wtorek, 12 lutego 2019

„Śmierć i kremacja” (2010)

Nastoletni Jarod Leary jest outsiderem. Nie ma przyjaciół, a na domiar złego dręczy go grupka jego rówieśników. Od śmierci ojca mieszka tylko z matką, która, ku wielkiemu niezadowoleniu Jaroda, niedawno zaczęła spotykać się z mężczyznami. Kobieta chce, by jej syn znalazł jakąś pracę, do której mógłby chodzić po szkole i w weekendy. Jarod udaje się więc do krematorium należącego do mężczyzny imieniem Stan, który nikogo nie zatrudnia. Nie jest on chętny do dania posady Jarodowi, ale propozycja, którą chłopak mu przedstawia jest na tyle atrakcyjna, że postanawia dać mu szansę. Nastolatek bardzo przykłada się do pracy, ale dla Stana większe znaczenie ma to, że ma wreszcie kogoś, z kim dobrze się rozumie. Chłopak nie wie o tym, że Stan jest seryjnym mordercą, polującym głównie na osoby, które w jakiś sposób mu się naraziły i przechowującym urny z prochami swoich ofiar w krematorium, którego jest właścicielem. A teraz nie zawaha się również zabić każdego, kto uprzykrza życie Jarodowi.

„Śmierć i kremacja” to niezależny amerykański thriller w reżyserii debiutującego w pełnym metrażu Justina Steele'a. Scenariusz napisał on wespół z również niedoświadczonym Alecciem Bracero. Zdjęcia ruszyły latem 2009 roku w Los Angeles i jego okolicach. Kręcono między innymi w kilku domach pogrzebowych i w parku przyczep w Montebello. Pierwszy pokaz filmu odbył się w październiku 2010 roku na Screamfest Film Festival, a w kwietniu 2012 roku trafił na amerykański rynek DVD. Nie dotarł jednak do wielu widzów, tak w Stanach Zjednoczonych, jak i w innych krajach świata (włącznie z tymi, w których gościł na małych ekranach, do których to zaliczyć można Polskę), ale większość tej garstki osób, która film obejrzała, a potem zrecenzowała, wspomina go całkiem dobrze.

„Śmierć i kremacja” to teatr dwóch aktorów: Jeremy'ego Sumptera i Brada Dourifa (tak, tak, Chucky), w całkowicie przekonujący sposób wcielających się w pierwszoplanowe postacie, które stosunkowo szybko połączy przyjaźń. Ten drugi jest właścicielem krematorium, które cienko przędzie (co zresztą w ogóle Stanowi nie przeszkadza) i zarazem seryjnym mordercą, pozbywającym się głównie tych osób, które w jakiś w sposób mu się naraziły. Ich zwłoki Stan poddaje kremacji w swojej firmie, gdzie przechowuje również urny z ich prochami. Akcja „Śmierci i kremacji” toczy się na amerykańskim przedmieściu, które bynajmniej nie jawi się niczym malownicza oaza (z zewnątrz, na pierwszy rzut oka), pełna przemiłych ludzi, którzy na pozór nie mają żadnych trosk. W thrillerach (i horrorach) przedmieścia, małe miasteczka zresztą także, najczęściej odmalowuje się właśnie w takich sposób: z zewnątrz istny raj, a wewnątrz zgnilizna. Ale zdjęcia Akisa Konstantakopoulosa nie pozwalają dopisać „Śmierci i kremacji” do tego rodzaju dreszczowców. Klimat jest tak ponury, że nie ma mowy, o tym jakże dla mnie atrakcyjnym, tworzeniu pozorów pozostawania w zacisznej, ładnej okolicy, w której nagle zaczyna dziać się coś złego, burząc spokój mieszkańców. Obrazy wydają się być z lekka pobrudzone, a na pewno całkiem mroczne – jak na standardy XXI-wiecznych thrillerów to nawet bardzo. I chociaż niektóre zbliżenia według mnie są kompletnie od czapy (na przykład picie wody przez nastolatkę), to w przeważającej mierze ta leniwa praca kamer bardzo przydaje się w budowaniu dramaturgii. Chciałabym, by twórcy hollywoodzkiego współczesnego kina grozy obejrzeli reżyserski debiut Justina Steele'a i wyciągnęli z niego naukę, bo tak zrealizowane dreszczowce to mogę spokojnie oglądać, w przeciwieństwie do tego hollywoodzkiego plastiku. Warstwie technicznej „Śmierci i kremacji” moich zdaniem bliżej do lat 90-tych XX wieku niźli pierwszej dekady wieku XXI, w której to tak naprawdę został nakręcony. Bardziej przypomina ten wcześniejszy okres, ale i bez wątpienia nie jest to podobieństwo całkowite, bo i nie sądzę, by twórcom zależało na wytworzeniu w widzach ułudy obcowania z produkcją stworzoną w minionym wieku. Tak po prostu wyszło. A przynajmniej tak ja to odebrałam, nie jestem bowiem przekonana, że innym atmosfera „Śmierci i kremacji” również nasunie na myśl kino grozy z ostatniej dekady XX wieku. Kolejnym elementem, który kazał mi myśleć o starszych produkcja była fabuła filmu. Twórcy współczesnych thrillerów nader często zanadto kombinują – od czasu do czasu trafia mi się jeszcze jakaś prosta opowieść tego typu, ale niestety najczęściej muszę zmagać się z wymuszonymi pomysłami zmętniającymi daną historię i postacie, które w niej występują. Scenariusz „Śmierci i kremacji” jest natomiast z gruntu prosty, nieprzekombinowany, pospolity można by rzec, gdyby nie niecodzienna przecież relacja dwóch osób, które dzieli niemała różnica wieku, będąca podstawą tej opowieści. To na tym wątku najsilniej skoncentrowali się scenarzyści „Śmierci i kremacji” - na przyjaźni nastolatka i starszego mężczyzny, który skrywa przed światem mroczny sekret. Zarówno Jarod, jak i Stan są samotnikami, outsiderami, którym w sumie przede wszystkim zależy na życiu w spokoju. Nie starają się jakoś dopasować do społeczeństwa, w którym przyszło im żyć, nie zabiegają o sympatię innych, chociaż można domniemywać, że akurat Jarod ma potrzebę bliskości drugiego człowieka. Stan raczej takiego pragnienia nie odczuwa. Ale gdy w jego życie wkracza ten dręczony przez grupkę swoich rówieśników nastolatek, właściciel krematorium odkrywa, że chociaż nie zdawał sobie z twego sprawy, przez długie lata tęsknił za towarzystwem. Nie pierwszej lepszej osoby, tylko kogoś, kto będzie go rozumiał, kto pod pewnymi względami będzie przypominał jego samego.

Brad Dourif ponoć zasugerował Justinowi Steele'owi, by jego postać miała brzydkie rany na twarzy. W scenariuszu wspomniano, że Stan miał bądź ma łuszczycę, a Dourif uznał, że dobrze będzie wyraźnie to podkreślić. Charakteryzacja tej postaci, tak jak i substancja służąca za krew, wypadają bardzo realistycznie – poza widokiem zmiażdżonej czaszki (w sumie nieobfitującym w szczegóły) nie ma jednak w „Śmierci i kremacji” ujęć odrażających śmiertelnych obrażeń, które Stan zadaje wybranym osobom. Jego ulubionym narzędziem zbrodni wydaje się być kij baseballowy, ale nie ogranicza się do tego przedmiotu, w swojej zbrodniczej działalności wykorzystuje też inne narzędzia (na przykład młot), a i samochód czasami bardzo mu się przydaje. Trup nie ściele się w „Śmierci i kremacji” często – celem twórców zauważalnie nie było epatowanie makabrą, zrobienie z tego zwykłej rąbanki, filmu o maniaku, który nic tylko zabija każdego, kto się napatoczy. Stan wydaje się być typem mordercy, który swoje ofiary wybiera bardzo starannie, typem sprawcy zorganizowanego, dokładnie planującego swoje zbrodnie, których to dopuszcza się w konkretnym celu. Nie pada to wprost, ale miałam wrażenie, że Stanem kieruje potrzeba oczyszczenia okolicy, w której żyje z jednostek, które w jakiś sposób szkodzą innym (pojedynczym osobom bądź całej wspólnocie). Do tego wniosku doprowadziła mnie jedna z rozmów pomiędzy Stanem i jego jedynym przyjacielem, nastoletnim Jarodem Learym. Chłopak chwali wówczas działalność poszukiwanego przez policję seryjnego mordercy, uwalniającego innych spod jarzma zdemoralizowanych jednostek, a Stan ochoczo mu przytakuje – widać po nim, że Jarod rozpracował jego motywacje. Czy chłopak już wtedy wiedział, że jego pracodawca i zarazem przyjaciel odpowiada za zniknięcia, które wstrząsnęły tą niewielką społecznością? Tego nie mogę zdradzić, ale pewnie nikt nie będzie miał trudności z domyśleniem się, jaką ścieżką będzie podążać ta opowieść już w początkowych scenach filmu. To znaczy, myślę, że nie ostanie się ani jeden widz, który nie przewidzi jak rozwinie się ta sytuacja, do jakiego punktu Jaroda doprowadzi przyjaźń z tym dużo starszym od siebie mężczyzną. Trudniej natomiast rozszyfrować, jak zadziała ona na Stana, trzeba bowiem brać pod uwagę zarówno to, że grono jego ofiar będzie ciągle się rozrastać (tj. od teraz będzie też zabijał osoby, które naraziły się jego przyjacielowi, a nie jak wcześniej tylko jemu), na co wskazuje reakcja Stana na opowieść Jaroda o jego przejściach w liceum, ale i to, że odnalezienie bratniej duszy będzie miało dla niego zbawienny skutek, że przyjaźń z innym outsiderem da właścicielowi krematorium spełnienie, które dotychczas dawało mu tylko zabijanie, traktowane przez niego jak coś w rodzaju misji ratowania świata (albo raczej przedmieścia, na którym mieszka i pracuje). Prawie przez cały czas niejako zmusza się widza do brania pod uwagę obu tych ewentualności, nie można oprzeć się jednak wrażeniu, że jedna z nich jest faworyzowana przez twórców, że w jedną z tych stron coraz bardziej się przechylają. Czy ma to na celu zmylić odbiorcę, czy w ten oto sposób od pewnego momentu starają się odciągnąć jego uwagę od tej drugiej możliwości, sprawić, by odrzucił tę teorię, która pod koniec filmu okaże się tą właściwą? To musicie sprawdzić sami – ostrzegam jednak, że możecie srodze rozczarować się tym konkretnym procesem twórczym, że jakby na to nie patrzeć Justin Steele i jego ekipa nie przykładają większej wagi do zagęszczania niepewności, nie zasiewają w widzach dręczących wątpliwości, a i przez cały czas może się wydawać, że ta historia nie dąży do jakiegoś mniejszego, czy większego zwrotu akcji. Ani do czegoś zaskakującego, ani chociażby jakiegoś mocniejszego, zapadającego w pamięć uderzenia. Niemniej w napięciu „Śmierć i kremacja” przez cały czas mnie trzymała – frapującej zagadki, owszem, nie dostałam, ale przez cały czas towarzyszyło mi poczucie nieuchronności tragedii, wrażenie staczania się jednostki w otchłań, z której nie będzie odwrotu, w otchłań, która w jej mniemaniu jest lepszą alternatywą dla egzystencji, którą to dotychczas ta osoba wiodła. To nie znaczy jednak, że nie miałam apetytu na jakieś bardziej charakterystyczne zamknięcie, na coś generującego silniejsze emocje od tych, które serwowano mi do tego momentu. Tak, ten apetyt niestety zaspokojony nie został, ale inne owszem. Dlatego nie umiem gniewać się na twórców omawianego filmu za tę, notabene dość poważną, niedogodność.

„Śmierć i kremacja” to niestety mało znany kameralny thriller w reżyserii Justina Steele'a, który tym oto przedsięwzięciem rozpoczął swoją przygodę z pełnym metrażem. „Niestety”, bo jak na standardy XXI-wiecznych dreszczowców (horrorów zresztą również) jest to film całkiem mroczny, dostarczający sporo napięcia, a i pokazujący coś, co dla mnie zawsze było oczywiste, a mianowicie to, że nie trzeba mocno rozbudowanych, pokomplikowanych, naszpikowanych zaskakującymi zwrotami akcji, fabuł, by zyskać zainteresowanie widzów. Bo większość opiniujących ten obraz widzów ta opowieść faktycznie zdołała wciągnąć, pomimo tego, że scenariusz nie oferuje praktycznie niczego, co mocno wyróżniałoby się na tle całego gatunku. Realizacja za to, ze ścieżką dźwiękową włącznie, ma szansę pozytywnie zaskoczyć miłośników tak filmowych thrillerów, jak i horrorów. Bo takiego klimatu moim zdaniem nie powstydziłby się nawet horror, chociaż oczywiście do tego gatunku „Śmierć i kremacja” nie przynależy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...