymana”, jest
podobnie. Nastolatka (w tej roli taka sobie Jearnest Corchado) stając
w obronie swojej niedosłyszącej młodszej siostry, Amelii,
„szturcha” funkcjonariusza policji, który ruszył na ratunek
chłopakom zaatakowanym przez Sofię, którzy chwilę wcześniej
znęcali się nad jej niepełnosprawną siostrą. Tego policjant
oczywiście nie widział, ale prawdopodobnie wziął to pod uwagę
sąd. Zamiast poprawczaka Sofia dostała sześciomiesięczny areszt
domowy - bez możliwości uczęszczania do szkoły(!) - czym
naturalnie przysporzyła dodatkowego kłopotu swojej i tak już ledwo
wiążącej koniec z końcem zapracowanej, od roku owdowiałej,
matce. Kobieta jednak długo nie złości się na swoją pierworodną
córkę. Młodsza siostra zaś jest wdzięczna Sofii za poświęcenie,
na jakie się dla niej zdobyła. Sofia i Amelia są ze sobą bardzo
zżyte. Tej pierwszej w najmniejszym nawet stopniu nie przeszkadza
to, że przez większość czasu to na niej spoczywa obowiązek
opieki nad Amelią, bo ich matka od śmierci męża (a ich ojca) musi
pracować od rana do wieczora, żeby utrzymać rodzinę. Peter
Sullivan niemały nacisk położył na relacje rodzinne, na
akcentowanie silnych więzi pomiędzy Martinami: żyjącą w Stanach
Zjednoczonych trzyosobową familią mającą meksykańskie korzenie
(matka Sofii i Amelii jest Meksykanką, ojciec natomiast był
Amerykaninem), której brakuje pieniędzy, ale ma coś ważniejszego:
wsparcie swoich bliskich w trudnych chwilach. Najbardziej potrzebuje
go najmłodsza członkini rodziny, niedosłysząca, wspomagająca się
aparatem słuchowym Amelia, która to jest prześladowana w szkole z
powodu swojej niepełnosprawności (fakt, że jest półkrwi
Meksykanką też może grać w tym rolę). To oczywiście ważny
komentarz do sytuacji, która niestety wciąż dotyka osoby
niepełnosprawne. Niektóre. Choć lubimy myśleć, że żyjemy w
tzw. oświeconym świecie, w postępowej epoce, w której nie
ignoruje się potrzeb osób niepełnosprawnych, to jak przychodzi co
do czego... Cóż, wciąż są tacy, którzy nie widzą, bo nie chcą
widzieć, okrucieństwa (tak, tak, w tym postępowym świecie)
względem ludzi i tak już ciężko doświadczonych przez los. Amelia
chce się przystosować, naturalnie marzy o akceptacji rówieśników
i pewnie by ją zyskała, gdyby tylko ktoś dał jej szansę. W
szkole, do której uczęszcza jeszcze ani jeden uczeń „nie zadał
sobie trudu”, aby ją poznać. Bo po co? Lepiej z góry wyrobić
sobie negatywne zdanie, bo jakże miałoby być pozytywne skoro już
na pierwszy rzut oka widać, że Amelia nigdy nie będzie taka
wspaniała jak reszta... Taki sposób myślenia zdaje się kierować
jeśli już nie wszystkimi uczniami problematycznej szkoły
podstawowej, to na pewno najbardziej zdeterminowanymi prześladowcami
Amelii. Najpopularniejszą dziewczyną w szkole (a jakżeby inaczej!)
i paczką skaterów, której ulubioną rozrywką (obok dręczenia
Amelii i jeżdżeniu na deskorolkach) jest niszczenie własności
miasta. Jak widać Peter Sullivan jedzie na stereotypach: szkolna
piękność, a przynajmniej za takową uważana, która złą
dziewczyną jest, banda klasycznych chuliganów, nastolatków z
przyjemnością działających na szkodę ogółu oraz główny
obiekt ich niewybrednych żartów, kpin, doprawdy przykrych
złośliwości, również z wykorzystaniem Internetu. Sullivan w ten
sposób być może chciał uczulić jeszcze nieuczulonych na haniebne
wykorzystywanie Sieci przez część młodych ludzi. Aczkolwiek z
moich osobistych obserwacji wynika, że ten proceder nie ogranicza
się jedynie do osób małoletnich – Internet jest czymś w rodzaju
broni także dla wielu dorosłych ludzi. Narzędziem nader chętnie
wykorzystywanym do niszczenia bliźnich. A obok tego rzecz jasna
toczy się opowieść o tytułowym potworze. Postaci zaczerpniętej z
latynoskiej legendy, wykorzystywanej przez niektórych rodziców do
dyscyplinowania swoich pociech.
Czarny
charakter, nadnaturalny stwór polujący na niegrzeczne dzieci, to
przede wszystkim wymyślny, ale już niekoniecznie niepokojący
kostium (według mnie przesadzony) „wspomagany” CGI. Twórcy
posiłkowali się komputerem między innymi przy wprawianiu w ruch
ust tytułowego potwora - nienaturalnie szerokie rozwarcie najeżonej
ostrymi zębiskami paszczy – i żarzących się czerwienią ślepi:
to dopiero tandetny efekt. Przejścia Cucuya, w których dostrzegamy
też niesamowicie kiczowate kłębki czarnej mgły, rozpraszające
się w ten sposób kontury jego sylwetki, również zostały
wygenerowane komputerowo, ale przy całej mojej niechęci do tego
tworu, jakim jest tytułowy antybohater tego konwencjonalnego horroru
Petera Sullivana, to i tak nic w porównaniu do tego, co miałam
nieprzyjemność zobaczyć pod koniec filmu. Ale poza tym... No,
więcej powodów do narzekań twórcy efektów specjalnych mi nie
dali. Wypatrzyłam nawet bardziej udane występy Cucuya – prolog,
ręce potwora z nagła wystrzeliwujące spod pryczy w policyjnym
areszcie i przede wszystkim moment, w którym mityczny stwór pojawia
się w zasięgu wzroku Sofii Martin, tuż po jej nieoczekiwanym
spotkaniu nieopodal jej domu z młodocianymi wandalami oraz widok
jednej zdeformowanej martwej twarzy (przypomniał mi się „The
Ring”). UWAGA SPOILER Przy pewnej dozie dobrej woli dodać
do tego można też późniejsze widoki wciąż żyjących więźniów
Cucuya, które przetrzymuje w swoim w miarę mrocznym systemie jaskiń
(długie, ciasne korytarze): skrępowane, nienaturalnie uśpione
małoletnie osoby, które bestia w najbliższej przyszłości
zamierza pożreć KONIEC SPOILERA. Choć w mojej ocenie klimat
„Cucuya: The Boogeymana” jest posępniejszy niż w tych
wszystkich plastikowych, szeroko reklamowanych tworach (och ten
hollywoodzki styl), to biorąc pod uwagę całokształt współczesnego
kina grozy warstwa audiowizualna i tak jest dość asekurancka.
„Cucuy: The Boogeyman” to jeden z tych grzeczniejszych horrorków,
który nie stara się zbytnio zaniepokoić zaprawionego w boju
odbiorcy, ale też nie mogę zarzucić mu sromotnej porażki na
gruncie atmosferycznym. Bywało nieporównanie gorzej. Długoletni
fani gatunku żadnych fabularnych niespodzianek raczej tutaj nie
znajdą. Chyba że za takową uznać stwora zaczerpniętego z niezbyt
szeroko rozpowszechnionej legendy. W każdym razie sam rozwój akcji
jest dokładnie taki, jakiego przede wszystkim spodziewamy się po
tego typu filmach. A przynajmniej ja nie miałam żadnych wątpliwości
co do kierunku, jaki owa opowieść obierze. Wiadomo kto trafi do
wora Cucuya, wiadomo, jaka rola w tym koszmarze przypadnie głównej
bohaterce, nastoletniej Sofii Martin, wiadomo nawet jak rozwinie się
wątek tajemniczego sąsiada, którego szpieguje zaobrączkowana
dziewczyna. Zupełnie jak Kale z „Niepokoju”... No dobrze, nie do
końca, ale podobieństwa są tak silne, że nie uwierzyłabym, gdyby
mi powiedziano, że Peter Sullivan z tym osiągnięciem D.J. Caruso
nigdy się nie spotkał. Uparte trzymanie się konwencji dla mnie
przeszkodą nie było, bo należę do tej mniejszości, która co do
zasady ceni sobie obcowanie z tradycjonalnymi rozwiązaniami. O ile
są odpowiednio podane. A przynajmniej znośnie. „Cucuy: The
Boogeyman” w tej materii na wyżyny się oczywiście nie wspomina –
nie wydobywa maksimum potencjału z twardego schematu, w którym od
początku do końca egzystuje. Silnie trzymająca w napięciu,
wzbudzająca choćby tylko lekki dyskomfort emocjonalny przejażdżka
to to nie była. Już prędzej niezobowiązujące, lekkie patrzydło
o cudacznym potworze i rzecz jasna ludziach stawiających mu czoło.
Głównie małoletnich „przymusowych badaczach folkloru”:
nastolatkach, którzy chcąc zniszczyć mitycznego stwora żywiącego
się dziećmi muszą dokładnie zbadać temat. I ten konkretny
przypadek, bo jak się okazuje ich wróg posiada jedną iście
wampirzą (heh) cechę. Właściwość, która ma zasadnicze
znaczenie dla tej sprawy. Sprawy nieefektywnie prowadzonej przez
stryja Sofii i Amelii Martin, komendanta miejscowej policji. Co
oczywiście nie dziwi, bo który policjant zakłada, że poszukiwana
przez niego osoba nie jest człowiekiem tylko legendarnym,
nadnaturalnym monstrum, na którego patrzy się trochę jak na alter
ego... Świętego Mikołaja:) No wiecie, ten wór. Już abstrahując
od tego, że silniejszych emocji „Cucuy: The Boogeyman” mi nie
dostarczył, to muszę zaznaczyć, że filmowcy narzucili temu
lekkiemu spektaklowi niezłe tempo. Co ważniejsze dla mnie:
nienadmiernie dynamiczne; i co istotniejsze dla bodaj większości
współczesnych fanów kina grozy: nie takie, które można nazwać
powolnym. Peter Sullivan całkiem wprawnie porozkładał w czasie
wszystkie niewyszukane (tak wiem, tytułowy antybohater może i
zasłużył sobie na miano „wyszukanego”...) wątki tej
opowiastki ku przestrodze. Przewidywalnej, ale i niemęczącej
(przynajmniej mnie) historyjki o potworze, który ma na oku
niesforne, żeby nie rzec okrutne dzieci. Więc pamiętajcie młodzi:
trzeba grzecznym być! Tak tylko czy film ten można uznać za
odpowiedni dla tych, do których przede wszystkim kieruje swoją
przestrogę? Dla nastolatków tak, ale młodsze dzieci... No
powiedzmy, że Cucuy to taka okrutniejsza wersja czarownicy z bajki o
Jasiu i Małgosi. Bardziej szkaradna i można rzec, że mniej
wykwintna:) Więc... Nie, z myślą o najmłodszych ten film
najprawdopodobniej nie powstawał. Pomimo tego, że przez starszego
odbiorcę może być odbierana jako jeden z bardziej ugrzecznionych
horrorów o mitycznych potworach.
Obiektywnie
rzecz biorąc godnym polecenia horrorem „Cucuy: The Boogeyman”
prawdopodobnie nie jest. Ale przez męki nie przeszłam. Seans
wprawdzie nie upłynął mi pod znakiem żywszych emocji, co prawda
Peter Sullivan nie przygotował jednego z tych horrorowych widowisk,
do których chce się wracać, ale tak na jeden raz? W sumie, czemu
nie? Od czasu do czasu można przecież uraczyć się czymś
lżejszym, niewymagającym myślenia, uruchamiania wyobraźni, ani
generalnie większego skupienia. Trochę efekciarski i dokumentnie
przewidywalny to film, ale przy odpowiednim nastroju w sumie do
strawienia. Polecać nie będę, ale nie boję się zakomunikować,
że nie był taki zły, jak się spodziewałam. Ot, takie średniawe
coś, raczej nie do użytku bardziej wymagających odbiorców. A już
na pewno nie poszukiwaczy oryginalnych rozwiązań w horrorze. Mimo
tego, że postać Cucuya często w tym gatunku nie gości. I jeszcze
taka ciekawostka: Stephen King inspirował się legendą o tym
stworze pisząc jedną ze swoich nowszych powieści, której tytułu
taktownie nie zdradzę.
Faaajny, nam się bardzo podobał. :)
OdpowiedzUsuń