Stronki na blogu

poniedziałek, 8 kwietnia 2019

Zapowiedzi wydawnictwa Vesper

Laureat Złotego Kościeja 2018, wydawnictwo Vesper, nie zwalnia. Całkiem niedawno publikowałam tutaj garść literackich zapowiedzi od tego wydawnictwa, a już uzbierała się kolejna. Miłośnicy horrorów mają więc na co czekać. Poniżej przedstawiam owe pozycje (wszystkie teksty autorstwa Vesper), informując jednocześnie, że okładki i oczywiście tytuły części z nich będą inne.

H.P. Lovecraft „Zew Cthulhu” (zbiór opowiadań)
Premiera: kwiecień 2019

„Zew Cthulhu” to zbiór pięciu najbardziej znanych, najstraszniejszych opowiadań niekwestionowanego mistrza opowieści niesamowitej – Howarda Phillipsa Lovecrafta. „Zew Cthulhu”, „Widmo nad Innsmouth”, „Szepczący w ciemności”, „Zgroza w Dunwich” oraz „Kolor z innego wszechświata” to absolutny kanon twórczości pisarza z Providence; utwory, które inspirowały całe późniejsze pokolenia pisarzy, malarzy, filmowców, a nawet muzyków. Zbiór ozdabiają klimatyczne ilustracje Krzysztofa Wrońskiego, a uzupełnia go posłowie tłumacza i znawcy twórczości Lovecrafta – Mateusza Kopacza. Wszystkie opowiadania są w nagrodzonym tłumaczeniu autorstwa Macieja Płazy.

Zbiór zawiera opowiadania:
Zew Cthulhu (The Call of Cthulhu)
Widmo nad Innsmouth (The Shadow Over Innsmouth)
Szepczący w ciemności (The Whisperer in Darkness)
Zgroza w Dunwich (The Dunwich Horror)
Kolor z innego wszechświata (The Colour Out of Space)

Uwaga!

Opowiadania te zawarte są również w innym wydanym przed wydawnictwo Vesper zbiorze: "Zgroza w Dunwich".

 
H.P. Lovecraft, François Baranger „Zew Cthulhu”
Premiera: maj 2019

„Najłaskawszą rzeczą na świece jest, jak sądzę, niezdolność ludzkiego umysłu do powiązania całej swojej zawartości”.

Boston 1926. Francis Thurston po śmierci w tajemniczych okolicznościach swojego wujecznego dziadka odkrywa w odziedziczonych dokumentach zapiski dotyczące sekty otaczającej kultem niewyobrażalną istotę uśpioną od milionów lat. 

Niepojęte ofiary składane na bayou Luizjany, tajemnicze zgony nurków w różnych miejscach na świecie, artyści popadający w szaleństwo po przeżyciu straszliwych nocnych wizji, odrodzenie pradawnych kultów, a zwłaszcza cyklopowe miasto wyłaniające się z oceanu w czasie sztormu... Thurston krok po kroku zaczyna odkrywać, że badania jego wujecznego dziadka dotyczące kultu Cthulhu coraz bardziej zbliżały się do prawdy, że w mroku wyznawcy kultu dążą do obudzenia ich potwornego bóstwa, gotowi pogrążyć ludzkość w szaleństwie i doprowadzić do końca świata. Gwiazdy ustawiły się we właściwym porządku. Czy koniec jest bliski?

To napisane w latach dwudziestych opowiadanie Lovecrafta stało się jednym z najsłynniejszych utworów amerykańskiej literatury fantastycznej. Cthulhu, wielki przedwieczny, który śni i czeka w mrocznych głębinach oceanu stał się symbolem całego uniwersum stworzonego przez pisarza z Providence.

Zafascynowany od zawsze tymi światami potworów kryjącymi się w mrocznych zakamarkach i tytanicznymi stworami, które same z siebie wystarczyłyby do pogrążenia w szaleństwie, François Baranger znany na całym świecie ze swojego talentu ilustrator i artysta koncepcyjny pracujący w przemyśle filmowym i grach wideo wykonał „cyklopową” pracę, wizualizując główne utwory H.P.Lovecrafta.

Prace François Barangera nacechowane są eleganckim umiarkowaniem: stanowią mrocznie sugestywne i pełne dramatyzmu wizje złowieszczego i gigantycznego piękna. Nie mam żadnych wątpliwości, że sam Lovecrat byłby nimi zachwycony. – John HOWE



Jakub Bielawski „Ćma”
Premiera: maj 2019

Dolnośląska prowincja w pierwszych latach XXI wieku. Poniemieckie miasteczka więdną w posępnym cieniu Gór Sowich. Tutaj ludzie umierają na życie. Może to coś w wodzie albo w powietrzu? Dawnych mieszkańców tych okolic wyrwano z korzeniami, a trzecie pokolenie polskich przesiedleńców wciąż niepewnie bada niegościnny grunt. Bardziej przypominają w tym chwasty niż ludzi. Najmłodsze z latorośli muszą się jednak zmierzyć z trudną i straszną historią regionu. W miejscu, gdzie ludzie odwracają wzrok od zachodzącego słońca, przyjdzie im spojrzeć w puste oczy ciemności. Jakie sny będą śnić, kiedy miast kołysanki usłyszą tylko cichy szelest łuskowatych skrzydeł tysięcy ciem?

 
Grady Hendrix „My Best Friend's Exorcism”
Premierę wstępnie zaplanowano na jesień 2019 roku

„My Best Friend's Exorcism" Grady'ego Hendrixa to kolejny współczesny horror jaki pojawi się w katalogu wydawnictwa Vesper. Hendrix, z wprawą godną znawcy tematu, oddaje tu hołd pulpowym powieściom i filmom grozy z lat 80.

Zarys fabuły: Abby i Gretchen, uczennice drugiej klasy liceum, były najlepszymi przyjaciółkami od czasów podstawówki. Jednak pewien z pozoru niewinny wieczór, wypełniony kąpielami nago w jeziorze, obrał nieoczekiwany kierunek, po którym Gretchen zaczęła zachowywać się… dziwnie. Stała się humorzasta i niecierpliwa. Wszędzie tam, gdzie akurat się pojawia zaczyna dochodzić do dziwnych, niezrozumiałych wydarzeń. Śledztwo prowadzone przez Abby doprowadza ją do zaskakującego odkrycia. Los Abby i Gretchen zależy od prostego pytania: Czy ich przyjaźń jest wystarczająco silna by przezwyciężyć moce piekielne?


Grady Hendrix „We Sold Our Souls”
Premierę wstępnie zaplanowano na rok 2019

W latach 90. heavymetalowy zespół, Dürt Würk, był na najlepszej drodze do zyskania sławy, kiedy nagle ich wokalista - Terry Hunt - opuszcza kapelę i rozpoczyna spektakularną karierę solową, skazując swych przyjaciół z kapeli na zapomnienie. Dwie dekady później, zgorzkniała, zrezygnowana i wiodąca przeraźliwie nudne życie była gitarzystka Dürt Würk - Kris Pułaski, doświadcza szokującego aktu przemocy, który wywraca jej życie do góry nogami. Kris zaczyna podejrzewać, że Terry zrobił coś więcej, niż tylko sabotował zespół. Kris rusza w szaloną podróż po USA, w nadziei na ponowne spotkanie z pozostałymi członkami kapeli i konfrontację z mężczyzną, który zrujnował jej życie. W podróż, która ostatecznie powiedzie ją od Pensylwanii, na festiwal muzyczny z piekła rodem...

 
F. Paul Wilson „Twierdza”
Premierę wstępnie zaplanowano na rok 2019

Wznowienie. Tym razem na warsztat wydawnictwo Vesper weźmie legendę paperbacków, jednego z najważniejszych autorów grozy lat 80. (choć przez polskich fanów „odkrytego” dopiero na początku lat 90.), F. Paula Wilsona i jego najbardziej znane dzieło - kultową, legendarną "Twierdzę"!

Naziści, prastare zło, zakazane księgi, stary profesor i jego piękna córka, tajemniczy przybysz - czego można chcieć więcej od pulpowego horroru?

 
John W. Campbell Jr. „Frozen Hell”
Premierę wstępnie zaplanowano na rok 2019 (z wielkim znakiem zapytania)

Pewno żadnemu maniakowi horrorów nie jest obcy film "The Thing" (znany u nas jako "Coś") Johna Carpentera z 1982, cześć z Was zna też pewno jego prequel sprzed paru lat. Są też tacy którzy widzieli jeszcze wcześniejszy, bowiem nakręcony w 1951 roku film "The Thing from Another World". Na pewno też niejeden z Was czytał również powstałe jeszcze przed II wojną światową opowiadanie Johna Campbella „Who Goes There?", na bazie którego powstały wspomniane (i zdecydowanie bardziej od literackiego pierwowzoru znane) filmy. Ale chyba niewielu słyszało, że opowiadanie to miało swoją dłuższą, pełniejszą, niemal powieściową wersję, którą autor - na potrzeby publikacji w czasopiśmie, był zmuszony radykalnie skrócić. Wersję, która nigdy nie była przez autora opublikowana, a która dzięki zbiórce na Kickstarterze wkrótce pojawi się w USA pod tytułem "Frozen Hell". I jak mniemamy tylko parę osób wiedziało, że niebawem rzeczona nowela pojawi się w Polsce z logotypem Vesper na okładce. Jesteście ciekawi, jak ta historia wyglądała w pierwotnych założeniach autora?


Robert Marasco „Burnt Offerings”
Premierę wstępnie zaplanowano na rok 2019/2020

Ben i Marian Rolfe mają już serdecznie dość swojego ciasnego, dusznego mieszkania na Brooklynie, które podczas upalnego lata staje się nie do wytrzymania. Kiedy więc trafia im się okazja na wynajęcie luksusowej rezydencji na północy stanu za jedyne 900 dolarów za cały sezon, po prostu nie mogą odmówić. Właściciele mają jednak nietypową prośbę: w odległym skrzydle budynku, za dziwnymi, misternie rzeźbionymi drzwiami mieszka starsza kobieta, pani Allardyce, a nowi lokatorzy w ramach umowy najmu muszą zobowiązać się do przygotowywania jej posiłków.
Pani Allardyce jest bardzo skryta - wydaje się wręcz, że nigdy nie opuszcza swojego pokoju. Rezydencja kryje w swych zmurszałych progach tajemnicę, a w całym domu zaczynają dziać się niezrozumiałe i przerażające rzeczy. Rolfowie przekonują się, że za okazyjną cenę letniej przygody przyjdzie im zapłacić wysoką cenę. Ich głowy zaczyna zaprzątać niepokojąca myśl: co tak naprawdę kryje się za tajemniczymi drzwiami?
 
Tak mniej więcej zarysowuje się fabuła "Burnt Offerings" Roberta Marasco - jednej z najważniejszych powieści grozy ze „złotego okresu" literackiego horroru w USA. Wydana po raz pierwszy w 1973 roku stała się jednym z kanonicznych dzieł, przez znawców gatunku wymieniana jednym tchem z „Dzieckiem Rosemary" i „Egzorcystą". Nigdy wcześniej nie wydana w Polsce.


Kōshun Takami „Battle Royale”
Premierę wstępnie zaplanowano na rok 2020

Wydawnictwo Vesper podpisało już umowę na pierwsze polskie wydanie książki „Battle Royale" Kōshuna Takamiego z 1999 roku. Być może tytuł jest Wam znany, choćby z ekranizacji w której jedną z głównych ról zagrał legendarny japoński aktor i reżyser Takeshi Kitano. A może z mangi, która powstała na bazie tej historii? Książka Takamiego dziś, w obliczu popularności wszelkich filmów i książek opowiadających o turniejach dla nastolatków, których stawką jest ich życie, rozsławionych przede wszystkim serią „Igrzyska śmierci", nie jest w swej fabule odkrywcza. Pamiętajmy jednak, że „Battle Royale" powstało niemal dekadę przed książką Suzanne Collins i to w zupełnie innym kręgu kulturowym (z drugiej strony, chyba najbardziej znany pierwowzór tego typu historii - „Wielki Marsz" Bachmana vel Kinga, napisany został pod koniec lat 70. XX wieku). Ale o ile Collins i jej epigoni tworzą książki dla młodego czytelnika, siłą rzeczy odarte nieco z realizmu i dosadności, tak Takami stworzył dzieło bezkompromisowe, brutalne, momentami wręcz szokujące. Także i tu mamy do czynienia z grupą młodzieży (żeby było ciekawiej wszyscy doskonale się znają, chodzą bowiem do jednej klasy), która trafia na arenę okrutnej gry, której zwycięzca może być tylko jeden - ten który przeżyje, jeśli bowiem po upływie 3 dni więcej niż jedna osoba pozostanie na placu gry - giną wszyscy. A zatem krwawa dystopia prosto z Japonii trafia na warsztat wydawnictwa Vesper.
 
Źródła: https://vesper.pl/, https://pl-pl.facebook.com/WydawnictwoVesper

sobota, 6 kwietnia 2019

Dominika Tarczoń „Pieśń o Warszawie”

Warszawa kilka pokoleń po tak zwanym Końcu. Po upadku znanego nam świata, który zmusił ostałych przy życiu ludzi do zamieszkania w podziemiach. Siedemnastoletni Oskar należy do społeczności, która jeszcze nie zdecydowała się wyjść na Powierzchnię, ale w przeciwieństwie do większości pozostałych mieszkańców Podziemnego Miasta Stołecznego Warszawy wie, jak tam jest z racji pracy, którą wykonuje dla burmistrza. Chłopak jest jednym z jego gońców. Ludzi, którzy wychodzą na Powierzchnię po to, by zdobywać pożywienie i inne potrzebne rzeczy. Oskar jest outsiderem od czasu tragicznej śmierci dziewczynki, z którą się przyjaźnił. Gdyby nie interwencja burmistrza chłopak już dawno by nie żył, zostałby zlinczowany przez podziemne społeczeństwo Warszawy za śmiertelny wypadek, który spowodował. Oskar jest wdzięczny Merowi, chociaż jego życie nie jest usłane różami. Praktycznie codziennie spotyka się z jawną wrogością ze strony swoich współmieszkańców i cały czas jest świadom tego, że w każdej chwili może ponieść śmierć z ręki kogoś, komu w końcu puszczą nerwy, tak bardzo, że przestanie zważać na rozkazy burmistrza. Oskar dostaje jednak szansę na znaczną poprawę jakości swojego życia. Nowe zlecenie, które ma wykonać dla Mera razem z notariuszem zwanym Pisarzem. Burmistrz gwarantuje sowitą zapłatę za dostarczenie mu kilku książek z Powierzchni. Ta misja pozwoli Oskarowi odkryć zupełnie inny świat i zaprzyjaźnić się z nastoletnią dziewczyną noszącą imię Finka.

Dominika Tarczoń, lepiej znana jako Nerd Kobieta, z klimatami postapokaliptycznymi związana jest od dawna. Internauci mogą ją znać z serwisu Post-Apokalipsa Polska i jej osobistego bloga. Albo ze współpracy z niektórymi wydawnictwami – Tarczoń zajmowała się kontaktami z recenzentami między innymi w wydawnictwie Czarna Owca. Jej pierwszy utwór, opowiadanie zatytułowane „Filtr”, ukazał się w dwumiesięczniku „Fantom”, a opublikowana w 2019 roku „Pieśń o Warszawie” to z kolei jej debiut powieściowy. Pierwsza i pewnie nie ostatnia powieść utrzymana w tak uwielbianych przez nią klimatach postapokaliptycznych, o której już zrobiło się całkiem głośno.

Nigdy nie ukrywałam, że nie przepadam za polską literaturą. Niezbyt chętnie i raczej rzadko sięgam po utwory moich rodaków, a i nie każde takie spotkanie trwa tyle, ile trwać powinno. Z naszych tłumaczy w zasadzie jestem dumna, ale polscy pisarze najczęściej nadużywają młodzieżowego slangu i wulgaryzmów. Może po prostu mam pecha, może jakimś dziwnym trafem natykam się głównie na tych moich rodzimych autorów, którzy operują niepodchodzącym mi warsztatem. Zazwyczaj po prostu dokonuję niewłaściwych wyborów. Ale nie tym razem. Na lekturę „Pieśni o Warszawie” zdecydowałam się z czystej ciekawości, bynajmniej niemającej nic wspólnego z jakąś akcją marketingową. Choć książka istotnie jest dość mocno reklamowana. Ciekawa tego utworu byłam dlatego, że kojarzyłam autorkę. Powiedzieć, że ją znałam to za dużo, ale jej nazwisko nie było mi kompletnie obce za sprawą współpracy z wydawnictwami, w których to Dominika Tarczoń odpowiadała za kontakty z recenzentami. Jej bloga, „Nerd Kobieta”, odkryłam tuż po dotarciu do mnie informacji o zbliżającej się premierze jej debiutanckiej powieści. I nie omieszkałam go sobie przejrzeć, do czego Was również zachęcam. Z bloga tego jasno wynika, że Tarczoń jest dobrze zorientowana w szeroko pojętej fantastyce. Również w tematyce postapokaliptycznej, w którą to celuje w swojej „Pieśni o Warszawie”. Książce, która mogła być pisana zarówno z myślą o starszych, jak i młodszych czytelnikach. A w każdym razie podczas zapoznawania się z jej treścią praktycznie nie odstępowała mnie pewność, że historia ta może zainteresować tak osoby starsze, jak i młodzież. Ma szansę sprostać wymaganiom miłośników fantastyki z różnych grup wiekowych, ale z drugiej strony co poniektórzy właśnie to mogą uznać za największy mankament „Pieśni o Warszawie”. Otóż, wydaje mi się, że znajdą się tacy, dla których opowieść ta okaże się zbyt delikatna. Fani literatury postapokaliptycznej zdążyli już przywyknąć do mocnych akcentów, do bezkompromisowości, brutalności i przygniatającej beznadziei, przygnębiającego poczucia bezpowrotnego końca wszystkiego co dobre, nieustającej walki o przetrwanie w świecie, który wydaje się nie mieć już nic do zaoferowania. Iskierki nadziei w takich utworach oczywiście zazwyczaj też się z czasem pojawiają, ale na ogół są one dużo bardziej nikłe niż w debiutanckiej powieści Dominiki Tarczoń. Tutaj stosunkowo szybko okazuje się, że jeszcze nie wszystko jest stracone. Nie trzeba jakoś szczególnie długo czekać na dotarcie do miejsca, które w tej postapokaliptycznej rzeczywistości jawi się niczym istny raj. Bezpieczna przystań dla części warszawiaków, którzy nie pamiętają świata sprzed tak zwanego Końca. Tarczoń nie mówi kiedy dokładnie doszło, a właściwie to dojdzie, do upadku naszej cywilizacji, ale daje do zrozumienia, że kilka pokoleń dzieli nas od Oskara, Finki i wszystkich pozostałych postaci zaludniających tę książkę. Autorka „Pieśni o Warszawie” nie wyjaśnia dokładnie jak do tego doszło, nie zdradza wiele na temat owego Końca, wprost nie wymienia okoliczności, które przyczyniły się do apokalipsy. Z bardzo oszczędnych informacji na ten temat można jednak wywnioskować, że rolę w tym odegrały zmiany klimatyczne, za które winę ponoszą przede wszystkim ludzie (my wszyscy). To one mogły doprowadzić do wyginięcia roślinności, która z czasem zdołała się odrodzić, ale nie w takim kształcie, jaki jest nam znany. Tak samo jak wiele gatunków zwierząt, roślinność obrastającą postapokaliptyczną Warszawę (i w domyśle resztę świata, gdzie Tarczoń z akcją nie wychodzi) zdrową nazwać nie można – jest zmutowana, odpychająca, bez wyjątku nienadająca się do spożycia. To ostatnie jednak nie tyczy się wszystkich zwierząt. Na świecie nadal są gatunki, które stanowią podstawę żywienia ludzi. Upolowanie czegoś nie jest jednak łatwe, a i handel przedstawia się dosyć kiepsko, dużo zyskać w ten sposób nie można. Ludziom nie jest więc obce uczucie dotkliwego głodu – ścisła dieta dla większości stała się koniecznością, tak zwane szaraczki musiały przywyknąć do skąpych racji żywnościowych, podczas gdy osób zajmujących wyższe pozycje w hierarchii społecznej ten problem raczej nie dotyczy. Czyli w sumie niewiele się zmieniło – persony przyspawane do wysokich stołeczków, burmistrz i jego najbardziej zaufani pracownicy, cieszą się względnym dobrobytem, gdy tak zwani zwykli obywatele Podziemnego Miasta Stołecznego Warszawy przymierają głodem. Przerażające to, ale nawet apokalipsa nie zdołała zmienić tego okropnego porządku, który wszystkim nam jest dobrze znany. Władza zawsze się wyżywi. Nawet w postapokaliptycznych realiach politycy i ich przyboczni będą mieć pełne brzuchy – tutaj moim zdaniem Tarczoń wyobraźnia nie poniosła. Tak było, jest i z całą pewnością będzie. Aż do kresu ludzkości, do którego notabene cały czas uparcie zmierzamy...

Siedemnastoletni Oskar będący głównym bohaterem „Pieśni o Warszawie”, jest osobą, której doprawdy trudno nie współczuć. Osierocony w dzieciństwie chłopak początkowo dorastał we względnym spokoju, wychowywany przez człowieka, który go przygarnął. Miał przyjaciół i czuł się akceptowany w całym podziemnym społeczeństwie Warszawy, w którym przyszło mu żyć. Jeden moment, zaledwie ułamek sekundy, zmienił jednak wszystko. Śmiertelny wypadek, który spowodował, zrobił z niego pariasa. Oskar musiał przywyknąć do słownych i fizycznych ataków, nauczyć się żyć wśród ludzi, którzy woleliby widzieć go martwym. Udało mu się zaprzyjaźnić z jednym człowiekiem, z bezdomnym w podeszłym wieku, za którego chłopak z czasem zaczął czuć się odpowiedzialny. Zaopiekował się tym, tak samo jak on, dręczonym przez innych człowiekiem. Mógł to zrobić (o tyle o ile), dzięki burmistrzowi Podziemnego Miasta Stołecznego Warszawy, który pozwolił mu wykonywać pracę gońca. Oskar lubi to zajęcie, mimo niebezpieczeństw z nim związanych. Każdorazowe wyjście na Powierzchnie dla tego nastolatka jest niczym wyrwanie się z więzienia, w którym spotykają go niezliczone przykrości. Radość do pewnego stopnia przyćmiewa jednak świadomość zagrożeń obecnych na Powierzchni. Chłopak wie, że w każdej chwili może zostać zabity, choćby przez jakiegoś zmutowanego zwierza swobodnie chadzającego po zrujnowanym mieście. „Pieśń o Warszawie” można podzielić na trzy części. W pierwszej przedstawia się nam Oskara i podziemia, w których przyszło mu żyć. Ponadto Tarczoń pokazuje nam jak wygląda jego praca - przeprowadza nas przez jedno z zadań zleconych mu przez Mera. A potem przechodzi do kolejnego, stanowiącego zaczątek tej części książki, która w całości rozegra się na Powierzchni. W rejonie Warszawy, którego mieszkańcy zdecydowanie lepiej radzą sobie w tych postapokaliptycznych realiach wykreowanych przez Dominikę Tarczoń. W tej partii autorka będzie się koncentrować głównie na relacji dwóch nastolatków: Oskara i dopiero co poznanej przez niego Finki, córki komendanta (człowieka szefującego w tym rejonie Warszawy, w którym żyje się dużo lepiej niż w podziemiach) zmagającej się z jakąś chorobą skóry. Ta kiełkująca przyjaźń, dosyć barwne opisy zaludnionego, słonecznego, przepełnionego zdrową roślinnością terenu, przyjemnie kontrastujące z mrocznymi, wilgotnymi i ciasnymi korytarzami podziemia, z których to razem z Oskarem i Pisarzem niedawno wyszliśmy oraz oczywiście niezbyt zawiłe, nie bardzo rozbudowane intrygi, jakie się tutaj rozgrywały – wszystko to śledziłam z dosyć sporym zainteresowaniem. Byłoby ono jednak jeszcze większe, gdyby Tarczoń podkręciła napięcie, gdyby w tę, jak od początku podejrzewałam, tylko pozorną idyllę, częściej wkradało się ogromne zagrożenie albo po prostu to, które unaoczniano dłużej gościło na kartach tej powieści. Niemniej ta część jest zdecydowanie najbardziej dopracowana. Szczyci się największą liczbą szczegółów, a i akcja w mojej ocenie w tej środkowej części książki budowana jest najsprawniej. Pierwszą i ostatnią partię „Pieśni o Warszawie” (zwłaszcza ostatnią) znamionuje zbyt duży pośpiech. A przynajmniej ja nie mogłam oprzeć się takiemu nieprzyjemnemu wrażeniu. Myślę, że „Pieśń o Warszawie” zyskałaby na rozbudowaniu tych wstępnych i końcowych wydarzeń, historia ta moim zdaniem prezentowałby się dużo lepiej, gdyby rozciągnięto ją na dodatkowe, powiedzmy sto-dwieście, stronic. Bo niestety mam niedosyt. Dominika Tarczoń dysponuje na tyle dojrzałym warsztatem i tak mocno czuje klimaty postapokaliptyczne („Pieśń o Warszawie” wręcz emanuje tą jej miłością, ogromną pasją, którą myślę, że potrafi zarażać), że chciałoby się trwać w tym jej nieprzyjaznym przecież uniwersum, nieporównanie dłużej. I dowiedzieć więcej o Regulatorach, bo te postacie ewidentnie zaniedbano. Chyba że... Czyżby Dominika Tarczoń miała w planach sequel „Pieśni o Warszawie”? Oby. I oby był on znacznie dłuższy od jej debiutanckiej powieści.

No cóż, miłośnicy prozy postapokaliptycznej przeczytać „Pieśń o Warszawie” chyba powinni. Tak mi się wydaje, chociaż podejrzewam, że nie każdy wyjdzie z tej przygody zadowolony. Co poniektórych może spotkać rozczarowanie, ale nie sądzę, żeby ta grupa była szeroka. Myślę tak przede wszystkim dlatego, że chociaż sama fanką klimatów postapokaliptycznych nie jestem (coś tam z tego lubię, „Bastion” Stephena Kinga wręcz kocham, ale mimo wszystko daleko mi jeszcze do pasjonatki), to debiutancka powieść Dominiki Tarczoń całkiem nieźle mi wchodziła. A wziąwszy pod uwagę to, że polscy pisarze nader rzadko do mnie przemawiają, że obcowanie z rodzimą prozą częściej jest dla mnie istną (i niedokańczaną) drogą przez mękę niźli przyjemnością, to można to traktować jako niemały komplement ode mnie dla tej początkującej autorki. Dobrze rokującej - już prezentującej się z całkiem niezłej strony, a nie mam wątpliwości, że będzie jeszcze lepiej.

Za książkę bardzo dziękuję jej autorce oraz wydawnictwu

Oficjalny blog Dominiki Tarczoń: https://nerdkobieta.pl/

czwartek, 4 kwietnia 2019

„The Isle” (2018)

Rok 1846. Trzech rozbitków, Oliver Gosling, Jim Bickley i Cailean Ferris, dopływa na wyspę na zachodnim wybrzeżu Szkocji, zamieszkałą przez zaledwie cztery osoby. Jedną z nich jest niejaki Fingal MacLeod, który wyciąga do nich pomocną dłoń. Mężczyzna załatwia im lokum u swojego znajomego, Douglasa Innisa, mieszkającego z siostrzenicą Lanthe, która jest bardzo podekscytowana obecnością gości. Druga mieszkająca na wyspie kobieta, Korrigan, zachowuje się tak, jakby od dawna spodziewała się przybycia rozbitków, a jednego z nich bierze za kogoś innego. Oliver, Jim i Cailean zostają poinformowani o problemach psychicznych Korrigan. Radzi się im, by nie zwracali uwagi na słowa tej kobiety, ale mężczyzn niepokoi przede wszystkim zachowanie ich dobroczyńców. Fingal i Douglas zauważalnie nie chcą pomóc im wydostać się z wyspy i najwidoczniej nie mówią im wszystkiego. Wiele wskazuje na to, że mają jakąś tajemnicę, której zazdrośnie strzegą przed obcymi i która najpewniej ma jakiś związek z zagadkowymi zjawiskami zachodzącymi w tym odizolowanym miejscu.

Doceniony przez krytykę brytyjski obraz „The Isle” to trzeci pełnometrażowy film Matthew Butlera-Harta, ale pierwszy horror. Choć nie wszyscy się z tym zgodzą. Film jest różnie klasyfikowany – jedni, i do nich ja się zaliczam, określają go jako folk horror i/lub gothic horror, a inni utrzymują, że obraz ten jest thrillerem. Etykietka fantasy czy dark fantasy też się tutaj przewija. Nie zdziwiłabym się więc, gdyby jeszcze przed seansem co poniektórych ogarnęło podejrzenie, że „The Isle” jest filmem opierającym się jednoznacznej klasyfikacji gatunkowej. Według mnie tak jednak nie jest – nie wyglądało mi to tak, jakby Butler-Hart starał się uciec od takich szufladek. Owszem uciekał, ale od czegoś innego i myślę, że właśnie to stworzyło takie zamieszanie w klasyfikacji gatunkowej.

„The Isle” Matthew Butler-Hart wyreżyserował w pojedynkę, ale scenariusz napisał razem ze swoją żoną Tori Butler-Hart, z którą współpracował już przy innych projektach (pełno- i krótkometrażówkach). Efekt ich kooperacji w mojej ocenie jest co najwyżej średni. W sumie to uważam, że fabuła jest najsłabszym elementem tej produkcji. Z dwóch powodów. Po pierwsze: czegoś mi w tym filmie brakowało. Śledząc losy trójki rozbitków na pewnej szkockiej wyspie, nie mogłam uwolnić się od poczucia, że scenarzystom brakowało pomysłu na rozwinięcie tej historii, że ta najdłuższa (środkowa) partia pełni rolę zapychacza. Owszem, momenty były, ale przez większość czasu scenarzyści chodzili w kółko. Zrobiło się tak monotematycznie, tak niemiłosiernie rozciągano to w czasie, że aż zaczęłam wątpić w istnienie celu tej podróży. Ogarnęło mnie podejrzenie, że ta historia zmierza donikąd, że małżeństwo Butler-Hart tak się rozmiłowało w tym krążeniu, że możliwe, iż w ogóle nie zechce odbić w jakąkolwiek stronę, wyjść z tego zaklętego kręgu. A najgorsze było w tym to, że miałam świadomość, że gdyby faktycznie takiego kroku nie zrobiono, że gdyby przyszło mi obcować z tym swoistym zapętleniem akcji aż do napisów końcowych, to nie miałabym kłopotu z ukuciem własnej teorii na temat osobliwych zjawisk zachodzących na wyspie. I w ten oto sposób przechodzimy do drugiego problemu, jaki miałam ze scenariuszem „The Isle”. Otóż, charakter zagrożenia od początku seansu nie był dla mnie żadną tajemnicą. I bynajmniej nie dlatego, że porwałam się tutaj na jakiś nadludzki wysiłek umysłowy, że wykazałam się godną podziwu domyślnością. UWAGA SPOILER Bo sama wyjaśnienia szukać nie musiałam, podali mi je twórcy filmu w formie cytatu poprzedzającego pierwszą scenę KONIEC SPOILERA. W związku z tym nielicho się zdziwiłam, gdy stało się już dla mnie jasne, że „The Isle” ma bazować głównie na tajemnicy, że to jeden z tych horrorów, który ma zmuszać widza do usilnego poszukiwania, najpewniej, strasznej prawdy, razem z protagonistami. Z ludźmi wyłączonymi z kręgu wtajemniczonych, który w tym przypadku zdają się tworzyć cztery osoby, czyli malutka, hermetyczna społeczność niedużej wyspy, która jeszcze parę lat temu tętniła życiem. W niedalekiej przeszłości wydarzyło się jednak coś, co zmusiło wszystkich, poza tą czwórką, do opuszczenia tego miejsca. Bez wątpienia wpływ na tę decyzję miał przedłużający się nieurodzaj, ale najprawdopodobniej nie był to jedyny powód gremialnego wyludnienia. Najpewniej coś jeszcze popchnęło zdecydowaną większość mieszkańców wyspy do wyprowadzki, coś dużo gorszego od braku pożywienia. Może to, co nieurodzaj spowodowało, może mamy tutaj do czynienia z rodzajem klątwy rzuconej przez... No właśnie przez kogo albo przez co? Przez którąś z tych czterech osób, które na wyspie zostały, przez jakąś nadnaturalną istotę, czy może przez jakiegoś innego człowieka, którego jeszcze nie poznaliśmy? Odpowiedź na to pytanie znałam, nie znałam tylko okoliczności, które do takiego stanu rzeczy doprowadziły. Wątek ten później jednak pogłębiono, wszystko szczegółowo objaśniono i nie mogę powiedzieć, że jakieś szczególne wrażenie to na mnie wywarło. Nic nadzwyczajnego można rzec. Podejrzewam, że moja reakcja byłaby lepsza, gdyby tajemniczość „The Isle” nie była tylko rzekoma, gdyby już wcześniej bezczelnie nie naprowadzono mnie na właściwy trop i w bardziej emocjonalny sposób ukazano pewne wydarzenie z przeszłości, które co prawda oryginalne nie jest, ale akurat u mnie to nie gra roli. Pisząc „rzekoma tajemniczość” mam na myśli to, że odbierałam to tak, jakby próbowano robić sekret z czegoś, co już wiadomo. Szczegóły rozumiem, ale po co osnuwać tajemnicą coś, co już nader dobitnie wyartykułowano? To dopiero jest zagadka!

Warstwa techniczna „The Isle” jest wręcz obłędna. Ponure, niemal wyprane z kolorów zdjęcia, często okraszane melancholijną, ale i groźną ścieżką dźwiękową skomponowaną przez Toma Kane'a i oczywiście odizolowana od cywilizacji sceneria: niewielka wyspa skąpana w złowróżbnych szarościach, której tylko mała część została zabudowana, a sporą część tego terenu zajmuje las, w którym przez cały czas czuć jakąś niebezpieczną obecność. Do domu Douglasa, w którym to zatrzyma się trójka rozbitków szukająca sposobu na powrót w swoje strony, również zdaje się zapuszczać coś złego. Albo ktoś. Jakiś człowiek z krwi i kości, który ma złe zamiary względem przybyszy, ale i może czwórki stałych mieszkańców tej potencjalnie przeklętej wyspy. Osadzenie akcji w XIX wieku też uważam za walor „The Isle”, tym bardziej, że na informacji, że rzecz toczy się w 1846 roku (tzn. przewodnia oś akcji, bo w filmie pojawiają się też retrospekcje) nie poprzestano. Stroje z epoki, odpowiedni dla tych czasów wystrój wnętrz i nawet (do pewnego stopnia) sposób wysławiania się poszczególnych postaci – to wszystko bardzo pomagało mi w mentalnych przenosinach do tych zamierzchłych czasów, w których toczy się akcja filmu Matthew Butlera-Harta. Albo raczej w zsynchronizowaniu się z jego spojrzeniem na tę epokę. Już pierwsze ujęcia, te wielce nastrojowe, mistyczne zdjęcia, z których emanowało podszyte groźbą wyalienowanie, wpadnięcie w pułapkę, być może przygotowaną przez tutejszą (czteroosobową) społeczność, która to równie dobrze także może być tutaj więźniem czegoś lub kogoś, te obrazki kazały mi przygotować się na kawałek solidnego kina grozy. Tajemnicze zachowanie mieszkańców wyspy przywodziło mi na myśl „Kult” Robina Hardy'ego, zmuszało do patrzenia na nich z nieufnością porównywalną z tą dręczącą trzech rozbitków, którym na początku „The Isle” udaje się dopłynąć właśnie do tego najprawdopodobniej obłożonego jakąś klątwą miejsca. Zamglonego, wydającego się od dawna tęsknić za ciepłymi promieniami słonecznymi (wygląda to trochę tak, jakby słońce bało się tego miejsca, jakby rozmyślnie je omijało) i rozbuchaną roślinnością, zapierającymi dech w piersiach naturalnymi widokami. Po których to pozostały tylko ledwie rzucające się w oczy ślady. Wyspa ta jest przeraźliwe zimna, chłód zdaje się wydobywać zewsząd i nic nie wskazuje na to, by kiedykolwiek miało to się zmienić. Dowiadujemy się jednak, że kiedyś, zaledwie kilka lat temu, było inaczej, że wyspa ta tętniła życiem, że mieszkańców było dużo więcej, a ich największą troską było to, by dobrze przygotować się do zimy. Co szczególnych trudności nikomu nie nastręczało, ponieważ wyspa była hojna – wydawała obfite plony, mieniła się wszystkimi kolorami tęczy, gorących dni tutaj nie brakowało, tak samo jak licznych rozrywek tak dla dzieci, jak i dla osób starszych. A potem wszystko się zmieniło. Stało się coś, co dosłownie zniszczyło to miejsce, z malowniczej krainy przekształciło się w jałowe, zimne terytorium, z którego prawie wszyscy uciekli. Zostały tylko cztery osoby – dwóch mężczyzn i dwie kobiety – które nie mówią nieproszonym gościom wszystkiego. A właściwie to prawie nic im nie mówią. Podczas gdy klimat jest osadzony w stylistyce gotyckiej, ta wspaniała oprawa techniczna aż krzyczy, że mamy tutaj do czynienia z horrorem gotyckim, to już fabuła moim zdaniem jest osadzona w konwencji folk horroru. W drugim akapicie tej recenzji wspomniałam, że reżyser i współscenarzysta przed czymś tutaj ucieka, ale nie zdradziłam przed czym. Otóż, odnosiłam wrażenie, że Matthew Butler-Hart stara się nie podążać za aktualnymi trendami, że zależy mu na nakręceniu, jak to się mówi nastrojowego horroru w starym stylu, że dramaturgię ma tutaj budować przede wszystkim klimat. Efekty specjalne nie są dla niego najważniejsze, tak samo jak prymitywne jump scenki, czego nie mogę nie pochwalić. Samo to podejście do horroru, ten sposób patrzenia na ów gatunek, jak najbardziej do mnie trafia (zdecydowanie bardziej od tych współczesnych plastikowych, efekciarskich tworów), ale na tajemnicy łatwo się potknąć, sam zamysł stworzenia horroru oplecionego aurą tajemnicy to jedno, ale trzeba to jeszcze tak poprowadzić, żeby widz chciał taki mroczny sekret zgłębiać. A jak tu szukać prawdy, którą tak na dobrą sprawę się zna? To znaczy w ogólnym zarysie. A co ze szczegółami? No cóż, nie bardzo chciało mi się ich szukać, głównie dlatego, że zajęłam się walką z sennością, która w środkowej partii co chwilę wyciągała w moim kierunku swoje szpony. Nie przez cały czas, ale niestety na tyle często, że powątpiewałam w to, że uda mi się dotrwać do napisów końcowych. Dokonać tego dokonałam, ale nawet ta całkiem nieźle skręcona ostatnia partia nie odegnała ode mnie przekonania, że tkwił w tym dużo większy potencjał, że można było to opowiedzieć w dużo ciekawszy i bardziej emocjonujący sposób bez konieczności zwiększenia nakładów pieniężnych. Bo tak na dobrą sprawę wystarczyłoby tylko dopieścić tekst, dłużej popracować nad scenariuszem. Warstwa techniczna według mnie jest bowiem bezbłędna - czemu jak czemu, ale oprawie audiowizualnej absolutnie niczego nie mogę zarzucić.

Uważam, że warto było obejrzeć brytyjski horror „The Isle” w reżyserii Matthew Butlera-Harta dla samej płaszczyzny technicznej. Gdyby nie te nastrojowe kadry i takież dźwięki często wybrzmiewające w tle, pewnie pożałowałabym wyboru tej pozycji. Bo scenariusz pozostawia wiele do życzenia – wygląda trochę tak, jakby został skrojony pod krótkometrażówkę, jakby nie był to materiał wystarczający na te mniej więcej półtorej godziny, które produkcja ta zajmuje. Cóż, nie udało mi się wciągnąć w tej historię w takim stopniu, żebym czuła się w obowiązku polecać ten obraz. No może tylko tym osobom, którzy stawiają oprawę techniczną nad fabułą. Sama dzięki tej pierwszej nie czuję, że zmarnowałam czas na ten obraz, niemniej dla mnie zawsze najważniejsza jest fabula. Przede wszystkim chcę zaangażować się w daną historię, a ta propozycja niestety niezbyt do mnie przemawiała, nie bardzo interesowało mnie jak to wszystko się potoczy, bo twórcy tej ciekawości wykrzesać we mnie nie potrafili. Za dużo przedwcześnie zdradzili, a i nie udało im się uniknąć męczącej monotematyczności, której nawet ta wspaniała oprawa techniczna nie była w stanie w całości mi zrekompensować. Owszem, głównie dzięki niej nie wpadłam w ramiona Morfeusza, ale duży niedosyt i tak we mnie pozostał. Szkoda takiej oprawy dla takiego scenariusza. Moim zdaniem, bo muszę tutaj zaznaczyć, że wielu odbiorców „The Isle” tak się na to nie zapatruje. Oni problemu z fabułą tego filmu nie mają.

wtorek, 2 kwietnia 2019

Michel Bussi „Czy pamiętasz, Anais?”

„Czy pamiętasz, Anais?”, a właściwie „Czy pamiętasz, Anais? I inne opowiadania” autorstwa francuskiego pisarza Michela Bussiego, który to w 2018 roku szósty raz z rzędu znalazł się w pierwszej dziesiątce najpopularniejszych autorów w jego rodzimym kraju, pierwotnie (w takim kształcie) została wydana w styczniu 2018 roku. W tym samym roku wypuszczono jeszcze dwie „Les Contes du Reveil Matin” będącą pierwszą powieścią młodzieżową Bussiego. I tymże roku ukazał się miniserial na podstawie jego powieści „Mama kłamie” („Maman a tort”), a w roku 2019 wypuszczono jeszcze jeden, tym razem oparty na „Samolocie bez niej” („Un avion sans elle”). Twórczość Bussiego wreszcie zaczęła więc wchodzić na ekrany, szkoda tylko, że nie w Polsce... A przynajmniej jeszcze nie. Najnowsza powieść Michela Bussiego pt. „J'ai du rever trop fort” też jeszcze nie ukazała się w Polsce, ale mamy już zbiorek czterech opowiadań noszący taki sam tytuł, jak jedno z nich. Czyli mamy oto okazję poznać Bussiego od innej strony, przyjrzeć się takiemu obliczu jego pisarstwa, które w Polsce dotychczas się nie objawiało. Bo opowiadania tego autora poza granicami naszego kraju były już publikowane – za przykład niech posłuży antologia „Quatre auteurs a la plage” z 2015 roku, w którym to, jeśli wierzyć recenzjom, znajduje się jedno z tych opowiadań, które tworzą zbiorek „Czy pamiętasz, Anais?”.

Na pierwszy ogień idzie tytułowe „Czy pamiętasz, Anais?” - pierwsze opowiadanie i najdłuższe zawarte w tej cienkiej książce (zaledwie dwieście pięćdziesiąt parę stron). Rzecz skupia się na młodej kobiecie imieniem Ariane, która wraz ze swoją trzyletnią córką Anais właśnie przeprowadziła się z Paryża do miejscowości Veules-les-Roses, wciąż żyjącej tajemniczą historią aktorki Anais Aubert, która popularyzowała tę normandzką wioskę od roku 1826. Tekst ten jest bardzo w stylu Michela Bussiego – czyta się to prawie jak jego powieści. Prawie, bo akcja jednak rozwija się szybciej i mamy mniej puzzli do złożenia. Opowiadanie rozpoczyna się dla nas w chwili odnalezienia w nowym mieszkaniu Ariane i Anais w Veules starego listu zaadresowanego do Anais Aubert. Potem autor cofa się o trzynaście dni, a właściwie to przedstawia wcześniejsze zapiski z dziennika głównej bohaterki opowiadania, bo cały ten tekst umownie został spisany przez nią. Wtedy poznajemy skrótową biografię Ariane: dowiadujemy się między innymi jak to się stało, że została samotną matką i jak wyglądały pierwsze dni jej pobytu (i jej trzyletniej córki) w malowniczej miejscowości, z której pochodzi ojciec małej Anais. Dziewczynka dostała imię po żyjącej w XIX wieku aktorce, o której nadal dużo się w Veules mówi. I bynajmniej nie tylko dlatego, że rozsławiła to miejsce, ale również albo wręcz przede wszystkim przez tajemnicę z nią związaną. Ariane szybko ogarnia nieprzyjemne wrażenie uczestniczenia w dosyć szeroko zakrojonym spisku. Ma wrażenie, jakby bez jej zgody wciągnięto ją w intrygę ściśle związaną z Anais Aubert. Czuje się obserwowana we własnym mieszkaniu, jakiś niezidentyfikowany mężczyzna często do niej wydzwania i kobieta coraz bardziej utwierdza się w przekonaniu, że przynajmniej część tutejszej społeczności robi wszystko, by nie dopuścić jej do kręgu wtajemniczonych. Wtajemniczonych w co? Tego oczywiście możemy się tylko domyślać. W „Czy pamiętasz, Anais?” napięcie wzrasta praktycznie ze strony na stronę i wynika ono głównie ze świadomości obecności kogoś, kto zdaje się ani na chwilę nie odstępować Ariane. I kto, jak myślimy, już wyrządził wiele złego zarówno jej, jak i jej córeczce (wzruszający moment), i nic nie wskazuje na to, by na tym zamierzał poprzestać. Z drugiej jednak strony te osoby, którym nie jest obca twórczość Bussiego najprawdopodobniej będą brać pod uwagę również inną możliwość. Bo co jeśli to z Ariane albo małą Anais coś jest mocno nie tak? Autor każe rozważyć coś jeszcze, coś, w czym się nie specjalizuje, ale może to jest właśnie metoda na zaskoczenie czytelników. Dać im coś, czego akurat ode mnie nigdy by nie oczekiwali – od Stephena Kinga owszem, ale duchy u Michela Bussiego... Nie, tę wprowadzoną przez samego autora omawianego opowiadania, ewentualność, osoby zaznajomione z jego pisarstwem pewnie od razu odrzucą. Czy będzie to właściwe posunięcie? Zresztą, czy w przypadku prozy Bussiego można sobie pozwolić na stanowcze odrzucanie któregokolwiek z możliwych wyjaśnień? Myślę, że nie. Michel Bussi już nie raz i nie dwa udowodnił, że potrafi zaskakiwać jak mało kto, że w tej grze naprawdę ciężko go przechytrzyć, ale akurat w „Czy pamiętasz, Anais?” to jedno, według mnie, wypada średnio. Myślę, że podczas gdy budowanie tej tajemnicy, brudnego sekretu w jakże porywającej wioskowej scenerii, należycie wywiązuje się ze swojego zadania, to już jej rozwianie mocno rozczarowuje. Nie tyle chodzi tu o przewidywalność, chociaż część z tego udało mi się rozszyfrować, ile o UWAGA SPOILER niezbyt przekonującą, żeby nie rzec kompletnie niezrozumiałą motywację obserwatora nowych mieszkanek Veules KONIEC SPOILERA.

Na najwyższym stopniu podium w swoim osobistym, w pełni subiektywnym rankingu opowiadań zawartych w omawianym zbiorze, umieściłam „Normandzką szafę”. Czyli tekst, który wcześniej opublikowano w antologii „Quatre auteurs a la plage”. Według niektórych recenzentów, bo na oficjalnej stronie Michela Bussiego widnieje informacja, że opowiadania wchodzące w skład „Czy pamiętasz, Anais?” wcześniej publikowane nie były. Na pierwszym planie autor postawił starsze małżeństwo, Diane-Perle i Gauvina, które to postanowiło spędzić wielkanocny weekend w samym sercu krainy Caux. Wynajęli pokój w posiadłości małżeństwa zajmującego się świadczeniem takich usług turystom, ale po przyjeździe na miejsce zastali tylko gospodarza. To on oprowadził Diane-Perle i Gauvina po domu, utrzymując że jego żona niedługo wróci. Ale następnego dnia goście również nie mieli okazji jej poznać. Co więcej podczas prezentacji pokoju, który im przydzielono gospodarz przestrzegł ich przed dotykaniem stojącej w nim zabytkowej szafy, z której to wkrótce zaczyna wydobywać się okropny zapach. Hmm, nieobecność pani domu plus fetor emanujący z mebla, którego gospodarz zabronił Diane-Perle i Gauvinowi dotykać... Wniosek sam się nasuwa. I to już podczas pierwszych minut pobytu starszego małżeństwa w wynajętym przez nich pokoju, kiedy to jeszcze nieprzyjemny zapaszek z szafy nie zaczął się wydobywać. To znaczy taka pewność natychmiast ogarnęła mnie (i pewnie nie będę w tym odosobniona), ale nie głównych bohaterów opowiadania. Owszem, szybko wysnuli oni teorię, że gospodarz zabił swoją żonę, ale przez jakiś czas traktowali to jako żart. Nie podchodzili do tego poważnie, w przeciwieństwie do mnie. W sumie to nie mogłam uwierzyć w to, że tyle czasu zajęło im złożenie tej niezwykle prostej układanki. Jak można być aż tak mało domyślnym? Przecież ta niepokojąca prawda praktycznie od początku ich pobytu w Caux aż kłuje w oczy! Rozbroiło mnie to opowiadanie – amatorskie śledztwo starszego małżeństwa, którego wynik od początku przecież był aż nazbyt oczywisty, te ich niemrawe podchody, gdy tak naprawdę wystarczyłoby po prostu otworzyć starą szafę. Do Narnii ich ona nie doprowadzi, ale najprawdopodobniej da im odpowiedź na tak bardzo dręczące ich pytanie: gdzie się podziewa gospodyni domu, w którym Diane-Perle i Gauvin zdecydowali się spędzić wielkanocny weekend (w nim i w jego okolicach, rzecz jasna)? Ujmując rzecz dosadnie, miałam tę dwójkę za kompletnych idiotów. Nieszkodliwych, swoim zachowaniem dostarczających mi mnóstwo frajdy – naprawdę, zabawne to było, ale i w nieustającym poczuciu zagrożenia przez cały czas trzymało. Bo ja w przeciwieństwie do głównych bohaterów „Normandzkiej szafy” niemal od początku wiedziałam, że zamieszkali pod jednym dachem z zabójcą, który w tytułowym meblu trzyma... A co można trzymać w szafie? Tylko trupa, prawda? Taaak, to, co zobaczymy, gdy wreszcie przyjdzie ten od początku wyczekiwany moment, gdy szafa nareszcie „stanie otworem”... Ależ huk się wtedy rozlegnie, jakiż niezapomniany obraz się przed nami odmaluje. Doprawdy coś strasznego.

Narratorem i zarazem głównym bohaterem „Życia strychu” jest pisarz imieniem Gabriel, który to w owym tekście zostawia trochę miejsca swojej żonie Muguette. Kobieta na końcu każdego rozdziału zamieszcza swój komentarz, bardzo zwięźle dzieli się z nami swoim spojrzeniem na różne kwestie poruszane przez jej męża. Forma ciekawa, ale jeszcze bardziej interesująca jest treść. Podczas jednego z corocznych wypadów tej niemłodej już parki, na tak zwany jarmark różności, na którym to mieszkańcy Touffreville-la-Corbeline handlują starymi rzeczami, Gabriel zauważa, że jedna kobieta ma na stanie takie same przedmioty (między innymi zabawki), jakie przed laty bardzo zajmowały dwójkę jego dorosłych już dzieci. Powiecie pewnie: też mi coś. Przecież te rzeczy niegdyś były w wielu domach, w wielu sklepach można było je nabyć... Otóż, nie wszystkie. A jakby tego było mało, z przemyśleń Gabriela można wywnioskować, że stan tych przedmiotów jest dokładnie taki, jaki utrwalił się w jego pamięci w przypadku rzeczy należących do jego dzieci. Prawie wszystkie te przedmioty przed laty włożył do kartonów, które to nadal stoją w domu zajmowanym obecnie tylko przez niego i jego żonę (ich dzieci, jak się mówi, poszły już na swoje). Zaalarmowany Gabriel musi więc przede wszystkich przetrząsnąć te wszystkie kartony. O dziwo, nie robi tego zaraz po powrocie z jarmarku, choć obsesja na punkcie tej sprawy już wtedy w nim kiełkuje. Tak, mężczyzna ten wkrótce dostanie prawdziwego fioła, tak bardzo zaangażuje się w to, że odsunie nawet na bok swoją pasję, którą od jakiegoś czasu zawsze stawiał na pierwszym miejscu (pisanie książek o autentycznych zbrodniach z jego okolic). I trudno mu się dziwić, bo to bardzo dziwna, niepospolita, niezwykła wręcz sprawa. Frapujący przypadek, który przynajmniej na pierwszy rzut oka może ocierać się o sferę nadprzyrodzoną. Z drugiej jednak strony może się rozchodzić o najpospolitszą kradzież albo możemy mieć do czynienia z obsesją pewnej kobiety na punkcie czteroosobowej rodziny, w skład której wchodzi nasz narrator. Albo z czymś jeszcze innym. Nie mogę powiedzieć, że „Życie strychu” mnie zaskoczyło, bo udało mi się wyprzedzić autora, chociaż trochę mi to zajęło. Ale sposób prowadzenia tej dosyć pomysłowej opowieści właściwie wrzucił mnie w w sam środek piekła(?) Gabriela, z którego nie mogłam wyjść przed dojściem do ostatniej kropki postawionej przez Michela Bussiego w tym niedługim utworze.

„Czy pamiętasz, Anais?” i „Życie strychu” w moim osobistym rankingu opowiadań zamieszczonych w omawianym zbiorze zajmują trzecie miejsce (co nie znaczy, że uważam te teksty za złe), a „Normandzka szafa” jak już wspomniałam jest moim zwycięzcą. Ostatnie opowiadanie widniejące w tym zbiorku w tym wyścigu zajęło więc miejsce drugie (przypominam, że jest to ocena całkowicie subiektywna). „Ucieczka do raju” skupia się na sprawie morderstwa popełnionego w noc sylwestrową nad morzem, gdzie zebrało się wielu obozowiczów chcących powitać Nowy Rok w tej bajecznej scenerii. Kilka godzin po tej bodaj najważniejszej północy w roku jeden z obozowiczów znajduje ciało młodego mężczyzny, któremu niedawno ktoś zadał śmiertelny cios nożem. Na miejscu śledztwem pokieruje podporucznik żandarmerii Christos Konstantinow, jego przełożona natomiast wybierze się do szpitala, w którym aktualnie przebywają dwie młode kobiety w jakiś sposób zamieszane w tę sprawę. Tutaj również Michel Bussi eksperymentuje z formą – nierównomiernie przeplata dwa okresy: ten poprzedzający zbrodnię, który rzecz jasna w końcu nas do niej doprowadzi (będziemy jej świadkować) i ten, w którym owa zbrodnia już się dokonała i rozpoczęło się policyjne śledztwo, które jak się przekonamy nie potrwa długo. Jak to się skończy łatwo się domyślić, ale to w moim oczach wcale nie umniejszało wydźwięku tej historii. Finał i tak zdołał mną wstrząsnąć, w czym niemałą rolę odegrało to, że miałam poczucie, jakby autor mierzył prosto we mnie. W moje, dosyć kontrowersyjne, a na pewno niepochwalane przez polskie prawo, spojrzenie na pewną kwestię, które bierze się u mnie z głębokiego przekonania o ułomności systemu. Naszego i tych funkcjonujących w wielu innych krajach. I nie dotyczy to tylko tego problemu, który został poruszony na kartach „Ucieczki do raju”. Co więcej Michel Bussi nie stara się tutaj wykazać, że zawiódł system, nie wymierza oskarżycielskiego palca we francuski wymiar sprawiedliwości, bo temu tak naprawdę tutaj nie dano szansy. A gdyby dano? No cóż, nie wiem, jak byłoby we Francji, ale w Polsce w takich przypadkach (w mojej ocenie) sprawiedliwości nigdy nie staje się zadość. Bo cóż to są za kary... istna parodia, wręcz kpienie sobie z osób, które poniosły przeraźliwą krzywdę. Czy więc potępiałam plan wymierzony w pewnego młodego mężczyznę, czy patrzyłam złym okiem na osobę, która z premedytacją odebrała mu życie? Tak i nie. I za to rozchwianie, za to, że nie widziałam tutaj czerni i bieli, że nie potrafiłam sprawcy ani potępić, ani pochwalić i oczywiście za to, że Bussi dał mi trochę do myślenia (troszkę), przede wszystkim cenię sobie to opowiadanie. Napięcie w tym przypadku było dla mnie sprawą drugorzędną, choć oczywiście tutaj, tak jak i w pozostałych tekstach zmieszczonych w recenzowanym zbiorze, również mi go nie brakowało.

Miłośników prozy Michela Bussiego pewnie nie muszę zachęcać do sięgnięcia po zbiorek „Czy pamiętasz, Anais?”. Poznanie takiego oblicza tego francuskiego mistrza thrillera/kryminału, pewnie będzie dla nich nie lada gratką. To znaczy ci z jego fanów, którzy dotychczas nie mieli okazji sprawdzić jak autor uwielbianych przez nich powieści radzi sobie w krótszej formie literackiej (w opowiadaniach), prawdopodobnie już nie mogą doczekać się lektury tej publikacji. Jeśli, rzecz jasna, już nie mają jej za sobą... A pozostali? No cóż, myślę, że od tej książki przygody z pisarstwem Michela Bussiego lepiej nie zaczynać. Według mnie w opowiadaniach dobrze sobie radzi, ale i tak wolę jego powieści – myślę, że „w tamtym środowisku” sprawdza się lepiej, ale to nie znaczy, że chciałabym, aby trzymał się z dala od opowiadań. Zbiorek „Czy pamiętasz, Anais?” absolutnie nie zraził mnie do opowiadań Michela Bussiego. Wręcz przeciwnie: chętnie zapoznam się z innymi jego krótszymi utworami, gdy tylko takowe się pojawią. W Polsce oczywiście.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

niedziela, 31 marca 2019

S.E. Lynes „Matka”

Recenzja przedpremierowa

Christopher Harris od dawna czuł, że nie pasuje do swojej rodziny, więc nie jest szczególnie zdziwiony, gdy dowiaduje się, że został adoptowany. Po wyjeździe na studia zdobywa dane swoich biologicznych rodziców i nawiązuje kontakt z matką, Phyllis Griffiths. Ku swojej ogromnej radości, Christopher dowiaduje się od niej, że zawsze za nim tęskniła i marzyła o chwili, w której go zobaczy. Nieśmiały młody mężczyzna wreszcie czuje, że znalazł swoje miejsce w świecie, że jest ktoś, kto go rozumie i darzy bezgraniczną miłością. W tym samym czasie w mieście Leeds, w którym studiuje Christopher panuje atmosfera strachu zasiana przez niezidentyfikowanego osobnika. Harris bardzo interesuje się tą sprawą, ponadto dużo czasu spędza ze swoim współlokatorem Adamem Wellsem, który pomaga mu wyjść ze skorupy nieśmiałości. Ale najbardziej zajmuje go dopiero co odnaleziona matka, która z radością przyjmuje go do swojej rodziny. Jak wiele Christopher będzie w stanie poświęcić dla życia, które on i Phyllis sobie stworzyli?

S.E. Lynes, a właściwie Susie Lynes, to brytyjska powieściopisarka specjalizująca się w thrillerze psychologicznym. Studiowała na Uniwersytecie Leeds, przez jakiś czas była producentką jednego z programów kanału BBC, a potem wraz z mężem i dwójką dzieci przeniosła się do Rzymu. Właśnie tam zaczęła pisać, a po powrocie do Wielkiej Brytanii uzyskała tytuł magistra w dziedzinie kreatywnego pisania. Obecnie wykłada w Richmond Adult Community College, wychowuje dzieci i oczywiście pisze książki. Jej pierwsza powieść, „Valentina”, ukazała się w 2016 roku, „Matka” została wydana w następnym roku, a „The Pact” i „The Proposal” w roku 2018. Już w maju 2019 roku ma ukazać się kolejna powieść S.E. Lynes, zatytułowana „The Women”. Ale nie w Polsce. Chociaż może sukces „Matki” skłoni polskich wydawców do wpuszczenia na nasz rynek pozostałych dzieł Lynes. Bo podejrzewam, że o tej książce będzie głośno.

Nie licząc niedługiego wprowadzenia, akcja „Matki” toczy się w drugiej połowie lat 70-tych i na początku lat 80-tych XX wieku (pierwszy plus: klimacik retro). Narratorką jest tytułowa postać, Phyllis Griffiths, która obecnie przebywa w jakimś ośrodku. Właśnie tam spisuje historię Christophera Harrisa, swojego ukochanego syna, którego tuż po jego narodzinach była zmuszona oddać w obce ręce. Narracja jest dosyć nietypowa, bo Phyllis tylko momentami pisze o sobie w pierwszej osobie. Najczęściej jest narratorką trzecioosobową, która to koncentruje się przede wszystkim na Christopherze Harrisie. S.E. Lynes nie ukrywa, że w życiu Phyllis doszło do jakiejś tragedii, w której swój udział miał Christopher. Kobieta swoją historię spisuje w roku 1981, a kontakt z nią osiemnastoletni wówczas Christopher nawiązał w roku 1977 – wtedy wysłał pierwszy list do swojej biologicznej matki, na który ta czym prędzej odpowiedziała. I tak zaczęła się budowa więzi, która normalnie powinna zacząć się kilkanaście lat temu. Phyllis urodziła Christophera (a właściwie to Martina, jego adopcyjni rodzice nadali mu bowiem inne imię) w bardzo młodym wieku, więc decyzję o oddaniu go w obce ręce tak naprawdę podjęli jej rodzice. Chłopiec trafił do dobrej, choć wielce powściągliwej jeśli chodzi o okazywanie uczuć, rodziny, w której z czasem zaczął czuć się nieswojo. Gdy na świat przyszło pierwsze z dwójki dzieci jego adopcyjnych rodziców, Christopher zaczął się czuć tak jakby do nich nie pasował, jakby był kimś obcym we własnym domu. Odkrycie, którego parę lat później dokonał wyjaśniło skąd brało się u niego to poczucie wyobcowania. A właściwie to wątpliwości rozwiali ludzie, których dotychczas uważał za swoich biologicznych rodziców (choć nie do końca), niejako zmuszeni do tego przez odkrycie dokonane przez samego Christophera. S.E. Lynes najbardziej skupia się w „Matce” na kreśleniu obrazu młodego człowieka, którego los najpewniej skruszy nawet najtwardsze serca. Autorka bez wątpienia chciała by czytelnicy przywiązali się do tego skrzywdzonego chłopaka, by silnie z nim sympatyzowali, w duchu licząc, że w końcu uda mu się odnaleźć szczęście. Lynes nie ułatwiała sobie tego zadania, a wręcz wrzuciła sobie pod nogi kłodę, praktycznie od początku książki dając jej odbiorcom do zrozumienia, że Christopher wkrótce doprowadzi do jakiejś tragedii. Z punktu widzenia umownie relacjonującej to Phyllis, to tajemnicze zło już się dokonało. Tajemnicze dla nas, bo autorka „Matki” każe nam długo czekać na sprecyzowanie owych złych przeczuć względem Christophera, które buduje w nas już od pierwszych stronic tej powieści (chociaż z drugiej strony przynajmniej część z tego łatwo z czasem się domyślić). Tak, tylko że... Zabrzmi to strasznie, ale choć doskonale zdawałam sobie sprawę z zagrożenia, jakie niesie ten młody człowiek (przez jakiś czas nie wiedziałam tylko na czym konkretnie ma ono polegać), choć jawił mi się niczym tykająca bomba, która na pewno nie okaże się niewypałem, to nie mogłam oprzeć się ciepłym uczuciom względem niego. A tak naprawdę to nawet z nimi nie walczyłam, dałam się porwać tej fali, chociaż przeczuwałam, że zostanę przez nią wrzucona do raju. Doprowadzi mnie do zguby? Tak, chyba właśnie takie wrażenie odnosiłam śledząc losy Christophera Harrisa. A mimo to nie zamierzałam przecinać owej niezwykle silnej więzi z tym chłopakiem, patrzeć na niego złym okiem, odbierać go w kategoriach czarnego charakteru. Nawet wówczas, gdy moje podejrzenia względem niego znacznie się poszerzyły, gdy nie ograniczały się już tylko do czasu przyszłego (dla mnie przyszłego, bo w istocie mamy tutaj do czynienia z retrospekcją), do moich wyobrażeń tego, do czego doprowadzi jego relacja z Phyllis, ale zaczęły dotyczyć też tego co dzieje się tu i teraz. Nie mogę powiedzieć, że z otwartymi ramionami przyjęłam wprowadzenie dodatkowego wątku, dobudowanie do historii dorosłego człowieka dopiero wchodzącego w relację ze swoją rodzoną matką, jednego z najbardziej wyświechtanych motywów poruszanych tak w literaturze, jak i kinie grozy (zwłaszcza w thrillerach). I bynajmniej nie dlatego, że oryginalności próżno było w tym szukać, bo na tym szczególnie mi nie zależy. Obawiałam się tego, z czym niestety nie tak rzadko spotykam się w beletrystyce, a mianowicie denerwującego rozproszenia akcji, prowadzenia fabuły po dwóch ścieżkach w sposób chaotyczny i mało szczegółowy. Uspokajam jednak. Czego jak czego, ale omawiana powieść takich przywar nie posiada.

Stephen King swego czasu napisał opowiadanie, które bardzo sobie cenię, ale nie o tym chciałam. Otóż, „Matka” S.E. Lynes nasuwała silne skojarzenia z tym tekstem niekoronowanego króla współczesnego literackiego horroru, tytułu którego wolę nie zdradzać (bo możliwe, że ktoś mógłby to odebrać jako spoiler), ale jestem przekonana, że przynajmniej większość z tych osób, którym znane jest owe dziełko Kinga, rozszyfruje to bez niczyjej pomocy. Rzeczone podobieństwa do innego znanego mi tekstu dla mnie minusem nie są. Wręcz przeciwnie: to tylko wzbogacało mój odbiór „Matki”, bo gdyby nie to pewnie dręczyłyby mnie wątpliwości, a tak już od początku tego wątku miałam pewność, że... I znowu, więcej zdradzić nie mogę. Mogę tylko wyjawić, że pewność co do tego czegoś bardzo mi się opłaciła. Nie wiem, czy S.E. Lynes po części inspirowała się tutaj jednym z opowiadań Stephena Kinga, bo w gruncie rzeczy to na tyle uniwersalny temat, że wcale bym się nie zdziwiła, gdyby się okazało, że ta brytyjska powieściopisarka nawet o tym opowiadaniu nie słyszała, nie mówiąc już o zaznajomieniu się z jego treścią. Tylko ten uniwersytet, to studenckie życie... To przede wszystkim naprowadziło mnie na ten trop. I jest to na tyle charakterystyczny element, że nie mogę nie dopuszczać możliwości, że Lynes faktycznie zainspirowała się jedną z krótszych opowieści Kinga. Poprzestańmy więc na tym, że nie wiem, jak było w istocie i idźmy dalej. Wróćmy do Christophera Harrisa, tego skrzywdzonego przez los, zamkniętego w sobie młodego człowieka, który rozpaczliwie pragnie poznać swoje korzenie. Młodego mężczyzny, który przez wiele lat borykał się z wyobcowaniem, nie tylko wśród swoich rówieśników, ale również w domu rodzinnym, w którym ewidentnie brakowało ciepła. Jego rodzice nigdy nie byli wylewni, właściwie to spokojnie można ich nazwać ludźmi bardzo sztywnymi, ale bez wątpienia robili co mogli, by dobrze wychować swoje dzieci. Starali się zapewnić im właściwy byt, pomimo tego, że nigdy im się nie przelewało. Swoje wady mieli (a kto ich nie ma?), ale dbali o dzieci jak umieli. O swoje rodzone i o Christophera, którego adoptowali gdy nabrali, jak się okazało fałszywej, pewności, że już nie doczekają się swoich własnych dzieci. Christopherowi jednak to nie wystarczało. Już w dzieciństwie zaczął czuć się obco we własnym domu, więc tak naprawdę ucieszył się, gdy odkrył, że został adoptowany. Oczywiście, najpierw był lekki szok i złość na ludzi, których uważał za swoich rodziców za to, że przez tak długi czas ukrywali przed nim prawdę, ale to stosunkowo szybko minęło. Kiedy poznał swoją biologiczną matkę poczuł się tak, jakby wreszcie stał się człowiekiem kompletnym, jak gdyby znalazł swoją bratnią duszę, w pewnym sensie drugą połówkę, za którą jak doszedł do wniosku od najmłodszych lat podświadomie tęsknił. „Matka” to pełna napięcia opowieść o człowieku, który nade wszystko pragnie rodzinnego szczęścia, który tak bardzo łaknie matczynej miłości, że wydaje się, że jest gotowy zrobić absolutnie wszystko, żeby ją zdobyć. Phyllis staje się całym życiem Christophera, niedawno odnaleziona rodzicielka przysłania mu cały świat, staje się dla niego kotwicą, której zazdrośnie strzeże. Ewidentnie wygląda to na obsesję. W dodatku nie można oprzeć się wrażeniu, że bardzo niezdrową, powoli acz konsekwentnie prowadzącą tego godnego najwyższego współczucia młodego człowieka do zguby. I najpewniej nie tylko jego, bo narratorka „Matki” i zarazem bohaterka tytułowa, praktycznie od początku nie pozwala nam wątpić w to, że ona również jest ofiarą. Być może największą ofiarą obsesji Christophera... Być może. Jedno jest jednak pewne: ta historia ściśnie niejedno serce; niewielu, jeśli w ogóle ktoś, przejdzie obok niej obojętnie. Niektórzy pewnie nawet zakończą tę lekturę z mokrą twarzą. S.E. Lynes ma w sobie bowiem tak ogromne pokłady empatii, tak bardzo wczuwa się w swoje postaci, pisze z taką dojrzałością, wnikliwością, w sposób tak szczegółowy, barwny, piękny po prostu, że naprawdę trudno nie uronić paru łez nad strasznym losem bohaterów „Matki”. Bo pisarstwo Lynes sprawia, że nie patrzy się na nich jak na fikcyjne postaci, o których z pewnością zapomni się niedługo po zakończeniu lektury. Więzi, które ta brytyjska autorka, bez widocznego wysiłku, wytwarza za pośrednictwem tej książki, to przywiązywanie nas zwłaszcza do Christophera i Phyllis (liną jeszcze grubszą od tej, która przez lata pętała głównego (anty)bohatera tej powieści) sprawia, że odbiera się ich jak osoby bliskie naszemu sercu, z którymi wolelibyśmy się nie rozstawać. A przynajmniej ja tak to odbierałam – tak zaangażowałam się w losy tych postaci, że po przeczytaniu ostatniej stronicy tej powieści ogarnął mnie autentyczny żal nie tylko nad nimi, ale i nad sobą. Było mi przykro nie tylko przez to, co ich spotkało, ale również dlatego, że to koniec tej emocjonującej, trzymającej w napięciu, do głębi poruszającej podróży zorganizowanej przez wielce utalentowaną Brytyjkę.

Dlaczego w Polsce jeszcze nie ukazały się wszystkie powieści S.E. Lynes? Dlaczego jej twórczość nie jest na bieżąco wpuszczana na nasz rynek? Dlaczego aż niecałe dwa lata dzielą światową i polską premierę „Matki”? To do wydawców. A do Was, drodzy miłośnicy literackich thrillerów psychologicznych kieruję prośbę, nie zachętę. Uniżenie proszę każdego, powtarzam każdego, zapalonego czytelnika tego rodzaju prozy o pochylenie się nad „Matką” S.E. Lynes. To jedna z tych książek, której w moim pojęciu, nie powinniście opuszczać. Powiedziałabym nawet, że Waszym obowiązkiem jest to przeczytać, ale poprzestańmy na usilnej prośbie. Błagam, nie przegapcie tego. Niech ta książka i w Polsce odniesie duży sukces, niech nie przejdzie bez głośnego echa. Bo tak będzie, jeśli nie dacie jej szansy. Ale dacie, prawda?
 
Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

piątek, 29 marca 2019

„Braid” (2018)

Dwie zaprzyjaźnione, poszukiwane przez policję złodziejki i dilerki, Petula i Tilda, postanawiają okraść swoją koleżankę z dzieciństwa Daphne. Uznają, że najlepszym sposobem na uśpienie jej czujność będzie zaproszenie jej do zabawy, którą wymyśliły jako dzieci. Tilda wciela się w postać malej córki Daphne, a Petula odgrywa pana doktora. Ich bogata znajoma zachowuje się tak, jakby przez lata tylko na to czekała. Chętnie wchodzi do zabawy, oczekując od koleżanek ścisłego przestrzegania jej zasad. Zaburzona psychicznie kobieta w tej kwestii jest bardzo stanowcza. Aż za bardzo. Petuli i Tildy to jednak nie zniechęca, nawet wówczas, gdy nie mogą już mieć wątpliwości, że Daphne stanowi dla nich zagrożenie. Tylko czy na pewno jest ona bardziej niebezpieczna od swoich koleżanek?

Amerykański thriller psychologiczny pt. „Braid” to pełnometrażowy debiut Mitzi Peirone, zarówno w roli reżyserki, jak i scenarzystki. Większość zdjęć powstała w zabytkowym domu w Yonkers w stanie Nowy Jork, znanym jako W. B. Thompson Mansion i Alder Manor, zbudowanym na przełomie XIX i XX wieku przez potentata górniczego i finansistę Williama Boyce'a Thompsona. Premierowy pokaz filmu miał miejsce w kwietniu 2018 roku na Tribeca Film Festival, a do szerszego obiegu wszedł w pierwszym kwartale roku 2019.

Imogen Waterhouse jako Petula, Sarah Hay jako Tilda i Madeline Brewer (m.in. „Cam” Daniela Goldhabera) jako Daphne. Trzy dorosłe kobiety zabawiające się w odgrywanie postaci w imponującym domostwie należącym do jednej z nich. Brakuje mi słów, by wyrazić mój podziw dla tych aktorek, by zobrazować stan, w jaki te panie bez widocznego wysiłku mnie wprawiły. Bo powiedzieć, że szczęka mi opadła, to zdecydowanie za mało. Zadanie, które Mitzi Peirone przed nimi postawiła, łatwe nie było. Charakter pierwszoplanowych postaci pozwalał ich odtwórczynią trochę poszaleć, pobawić się tym, wymagał od nich luzu, pełnej swobody, całkowitego rozluźnienia w skórze (anty)bohaterek, których zachowanie znacznie odbiega od ogólnie przyjętych norm. Stereotypowe te postacie na pewno nie są – ciężko umieścić je w jakichś ramach, dopatrzeć się jakiegoś modelu, na tyle znanego, żeby można było z łatwością przewidywać ich posunięcia. Innymi słowy te panie nie zachowują się w sposób, do którego przyzwyczaiło nas kino. Z pewnością nie są to postacie, które można by nazwać pospolitymi, ale przesadą byłoby stwierdzenie, że są one innowacją. Choćby w tak zwanych chorych horrorach można spotkać tak zwariowane figury, nieidentyczne, ale uderzające w podobną nutę. Właścicielka domu, do którego przybywają Petula i Tilda, dwie poszukiwane przez policję młode kobiety, ma na imię Daphne i jest ich koleżanką z dzieciństwa. Bez wątpienia chorą psychicznie, oderwaną od rzeczywistości, ale nie kompletnie. Krótkie retrospekcje zaznajomią nas z krzywdą, jaka spotkała Daphne w dzieciństwie i która bez wątpienia miała duży wpływ na jej stan psychiczny. Nie ma się wątpliwości, że to, co ją wówczas spotkało negatywnie odbiło się na jej psychice. W efekcie tego wydarzenia Daphne nie mogła zaspokoić pewnej naturalnej potrzeby. To pragnienie w niej narastało, przeradzając się w coś nienaturalnego. Niemożność zaspokojenia tej potrzeby zepchnęła Daphne w otchłań szaleństwa – kobieta zachowuje się tak, jakby komfort odnajdywała jedynie w zabawie, którą ona i jej dwie ówczesne przyjaciółki wymyśliły w dzieciństwie, jakby najlepiej czuła się w skórze wyimaginowanej postaci. Petula i Tilda wiedzą o tej jej przypadłości, choć w ostatnich latach nie utrzymywały z nią kontaktu, i postanawiają wykorzystać to do swoich niecnych celów. Do domu Daphne wchodzą jako postacie, w które wcielały się w dzieciństwie, w ten sposób od razu zapraszając bogatą gospodynię do zabawy, w której ta zdaje się zatracać. Ten wyimaginowany świat wydaje się być dla Daphne bardziej rzeczywisty od tego realnego, ale nie jest ona tak bardzo oderwana od rzeczywistości, by nie zauważać każdego odstępstwa od reguł tej gry (i by nie móc „wracać do swojej postaci”, ilekroć jest to konieczne, co widać podczas wizyty detektywa Siegela). Petula i Tilda od początku są świadome tego, że muszą trzymać się zasad, że aby uśpić czujność bogatej koleżanki muszą się bardzo postarać, że nie ma tutaj miejsca na półśrodki. Tak więc gdy Tilda (jako dziecko) według Daphne łamie jedną z zasad, Petula (jako pan doktor) z ciężkim sercem rani swoją wspólniczkę w nogę – mocno uderza w nią młotkiem do mięsa, ku uciesze chorej psychicznie gospodyni wcielającej się w rolę matki niesubordynowanej Tildy. Ta ostatnia już w dzieciństwie nie lubiła się w to bawić, i trudno żeby to się zmieniło teraz, gdy jest już dorosłą kobietą. Nie potrafi więc tak wczuwać się w rolę jak Petula (swoją drogą Imogen Waterhouse przyciągała mój wzrok najbardziej, chociaż uważam, że miała silną konkurencję), tak poświęcać się dla sprawy, z którą to przybyły do ogromnego i trochę zaniedbanego domu Daphne. Ich celem jest znaleźć i otworzyć sejf, w którym jak wiedzą dziedziczka fortuny trzyma pokaźną gotówkę, potrzebną im przede wszystkim do spłacenia groźnego człowieka, dla którego pracują. To najpierw, a to co zostanie zamierzają zainwestować w siebie, zapewnić sobie lepsze, dużo wygodniejsze życie. Ale żeby ich plan się powiódł muszą przechytrzyć chorą psychicznie kobietę, z którą przyjaźniły się w dzieciństwie. Co wcale nie okazuje się zadaniem łatwym. To śmiertelnie niebezpieczna gra – nie wiadomo tylko, dla której z tych trzech kobiet najbardziej.

W mojej ocenie Mitzi Peirone i jej ekipa trochę przedobrzyli z warstwą techniczną. Czarno-białe zdjęcia, które gdzieniegdzie powklejano były dobrym pomysłem, choćby z tego powodu, że podkręcało to dramaturgię (nie mam pojęcia dlaczego, ale tak to odbierałam) z niemal równą siłą, co groźne tony muzyczne często wybrzmiewające w tle, całkiem nastrojowa ścieżka dźwiękowa skomponowana przez Michaela Gatta. Ale już te sekwencje, w których szarość co najwyżej była otoczką dla elementów uwypuklanych poprzez nazbyt rażące, krzykliwe barwy, z okropnym różem włącznie, mocno mnie odrzucały. Nie dość, że wprowadzały nieprzyjemny chaos, to wpływały negatywnie na klimat „Braid”. A ściślej każda taka wstawka odsuwała na chwilę na bok właściwą atmosferę tego filmu, te dosyć ponure obrazy, z których bezsprzecznie emanowało istne szaleństwo, które budowały we mnie szybko narastające poczucie tkwienia w śmiertelnie niebezpiecznej pułapce, w której króluje istny absurd. „Braid” ma w sobie coś z czarnej komedii, zgrabny wisielczy humor często z tego przebija, przy czym moim zdaniem jeden moment mocno się tutaj wyróżnia. Sekwencja z goleniem przed lustrem w pewnym sensie rozstroiła mój organizm. Poczułam się tak, jakby walczyły we mnie dwie skrajnie różne emocje, jakby niesmak przez chwilę konkurował z rozbawieniem, by na końcu się zespolić, tworząc nader cudaczną, nieczęsto spotykaną emocję, której nie potrafię nazwać. „Braid” parokrotnie zaserwował mi coś w ten deseń, ale ta scenka przed lustrem wprawiła mnie w ten dziwaczny stan z największą siłą. Śledząc fabułę pierwszej pełnometrażowej produkcji Mitzi Peirone czułam się nieswojo. Opowieść ta wprawiała mnie w lekki dyskomfort, bo dostarczała tyle sprzecznych emocji, które na dodatek uderzały we mnie z tak niezwykłą siłą, że czułam się jak ogłuszona. Jak półprzytomny człek dryfujący w oparach absurdu. Ach, jak ja uwielbiam to uczucie, jaką miłością pałam do dzieł, które wprawiają mnie w taki stan, do filmów i utworów literackich, które wyglądają jak podróż przez umysł chorej psychicznie jednostki. „Braid” szybko natchnął mnie pewnością, że dosłownie wszystko może się tutaj wydarzyć, że nie tylko nie obowiązują tutaj żadne reguły kina, ale i światem przedstawionym przez Peirone nie rządzą prawa funkcjonujące w tak zwanym cywilizowanym świecie. Są tylko trzy reguły, których bezwarunkowo należy się trzymać, trzy zasady niegdyś wymyślone przez małe dziewczynki, które teraz, już jako osoby dorosłe, przystępują do zabawy w odgrywanie ról. Scenariusz „Braid” autorstwa Mitzi Peirone traktuje przede wszystkim o niechęci bądź niemożności opuszczenia dziecięcej krainy fantazji, o ucieczce od dorosłej, nudnej i uciążliwej, egzystencji, którą to ciężko uznać za akceptowaną przez społeczeństwo. A na pewno nie w tak skrajnym wydaniu, z jakim mamy do czynienia w thrillerze psychologicznym pt. „Braid”. Nie należy przez to rozumieć, że film ten jest mocno krwawy, że jego twórcy pokusili się o znaczne rozbudowanie płaszczyzny gore, bo w tym byli dosyć powściągliwi. Dostajemy kilka umiarkowanie krwawych ujęć, gdzie substancja służąca za posokę, jak na moje oko, jest nienaturalnie rozwodniona i poza nią tak naprawdę niewiele więcej widać. Zbliżeń na odrażające rany nie ma praktycznie wcale, ale to nie znaczy, że film ten nie wypada makabrycznie. Do pewnego stopnia taki właśnie jest, tyle że delikatną odrazę i poczucie upiorności nie budzi sfera wizualna. A przynajmniej nie przede wszystkim. Bo nie wykluczam, że umiarkowanie krwawe efekty specjalne na co poniektórych będą odpowiednio oddziaływać, ale wydaje mi się, że w jeszcze większy dyskomfort wprawiać ich będzie sama ta historia, ten tekst spłodzony przez Peirone, w który w głównej mierze życie tchnęły trzy utalentowane aktorki. Z których to dwie wcielają się w postacie, w zachowaniu których ciężko odnaleźć większą logikę – Petula i Tilda, choć w każdej chwili mogą to zrobić, nie uciekają z domu Daphne, nawet wówczas, gdy staje się dla nich jasne, że gospodyni jest osobą skorą do przemocy, że jest kimś gotowym zrobić prawie albo dosłownie wszystko, by wymusić na towarzyszkach tej okrutnej zabawy ścisłe przestrzeganie jej zasad. Petula i Tilda tak bardzo chcą zdobyć pieniądze, że nie zraża ich nawet ogromny fizyczny ból, jakiego Daphne im dostarcza, a właściwie to nie zniechęca tej pierwszej, bo Tilda od początku nie wydaje się tak do końca przekonana do tego planu. „Braid” może zaskoczyć, wprawić w niemałe zdumienie i to nie tylko wówczas gdy akcja robi gwałtowny zwrot, bo wszystko wydaje się tutaj nie takie jak być powinno. Dla mnie owszem, „Braid” przewidywalny nie był, ale i nie mogę powiedzieć, że przygotowana przez Mitzi Peirone niespodzianka, to znaczy ta największa, jakoś szczególnie mną wstrząsnęła. Pomysł niezły UWAGA SPOILER (opowieść nagle nabiera sensu) KONIEC SPOILERA, ale po tym, co zobaczyłam wcześniej byłam przygotowana na wszystko, miałam już taki przesyt cudaczności, że chyba po części się uodporniłam. Wydaje mi się, że w tym przypadku czegokolwiek Peirone by nie wymyśliła, jakiego uderzenia by nie wypuściła, nie zdołałaby już wywrzeć na mnie dużo silniejszego efektu, od tego dotychczasowego. Bo to chyba niewykonalne, skoro już prawie na początku twórcy rozpoczęli proces oswajania mnie z kuriozum, którego chyba nie powstydziłby się żaden znany twórca bezkompromisowego kina grozy - choć „Braid” to według mnie thriller psychologiczny (oficjalna klasyfikacja: horror/thriller), nawet twórca tak zwanych chorych horrorów.

Zdrowym debiutanckiego pełnometrażowego filmu Mitzi Peirone, na pewno bym nie nazwała. W pozytywnym tego słowa znaczeniu. A przynajmniej dla mnie fakt, że dane dziełko mogę spokojnie określić słowem „chore”, jest dużym plusem. Oczywiście, samo to w moich oczach jeszcze nie przesądza o wartości filmu grozy – sama bezkompromisowość, sama absurdalność, makabreska, sama kuriozalność nie wystarczą, by seans takiego filmu był dla mnie jedną z bardziej niezwykłych przygód. Historia musi mnie wciągnąć, klimat musi być odpowiedni, a i dobrze gdy przynajmniej najważniejsi członkowie/najważniejsze członkinie obsady dobrze odnajdą się w swoich rolach. W „Braid” atmosfera momentami mocno zgrzyta, co odbija się negatywnie na fabule. Narracja miejscami jest trochę chaotyczna, wkrada się w to pewien rozgardiasz, ale przez większość czasu powodów do narzekań nie miałam. A jeśli chodzi o odtwórczynie pierwszoplanowych ról i samą rozpiskę ich postaci poczynioną przez Mitzi Peirone, to cały czas byłam pod ogromnym wrażeniem. Kreacje te na pewno długo będą trwać w mojej pamięci. Coś wspaniałego, po prostu!