sobota, 6 lipca 2019

Andrew Neiderman „Adwokat diabła”

Recenzja przedpremierowa

Mieszkający w niewielkim mieście Blithedale na Long Island młody adwokat, Kevin Taylor, po wygraniu kontrowersyjnej sprawy sądowej, dostaje propozycję pracy w nowojorskiej firmie prawniczej John Milton i Wspólnicy. Dużo wyższa pensja, możliwość nieodpłatnego mieszkania w apartamentowcu na Manhattanie i reprezentowanie oskarżonych w głośnych sprawach karnych. Takiej szansy Kevin nie może odrzucić, tym bardziej, że jego ukochana żona Miriam też szybko przekonuje się do pomysłu przeprowadzki do Nowego Jorku. Nowy nabytek firmy John Milton i Wspólnicy dowiaduje się, że panuje w niej rodzinna atmosfera, że pracownicy wspierają się nawzajem, tak na gruncie zawodowym, jak prywatnym. A swojego szefa, Johna Miltona, traktują niemal jak ojca. Kevin też z miejsca się do niego przekonuje. Jest wręcz zauroczony tym niezwykle hojnym, dystyngowanym człowiekiem sukcesu i zamierza zrobić wszystko, co w jego mocy, by go nie zawieść. Kevin, podobnie jak Miriam, szybko przyzwyczaja się do nowojorskiej egzystencji, a właściwie to oboje są zachwyceni tym zupełnie dla nich nowym, wystawnym, ekscytującym trybem życia. Z czasem jednak Kevin zaczyna zauważać niepokojące anomalie, odbierać złowieszcze sygnały, które burzą jego dotychczasowy spokój ducha. Mężczyzna nabiera przekonania, że z firmą, w której niedawno został zatrudniony jest coś mocno nie tak. A im dłużej nad tym myśli, tym bardziej utwierdza się w przekonaniu, że John Milton nie jest zwyczajnym człowiekiem i że realizuje jakiś potworny plan, którego mimowolnym wykonawcą jest również on, Kevin.

Amerykański powieściopisarz, scenarzysta i producent filmowy Andrew Neiderman to jeden z najbardziej płodnych żyjących autorów. Ma na koncie ponad sto książek, z czego większość napisał jako V.C. Andrews. Po śmierci tej poczytnej pisarski w 1986 roku, jej spadkobiercy zatrudnili Neidermana do pisania w jej imieniu. Neiderman wciąż pisze jako V.C. Andrews, ale wydaje też pod własnym nazwiskiem. Jego najsłynniejszą publikacją pozostaje pierwotnie wydany w 1990 roku „Adwokat diabła”, który na polskie wydanie musiał czekać, bagatela, prawie trzydzieści lat. Tak duży rozgłos „Adwokat diabła” po części zawdzięcza swojej hollywoodzkiej adaptacji w reżyserii Taylora Hackforda z niezapomnianą kreacją Johna Miltona w wykonaniu Ala Pacino. Nie jest to jedyny utwór Neidermana przeniesiony na ekran - ze swojej strony polecam jeszcze film „Manekin” Sandora Sterna. W 2015 roku swoją światową premierę miał „Judgement Day”, prequel powieściowego „Adwokata diabła”, również autorstwa Andrew Neidermana, który mam nadzieję na polskim rynku nie ukaże się za kolejne dwadzieścia dziewięć lat...

Przyznaję, że jeszcze przed spotkaniem z „Adwokatem diabła” Andrew Neidermana, w myślach umieściłam tę powieść obok „Dziecka Rosemary” Iry Levina, „Egzorcysty” Williama Petera Blatty'ego i „Omenu” Davida Seltzera. W tym sensie, że spodziewałam się fabuły, którą z wyłączeniem kilku szczegółów, dobrze znam. Dlaczego? Zabrzmi to niepoważnie, ale największy wpływ na to miał fakt, że to również horror satanistyczny. Myślenie poprzez wątłe skojarzenia, całkowicie błędne, jak się okazało, bo filmowa wersja „Adwokata diabła” ma niewiele wspólnego z omawianym dziełem Andrew Neidermana. Owszem, punkty wspólne są, ogólne ramy tych historii są podobne, ale wierzcie mi w tym przypadku to tyle co nic. Bo w „Adwokacie diabła” Andrew Neidermana najważniejsze są właśnie detale – szczególiki, nie tylko te głośne, ale również ledwo wychwytywane sygnały, których produkcja Taylora Hackforda, z całym szacunkiem dla niej (bo bardzo ją lubię), praktycznie nie posiada. Historia Andrew Neidermana rozgrywa się na dwóch nieustannie przenikających się płaszczyznach. To, co oczywiste miesza się z tym, co odbieramy intuicyjnie. Prawie jakbym miała do czynienia z przekazem podprogowym... Niezupełnie tak było, bo im głębiej w to wchodziłam, tym bardziej uczulałam się na złowróżbne słowa, niejako przemycane przez autora w nawet najbardziej niewinnie prezentujących się sytuacjach. Zupełnie jakby pogrubiono druk albo wyróżniono je jakimś jaskrawym kolorem. Tak oczywiście nie było, ale takie wrażenie odnosiłam. Działało to u mnie na zasadzie automatyzmu, absolutnie nie bezuczuciowego, ale tak jakby odbywającego się bez udziału mojej woli. Bo ja nawet nie szukałam tych wszystkich alarmistycznych słów w (szczegółowych) opisach i dialogach. To nie była zabawa w szukanie niepokojących słówek – czy tego chciałam, czy nie, one same rzucały mi się w oczy. A były chwile, w których wolałabym ich nie widzieć. Pragnęłam wytchnienia od tego w gruncie rzeczy nieustającego gwałtu na mojej psychice, jednocześnie nie chcąc jeszcze odrywać się od lektury, robić sobie przerwy w czytaniu. „Adwokat diabła” to powieść, w której aż kotłuje się od emocji, chociaż pozornie niewiele się w niej dzieje. Z perspektywy długoletniego fana horrorów historia ta może jawić się dosyć zwyczajnie, może nawet nader niewinnie. Ale tylko z wierzchu. Bo pod powierzchnią (a myślę, że mało komu uda się oprzeć nęcącej sile nakazującej wchodzić w to głębiej i głębiej) dzieją się rzeczy tak upiorne i co jeszcze straszniejsze, tak ponętne, że ani się obejrzymy, jak całkowicie zmienimy zdanie na temat tego nietuzinkowego literackiego dokonania. No dobrze, takich reakcji nie można spodziewać się u wszystkich odbiorców „Adwokata diabła” Andrew Neidermana – są osoby, na których to nie podziałało i nie mam powodów, by wątpić w to, że ta grupa jeszcze się powiększy. Ale jestem też przekonana, że jeszcze niejeden miłośnik literatury grozy dopisze tę pozycję do listy swoich ulubionych powieści. Albo przynajmniej uzna ją za jeden z najlepszych horrorów satanistycznych, jakie dotychczas napisano. To prawdopodobnie będą te osoby, które okażą się podatne na hipnozę zastosowaną przez Andrew Neidermana. Tak, dobrze rozumiecie: ten amerykański autor właśnie to tutaj robi: hipnotyzuje czytelnika, po kawałku zabiera mu wolną wolę, zamienia go w swojego niewolnika, a najlepsze w tym wszystkim jest to, że chce się być przezeń prowadzanym na smyczy. Dla mnie nie tylko John Milton był tutaj kusicielem, ale także autor powieści. Jego barwny warsztat skłaniał do porzucenia rzeczywistości, w której żyję i wkroczenia do hedonistycznego świata Johna Miltona. Do wejścia w sidła zastawione przez tę jednocześnie przyciągającą i odpychającą postać, mając przy tym pełną świadomość, z kim tak naprawdę mam do czynienia. Czy nauki Miltona do mnie przemawiały? Czy dzieliłam jego poglądy na świat, w którym wszyscy żyjemy? Niektóre tak (system prawny nie powstaje w imię sprawiedliwości, tylko po to, by utrzymywać porządek i sprawować nad ludźmi kontrolę), ale to nie on mnie prowadził – nie byłam kolejną owieczką prowadzoną ku zatraceniu przez tego oto charyzmatycznego prawnika, tylko niewolnicą pisarstwa Andrew Neidermana, którego cele zdecydowanie nie były zbieżne z dążeniami Johna Miltona. On wolał... bo jak wiem... umoralniać? Powiedzmy, przestrzegać przed wygórowanymi ambicjami, pychą, żądzą sławy i bogactwa, przed folgowaniem wszelkim zachciankom bez względu na cenę, jaką się za to płaci (gloryfikacja konserwatywnego, prowincjonalnego trybu życiu mi nie umknęła – a i nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że autor kieruje oskarżycielki palec w stronę skrajnego liberalizmu). W tym sensie Neiderman jawi się niczym ten aniołek szepcący nam do jednego ucha, podczas gdy diabełek w postaci Johna Miltona w opozycji do niego stara się wlać swoją truciznę w nasze drugie ucho.

Filmowa adaptacja „Adwokata diabła” wzorem powieści koncentruje się na młodym prawniku, który ku swojej ogromnej radości dostaje pracę w prestiżowej firmie prawniczej, której właścicielem jest charyzmatyczny John Milton. Tyle że u Taylora Hackforda przybytek ów to tak zwane gniazdo żmij, miejsce w którym każdy walczy o swoje, nie oglądając się na kolegów, a tymczasem w powieści firma John Milton i Wspólnicy to „jedna wielka rodzina”. W książce pracownicy pomagają sobie nawzajem, nikt nie myśli tylko o sobie, nikt nie dąży do wejścia na czoło tak zwanego wyścigu szczurów. Bo wszyscy już tam są. Główny bohater powieści, Kevin Taylor, zostaje poinformowany, że tutaj na sukces każdego adwokata pracuje każdy (sromotne porażki tak naprawdę się nie zdarzają). Ale nie tylko w sferze zawodowej każdy pracownik Johna Miltona może liczyć na wsparcie. W prywatnym życiu też nie jest się pozostawionym samemu sobie – macki firmy John Milton i Wspólnicy sięgają daleko, co początkowo Kevin poczytuje jako kolejną z wielu korzyści płynących z pracy w tej nowojorskiej firmie. Jak można się tego domyślić, z czasem jednak nabierze przekonania, że zamiast do raju trafił do piekła, że to co wydawało mu się pięknym snem na jawie, tak naprawdę jest najprawdziwszym koszmarem, z którego być może nie da się wybudzić. Kevin będzie jednak próbował. Co innego jego żona Miriam, która jest zupełnym przeciwieństwem życiowej partnerki pierwszoplanowej postaci adaptacji „Adwokata diabła” w reżyserii Taylora Hackforda. Miriam przypominała mi małżonkę głównego bohatera „451 stopni Fahrenheita” Raya Bradbury'ego. Żona Kevina szybko stała się kimś na kształt marionetki, wręcz robota zaprogramowanego na dostarczanie swojemu ciału i umysłowi wyłącznie przyjemnych doznań. Z moralnej, ciepłej gospodyni domowej przekształciła się w egoistkę, materialistkę, brzydko mówiąc bezmózgi plastik, niechcący słyszeć o rzeczach, które go nie dotyczą. Powieściowy Kevin także różni się od tego filmowego. W literackim pierwowzorze główny bohater jest bardziej odporny na pokusy wystawnego życia w wielkim mieście. Na szatańskie podszepty. Oczywiście, to przychodzi z czasem, ale zdecydowanie szybciej niż u jego filmowego odpowiednika. Fabularnych odstępstw od literackiego pierwowzoru w hollywoodzkim dziele Hackforda jest nieporównanie więcej. Wieszcząca nieszczęścia nowa sąsiadka Taylorów, żona jednego z prawników Johna Miltona, historia poprzedników Kevina i Miriam, erotyczne niby-sny (pomysłowe i nielicho mieszające w głowie), sprawy, w których Kevin i jego koledzy występują w rolach obrońców oskarżonych (niektóre są podobne, ale... wiadomo, że prawie robi wielką różnicę), jakże istotne szczegóły szeroko zakrojonego spisku, z którym niespodziewanie zderza się Kevin i ostateczna (?) konfrontacja dobra ze złem. Finalne wydarzenia szczerze powiedziawszy w moich oczach wypadły gorzej (dosyć banalnie) od tych zaprezentowanych w filmie. Ale sens został zachowany – wszystko się ze sobą spięło, wszystkie cegiełki powskakiwały w swoje miejsca, tworząc jedną, spójną całość, konstrukcją bardzo zbliżoną do szwajcarskiego zegarka. Tak dokładnie Andrew Neiderman wszystko rozplanował, obliczył, wytyczył, że co by nie mówić, niekonsekwencji, gapiostwa, przekombinowania zarzucić mu raczej nie można. Na koniec krótko o polskim wydaniu. Wyborne! No dobrze powiem więcej: twarda oprawa, którą zdobi przyciągająca wzrok nastrojowa ilustracja autorstwa Krzysztofa Wrońskiego. A w środku jeszcze więcej jego (już czarno-białych) grafik i dosyć obszerne posłowie napisane przez Wiesława Kota, w którym omawia on nie tylko literacką i filmową wersję „Adwokata diabła”, ale zabiera nas też w podróż po historii horroru satanistycznego/religijnego - taki skrótowy przegląd niektórych dzieł z tego nurtu.

Doskonale napisana, przemyślana w najdrobniejszych szczegółach, intertekstualna, najsłynniejsza powieść Andrew Neidermana, która doczekała się głośnej adaptacji filmowej i literackiego prequela, i która niemal trzydzieści lat czekała na polskie wydanie. Nie wypatrywałam z niecierpliwością tej pozycji, a wyszło na to, że powinnam. Bo to jeden z najlepszych... wróć... bo to najlepszy powieściowy horror satanistycznych, jaki dotychczas wpadł mi w ręce. Kocham „Dziecko Rosemary” Iry Levina, ale „Adwokata diabła” pokochałam bardziej. Przepraszam, ale tak wyszło. Andrew Neiderman porwał mnie bez reszty, doprowadził wręcz do czystej ekstazy, tak swoim dojrzałym, wnikliwym warsztatem, jak prawie wszystkimi pomysłami wykorzystanymi w tej opowieści. Przemyślaną konstrukcją fabularną, pozostawiającą pole do różnych interpretacji, trzymającą w nieustającym napięciu (z tendencją wznoszącą) nawet w momentach, w których nic niepokojącego się nie dzieje. Czyżby? Hmm, w „Adwokacie diabła” Andrew Neidermana tak naprawdę cały czas dzieje się coś upiornego, makabrycznego, szalonego, na wskroś potwornego, tylko nie zawsze w sposób jawny, w całości odkryty, maksymalnie oczywisty. Tutaj, Proszę Państwa, cały czas odbywa się kuszenie przez mistrza manipulacji, przez demoniczną postać, która jak nikt inny wie, że do tego potrzeba precyzji, a nie siły. John Milton kusi Kevina Taylora, a Andrew Neiderman czytelnika. Cele mają inne. A skuteczność? Zgadnijcie. A jeszcze lepiej to sprawdźcie. I to tak szybko, jak tylko się da.
 
Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...