Stronki na blogu

poniedziałek, 12 marca 2018

„Eutanazjer” (2017)

Veijo Haukka jest mechanikiem samochodowym dorabiającym jako eutanazjer. Mężczyzna odpłatnie pozbawia życia stare, schorowane zwierzęta przynoszone przez klientów. Ludzie mają go za dziwaka, głównie z powodu jego miłości do zwierząt, której wyraz daje ilekroć zauważy jakieś przejawy złego traktowania tych istot przez ludzi. Próbujący wkupić się w łaski trzech miejscowych nacjonalistów, Petri, przywozi Veijo suczkę swojej żony. Płaci za zabicie jej, ale eutanazjer zatrzymuje psa. Niedługo potem zaczyna spotykać się z pielęgniarką Lottą, która w pracy opiekuje się między innymi jego ojcem. A tymczasem życie Petriego mocno się komplikuje.

„Eutanazjer”, zrealizowany za mniej więcej trzysta tysięcy euro fiński thriller w reżyserii Teemu Nikkiego miał swoją premierę w 2017 roku na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Toronto w sekcji Światowe Kino Współczesne. Jeszcze tego samego roku został wpuszczony w szerszy obieg w swojej rodzimej Finlandii. Film wyróżniono pięcioma nominacjami do nagrody Jussi, ale laureatem nie został. Teemu Nikki scenariusz napisał sam, jak wieść niesie pod aktora Mattiego Onnismaa, który został obsadzony w roli głównej. Partnerowała mu Hannamaija Nikander, z którą Teemu Nikki pracował już wcześniej, między innymi przy swoim pełnometrażowym filmie z 2015 roku zatytułowanym „Lovemilla”.

Poznajcie Veijo Haukkę. Mieszkającego na obrzeżach niewielkiego miasteczka starego kawalera, który prowadzi jednoosobowy warsztat samochodowy. Ma także dodatkowe zajęcie, które ściśle wiąże się z jego pasją, choć na pierwszy rzut oka może się wydawać, że stanowi ono pogwałcenie jego wewnętrznych przekonań. Otóż, Veijo jest wielkim miłośnikiem zwierząt, osobą wychodzącą z (moim zdaniem słusznego) założenia, że prawa zwierząt powinny być respektowane. Veijo idzie nawet dalej: uważa, że winno się je stawiać na równi z ludźmi, w miarę możliwości traktować tak, jak sami chcielibyśmy być traktowani. „W miarę możliwości”, ponieważ Veijo nie uważa za niestosowane prowadzania psa na smyczy (co zostaje mu wytknięte przez jednego z mieszkańców miasteczka) i trzymania go na długim łańcuchu, ale przetrzymywania zwierzęcia w szczelnie zamkniętym samochodzie, wożenia go w ciasnej klatce, czy chowania świnki morskiej bez partnera nie jest już w stanie zaaprobować. „Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie” - tę zasadę Veijo wprowadza w życie ilekroć tylko nadarzy się ku temu okazja. Mężczyzna stara się w ten sposób nauczać. Stawia człowieka w pozycji zwierzęcia i dzięki temu przedstawiciel rasy ludzkiej może na własnej skórze odczuć to, co sam zgotował niewinnemu stworzeniu. Posiedź trochę w ciasnej klatce to zobaczysz co przeżywał twój pies, przyjmij kilka ciosów w twarz, a potem pozuj do zdjęcia to przekonasz się, co czuła złowiona przez ciebie ryba, której nawet nie miałeś zamiaru zjeść. Bo dla Veijo łowienie ryb dla sportu tj. wypuszczanie ich tuż po schwytaniu jest czymś gorszym od zabijania i zjadania, czemu wyraz daje podczas spotkania z pewnym turystą. Potrącisz przypadkiem zwierzę? Trudno, wypadki się zdarzają, ale z łaski swojej poświęć trochę swojego cennego czasu na upewnienie się, że zwierzę rzeczywiście nie żyje. A jeśli jest wręcz odwrotnie to okaż litość i dobij je. Nie skazuj biednego stworzenia na powolną śmierć w niewyobrażalnych mękach. Taki właśnie jest Veijo Haukka. Człowiek nierozumiany przez społeczeństwo, obiekt kpin i żartów, outsider, który ani myśli zrzec się swoich ideałów w celu wkupienia się w łaski innych ludzi. Już samo to o czymś świadczy. Wydaje mi się, że Teemu Nikki poprzez takie, a nie inne spojrzenie mieszkańców małego fińskiego miasteczka na starego kawalera chciał publice dać do zrozumienia, że we współczesnym świecie poszanowanie innej istoty żyjącej, ale należącej do innego gatunku niż nasza jest uważane za coś odbiegającego od normalności. Że ludzie próbujący żyć w harmonii ze zwierzętami są skazani na ostracyzm ze strony społeczeństwa. Reżyser i scenarzysta „Eutanazjera” nie odkrył tutaj Ameryki, jego obserwacja szczególnie przenikliwa nie jest, a przynajmniej za takową nie powinni jej uznać miłośnicy zwierząt, bo podejrzewam, że nie raz, nie dwa spotkali się oni z wyrazami kompletnego niezrozumienia swoich ideałów przez innych członków swojego gatunku. Kino i literatura jednakże nieczęsto mierzą się z tą problematyką, rzadko zrównuje się człowieka ze zwierzęciem i stawia miłośnika tych drugich w pozycji dziwaka. Choć przynajmniej duża część z nich w prawdziwym życiu musi mierzyć się z krytycznymi uwagami pod swoim adresem i spojrzeniami mówiącymi, że „mają nierówno pod sufitem”. Tylko dlatego, że upominają się o prawa zwierząt, że opowiadają się za dobrym traktowaniem innych istot żywych, za poszanowaniem stworzeń, które przecież nie są nieczułe na ból. Choć wielu ludziom pewnie tak się wydaje... Veijo dorabia jako eutanazjer, niektórym więc może się wydawać, że jest człowiekiem pełnym sprzeczności. Jego przekonania są dla niego ważniejsze od oceny jego osoby przez innych członków rasy ludzkiej, ale jednocześnie pozbawia życia stworzenia, do których pała przeogromną miłością. Takie postępowanie można łatwo wytłumaczyć. Eutanazja w pojmowaniu Veijo to akt łaski, koniec cierpień starego, schorowanego stworzenia. Zabijając je mężczyzna okazuje mu miłosierdzie, choć czasami przychodzi mu to z niemałym trudem. Zagadką jest dla mnie jedynie postanowienie zabicia suczki żony Petriego, którego Veijo ostatecznie nie wprowadza w życie, ale początkowo istotnie ma taki zamiar. Scenarzysta daje wówczas do zrozumienia, że Veijo eliminuje także agresywne zwierzęta, nie tylko te na co dzień przeżywające ogromne męki. Zastanawiam się więc dlaczego uważa, że jedynym ratunkiem dla takiego zwierzęcia jest śmierć. Dlaczego wychodzi z założenia, że nie da się wyplenić z niego złych nawyków?

Veijo to nie jedyna ciekawa osobowość zaludniająca karty scenariusza „Eutanazjera”. Chociaż główny bohater bardzo stara się zmienić podejście ludzi do zwierząt, w swoich naukach nierzadko zahacza o skrajności to ma się wrażenie, że jest „głosem wołającego na puszczy”, że jego starania nie przynoszą pożądanego rezultatu. Jego mimowolni uczniowie pozostają głusi na prawdy, które im przekazuje, nie zmieniają swojego nastawienia do według nich niższej formy życia i odjeżdżają z warsztatu Veijo utwierdzeni w przekonaniu, że „ich wykładowca” jest kompletnym świrem. Ale jest jeden wyjątek. To pielęgniarka Lotta, która w pracy zajmuje się między innymi schorowanym ojcem głównego bohatera filmu. Kobieta ma pewien fetysz - lubi być podduszana przez partnera podczas seksu. UWAGA SPOILER Swoją drogą od pierwszego takiego stosunku z Veijo przez długi czas byłam przekonana, że kobieta nie żyje, a jej dalsza relacja z mężczyzną rozgrywa się tylko w jego głowie. Ale okazało się, że byłam w błędzie KONIEC SPOILERA. Ponadto Lotta wierzy w słuszność poglądów Veijo, również tych na eutanazję, wszystko wskazuje więc na to, że Veijo wreszcie znalazł swoją „drugą połówkę”. Ale wyraźny zwiastun zagrożenia też się pojawia. Właściwie od pierwszego spotkania z Petrim, mężczyzną starającym się wstąpić do kręgu miejscowych nacjonalistów, rasistów, złodziei i brutali, będzie się trwało w przekonaniu, że odegra on znaczącą i to najpewniej niechlubną rolę w tej historii. Domyśliłam się nawet jaką – nie w szczegółach, ale w ogólnym sensie tak. I co więcej nie miałam wątpliwości, że UWAGA SPOILER eutanazjer „odpłaci mu pięknym za nadobne” KONIEC SPOILERA. Duża przewidywalność to jedna z bolączek scenariusza Teemu Nikkiego. A drugim uniedogodnieniem był dla mnie zastój w środkowej partii filmu. I bynajmniej nie mówię tutaj o mało dynamicznej akcji, bo cenię sobie tak nieśpiesznie prowadzone filmowe opowieści. Lubię jak na powierzchni niewiele się dzieje, ale oczekuję, że pod nią nieustannie będą kłębić się przeróżne emocje, że jeśli zajrzę za tę metaforyczną kurtynę zostanę dosłownie wypełniona różnymi, najlepiej niewygodnymi uczuciami i skonfrontowana z tezami, obok których nawet gdybym bardzo tego chciała nie mogłabym przejść obojętnie. Nie twierdzę, że „Eutanazjer” został tego pozbawiony, bo powyższych wartości dostałam całkiem sporo. Wydaje mi się jednak, że środkową część produkcji można było spokojnie podkręcić pod tymi dwoma kątami, rozszerzyć obie te materie, tak abym nie miała poczucia nieprzyjemnego zapętlenia akcji, prawie że niemożności ruszenia z miejsca. Ale Teemu Nikki w końcu ruszył i to jak ruszył... Powiem tyle: spodziewałam się czegoś w ten deseń, ale to wcale nie pomogło mi w zatrzymaniu łez. Och, jak obficie się one ze mnie wylewały...

Nacjonaliści „Eutanazjera” chyba oglądać nie powinni, bo myślę, że nie przypadnie im do gustu taki obraz tego środowiska, jaki nakreślił tutaj Teemu Nikki. Miłośnicy zwierząt natomiast prawdopodobnie przyklasną wrażliwości tego fińskiego reżysera, scenarzysty i producenta, choć niejednego z nich pewnie mocno zasmuci wymyślona przez niego opowieść. A jak odnajdą się w tym fani thrillerów? No cóż, moim zdaniem większą szansę na dobre przyjęcie omawianego widowiska mają osoby ceniące sobie powolne, nieefekciarskie produkcje nastawione przede wszystkim na emocje i poruszające tematy warte przynajmniej porządnego przemyślenia. Przynajmniej, bo jeśli o mnie chodzi to Teemu Nikki pokazał tutaj kierunek, w jakim powinna podążać ludzkość w swoich kontaktach ze zwierzętami, a który obecnie w wielu kręgach jest uważany za poważny odchył od normy.

sobota, 10 marca 2018

Lisa Lutz „Pasażerka”

Tanya Dubois znajduje zwłoki swojego męża u podnóża schodów w ich domu. Jest przekonana, że nie odpowiada za śmierć mężczyzny, ale mimo to nie ma wątpliwości, że musi uciekać. Nikogo nie informując o zgonie małżonka kobieta wsiada więc do samochodu i rusza w drogę. Wie, że tylko tak może uniknąć niewygodnych pytań, ale żeby jej plan mógł się powieść musi jak najszybciej zmienić tożsamość. Udaje jej się tego dokonać, ale bynajmniej nie oznacza to końca jej kłopotów. Od tego momentu Tanya jest poszukiwana nie tylko przez policję, ale także ludzi, którym zależy na jej śmierci. Kobieta nie może długo pozostawać w jednym miejscu, każde lokum, które znajduje jest tylko tymczasową przystanią, schronieniem, które jak doskonale zdaje sobie sprawę wkrótce będzie musiała opuścić. Bo tylko kwestią czasu jest, aż ktoś trafi na jej ślad, zmuszając ją tym samym do znalezienia innego zakwaterowania i kolejnej zmiany tożsamości.

Amerykanka Lisa Lutz zaczęła pisać w latach 90-tych XX wieku. Chwytała się wówczas wielu słabo płatnych prac, w wolnych chwilach tworząc scenariusz filmu, który ukazał się w 2001 roku pt. „Plan B”, a wyreżyserował go Greg Yaitanes. Kolejny scenariusz jej autorstwa wstępnie zatytułowany „The Spellman Files” został odrzucony, ale Lutz nie straciła zapału do tej historii. Uznała, że to dobry materiał na książkę i rzeczywiście wydana w 2007 roku debiutancka powieść Lisy Lutz spotkała się z bardzo dobrym przyjęciem – trafiła na listę bestsellerów The New York Timesa i została wyróżniona nominacjami do kilku nagród (zdobyła Alex Award). Lutz dopisała parę kontynuacji „The Spellman Files” (w Polsce pierwszą część wydano pod tytułem „Akta Spellmanów”), ale w swojej bibliografii ma też publikacje niezwiązane z tą serią. Jedną z nich jest thriller „Pasażerka”.

Omawiana powieść Lisy Lutz jest thrillerem drogi, opowiadającym o kobiecie uciekającej przed policją, ludźmi, którzy z jakiegoś powodu chcą ją zabić i demonami własnej przeszłości, których przez ostatnią dekadę trochę się namnożyło. Bo właśnie przed dziesięcioma laty rozpoczął się koszmar kobiety, którą poznajemy jako Tanyę Dubois. Już długo pod tym nazwiskiem egzystować nie będzie, ponieważ śledzimy jej losy od punktu krytycznego, momentu zwrotnego, który jak się wkrótce okaże wcale nie był pierwszym zwrotem w jej życiu. Główną bohaterkę będę tytułować imieniem i nazwiskiem, którym posługuje się we wstępnej partii „Pasażerki”, podkreślam jednak, że kobieta będzie przybierać różne tożsamości, a na poznanie jej prawdziwych personaliów odbiorcom tej publikacji przyjdzie długo czekać. Jak już dałam do zrozumienia Lutz wrzuca czytelnika w sam środek akcji, niczym Alfred Hitchcock rozpoczyna swoją opowieść od trzęsienia ziemi i bez „odkrywania wszystkich kart”. O przeszłości Tanyi Dubois wówczas nie wiemy prawie nic – podaje się nam tylko kilka drobnostek niedających odpowiedzi na pytanie, które aż ciśnie się na usta. „Pasażerkę” napisano w pierwszej osobie z perspektywy głównej bohaterki, która już na początku powieści informuje odbiorców książki, że nie zabiła swojego męża. Mamy jej wierzyć na słowo, chociaż jej reakcja na, jak twierdzi, śmiertelny wypadek męża dla niejednego czytelnika pewnie będzie okolicznością obciążającą jej osobę. Kobieta nie informuje policji o śmierci małżonka, nie składa zeznań tylko rzuca się do ucieczki, wyjeżdża z miasta i zaczyna się ukrywać przed wymiarem sprawiedliwości. Te osoby, które nie mają zakodowane w głowach, że policji należy unikać jak ognia nawet wówczas, gdy jest się niewinnym bez wątpienia uznają takie zachowanie za mocno podejrzane, ale myślę, że ich nastawienie do głównej bohaterki powieści z czasem albo ulegnie zmianie, albo co równie prawdopodobne ich nieufność do niej jeszcze zyska na sile. Bo Tanya jasno daje do zrozumienia, że stara się uniknąć konfrontacji z odleglejszą przeszłością, że nie chce aby odkryto kim naprawdę jest, bo to równałoby się z końcem jej wolności. Mamy więc kolejne pytania, na które należy znaleźć odpowiedzi (kim jest Tanya i jakiego strasznego czynu, i czy w ogóle, dopuściła się przed dekadą?), jeśli pragnie się uprzedzić autorkę w rozwiązaniu tej intrygi. Fabuła nie należy do nadzwyczaj skomplikowanych, nie mamy tutaj do czynienia z wielowątkową, niezwykle złożoną opowieścią, w której pojawia się mnóstwo mylących tropów i enigmatycznych podpowiedzi. Dostajemy raczej prostą opowieść o kobiecie uciekającej przed własną przeszłością, o przedstawicielce płci żeńskiej gotowej na wiele poświęceń w imię wolności, ale też zmuszonej do walki o życie. Kluczem do rozwiązania tej intrygi są wydarzenia sprzed dekady, aby dojść do prawdy wystarczy „jedynie” cofnąć się do korzeni. Ale szybko okazuje się, że to zadanie tylko z pozoru jest proste. Złożenie wszystkich, nielicznych, fragmentów tej układanki prawdopodobnie dla wielu czytelników będzie zadaniem niewykonalnym. Choć co nieco pewnie uda im się odgadnąć, jakiś ogólny zarys feralnych wydarzeń z przeszłości Tanyi Dubois przynajmniej w głowach co poniektórych z nich z czasem się wyklaruje, ale wiele istotnych szczegółów moim zdaniem pozostanie poza ich zasięgiem. Wszak Lisa Lutz daje nam dość wskazówek niezbędnych do obrania właściwej ścieżki, ale jednocześnie zręcznie zaciemnia ważne detale, a bez nich naprawdę nie sposób udzielić sobie satysfakcjonujących odpowiedzi na wcześniej postawione pytania.

Czytając „Pasażerkę” nie mogłam oprzeć się przeświadczeniu, że Lisa Lutz pragnie abym polubiła (aby czytelnik polubił) główną bohaterkę. Aby pomiędzy nią i mną zawiązała się nierozerwalna nić sympatii, a takie postępowanie autorów thrillerów zawsze działa na mnie alarmująco. Zwłaszcza wówczas, gdy spotykam się z postaciami skrywającymi jakieś mroczne tajemnice, chowającymi trupy w szczelnie zamkniętych szafach, do których przez długi czas mnie nie dopuszczają. Reszty świata przedstawionego zresztą też nie. Krąg wtajemniczonych w przypadku „Pasażerki” jest bardo wąski, a Lutz przez lwią część powieści nie dopuszcza nas do przemyśleń i wiele mówiących słów żadnego z nich, dlatego sami musimy rozsądzić czy zaufać głównej bohaterce i zarazem narratorce omawianej powieści. Świadomość tego, że Lutz bardzo zależało na tym, abym zapałała sympatią do Tanyi Dubois powinna ułatwić mi opieranie się temu potencjalnie mylącemu zabiegowi, powinnam być odporna na tę ewentualną manipulację, ostrożna w podejściu do uciekającej kobiety. Powinnam wręcz żywić wobec niej ogromną nieufność. I przez jakiś czas rzeczywiście udawało mi się spoglądać podejrzliwym okiem na postać niezmiennie zajmującą pierwszy plan, ale z czasem „wywiesiłam białą flagę”, z niejaką ulgą poddając się jej czarowi. W pełni zdawałam sobie sprawę z tego, że od tej chwili Lutz będzie łatwiej mną manipulować, że owa sympatia do Dubois w finale może obrócić się przeciwko mnie, że autorka „Pasażerki” może wówczas uświadomić mi, że polubiłam potwora w ludzkiej skórze. Ale ironiczne poczucie humoru, rozpaczliwe, skłaniające do współczucia położenie kobiety, której z coraz większym trudem przychodzi przypominanie sobie kim tak naprawdę jest, która powoli, acz jak się wydaje nieubłaganie zatraca swoje własne „ja” i oczywiście jej godne podziwu samozaparcie, hardość ducha, gotowość do wielu poświeceń na tej jakże wyboistej drodze, na którą wstąpiła przed dekadą, to wszystko plus kilka innych cech sprawiło, że nawet nie chciało mi się dłużej spoglądać na nią nieufnym okiem. To nie znaczy, że byłam tak samo ufna w stosunku do wszystkich postaci, z którymi główna bohaterka miała jakiś, choćby tylko przelotny kontakt. Dotychczasowe doświadczenia nauczyły bowiem Tanyę ufać tylko sobie (hehe, problem w tym, że kobieta z czasem przestaje poznawać samą siebie), w każdym doszukiwać się jakichś niecnych zamiarów, wychodzić z założenia, że coś takiego jak bezinteresowna pomoc tak naprawdę nie istnieje, i że niemalże każdy, kogo spotyka może być jej śmiertelnym wrogiem. Niemalże, bo chociażby w moim zdaniem najciekawszym przystanku Tanyi, w małym miasteczku, w którym kobieta obejmuje stanowisko nauczycielki w prywatnej szkole podstawowej pojawia się kilka postaci, których nie sposób podejrzewać o najgorsze. Ale najczęściej zwyczajnie udzielała mi się nieufność głównej bohaterki i zarazem narratorki w stosunku do wielu osób przewijających się przez jej życie. Paranoja, wiem, ale wydaje mi się, że właśnie na wprowadzeniu takiej paranoicznej atmosfery zależało amerykańskiej pisarce i moim zdaniem akurat na tym polu odniosła spory sukces. Ten klimat, ta obsesyjna nieufność obok jakże zgrabnego ironicznego humoru i doskonale scharakteryzowanej pierwszoplanowej postaci rekompensowały mi niedostatki fabularne. To jest uprzyjemniały śledzenie kilku samych w sobie mało interesujących wątków: czy to paru przestojów, tych momentów w długiej podróży Dubois, w których nie dzieje się praktycznie nic godnego wzmianki, albo niektórych z tych, które rozpędzały akcję, bo zdarzało się, że Lutz nie dbała wówczas o napięcie w takim stopniu, jakiego bym oczekiwała. Ale nie zawsze, w „Pasażerce” nie brakuje wszak ustępów podnoszących poziom adrenaliny, nie brakuje incydentów poprowadzonych zgodnie z zasadami budowania napięcia i co równie ważne styl, jakim posługuje się autorka powinien trafić do szerokiego grona czytelników, bo ani nie jest denerwująco lapidarny, ani przesadnie rozbudowany. Taki w sam raz. Finał natomiast, rozwiązanie całej tej intrygi może rozczarować poszukiwaczy UWAGA SPOILER wyszukanych zwrotów akcji, oryginalnych, ale też mocno zdumiewających rozwiązań fabularnych, bo Lutz stawia raczej na zwyczajność KONIEC SPOILERA. Jestem jednak przekonana, że takie zamknięcie znajdzie też swoich zwolenników, że znajdą się odbiorcy, którzy podzielą moje w miarę pozytywne zapatrywania na końcówkę. Bo to w sumie całkiem odżywcze doświadczenie, w XXI-wiecznych literackich thrillerach częściej bowiem spotykam się ze zgoła odwrotnymi zabiegami, więc dobrze było przeczytać coś odstającego od tych trendów. UWAGA SPOILER Co nie zmienia tego, że wolałabym jakiś unhappy end KONIEC SPOILERA.

Moje pierwsze spotkanie z twórczością Lisy Lutz nie dostarczyło mi co prawda niezapomnianych wrażeń, nie miałam poczucia obcowania z jakimś wybitnym thrillerem, z dziełem, które wejdzie w poczet moim ulubionych współczesnych dreszczowców. I teraz, gdy już mam lekturę „Pasażerki” za sobą faktycznie nie mam zamiaru dopisywać tej pozycji do listy tych XXI-wiecznych thrillerów, które wspominam najlepiej. Ale jeśli tylko będę miała okazję przeczytać inną powieść tej autorki to ochoczo z niej skorzystam. Bo „Pasażerkę” czytało mi się na tyle dobrze, dostarczyła mi na tyle silnych emocji i na tyle mocno wciągnęła w swój świat przedstawiony, że nie miałabym absolutnie żadnych oporów przed wykorzystaniem takiej okazji. Tyle wystarczyło, aby obudzić we mnie apetyt na inne powieści Lisy Lutz. A ściślej na inne thrillery jej pióra, bo w tym gatunku według mnie całkiem nieźle się odnajduje.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

czwartek, 8 marca 2018

Zapowiedź: „Dziedzictwo. Hereditary”

Nowe dzieło producenta „CZAROWNICY” i producenta „SPLIT”.
Sensacja Festiwalu w Sundance. Film okrzyknięty najstraszniejszym horrorem ostatnich lat!
DZIEDZICTWO. HEREDITARY” wejdzie na ekrany kin 22 czerwca, w sieci pojawił się już polski zwiastun:
https://youtu.be/gTNEDFMnwZc

Arcydzieło współczesnego horroru!”
Patrick Ryan, USA TODAY

EGZORCYSTA nowej ery. Wykręca głowy do ostatniej kropli krwi.”
Joshua Rothkopf, TIME OUT NEW YORK

DZIECKO ROSEMARY 21 wieku!
Chris Bumbray, JOBLO’S MOVIE EMPORIUM

Kreacja Toni Collette zasługuje na OSCARA!”
Kristopher Tapley, VARIETY

Każda rodzina ma swoje sekrety. Niektóre wiodą prosto do piekła.
Śmierć Ellen, seniorki rodziny Grahamów, nie mogła być dla nikogo zaskoczeniem. Natomiast to, co nastąpiło po niej, dla wszystkich było szokiem. Rodzina Annie, córki Ellen, wkrótce po pogrzebie zaczyna doświadczać niepokojących zjawisk. Początkowo tłumaczy je sobie żałobą i przemęczeniem, ale wkrótce zdarzenia przybierają tak tragiczny i potworny obrót, że jasnym staje się, iż na rodzinie Grahamów ciąży mroczne dziedzictwo. Co takiego wydarzyło się w życiu Ellen, że teraz zapłacić musi za to jej rodzina? Odkrycie tej prawdy nikomu nie przyniesie spokoju…
Autorem fantastycznych zdjęć jest polski operator Paweł Pogorzelski.

DZIEDZICTWO. HEREDITARY
(Hereditary)
POLSKA PREMIERA: 22.06.2018
Reżyseria: Ari Aster
Obsada: Toni Collette („Szósty zmysł” – nominacja do OSCARA, „Mała miss”, „Był sobie chłopiec”, „Wesele Muriel”, „Hitchcock”), Gabriel Byrne („Podejrzani”, „I stanie się koniec”, „Ścieżka strachu”, „Człowiek w żelaznej masce”), Alex Wolff („Jumanji: Przygoda w dżungli”, „Dzień patriotów”, „Moje wielkie greckie wesele 2”)
Gatunek: horror
Produkcja: USA 2018
Dystrybucja w Polsce: Monolith Films

Źródło: wszystkie materiały od Rabbit Action Sp. z o.o.

środa, 7 marca 2018

„Tajemnica Marrowbone” (2017)

Rok 1969. Rose ucieka z Anglii wraz z czwórką swoich dzieci, Jackiem, Billym, Jane i Samem. Na ich nowe lokum kobieta wybiera dom w Stanach Zjednoczonych, w którym dorastała. Te zaciszne, wiejskie tereny mają zapewnić im schronienie przed agresywnym mężem Rose i zarazem ojcem jej dzieci. Niedługo po dotarciu na miejsce kobieta umiera, przedtem instruując swojego pierworodnego, Jacka, aby wraz z rodzeństwem ukrył się przed światem do czasu swoich dwudziestych pierwszych urodzin, kiedy to będzie mógł zostać prawnym opiekunem Billy'ego, Jane i Sama. Z obawy przed rozdzieleniem dzieci postanawiają skorzystać z rady matki. Z nikim nie dzielą się informacją o śmierci rodzicielki, nawet dziewczyna Jacka, Allie, nie zdaje sobie sprawy z tego, że kobieta nie żyje, i starają się nie oddalać zbytnio od domu, jeśli nie jest to absolutnie konieczne. Coraz bardziej jednak utwierdzają się w przekonaniu, że grozi im śmiertelne niebezpieczeństwo ze strony nadnaturalnego bytu, który zagnieździł się w budynku.

Zrealizowana za około osiem milionów euro „Tajemnica Marrowbone” jest „dzieckiem” Hiszpana Sergio G. Sancheza, który ma na koncie między innymi scenariusze „Sierocińca” i „Niemożliwe” w reżyserii J.A. Bayony. Sergio G. Sanchez sam napisał scenariusz „Tajemnicy Marrowbone” i to on zasiadł na krześle reżyserskim. Premierowy pokaz jego filmu odbył się w 2017 roku na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Toronto i jeszcze tego samego roku został dopuszczony do szerszego obiegu w kilku krajach świata, poczynając od swojej rodzimej Hiszpanii.

Nakręcona w Hiszpanii, przez Hiszpana, acz anglojęzyczna „Tajemnica Marrowbone” oficjalnie została sklasyfikowana, jako hybryda dramatu, thrillera i horroru, co moim zdaniem pokrywa się ze stanem faktycznym. W scenariuszu dominuje warstwa dramatyczna, ale klimatowi najbliżej do horroru gotyckiego z przebitkami kojarzącymi się z filmową baśnią. Stary dom usytuowany na trawiastym terenie nieopodal lasu i plaży. Stojący w zacisznej, malowniczej okolicy oddalonej od skupisk ludzkich, budynek, który bezsprzecznie skrywa jakąś tajemnicę to element tak nierozerwalnie związany z horrorem gotyckim, że każdy, kto miał już styczność z tym prądem szybko powinien nabrać pewności, że właśnie z tego rodzaju stylistyką będzie miał do czynienia. Obecnie raczej rzadko obieraną przez filmowców (pisarzy także, skoro już o tym mowa), a jak już, to w mojej ocenie w większości przypadków z dużo gorszym skutkiem od tego osiągniętego przez Sergio G. Sancheza w „Tajemnicy Marrowbone”. Osoby poszukujące straszaków na modłę „Obecności” Jamesa Wana nie powinny udawać się pod ten adres, bo dziełko utalentowanego Hiszpana odżegnuje się od podobnych technik straszenia. Sanchez wyraźnie nie był zainteresowany kręceniem kolejnego horroru paranormalnego z dużą ilością jump scenek i niepokojących efektów specjalnych. Horror uwidacznia się przede wszystkim w atmosferze, a te nieliczne bardziej dosłowne wstawki ewidentnie nie uderzają w agresywny ton. Jakaś postać okryta prześcieradłem, zagadkowe dźwięki rozlegające się od czasu do czasu w domu rodzeństwa Marrowbone, okrycia samoistnie zsuwające się z luster i czarna plama na suficie niewiadomego pochodzenia to przykłady rzeczonych dosłownych dodatków do płaszczyzny typowej dla horroru, do atmosfery tajemniczości silnie doprawionej pierwiastkiem niezdefiniowanego zagrożenia czyhającego na kochające się rodzeństwo. Otoczka i relacja młodych Marrowbone'ów przypomniały mi „Kwiaty na poddaszu” Jeffreya Blooma – ich położenie odbiega od sytuacji Dollangangerów, ale choćby przez te dwa podobieństwa naprawdę trudno oprzeć się skojarzeniom z tamtym obrazem opartym na poczytnej powieści V.C. Andrews. Chociaż z drugiej strony może ich los wcale nie różni się tak bardzo od niedoli Dollangangerów, bo choć faktem jest, że w przeciwieństwie do nich Marrowbone'owie mogą w dowolnym momencie opuścić stare domostwo to ta swoboda jest tylko pozorna, bo taki krok wiązałby się z ryzykiem zdekonspirowania, a to z kolei doprowadziłoby do rozdzielenia ich przez nieubłagany system. Marrowbone'owie nie posiadają innej kryjówki, nie mają gdzie się podziać, ich jedynym schronieniem jest rodzinny dom ich zmarłej matki. Schronieniem, ale też istną pułapką, w której zagnieździł się tajemniczy byt starający się wyrządzić im krzywdę. Ktoś powie: standard. I w sumie będzie miał słuszność, bo Sergio G. Sanchez w swoim scenariuszu nie wypuszczał się na dotychczas niezbadane terytoria. Na fabułę jego filmu składają się znane, często wałkowane przez filmowców motywy, ale zostały one wyłuszczone z takim smakiem, że nie sądzę, aby wśród fanów stricte nastrojowych horrorów, thrillerów i takiż dramatów znalazło się wielu widzów narzekających na owe powtórzenia. Większym problemem może być dla nich przewidywalność, przynajmniej częściowa, bo Sergio G. Sanchez nie wykazał się tutaj dużą biegłością w wyprowadzaniu widza w pole. A przede wszystkim nie tego, który ma już za sobą seanse horrorów i thrillerów bazujących na takich samych motywach.

Przy końcówce warto się na chwilę zatrzymać. Wspomnieć wszak należy, że Sergio G. Sanchez UWAGA SPOILER zaserwował nam wówczas trzy silnie wyeksploatowane przez kino grozy motywy: osobowość wieloraką, twist polegający na uświadomieniu publice, że część bohaterów zginęła już jakiś czas temu i człowieka z krwi i kości, który niemalże od początku filmu ukrywał się w domu. Żaden z nich mnie nie zaskoczył, bo wcześniejsze doświadczenia z horrorami i thrillerami uczuliły mnie na takie rozwiązania, dlatego już dużo wcześniej doszukałam się licznych dowodów na poparcie swoich tez. Ale nie o to chodzi. Owszem, „Tajemnica Marrowbone” była dla mnie mocno przewidywalna (nie spodziewałam się jedynie takiego epilogu), ale ten mankament nie zaciemnił mi korzyści płynącej z takiego rozwiązania akcji. Otóż, Sanchez pokazał idealne połączenie trzech różnych motywów, pokazał, że mogą się nawzajem dopełniać, bez chociażby najmniejszego pogwałcenia logiki, bez choćby drobnych niespójności. A przynajmniej ja takowych nie zauważyłam KONIEC SPOILERA. Mam nadzieję, że wielbiciele nastrojowych horrorów także dostrzegą ten fenomen, że ewentualne rozczarowanie spodziewaną końcówką nie przysłoni im dobrej strony takiego zamysłu, bo takie niebezpieczeństwo niestety istnieje. Bo w końcu od tego rodzaju historii, od filmów bazujących na tajemniczości, od obrazów, które każą publice trwać w przekonaniu, że stare mury mrocznego domostwa skrywają jakieś brudne sekrety, widz wymaga przede wszystkim zaskakującego rozwiązania zagadki. Czegoś, czego w ogóle się nie spodziewał. A więc te osoby, którym nie dane będzie zaspokoić tego konkretnego apetytu mogą niestety albo w ogóle nie zauważyć korzyści płynącej z takiej końcówki, albo uznać, że jest ona zbyt mała, żeby choćby tylko w części mogła zrekompensować im brak zaskoczenia (w przeciwieństwie do mnie). Przejdźmy jednak do innych aspektów tego dziełka. Akcję „Tajemnicy Marrowbone” Sanchez osadził pod koniec lat 60-tych XX wieku, na jednej z prowincji Stanów Zjednoczonych, w moim odczuciu bezbłędnie oddając realia tamtej epoki. Przywołując ducha starych, dobrych czasów, aczkolwiek bez stylizacji zdjęć na wywodzące się z tamtego okresu, tj. na takie które tworzyłyby złudzenie obcowania z produkcją stworzoną w minionym wieku (tak jak to miało miejsce choćby w przypadku „Death Proof” i „Planet Terror”). Ale ubrania bohaterów (wszystkich bez wyjątku doskonale odegranych), wystroje wnętrz i pastelowe barwy wprost przeniosły mnie w realia lat 60-tych. „Tajemnicy Marrowbone” nie brakuje mroku, idealna, bo ani nie za ciemna (co utrudniałoby nadążanie za akcją), ani nie za jasna (co z kolei odzierałoby dane sekwencje z tak pożądanej upiorności) ciemność nierzadko oplata bohaterów filmu, ale częściej towarzyszymy im za dnia. I tutaj Sanchez i jego ekipa dokonali dużo trudniejszej sztuki, polegającej na wydobyciu z pozornej sielankowości doskonale odczuwalnego zwiastuna nieszczęścia. To jest nawet wtedy gdy naszym oczom ukazują się piękne krajobrazy, nawet wówczas gdy rodzeństwu nic widomego nie zagraża dosłownie odczuwa się obecność czegoś złego tuż pod powierzchnią. Czegoś przyczajonego, jakiejś siły, która tylko czeka na dogodny moment do przypuszczenia zdecydowanego ataku. I właśnie klimat był tym, co najmocniej chwyciło mnie za serce, ale skłamałabym, gdybym napisała, że fabuła mnie nie wciągnęła. Sanchez ma dar opowiadania – wydaje się, że zaangażowanie widza w nawet te momenty, w których nic ciekawego się nie dzieje i nawet w fabułę, której rozwój łatwo przewidzieć nie nastręcza mu absolutnie żadnych trudność. Narracja jest tak niewymuszona, tak lekka, tak swobodna i zarazem tak diablo elektryzująca, że aż chce się to oglądać. I w żadnym wypadku nie ma się ochoty na zobaczenie napisów końcowych (tutaj zaznaczam, że to moje odczucia).

Jak najbardziej polecam to przedsięwzięcie Sergio G. Sancheza wszystkim fanom gotyckich horrorów, nastrojowych dramatów i tajemniczych (jeśli nawet tylko rzekomo) thrillerów. Ludziom poszukujących produkcji bazujących na atmosferze i silnie skoncentrowanych na snuciu, co prawda nieodkrywczych, ale i tak mocno wciągających opowieści, a nie takich co to co chwilę raczą publikę drogimi efektami specjalnymi i jump scenkami. Nie takich, których akcja pędzi do przodu w zawrotnym tempie, a coś takiego jak zagłębianie się w psychikę bohaterów praktycznie nie istnieje „Tajemnica Marrowbone” każe nam zwolnić, wejść w ten niesamowity klimat i podumać nad bohaterami. Razem z nimi przeżywać chwile szczęścia i dzielić z nimi wszelkie troski. Ot, zaprzyjaźnić się z nimi, jednocześnie trwając w ciągłym przekonaniu, że ich życie jest zagrożone, że nic nie uchroni ich przed konfrontacją z nieubłaganą siłą gnieżdżącą się w ich leciwym domostwie.

poniedziałek, 5 marca 2018

„Still/Born” (2017)

Młodzi małżonkowie, Mary i Jack, niedawno wprowadzili się do nowego domu położonego w dobrej dzielnicy, a teraz urodził im się syn Adam. Jego bliźniak, Thomas, umarł w trakcie porodu, ale Mary zwleka z wyniesienie drugiego łóżeczka z pokoju dziecięcego, bo nie jest jeszcze na to gotowa. Podczas gdy Jack przebywa w pracy kobieta opiekuje się Adamem i zajmuje domem, a od czasu do czasu spotyka ze swoją nową sąsiadką Rachel, która również ma małego synka. Jednocześnie Mary coraz bardziej utwierdza się w przekonaniu, że życie jej dziecka jest zagrożone. Kobieta nocami świadkuje niepokojącym zjawiskom zachodzącym w pokoju jej syna, a tymczasem Jack jest coraz bardziej zaniepokojony jej zachowaniem.

„Still/Born” to dobrze przyjęty przez krytykę kanadyjski horror nastrojowy w reżyserii debiutującego w pełnym metrażu Brandona Christensena. Mężczyzna napisał również scenariusz, a pomagał mu w tym bardziej doświadczony Colin Minihan („Grave Encounters”, „Extraterrestrial”, „Krew na piasku”), jeden z producentów „Still/Born”. Premierowy pokaz filmu odbył się w 2017 roku na The Overlook Film Festival. W tym samym roku obraz gościł też na Night Visions International Film Festival, a szersza dystrybucja rozpoczęła się na początku roku 2018.

Nie wiem, w jakim zakresie Colin Minihan ingerował w reżyserię „Still/Born” i czy w ogóle, ale jako że to nazwisko Brandona Christensena widnieje w czołówce filmu to właśnie na niego spłynie lawina pochwał ode mnie. Bo uważam, że sobie na nią zasłużył, nawet jeśli w pewnym momencie powinęła mu się noga... Ale po kolei. „Still/Born” początkowo może się kojarzyć z hiszpańskim „Pokojem dziecięcym” w reżyserii Alexa de la Iglesii. Tak czy owak mamy młode małżeństwo, któremu niedawno urodził się syn Adam. Jednocześnie jednak Mary i Jack stracili drugiego syna, brat bliźniak Adama nie przeżył bowiem porodu. Niemniej w pokoju dziecięcym przez jakiś czas stoi też drugie łóżeczko, które zostało wstawione z myślą o nim. To właśnie z niego w nocy rozlega się płacz niemowlaka i to właśnie tam Mary widzi plamę krwi. Można z tego wyciągnąć wniosek, że pokój jest nawiedzany przez zmarłego Thomasa, że duch brata bliźniaka Adama cały czas przy nim jest. Czuwa nad nim, czy chce go skrzywdzić? Pragnie go zastąpić – wstąpić w ciało ostałego przy życiu brata, czy ostrzec rodziców przed grożącym mu niebezpieczeństwem? Właśnie takie myśli mogą przebiegać przez głowy odbiorców „Still/Born” podczas pierwszej partii filmu. A w parze z nimi będą szły emocje, bo co jak co, ale pokracznego poruszania się po tej płaszczyźnie twórcom „Still/Born” zarzucić nie można. To znaczy ja nie mogę, bo przecież zawsze istnieje możliwość, że do kogoś takie podejście do filmowego horroru zwyczajnie nie przemówi, obawiam się wręcz, że grono nieprzekonanych małe nie będzie. Bo Brandon Christensen daje tutaj do zrozumienia, że jest „absolwentem starej szkoły straszenia”, bo chociaż nie odżegnuje się całkowicie od aktualnych trendów to nie trzeba posiadać sokolego wzroku, żeby zauważyć, że najważniejsza jest dla niego żonglerka klimatem, że pojęcie „horror nastrojowy” odbiera dosłownie. A w erze wszędobylskich efektów komputerowych i zawrotnego tempa akcji takie podejście do filmowego horroru dla wielu może być zwyczajnie niezjadliwe. Jeśli zaś chodzi o wspomniane już skręty w stronę współczesnych trendów, o zabiegi, na niedobór których odbiorca XXI-wiecznych filmów grozy narzekać nie może to głównie uwidaczniają się one w postaci jump scenek. Przyznaję, że jedna przyprawiła mnie o szybsze bicie serca, że twórcy nie mogli wybrać lepszego momentu do przypuszczenia tego prymitywnego, ale przynajmniej w moim przypadku osiągającego zamierzony skutek ataku i co równie ważne pokazali mi wówczas coś, co naprawdę mnie ruszyło. Otóż Mary i Jack zainstalowali w pokoju Adama kamerę (potem były one już w całym domu) i to właśnie jeden z obrazów, które rejestrowała w czasie rzeczywistym zrobił na mnie takie wrażenie. Minimalizm jest kluczem do mojego serca, w horrorach nastrojowych częściej zadowala mnie oszczędna charakteryzacja od cyfrowego rozmachu. Zwłaszcza jeśli prezentuje się tak upiornie jak w tym jednym krótkim ujęciu. Pozostałe jump scenki nie wywarły już na mnie pożądanego wrażenia, były stanowczo nieefektywne, ale na szczęście nie mogę tego samego powiedzieć o napięciu. Brandon Christensen i jego ekipa wykazali się na tym polu godną najwyższego uznania cierpliwością. Nie pędzili jak durnie tylko powoli przeprowadzali nas przez kolejne etapy sekwencji mających przygotować oglądającego na potencjalne uderzenie. Samotne nocne wędrówki Mary po domu najlepiej obrazują ową cierpliwość, w tych scenach napięcie staje się niemalże namacalne, aura niezdefiniowanego zagrożenia wręcz emanuje z ekranu. Odpowiednio mroczne zdjęcia dają nam pewność, że już za chwilę, już zaraz stanie się coś strasznego, zanim jednak to nastąpi (i jeśli w ogóle) twórcy napną nasze (moje) nerwy prawie do granic ich wytrzymałości.

Nie mogę powiedzieć, że moment, w którym scenarzyści zaczęli kombinować był momentem, w którym mój entuzjazm zaczął się obniżać. Mowa o wprowadzeniu w fabułę motywu nadnaturalnej postaci, w istnienie której wierzy główna bohaterka filmu (swoją drogą warsztat Christie Burke był tragiczny, ale jedną z mniejszych ról dostał utalentowany Michael Ironside, a i Jesse Moss „w skórze” Jacka poradził sobie całkiem nieźle), przy czym widz niekoniecznie będzie podzielał ten pogląd. Czy UWAGA SPOILER Lamasztu, demon wywodzący się z religii mezopotamskiej KONIEC SPOILERA rzeczywiście czyha na małego Adama, czy to raczej błędny trop? Czy powinniśmy zaufać coraz dziwniej się zachowującej Mary, czy dzielić podejrzenia z jej mężem i źródła problemu upatrywać w podupadającej kondycji psychicznej matki? A może powinniśmy wrócić do początku i skupić się na duchu Thomasa – tj. odrzucić podejrzenia zarówno Mary, jak i Jacka i pójść własną drogą, taką której nikt inny nie bada? Można więc wejść w środkową partię filmu z różnym nastawieniem i całkiem możliwe, że przed finałem będzie się ono nierzadko zmieniać, ale za przekombinowanie bym tego nie uznała. Brandon Christensen i Colin Minihan wprowadzili co prawda potencjalnego demona, po którego dotychczas nie sięgnęli scenarzyści innych znanych mi horrorów, ale jego wygląd, który może, ale nie musi być jedynie projekcją zwichrowanego umysłu młodej matki może przywodzić na myśl inne maszkary widziane już na ekranie. Ja miałam przed oczami Samarę Morgan z „The Ring” i to akurat komplement, bo wprost ubóstwiam tak zmontowany chód i tę pokraczną postawę, tym bardziej upiorną, bo nie nie można dostrzec twarzy, gdyż zasłaniają ją potargane włosy. A to działa na wyobraźnię. Swoje robi też skrzeczący głos hipotetycznego demona, najpierw dobiegający z elektronicznej niani, a potem z odtwarzacza kaset (wyraźne odniesienie do dawnych czasów) i oczywiście na żywo. O ile można użyć takiego określenia, bo przecież nie wiemy, czy nie mamy aby do czynienia z omamami słuchowymi. UWAGA SPOILER Jeszcze wtedy nie można mieć co do tego pewności, ale zakończenie raczej nie pozostawia nas z takimi wątpliwościami. Zamknięcie moim zdaniem zepsuto doszczętnie. Wolałabym, żeby scena w łazience znalazła się na końcu, a ściślej żeby napisy końcowe pojawiły się tuż po spadnięciu Mary z piętra, bo to wcale nie dawałoby mi odpowiedzi na pytanie, czy Lamasztu rzeczywiście maczała w tym palce, czy to wszystko rozegrało się tylko w głowie Mary i to tak naprawdę ona utopiła swoje dziecko, po czym prawdopodobnie popełniła samobójstwo KONIEC SPOILERA. Swoją drogą w trakcie sceny z łazienką krzyczałam jak głupia, tak emocjonalne to było. Jeśli o mnie chodzi to jeszcze bardziej niż moment dokonania wyboru. No właśnie. Często się mówi, że ktoś stanął przed trudnym wyborem, ale jeśli pomyśli się o takich filmach, jak „Zabicie świętego jelenia”, czy „Still/Born” to można dojść do wniosku, że to zdanie jest stanowczo nadużywane:) Bo bohaterowie tych filmu dopiero mieli twardy orzech do zgryzienia, a ewentualne domniemanie, że rzeczony warunek nie został postawiony przez żadnego demona tylko wykluł się w głowie Mary wcale nie umniejsza tragizmu tej sytuacji.

Oby więcej takich horrorów. Oby Brandon Christensen dalej podążał w tym kierunku, oby realizował się w kinie grozy i nie dał się skomercjalizować, bo tego rodzaju straszaki to mogę oglądać i oglądać. To jedno z tych spojrzeć na nastrojowe kino grozy, które do mnie trafia, między innymi takiej stylistyki poszukuję. Jeśli więc ktoś chociaż po części podziela moje zapatrywania na filmowy horror, jeśli woli zabawę klimatem i napięciem od mnóstwa efektów komputerowych i pokomplikowanych fabuł to moim zdaniem powinien jak najszybciej sięgnąć po pełnometrażowy reżyserski debiut Brandona Christensena. Ludzie z takimi preferencjami mają wszak dużą szansę rozsmakować się w tej propozycji.

niedziela, 4 marca 2018

C.J. Tudor „Kredziarz”

Rok 1986. Dwunastoletni Eddie mieszka w małym angielskim miasteczku o nazwie Anderbury. Wolny czas zazwyczaj spędza w towarzystwie swoich przyjaciół: Gava, Hoppo, Mickeya i Nicky. Ale tego lata Eddie nawiązuje relację z kimś nowym. Mężczyzną, panem Halloranem, który w tym okresie przybył do Anderbury, ponieważ dostał posadę nauczyciela w miejscowej podstawówce. To on poddaje chłopcu pomysł na zabawę z kredami, którym Eddie dzieli się ze swoimi przyjaciółmi. Zakodowane wiadomości, które od tego momentu dzieci często zostawiają sobie nawzajem rozpracowuje ktoś niepożądany. Ktoś, kto wkrótce wykorzysta je, aby doprowadzić Eddiego i jego przyjaciół do ludzkich zwłok.

Rok 2016. Ed jest nauczycielem angielskiego w Anderbury i mieszka w swoim rodzinnym domu ze współlokatorką Chloe. Nadal przyjaźni się z Gavem i Hoppo, którzy tak jak on zostali w miasteczku, ale ich kontakt z Mickeyem i Nicky już dawno temu się urwał. Pewnego dnia Ed dostaje przesyłkę od anonimowego nadawcy. W kopercie znajduje rysunek wisielca i kawałek białej kredy, co stanowi oczywiste nawiązanie do makabrycznych wydarzeń z 1986 roku. Mężczyzna szybko uświadamia sobie, że to co zaczęło się przed trzydziestoma laty wbrew pozorom wcale się nie skończyło, że on i jego przyjaciele jeszcze nie mogą czuć się bezpieczni.

„Kredziarz” to debiutancka powieść Angielki C.J. Tudor, która wcześniej próbowała swoich sił w wielu innych zawodach. Była między innymi prezenterką telewizyjną (ma na koncie wywiady z na przykład takimi gwiazdami, jak Michael Douglas, Sigourney Weaver i Emma Thompson), scenarzystką radiową, copywriterką agencji reklamowej, lektorką i treserką psów. W międzyczasie (od około dziesięciu lat) pisała też książki, ale wydawnictwa, do których wysyłała owoce swojej pracy nie były zainteresowane ich publikacją. Potem wszystko się zmieniło. Za sprawą pudełka kolorowej kredy sprezentowanej jej córce na urodziny przez znajomego Tudor i jej partnera. Autorka „Kredziarza” w jednym z wywiadów zdradziła, że całe popołudnie spędzili na rysowaniu kolorowych ludzików na podjeździe, a gdy spojrzała na nie w nocy uświadomiła sobie, że robią naprawdę złowieszcze wrażenie. Zaczęła pisać „Kredziarza” już następnego dnia i założę się, że wówczas nawet przez myśl jej nie przeszło, że powieść zyska tak duży rozgłos. C.J. Tudor ogłosiła już, że pracuje nad swoją drugą książką, którą po tak dobrze przyjętym debiucie zapewne bez problemu wypuści w świat.

Wydaje nam się, że chcemy poznać prawdę, ale w rzeczywistości interesuje nas tylko ta jej wersja, która nam pasuje. Taka już jest ludzka natura. Zadajemy pytania i mamy nadzieję, że usłyszymy odpowiedzi, które chcemy usłyszeć. Problem w tym, że prawdy nie można sobie wybrać. Prawda ma to do siebie, że po prostu jest. Można jedynie dokonać wyboru, czy w nią uwierzyć, czy nie.”

„Kredziarz” jest thrillerem z elementami horroru, w którym przeplatają się dwie płaszczyzny czasowe: okres dzieciństwa podawany jest naprzemiennie z okresem dorosłości głównego bohatera Eda Adamsa i jego przyjaciół. Wielu odbiorców omawianej powieści dopatrzyło się w niej inspiracji serialem „Stranger Things” i książką „To” Stephena Kinga. C.J. Tudor tak samo jak niekoronowany król współczesnego horroru w jednym ze swoich najlepszych dzieł przedstawia fragment bynajmniej nie całkowicie beztroskiego dzieciństwa, które zazębia się z prezentowanym okresem dorosłości, ale na tym podobieństwa do „To” się nie kończą. Dwunastoletnia Nicky tak samo jak Bev ma rude włosy i tak samo jak ona jest bita przez swojego ojca, a Gav tak jak Ben jest otyły. Ale to szczegóły, być może nawet kompletny zbieg okoliczności, który przez wielu w ogóle nie będzie wiązany z Kingiem. Ale szałas w lesie i starcie dwunastoletnich bohaterów „Kredziarza” z łobuzami wręcz zmuszają do przywołania z pamięci bazy Klubu Frajerów i bitwy na kamienie. W ustępach, które ewidentnie egzystują w ramach horroru zauważyłam natomiast ogromne podobieństwa do innego dzieła Stephena Kinga. Koszmarne sny Eda, w których za przewodnika robi niedawno zmarły chłopak moim zdaniem zostały zainspirowane „Cmętarzem zwieżąt”. „Wergiliusz” Eda to Victor Pascow w przebraniu, Tudorowska wersja tej pamiętnej postaci wymyślonej przez Kinga. Ponadto moim zdaniem autorka „Kredziarza” zapożyczyła z „Cmętarza zwieżąt” starcie dwóch dorosłych mężczyzn na pogrzebie nieletniego płci męskiej. Osobiście jednak jestem daleka od potępiania Tudor za rzeczone czerpanie z wyżej wymienionej małej części artystycznego dorobku Stephena Kinga. Nie przedstawiła tych wątków tak dobrze, jak najpoczytniejszy pisarz współczesnej literatury grozy, ale o żadnej profanacji, popadaniu w groteskę w mojej ocenie nie może być mowy. Odbierałam to raczej w kategoriach hołdu, lekkiego ukłonu w stronę „To” i „Cmętarza zwieżąt” Kinga. Nierozciągającego się na całą powieść – debiutująca pisarka nie ograniczyła się do zapożyczania od doświadczonego kolegi po fachu. Te naleciałości były jedynie dodatkiem do jej własnej koncepcji (zresztą niewykluczone, że część z nich wypłynęła nieświadomie), do opowieści, która w przeważającej większości stanowi wytwór jej własnej wyobraźni. Warsztat C.J. Tudor moim zdaniem wymaga jeszcze dopracowania – chciałabym, żeby w swoich kolejnych powieściach odznaczała się większą drobiazgowością w opisach miejsc, wydarzeń i postaci. I żeby operowała przy tym nieco dłuższymi zdaniami, ale z drugiej strony taki mocno uproszczony styl prawdopodobniej zaskarbi jej więcej fanów. Wydaje mi się bowiem (choć mogę się mylić), że zdecydowana większość współczesnych odbiorców beletrystyki optuje za językową prostotą i to dokładnie taką, w jaką uderza Tudor w swojej pierwszej publikacji. Autorka „Kredziarza” z łatwością uruchamia wyobraźnię czytelnika. Zdradza dość, żeby bez większego wysiłku wkraczało się w mroczny świat odmalowany na kartach jej utworu, ale większy rozmach moim zdaniem dodałby wyrazistości obrazom, które wtłacza w umysł odbiorcy. Bo językowa prostota sprawiała, że owe obrazy były trochę mętne, a przynajmniej ja nie mogłam oprzeć się wrażeniu lekkiego niedosytu. Może dlatego, że wciąż mam w pamięci najlepsze studium dzieciństwa, jakie dane mi było przeczytać. Mowa oczywiście o „To” Stephena Kinga.

W głębi duszy zastanawiałem się, czy zapominanie nie bywa niekiedy aktem łaski. Pamiętanie mogło być naprawdę zabójcze.”

Szukałam i szukałam... i nie znalazłam niczego, co mogłabym zarzucić fabule „Kredziarza”. Momentami nabierałam przekonania, że powieść jest obarczona wadą niedopatrzenia, że autorka szybko zapominała o niedawno zawiązanych wątkach, że pogubiła się w tropach, które sama porozrzucała. Coś zaczynała, ale tego nie kończyła. Wskakiwała po prostu w inny wątek, w nadziei, że czytelnik szybko zapomni o tym, co ujawniła wcześniej, bo jak byłam przekonana nie znajdowała pomysłu na zadowalające rozwinięcie danej myśli albo zwyczajnie o nich zapominała. Okazało się, że w każdym takim przypadku trwałam w błędzie. C.J. Tudor faktycznie chciała, żebym szybko wyrzuciła z pamięci niektóre przedstawione przez nią fakty, ale nie dlatego, że nie umiała ich należycie dopiąć tylko po to, aby zminimalizować ryzyko zebrania przez czytelników wszystkich fragmentów tej układanki i przedwczesnego złożenia ich w całość. W taki oto sposób ta brytyjska pisarka starała się tak zakręcić odbiorcą, żeby nie wiedział „gdzie jest góra, a gdzie dół”, żeby ciągle musiał się zastanawiać, od której strony należy podejść do tej intrygi. Wspomniane zabezpieczenie (odwracanie uwagi czytelnika od nieskończonych wątków) na mnie nie wywarło zamierzonego efektu. Tyle że zamiast skupiać się na szukaniu punktów zaczepiania właśnie tam, oskarżałam autorkę o rażące niekonsekwencje. W przerwach, bo wątki, którym poświęcała najwięcej uwagi, fundamenty tej opowieści były tak intrygujące, że nawet gdybym za punkt honoru postawiła sobie opór przed zaangażowaniem to i tak nie byłabym w stanie wytrwać w tym postanowieniu. Kingowska magia dzieciństwa to to nie jest – jak już nadmieniłam Tudor daleko do kunsztu tego pisarza – ale nostalgiczny duch tego okresu i tak był doskonale przeze mnie wyczuwalny. Utrzymany w tak uwielbianej przeze mnie małomiasteczkowej atmosferze „Kredziarz” to kolejny przykład książki, którą czyta się we właściwie nieprzerwanym poczuciu obecności czegoś złego, kryjącego się pod płaszczykiem widomej gołym okiem sielanki. To wrażenie jest silniejsze podczas zapoznawania się z retrospekcjami, ale wydarzenia z roku 2016 także nie pozostawiają nam żadnych wątpliwości, że Edowi i jego przyjaciołom grozi poważne niebezpieczeństwo. Tytułowy Kredziarz, morderca zawdzięczający swój pseudonim ludzikom rysowanym kredą na użytek dwunastoletniego Eddiego i jego przyjaciół, nie jest jedynym przejawem zła w Anderbury. Jak w każdym skupisku ludzkim tak i tutaj występują zjawiska godne najwyższego potępienia – gwałty, kradzieże, pobicia, hipokryzja. Tudor sporo miejsca poświęca aborcji, opowiadając się w tym sporze przeciwko tzw. „obrońcom życia”. Oskarżycielski palec autorka wymierza przede wszystkim w postawy niektórych chrześcijan. Stanowisko, jakie Tudor zajmuje w „Kredziarzu” pewnie przysporzy jej trochę przeciwników, ale jednocześnie powinno to stanowić dodatkową zachętę dla tych fanów literackich thrillerów, którzy podzielają jej (lewicowe?) poglądy do sięgnięcia po tę pozycję. Po tę bardzo wciągającą opowieść, emocjonującą intrygę, której finału chyba nie sposób przewidzieć. A przynajmniej mnie ta sztuka się nie udała – muszę jednak nadmienić, że ostatni rozdział zrobił na mnie większe wrażenie niż podane parę stron wcześniej rozwiązanie kryminalnej zagadki. Dopięcie jednego szczególiku niemalże mnie ogłuszyło i to akurat w tym momencie, w którym myślałam, że wszystko już zostało powiedziane, że nie pojawi się już nic godnego zapamiętania.

„Kredziarz” nie jest powieścią pozbawioną wad. Absolutnie nie uważam tej pozycji za jedno z najlepszych literackich osiągnięć w gatunku thrillera (z elementami horroru) z ostatnich lat, ale to nie znaczy, że żałuję choćby minuty poświęconej na lekturę tej pozycji. Jestem na tyle zadowolona z całkiem mrocznej przygody, jaką przeżyłam dzięki C.J. Tudor, że gdy tylko (jeśli tylko) w Polsce pojawi się kolejny thriller bądź horror jej autorstwa to bez żadnego zastanowienia po niego sięgnę. Dostrzegam tu bowiem ogromny potencjał, który tylko czeka, aby w pełni się objawić i mam nadzieję, że będę miała okazję zobaczyć ten moment, być świadkiem rozwinięcia skrzydeł przez Tudor na całą ich rozpiętość. Do czego moim zdaniem niewiele jej brakuje – jeden krok polegający na dopracowaniu warsztatu i dostanę coś, co wkroczy do grona moich ulubionych XXI-wiecznych literackich thrillerów. Bo fabuła „Kredziarza” w mojej ocenie żadnych poprawek nie wymagała, mankamentów w tej jakże istotnej materii dopatrzyć się zwyczajnie nie umiem.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

sobota, 3 marca 2018

„Sliver” (1993)

Po zakończeniu nieszczęśliwego małżeństwa Carly Norris wynajmuje apartament w wieżowcu na Manhattanie. Szybko zostaje poinformowana, że poprzednia najemczyni jej nowego lokum popełniła samobójstwo skacząc z balkonu. I że jest bardzo do niej podobna. Powieściopisarz mieszkający w tym samym wieżowcu, Jack Landsford, zaczyna interesować się nową lokatorką. Próbuje zbliżyć się do Carly, ale kobieta nawiązuje romans z innym sąsiadem, Zekem Hawkinsem. W międzyczasie giną kolejni lokatorzy budynku, a wszystkich mieszkańców nieustannie obserwują ukryte kamery zainstalowane przez człowieka, który ma obsesję na punkcie podglądania. Jack stara się przekonać Carly, że związała się z bardzo niebezpiecznym człowiekiem, ale kobieta podejrzewa, że to właśnie on skrywa przed światem mroczne tajemnice.

Wyreżyserowany przez Phillipa Noyce'a, twórcę między innymi „Martwej ciszy” (1989) i późniejszego „Kolekcjonera kości”, thriller „Sliver”, powstał w oparciu o powieść Iry Levina z 1991 roku. Pisarz nie chciał sprzedać praw do przeniesienia swojej opowieści na ekran, bo z wyjątkiem „Dziecka Rosemary” Romana Polańskiego, nie był usatysfakcjonowany filmowymi wersjami swoich dzieł. Producent Robert Evans (człowiek, który miał zostać producentem „Slivera”) wysłał mu więc kopię autobiografii Romana Polańskiego zawierającą informację o swojej pracy na rzecz „Dziecka Rosemary”. To przekonało Levina do sprzedaży praw do sfilmowania jego powieści. Scenariusz napisał Joe Eszterhas, scenarzysta między innymi „Nagiego instynktu” Paula Verhoevena, który z czasem zdradził, że nie lubi „Slivera”, zwłaszcza jego zakończenia, które sam napisał.

Nowoczesny wieżowiec naszpikowany ukrytymi kamerami, które śledzą praktycznie każdy krok mieszkańców. Osoba, która je zainstalowała ma wgląd w prywatne życie wszystkich najemców. Lokatorzy nie wiedzą o tym, że są obserwowani, że w całym budynku, także w ich apartamentach są kamery przesyłające obraz osobie trzeciej. Książki Iry Levina nie czytałam, mogę się więc opierać jedynie na informacjach znalezionych w Sieci. Wynika z nich, że w pierwowzorze także znajdował się budynek mieszkalny naszpikowany kamerami, że twórcy adaptacji bądź ekranizacji, jak już wspomniałam powieści nie znam, więc nie mogę tego rozsądzić) sięgnęli po problem poruszony przez Levina tj. konfrontacja widzów z obsesją na punkcie podglądania innych nie była wynikiem ich własnej inwencji. Taki pomysł byłby do niego podobny, bo kryje się w nim pewien komentarz społeczny, a jak wiadomo Levin w swoich dziełach często stosował tego typu zabieg. Odbiorcy filmu od początku będą świadomi obecności kamer, ale na ujawnienie tożsamości osoby, która rozlokowała je w wieżowcu przyjdzie im trochę poczekać. Twórcy „Slivera” co jakiś czas raczyli publikę czarno-białymi obrazami z kamer zainstalowanych w feralnym budynku na Manhattanie, dając tym jasno do zrozumienia, że w tym miejscu nie ma czegoś takiego jak prywatność. Chociaż obiekty zainteresowania tajemniczego podglądacza o tym nie wiedzą. Hmm, z tą tajemniczością to przesadziłam, bo choć twórcy „Slivera” istotnie przez jakiś czas nie ujawniają tożsamości podglądacza to jestem przekonana, że nawet mniej domyślni widzowie nie będą mieli żadnych wątpliwości kto za to odpowiada. Większych trudności będzie zapewne nastręczało wyłonienie mordercy, bo chociaż scenarzysta zawęził grono podejrzanych do zaledwie dwóch osób to zadbał o to, aby oglądający nie mógł z absolutną pewnością wskazać któregoś z nich. W kręgu podejrzanych umieścił adoratorów głównej bohaterki Carly Norris (dobra kreacja Sharon Stone): powieściopisarza Jacka Landsforda wykreowanego przez Toma Berengera i Zeke'a Hawkinsa, w którego wcielił się William Baldwin. Mężczyźni diametralnie się różnią. Jack jest wygadany, bezpośredni, często wręcz nachalny, a Zeke nieprzenikniony, małomówny i spokojny, nie tak narwany jak Jack. To enigmatyczny Zeke w końcu zdobywa serce Carly, ale jego konkurent nie ma zamiaru dać za wygraną. Zaczyna bacznie przyglądać się Hawkinsowi, prześwietlać jego przeszłość i interesy w poszukiwaniu jakichś niecnych postępków, a Carly w tym czasie coraz bardziej zatraca się w płomiennym romansie z osobą, która wprost uwielbia erotyczne gierki. Twórcy „Slivera” toczyli boje z MPAA o sceny seksu, przy czym szczególne kontrowersje wzbudzały męskie genitalia. Ostatecznie wypuszczono dwie wersje filmu – ułagodzoną z kategorią R (łatwiej dostępną, bo rozpowszechnioną na szerszą skalę) i nieco bardziej pikantną w wersji NC-17. Ta pierwsza wersja (bo tylko tą znam) ze scen seksu nie została wyrugowana. Jest ich kilka i służą one przede wszystkim do zobrazowania szybkiego zatracania się kobiety w ramionach mężczyzny, o którym tak naprawdę niewiele wie. Choć jestem pewna, że twórcom zależało też na przyciągnięciu publiczności spragnionej widoku nagiego ciała popularnej Sharon Stone, która notabene rok wcześniej wystąpiła w innym filmie na podstawie scenariusza Joe Eszterhasa („Nagim instynkcie”).

Z mojego punktu widzenia „Sliver” cierpi na niedobór napięcia. Może nie przesadnie poważny, ale taka tematyka ewidentnie dawała twórcom dużo większe pole do popisu w tej materii. Podejrzenia widzów zostają obudzone już we wstępnej partii filmu. Koncentrują się one na poprzedniej najemczyni mieszkania, do którego właśnie wprowadziła się Carly Norris, kobieta, która wedle słów osób pamiętających jej poprzedniczkę jest do niej podobna. Podczas gdy większość zainteresowanych postaci tkwi w przekonaniu, że kobieta popełniła samobójstwo my z prologu wiemy, że została przez kogoś zabita. Jeszcze bardziej złowieszczy wydźwięk będą miały obrazy z kamer zainstalowanych w apartamentowcu, bo stanowią jasny sygnał, że w budynku znajduje się jakiś mocno zaburzony osobnik, człowiek znajdujący przyjemność w podglądaniu innych, w zaglądaniu w nawet najbardziej intymne sfery ich życia. Wygląda na to, że obecnie najbardziej interesuje się nową lokatorką wieżowca, główną bohaterką „Slivera”, i że ma względem niej jakieś plany. Problem w tym, że te tak szybko obudzone złe przeczucia w dalszej partii seansu nie zyskują w znacznym stopniu na sile. Phillip Noyce nie zamienił tego w mocno klaustrofobiczny spektakl stopniowego zakleszczania niczego nieświadomej kobiety w pułapce zgotowanej przez osobę, którą można by przyrównać do pająka. Jestem pewna, że do tego zmierzał i całkiem mroczny klimat smacznie kontrastujący z nowoczesnym wystrojem budynku bardzo się „Sliverowi” przysłużył, ale jak na moje oko twórcom brakowało cierpliwości do w pełni satysfakcjonującego efektu. Przez sekwencje, które miały za zadanie wywindować napięcie przeprowadzali mnie nazbyt pośpiesznie, ale bardziej uwierała mnie świadomość, że wystarczył tylko jeden mały kroczek do wprowadzenia iście przygniatającej aury pozostawania w pozornie ciasnej pułapce. Niebezpieczeństwo było przeze mnie doskonale odczuwalne, ten pierwiastek odrobinę rekompensował mi wyżej wspomniane niedociągnięcia, a i akcja rozwijała się w kierunku, który przed laty, gdy pierwszy raz oglądałam „Slivera” mocno mnie zaintrygował. Po odświeżeniu sobie tej pozycji nadal mam dobre zdanie o fabule, chociaż środkowej części, tej koncentrującej się na romansie Carly z Zekem można było nadać większy pęd, bo w pewnym momencie odniosłam wrażenie, że scenarzysta wręcz utknął w scenach seksu. Ale na szczęście nie na długo, bo z minuty na minutę z coraz większym zdecydowaniem kreślił obraz kobiety zatracającej się w być może zgubnym romansie, zmieniającej się pod wpływem człowieka, o którym niewiele wie, badającej dotąd nieznane terytoria o zabarwieniu seksualnym, którymi to jest coraz bardziej zafascynowana. Ten wątek „Slivera” lubię najbardziej – nawet bardziej od motywu podglądania sąsiadów, który swoją drogą stanowi komentarz do obsesji części ludzkości na punkcie reality show. UWAGA SPOILER Joe Eszterhas nie jest zadowolony ze zdania jakie w finale pada z ust Carly, ale dla mnie owe „Get a life” doskonale wkomponowuje się w przesłanie „Slivera” - ot taka kąśliwa rada dla ludzi żyjących życiem osób oglądanych na ekranie. Bardzo w stylu Iry Levina KONIEC SPOILERA. Eszterhas kilkukrotnie zmieniał zakończenie „Slivera” - w pierwotnej wersji znalazła się wyprawa helikopterem w okolice wulkanu, ale katastrofa śmigłowca zmusiła twórców do zmiany koncepcji. Testowano jeszcze kilka innych zakończeń również takich, w których mordercą okazywał się kto inny niż w ostatecznej wersji.

Zdecydowana większość krytyków nie pozostawiła na „Sliverze” suchej nitki, ponadto film otrzymał aż siedem nominacji do Złotej Maliny. Ale zrealizowany za czterdzieści milionów dolarów thriller Phillipa Noyce'a zarobił całkiem sporo – szacuje się, że trochę ponad sto szesnaście milionów dolarów. Zatrważająco dużej liczby sympatyków nie skompletował. Wielu zwykłych odbiorców „Slivera” wtóruje krytykom, ale ja nie podzielam tego negatywnego nastawienia do niniejszej produkcji. Wiekopomne dzieło to to nie jest, ale ma w sobie coś, co każe mi co jakiś czas do niego wracać. Zachwycona tym dokonaniem nie jestem, ale jako że nie mam wygórowanych oczekiwań względem kinematografii całkiem dobrze mi się to ogląda. Jeśli więc ostał się jakiś fan filmowych thrillerów, który „Slivera” nie widział to polecam, ale tylko temu, kto potrafi czerpać przyjemność z oglądania także tych dreszczowców, którym miano arcydzieła na pewno się nie należy.

czwartek, 1 marca 2018

Dan Simmons „Endymion”

Hegemonia upadła prawie trzysta lat temu. Teraz większością planet włada Kościół katolicki dysponujący ogromną armią zwaną organizacją Pax. Tak wielką potęgę Kościołowi zapewniły krzyżokształty. Tylko władze tej wspólnoty wyznaniowej znają sposób na wskrzeszanie zmarłych z wykorzystaniem krzyżokształtów bez wyrządzania trwałych szkód na ich organizmach. Mieszkający na Hyperionie Raul Endymion jest jednym z nielicznych, którzy odmówili wstąpienia do wspólnoty chrześcijańskiej, dlatego nie może liczyć na zmartwychwstanie po wykonaniu wydanego na niego wyroku śmierci. Budzi się jednak w mieście Endymion na planecie Hyperion, w budynku zajmowanym przez starego poetę Martina Silenusa. Autor wyklętych przez Kościół „Pieśni” chce, żeby Raul udał się do Grobowców Czasu i przechwycił dwunastoletnią dziewczynkę imieniem Enea. Przybyłą z przyszłości córkę Brawne Lamii i cybryda Keatsa mającą zostać nowym mesjaszem, Tą, Która Naucza. Z uwagi na to, że Enea stanowi zagrożenie dla Kościoła Raul będzie musiał chronić ją przed Paxem, nie dopuścić do pojmania dziewczynki przez wysłanników kościelnych. On, Enea i android A. Bettik wyruszą w długą podróż mając przeciwko sobie największą armię we wszechświecie.

„Endymion” to trzecia odsłona czterotomowej serii science fiction autorstwa Dana Simmonsa. Amerykanin otworzył ją w 1989 roku głośną powieścią „Hyperion”, a rok później swoją premierę miała część druga, „Upadek Hyperiona”. Omawiany „Endymion” ukazał się dopiero w 1996 roku, a ostatni tom, „Triumf Endymiona”, pojawił się w roku 1997. W tym samym roku „Endymion” otrzymał nominację do Locus Award, ale laureatem nie został. Dan Simmons w uniwersum tzw. Hyperion Cantos umieścił także niektóre ze swoich opowiadań, a pierwsza część powstawała, gdy był jeszcze nauczycielem w szkole podstawowej. W 2015 roku poinformowano opinię publiczną, że kanał SyFy przeniesie na ekran „Hyperiona” Dana Simmonsa w formie miniserialu, mnie natomiast marzy się kinowa seria w oparciu o całe Hyperion Cantos. To wyjątkowe uniwersum stworzone przez fenomenalnego pisarza aż prosi się o wysokobudżetowe ekranizacje bądź adaptacje. Tak, moim zdaniem to wręcz doskonały materiał dla hollywoodzkich filmowców.

Za słowami samego Dana Simmonsa: Hyperion Cantos składa się z dwóch długich i wzajemnie zależnych opowieści. „Hyperion” i „Upadek Hyperiona” stanowią jedną całość, a „Endymion” i „Triumf Endymiona” drugą, przy czym obie te historie łączą się ze sobą, tworząc tym samym trzecią całość większą od dwóch pozostałych. Brzmi to może nieco skomplikowanie, ale w praktyce naprawdę łatwo się w tym odnaleźć. W „Endymionie” Simmons przypomniał wszystkie istotne fakty z „Hyperiona” i „Upadku Hyperiona”. Wcale nie trzeba sobie odświeżać wcześniejszych odsłon Hyperion Cantos, żeby nadążyć za biegiem wydarzeń, bo wszystkie punty styczne wskazuje sam autor podczas snucia nowej opowieści rozgrywającej się prawie trzysta lat po klęsce Hegemonii przedstawionej w „Upadku Hyperiona”. Książce, której nie boję się nazywać arcydziełem literatury science fiction, która w mojej ocenie przebiła swoją poprzedniczkę, „Hyperiona”. Sięgniecie tak wysoko zawieszonej poprzeczki nie było zadaniem łatwym, ale ufałam, że „Endymionowi” jednak bliżej będzie do poziomu części drugiej niźli pierwszej. Tymczasem dostałam kolejne arcydzieło, które (moim zdaniem) niczym nie ustępuje „Upadkowi Hyperiona”, choć świat przedstawiony przez Simmonsa mocno się zmienił. TechnoCentrum już nie istnieje, a więc ludzie nie mogą już swobodnie przemieszczać się między planetami za pomocą transportali. Te od dawna nie działają, ale Pax dysponuje trzema statkami kosmicznymi, w zawrotnym tempie pokonującymi ogromne odległości, przy czym załoga każdego z nich musi się wówczas liczyć z koniecznością śmierci i uciążliwego zmartwychwstania kilka dni po dotarciu do punktu docelowego. W „Endymionie” naprzemiennie śledzimy losy ojca-kapitana Federico de Soyi (i jego wiernych podwładnych) spisanymi w trzeciej osobie oraz dzieje Raula Endymiona, Enei i androida A. Bettika przedstawione w pierwszej osobie, z perspektywy tego pierwszego. To dwa przeciwstawne bieguny – śmiertelni wrogowie, z których frakcja reprezentowana przez de Soyę (pozostająca na usługach papieża) wydaje się „stać po ciemnej stronie mocy”. Dwudziestoparoletni Raul Endymion, którego nazwisko wzięło się od nazwy jednego z miast na planecie Hyperion, obecnie niemalże całkowicie opuszczonego, zostaje wciągnięty w tę rozgrywkę przez, dobrze znanego fanom Hyperion Cantos, poetę Martina Silenusa. Podczas jednej z ich rozmów staruszek pyta Raula dlaczego nawet mając w perspektywie pewną śmierć odmówił przyjęcia krzyżokształtu. Dlaczego nie wstąpił na łono Kościoła, tym samym zrzekając się rychłego zmartwychwstania. Główny bohater powieści odpowiada tak: „Dla mnie ważne jest przede wszystkim moje życie. I chcę, by pozostało... moje.” Sam Raul nie dostrzega w tych swoich słowach większego sensu, ale dla mnie to był właśnie ten moment, w którym całą sobą opowiedziałam się po jego stronie. Już wcześniej, gdy wyszło na jaw, że młody mężczyzna woli umrzeć niż zostać czyjąś marionetką podejrzewałam, że mocno zżyję się z tą postacią, ale dopiero wyżej przytoczone dwa krótkie zdania dały mi całkowitą pewność. Ubranie w słowa tej jakże mi bliskiej filozofii, sprawiło, że z miejsca zapałałam przeogromną sympatią do tego mężczyzny. Ale wówczas jeszcze nie znałam dwunastoletniej Enei...

Sympatia jaką darzyłam głównego bohatera „Endymiona” była przeogromna, ale jednak więź pomiędzy mną i małą Eneą była silniejsza. Przybyła z przeszłości córka Brawne Lamii i cybryda Keatsa (znanych odbiorcom poprzednich odsłon Hyperion Cantos) ma zostać nowym mesjaszem, tzw. Tą, Która Naucza. Jej nauki w przyszłości będą trafiały do szerokiego grona odbiorców, dziewczynka zyska rzesze wiernych wyznawców, a to z kolei będzie oznaczało upadek Kościoła, teraz niepodzielnie władającego większością planet. Dan Simmons podsuwa nam trochę wskazówek odnośnie filozofii, jaką za parę lat będzie głosić Enea, aczkolwiek zazwyczaj unika formułowania tych myśli wprost. Domyślam się, że kompleksowy zbiór nauk Enei został zawarty w „Trumfie Endymiona” - dopiero lektura tej powieści rozwieje wszelkie moje wątpliwości w tej materii. Zdziwiłabym się jednak niepomiernie, gdyby okazało się, że Enea stanowi gorszą alternatywę dla Kościoła katolickiego i dla pozostającej na jego usługach zbrojnej organizacji Pax. W każdym razie tym, co budzi najprawdziwszy podziw jest niezwykła zaradność dwunastolatki w obliczu ogromnego niebezpieczeństwa, jakie właściwie nieustannie jej grozi. Wielu dorosłych nie byłoby w stanie dźwigać takiego brzemienia, jakie spoczęło na barkach tej wątłej osóbki i tylko nieliczni z nich z takim spokojem znosiliby trudy podróży, w której to właśnie domyślność i kreatywność Enei niejednokrotnie pozwolą jej i jej towarzyszom wyjść cało z opresji. Enea ma w sobie cechy postaci tragicznej, wydaje się bowiem, że uparcie podąża w kierunku samounicestwienia. Ale dlaczego? Czy jej poglądy są tak silne, że ani myśli wyrzec się ich nawet za cenę śmierci? Czy może realizuje plan jakiejś wyższej istoty, czegoś co stoi ponad wszystkimi stworzeniami zamieszkującymi wszystkie stworzone przez Simmonsa planety? A jeśli tak to czy robi to w pełni świadomie, czy w ogóle nie zdaje sobie sprawy z tego, że ktoś? coś? nią steruje? Czegoś na pewno się domyśla, ale swoimi przemyśleniami ta zagadkowa postać niechętnie dzieli się ze swoimi kompanami, a i czytelnik nie ma wglądu w jej umysł. Jej zwierzenia w tej kwestii są bardzo enigmatyczne, ale choć ani Raul, ani android nie znają najważniejszych szczegółów jej misji to wcale nie przeszkadza im całkowicie opowiedzieć się po stronie Enei. Początkowo rozdziały poświęcone ojcowi-kapitanowi de Soyi przyjmowałam ze sporą niechęcią, bo wydarzenia skoncentrowane na poszukiwanej przez niego dziewczynce i jej towarzyszach wprost zachwycały niezliczonymi owocami niezgłębionej wyobraźni Dana Simmonsa, poruszały niemającą granic przyjaźnią i bolesnymi pożegnaniami (nie mogłam przestać myśleć o pewnej maszynie), a z tego wszystkiego dosłownie przez cały czas emanowało ogromne napięcie, które Simmons zręcznie windował w chwilach najwyższego niebezpieczeństwa. Tak częstych, że szybko straciłam rachubę. Ale z czasem dałam się też przekonać losom ojca-kapitana de Soyi, który wraz ze swoją skąpą załogą przemierza wszechświat na pokładzie jednego z trzech najlepszych statków pozostających do dyspozycji władz kościelnych. W tych szeregach z czasem też zaczęło aż wrzeć od emocji, również tam odnajdywałam liczne na wskroś frapujące fragmenty i także te rozdziały z czasem zaczęły utrzymywać mnie w niemałym napięciu. I co najważniejsze, właśnie w nich Simmons przybliżył szczegóły teokratycznego ustroju, w którym przyszło żyć mieszkańcom prawie wszystkich planet wymyślonych przez Simmonsa. Autor nie potępia jednak chrześcijaństwa (choć można zauważyć, że nie pochwala kierunku, w jakim podąża Kościół jako instytucja ) – nie takiego, jaki jest znany obecnie. Wymierza oskarżycielski palec w stronę wymyślonego przez siebie Kościoła, w stronę wszechpotężnej organizacji władającej ogromną armią, która kupuje sobie dusze ludzkie gwarancją przynajmniej długowieczności (bo i nieśmiertelność należy brać pod uwagę), gwarancją zmartwychwstania, które umożliwia tzw. krzyżokształt. Dzierzba też ma swoje miejsce w „Endymionie”. W „Upadku Hyperiona” ta metalowa bestia skojarzyła mi się z Terminatorem, ale w omawianej powieści Simmons kazał mi przyrównać do tej kultowej maszyny kogoś innego (a ściślej nie do tej samej, nie do tej w wykonaniu Arnolda Schwarzeneggera). Naprawdę zdziwiłabym się, gdyby przed napisaniem „Endymiona” ten znakomity amerykański pisarz nie oglądał drugiej części „Terminatora” w reżyserii Jamesa Camerona.

Może robię się sentymentalna, ale tuż po przeczytaniu ostatniej strony „Endymiona” autentycznie zrobiło mi się przykro. Nie nazwałabym tego depresją, ale smutek przez chwilę był naprawdę dotkliwy. Bo musiałam rozstać się z bohaterami, z którymi mocno się zżyłam, opuścić uniwersum, które chciałabym jeszcze poodkrywać. Pocieszające jest jednak to, że lektura czwartej i niestety ostatniej powieści wchodzącej w skład Hyperion Cantos jest jeszcze przede mną. I że w przyszłości (zakładając, że jeszcze trochę pożyję) będę mogła nie raz, nie dwa wracać do tego fenomenalnego świata. Dan Simmons stworzył oto prawdziwy narkotyk, coś tak wspaniałego, że nie da się tego oddać słowami. A przynajmniej ja tego nie potrafię, bo podejrzewam, że gdyby taki wirtuoz słowa, jakim jest Simmons recenzował dzieło, które wprawiło go w taki zachwyt, jak mnie „Endymion” nie nastręczyłoby mu to absolutnie żadnych trudności. Mnie pozostaje jedynie poprosić... tak, ładnie poprosić każdego wielbiciela literatury science fiction, który jeszcze nie zetknął się z Hyperion Cantos o danie szansy temu przedsięwzięciu (tylko nie dajcie się zrazić, moim zdaniem, słabszą od dwóch kolejnych pierwszą odsłoną). Bo takich przygód niewiele w życiu doświadczycie. To mogę zagwarantować właściwie każdemu miłośnikowi powieści science fiction.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu