poniedziałek, 14 września 2020

„The Owners” (2020)

 

Nathan, Gaz i Terry włamują się do domu starszego małżeństwa, Richarda i Ellen Hugginsów, w czasie ich nieobecności. Chcą opróżnić sejf, który jak wiedzą, znajduje się gdzieś w budynku. Udaje im się odnaleźć sejf, ale nie potrafią go otworzyć, decydują się więc zaczekać na właścicieli i zmusić ich do wyjawienia kodu. Dołącza do nich przez cały czas czekająca na zewnątrz Mary, dziewczyna Nathana, która jest przeciwna całej tej akcji. Kiedy Hugginsowie przybywają do domu, Nathan i Gaz groźbą próbują uzyskać od Richarda pożądane informacje, a kiedy to nie przynosi rezultatów, zaczynają rozważać bardziej zdecydowane środki. Sterroryzowani przez nich starsi ludzie tymczasem zachowują się dość osobliwie i coraz bardziej podejrzanie.

Brytyjsko-kanadyjski pełnometrażowy debiut reżyserski Juliusa Berga, thriller z nurtu home invasion pod tytułem „The Owners”, powstał na podstawie pierwotnie wydanego w 2011 roku komiksu „Une Nuit de pleine lune” Harmanna Huppena i jego syna Yvesa Huppena. Scenariusz napisali Julius Berg, Mathieu Gompel i Geoff Cox, zmieniając między innymi zakończenie na, jak twierdzi reżyser, bardziej zaskakujące. Zdjęcia rozpoczęto w maju 2019 roku. Większość scen powstawała w wiktoriańskiej rezydencji w hrabstwie Kent, w odludnej okolicy. Pytany o ulubione filmy, Julius Berg wymienia „Obcego – 8. pasażera Nostromo” Ridleya Scotta, „Szczęki” Stevena Spielberga oraz „Suspirię” - oryginał w reżyserii Dario Argento i remake Luki Guadagnino.

Niektórzy widzowie w „The Owners” Juliusa Berga dopatrzyli się podobieństw do „Nie oddychaj” Fede Alvareza. Ja natomiast podczas seansu omawianego obrazu myślałam o „Złoczyńcach” Dana Berka i Roberta Olsena. Nie ośmielę się jednak zarzucać twórcom „The Owners” kopiowania z tamtego obrazu, ponieważ nie wiem, w jakim stopniu trzymano się treści komiksu „Une Nuit de pleine lune”, który został wydany lata przed „Złoczyńcami”. I „Nie oddychaj”, skoro już o tym mowa. W każdym razie „The Owners” to kolejny dreszczowiec oparty na motywie bezpardonowego wejścia grupy ludzi do cudzego domu, tym razem w celach rabunkowych. Oczywiście widzieliśmy to już choćby we wspomnianym „Nie oddychaj”, więc Julius Berg i Mathieu Gompel nie zawiązują akcji w niekonwencjonalny sposób. Właściwie to cała ta opowieść podąża utartym już w kinie torem. Buduje się na motywie, który w home invasion już zdążył się zadomowić, co nie znaczy, że scenarzyści czerpali z podobnych filmów, bo ten wątek został zaczerpnięty z komiksu „Une Nuit de pleine lune”. Młodzi ludzie włamują się do domu starszego małżeństwa po to, by dobrać się do zawartości ich sejfu. Po krótkich poszukiwaniach – połączonych z niszczeniem cudzego mienia - odnajdują sejf w piwnicy, gdzie trochę później zaciągną właścicieli w przekonaniu, że szybciutko wyjawią im kod dostępu. Z jakiegoś jednak powodu doktor Richard Huggins nie chce spełnić żądania włamywaczy. Nawet pod groźbą okaleczenia jego ukochanej żony, bez wątpienia chorej psychicznie Ellen. Dlaczego porywa się na takie ryzyko? Czyżby pieniądze były dla niego ważniejsze od kobiety, którą ponad wszelką wątpliwość darzy miłością? A może on też nie jest okazem zdrowia psychicznego – może Richardowi, tak jak Ellen, też wszystko się miesza? Wątpliwości, wątpliwości... UWAGA SPOILER Pod warunkiem, że nie widziało się „Złoczyńców” Dana Berka i Roberta Olsena, bo obawiam się, że osoby, którym ten film jest znany natychmiast rozszyfrują „tajemnicę sejfu Hugginsów” KONIEC SPOILERA. Największym wabikiem na część widzów była Maisie Williams – aktorka wcielająca się w postać Mary – ale według mnie Sylvester McCoy i Rita Tushingham zostawili daleko w tyle wszystkich pozostałych członków obsady. Role Richarda i Ellen niewątpliwie dawały największe pole do popisu, ale nie da się zaprzeczyć, że wymagały też sporego talentu. Wiele zależało od warsztatu aktorów wcielających się w Hugginsów, bo łatwo było popaść w śmieszność, sprowadzić te barwne osobowości do niepotrzebnego absurdu. Stworzyć irytujące karykatury, żałosne parodie tej dwójki (swoją drogą film ów mimo wszystko ma w sobie jakieś delikatne komediowe zacięcia – nie wiem, czy zamierzone, ale nie powiem, że źle to przyjmowałam: takiego wariactwa nigdy dość). Pary, moim zdaniem, niosącej tę opowieść. Bez nich, co zresztą można zauważyć w pierwszym „akcie”, „The Owners” najprawdopodobniej porażałby nijakością. Julius Berg powiedział, że zależało mu na wszechstronnych postaciach, że budując charaktery państwa Hugginsów miał przed oczami między innymi Kathy Bates w jej oscarowej kreacji Annie Wilkes z „Misery” Roba Reinera, kultowego filmu opartego na powieści Stephena Kinga pod tym samym tytułem. Tak daleko idących porównań wprawdzie bym nie czyniła, ale Richard i Ellen moją uwagę absolutnie skradli. A gdybym już miała ich do kogoś przyrównać, to postawiłam na George'a i Glorię ze wspomnianych już „Złoczyńców”. Na pewno nie szaloną byłą pielęgniarkę z „Misery”. Ale o ile w „Złoczyńcach” po obu stronach tej umownej barykady miałam dość widowiskowe sylwetki, to już młodzi włamywacze z „The Owners” okazali się zbyt płascy. No może poza Terrym, który, podobnie jak Mary, nie pali się do pomysłu obrobienia starszego małżeństwa, które zatrudnia jego matkę w charakterze sprzątaczki. Otyły młody człowiek, któremu „dobrze z oczu patrzy”, ale który niestety nie ma siły przebicia w grupie. Liderem w teorii jest Nathan, chłopak Mary, ale w praktyce zazwyczaj ulega zgubnym podszeptom Gaza. Najbardziej agresywnego gościa w tej niewesołej ferajnie. Człowieka, który zdaje się zrobi absolutnie wszystko, by uzyskać kod dostępu do sejfu Hugginsów.

Prawie całą akcję „The Owners” zamknięto w położonym na odludziu, przestronnym domu, w którym zgodnie z tradycją znajduje się, przynajmniej w zamyśle, jeden sekretny punkt. A mianowicie wnętrze sejfu, cenna zawartość skrytki znajdującej się w nie tak znowu mrocznej piwnicy. Mrok w „The Owners” Juliusa Berga nie jest bowiem mocno zagęszczony. Klimat raczej nie okaże się duszący dla długoletnich miłośników kina grozy, a i pewnie niektórzy tak zwani niedzielni odbiorcy thrillerów i horrorów nie poczują się szczególnie nieswojo w tej stonowanej aurze. Niezbyt intensywnej, aczkolwiek nie można powiedzieć, że ciemności i ponurości w ogóle nie zaglądają do domostwa Hugginsów. Z lekka klaustrofobicznie można się tutaj poczuć, ale efekt byłby dużo lepszy, gdyby celowano, że tak to ujmę, w mniej trywialną kolorystykę. Plastikowej oprawy wizualnej na szczęście udało się uniknąć, ale i takimi, bądź co bądź, też ugrzecznionymi (choć już nie tak bardzo) klimatami współczesne kino również obfituje. Mimo wszystko jakieś tam emocje „The Owners” mi dostarczył. W pewnym (niewysokim) napięciu pierwszy pełnometrażowy film Juliusa Berga w sumie trzymał. Ale, z wyjątkiem naprawdę widowiskowych kreacji Sylvestra McCoya i Rity Tushingham, niczego ta przygoda w moje życie nie wniosła. Doświadczenie jakich wiele w szeroko pojętym kinie grozy. Pospolite home invasion, jedynie wyżej wyszczególnionymi aktorskimi występami pretendujące do czegoś, co miałoby szansę ostać się w pamięci widzów. W każdym razie tych, którzy mają już za sobą trochę produkcji spod znaku home invasion, bo wydaje mi się, że pozostali mają większą szansę chociażby na zaskakujący rozwój sytuacji. Nie mówię o odwróceniu ról, bo Julius Berg nawet w swoich wypowiedziach na temat filmu nie ukrywał, że z tego rodzaju, wykorzystywaną już w home invasion, sytuacją zderzy nas w swoim pełnometrażowym debiucie. Zresztą już chwilę po przekroczeniu przez Hugginsów progu ich domu, gdzie zastają grupkę doprawdy nieudolnie zamaskowanych intruzów, staje się jasne, że coś z tymi ludźmi jest mocno nie tak. Że nie są oni tak zupełnie bezbronni, jak zakładają ich oprawcy. I w pełni władz umysłowych. Już wcześniej dowiadujemy się, że ich jedyna córka zmarła jakiś czas temu, a z zachowania Ellen można wywnioskować, że właśnie ta tragedia pomieszała jej zmysły. Negatywnie odbiła się na jej psychice. Doprowadziła ją do jakiejś choroby psychicznej, która sprawia, że jest całkowicie zdana na swojego męża Richarda. Tak się wydaje. Wygląda też na to, że jej jedyny opiekun, ukochany małżonek i czynny lekarz, też jest trochę niezrównoważony. A przynajmniej nie zachowuje się, jak ktoś godny najwyższego zaufania. Jak typowa ofiara przemocy. Bo właściciele feralnego domu przycupniętego w malowniczej, zielonej okolicy, gdzie w zasięgu wzroku nie ma innych zabudowań, faktycznie stają się ofiarami przemocy. Włamywacze związują ich i coraz bardziej zdecydowanie starają się ich zastraszyć. A to obcięciem palca Ellen nożem technicznym (do kartonów, do tapet), a to potraktowaniem jej piłą obrotową... Warstwa gore, jak na współczesny thriller przystało, nie jest zbyt rozbudowana, ale też nie można nazwać „The Owners” filmem bezkrwawym. Trochę substancji udanie imitującej posokę się poleje. Do tego parę (niewiele) szybkich zbliżeń na przekonująco się prezentujące rany, które jednak nie powinny wzbudzić słusznego wstrętu przynajmniej u osób zaprawionych w krwawych obrazach. Może poza zmiażdżoną czaszką... Nie, obawiam się, że nawet ten najbardziej makabryczny widok, nie wstrząśnie osobami, które przywykły do drastyczniejszego kina. Ale czy będą tego wymagać? Ja w każdym razie nie tęskniłam do jeszcze śmielszych rozwiązań. Nie odczuwałam uciążliwego braku makabrycznych efektów specjalnych, bo i nie tego spodziewam się po home invasion. Pragnęłam tylko trzymającego w napięciu, klimatycznego i wciągającego widowiska. Już niekoniecznie nieprzewidywalnego, ale to chyba lekka przesada. No dobrze, wątek Terry'ego tchnął może nie od razu świeżością, ale... może poprzestańmy na tym, że była to jedyna odnoga w scenariuszu poświęcona młodym włamywaczom, która mocniej przykuła mnie do ekranu. Bo na wszystko inne, włącznie z szarżami Mary, patrzyłam w sumie bez większych wzruszeń. Ot, prawie beznamiętne klepanie ogranych formułek. Schematycznych rozwiązań, stereotypowych, jednowymiarowych postaci, do których jednakże nie włączyłabym Richarda i Ellen Hugginsów oraz Terry'ego, ale w tym ostatnim przypadku już nie tak zdecydowanie. W „The Owners” najbardziej jednak brakowało mi tajemniczości. Jakiejś intrygującej zagadki, nad którą mogłabym się zastanawiać podczas tej dość standardowej potyczki właścicieli domu z nieproszonymi gośćmi. Bo jedyną zagadką było przyjęcie niestandardowych proporcji obrazu w przedostatnim „rozdziale”. Nie znajduję uzasadniania dla tego zabiegu. Poza tym, że twórcy chcieli się czymś wyróżnić. Poeksperymentować (pokazać jacy to jesteśmy artyści?), choćby nawet nie miało to sensownej podstawy. To znaczy ja takowej nie dostrzegam, ale może komuś uda się znaleźć lepsze uzasadnienie dla tego, jak by nie patrzeć, dezorientującego posunięcia.

Gdyby nie widowiskowe występy Sylvestra McCoya i Rity Tushingtam w doprawdy ciekawie rozpisanych rolach, to powiedziałabym, że „The Owners”, debiutancki pełnometrażowy obraz Juliusa Berga to jeden z tych thrillerów, który można sobie spokojnie odpuścić. A tak... Nie bardzo wiem, jak to ugryźć. Bo z jednej strony mamy tu raczej przewidywalną, schematyczną historyjkę. Nieszczególnie mroczną, niezbyt emocjonującą opowieść spod znaku home invasion. Ale z drugiej strony możemy zobaczyć, nawet jeśli nie oryginalne, to i tak nieprzeciętne dwie postacie, które chyba trzeba poznać. Tak mi się wydaje, ale poza tym cudów chyba lepiej się nie spodziewać. Zwłaszcza jeśli zdążyło się już zobaczyć trochę filmowych pozycji spod szyldu home invasion.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza