Melody
Austin zostaje zatrudniona w nowym centrum handlowym postawionym na
działce, na której wcześniej stał dom należący do jej chłopaka
Erica Matthewsa i jego rodziców. Młoda kobieta od roku zmaga się
ze stratą swojego ukochanego, jest bowiem przekonana, że wraz ze
swoimi rodzicami zginął on w pożarze wywołanym przez
niezidentyfikowanego osobnika. Ale Ericowi udało się przeżyć.
Oszpecony mężczyzna osiadł w podziemiach centrum handlowego nikogo
o tym nie informując, a teraz zaczyna wdrażać w życie plan
zemsty. Tymczasem Melody poznaje miejscowego reportera, Petera
Baldwina, który postanawia przyjrzeć się sprawie podpalenia domu
Matthewsów. Jego dociekliwość nie pozostaje niezauważona. Pewni
ludzie zrobią wszystko, aby prawda nigdy nie wyszła na jaw, choćby
miało się to wiązać z koniecznością wyeliminowania ciekawskiego
reportera i nowej pracownicy centrum handlowego.
„Fantom
centrum handlowego” (w Polsce wydany też pod tytułem „Duch z
centrum handlowego: Zemsta Erica”) to B-klasowy amerykański
slasher w reżyserii Richarda Friedmana. Twórcy między
innymi „Scared Stiff”, „Schronienia przeznaczenia”, dwóch
odcinków serialu „Piątek trzynastego” (1987-1990), czterech
odcinków serialu „Opowieści z ciemnej strony” (1983-1988) i
jednego z segmentów wchodzących w skład antologii „Stephen
King's Golden Tales”, gdzie pojawił się również reżyserski
debiut Jodie Foster. Scenariusz „Fantomu centrum handlowego” jest
wspólnym dziełem Scotta Schneida, Tony'ego Michelmana i Roberta
Kinga. Ten pierwszy razem z Frederickiem R. Ulrichem byli
pomysłodawcami tej historii, a inspirację czerpali z „Upiora w
operze”.
Budżet
„Fantomu centrum handlowego” oszacowano na trzy miliony dolarów.
Nie jest to suma przyprawiająca o zawrót głowy, ale jak na slasher
z lat 80-tych XX wieku to całkiem sporo. Richard Friedman nie starał
się jednak spożytkować tych pieniędzy tak, aby jego filmu nie
oglądało się w przeświadczeniu obcowania z horrorem klasy B.
Wręcz przeciwnie: „Fantom centrum handlowego” wydaje się być
dużo tańszy niż w rzeczywistości, co dla jednych będzie plusem,
a dla innych minusem. Część zdjęć powstała w centrach
handlowych Sherman Oaks Galleria i Promenade Mall (Westfield
Promenade), a inne zrealizowano w Valencia Studios z zachowaniem
ducha starszych niskobudżetowych rąbanek. Film Richarda Friedmana
klimatem bardziej przypomina B-klasówki z lat 90-tych, a nie
80-tych, ale trudno się temu dziwić zważywszy na to, że powstał
on u schyłku drugiej z wymienionych dekad. W styczniu tego samego
roku swoją premierę miał inny slasher, którego akcję
osadzono w sklepie (a dokładniej w supermarkecie), wspaniały
„Intruz” Scotta Spiegela. „Fantom centrum handlowego” wyszedł
po nim, w grudniu, ale oprócz miejsca akcji i osadzenia w konwencji
slash, jak na moje oko nic go nie łączy z wymienionym
dokonaniem Spiegela. Nie sądzę, żeby pomysłodawcy tej historii
właśnie stamtąd czerpali inspirację – z „Upiora w operze” z
całą pewnością, ale raczej nie z „Intruza”, pomimo
wykorzystania podobnego (nie takiego samego) miejsca akcji. Połowa
twarzy Erica Matthewsa (dobry warsztat Dereka Rydalla) została
poparzona w trakcie pożaru, który przed rokiem strawił dom, w
którym mieszkał wraz z rodzicami. A teraz gdy na działce, która
niegdyś była ich własnością stanęło centrum handlowe,
ukrywający się w jego podziemiach Eric decyduje się zasłonić
oszpeconą część twarzy maską (samoróbką) bardzo przypominającą
tę noszoną przez upiora w operze. Nie skłania go do tego wstyd
przed klientami i obsługą tylko pojawienie się jego ukochanej
Melody Austin, kobiety która od roku żyje w przekonaniu, że
bezpowrotnie go utraciła. Całkiem nieźle wykreowana przez Kari
Whitman pierwszoplanowa bohaterka „Fantomu centrum handlowego”
już na początku seansu każdego wielbiciela slasherów powinna
napełnić przekonaniem, że patrzy na final girl. Dziewczynę,
która albo jako jedna z nielicznych bądź jedyna wyjdzie cało z
opresji, albo umrze dopiero na końcu filmu. Świadczy o tym nie
tylko to, że Melody Austin od początku zajmuje centralne miejsce w
panteonie pozytywnych postaci tej produkcji, ale również (albo
przede wszystkim) jej osobowość, którą skonstruowano w oparciu o
model final girl. Najbardziej rzuca się to w oczy podczas
sekwencji w sklepie z ubraniami, gdzie Melody wybiera się ze swoją
przyjaciółką Suzie, która także dostała pracę w nowo otwartym
centrum handlowym. Głównej bohaterce filmu wpada wówczas w oko
jedna z sukienek. Suzie próbuje namówić ją do zakupu, na co
Melody odpowiada, że nie może sobie pozwolić na taki wydatek, bo
musi oszczędzać na szkołę. Wtedy z ust Suzie pada pytanie: „Czy
ty nigdy nic nie robisz pod wpływem impulsu?”, na które Melody
odpowiada krótkim „nie”. Ta niedługa konwersacja uzmysławia
odbiorcom, że Melody podchodzi do życia w sposób typowy dla
standardowych final girl. Dawna dziewczyna Erica Matthewsa
kieruje się rozsądkiem zamiast poddawać się chwilowym
zachciankom, którym z kolei nie opiera się jej najlepsza
przyjaciółka, Suzie, co jest kolejnym argumentem przemawiającym za
silnym osadzeniem „Fantomu centrum handlowego” w konwencji
slasherowej. Bo w tym podgatunku na ogół rys psychologiczny
najlepszej przyjaciółki final girl jest całkowitym
przeciwieństwem tego posiadanego przez pierwszoplanową pozytywną
postać płci żeńskiej.
Umiejscowienie
akcji w centrum handlowym, niemalże całkowite zamknięcie jej na
tym dosyć szerokim obszarze, posiadającym jednakowoż wiele
ciasnych, mrocznych pomieszczeń w mojej ocenie było jednym z
lepszych pomysłów twórców „Fantomu centrum handlowego”. Nie
ze względu na dużą oryginalność, bo już choćby wspomniany
„Intruz” rozgrywał się w sklepie (aczkolwiek nieporównanie
mniejszym, bo w supermarkecie, a nie w centrum handlowym) tylko z
powodu możliwości, jakie dawał taki obiekt żądnemu zemsty
mężczyźnie, który urządził się w podziemiach tego kompleksu.
Przez cały czas towarzyszyło mi poczucie przebywania potencjalnych
ofiar na co prawda dużym, acz zamkniętym (choć w rzeczywistości
drzwi cały czas stały otworem), zadaszonym obszarze, który nie ma
żadnych tajemnic dla mordercy. Eric Matthews jako jedyny zdaje się
znać wszystkie zakamarki centrum handlowego, tak dobrze, że
swobodnie mógłby poruszać się w nim z zamkniętym oczami.
Przewagę daje mu również znajomość sztuk walki (pomysł kiepski,
a i wykonanie mizerne – ocierało się to o groteskę, zdecydowanie
nie wpasowując się dobrze w slasherową konwencję) i
przekonanie jego adwersarzy, że od roku spoczywa w grobie. Eric może
więc z zaskoczenia atakować swoich wrogów. Do momentu
dekonspiracji, która zdaje się być tylko kwestią czasu.
Niewątpliwym plusem „Fantomu centrum handlowego” jest proces
eliminacji ofiar. Miłośnicy gore mogą narzekać na zbyt
małą drastyczność, ale fani slasherów najprawdopodobniej
poczują się jak w domu, bo omawiany obraz Richarda Friedmana uderza
tutaj w nieprzesadną strunę najczęściej poruszaną przez twórców
tego nurtu horroru. A przy tym stawia na różnorodność – Eric na
przeróżne sposoby pozbawia życia swoich wrogów, wykazując się
przy tym dużą pomysłowością. Między innymi wpycha głowę
jednego mężczyzny w wentylator, głowę innego podkłada pod
opadające stalowe drzwi (dekapitacja), a jeszcze innemu zapewnia
spotkanie z kobrą i to w miejscu, w którym chciałoby się mieć
trochę prywatności. Najlepsze było jednak klasyczne porażenie
prądem, a ściślej finalizacja tej scenki w formie szybkiego (ale
nie na tyle, żeby nie dało się objąć tego wzorkiem) wypadnięcia
oczu niczym strzelające korki od szampana. Sama opowieść nie
wybiega poza ciasne ramy slasherowego schematu. Mamy zbrodnię
z niedalekiej przeszłości, która przez policję została
zaklasyfikowana jako wypadek, my jednak tak samo jak Melody już od
początku filmu nie mamy żadnych wątpliwości, że Eric i jego
rodzice padli ofiarami spisku. Kapitalizm jest brutalny, boleśnie
przekonał się o tym młody mężczyzna, któremu udało się
przeżyć, ale nie bez poważnych obrażeń ciała. Dopiero pod
koniec filmu można dokładnie przyjrzeć się jego twarzy, a szkoda,
bo charakteryzatorzy bardzo dobrze wywiązali się ze swojego zadania
– wyłupiaste oko, poparzona połowa głowy, na której nie ma już
włosów (na drugiej są) robią iście realistyczne i w miarę
potworne wrażenie. Doprawione nutką współczucia w stosunku do tej
postaci. Zresztą odczuwanego już dużo wcześniej. I właśnie to
najbardziej psuło mi projekcję „Fantomu centrum handlowego” -
nie czułam się komfortowo w roli kibica Erica Matthewsa. Co prawda
częściowego, bo pomocne w budowaniu aury zagrożenia okazały się
jego powiązania z sympatyczną Melody, a dokładniej dawanie do
zrozumienia, że czarny charakter ma na jej punkcie taką obsesję,
że nie spocznie dopóki jej nie zdobędzie. A fakt, że młoda
kobieta właśnie zaprzyjaźniła się z innymi mężczyzną,
przystojnym reportem Peterem Baldwinem, potęguje to przeczucie
nieuchronnie zbliżającego się nieszczęścia. Nie z taką siłą
jakiej bym chciała, bo przecież równocześnie pragnęłam, aby
Eric dokończył wymierzanie sprawiedliwości. Tym bardziej, że
twórcy nie rozbudowali sekwencji bezpośrednio poprzedzających
ataki mordercy i scen wędrówek protagonistów po poza nimi
bezludnych korytarzach kompleksu handlowego. A to by chyba
wystarczyło, aby mimo utrudnień generowanych przez tekst wykrzesać
z tego dużo napięcia. I jeszcze coś mi nie pasowało. UWAGA
SPOILER To że pani burmistrz (rzekomo bezinteresownie) wspierała pozytywnych bohaterów,
że próbowała być pomocna, że obchodził ją los „szaraczków”.
Toż to sprzeczne z naturą – pomyślałam. Politycy tacy nie są!
Natychmiast więc ogarnęła mnie pewność, że pani burmistrz
maczała palce w szemranym interesie omówionym na kartach
scenariusza „Fantomu centrum handlowego”. I tym oto sposobem
przewidziałam tę końcową „rewelację” kilkadziesiąt minut
wcześniej, tj. podczas sceny zaatakowania Melody przez mężczyznę
w kominiarce na parkingu centrum handlowego KONIEC SPOILERA.
Summa
summarum taki średniaczek. Z punku widzenia oddanego miłośnika
slasherów jednym z większych plusów „Fantomu centrum
handlowego” może być silne osadzenie jej w tak bardzo lubianej
przez niego konwencji, pomysłowe, zróżnicowane sceny mordów, w
miarę mroczna kolorystyka zdjęć i chwytliwe miejsce akcji. Ale
niedobór napięcia, przewidywalny scenariusz, który na dodatek
zmusza odbiorcę do częściowego sympatyzowania z mordercą
grasującym na terenie centrum handlowego i brak czegokolwiek co
miałoby szansę na dłużej osiąść w pamięci widza sprawiają,
że chyba nawet oni, tj. długoletni miłośnicy filmów slash
nie będą w pełni usatysfakcjonowani tym dokonaniem Richarda
Friedmana. Ale jako że oglądało mi się to całkiem znośnie,
jestem skłonna zarekomendować ten film fanom XX-wiecznych rąbanek
klasy B z zastrzeżeniem, że nie jest to jeden z lepszych obrazów
tego typu. Ale na jeden nudny wieczór powinien się nadać – jako
tako, a to już coś.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz