Stronki na blogu

poniedziałek, 18 maja 2020

Jana Wagner „Pandemia”


Moskwę opanowuje nieznany wirus. Aby zapobiec rozprzestrzenieniu się śmiertelnej choroby władze zarządzają kwarantannę w całej stolicy. Nikomu nie wolno wyjechać, ani wjechać do miasta. Mieszkający w okolicznej wiosce Anna, jej szesnastoletni syn Michaił i mąż Sierioża, z inicjatywy ojca tego ostatniego i w obawie przed nieuchronnym pogorszeniem sytuacji społecznej oraz zdrowotnej w całym kraju postanawiają wyruszyć w długą podróż, której celem jest niewielka chata stojąca na wysepce na jeziorze w Karelii. Zabierają ze sobą sąsiadów, małżeństwo z kilkuletnią córeczką oraz byłą żonę Sierioży Irinę i ich małego synka Antona. Grupie przewodzi przewidujący ojciec Sierioży, Borys, a ich głównym przeciwnikiem jest czas. Im dłużej bowiem będzie trwała ta przymusowa podróż, z tym większą liczbą niebezpieczeństw będą musieli się zmierzyć. A zagraża im nie tylko tajemniczy wirus, ale również inni ludzie, tak jak oni walczący o przeżycie w tej apokaliptycznej rzeczywistości.

Wychowana w rosyjsko-czeskiej rodzinie, obecnie mieszkająca na przedmieściach Moskwy, Jana Wagner/Yana Vagner, jest absolwentką Rosyjskiego Państwowego Uniwersytetu Humanistycznego. Była tłumaczką, spikerką radiową i kierowniczką ds. logistyki. Swoją pierwszą powieść, „Vongozero” (pol. „Pandemia”) Wagner najpierw publikowała w odcinkach na swoim blogu. Tekst cieszył się na tyle dużym zainteresowaniem internautów, że szybko stał się przedmiotem aukcji między wydawcami. Pierwsze wydanie „Vongozero” w formie książkowej pojawiło się w 2011. Wyróżniona między innymi nominacją do National Bestseller Prize i przełożona na ekran w formie serialu („Epidemiya” aka „The Outbreak” z 2019 roku) debiutancka powieść Jany Wagner została przetłumaczona na kilka języków. W tym polski – pierwsze wydanie ukazało się w roku 2015 pod szyldem Chimaera, niestety zakończonego już projektu wydawnictwa Zysk i S-ka, a drugie to samo wydawnictwo wypuściło pięć lat później...

… najpewniej w związku z pandemią COVID-19. „Pandemia” Jany Wagner może być odbierana jako powieść prorocza. Pewne, na szczęście niewielkie, podobieństwa do obecnej sytuacji bez trudu można w niej odnaleźć. Podobnie jest z „Bastionem” Stephena Kinga. Wagner miała jednak o tyle łatwiej, że swoją pierwszą (i bynajmniej nie ostatnią) powieść pisała po epidemii wirusa SARS (2002-2003), który notabene daje podobne objawy, co nienazwany wirus w jej najgłośniejszym utworze. Możliwe więc, że tutaj znalazła inspirację do napisania „Pandemii” - thrillera psychologicznego utrzymanego w apokaliptycznych realiach. I zarazem powieści drogi, bo uczestniczymy tutaj w długiej podróży przez najeżoną rozlicznymi niebezpieczeństwami Rosję. Zagrożeniami wynikającymi z tajemniczej zarazy. Wagner nie zagłębia się wprawdzie w proces chorobowy, ale zdradza dość, by wyklarował się przed nami obraz choroby, która przynajmniej w pierwszej fazie objawia się zupełnie jak grypa. Potem przychodzi krwotoczne zapalenie płuc, które prowadzi do śmierci zarażonej osoby. Niszcząca działalność wirusa to jednak tylko tło i oczywiście zapalnik wszystkich wydarzeń z imponującą drobiazgowością zaprezentowanych przez Wagner na kartach tej bez wątpienia wyróżniającej się powieści apokaliptycznej. Jeśli ktoś szuka nieustającej akcji, to „Pandemia” Jany Wagner prawdopodobnie nie okaże się satysfakcjonującym wyborem. Bo choć nie można powiedzieć, że książka cechuje się permanentnym zastojem akcji, to na pewno nie jest to historia, którą z czystym sumieniem mogłabym określić jako dynamiczną. Oczywiście, sytuacja Anny i jej w większości niemile widzianych towarzyszy, nie jest ustabilizowana – daleko jej do tego – bywa nawet, że zmienia się z minuty na minutę, ale nie przypomina to przejażdżki na kolejce górskiej. Dla autorki „Pandemii” ważniejsze bowiem były reakcje bohaterów na przeróżne mniej i bardziej oczekiwane sytuacje. Relacje międzyludzkie i procesy myślowe, siłą rzeczy przede wszystkim te zachodzące w głowie Anny. Bo to ona umownie jest sprawozdawczynią tej opowieści. Wspomniałam, że „Pandemia” wyróżnia się spośród (znanych mi) utworów apokaliptycznych. Nie przebiegiem akcji, bo ten jest w sumie standardowy, tylko konstrukcją postaci. Tak to odbieram pewnie dlatego, że rzadko sięgam po twórczość pisarzy ze wschodniej strony globu. Jestem przyzwyczajona do trochę innych modeli osobowości postaci zaludniających, czy to literackie, czy filmowe dzieła apokaliptyczne/postapokaliptyczne (to się często łączy, ale nie w „Pandemii”). Co więcej, rozwój bohaterów debiutanckiej powieści Jany Wagner też rozminął się z moimi przewidywaniami. To jest, zmiany zachodzące w niektórych z nich, podczas tej niebezpiecznej podróży ku, jak starają się wierzyć, bezpiecznej przystani w Karelii, a jeszcze bardziej ich wzajemne relacje, nie wpasowywały mi się w normy tego rodzaju literatury. Główna bohaterka, Ania, to trzydziestoparoletnia kobieta, dotychczas żyjąca w niejakim oderwaniu od świata. W uroczym wiejskim domu, w okolicach Moskwy ze swoim nastoletnim synem Michaiłem i ukochanym mężem, Sieriożą, któremu dobrowolnie, bez żalu, oddała prawo decydowania w praktycznie wszystkich sprawach dnia codziennego. Miszka nie jest biologicznym dzieckiem Sierioży – on ma kilkuletniego synka Antona, który mieszka w Moskwie ze swoją matką Iriną, byłą żoną Sierioży, ale i Miszkę traktuje jak syna. Właściwie to z synem swojej aktualnej partnerki ma bliższą relację niż z Antonem. Ale teraz, po wybuchu epidemii śmiercionośnego wirusa, która rzecz jasna szybko zamienia się w pandemię, to się może zmienić, bo Sierioża dopiero teraz będzie mógł spędzać z nim więcej czasu. To nie stanowi problemu dla naszej narratorki, ale matka chłopca, Irina, już tak. Trudno się temu dziwić, tym bardziej że miłość Iry do Sierioży najwyraźniej nie wygasła. Widać, że kobieta marzy o odnowieniu ich związku, Annę więc uważa za rywalkę. A ona nie pozostaje jej dłużna, choć wykazuje pewne starania ukierunkowane na ocieplenie stosunków z byłą żoną swojego życiowego wybranka. Jej cierpliwość ma jednak swoje granice, tym bardziej w tak stresujących i niepewnych okolicznościach jak pandemia bardzo złośliwego wirusa.

W tym nowym zepsutym świecie z jego bezlitosnymi prawami, których przyszło nam uczyć się z marszu, musieliśmy wyprzeć się zasad, w które przywykliśmy wierzyć, reguł, których uczono nas przez całe życie.”

„Pandemia” to jedna wielka podróż. Podróż przez wymierający ogromny kraj, przez niewyobrażalną mękę jednostek coraz bardziej rozpaczliwie walczących o życie, których okoliczności zmuszają do stopniowego wyzbywania się tak zwanego człowieczeństwa. W każdym razie wiele wskazuje na to, że przynajmniej w niektórych z nich zachodzą poważne i być może nieodwracalne zmiany na gorsze. Normy moralne powoli zanikają albo ulegają odwróceniu, zależy jak na to spojrzeć. Bo w świecie, w którym zapanowało prawo dżungli, prawdopodobnie przetrwać mogą jedynie najsilniejsi i/lub pozbawieni wszelkich skrupułów osobnicy. W takich czasach każdy przejaw altruizmu może „zostać nagrodzony” śmiercią. Tajemniczy wirus jest wrogiem, ale obawiać należy się także ludzi. Trzeba być nieufnym i wyjątkowo ostrożnym, ale przede wszystkim przygotowanym na najgorsze scenariusze. Włącznie z odbieraniem życia innym. A na pewno szansy na przedłużenie istnienia na tym depresyjnym padole. Anna i jej towarzysze są boleśnie świadomi tego, że przyszło im żyć w świecie, w którym nakarmienie głodującego człowieka, nawet dziecka, zmniejszy szanse ich wszystkich. Dzielenie się czymkolwiek, a już zwłaszcza jedzeniem, czy paliwem samochodowym jest niewskazane, jeśli chce się pozostać przy życiu. Wręcz przeciwnie: by przetrwać trzeba się nauczyć kraść i wykorzystywać innych. Nawet tych, którzy wyciągnęli do nas pomocną dłoń. Czy to najodpowiedniejszy sposób postępowania w apokaliptycznych realiach, to już Wagner pozostawia naszej ocenie. Można to potępiać, ale to nie znaczy, że trudno pojąć motywy, kierujące tymi ludźmi. Niezwykle łatwo, i to jest najbardziej przerażające, postawić się w ich położeniu. Wejść w skórę tych niewyidealizowanych, niepozbawionych nieprzyjemnych cech, ludzi, których okoliczności zmuszają do nagannych posunięć względem bliźnich. Dotyczy to w sumie całej tej niewielkich grupki przymusowych podróżników, ale, co należy podkreślić, wszystkie informacje na ich temat są przefiltrowywane przez umysł kobiety, którą ciężko nazwać postronną, obiektywną obserwatorką. Narratorką jest wszak kobieta, która nie tylko bierze czynny udział w tej ciężkiej przeprawie przez popadające w ruinę mocarstwo, ale i bez wątpienia jest nieprzychylnie nastawiona do części swoich towarzyszy. Poza Sieriożą oraz rzecz jasna jej synem Michaiłem, na nikim z tej grupy specjalnie jej nie zależy. Można wręcz odnieść wrażenie, że z niektórymi z najwyższą przyjemnością by się rozstała. Z Iriną przede wszystkim, ale i czworo znajomych budzi w niej głównie negatywne emocje. Dzieci, ojciec Sierioży i mój ulubiony bohater „Pandemii”, swego rodzaju strażnik Anny – tylko na nich kobieta nie patrzy z nieumiejętnie skrywaną wrogością, ale też niejednokrotnie dopuszcza do siebie myśl, że najchętniej zostałaby tylko z Sieriożą i Miszką. Gdyby to od niej zależało to może i tak właśnie by było, ale przynajmniej w pierwszej fazie kryzysu, Anna swoim zwyczajem, pozwala decydować innym. Po prostu najlepiej jak umie stosuje się do poleceń męża i teścia. Opiera się na mężczyznach, bo tak jest łatwiej i być może pozostaje to w zgodzie z jej naturą. Potulnej, całkowicie oddanej, uległej wręcz żony człowieka, który widocznie gustuje w takim typie kobiet. Jego związek z Iriną pewnie nie przetrwał głównie dlatego, że od razu widać, że stanowi ona przeciwieństwo Anny. Ira nie zwykła podporządkowywać się woli innych, zatrzymywać swoje zdanie dla siebie i trzymać się niejako na uboczu. Ania tak. Podróż ku maleńkiej chatce w Karelii pozwoli jednak głównej bohaterce odkryć w sobie cechy, z których istnienia wcześniej pewnie nie zdawała sobie sprawy. Cechy, które czy jej się to podoba, czy nie, dzieli z Irą. Więc tym bardziej (już ich pierwsze spotkanie po wybuchu zarazy dało mi taką pewność) można się spodziewać, że wrogość pomiędzy tymi kobietami wcześniej czy później zamieni się w przyjaźń. Czy faktycznie Anna i Ira zakopią topór wojenny, i czy po tych wszystkich emocjonujących wydarzeniach (głównie przygnębiających, depresyjnych wręcz, ale i trzymających w niemałym napięciu), acz niestety pozbawionych większej kreatywności, jeśli chodzi o kontekst, bo opisy są plastyczne, sugestywne, wyczerpujące jak rzadko, narratorka w ogóle będzie bardziej życzliwe nastawiona do ludzi? Ludzi co prawda nie wolnych od irytujących wad, ale kto ich nie ma? Anna na pewno i co więcej zdaje się, że nie pozostaje na nie kompletnie ślepa. Jest ich świadoma, chociaż jak to często z ludźmi bywa, w swoim oku dostrzega źdźbło, a w oczach innych zwykła dopatrywać się belek. Jakkolwiek będzie, jedno mogę stwierdzić z całą odpowiedzialnością: relacje międzyludzkie i rysy psychologiczne ważniejszych postaci w „Pandemii” Jany Wagner modelowe nie są. Pod tym względem konwencjonalności zarzucić omawianej publikacji nie mogę – w przeciwieństwie do ścieżki fabularnej, samego przebiegu tej, bądź co bądź, pasjonującej podróży przez zdziesiątkowaną Rosję – a to przecież w „Pandemii” najważniejsze. Ludzie. Zwykli ludzie i ich zachowania w nagle zupełnie dla nich obcym (no dobrze, niezupełnie, bo coś tam w filmach już widzieli...) i pełnym niebezpieczeństw świecie. Zaśnieżonym, co trzeba dodać, bo to znacznie potęguje alienację, samotność, zagubienie przedzierających się przez w większość kompletnie wyludnione drogi bohaterów, napędzanych, być może płonną nadzieją, że na końcu tej długiej podróży czeka ich nagroda w postaci względnie bezpiecznego schronienia z dala od cywilizacji. Poza tym zimowa sceneria jeszcze dodaje ponurości, posępności i tak już budzącej dyskomfort aurze ściśle spowijającej ten, mimo wszystko, klaustrofobiczny światek nie tak znowu sympatycznych bohaterów, do których jednak łatwo się przywiązać. Po części właśnie dlatego, że nie są idealni, a więc przynajmniej w moich oczach bardziej wiarogodni. Ale nie bez znaczenia jest też koncentracja autorki na szczegółach ich dość złożonych osobowości; niesamowite skupienie na przeżywających katusze istnienia w apokaliptycznym świecie, godnych współczucia, ale i na pewno dających się lubić bohaterach. Ludziach ani z gruntu dobrych, ani doszczętnie złych. Po prostu starających się przeżyć. Wszelkimi sposobami.

„Pandemia” pióra rosyjskiej autorki Jany Wagner to jeden z najlepszych utworów apokaliptycznych, jaki wpadł mi w ręce. I mam na myśli zarówno literaturę, jak i kinematografię. A spodziewałam się... Szczerze mówiąc zaczynałam tę powieść z przekonaniem, że nie powinnam teraz się za to zabierać, że popełniam błąd otwierając „Pandemię” w najgorszym możliwym okresie. Bo jestem już szczerze zmęczona, osłabiona tematem pandemii (ciekawe dlaczego...?). Przez pierwsze stronice tej publikacji nic tylko wyrzucałam sobie nieprzemyślany wybór lektury. A potem już nic tylko sobie gratulowałam. I Janie Wagner, rzecz jasna. Thriller psychologiczny i zarazem apokaliptyczna powieść drogi, od której dosłownie oczu oderwać nie mogłam! Już na samą okładkę drugiego polskiego wydania, nad którym to miałam przyjemność spędzić kilka upojnych wieczorów, trochę się napatrzyłam – zmyślnie niby naklejona prześwitująca maseczka – ale przede wszystkim zapamiętałam się w elektryzującej treści. Przygnębiającej, ale i niepozbawionej nadziei. Bo ona ponoć umiera ostatnia. Ponoć.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

sobota, 16 maja 2020

„Aquaslash” (2019)


Absolwenci Valley Hills High School, jak co roku, świętują ukończenie szkoły w miejscowym parku wodnym Wet Valley, mającym krwawą historię. Młodzi ludzie planują spędzić w tym miejscu cały weekend, oddając się dobrej zabawie. Wśród nich jest Josh, członek garażowego zespołu, grającego w stylu lat 80-tych XX wieku, który w aquaparku spotyka swoją dawną miłość Kimberley. Okazuje się, że dziewczyna tutaj pracuje i jest związana z porywczym młodym mężczyzną imieniem Tommy, który też jest pracownikiem parku wodnego. Podczas gdy miłość Josha i Kim na powrót rozkwita, tajemniczy osobnik szykuje nadzwyczaj krwawy zamach na życie jak największej liczby osób znajdujących się na terenie odkrytego aquaparku.

Kanadyjski horror o przepysznym tytule „Aquaslash”, to oparte na jego własnym scenariuszu dzieło Renauda Gauthiera, twórcy „Discopathe” z 2013 roku. Za efekty specjalne odpowiadali między innymi, Jean-Mathieu Berube i Carlo Harrietha, współzałożyciele firmy Blood Brothers FX, której głównym celem jest przywrócenie magii praktycznych efektów na ekranie. Gauthier tymczasem najwidoczniej próbował w swoim „Aquaslash” przywołać ducha slasherów z lat 80-tych XX wieku, więc tym bardziej poszczęściło mu się, że tacy artyści, jak Berube i Harrietha wzięli udział w jego projekcie. Pierwszy pokaz „Aquaslash” odbył się w lipcu 2019 roku na kanadyjskim Fantasia International Film Festival.

Słońce, plaża, morze, baseny, zjeżdżalnie wodne. I obowiązkowo zgraja roznegliżowanych nastolatków, wychodzących z założenia, że bez przygodnego seksu, narkotyków i alkoholu nie ma zabawy. Renaud Gauthier zauważalnie swój drugi pełnometrażowy film dedykuje miłośnikom slasherów z przedostatniej dekady XX wieku. Niezupełnie jednak jest to klimat vintage. Zdecydowana stylizacja obrazów na lata 80-te uwidacznia się jedynie w nielicznych sekwencjach retrospektywnych, umownie datowanych na trzydzieści pięć lat wstecz. Właściwa akcja filmu jest osadzona w czasach nam współczesnych, które wprawdzie szczęśliwie dla mnie plastikiem nie trąciły, ale kontrast i tak rzuca się w oczy. Stylowością te dwa okresy bez wątpienia się różnią. Choć nie aż tak, jak można się spodziewać po współczesnym kinie grozy. Otóż, umowna teraźniejszość jest „nie po dzisiejszemu” przyblakła. Gorące lato, a aura jesienna... No dobrze, niezupełnie, ale jest zdecydowanie zbyt mgliście, jak na tak słoneczną pogodę. Innymi słowy, tak jak lubię, i co znajduję głównie w starszych horrorach. Poniekąd, bo zdjęcia nie są aż tak wyblakłe, ani tym bardziej przybrudzone, żeby mówić o maksymalnym podobieństwie do kina grozy z lat 80-tych XX wieku. Bo o nich Renaud Gauthier zapewne przede wszystkim myślał podczas prac nad „Aquaslash”. Walkman znaleziony na plaży przez małego chłopca, któremu tylko współczuć matki-materialistki, może być tutaj jakąś wskazówką, ale zdecydowanie więcej mówi nam zespół muzyczny (garażowy), w skład którego wchodzą główny bohater filmu Josh (znośna kreacja Nicolasa Fontaine'a) i jego przyjaciele ze szkoły, Chad oraz Slim. Ponoć grają oni w stylu lat 80-tych, tak w każdym razie utrzymują, ale rockowy kawałek, który wykonują w parku wodnym (moim zdaniem, całkiem niezły) jakoś nie nasunął mi skojarzeń ze starym, dobrym rock and rollem. Bardziej to współczesne brzmienia, jak na mój gust. Mniejsza z tym, ważne, że chciało się ich dłużej posłuchać. Ale wkroczył jeden mięśniak i z hukiem zakończył imprezę... Zaraz, zaraz, nie tak szybko. Najpierw kontekst. „Aquaslash” to film, który, wydaje mi się, ma znikomą szansę przemówić do osób, którzy nie rozumieją fenomenu XX-wiecznych niskobudżetowych slasherów. Bo Renaud Gauthier dostrzegalnie budował tę opowieść ze składników, które przez wielu dzisiejszych odbiorców są uważane za, w najlepszym razie irytujący przeżytek, a w najgorszym za skrajny nieprofesjonalizm, nie jednak przez oddanych fanów slasherów (choć trzeba zaznaczyć, że „Aquaslash” trochę to przejaskrawia). Postaciom zdarza się pleść trzy po trzy (nieważne co, byle w ogóle coś mówić), ale bardziej charakterystyczne są te ich przemowy, które w nachalny sposób starają się przekonać nas, że to właśnie ten tutaj jest mordercą. Co więcej, w parze z tym idzie zupełnie niepotrzebne usilne... przekonywanie nas do czegoś, do czego przekonywać nikt nas nie musi. A mianowicie, że wielkimi krokami zbliża się istna rzeź. Druga w historii parku Wet Valley. Przed trzydziestoma pięcioma laty jakiś nieznany nam osobnik urządził sobie tutaj krwawą makabrę, a teraz najwidoczniej ktoś zamierza upamiętnić tamto wydarzenie (a bo wypada rocznica) w podobnie bestialski sposób. Najpewniej jeszcze bardziej makabryczny od tego pokazanego już w prologu – szatkowanie dziewczyny – bo twórcy już wcześniej pokazują nam, na czym dokładnie zasadza się plan mordercy. Wcześniej zginą, jeśli dobrze liczę, jeszcze tylko dwie osoby (tzn. poza tymi z prologu), przy czym jedna gdzieś między scenami (tego nie widzimy), a drugą oprawca tylko częściowo sponiewiera na naszych oczach. I nie będzie to dosadność na miarę prologu „Aquaslash”. W każdym razie na największą rzeź przyjdzie nam czekać... W sumie niezbyt długo, bo film trwa zaledwie trochę ponad siedemdziesiąt minut, niemniej nastąpi ona prawie na samym końcu. Prawie, bo jest jeszcze epilog, który między innymi odpowiada na, „jakże palące” pytanie: kto jest mordercą? Ironizuję, bo przypuszczam, że do tego czasu ostanie się naprawdę niewiele osób (jeśli w ogóle ktoś) nieznających tożsamości oprawcy. W końcu wskazówek jest aż nadto.

(źródło: https://www.imdb.com/)
Renaud Gauthier w mojej ocenie popełnił jeden fundamentalny błąd w „Aquaslash”. Błąd, który zaważył na jakości całego tego przedsięwzięcia. Bo nie mogło być inaczej, skoro polega on na znaczącym ograniczeniu działalności mordercy. Filmowi zarzuca się zbyt długie rozwijanie tej, bądź co bądź, prościutkiej, można chyba nawet powiedzieć naiwnej, opowiastki o między innymi małolatach imprezujących w parku wodnym. Ale ja inaczej na to patrzę. Nie miałam wrażenia, że twórcy za długo wstrzymującą właściwą akcję, że jak to się mówi, zbyt długo niewiele się dzieje, tylko że brakuje dwudziestu minut. Inaczej mówiąc: moim zdaniem nie tyle powinno się skrócić proces rozwijania akcji, ile dokręcić parę scenek z udziałem mordercy. Skradającego się, obserwującego zgraję roznegliżowanych nastolatków oraz pracowników i właścicieli tego wodnego parku rozrywki i wreszcie wyławiającego jakieś pojedyncze osoby, które na naszych oczach bez zbędnej zwłoki pozbawiałby życia na jakieś wymyślne sposoby. A tak... No cóż, czas upłynął mi głównie w towarzystwie niezbyt bystrych i naturalnie nabuzowanych hormonami nastolatków, które łączą się w pary, które wdają się w bijatyki, które ćpają, chleją, chętnie zrzucają ciuszki i wpadają na durne pomysły z gatunku: wskoczmy na zjeżdżalnię wodną ze szklanymi butelkami w rękach. Szczęście, że są z nimi dorośli... Czyli mężczyzna pamiętający rzeź sprzed trzydziestu pięciu lat, lubiący nabijać się z młodych klientów, ale i „ślinić” na widok ponętnych odkrytych ciał płci przeciwnej? A może właściciele aquaparku? Małżeństwo, które zachowuje się, jakby brało udział w wyścigu na zdrady. On ma wprawdzie stałą kochankę, ale widać, że bez zastanowienia wskoczyłby też do łóżka innym chętnym, koniecznie dużo młodszym od siebie. Ona natomiast, jak wieść niesie, przebiera w młodych mężczyznach. Czy plotka jest prawdziwa, to pozostaje zagadką, ale wiadomo, że współwłaścicielka Wet Valley, gdy tylko dowiaduje się o zdradzie (aż dziw, że dopiero teraz, skoro wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że jej mąż nie przykładał się do ukrywania przed kimkolwiek faktu, że ma młodą kochankę), wskakuje w ramiona pierwszego nastolatka, który się jej nawinął. Życie seksualne tej dwójki może i jeszcze nie świadczy o ich nieodpowiedzialnym podejściu do prowadzenia biznesu, choć seks z nastoletnimi klientami... Ale zostawmy to. Zaopatrywanie młodych ludzi w narkotyki, podejrzane interesy za plecami wspólnika i przede wszystkim ignorowanie szkła na dnie wypełnionego wodą basenu. Basenu mimo to użyczanego gościom... Przy nich nawet zgraja myślących głównie o seksie i odurzaniu się małolatów, może uchodzić za bardziej dojrzałą. Na przykład Josh. Chłopak, który nieoczekiwanie spotyka w parku wodnym swoją byłą dziewczynę, którą jak niemal od razu się okazuje, nadal kocha. Z wzajemnością, ale że dziewczyna spotyka się już z kimś innym... Co z tego? Przecież tamten, Tommy, nie musi wiedzieć, że przeżywam upojne chwile z innym. Jedynym, którego kocham. Więc dlaczego po prostu nie zerwę z Tommym? Po co, skoro można mieć obu? Josh widać ma nic przeciwko, poza tym i tak niedługo wyjeżdża na studia, więc nie ma sensu jeszcze bardziej tego komplikować, prawda? Zwłaszcza że Tommy nie jest typem osoby, która nie szukałaby zemsty za taką potwarz. Na Joshu, rzecz jasna. Więc bezpieczniej ukrywać przed Tommym płomienny romans z innym. Trudno nie zakładać, że to rozpęta małą burzę. Taka sytuacja prędzej czy później musi się przecież zaognić. A twórcy takiego filmu, jak „Aquaslash” muszą przy okazji stanowczo wskazać widzom kolejnego podejrzanego. UWAGA SPOILER Swój typ już dawno miałam i nieustająco się go trzymałam (i słusznie), więc w moim przypadku o liście podejrzanych nie było mowy. Ale może ktoś, coś... KONIEC SPOILERA. W pewnym momencie do tej niezbyt wprawdzie męczącej, ale bez wątpienia nijakiej opowiastki wkraczają dwa skrzyżowane ostrza. I wszystko się zmienia. Teraz to już siedzę, jak na szpilkach. Bo wiem, mam pewność, a właściwie to w wyobraźni już widzę te pokawałkowane ciała. Podejrzewam, acz mogę się mylić, że „Aquaslash” narodził się z tego pomysłu. Że na początku były te dwa ostrza, a potem naprędce dopisano do tego prościutką i raczej głupiutką fabułę. Motyw w zupełności na pewno nie jest oryginalny – coś podobnego widziałam już w „Basenie” Borisa von Sychowskiego, ale tamto w porównaniu do tego, co moje oczy ujrzały w „Aquaslash”... Kogoś chyba tutaj poniosło. Nie kogoś, tylko Jeana-Mathieu Berube'a i Carlo Harrietha, fanów praktycznych efektów specjalnych, od których nie przesadzając, aż zaroiło się w przedostatniej partii omawianej produkcji. Dla mnie: prawdziwa uczta gore. Już dla samego tego makabrycznego pokazu warto było ten film obejrzeć, a przecież i wcześniej się nie wycierpiałam. Podejrzewam jednak że będę w zdecydowanej mniejszości, bo to ekstremalnie niszowy obraz jest, obiektywnie patrząc może i nawet zły, ale powiedzmy, że moje serce nie do końca zgadza się z rozumem (śmiało zakładając, że go mam). Tak czy inaczej na koniec dostaniecie kilogramy mięsa, hektolitry krwi i przede wszystkim dość wyróżniający się pomysł na eliminację wielu istnień prawie za jednym zamachem, a to wszystko bez wspomagania komputerowego. I weź tu potem wskocz na zjeżdżalnię wodną...

„Aquaslash” Renauda Gauthiera, slasher, który, nie mam wątpliwości, napyta sobie wielu wrogów. Ludzi skrajnie rozczarowanych, a może nawet doprowadzonych do szewskiej pasji taką... amatorką? Najpewniej i tak to będzie nazywane. Albo tanim kiczem, albo kinem klasy Z, albo po prostu zwykłym gniotem. Myślę, że raczej niewiele osób uzna, że „Aquaslash” przybrał taką, a nie inną formę nie dlatego, że coś nie wyszło, tylko tak to właśnie zostało pomyślane. Że to miało upodobnić się do niskobudżetowych slasherów z lat 80-tych XX wieku. Oczywiście, jeśli istotnie tak było, a nie mam powodów, żeby w to wątpić, to też nie uważam, że osiągnięto tutaj całościowy sukces. To jeszcze nie to – to nie ta magia starych, dobrych filmów slash, ale jej delikatny zapaszek, według mnie, się z tego wydobywa. To pewnie nie jest dobry film, ale takie niedobre filmy to ja mogę oglądać. Żaden problem. Ale polecać, to raczej nie będę. Chyba że ktoś bardzo chce zobaczyć przedostatnią partię, która gdyby powstała w poprzednim wieku, to myślę na trwałe zapisałaby się w historii kina gore, ale teraz? Obawiam się, że przejdzie bez większego echa. No, chyba że mówić o gorzkich słowach, które spłyną na tę „staroświecką tandetę”, co to niby odrażającą rzezią miała być... Mówcie co chcecie: ja proszę o więcej takich scen we współczesnym horrorze.

czwartek, 14 maja 2020

Stephen King „Jest krew...”


„Jest krew...” (oryg. „If It Bleeds”) to już czwarty zbiór czterech minipowieści od Stephena Kinga. Najpierw były „Cztery pory roku”, zawierające między innymi takie przeniesione na ekran utwory, jak „Skazani na Shawshank”, „Pojętny uczeń” (film: „Uczeń szatana”) i „Ciało” (film: „Stań przy mnie”). W zbiorku „4 po północy”, w Polsce wydanym też po tytułem „Czwarta po północy”, mamy natomiast takie dotychczas zekranizowane tytuły, jak „Langoliery” (miniserial: „Pożeracze czasu”) i „Tajemnicze okno, tajemniczy ogród” (film: „Sekretne okno”), a z „Czarnej bezgwiezdnej nocy” jak na razie trzy utwory zostały przełożone na język filmu: „1922”, Wielki kierowca" i Dobrane małżeństwo". „Jest krew...” to bez wątpienia też łakomy kąsek dla filmowców i niekoniecznie tylko tych zainteresowanych horrorem. Zebrane w tym tomie opowieści cechują się nader subtelnym podejściem do gatunku, z którym Stephen King przede wszystkim jest kojarzony. Co prawdę powiedziawszy nietypowe dla tego pisarza nie jest. Światową premierę „Jest krew...” pierwotnie zaplanowano na początek maja 2020 roku, ale z uwagi na pandemię COVID-19 zdecydowano się trochę przyśpieszyć to przez wielu wyczekiwane wydarzenie. Pierwsze wydanie „Jest krew...” (również polskojęzyczne) ukazało się w drugiej połowie kwietnia 2020 roku i generalnie spotkało się z bardzo dobrym przyjęciem, także krytyków.

Sądzę, że przeważnie żyjemy samotnie. Z wyboru […] albo po prostu dlatego, że tak ten świat jest urządzony.”

Telefon pana Harrigana”, jak zdradza Stephen King w posłowiu, został zainspirowany filmem obejrzanym przez autora jeszcze w dzieciństwie oraz pewnym osobistym doświadczeniem, ale miłośnicy jego prozy pewnie dojdą do wniosku, że King, być może bezwiednie, czerpał też ze swoich „Małych ludzi w żółtych płaszczach”, ze zbioru powiązanych ze sobą opowieści pt. „Serca Atlantydów”. W „Telefonie pana Harrigana” też mamy chłopca, Craiga, który zaprzyjaźnia się z mężczyzną w podeszłym wieku, który zatrudnił go w charakterze czytelnika. Craig wykonuje też inne drobne prace dla swojego majętnego sąsiada, ale przede wszystkim zapewnia mu codzienne spotkania z beletrystyką. Pan Harrigan to emerytowany biznesmen, spędzający jesień swojego życia w wiosce o nazwie Harlow. Staruszek bytuje w zaskakująco skromny, jak na tak bogatego człowieka, sposób. Nie otacza się drogimi przedmiotami, technologicznych nowinek unika wręcz jak ognia. A właściwie to unikał. Bo „Telefon pana Harrigana” to opowieść retrospektywna – przenosząca nas do niezbyt odległej przeszłości, której narratorem jest dorosły już Craig, wspominający dawne czasy. Z tych oto wspominek szybko wyłania się obraz wielkiej i niecodziennej przyjaźni, która prawdopodobnie w pewnym sensie przetrwała nawet śmierć. A wszystko za sprawą tytułowego telefonu... Intrygującego przekaźnika, acz niekoniecznie wymyślonego przez samego Kinga (co wnoszę z jego posłowia). Zanim jednak wkroczy nieznane, King odmaluje całkiem poruszający obraz wspaniałej przyjaźni i zarazem relacji typu mentor-uczeń. Pan Harrigan dla małego Craiga jest autorytetem, skarbnicą wiedzy o świecie, osobą, z doświadczenia życiowego której chętnie czerpie. Czy to go wzbogaca, czy raczej zamienia w bezwzględnego cynika, myślącego w kategoriach wyłącznie osobistych zysków i strat? Na to pytanie sami musimy sobie odpowiedzieć podczas tej sentymentalnej podróży przez dość burzliwy żywot dorastającego chłopca, coraz bardziej przekonanego, że nawiązał kontakt ze światem umarłych. Ze śmiercionośną siłą, z której paradoksalnie czerpie pociechę, ale i swoistą siłę. Jednocześnie jednak wydaje się, że Craig prostą drogą zmierza ku całkowitemu zatraceniu. Czy przekroczy punkt, z którego nie ma już odwrotu? A może w porę zdusi w sobie pokusę maksymalnego wykorzystania ogromnej władzy, jaka została mu dana? „Telefon pana Harrigana” to nie tylko opowieść o młodym człowieku, który znalazł się na swego rodzaju rozdrożu, ale także o nieodpartej potrzebie gromadzenia drogich przedmiotów mających ułatwiać nam życie, ale jeśli odpowiednio na to spojrzeć, to tylko je utrudniają. Zabierają nam prywatność, ale i cenny czas, który powinniśmy raczej poświęcać bliskim nam osobom. Bo tak szybko odchodzą... Wzruszająca to opowieść z minimalną dawką grozy, jeśli w ogóle można to tak nazwać. Nawiasem mówiąc, pojawia się w tym utworze drobne nawiązanie do „Skazanych na Shawshank”: pada nazwa tego wymyślonego przez Kinga więzienia. Autor wspomina też swoje ulubione (fikcyjne) miasto: Castle Rock w stanie Maine.

Życie Chucka” powstało z połączenia odrębnych historii, których na dodatek Stephen King nie ułożył chronologicznie. To znaczy narodziła się z tego jedna, spójna opowieść, ale zapoznajemy się z nią od końca... Ciekawy, ale i dość ryzykowny sposób serwowania opowieści. W dodatku tak zróżnicowanej tematycznie. Najpierw dostajemy nader zaskakujący i zmuszający do myślenia trzeci akt oparty na motywie apokaliptycznym. Wszystko wskazuje na to, że świat niedługo się skończy i nastąpi to z winy człowieka. Gatunku, który dawno temu wypowiedział wojnę Matce Naturze i teraz ją przegrywa. Tylko kim jest Chuck? Człowiek, którego podobizna pojawia się między innymi na bilbordach. Jegomość najwyraźniej nieznany szerszemu społeczeństwu, ale gorąco żegnany przez nie wiadomo kogo po trzydziestu dziewięciu latach pracy. Mężczyzna, który właśnie przechodzi na emeryturę i z jakiegoś powodu ktoś uznał, że całe miasto (cały świat?) powinien się o tym dowiedzieć. King konsekwentnie podsyca ciekawość czytelnika w tym doskonale pomyślanym kawałku, po to by na koniec... Spuścić niemałą bombę! Potem przechodzimy do aktu drugiego, który dosłownie wymęczyłam. Autor z całą szczegółowością przedstawia pewien spontaniczny uliczny występ, do którego dochodzi z inicjatywy człowieka, w przeszłość którego zagłębimy się w ostatnim, czyli pierwszym akcie. Tutaj na powrót wkracza nieznane, uosabiane przez zagadkowy pokój w wieżyczce. Od dawna przez nikogo nie odwiedzane pomieszczenie w domu dziadków naszego małoletniego bohatera, pod opiekę których trafił po tragicznej śmierci swoich rodziców. Melancholijna, zaskakująca i dość przygnębiająca to opowieść o radościach i mękach dorastającego chłopca, który wiele w życiu już przeszedł i który najpewniej najgorsze ma dopiero przed sobą. Ten człon „Życia Chucka”, tak samo jak „Telefon pana Harrigana” dobitnie pokazują, że Stephen King nie zatracił daru magicznego pisania o dzieciństwie, który jak wiadomo z największą mocą unaocznił w swojej kultowej powieści pod tytułem „To”.

Tytułowa minipowieść, „Jest krew, są czołówki”, została zrodzona z tęsknoty Stephana Kinga za Holly Gibney, bohaterką jego kryminalnej trylogii, w skład której wchodzą „Pan Mercedes”, „Znalezione nie kradzione” i „Koniec warty” oraz powieści „Outsider”. Autor chciał sprawdzić, co u niej słychać. U stworzonej przez siebie postaci, którą autentycznie pokochał. Przed lekturą „Jest krew, są czołówki” warto zapoznać się z wcześniejszymi przygodami Holly Gibney i jej przyjaciół. Zwłaszcza „Outsiderem”, bo powiedziałabym, że to taki ciąg dalszy tamtej historii. W każdym razie tematyka bardzo zbliżona. Motyw przewodni praktycznie ten sam, co w „Outsiderze”, choć oczywiście inaczej poprowadzony. Prywatna detektyw, Holly Gibney, natrafia na trop, który przywołuje nieprzyjemne skojarzenia ze śledztwem, w którym jakiś czas uczestniczyła u boku policjanta Ralpha Andersona. Wszystko zaczyna się od zamachu bombowego na jedną ze szkół. Są ofiary, głównie wśród nieletnich, ale nie dlatego Holly decyduje się zająć tą sprawą. Jej uwagę przykuwa jeden z dziennikarzy telewizyjnych, przekazujących relację na żywo z miejsca masowej zbrodni. Naszej ekscentrycznej pani detektyw coś w tym człowieku nie pasuje, ale potrzebuje czasu na odkrycie, w czym rzecz. Wraz z olśnieniem przychodzi strach. Strach, któremu nie może się poddać, bo jest jedną z niewielu osób żyjących na tym padole, które są świadome zagrożenia, jakie może nieść owa istota. Mężczyzna o nieszkodliwej, wzbudzającej wręcz sympatię powierzchowność, który najprawdopodobniej pod tą fałszywą maską skrywa potworne oblicze. Albo główna bohaterka „Jest krew, są czołówki” ulega swego rodzaju paranoi (to nie byłby zresztą jej pierwszy raz), mającej swoje źródło w traumatycznych przeżyciach z Teksasu. Strasznych wspomnieniach, z którymi, co naturalne, nie udało jej się jeszcze do końca uporać. Im bardziej jednak zagłębia się ona w tę sprawę, tym bardziej umacnia się w przekonaniu, że jej podejrzenia względem dziennikarza są jak najbardziej słuszne. Holly nie angażuje w to swoich przyjaciół, z obawy przed, ma co do tego absolutną pewność, nieuchronnym zagrożeniem ze strony tego przebiegłego wroga. Ale i wygląda na to, że nie chce dzielić się z nimi straszną wiedzą, którą sama stosunkowo niedawno posiadła, bo... Istnieją na tym świecie rzeczy tak przerażające, że lepiej o nich nie wiedzieć. A przynajmniej z takiego założenia wydawała mi się wchodzić nasza dzielna Holly Gibney. „Jest krew, są czołówki” to najdłuższy tekst z tego zbioru. Dość mocno trzymająca w napięciu, mimo że to zasadniczo powtórka z rozrywki, przystępnie rozpisana opowieść o kobiecie starającej się powstrzymać bezwzględnego dziennikarza, który zaczął zabijać nie tylko i nawet nie przede wszystkim dlatego, że straszna śmierć to jeden z najbardziej pożądanych przez przedstawicieli mass mediów towarów. Bo to się dobrze sprzedaje, ludzie chcą to oglądać. Śmierć ich przyciąga, fascynuje... Innymi słowy King daje nam próbkę wykładu, który przypomniał mi przedmowę do jego zbioru opowiadań pt. „Nocna zmiana” (a już bardziej wprost autor wspomina „Nocnego Latawca”, jedno z opowiadań, które zamieścił w jeszcze innym swoim zbiorze krótszych tekstów, a mianowicie „Marzeniach i koszmarach”). Ale to tak na poboczu, bo „Jest krew, są czołówki” to przede wszystkim wielce niebezpieczne śledztwo niezwykle zdeterminowanej i oddanej przyjaciołom, dobrze znanej miłośnikom prozy Kinga, bohaterki, która jest gotowa zaryzykować nawet własne życie, by powstrzymać potwora w ludzkiej skórze. Uważa to wręcz za swój obowiązek.

Szczur” zaczął się dla mnie od silnych skojarzeń z „Workiem kości” tego samego autora. Główny bohater tej dość osobliwej minipowieści, nauczyciel akademicki i niespełniony pisarza, Drew Larson, tak samo jak Mike Noonan postanawia zaszyć się w TR-90, małej miejscowości w stanie Maine. W domku odziedziczonym po ojcu. Drew zamierza napisać powieść, o czym od dawna marzył. Udało mu się stworzyć kilka opowiadań, ale jego ostatnie podejście do powieści nieomal doprowadziło go do szaleństwa. Co więcej sprowadził bezpośrednie zagrożenie też na swoich najbliższych, żonę i dwójkę dzieci. Pisząc powieść? A widzicie, zawód pisarza też może być skrajnie niebezpieczny... Teraz Drew jest praktycznie pewny, że uda mu się wreszcie spełnić swoje największe marzenie, bo nie tylko nawiedził go obiecujący pomysł na dłuższą historię (western, jeśli chodzi o ścisłość), ale i wygląda na to, że cały świat przedstawiony niemal od razu automatycznie złożył mu się w głowie. Wystarczy już tylko przelać to na papier. Niby pod czyjeś dyktando. Larson uznaje, że najlepiej zacząć w zacisznym domku niegdyś należącym do jego ojca, w którym jak się domyślamy wydarzy się coś... nieoczekiwanego. Dziwacznego można by rzec. Odcięty od świata przez wichurę mężczyzna przeżyje tam coś, czego nikt jeszcze nie przeżył. Coś owszem, faustowskiego, czego King zresztą nie ukrywa, ale w zdecydowanie bardziej cudacznej odsłonie. Dłuższe rozwinięcie, które powinno przynajmniej częściowo zaspokoić apetyt tych osób, które stęskniły się za gawędziarstwem Stephena Kinga i naprawdę zdumiewający zwrot akcji. W odciętym od świata domku dochodzi oto do niezwykłego spotkania, które prawdopodobnie zostało wyśnione w trawionym gorączką umyśle człowieka, przynajmniej podświadomie, zadręczającego się potworną niemocą twórczą. Brakiem weny, co oczywiście stanowi kolejny punkt wspólny z „Workiem kości”. Tak, to na pewno sen. Bo takie cuda to... u Kinga! Więc chyba nie. Chyba jednak Larson tego nie wyśnił. Tak, w świecie Stephena Kinga takie baśniowe postacie mogą spokojnie egzystować i dokonywać swoich niemałych cudów. Z gatunku tych, jakie spotkać możemy choćby w cenionym przez Kinga opowiadaniu „Małpia łapka” autorstwa Williama Wymarka Jacobsa? O tej historii King też nie omieszka w „Szczurze” wspomnieć (podobieństwo do swojego własnego opowiadania ze zbioru „Wszystko jest względne”, już przemilczy), ale to nie oznacza jeszcze, że zderzy nas i swojego bohaterka z czymś utrzymanym w podobnym duchu. Może to jeden z tych nielicznych przypadków, w których należy brać, co los nam zsyła i o nic nie pytać. Bo przecież nie każda decyzja pociąga za sobą nieprzyjemne konsekwencje. Tym bardziej, gdy się ją wyśni... Naprawdę niezłe dziwo z tego „Szczura”. Wciągające, i to jak. I zwariowane – i to dopiero jak!

Stephen King w niezłej formie. Minipowieści zamieszczone w „Jest krew...” ciężko wprawdzie uznać za pełnokrwiste horrory, za którymi pewnie niejedna osoba zakochana w jego piórze zdążyła się już mocno stęsknić (ja na pewno), ale taka dawka nadnaturalności, tak na pocieszenie, mi wystarczy. Dobre i to. Teksty zamieszczone w tym zbiorze może i nie porwały mnie z całą mocą, na jaką stać tego pisarza, ale mają coś w sobie. Jakąś magię. Magię zachwycających światów, ale i naznaczonych różnymi nietypowymi i złowieszczymi przejściami, jak zwykle u Kinga, bohaterów, z którymi z łatwością można się zaprzyjaźnić. Mimo albo raczej dzięki temu, że nie są idealni, że zdarza im się popełniać błędy. Nawet takie, które mogą przesądzić o czyimś życiu bądź śmierci. Bo to zwyczajni ludzie w niezwyczajnych sytuacjach są. Czyli jak zwykle u Kinga. W „Jest krew...” panuje jednak bardziej melancholijny nastrój niż w większości jego utworów. Podszyta smutkiem zaduma – w tym stanie przede wszystkim przeżywałam przygody przygotowane tutaj przez tego sentymentalnego giganta współczesnej literatury grozy. I rzecz jasna z niemałą przyjemnością. Choć na pewno byłaby większa, gdyby dać tym opowieściom więcej z horroru. Ale nie bądźmy pazerni:)

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

wtorek, 12 maja 2020

„Trilogy of Terror” (1975)


Dan Curtis, nieżyjący już twórca między innymi takich horrorów, jak „House of Dark Shadows” (1970), „The Night Strangler” (1973), „Dracula” (1974), oparty na powieści Henry'ego Jamesa pod tym samym tytułem (pol. „W kleszczach lęku”) „The Turn of the Screw” (1974), „Spalone ofiary” (1976), oryg. „Burnt Offerings”, na podstawie powieści Roberta Marasco w Polsce wydanej pod tytułem „Całopalenie”, połączył siły z legendarnym pisarzem i scenarzystą Richardem Mathesonem oraz pisarzem i scenarzystą Williamem F. Nolanem, w telewizyjnym projekcie, któremu nadano tytuł „Trilogy of Terror”. Ta amerykańska kultowa produkcja zawiera trzy krótkie filmiki grozy zainspirowane opowiadaniami Richarda Mathesona i wyreżyserowane przez Dana Curtisa. W każdym z nich w innej roli wystąpiła Karen Black, nieżyjąca już aktorka, która niedługo potem ponownie spotkała się na planie z Danem Curtisem, podczas prac nad „Burnt Offerings”. Scenariusz tego ostatniego Curtis napisał do spółki z Williamem F. Nolanem, tym samym, z którym pracował nad „Trilogy of Terror”, a jeszcze wcześniej nad „The Norliss Tapes” (1973) i „The Turn of the Screw” (1974). „Trilogy of Terror” po raz pierwszy została wyemitowana w marcu 1975 roku na amerykańskim kanale ABC, a w 1996 roku ukazała się „Trilogy of Terror II”, też wyreżyserowana przez Dana Curtisa, który i w tym przypadku połączył siły z Richardem Mathesonem oraz Williamem F. Nolanem. Swoją drogą w 1977 roku ukazał się zbiór filmowych nowel w reżyserii Curtisa pt. „Dead of Night” (1977), przy którym też współpracował z Mathesonem. Jedna z zawartych w nim historii została potem wcielona w „Trilogy of Terror II”, ponoć po uprzednich drobnych przeróbkach.

Opowieść otwierająca „Trilogy of Terror” nosi tytuł „Julie”, a za jej scenariusz odpowiada William F. Nolan. Tytułową postać, kreowaną przez Karen Black, poznajemy jako nieobytą w kontaktach towarzyskich, można powiedzieć nieśmiałą, nauczycielkę akademicką, która nagle staje się obiektem westchnień jednego ze swoich studentów, Chada Fostera. Albo raczej chorej obsesji. Chłopak zastawia na nią pułapkę, która zamienia ją w coś w rodzaju jego niewolnicy seksualnej. Jako że „Trilogy of Terror” to produkcja telewizyjna, powstała w czasach, w których, również w Stanach Zjednoczonych, panowały dużo większe niż obecnie ograniczenia treści wpuszczanych na małe ekrany (cenzura), zniewolenie seksualne Julie zostało bardziej zasugerowane, niźli pokazane. To jest twórcy nie przeprowadzają nas przez jej gehennę z całą szczegółowością, ale i nie pozostawiają wątpliwości, co do roli Julie w tym przymusowym związku z młodszym od niej mężczyzną. Wszystko wskazuje na to, że Chad kompletnie pogrążył się w zgubnej obsesji na jej punkcie. Stracił wszelką kontrolę nad swoim popędem seksualnym, który popchnął go do odrażającej nieprawości. Julie nie podejmuje bardziej zdecydowanych prób przeciwstawienia się Chadowi, ponieważ ma powody przypuszczać, że to obróciłoby się przeciwko niej. Julie nikomu więc nie mówi o swoich strasznych przejściach z Chadem. Cierpi w samotności, ale w jej życiu jest przynajmniej jedna osoba, która bezbłędnie odczytuje jej prawdziwe emocje. Bo i Julie, co naturalne, nie potrafi długo ich ukrywać. Stara się, ale... Cóż, można założyć, że obrzydliwe praktyki Chada wcześniej czy później muszą wyjść na jaw. Ktoś w końcu odkryje, jaką mękę zgotował swojej nauczycielce. Albo ona sama wreszcie przejdzie do ofensywy. Rape and revenge? Opowieść o notorycznie wykorzystywanej seksualnie kobiecie przez jednego mężczyznę, która już wkrótce dokona krwawej zemsty na swoim oprawcy? Być może tak właśnie będzie. Tak czy inaczej wielkiej bomby współcześni widzowie raczej spodziewać się nie mogą. Coś takiego może i zaskakiwało w latach 70-tych XX wieku, choć i tego nie jestem pewna, ale teraz? Obawiam się, że dzisiejsi fani kina grozy na podobne zagrania są już mocno wyczuleni. Ale nic straconego. Bo jeśli pogodzimy się z brakiem elementu zaskoczenia, to prawdopodobnie dojdziemy do wniosku, że przynajmniej niczego zanadto nie ponaciągano. I bądź co bądź dostajemy pewien materiał do dłuższych przemyśleń – niejaką zachętę do pogrzebania głębiej. UWAGA SPOILER Poszukania nazwy dla natury tytułowej postaci. Wskazówką może tutaj być randka Julie i Chada w kinie samochodowym, gdzie wyświetlany jest horror wampiryczny. Ale nawet jeśli ta demoniczna kobieta jest wampirzycą, to już raczej taką czerpiącą energię z seksu z młodymi mężczyznami, a nie żywiącą się krwią KONIEC SPOILERA.

Millicent and Therese”, drugi i zarazem ostatni segment „Trilogy of Terror” nakręcony na postawie scenariusza Williama F. Nolana, podobnie jak poprzedni powstał z wykorzystaniem oszczędnych środków przekazu. To znaczy tutaj też skoncentrowano się na snuciu opowieści grozy, której jak na kino z lat 70-tych XX wieku przystało, nie zbrakło magicznej oprawy wizualnej, ale spektakularnych efektów specjalnych tutaj też nie uświadczymy. Zdjęcia wprawdzie są niezbyt mroczne, ale stosownie przyblakłe, pozbawione jaskrawych kolorów. Opowieść o starszej kobiecie imieniem Millicent i jej młodszej siostrze Therese niestety jest boleśnie przewidywalna. Ta pierwsza (oczywiście Karen Black) od lat jest przekonana, że Therese to czyste zło. Istna femme fatale, kobieta wodząca mężczyzn na pokuszenie. Uwodząca nawet dużo starszych od siebie panów. Nie wyłączając własnego ojca – ha, wygląda na to, że twórcom „Trilogy of Terror” udało się przemycić kolejny temat, który przez ówczesnych obrońców moralności na małym ekranie musiał był uważany za nieodpowiedni dla publiczności. Najwyraźniej Millicent wychodzi z założenia, że jej siostra z premedytacją doprowadza do zguby każdego swojego partnera (jak niektóre modliszki?), ale twórcy nie uznają za zasadne wyjaśnić nam, na czym owa zguba ma polegać. Dają nam za to jasno do zrozumienia, że wypindrowana Theresa para się okultyzmem (czarownica?) i nienawidzi swojej siostry prawie równie mocno, jak ona ją. Konflikt sióstr jest już tak zaogniony, że tylko czekać, aż coś nieodwracalnego się stanie. Łatwo domyślić się co i co gorsza już na wstępie rozpracować model fabularny, pod który się tutaj podpięto. Już w czasach, w których „Trilogy of Terror” powstawała nie był on żadnym novum, ale naturalnie nie był też jeszcze aż tak wyświechtany, jak obecnie. Przewidywalność jeszcze mogłabym znieść, gdybym była „człowiekiem większej wiary”. Mocno to naciągane. Starałam się, ale nijak mi się to nie skleja. Gdyby nie dziewczynka z sąsiedztwa... Szkoda, że ją w to wplątano. Bez niej wiarygodność owej historyjki, przynajmniej w moich oczach, znacznie by wzrosła, a tak... Mimo wszystko oglądało się to z pewną dozą zainteresowania, mimo że miałam praktycznie pewność, jak to się skończy. Od początku, ale możliwe, że niektórych olśni troszkę później: UWAGA SPOILER w pierwszym wejściu Therese, w którą (i już wszystko jasne) też wcieliła się Karen Black. À propos: każda opowieść zawarta w tej à la trylogii jest zatytułowana imieniem/imionami postaci odgrywanymi przez Black KONIEC SPOILERA.

Richard Matheson upierał się przy tym, by samemu opracować scenariusz trzeciej opowieści wcielonej w „Trilogy of Terror” noszącej tytuł „Amelia”. Podstawę stanowiło jego własne opowiadanie o nazwie „Prey”. Autor między innymi „Jestem legendą” i „Piekielnego domu” chciał by była to najbardziej przerażająca pozycja w tym filmowym zbiorze. A jak to mówią: jeśli chcesz żeby coś było zrobione dobrze, to zrób to sam. W każdym razie zakładam, być może błędnie, że takie myślenie kierowało Richardem Mathesonem. I nie da się ukryć, że dopiął swego. Drewniana lalka/figurka wykorzystana w tym obrazie przez część odbiorców została okrzyknięta jedną z najstraszniejszych lalek w historii filmu. Szkaradna rzecz, to prawda, ale „Amelia” nie upłynęła mi pod znakiem podskórnego napięcia, a już na pewno nie strachu. Tylko szczerego, gromkiego... śmiechu. Nie mam za złe, nic z tych rzeczy. Jakże bym mogła gniewać się za tak przednią zabawę? Co z tego, że z horroru wyszła komedia, skoro to naprawdę solidna komedia. Mamy oto kobietę, tytułową Amelię, w którą oczywiście wciela się Karen Black (i ze wszystkich kreacji zaprezentowanych w „Trilogy of Terror” ta jest najmocniej przerysowana, rzekłabym, że stosownie do przebiegu akcji), prowadzącą pojedynek na śmierć i życie z małą laleczką. Kobieta kupiła ten niepiękny przedmiot dla swojego partnera, który wykłada antropologię na uniwersytecie. Mężczyzna nie ma jednak okazji nacieszyć się tym „cudem”, bo pech chce, że łańcuch utrzymujący przeklętą lalkę (tkwi w niej zły, oszalały wręcz duch) w stanie uśpienia zrywa się. Dzieje się to w mieszkaniu od niedawna wynajmowanym przez naszą Amelię, ku wielkiemu ubolewaniu jej matki, mającej coś w rodzaju obsesji na punkcie kontrolowania córki. Obsada „Amelii” zamyka się jednak tylko na Karen Black – więcej aktorek/aktorów nie zobaczymy. Zobaczymy za to pałającego żądzą mordu potworka. Muszę przyznać solidnie wykonany efekt specjalny, który zapewne robiłby dość upiorne wrażenie, gdyby zachowywał się bardziej... bo jak wiem, subtelnie? Lilipuci zbieg z domu bez klamek, polujący na dużo większą od siebie kobietę, która ma zwyczaj wypowiadania na głos swoich myśli. Trochę to nienaturalne, ale to nic w porównaniu do pojedynku z wyjątkowo zawziętą lalką dzierżącą w ręku mały nożyk (jakoś bardziej mu on przypasował od jego własnej dzidy) i z paszczą najeżoną ostrymi ząbkami, które oczywiście równie ochoczo wykorzystuje w walce z dla niego gigantyczną przeciwniczką. Daje jednak radę, to nasze maleństwo. Prze jaka taran, idzie jak burza przez mieszkanie równie zaskoczonej, co przerażonej jego obecnością (czemu oczywiście trudno się dziwić) głównej bohaterki filmu. I pewnie przez to tak bardzo bezradnej... Szala zwycięstwa będzie się jednak przechylać raz w tę, raz w druga stronę, by w końcu dotrzeć do punktu, który może i jest przewidywalny, ale jeśli miałabym wskazać najbardziej złowieszczy obrazek unaoczniony w „Amelii”, to bez namysłu postawiłabym właśnie na ostatnie ujęcie, które ponoć wymyśliła sama Karen Black. Lalka jest niezła, ale ta jej szarża... Ubaw po pachy, którego każdemu miłośnikowi cudacznych, kuriozalnych opowieści grozy radzę zasmakować. Coś trochę jak „Nie bój się ciemności” Johna Newlanda, tylko o wiele lepsze. Zero nudy, maksimum zabawy!

„Trilogy of Terror” Dana Curtisa to w mojej ocenie takie małe, niepozorne dziełko, takie prawie nic, a jednak coś. Żadna tam perła amerykańskiej kinematografii, ani nawet jeden z najlepszych obejrzanych przeze mnie zbiorów nowelek filmowych, ale naprawdę nieźle się na tym bawiłam. Bezpretensjonalne, nienapuszczone, proste, nieprzekombinowane i całkiem klimatyczne przedsięwzięcie, o którym może długo pamiętać nie będziecie, ale jeśli cenicie sobie stare, dobre, w pewnym sensie magiczne kino grozy z dawnych lat, to myślę, że czekają Was całkiem przyjemne, odprężające, a może nawet pełne emocji chwile z tym kultowym dziełkiem. Dajcie mu szansę, jeśli jeszcze nie daliście. Temu niedoskonałemu, niewyróżniającemu się produktowi „trzy w jednym”. Trzy całkiem zajmujące opowiastki grozy wymyślone przez takiego giganta horroru, jak Richard Matheson, które łączy jedno: bezgraniczna miłość do horroru. To się czuje i to uważam za najcenniejszą wartość „Trilogy of Terror”. Tego nie da się kupić.

poniedziałek, 11 maja 2020

Zakupy


Świeżutkie zdobycze nie najświeższych wprawdzie tytułów: „Dom na wzgórzu” Petera Jamesa (swoją drogą, co jest z tymi wzgórzami? „Nawiedzony dom na wzgórzu”, „Dom na Przeklętym Wzgórzu”...) oraz „Głowa pełna duchów” Paula Tremblaya. Już się nie mogę doczekać, aż znajdę na to czas. Oby w ogóle:)

niedziela, 10 maja 2020

„Intruzi” (2018)


Dwie pary, Sarah i Joseph oraz Estelle i Victor, wynajmują na weekend dom na pustyni. Wbrew oczekiwaniom, gdy docierają na miejsce nie zastają już właścicieli, ale nie mają problemu z dostaniem się do środka, ponieważ drzwi frontowe nie są zamknięte na klucz. Ani ta, ani inne przesłanki świadczące o tym, że właściciele domu opuścili go w wielkim pośpiechu nie niepokoją przybyszów. Próbują dobrze się bawić, ale zamiast tego ich stosunki robią się coraz bardziej napięte. Jednak sytuacja wymyka się spod kontroli dopiero po pojawieniu się nieznajomej kobiety, która twierdzi, że zna właścicieli domu i chce jedynie skorzystać z telefonu, gdyż jak utrzymuje, zepsuł jej się samochód. I początkowo faktycznie wszystko wskazuje na to, że nieznajoma mówi prawdę, ale jej dobroczyńcy w pewnym momencie nabierają przekonania, że ta kobieta w jakiś sposób im zagraża.

Amerykański thriller z nurtu home invasion „Hell Is Where the Home Is” aka „Trespassers” (pol. „Intruzi”) to drugi film w reżyserskim dorobku Orsona Oblowitza, po „The Queen of Hollywood Blvd” (2017). Scenariusz napisał Corey Deshon. Oblowitz przyznał, że wizja ataku na dom w dzieciństwie przerażała go najbardziej, a ten film pozwolił mu na nowo odkryć własne lęki. Reżyser „Intruzów” jest wielkim miłośnikiem giallo i wyraz tego też zdecydował się dać w rzeczonym obrazie. Złożyć swoisty hołd między innymi takim swoim mistrzom, jak Dario Argento i Mario Bava. Główne zdjęcia ruszyły w sierpniu 2017 roku w Malibu w Kalifornii, a pierwszy pokaz filmu odbył się rok później na FrightFest London.

Pustynna sceneria, której akompaniuje nastrojowa, wpadająca w ucho melodia (później włączą się jeszcze żywsze, ale nie mniej chwytliwe kompozycje). To pierwsze, co przykuło moją uwagę w „Intruzach”. Przedtem co prawda rozegrała się dość gwałtowna scena z udziałem zamaskowanych oprawców, ale dopiero szerokie ujęcia pustyni utrzymane w nieco przyblakłych barwach, za które odpowiada Noah Rosenthal, w połączeniu z chwytliwą kompozycją muzyczną Jonathana Snipesa (m.in. „Gwiazdy w oczach” z 2014 roku) dały mi powody sądzić, że nie będzie to tak kompletnie stracony czas, jak się obawiałam. Jeśli nawet wszystko inne zawiedzie, to na pocieszenie dostanę chociaż piękne i zarazem z lekka złowieszcze naturalne widoki oraz pieszczące uszy dźwięki. Okazały domek stojący na piaszczystym wzniesieniu. Niżej widać asfaltową drogę, ale bez wątpienia rzadko uczęszczaną, a i w pobliżu niepodobna dostrzec innych nieruchomości. Poza tą, do której przybywa czworo mieszczuchów. Interesująca się fotografią Sarah (w miarę przekonująca kreacja Angeli Trimbur), która zmaga się z ogromną traumą; jej chłopak Joseph (taki sobie Zach Every) starający się uratować ich związek, ale i mający Sarah za złe to, że w wielu sprawach decyduje za niego; długoletnia przyjaciółka tej pierwszej, Estelle (jak wyżej Janel Parrish), która od jakiegoś czasu trwa w toksycznym związku z porywczym, uzależnionym od narkotyków mężczyzną imieniem Victor (trochę przerysowany występ Jonathana Howarda), od których zresztą ona też nie stroni. Mamy więc znany motyw grupki osób przybywających na odludzie. Po to by się odprężyć, dobrze bawić, odetchnąć od wielkomiejskiego zgiełku i tym podobne. Sarah wprawdzie jest trochę zdziwiona nieobecnością właścicieli wynajętego na weekend domu, bo najwyraźniej umówili się, że przed zaplanowanym wyjazdem oprowadzą Sarah i resztę. Kobieta i jej chłopak zastają niezamknięte na klucz drzwi frontowe, a w środku coś, co każe tej pierwszej założyć, że właściciele jednak nie wyjechali, że muszą być gdzieś w pobliżu. Zaraz potem dołączają do nich Estelle z Victorem i... temat się urywa. Sarah jakby zapomniała o swoich niedawnych przemyśleniach na temat zastałej sytuacji. Pewnie dlatego, że ma ważniejsze sprawy na głowie – jak na przykład swego rodzaju psychiczną blokadę niepozwalającą jej na większe zbliżenie do Josepha, która ewidentnie bierze się z jakichś koszmarnych przeżyć ujawnionych trochę później. Poza tym ją i jej chłopaka widocznie drażni zachowanie Victora: jego bezpośredni, wręcz chamski sposób bycia. Relacje pomiędzy tą czwórką pełnią dość istotną rolę w scenariuszu Coreya Deshona. Twórcy poświęcają im nawet więcej czasu niż spodziewanej inwazji na dom, najpierw zaogniając sytuację powiedzmy bardziej przyziemnymi zapalnikami, a potem... Potem przechodzą do czegoś mocniejszego. Na progu pojawia się nieznajoma kobieta, w którą w dobrym stylu wcieliła się Fairuza Balk, znana między innymi ze „Szkoły czarownic” Andrew Fleminga i „Powrotu do krainy Oz” Waltera Murcha, do którego to uniwersum nawiązuje jedna jej wypowiedź w „Intruzach”. W każdym razie pojawienie się tego nieoczekiwanego gościa najpewniej zadziała na widzów alarmująco. Oni w przeciwieństwie do Sarah i Josepha niewątpliwie z miejsca uznają nieznajomą za zagrożenie. Co ciekawe najbardziej przeciwny wpuszczeniu jej do środka jest Victor – osoba, która niewątpliwie nie miała wzbudzać sympatii w odbiorcach. I we mnie nie wzbudzała, aczkolwiek ten jeden raz musiałam się z nim zgodzić. Tyle że... No, takiego rozwoju akcji się nie spodziewałam. Scenariusz, który ułożyłam sobie w głowie w jednym istotnym punkcie rozminął się z wizją rozsnutą na ekranie. Muszę przyznać, że to całkiem zgrabna zagrywka – szczwane pogranie na oczekiwaniach widza, któremu nieobca jest konwencja nurtu home invasion. Myślę że mniej więcej tak zostało to pomyślane, że filmowcy starali się zagrać na nosie widzom poprzez poniekąd odwrócenie konwencji. Albo jak kto woli: zaserwowanie czegoś, czego osoby, które trochę thrillerów home invasion w swoim życiu już widzieli, nie mają powodu się spodziewać. Co nie znaczy, że z całą pewnością nie znajdzie się nikt, kto wcześniej, mimo braku sygnałów, nie zawędruje myślą w tę stronę. Bo to w sumie prosta koncepcja jest, tyle że raczej niespotykana (ewentualnie nieczęsto) w home invasion.

Jak już wspomniałam w „Intruzach” Orsona Oblowitza znaleźć można ukłony w stronę uwielbianego przez niego włoskiego nurtu giallo. Najbardziej oczywiste są czarne skórzane rękawiczki noszone przez zamaskowanych oprawców (swoją drogą przydałaby się tu większa inwencja, bo kawałki szmat z wyciętymi otworami na oczy i usta wypadają nader biednie i sytuacji nie poprawia nawet materiał ze wzorem trupiej czaszki), ale jest też trochę, że tak powiem, bardziej skrytych naleciałości giallo. Reżyser zdradził, że akcję z maczetą zapożyczył z „Krwawego obozu” Mario Bavy, a przewodnia kompozycja muzyczna nawiązuje do „Giornata nera per l'ariete” Luigi Bazzoniego. Duchem „Intruzom” moim zdaniem zdecydowanie bliżej jednak do home invasion niż giallo. Klimat, ścieżka fabularna, nawet biorąc pod uwagę największą niespodziankę notabene wrzuconą długo przez finałem – można powiedzieć typowe home invasion. Z niższej półki, bo jakość choćby takiego genialnego „Funny Games” Michaela Haneke, czy to oryginału, czy remake'u to to na pewno nie jest. Spośród bohaterów można jednakowoż wyłonić przynajmniej jedną sylwetkę, która wydaje się wyrastać z nurtu slash. Jak słusznie zauważa Orson Oblowitz giallo to podgatunek, w którym kryminał spotyka się ze slasherem, więc można spokojnie założyć, że postać Sarah miała być kolejnym ukłonem w stronę... Pewnie giallo, ale ja tam patrząc na nią tylko o slasherach myślałam. W sumie to całkiem interesująca konstrukcja, bo można w Sarah znaleźć zarówno echa spopularyzowanej już w XX wieku, archetypowej final girl, jak i tej drugiej, XXI-wiecznej, wyrosłej na szkielecie tamtej. Czyli można powiedzieć jednostki, która od początku wydaje się być stereotypowym przykładem kobiety wyzwolonej. Ale na pewno nie wolnej od poważnych trosk. Niebojącej się zajmować twardego stanowiska w dyskusjach, potrafiącej stawiać na swoim. Sarah wręcz „niejako trzyma pod pantoflem” swojego chłopaka Josepha. Uzurpuje sobie prawo wypowiadania się za niego, co naturalnie mocno go irytuje. Ona wprawdzie chciałaby to w sobie zmienić, tak samo jak zwalczyć w sobie niechęć do fizycznych zbliżeń z Josephem, ale przynajmniej na razie to ją najzwyczajniej w świecie przerasta. Pomimo tego wszystkiego nie miałam wrażenia, że Sarah jest niekwestionowaną liderką tej grupy, że to z jej zdaniem wszyscy najbardziej się tutaj liczą. Joseph owszem, ale jej przyjaciółka Estelle pozostaje pod silniejszym wpływem swojego porywczego chłopaka Victora, który z kolei nie liczy się absolutnie z nikim. Robi co chce i kiedy chce i nie tyle nie przejmuje się, że może kogoś urazić, skrzywdzić, ile zdaje się sprawia mu to przyjemność. Egoista, pozer, narkoman, człowiek z kompleksem Boga – wszystkie te określania idealnie do niego pasują. Nie pozostaje więc nic innego, jak głęboko współczuć jego dziewczynie... Ale z drugiej strony ona też ideałem nie jest, a w każdym razie twórcy wyjawiają na jej temat dość, by przynajmniej niektórzy widzowie spoglądali na nią również (jeśli już nie wyłącznie) srogim okiem. Długoletnich miłośników slasherów nie powinno zaskoczyć to, że osobą, która najbardziej zdecydowanie obstaje za udzieleniem pomocy nieznajomej kobiecie jest Sarah, bo do tego czasu staje się już jasne, że zbudowano tę postać w oparciu o model final girl. A te dziewczyny przecież zazwyczaj śpieszą z pomocą potrzebującym. W efekcie czasem sprowadzając na siebie i innych poważne kłopoty. Jednocześnie jednak zazwyczaj będąc jedyną osobą mającą jakiejś szanse w walcem ze złem. W tym przypadku garstką tajemniczych ludzi, którzy z impetem wdzierają się do odizolowanego domku i urządzają sobie rzeź. No powiedzmy, bo jakoś mocno makabryczny to ten film nie jest. Chociaż wspomniana już akcja z maczetą i tym bardziej z przebitym okiem, jak na standardy thrillera są dość dosadne. Budżet „Inwazji” ponoć był niewielki, ale w efektach specjalnych raczej tego nie znać. A przynajmniej w moich oczach wypadły dostatecznie realistycznie, nie jestem jednak przekonana, czy osoby optujące za wymyślnymi CGI będą miały takie samo zdanie. Przede wszystkim oni, co nie znaczy, że zwolennicy praktycznych efektów specjalnych żadnych zastrzeżeń mieć nie będą. Co bardziej wymagający odbiorcy mogą takowe mieć. Ode mnie tylko tyle, że mogłoby być ich trochę więcej. Wątek ataku na dom natomiast... Jako że męczą mnie „niekończące się” pościgi po domach, na których to najczęściej w największym stopniu thrillery z nurtu home invasion bazują, z zadowoleniem przyjmowałam tak długie wstrzymywanie się z przejściem do tego, bądź co bądź, najważniejszego „aktu” scenariusza Coreya Deshona. Z drugiej strony wszystko toczy się za szybko – ostatnia partia wygląda jakby nie tylko spisano ją bez większego pomyślunku. Motywy kierujące oprawcami już mniej sensu chyba mieć nie mogły UWAGA SPOILER Dlaczego po prostu nie podpalili domu, tuż po zabiciu jego właścicieli? KONIEC SPOILERA. A wcześniej naiwnie myślałam, że parę kwestii padających z ust co poniektórych postaci, zwłaszcza Victora, to już jest szczyt bezsensu, jaki dla nas tutaj przygotowano. Niektóre zachowania bohaterów w oczach części widzów też mogą uchodzić za przynajmniej nie do końca przemyślane (jeśli już nie pozbawione wszelkiej logiki). Ale jeśli o mnie chodzi to poza natychmiastowym przejściem do porządku dziennego nad zagadkową nieobecnością właścicieli domu, wszystkie, nawet co bardziej szaleńcze posunięcia bohaterów akurat dla mnie były łatwe do zaakceptowania. Nie tylko dlatego, że generalnie nie irytują mnie takie zabiegi w różnego rodzaju horrorowych rąbankach (kojarzy się je głównie jednak, i nie bez powodu, ze slasherami), ale i dlatego, że większość z tego co potem łatwo usprawiedliwić mocno stresującą sytuacją.

Dało się obejrzeć we względnym spokoju ducha. Tak bym podsumowałam moje spotkanie z „Intruzami” Orsona Oblowitza. Niezupełnie standardowym thrillerem z nurtu home invasion, ale też nie powiedziałabym, że jakoś szczególnie daleko od twardej konwencji jego twórcy uciekali. W sumie nieskomplikowana to opowieść, którą na płaszczyźnie tekstowej moim zdaniem przydałoby się bardziej dopracować. Co nie znaczy rozbudować. W warstwie technicznej niedoróbki już tak mocno w oczy się nie rzucają, chociaż ostatnia partia... Tak, tutaj już obrazy następują po sobie nazbyt szybko, a i kąty nachylenia kamer czasami dodatkowo mogą utrudniać odbiór. Gdyby zrezygnować z ataku na dom, to przypuszczam, że dużo lepiej bym się bawiła, a tak... Według mnie przeciętniak, którego zaliczenia co prawda nie żałuję, ale też nie skaczę z radości z tego powodu.

piątek, 8 maja 2020

Michelle Kaminsky „Seryjni mordercy”


Autentycznymi zbrodniami pochodząca ze Stanów Zjednoczonych Michelle Kaminsky interesuje się od kiedy po raz pierwszy zetknęła się z serialem dokumentalnym „Unsolved Mysteries” (1987-2010). Studiowała na Duke University i Temple University Beasley School of Law – ma wykształcenie prawnicze. Jest starszym współpracownikiem magazynu Forbes, a wolne chwile wypełnia słuchaniem podcastów i czytaniem książek o prawdziwych przestępstwach oraz zabawami z córką. W 2012 roku swoją światową premierę miała jej książka non-fiction pt. „Reflections of a Domestic Violence Prosecutor: Suggestions for Reform”, a w 2019 roku ukazała się jej dość pomysłowo skonstruowana publikacja o seryjnych mordercach, „Serial Killer Trivia: Fascinating Facts and Disturbing Details That Will Freak You the F*ck Out”, której pierwsze polskie wydanie, pod tytułem „Seryjni mordercy”, pojawiło się w 2020 roku nakładem wydawnictwa Muza.

„Seryjni mordercy” Michelle Kaminsky to, jak sam tytuł wskazuje, kolejna literacka pozycja poświęcona seryjnym zbrodniarzom zarówno tym, których zna praktycznie cały świat, jak i tym mniej znanym, ale równie przerażającym. I fascynującym, bo można śmiało powiedzieć, że seryjni zabójcy ze wszystkich typów przestępców cieszą się największym zainteresowaniem opinii publicznej. Są jak egzotyczne okazy, kompletnie obce nam stworzenia, choć na ich temat powiedziano już niemal wszystko. Niemal, bo wciąż nie dano nam (a przynajmniej nie dano części zainteresowanych tematem osób) satysfakcjonującej odpowiedzi na to, skąd bierze się w nich nieodparta potrzeba zabijania? Dlaczego jedni dopuszczają się wielokrotnych morderstw, a inni nie? Omawiana pozycja non-fiction pióra Michelle Kaminsky bynajmniej dyskusji na ten temat nie utnie. Szczerze powiedziawszy to wątpię, żeby kiedykolwiek ktoś tego dokonał. Seryjni mordercy dla wielu na zawsze pozostaną frapującą zagadką. Czy jest więc sens, by osoby mimo wszystko starające się ją rozwikłać sięgali po niniejszą książkę im poświęconą? Myślę, że tak, choćby po to by poszerzyć swoją wiedzę na temat tych ludzkich bestii albo po prostu utrwalić już wcześniej pozyskane informacje, czemu usystematyzowana budowa „Seryjnych morderców” Kaminsky sprzyja. Swoją rozprawę podzieliła ona na sześć rozdziałów (do tego mamy wstęp, bibliografię i podziękowania odautorskie), wypełnionych pytaniami i raczej niezbyt obszernymi odpowiedziami, w których przy okazji przybliża też zbrodniczą działalność danego przypadku bądź przypadków, bo jak wiadomo nie każdy seryjny zabójca działał/działa w pojedynkę.

Pierwszy rozdział zatytułowany „ZACZNIJMY OD PODSTAW” skupia się na teorii ogólnej. Kaminsky podaje w nim garść pojęć (np. Triada Macdonalda, murderabilie), statystyki, fakty, które osobom od lat zgłębiającym temat seryjnych morderców obce pewnie nie są. A przynajmniej nie w dużym zakresie, bo przypuszczam, że nawet co bardziej zorientowani w temacie odbiorcy „Seryjnych morderców” znajdą tutaj też wcześniej nieznane im rewelacje, detale, szczególiki. „NAJSŁYNNIEJSI SERYJNI ZABÓJCY” najprawdopodobniej nie dla wszystkich okaże się rozdziałem faktycznie poświęconym sylwetkom najbardziej znanych wielokrotnych morderców. Bo obok takich osławionych zbrodniarzy, jak między innymi Jeffrey Dahmer, John Wayne Gacy, Ted Bundy, Kuba Rozpruwacz, David Berkowitz, Kenneth Bianchi i Angelo Buono Jr. (lepiej znani jako „Dusiciel z Hillside”), Albert 'Dusiciel z Bostonu' DeSalvo, Edmund Kemper, Zodiak, Ed Gein, Richard Ramirez, Gary 'Morderca znad Green River' Ridgway, znajdujemy tutaj takie mniej nagłośnione (przynajmniej w Polsce) sylwetki, jak między innymi H.H. Holmes, Donald „Pee Wee” Gaskins, Carl „Coral” Watts tzw. „Rzeźnik Niedzielnego Poranka”, Charles Cullen, Wayne Williams, zwany też „Mordercą dzieci z Atlanty”, Jerry Brudos, William Bonin tzw. „Autostradowy zabójca” oraz Keith Hunter Jesperson, zwany „Happy Face Killer”. Tym i innym potworom Kaminsky nie poświęca wprawdzie sporo miejsca, ale też nie mogę powiedzieć, że ogranicza się do ogólników. Często przytacza skrótową biografię, najbardziej skupiając się jednak na zbrodniczej działalności każdego z nich. Sposób działania, czasami włącznie z ulubionymi narzędziami zbrodni, liczba ofiar (zwykle również nazwiska i wiek), motywy o ile takowe były i kara, jaka spotkała każdego z nich za swoją ohydną działalność. Rozdział trzeci: „SERYJNE MORDERCZYNIE”. Możliwe, że niemała część odbiorców omawianej publikacja z całego przytoczonego tu nieszacownego grona „rozpozna” jedynie „wampirzycę” spokrewnioną z królem Polski, Stefanem Batorym, Elżbietę Batory, członkinię sekty Charlesa Mansona, Susan Atkins i Aileen Wuornos. Międzynarodowy rozgłos tej ostatniej morderczyni - jak zresztą zauważa też sama autorka - przyniósł film „Monster” z Charlize Theron, która za rolę Wuornos otrzymała Oscara. A przecież historia ludzkości zna większe kobiece zło. W każdym razie, jeśli mogę użyć takiego określenia „bardziej wyróżniające się”. A próbkę znajdujemy w tym rozdziale. Okrutne, przerażające, odrażające, wstrętne poczynania między innymi czarnych wdów, Anielic Śmierci, połówek śmiercionośnych duetów, ale i tak jak wspomniana Wuornos zabójczyń działających w pojedynkę. Zastępczy zespół Munchhausena, Niewolnicy Seksualni, Sinobrody pośród kobiet – a to tylko ułamek przypadków, którym przyjrzycie się w tym niewiele mniej wstrząsającym od poprzedniego rozdziale.

SERYJNI ZABÓJCY NA ŚWIECIE”: taki tytuł nosi czwarty rozdział „Seryjnych morderców” Michelle Kaminsky. I odnosi się oczywiście do zbrodniarzy działających poza granicami Stanów Zjednoczonych. A w nim mniej i bardziej znane nazwiska. Do Polski co prawda Kaminsky „nie zawędrowała”, ale trzeba przyznać, że jej oko dosięgło dość wielu obszarów globu. Oczywiście w kontekście seryjnych mordów i różnych sposobów radzenia sobie z nimi. Albo inaczej: różnych systemów wymierzania kar seryjnym mordercom i morderczyniom (policyjne śledztwa w całej tej publikacji są raczej marginalizowane – bardzo szczątkowo Kaminsky zazwyczaj do tychże podchodzi. I jeśli Wam się wydaje, że to Stany Zjednoczone (w każdym razie niektóre ze stanów) są tym krajem, który obchodzi się (ewentualnie dawniej się obchodził) z tymi bestiami najbardziej zdecydowanie, który przewiduje najbardziej bezlitosne, niektórzy pewnie powiedzą, że okrutne, niehumanitarne, kary za ich jeszcze okrutniejsze zbrodnie, to po przeczytaniu niniejszego rozdziału niewątpliwie zmienicie zdanie. Przynajmniej co do przeszłości, bo możliwe, że na przestrzeni lat sytuacja prawna przynajmniej niektórych krajów, do których w bardzo wąskim zakresie, Michelle Kaminsky nas w w tym rozdziale omawianej publikacji przenosi, ulegała zmianie. Następnie mamy rozdział „SERYJNI ZABÓJCY NIECO MNIEJ ZNANI, ALE RÓWNIE ODRAŻAJĄCY”. A w nim rzecz jasna przygnębiająco liczne grono zwyrodnialców, a żeby było jeszcze bardziej depresyjnie dodajmy, że Michelle Kaminsky skupiła się na wybranych osobnikach, absolutnie nie wszystkich, jakich odnotowała historia. A przecież w „Seryjnych mordercach” aż roi się od tytułowych najczęściej z całą pewnością autentycznych postaci... Aż ciarki przechodzą, prawda? Tak czy inaczej w niniejszym rozdziale istotnie przedstawiono mniej znanych seryjnych zabójców i zabójczynie, chociaż pozwolę sobie wysnuć przypuszczenie, że choćby o takim Carlu Panzramie niejeden odbiorca tej książki słyszał/czytał już wcześniej. Albo tzw. „Zabójcy z Kącika Samotnych Serc”... Na postawie historii tej pary zabójców nakręcono przecież dość głośny film, który swoją światową premierę miał w 2006 roku - „Samotne serca” (oryg. „Lonely Hearts”) w reżyserii Todda Robinsona. Myślę, że gdyby o nim pamiętała (ewentualnie znała ten film), to umieściłaby Marthę Beck i Raymonda Fernandeza w rozdziale poświęconym najsłynniejszym seryjnym oprawcom. Zresztą tytułów różnych dzieł niemało się tutaj przewija, ale i sporo z nich Kaminsky pozwoliła sobie pominąć, co nie dziwi wziąwszy pod uwagę ogrom materiału. Ale w sumie w „Seryjnych mordercach” szczególnie dotkliwie nie brakuje tytułów filmów w jakimś stopniu zainspirowanych autentycznymi seryjnymi mordercami (jak na przykład „Psychoza” Alfreda Hitchcocka”, „Brudny Harry” Dona Siegela, czy „M – Morderca” Fritza Langa). Ale i seriali oraz rzecz jasna książek. Co trzeba zaznaczyć Kaminsky nie ogranicza się jedynie do tych utworów, których fabuły napisało samo życie bądź po prostu zainspirowało nową, fikcyjną historię. Przytacza też tytuły bardziej specjalistycznych dzieł – literatura faktu od ludzi dogłębnie zaznajomionych z tematem, ale i jak w przypadku Carla Panzrama, samych morderców. Albo taki tytuł „The Bad Seed” - tak, chodzi o powieść Williama Marcha, na podstawie której powstał scenariusz sztuki Maxwella Andersona, na której z kolei oparto film z roku 1956 w reżyserii Mervyna LeRoya, również pod tytułem „The Bad Seed”. Fikcyjną opowieść, która pewną rolę w badaniach nad seryjnymi mordercami odegrała. Ostatni rozdział to „SPRAWY NIEROZWIKŁANE LUB WCIĄŻ W TOKU”, który mnie jakoś najmniej zainteresował. Wybrane sprawy seryjnych morderstw, głównie z ostatnich lat, ale nie tylko, które jeszcze nie znalazły satysfakcjonującego zakończenia. Tożsamości sprawców przynajmniej niektórych z nich, jak przypuszcza również sama autorka, bardzo prawdopodobne, że już nigdy nie poznamy. W każdym razie nie ponad wszelką wątpliwość, bo najróżniejsze teorie w przestrzeni publicznej, rzecz jasna, krążą.

I na koniec parę, przyznajcie sami, dość intrygujących pytań, postawionych w omawianej publikacji i bynajmniej niepozostawionych bez odpowiedzi:

W czyjej piwnicy przechowywany jest mózg Johna Wayne'a Gacy'ego?”
Co Doug Clark, „Zabójca z Sunset Strip”, zrobił z głową jednej ze swoich ofiar?”
Która włoska seryjna zabójczyni robiła mydło z części ciał swoich ofiar?” (Na marginesie: pamiętacie „Podziemny krąg” Davida Finchera...?)
Kim była Anielica Śmierci, która miała dźgnąć się nożyczkami w pochwę?”

A to tylko mała próbka testu wiedzy o seryjnych mordercach przygotowanego dla nas przez amerykańską znawczynię tematu Michelle Kaminsky. Która swoją drogą miejscami pozwala sobie na kąśliwe, ironiczne albo po prostu dowcipne króciutkie komentarze, ale zasadniczo książka ta sprowadza się do obiektywnych relacji, ogólnie rzecz biorąc suchego wyłuszczania faktów. Ale przy takim nagromadzeniu okrucieństwa (również względem dzieci), wydaje mi się, nie potrzeba więcej, by ożywić w czytelnikach naprawdę skrajne, niewygodne emocje. Tak więc jeśli macie odwagę: czytajcie. Czytajcie o prawdziwych bestiach. Ludziach z krwi i kości, którzy rozsmakowali się i wyspecjalizowali w zabijaniu innych ludzi. I nie tylko. W tej niezbyt obszernej książce, ale i tak pełnej najróżniejszych ciekawostek o przede wszystkim seryjnych mordercach i morderczyniach, tak naprawdę znajdziecie wszelkiej maści bezeceństwa, zboczenia, potworności czynione ludziom przez ludzi. Gwałty na mężczyznach, kobietach, dzieciach. Kanibalizm, nekrofilia, wymyślne tortury fizyczne i psychiczne. A to tylko niewielki wycinek tego, o czym w „Seryjnych mordercach” Michelle Kaminsky poczytacie. Nie jest to co prawda jedna z wartościowszych, a już na pewno nie bardziej wyczerpujących publikacji w temacie seryjnych morderców, ale moim zdaniem i tak jest warta czasu przynajmniej osób, które już od jakiegoś czasu interesują się tym tematem.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu