Studentka
Tree Gelbman zostaje zamordowana przez zamaskowanego osobnika w dniu
swoich urodzin. W momencie swojej śmierci budzi się w akademiku i
rozpoczyna się ten sam dzień co wczoraj. Dziewczyna widzi dokładnie
to samo, przysłuchuje się wypowiedziom ludzi ze swojego otoczenia,
które już zna, a wieczorem ponownie spotyka się z
niezidentyfikowanym osobnikiem, który znowu pozbawia ją życia. I
Tree po raz kolejny wita ten sam dzień. Wie co się wydarzy i może
zmienić bieg wypadków, co też stara się uczynić. Młoda kobieta
jest przekonana, że jeśli uda jej się przeżyć ten feralny dzień
to wydostanie się z pętli czasowej, w którą z jakiegoś
nieznanego jej powodu wpadła.
Reżyser
„Śmierć nadejdzie dziś”, Christopher Landon, ma już pewne
doświadczenie w filmowych thrillerach i horrorach. Pracował między
innymi nad scenariuszami (sam i we współpracy z innymi autorami)
„Paranormal Activity 2, 3, 4”, „Paranormal Activity:
Naznaczeni”, Łowców zombie” w jego własnej reżyserii i
„Niepokoju”, thrillera D.J. Caruso, który dla mnie jest
najlepszą wizytówką Landona. Zrealizowany za niespełna pięć
milionów dolarów horror z elementami czarnej komedii na podstawie
scenariusza Scotta Lobdella w Polsce dystrybuowany pod tytułem
„Śmierć nadejdzie dziś” (w oryginale „Happy Death Day”),
odniósł niemały sukces kasowy. Szacuje się, że zarobił blisko
dziewięćdziesiąt milionów dolarów, a przy tym zebrał sporo
pozytywnych recenzji, również od krytyków.
Do
„Śmierć nadejdzie dziś” zdążyła już przylgnąć etykietka:
skrzyżowanie „Krzyku” Wesa Cravena z „Dniem świstaka”
Harolda Ramisa (tytuł tego drugiego obrazu pada w omawianym filmie).
I jak to w przypadku pastiszy często bywa gros widzów uznało
oficjalną klasyfikację filmu za błędną. Przez wielu obraz
„Śmierć nadejdzie dziś” jest uważany za czarną komedię i
rzeczywiście sporo tego rodzaju (innego zresztą też) humoru
objawia się w tej produkcji, ale moim zdaniem nie jest to jeszcze
powód, żeby odmawiać jej przynależności do gatunku horror. Film
Christophera Landona, tak samo jak nadmieniony „Krzyk”, jest
pastiszem slasherów, przy czym za sprawą motywu przewodniego
podejście tego pierwszego jest bardziej eksperymentalne. W
kontekście wspomnianego nurtu horroru, bo już choćby „Dzień
świstaka” (o którym dużo słyszałam i czytałam, ale nigdy go
nie oglądałam – podejrzewam, że na te słowa wielu odpowie
popukaniem się w czoło...) opowiadał o ciągłym powtarzaniu tego
samego dnia przez głównego bohatera. W scenariuszu Scotta Lobdella
każdego (w istocie tego samego) portretowanego wieczora z rąk tego
samego człowieka ginie ta sama osoba, co jest ogromnym powiewem
świeżości w podgatunku slash. Tak samo zresztą, jak
„zmartwychwstania” zabitej wcześniej kobiety, a ściślej
powroty do tego samego dnia z wiedzą o wszystkim, co ją czeka. W
„Śmierć nadejdzie dziś” nie dochodzi jedynie do mordów
głównej bohaterki (na przeróżne sposoby i w różnych miejscach),
od czasu do czasu ginie ktoś jeszcze, a późniejsza śmierć tejże
jest dla nich wybawieniem. Z czego następnego dnia, tj. tego samego,
w ogóle nie zdają sobie sprawy. Nie pamiętają niczego z
„poprzedniego” dnia, bo tak naprawdę rozpoczynają ten sam
dzień. Tree, w doskonałym stylu wykreowana przez Jessicę Rothe,
jest jedyną osobą przechowującą w pamięci wydarzenia z ostatnich
kilkunastu godzin, a więc jedyną która może zmienić bieg
wypadków. Bo, co ważne, w niniejszym filmie główna bohaterka nie
jest zmuszana przez jakąś niepojętą siłę do powtarzania
popełnionych już błędów. Można domniemywać, że jej najgorszym
posunięciem w ten feralny poniedziałek, w dniu jej urodzin, była
samotna wędrówka po mieście pod osłoną nocy, z zamiarem dostania
się na imprezę organizowaną przez jej „siostry” z bractwa
studenckiego. To wówczas została napadnięta przez zamaskowanego
osobnika, który szybko pozbawił ją życia. Wydaje się więc, że
zapobiegnie własnej śmierci po prostu nie zapuszczając się w ten
rejon, ale niedługo potem okazuje się, że cokolwiek by zrobiła,
gdziekolwiek by się udała, nie uniknie spotkania ze swoim oprawcą.
Osobnikiem skrywającym swoje oblicze pod jakże pomysłową,
dowcipną i zarazem złowieszczą, maską wyobrażającą twarz
bobasa zaprojektowaną przez Tony'ego Gardnera, której pomysłodawcą
był sam Christopher Landon, myślący wówczas o rychłych
narodzinach swojego syna. Gardner jeśli wierzyć informacjom
zamieszczonym na paru stronach internetowych wraz z Lorenem
Gitthensem stworzył maskę Ghostface'a, którą potem wykorzystano w
serii „Krzyk” w reżyserii Wesa Cravena. Wszystkie zgony Tree
oraz mordy popełniane na osobach trzecich wydelikacono do granic
możliwości. Najczęściej w chwili opuszczania narzędzia zbrodni
na ciało głównej bohaterki następuje cięcie i raptowny przeskok
do pokoju w akademiku zajmowanego przez niejakiego Cartera, z którym
Tree spędziła noc z niedzieli na poniedziałek i jego
współlokatora. Zbliżeń na odniesione obrażenia, litrów
substancji imitującej krew wylewającej się z ciał ofiar (nazwijmy
go) Bobasa, czy choćby szczegółowo ukazywanych momentów
zagłębiania się w nie różnego rodzaju ostrych narzędzi w
„Śmierć nadejdzie dziś” nie zobaczymy i w mojej ocenie jest to
najpoważniejszy mankament tej produkcji. Posuwanie drastyczności do
ekstremum mogłoby zaszkodzić temu projektowi, ale kilka
delikatniejszych w formie i zdecydowanie bardziej pomysłowych scen
mordów na pewno mocno by się mu przysłużyło, głównie dlatego,
że w moich oczach trochę śmielsze podejście do warstwy gore
stanowiłoby bardziej wyraziste uwypuklenie konwencji slash.
„Śmierć
nadejdzie dziś” nie jest tak zwariowanym pastiszem, jak „Dom w głębi lasu”, czy nawet „The Final Girls”. Nie kombinuje z
motywami kojarzonymi z horrorem w stopniu porównywalnym do tego
pierwszego i nie zawiera tyle humoru i takiej swoistej lekkości
przekazu co ten drugi, ale dowcip ujawnia się w nim częściej niż
w „Krzyku”, z którym tak chętnie jest zestawiany.
Christopherowi Landonowi i oczywiście Scottowi Lobdellowi udało się
zgrabnie to wypośrodkować – doprowadzić do sytuacji, w której
humor stanowi doskonałe dopełnienie motywów charakterystycznych
dla kina grozy, element bez którego ta druga stylistyka w tym
przypadku mocno by zubożała. Historia straciłaby na wyrazistości,
ot stałaby się kolejną teen slasherową opowiastką o
nudnej dziuni mierzącej się z zamaskowanym mordercą. I tylko pętla
czasowa, motyw kojarzący się głównie z gatunkiem science fiction,
odróżniałby ten obraz od wszystkich średniawych młodzieżowych
rąbanek wyprodukowanych w XXI wieku, ale podejrzewam, że
poważniejsze zacięcie w tym konkretnym przypadku zaszkodziłoby
temu jakże chwytliwego wątkowi, na którym zbudowano zaskakująco
trzymającą w napięciu slasherową opowieść o młodej
kobiecie, od której wprost nie mogłam oderwać wzroku. O studentce,
która znacznie wyróżnia się na tle pierwszoplanowych postaci
zaludniających filmy wpisujące się w ten podgatunek horroru, która
przez długi czas stanowi antytezę rasowej final girl. Jej
osobowość jest przeciwieństwem charakterów czołowych kobiecych
postaci pokazywanych w niezliczonych slasherach. Tree nie jest
dziewicą, jak ognia unikającą używek i przeciwstawiającą się
wszelkim młodzieńczym, kompletnie nieprzemyślanym wyskokom
planowanym przez jej znajomych. Nie, główną bohaterkę „Śmierć
nadejdzie dziś” poznajemy jako rozwiązłą seksualnie
imprezowiczkę, która jest uwikłana w romans z żonatym wykładowcą,
w ogóle nie przejmuje się uczuciami innych i przeżywa ciężkiego
kaca po ubiegłonocnej zabawie, z której właśnie przez spożyty
alkohol niewiele pamięta. Chociaż Tree stoi na pierwszym planie,
przez długi czas bardziej upodabnia się do drugoplanowych kobiecych
postaci ze slasherów. Do bohaterek, które zazwyczaj są
najlepszymi przyjaciółkami final girls stanowiącymi ich
kompletne przeciwieństwo. I przyznam szczerze, że to odwrócenie
konwencji, ten typ czołowej bohaterki filmu slash, jaki
zaprezentowano mi w omawianym obrazie, silniej przypadł mi do gustu
od klasycznego obrazu „finałowej dziewczyny”. Nie miałabym nic
przeciwko temu, żeby każdy kolejny slasher obstawał przy
takiej osobowości głównej bohaterki, żeby propozycja twórców
„Śmierć nadejdzie dziś” była początkiem nowego trendu w tym
nurcie kina grozy, bo jeśli o mnie chodzi niegrzeczne dziewczynki
pokazywane na ekranie są większym gwarantem widowiskowości niźli
przykładnie się prowadzące szare myszki, które starają się
tonować swoich narwanych towarzyszy. Wspomniałam już, że
recenzowane przedsięwzięcie Chrisophera Landona zaskakująco trzyma
w napięciu, ale nie wyjaśniłam dlaczego to tak bardzo mnie
zdumiało. Otóż, „Śmierć nadejdzie dziś” to kino stricte
rozrywkowe, mainstreamowy horror ze sporą dawką humoru, a więc
choćby już z tych powodów można się spodziewać kompletnie
wyjałowionego z mrocznego klimatu patrzydła na jeden raz, o którym
zacznie się zapominać już na początku napisów końcowych.
Produkcji tak beznamiętnie podchodzącej do prawideł, którymi
rządzi się ten gatunek filmowy, emanującej takim bezsensem, całą
sobą krzyczącą, że metaforycznie rzecz ujmując jest towarem
zdjętym z linii produkcyjnej, skrojoną pod tych stałych bywalców
kin, dla których gatunek filmu nie ma znaczenia, liczy się tylko
to, aby film był nowy. A tymczasem obraz Christophera Landona,
pomimo najczęściej dosyć jasnej kolorystyki i praktycznie znikomej
drastyczności, potrafi podnieść adrenalinę, zagrać na emocjach,
otoczyć odbiorcę atmosferą nieuchronnego nieszczęścia, która
ulega znacznemu zagęszczeniu w wielu sekwencjach poprzedzających
zgony głównej bohaterki, dzięki nieśpiesznym przejściom od ataku
Bobasa do śmierci jego ofiary, gdzie wszystko co pomiędzy filmowane
jest z takim wyczuciem gatunku, że aż trudno uwierzyć, że ma się
do czynienia z horrorem z głównego nurtu. I co istotne z punktu
widzenia długoletniego wielbiciela slasherów w „Śmierć
nadejdzie dziś” nie brakuje drobnych smaczków stanowiących
niejaką wizytówkę tego podgatunku horroru – zobaczymy między
innymi chwilowe ogłuszenie oprawcy i rezygnację z dobicia go albo
powolne zbliżanie się z bronią do ponoć śpiącego mordercy
zamiast zabicia go już w drzwiach, co znacznie zminimalizowałoby
ryzyko. Takich nieprzemyślanych, żeby nie rzec nielogicznych
zachowań głównej bohaterki będących celowych ukłonem w stronę
tradycji filmów slash jest oczywiście więcej – z
podejmowaniem wielokrotnych prób odkrycia tożsamości sprawcy na
czele, bo przecież dużo łatwiej i szybciej byłoby po prostu
zaczaić się na niego z bronią palną, co ułatwiała Tree wiedza o
tym gdzie i kiedy się pojawi i zdjęcia maski z jego twarzy już po
oddaniu śmiertelnego strzału – a każdy taki dodatek jest
wpleciony w całość z takim smakiem i emanuje taką znajomością
nurtu slash, że nie ma się wątpliwości, iż grupą
docelową „Śmierć nadejdzie dziś” byli również, jeśli nie
przede wszystkim, widzowie doskonale zaznajomieni z tym podgatunkiem
horroru. Christopher Landon i jego ekipa nie zapominają o tej grupie
odbiorców, a wręcz przeciwnie: próbują, i w moim przypadku
skutecznie, przypodobać się im, sprostać ich wymaganiom podczas
snucia historii, która w zarysie mocno odstaje od znanego im
schematu, ale w szczegółach, także w przypadku portretu głównej
bohaterki, stanowi doskonałe odzwierciedlenie tego co znają i
kochają. Ponadto istnieje spora szansa, że końcówka zaskoczy
niejednego widza, w takim samym stopniu, jak mnie. Aczkolwiek muszę
zaznaczyć, że to co nastąpiło chwilę potem, sekwencja
zamykająca, odrobinę mnie rozczarowała. UWAGA SPOILER
Wolałabym niedopowiedzenie w postaci czarnego ekranu z odgłosem
bijącego zegara. I niech każdy się zastanawia, jaki jest teraz
dzień KONIEC SPOILERA.
„Śmierć
nadejdzie dziś” to jeden z lepszych horrorów z ostatnich lat,
jaki widziałam. Zgrabny, trzymający w napięciu, ale też miejscami
całkiem zabawny pastisz filmów slash, który owszem moim
zdaniem nie dorównuje „Krzykom” Wesa Cravena i „The Final
Girls” Todda Straussa-Schulsona, ale jak się okazuje wcale nie
musi, żeby sprostać moim oczekiwaniom. Satysfakcja nie jest pełna,
bo parę rzeczy można było poprawić, ale na tle większości
współczesnych horrorów ta pozycja i tak wypada bardzo dobrze.
Wydaje się być niemalże wyśmienitą propozycją dla wielbicieli
slasherów. I entuzjastów kina rozrywkowego, ale nie
tych, którzy tak bardzo przywiązali się do
czystości gatunkowej, że ilekroć sięgną po coś bardziej
eksperymentalnego spotykają się z głębokim rozczarowaniem, którzy
zwyczajnie nie są w stanie zaakceptować absolutnie wszystkich hybryd komedii i horroru, którzy
ze wstrętem wspominają między innymi wyżej wymienione pastiszowe produkcje.
Musze to zobaczyć
OdpowiedzUsuńNie bardzo rozumiem z czego można się śmiać w tym filmie. Pokazuje on kobietę w dość nieciekawym położeniu która desperacko próbuje znaleźć rozwiązanie swojego problemu a tu nagle klasyfikacja jako czarna komedia. Śmiechu było co niemiara...
OdpowiedzUsuń"która desperacko próbuje znaleźć rozwiązanie swojego problemu"
UsuńA przy tym przez jakiś czas dobrze się bawi: paraduje nago po kampusie, bawi się w komandosa szpiegując żonę swojego wykładowcy, dla hecy robi sobie różowe pasemka, po czym obcina włosy. No i mamy jeszcze cięte odzywki głównej bohaterki, z których przebija duże poczucie humoru i przez jakiś czas lekceważący stosunek do niektórych jej rozmówców.
Nie wszystko to czarny humor, zwykły dowcip też się tutaj pojawia.
Poza tym zwróć uwagę na jej mimikę podczas konfrontacji z mordercą w prześmiewczej masce bobasa - czasami jej twarz aż krzyczy "ehh, znowu mnie zabiłeś. No trudno, zdarza się". Ja w tym widzę nabijanie się ze śmierci (nie duże, bo humor i powaga moim zdaniem smacznie się tutaj równoważą). Zresztą ze slasherowej konwencji też (choćby poprzez uwypuklanie absurdalności nieprzemyślanych zachowań głównej bohaterki),ale w sposób, z którego przebija szacunek do tego nurtu, nie złośliwość. I duża porcja świeżości (ciągłe zabijanie final girl i jej nieprzystający do modelu rys psychologiczny).