Stronki na blogu

poniedziałek, 21 października 2019

„Koko-di Koko-da” (2019)


Trzy lata po śmierci swojej ośmioletniej córki niepotrafiący się już porozumieć Elin i Tobias wybierają się pod namiot. Mężczyzna rozbija go w lesie pod osłoną nocy. Nazajutrz z samego rana kobieta wychodzi z namiotu za potrzebą. Wówczas spomiędzy drzew wyłaniają się dziwaczni osobnicy: starszy mężczyzna w słomkowym kapeluszu, kobieta z burzą włosów na głowie prowadząca na smyczy pitbula i postawny mężczyzna niosący martwego psa. Nieznajomi atakują Elin na oczach jej zdjętego przerażeniem męża, któremu też nie zamierzają szczędzić mąk. Uwięziony w namiocie Tobias rozpaczliwe szuka sposobu na wyjście cało z tego nieoczekiwanego koszmaru, ale jego szanse w starciu z trójką napastników i ich krwiożerczym psem są praktycznie zerowe.

Szwedzko-duński horror psychologiczny „Koko-di Koko-da, którego tytuł nawiązuje do francuskiej kołysanki, jest dziełem Johannesa Nyholma. Szwedzkiego reżysera, scenarzysty i producenta, który wcześniej stworzył tylko jeden pełnometrażowy obraz, dramat sportowy pt. „Olbrzym” (oryg. „Jatten”) oraz kilka shortów. Nyholm zdradził, że pracę nad scenariuszem „Koko-di Koko-da” zaczął długo przed „Olbrzymem”. Plan zakładał inną kolejność realizacji tych filmów, ale przez wzgląd na to, że filmowcy najpierw uzyskali fundusze na „Olbrzyma”, „Koko-di Koko-da” musiało poczekać. Nyholm wyznał, że ważniejszy był dla niego ten drugi projekt: horror psychologiczny o (nie)radzeniu sobie po stracie bliskiej osoby oraz o budowaniu, tak naprawdę przez każdego z nas, kokonu bezpieczeństwa, który w każdej chwili może zostać zniszczony. I nierzadko tak właśnie się dzieje. Pierwszy pokaz „Koko-di Koko-da” odbył się w styczniu 2019 roku na Sundance Film Festival. A to był dopiero początek jego długiego tournee po festiwalach filmowych organizowanych w wielu krajach świata.

Porównywany do surrealistycznych obrazów Davida Lyncha i bezkompromisowych produkcji Larsa von Triera, drugi pełnometrażowy film Johannesa Nyholma zachwycił krytyków, ale z racji dosyć ograniczonej dystrybucji jeszcze nie może pochwalić się wysoką oglądalnością. Liczę jednak, że to szybko się zmieni, bo „Koko-di Koko-da” to można powiedzieć towar deficytowy. We współczesnej kinematografii grozy nieczęsto wypływa się na podobne wody – po części pewnie dlatego, że oczekiwania niemałej części dzisiejszych odbiorców horrorów są inne, a przecież też nie każdy posiada wrażliwość artystyczną choćby tylko zbliżoną do tej, którą ma Johannes Nyholm. Bezkompromisowy, surrealistyczny, kameralny, naturalistyczny, intymny, intensywny i... wprost chwytający za serce. Taki w mojej ocenie jest „Koko-di Koko-da”. Szwedzko-duński horror psychologiczny, który z niewielkich środków robi coś naprawdę wielkiego. Innymi słowy: minimalistyczna forma-maksymalistyczny przekaz. Na to postawił diablo utalentowany Szwed, dla którego najwyraźniej horror to nie zlepek prymitywnych jump scenek i efektów komputerowych, jak z niewieloma wyjątkami „uczy” przede wszystkim dzisiejsze Hollywood. W „Koko-di Koko-da” pokazuje (i bynajmniej nie jest pierwszy), że liczy się przede wszystkim klimat, głębia i realizm. Niektórzy to ostatnie mogą podawać w wątpliwość, obserwując oprawców głównych bohaterów filmu, wyglądających jakby zerwali się z cyrku. Albo z jakiegoś delirycznego snu. Starszy jegomość w słomkowym kapeluszu i jego milczący, posłuszni mu towarzysze: kobieta z fantazyjną fryzurą i gigantyczny mężczyzna, wydają się być oderwani od rzeczywistości. Niepasujący do pozornie poukładanego świata, w którym wszyscy żyjemy. Rzekomo, bo rzeczywistością, w której trwamy wcale nie rządzi logika – już prędzej logika snu. Między innymi taki wniosek nasuwa się podczas seansu omawianej produkcji. Zupełnie jakby Johannes Nyholm chciał nam powiedzieć, że na tym świecie może zdarzyć się absolutnie wszystko, że nie ma rzeczy niemożliwych, że Strefa Mroku to nasza rzeczywistość. Albo nasz umysł. Bo nie sposób nie zauważyć, że przeżycia w głębi lasu od trzech lat przechodzącego kryzys małżeństwa, przypominają swego rodzaju psychiczną matnię. Pułapkę umęczonego umysłu. Wiemy, jak wyglądało ich życie trzy lata wcześniej. Jacy byli szczęśliwi. Jak dobrze czuli się w swoim towarzystwie i jaką radość czerpali z wychowywania swojej uroczej córki. Historia rozpoczyna się od idyllicznych obrazków z ich wspólnych wakacji. Szczęśliwa rodzinka przebrana za króliki, która jeszcze nie wie, że już wkrótce cały jej świat legnie w gruzach. Bo szczęście zwykle nie trwa długo. Kiedyś musi się skończyć, choćbyśmy nie wiadomo jak starali się je utrzymać. Może się nam wydawać, że sielanka będzie trwać już wiecznie, że krzywda nigdy nas nie dosięgnie, ale życie prędzej czy później pokaże, jak bardzo się myliliśmy. Oszukiwaliśmy się, ale i trudno nas za to winić, bo czymże byłaby nasza egzystencja, gdybyśmy nie czerpali pełną piersią z każdej chwili szczęścia? Cóż, dokładnie tym, czym dla Tobiasa i Elin staje się życie bez córki – pasmem nieustających cierpień. Ciągłą męką płynącą z przeświadczenia, że ten promyk, który rozświetlał ich egzystencję bezpowrotnie zgasł. Nyholm nie ograniczył się do tradycyjnego ukazania ogromnego nieszczęścia, które tak nagle na nich spadło. Ich historię przełożył również na język teatrzyku cieni – nie mniej wzruszająca, straszna bajka o rodzinie królików, która traci swoje jedyne dziecko przez nieuwagę jedynego kolorowego elementu tego świata, tj. pięknego w swoim anachronicznym wykonaniu mitycznego ptaka. UWAGA SPOILER Myślę, że ptak symbolizuje Tobiasa i Elin. Obwiniają się o śmierć swojej córki. Wyrzuty sumienia w pewnym sensie ich zabijają (wciąż na nowo, jak można wywnioskować z ich przejść w lesie, które tak naprawdę mogą być jedynie pułapką umysłu obojga bądź tylko Elin). Aż wreszcie odnajdują spokój – odradzają się niczym feniks z popiołu KONIEC SPOILERA. Muzyka skrzypcowa w tle skomponowana przez Olofa Corneera i Simona Ohlssona robi jeszcze większą robotę od poruszających obrazów przewijających się na płótnie. Dociera do głębi. Hipnotyzuje i rani. Jeszcze mocniej niż sceny przemocy przygotowane przez twórców „Koko-di Koko da”. W ogóle cała ścieżka dźwiękowa tego filmu znacznie wybija się ponad przeciętność, ale utwór, który akompaniuje teatrzykowi cieni to według mnie najwyższa liga. Istny majstersztyk!

(źródło: https://www.lepolyester.com/)
Odtwórcy główny ról, Leif Edlund (Tobias) i Ylva Gallon (Elin), to nie gwiazdy światowego formatu, a ich postacie niczym nie różnią się od ludzi, których codziennie mijamy na ulicach. Ludzi takich, jak większość z nas. Ludzi, których twarze, zamiast tony pudru, znaczy zmęczenie, zniechęcenie, smutek, monotonia życia praktycznie pozbawionego nadziei. Tobias wprawdzie sili się na niewyszukane dowcipy, ale trudno to nazwać pogodą ducha. Prędzej jest to jego sposób na radzenie sobie z traumą, której tak samo jak jego żona jeszcze nie przepracował. Minęły już trzy lata od śmierci ich jedynej córki, ale oni nadal czują się jakby to było wczoraj. I trudno się im dziwić. Żona Tobiasa, Elin, nie tworzy wokół siebie takiego pancerza jak on. Nie stara się przykryć żartami swojego bezdennego smutku. Szukać pociechy w dowcipach. Nierzadko złośliwych, a przynajmniej Elin ma wrażenie, że jej mąż bawi się jej kosztem. On z kolei zauważalnie czuje się trochę tak, jakby trwał u boku energetycznego wampira, jakby jego partnerka wysysała z niego życie. Widok tej przygniecionej nieszczęściem kobiety, przysparza mu dodatkowej udręki, na co Tobias czasami reaguje złością. Współczuje żonie, ale jednocześnie denerwuje go jej postawa. Z jednej strony Elin wygląda tak, jakby już się poddała, jakby czarna rozpacz, która ogarnęła ją przed trzema laty tak mocno się w niej zakorzeniła, że ona sama nie widzi już niczego poza nią. I nie chce widzieć. Ale z drugiej strony od czasu do czasu unaocznia się w niej jakieś zacięcie. Opór, wola walki – tyle że niekoniecznie z traumą, którą od trzech lat przeżywa, ale z własnym mężem, mogącym być jedyną osobą w jej życiu, której zależy na poprawie jej samopoczucia. Ale czy na pewno tak jest? Czy Tobias faktycznie nade wszystko pragnie nie tylko uporać się z własnym dojmującym poczuciem nieodwracalnej straty, ale również pomóc ukochanej(?) kobiecie? Przed śmiercią córki bez wątpienia darzył ją bezgraniczną miłością, ale czy ona przetrwała do dziś? Do tego feralnego wypadu pod namiot? W głąb lasu. Strasznego lasu. Obezwładniającego. Odbierającego dech swoją... ciasnotą. Naturalna sceneria dla potwornych wydarzeń z udziałem oderwanych od rzeczywistości, a zarazem tak rzeczywistych napastników i bezbronnego małżeństwa, które już myślało, że nic gorszego(?) od straty dziecka nie może ich spotkać, ta leśna sceneria jest niesamowicie klaustrofobiczna. Perspektywa jest mocno zawężona – kamera z rzadka obejmuje szersze obszary, zazwyczaj nie wybiega poza pierwszy plan, ale są momenty, w których niewielkie grono aktorów występujących w omawianej produkcji z wolna się zmniejsza. Kamera krok po kroku się od nich oddala, po czym... następuje kolejny akt tej gehenny, która zdaje się nigdy nie dobiegnie końca. Znajdzie się tutaj również odwrotną sytuację: gdy kamera stoi, a jedna z postaci się od niej oddala. Zagłębia w las z latarką w ręku, którą oświetla sobie i nam drogę. Szeroki snop światła w miarę jej kroków z wolna się zwęża. Dla nas się zmniejsza, ale nie dla niej. Ona jak zaczarowana prze do przodu, coraz dalej w las. Wrócimy do niej, żeby zobaczyć dokąd ta, zdaje się, straceńcza wędrówka ją zaprowadzi. Ale to potem. Najpierw przyjdzie nam zmierzyć się z przynajmniej pozornie nieuzasadnionym okrucieństwem. Z przemocą, obok której trudno przejść obojętnie i bynajmniej nie dlatego, że twórcy epatują makabrycznymi efektami specjalnymi. Nawet substancji udanie imitującej krew przelewa się zaskakująco niewiele. Zaskakująco, bo to, co przeżywają Tobias i Elin w leśnej głuszy niewątpliwe umożliwiało szafowanie krwawą makabrą. I w rękach mniej ambitnego reżysera pewnie w długi pokaz graficznego gore „Koko-di Koko-da” by się zamienił, ale Johannes Nyholm obrał trudniejszą drogę. I naprawdę nie sądzę, żeby zmusił go do tego budżet filmu. Według mnie to prędzej kwestia wrażliwości niźli pieniędzy. Sceny przemocy w „Koko-di Koko-da” przypominają m.in. „Funny Games” Michaela Haneke, „Dom, który zbudował Jack” Larsa von Triera i „Midsommar. W biały dzień” Ariego Astera. Cechuje je swoista surowość, przeraźliwy chłód, bezsensowność zbrodni, przynajmniej pozorna bezcelowość i potworne przekonanie, że dla ofiar tego niezrozumiałego zbrodniczego procederu nie ma żadnej nadziei. Takie podejście do śmierci na ogół bardziej oddziałuje na psychikę. A na pewno na moją. Niektóre zachowania małżeństwa, zwłaszcza Tobiasa, mogą zdumiewać, a nawet wyprowadzać z równowagi (zakładając, że wcześniej nie przyjmiemy innej interpretacji. Istnieją bowiem co najmniej dwie). Dlaczego działają tak rażąco wbrew logice i poniekąd wbrew instynktowi? Dlaczego nie robią tego, co dla nas jest oczywiste? Spokojnie, zrobią. Każdy uderzający błąd w ich postępowaniu zostanie przez nich naprawiony, niejako pod nasze dyktando i po to, by nam udowodnić, że to na nic. Odrażająca działalność kuriozalnych intruzów gwałtownie wdzierających się w nie tyle życie, ile smutną wegetację Tobiasa i Elin, ma znaczenie. To nie beznamiętny pokaz krwawych tortur przeprowadzanych na osobach, których los (jakkolwiek bezdusznie to zabrzmi) tak naprawdę niewiele nas obchodzi. W „Koko-di Koko-da” protagoniści wprawdzie nie są dużo bardziej szczegółowo wykreśleni od tych wszystkich stereotypowych postaci zaludniających część rąbanek, ale jest w nich jakaś głębia. Coś, co kazało mi z autentycznym bólem patrzeć na krzywdę, jaką zadawali im, faktyczni czy tylko pozorni, cyrkowcy i ich zabójczy pies. Ale przeżyłam to tak głęboko głównie dzięki ukierunkowanej na wywarcie jak najdotkliwszego efektu warstwie technicznej. Pracy ekipy nie tylko świadomej celu, jaki chce osiągnąć, ale i wiedzącej jak to zrobić. Jakie sznurki pociągnąć, by wyrwać widzów z ich strefy komfortu. W każdym razie mnie na pewno, bo naturalnie trudno o pewność, że coś takiego przemówi do szerokiej publiczności. Choćby nawet tylko złożonej z amatorów kina grozy. Tak inny jest to film, że doprawdy trudno tutaj prognozować. A jeszcze trudniej w pełni zrozumieć zakończenie. Znaleźć odpowiedzi w tym szaleństwie. Bo jak tu objąć rozumiem logikę snu? To w ogóle możliwe? Sens tej artystycznej wypowiedzi Johannesa Nyholma, jaką jest „Koko-di Koko-da” raczej nietrudno pojąć, ale już poskładanie sobie tego niezwyczajnego ciągu wydarzeń w logiczną całość wymaga głębszego namysłu. Zakładając, że scenarzysta i zarazem reżyser omawianej produkcji w ogóle chciał, byśmy rozkładali tę opowieść na czynniki pierwsze. Bardzo możliwe, że bardziej zależało mu na tym, byśmy kierowali się tutaj emocjami, a nie rozumem. Jeśli tak, to melduję, że na moim przykładzie to udało się z nawiązką.

Szwedzko-duński horror psychologiczny, który siada na psychice i czy tego chcemy, czy nie, nie wydaje się, żeby szybko miał z niej zejść. Bezkompromisowy, klaustrofobiczny, ponury, zimny obraz w pomysłowy sposób wykorzystujący znajomy motyw w zacisznej i nadzwyczaj surowej scenerii. W leśnych ostępach, które wyglądają trochę tak, jakby wyjęto je z koszmarnego snu jakiejś cierpiącej jednostki. Albo rozpaczającego umysłu. Któregoś z bohaterów filmu czy naszego własnego? A może tak właśnie wygląda nasza rzeczywistość? Śmiertelnie niebezpieczna pułapka, z której zdaje się na ma wyjścia. A może jednak. Może jakaś nadzieja mimo wszystko wciąż istnieje – i dla nas, i dla protagonistów kinematograficznego diamentu szwedzkiego artysty, Jahannesa Nyholma. Bo tym właśnie jest dla mnie „Koko-di Koko-da”. Drogocennym diamentem, który swoim nihilistycznym, naturalistycznym klimatem zbliża się do XX-wiecznych obrazów exploitation. Niezupełnie, ale podobną ekspresję na pewno ma. Dzikość, degrengoladę, brud, ale i oniryzm, który wręcz hipnotyzuje. I niepokoi. „Koko-di Koko-da” przynajmniej część z Was wyrwie ze strefy komfortu. Kogo konkretnie, nie mam pojęcia. Tak nietypowe, osobliwe, nieoczywiste to dzieło. Inne i zarazem znajome. Cudne!

Za seans bardzo dziękuję

Film wchodzi w skład 4. Przeglądu Horrorów Fest Makabra

niedziela, 20 października 2019

„Zza światów” (1986)


Doktor Edward Pretorius z pomocą swojego asystenta, fizyka Crawforda Tillinghasta, konstruuje maszynę umożliwiającą widzenie szyszynką. W ten sposób mężczyźni uzyskują wgląd w inny wymiar, zaludniony przez nieznane ludzkości stworzenia. Jeden z takich stworów zabija doktora Pretoriusa, a jedynym podejrzanym o dokonanie tej zbrodni staje się Tillinghast. Mężczyzna zostaje umieszczony na oddziale psychiatrycznym, gdyż jego zeznania i zachowanie wskazują na to, że postradał zmysły. W sprawę zostaje zaangażowana doktor Katherine McMichaels, psychiatra, której zadaniem jest uzyskanie prawdziwych informacji na temat śmierci naukowca. Kobieta szybko uznaje, że najlepsze w tym przypadku będzie zabranie Crawforda na miejsce zbrodni, do domu Pretoriusa, i powtórzenie eksperymentu, o którym tyle opowiada. Jej pacjent bardzo niechętnie przystaje na tę propozycję. Niedługo potem fizyk i psychiatra wraz z sierżantem Bubbą Brownlee docierają do domostwa, w którym znajduje się wcześniej uszkodzony przez Crawforda rezonator. Mężczyźnie udaje się go naprawić, dzięki czemu może udowodnić swoim towarzyszom, że mówił prawdę. Że doktor Pretorius faktycznie padł ofiarą stworzenia z innego świata.

„Zza światów” (oryg. „From Beyond”) to horror science fiction oparty na opowiadaniu Howarda Phillipsa Lovecrafta pod tym samym oryginalnym tytułem, które po raz pierwszy zostało opublikowane w 1934 roku w magazynie „The Fantasy Fan”. W Polsce ukazywał się pod nazwami: „Z tamtego świata”, „Z otchłani” i „Z zaświatów”. Filmową adaptację wyreżyserował Stuart Gordon, który nie pierwszy („Re-Animator”) i nie ostatni raz („Potwór na zamku”, „Dagon”, odcinek „Mistrzów horroru” zatytułowany „Koszmar w domu wiedźmy”) wziął na warsztat twórczość Samotnika z Providence. Scenariusz „Zza światów” (w Polsce dystrybuowany też pod tytułem „Inny wymiar”) napisał Dennis Paoli, też nie pierwszy i nie ostatni raz współpracujący z Gordonem. Budżet filmu oszacowano na cztery i pół miliona dolarów. Wedle słów jego reżysera pieniędzy trzeba by było zebrać więcej, gdyby zdecydowano się na kręcenie w Stanach Zjednoczonych. Dlatego właśnie twórcy wybrali Włochy. W obsadzie znalazły się między innymi osoby, z którymi Gordon już współpracował przy „Re-Animatorze”, ponieważ przyzwyczaił się do pracy z nimi, a i oni wiedzieli już czego będzie się od nich oczekiwało. Głównym producentem filmu został Brian Yuzna, który w swojej filmografii ma między innymi „Narzeczoną Re-Animatora” i „Beyond Re-Animator”, „Powrót żywych trupów 3”, jeden segment antologii filmowej „Necronomicon”, „Dentystę” i „Dentystę 2” oraz oczywiście wspaniałe „Towarzystwo”. Niejako równocześnie z „Zza światów” Stuart Gordon kręcił horror „Dolls” („Lalki”), który swoją premierę miał w 1987 roku. „Zza światów” otrzymał trzy nominacje do Saturna - najlepszy horror, najlepsza charakteryzacja i najlepsza aktorka dla Barbary Crampton – ale nie udało mu się zwyciężyć w żadnej kategorii.

Opowiadania „From Beyond” pióra H.P. Lovecrafta na kanwie, którego powstał film „Zza światów” nie miałam jeszcze okazji przeczytać, więc nie jestem w stanie ocenić, w jakim stopniu dzieło Stuarta Gordona pokrywa się z oryginałem. W każdym razie filmowa historia rozpoczyna się od tragicznego w skutkach eksperymentu z udziałem doktora Edwarda Pretoriusa i jego asystenta, fizyka Crawforda Tillinghasta. Ten pierwszy otrzymał nazwisko po szalonym naukowcu Septimusie Pretoriusie z „Narzeczonej Frankensteina” (1935) w reżyserii Jamesa Whale'a, a personalia drugiego pochodziły z „From Beyond” Lovecrafta. W postać Pretoriusa w przekonującym stylu wcielił się Ted Sorel, a kreacja Crawforda przypadła w udziale Jeffreyowi Combsowi, który wcześniej wystąpił w „Re-Animatorze” Stuarta Gordona (później zagrał w jego kontynuacjach). Partnerująca mu Barbara Crampton, filmowa doktor Katherine McMichaels, też miała już za sobą aktorską pracę przy „Re-Animatorze”. Natomiast ostatnia z ważniejszych postaci, sierżant Bubba Brownlee, została wykreowana przez Kena Foree, który w swojej filmografii ma między innymi występy w „Świcie żywych trupów” George'a A. Romero, „Dentyście” Briana Yuzny i remake'u „Halloween” Roba Zombie. Combs w nieco egzaltowany sposób wciela się w czołowego bohatera, który na początku filmu świadkuje makabrycznej śmierci swojego pracodawcy. Rezonator, który doktor Edward Pretorius z jego pomocą stworzył sprowadza z innego wymiaru bestię, która pozbawia genialnego, ale i szalonego naukowca głowy. A ściślej stwór ją zjada. Crawfordowi udaje się przeżyć to bliskie spotkanie z nieznanym. Trafia jednak na oddział psychiatryczny i ciąży na nim podejrzenie o dokonanie tej potwornej zbrodni. Nikt nie daje wiary jego opowieściom o niezwykłych stworach pochodzących z nieznanej ludzkości czasoprzestrzeni, ale zagadką pozostaje, co stało się z głową denata. Detektyw prowadzący tę sprawę angażuje w sprawę zdolną psychiatrę Katherine McMichaels, całkiem nieźle wywiązującą się z tej, nie tak znowu łatwej, roli Barbarę Crampton, która szybko odkrywa, że szyszynka jej nowego pacjenta jest znacznie powiększona. I dochodzi do wniosku, że najlepiej będzie zabrać Crawforda na miejsce zbrodni i ponownie uruchomić maszynę, która tak bardzo go przeraża. Tillinghast zostaje więc wypisany ze szpitala i przekazany pod opiekę doktor McMichaels i sierżanta Bubby Brownlee, który z całej tej niewesołej gromadki, moim zdaniem, został wykreowany najlepiej. Przez Kena Foree. Tak więc nie mija dużo czasu, jak Crawford Tillinghast wraca do domu, z którego ostatnio w takiej panice wybiegł. I pewnie w przekonaniu, że jego noga nigdy już w owym miejscu nie postanie. Twórcy nie zagłębiają się zbytnio w jego psychikę, ale nie pozostawiają nam wątpliwości, że mężczyzna marzy o zniszczeniu rezonatora doktora Edwarda Pretoriusa. Powstrzymuje go jednak przekonanie, że pozbycie się maszyny odebrałoby mu szansę na oczyszczenie się z zarzutu o zabójstwo pracodawcy. Środkowa część „Zza światów” zamyka się w okazałym domu jeszcze niedawno należącym do doktora Edwarda Pretoriusa, w którym znajduje się śmiercionośny wynalazek jego autorstwa. I jeszcze jedna ciekawostka – pomieszczenie, w którym naukowiec oddawał się sadomasochistycznym praktykom seksualnym z przygodnymi partnerkami. Pomieszczenie pełne „zabawek” służących do zadawaniu bólu, ale i zarazem przyjemności osobniczkom o skłonnościach masochistycznych, w którym Pretorius zamieścił kamerę, po to by utrwalać na taśmach swoje seksualne doświadczenia. Wątek ten jest istotny nie tylko dla portretu antagonisty, burzyciela, szalonego naukowca, który jak można się tego spodziewać niedługo objawi się naszym bohaterom. Seksualne preferencje Pretoriusa udzielą się też komuś innemu: jednej z osób wznawiających eksperyment z wykorzystaniem maszyny skonstruowanej przez groźnego osobnika. Widz będzie musiał jednak sam rozstrzygnąć, czy osoba ta po prostu odkryła w sobie skłonności, które od dawna w niej tkwiły, czy znalazła się pod wpływem istoty, którą stał się ceniony naukowiec po zakończeniu swojego życia na Ziemi. W naszym wymiarze. Bo jak się okazuje po śmierci trafiamy do wymiaru, do którego wcześniej możemy zajrzeć swoim trzecim okiem. Szóstym zmysłem, którym jest szyszynka. Trzeba tylko poddać ją odpowiedniej stymulacji. Doktor Edward Preterius jakiś czas przed swoją śmiercią odkrył jakiej konkretnie i wykorzystał tę zaskakującą wiedzę do budowy swojego rezonatora. Maszyny, która sprowadziła na niego śmierć i która tak naprawdę stwarza zagrożenie dla całego znanego nam świata. Poczynając od Crawforda Tillinghasta, Katherine McMichaels i Bubby Brownlee.

Jak na horror nakręcony w latach 80-tych XX wieku, „Zza światów” nie jest szczególnie klimatyczny. Oczywiście, w porównaniu do dzisiejszych standardów pod tym kątem się broni, ale osoby, którym nieobce jest kino grozy z tamtej dekady niewątpliwe pamiętają nieporównanie lepsze osiągnięcia na tym polu. Mrok nie jest wprawdzie w „Zza światach” mocno zagęszczony, ale w moim odczuciu takie natężenie jest wystarczające. I co również się twórcom chwali: zdjęcia są z lekka przybrudzone. Ale nie jest tak ciasno, jak według mnie być powinno w przypadku takiej historii, na jaką porwał się Stuart Gordon. Zarówno partie rozgrywające się w umownym domu doktora Edwarda Preteriusa, jak i te zamknięte w szpitalu, aż prosiły się o bardziej klaustrofobiczną otoczkę. Nie twierdzę, że aura w najmniejszym nawet stopniu nie przytłacza, ale wolałabym, żeby ekipa techniczna wykazała się w tej materii większym zdecydowaniem. Jeszcze to podkręciła, zwłaszcza że po tym, co mi pokazano wnoszę, iż ta niełatwa przecież sztuka (generowanie w widzach poczucia klaustrofobii) leżała w zasięgu ekipy pracującej nad „Zza światów”. Tymczasem efekty specjalne stworzone na potrzeby omawianej produkcji, moim zdaniem, doskonale obrazują wyższość fizycznie obecnych na planie rekwizytów nad... animacją? Patrząc na nienaturalne wklejki kiczowatych stworów z innego świata, czułam się jakbym oglądała jakąś marną bajeczkę dla (nie)grzecznych dzieci. Zupełnie inaczej sprawa ma się z praktycznymi efektami specjalnymi. Oślizgłymi, gąbczastymi, pulsującymi osobliwymi cielskami, które na naszych oczach często ulegają wymyślnym metamorfozom. Wcale nie zdziwiłabym się, gdyby się okazało, że ich twórcy inspirowali się „Coś” Johna Carpentera (najsilniejsze skojarzenie: głowa osadzona na nienaturalnie długiej szyi), ale szczerze mówiąc podobne makabryczne dodatki można spotkać w niejednym horrorze z niesłusznie minionych, dla kina grozy, lat. Na przykład w „Towarzystwie” w reżyserii Briana Yuzny, który wyprodukował „Zza światów” i pomagał Stuartowi Gordonowi oraz Dennisowi Paoliemu w przekładaniu opowiadania Lovecrafta na scenariusz filmowy (Paoli sam ów scenariusz napisał, ale koledzy pomagali mu we wstępnym opracowaniu owej historii – myśleniu, nad tym co powinno się w nim znaleźć). Podsumowując te wywody: myślę, że takich efektów (tych praktycznych) nie powstydziłby się żaden szanujący się body horror z tamtego okresu. Właśnie tego rodzaju atrakcjami zwykle niniejszy nurt raczył publiczność. Realistycznie się prezentującymi, obficie pokrytymi ohydnym śluzem, szkaradnymi cielskami, ulegającym albo rozpadom na niezliczoną ilość mniejszych organizmów żywych, albo kuriozalnym metamorfozom. W „Zza światów” mamy i to, i to. Sporo tego. A byłoby jeszcze więcej, gdyby starczyło funduszy – Brian Yuzna zdradził, że dosadne sceny finałowe miały być bardziej rozbudowane, ale ich produkcję w pewnym momencie musiano przerwać, bo pula z pieniędzmi przeznaczonymi na ten cel się wyczerpała. Przypuszczam, że niejedna osoba patrząc na te wszystkie obrzydliwości wrzucone w końcówkę filmu (nie zaręczam, że długoletnimi fanami makabrycznego kina grozy, ze wskazaniem na body horror, te widoki szczególnie mocno wstrząsną, ale myślę, że docenią oni ich solidne wykonanie) – wcześniej też się pojawiają, ale w mniejszych proporcjach – dojdą do wniosku, że więcej pokazać się już po postu nie dało. Tym, których ogarnie takie przeświadczenie zalecam zapoznanie się z „Towarzystwem”, w którym Brian Yuzna pokazał, że owszem, da się jeszcze dosadniej, że można jeszcze bardziej poszaleć, pójść jeszcze dalej w... cudaczną makabrę? Powiedzmy w cielesne przeobrażenia, których myślę większość śmiertelników nie byłaby zdolna nawet wymyślić, a co dopiero wykonać. To samo mogę powiedzieć o „Zza światów” - ludziom, którym zawdzięczamy praktyczne efekty specjalne w tym filmie, moim zdaniem też należą się ukłony. Trochę niższe niż twórcom efektów do „Towarzystwa”, ale zawsze. Produkcja Gordona wiele im zawdzięcza, ale i co nieco przez ich wkład traci. Nie można bowiem pomijać tandetnych animacji stworów zza światów.

„Zza światów” Stuarta Gordona pomimo dosyć istotnych defektów (z mojego punktu widzenia, oczywiście) to jeden z horrorów, do których chętnie wracam. Adaptacja opowiadania Howarda Phillipsa Lovecrafta stworzona przez człowieka, który z jego prozą jest kojarzony przede wszystkim, tj. który w swojej filmografii ma niejedno dzieło oparte na twórczości Samotnika z Providence. W swojej pracy Gordon obiera też inne kierunki, ale najbardziej związany jest z horrorem. To ewidentny miłośnik gatunku – to się czuje oglądając jego własne filmy grozy. Może nie wszystkie, ale na pewno „Zza światów”. Pełen śmiałych, realistycznie się prezentujących i bardzo pomysłowych praktycznych efektów specjalnych stworzonych na modłę body horroru (bo i za członka tego nurtu „Zza światów” można spokojnie uznać) obraz o ludziach zmagających się z istotami z innego wymiaru, na czele których stoi coś, czym po śmierci stał się główny konstruktor maszyny umożliwiającej ujrzenie niezwykłych i diablo agresywnych stworzeń bytujących w tej zagadkowej czasoprzestrzeni. Dosyć mroczny, acz zdecydowanie za mało klaustrofobiczny horror opowiadający nieskomplikowaną, ale bardzo interesującą opowieść, którą oglądałoby się jeszcze lepiej, gdyby nie ciężkostrawne animacje. Na szczęście jednak nie ma ich wiele. Nieporównanie mniej od tych praktycznych wspaniałości. Yyy.... szkaradzieństw.

sobota, 19 października 2019

4. Przegląd Horrorów Fest Makabra


4. Przegląd Horrorów FEST MAKABRA w kinach od 25 października!

Prezentujemy program 4. edycji najbardziej przerażającego wydarzenia filmowego tego roku!


Oficjalny plakat:
Autor plakatu: Albert Krajewski

FEST MAKABRA to ogólnopolski przegląd horrorów, prezentujący najciekawsze i najoryginalniejsze dokonania światowego kina grozy ostatniego sezonu. W programie wydarzenia znajdują się mrożące krew w żyłach filmy z różnych stron świata, a większość z nich pokazywana jest w Polsce premierowo.

Seanse FEST MAKABRY odbywają się w kinach studyjnych i lokalnych w całej Polsce oraz na nocnych maratonach największych sieci kin. Organizatorem wydarzenia jest dystrybutor filmów Kino Świat.

W ramach poprzednich edycji Przeglądu Horrorów FEST MAKABRA polscy widzowie mogli obejrzeć m.in. takie filmy, jak: „Lament”, „Zombie Express”, „Poroniony”, „Wyleczeni”, „Mrok”, „Słudzy diabła”, „Szklana trumna”, „Pamiętam Cię” czy „Bodom”.

 

 PROGRAM: 

KOKO-DI KOKO-DA (2019)

Sensacja festiwalu Sundance i jeden z najbardziej oryginalnych i intrygujących horrorów ostatnich lat, w którym dostrzec można silne wpływy Davida Lyncha czy Larsa von Triera. Wstrząsająca i hipnotyzująca upiorną aurą historia o stracie, traumie i żałobie, opowiedziana niczym najgorszy senny koszmar, w którym spirala przemocy nakręca się do ekstremum. Drugi film cenionego szwedzkiego reżysera Johannesa Nyholma, autora nagrodzonego podczas Warszawskiego Festiwalu Filmowego „Olbrzyma”. Niedający o sobie zapomnieć obraz okrzyknięty filmowym bękartem „Dnia świstaka” i „Babadooka”.

Pogrążeni w żałobie Tobias i Elin wyruszają pod namiot, aby zbliżyć się do siebie i spróbować uratować rozpadające się małżeństwo. Na miejscu, zamiast wyczekiwanej sielanki, zastają troje cyrkowych artystów, którzy wciągają ich w wir okrucieństwa, upokorzeń i psychicznego terroru.

 

GODZINA OCZYSZCZENIA (2019)  

„Godzina oczyszczenia” to trzymający w napięciu piekielny rollercoaster ekstremalnej grozy, naszpikowany dynamiczną akcją, niespodziewanymi zwrotami fabularnymi i pierwszorzędnymi efektami specjalnymi. Horror Damiena LeVecka opowiada o jedynym na świecie internetowym podcaście z prowadzonymi na żywo egzorcyzmami, który pewnej nocy wymyka się spod kontroli. Motyw opętania, wzbogacony o kontekst nowych mediów i Internetu, pozwala nazwać „Godzinę oczyszczenia” „Egzorcystą” XXI wieku. Film stanowi pełnometrażowe rozwinięcie sfinansowanego na Kickstarterze krótkiego horroru z 2016 roku pod tym samym tytułem.

Wielebny Max i jego przyjaciel Drew prowadzą cieszący się ogromną popularnością na całym świecie internetowy program, podczas którego na żywo dokonują egzorcyzmów. Licznie zgromadzeni widzowie nie mają jednak świadomości, że podcast jest perfekcyjnie zainscenizowanym oszustwem. Pewnej nocy sytuacja wymyka się spod kontroli, gdy we wcielającą się w opętaną narzeczoną Drew, Lane, wstępuje prawdziwy i szczególnie okrutny demon, zamieniając studio w piekielną otchłań.



EKSTAZA (2019) 

Hipnotyzujący, mroczny i pełen punkowej energii horror o zdesperowanej malarce, która w pogoni za natchnieniem wpada w wir narkotycznych odjazdów i odkrywa niezdrową żądzę krwi. Skąpane w wiecznym mroku, obskurne Los Angeles, diabelskie, narkotyczne wizje, niebezpieczny świat sztuki i życie na granicy jawy i snu. Nowy film Joe Begosa, twórcy cenionego horroru „Almost Human”, to czerpiąca z kina wampirycznego narkotyczna opowieść o zatraceniu się dla sztuki i osuwaniu się w otchłań szaleństwa.

Znana z makabrycznej twórczości malarka Deezy Donahue (Dora Madison) jest profesjonalistką w każdym calu. Nie mogąc ukończyć najnowszego dzieła, szuka inspiracji, sięgając po wszelkie dostępne środki odurzające. W pogoni za natchnieniem wpada w wir hipnotycznych tripów, spędzanych na dzikich domówkach i w heavy metalowych barach. Po kilku nocach spędzonych z rozmiłowanymi w rozpuście przyjaciółmi Courtney (Tru Collins) i Ronniem (Rhys Wakefield), Deezy zauważa w swoim organizmie pewne zmiany. Z jednej strony odzyskuje wenę i może dalej pracować nad obrazem, z drugiej – zaczyna odczuwać niezdrowy i coraz silniejszy pociąg do krwi.
 



DZIEWCZYNA Z TRZECIEGO PIĘTRA (2019)  

Jeśli choć raz doświadczyliście remontu, którego dramatyczny przebieg doprowadził Was na skraj szaleństwa, i tak nie jesteście gotowi na to, co w swoim bezkompromisowym reżyserskim debiucie przygotował Travis Stevens. „Dziewczyna z trzeciego piętra” to niezwykle stylowa, krwawa, ale niepozbawiona czarnego humoru historia nawiedzonego domu, okrutnej tajemnicy i wewnętrznych demonów, które siedzą w każdym z nas. W entuzjastycznie przyjętej roli głównej wystąpił popularny amerykański wrestler i zawodnik MMA – Phil „CM Punk” Brooks. Światowa premiera filmu odbyła się na festiwalu South by Southwest w Austin, w nocnej sekcji Midnighters.

Pękające rury, gnijące ściany i niezidentyfikowany szlam… Nie tego spodziewał się Don Koch (C.M. Punk), gdy przekonywał swoją żonę Liz (Trieste Kelly Dunn), że samodzielnie odremontuje nowo zakupiony, wiktoriański dom. Pracując pod presją czasu i będąc kuszonym przez wewnętrzne demony, Don szybko odkrywa, że nowe lokum ma swoją mroczną, okrutną historię i łatwo nie podda się jego remontowym planom…



4. Przegląd Horrorów FEST MAKABRA w kinach od 25 października 2019!

Oficjalna strona i lista kin: http://festmakabra.pl/
Facebook: https://www.facebook.com/festmakabra/


Źródło: wszystkie materiały od Kino Świat Sp. z o.o.

czwartek, 17 października 2019

John W. Campbell „Coś”


Antarktyda, rok 1939. Grupa badaczy znajduje pod lodem statek kosmiczny, który rozbił się wiele milionów lat wcześniej. Próba wydobycia maszyny kończy się fiaskiem. Naukowcy nieumyślnie doprowadzają do zniszczenia statku, ale udaje się im ocalić obcą formę życia zakutą w lodzie. Zabierają ją na swoją antarktyczną stację badawczą, gdzie niezwłocznie przystępują do rozmrażania istoty. Są przekonani, że nie żyje, ale ku ich przerażeniu okazuje się, że funkcje życiowe pozaziemskiego organizmu nie ustały. Co więcej potwór nie jest pokojowo nastawiony do ludzkości i posiada zdolności, które znacznie zmniejszają szanse naukowców w walce, którą muszą z nim stoczyć. Monstrum jest telepatą zdolnym do absorbowania organizmów żywych. Może zawłaszczać wybrane ciała, tworząc w ten sposób ich idealne imitacje. Jego wrogowie nie mogą więc mieć pewności którzy z jego kolegów nadal są ludźmi, a którzy już bestiami z innego świata. Nie mogą ufać sobie nawzajem, ale żeby przeżyć muszą ze sobą współpracować.

Po raz pierwszy opublikowana w 1938 roku w magazynie „Astounding Science Fiction” nowela „Who Goes There?” („Kim jesteś?”) pióra wybitnego autora literatury science fiction, Johna Wooda Campbella Juniora, powszechnie jest uważana za jednego z najważniejszych reprezentantów gatunku. I nie tylko dlatego, że na jej kanwie powstały dwa kultowe filmy pełnometrażowe – adaptacja z 1951 roku, „The Thing from Another World” (pol. „Istota z innego świata”) w reżyserii Christiana Nyby'ego i na podstawie scenariusza Charlesa Lederera. Wyprodukowany przez Howarda Hawksa, wprawdzie niewymienionego w czołówce obrazu jako reżyser i scenarzysta, ale wieść niesie, że od tych stron również miał swój, niemały, wkład w to ponadczasowe dzieło. Jeszcze bardziej znana jest wersja z 1982 roku, „The Thing” (pol. „Coś”, „Rzecz”), w reżyserii Johna Carpentera w oparciu o scenariusz Billa Lancestera. Film ten posiada literacką adaptację pióra Alana Deana Fostera. Twórcy trochę remake'u, zdecydowanie bardziej readaptacji „Kim jesteś?” byli wierniejsi literackiemu pierwowzorowi od swoich poprzedników (tj. twórców „Istoty z innego świata”). Kultowej noweli (albo jak kto woli opowiadania, bo i tak utwór ten jest określany) nieżyjącego już Johna W. Campbella Jr., która najpierw była minipowieścią mającą zostać opublikowaną albo pod tytułem „Frozen Hell” („Piekielny lód”), albo „Pandora”. Te nazwy Campbell rozważał, ale ostatecznie, pod wpływem innych osób, skrócił i z lekka zmodyfikował ową opowieść. Przekształcił ją w nowelę „Who Goes There?”, którą następnie opublikował w magazynie, w którym objął stanowisko redaktora („Astounding Science Fiction”). Oryginał nigdy nie ujrzał światła dziennego. Aż do teraz. W 2017 roku odnalazł go pisarz i biograf Alec Nevala-Lee, który uznał, że warto podzielić się tym skarbem ze światem. Kampania Kickstarter przyniosła niezbędne fundusze na publikację minipowieści (właściwie to dużo, dużo więcej niż potrzebowano – celem było zebranie tysiąca dolarów, a wpłynęło... przeszło sto pięćdziesiąt pięć tysięcy dolarów!). Światowa i polska premiera książki przypadła na rok 2019.

Osiemdziesiąt jeden lat po pierwszej publikacji jednego z najważniejszych utworów science fiction (horroru science fiction, żeby być ścisłą) z odmętów zapomnienia wydobywa się jej pierwotna, rozszerzona wersja, pod tytułem „Frozen Hell”. Polskiemu wydaniu (Vesper, rok 2019) nadano nazwę „Coś”, a więc wykorzystano jeden z dwóch polskich tytułów (ten popularniejszy) arcydzieła Johna Carpentera. I dobrze, bo istniało przecież ryzyko, że nie każdy skojarzyłby tę publikację z „Coś”, gdyby postawiono na tłumaczenie oryginalnego tytułu - na „Piekielny lód”. Okładka wydania Vesper, zaprojektowana przez Macieja Kamudę, którego widowiskowe grafiki zdobią również wnętrze omawianego tomu, gdyby to ode mnie zależało (a nie zależy) zostałaby zasypana nagrodami. Nie przypominam sobie ani jednej okładki książki - czy to polskiego, czy zagranicznego wydania - która zrobiłaby na mnie takie wrażenie jak ta tutaj. Niezwykle hipnotyzująca rzecz! Gdy już skończyłam się w to cudo wgapiać (a trochę to zajęło), z prawdziwymi wypiekami na twarzy rozpoczęłam lekturę... A nie! Jeszcze nie pierwotnej wersji „Kim jesteś?” (ze wstydem przyznaję, że nie czytałam tego utworu, ale wciąż mam nadzieję, że kiedyś uda mi się to naprawić). Najpierw kilka słów od człowieka, który dokonał tego wiekopomnego odkrycia. Biografa Aleca Nevali-Lee, nie tylko relacjonującego to historyczne wydarzenie, jakim niewątpliwe było odnalezienie „Frozen Hell” / „Pandory” pióra Johna Wooda Campbella Juniora, ale również jego historię. Jego i naturalnie „Kim jesteś?, ale to też między innymi. Po tej przedmowie mamy wprowadzenie cenionego pisarza specjalizującego się w science fiction i fantasy, Roberta Silverberga, który to jeszcze bardziej zagłębia się w historię tego dzieła, zahaczając oczywiście o biografię jego autora i pisząc o noweli, w którą omawiana minipowieść się przekształciła (w którą zamienił ją sam jej twórca). Choć lektura dodatków pióra Aleca Nevali-Lee i Roberta Silverberga dostarczyła mi mnóstwa przyjemności i informacji, to jeszcze bardziej ukochałam sobie posłowie Piotra Gocieka, polskiego dziennikarza, pisarza, publicysty i redaktora. Ogromnego fana „Coś” Johna Carpentera – wiem, to z jego wkładu w omawianą publikację. Gociek najszerzej pisze właśnie o tym ponadczasowym dziele Johna Carpentera, ale omawia też „Istotę z innego świata” Christiana Nyby'ego (i prawdopodobnie Howarda Hawksa). Mówi też trochę o PRL-u i krytykach, którzy w latach 80-tych nie pozostawili suchej nitki na jednym z najbardziej przełomowych horrorów science fiction w historii kina. Wspaniale się to czyta, ale nie obyło się bez zgrzytu: Panie Gociek, proszę nie nazywać husky kundlem. Niby szczegół, poza tym kocham kundelki, ale... jakoś mnie to razi. Może dlatego, że słowo „kundel” ma też drugie, pejoratywne znaczenie – i trochę tak to, niestety, mi zabrzmiało. Tak, wiem, co ten konkretny pies do antarktycznej bazy w filmie Johna Carpentera przyniósł, ale ja tam zawsze patrzyłam na niego, jak na ofiarę, a nie oprawcę. Więc uprzedzając ewentualne uwagi: ten argument moim zdaniem nie uprawnia do odrobinkę pogardliwego (a przynajmniej ja tak to odebrałam) wyrażania się o tym nieszczęsnym stworzeniu. Dobrze, dobrze, już przechodzę do rzeczy.

Dosłownie do rzeczy. A raczej Rzeczy (używając jednego z polskich tytułów filmu Johna Carpentera i polskiego wydania jego powieściowej adaptacji z roku 1994). Minipowieść „Frozen Hell” autorstwa Johna Wooda Campbella Juniora początkowo... prawie mnie uśpiła. Robert Silverberg w swoim wprowadzeniu do tego utworu stwierdza, że zmiany, które autor wprowadził w to dzieło – przekształcenie z minipowieści w nowelę, ewentualnie opowiadanie – bardziej mu pomogły, niż zaszkodziły. Przysłużyły mu się. Jak już wspomniałam „Kim jesteś?” nie czytałam, Silverberg stwierdza jednak, że tamto dzieło jest pozbawione pierwszych trzech rozdziałów, które to znajdujemy w omawianej publikacji. Campbell najwidoczniej uznał je za zbędne i według mnie miał słuszność, bo choć podpisuję się pod słowami Roberta Silverberga, mówiącymi, że „Frozen Hell”, to „skarb sam w sobie” i że „mamy szczęście, że go odnaleźliśmy”, to nie zmienia to faktu, że pierwsze rozdziały „Coś” Johna W. Campbella (chyba już najwyższy czas zacząć używać tutaj tego tytułu, miast „Frozen Hell”) dosłownie przemęczyłam. No dobrze, trochę pomocny był język. Pomocny w przedzieraniu się przez między innymi proces ukierunkowany na wydobycie statku kosmicznego spod antarktycznego lodu, wdrożony przez grupę ludzi, których na to ekstremalnie nieprzyjazne terytorium przywiodły badania magnetyczne i atmosferyczne oraz pragnienie zebrania danych na temat promieniowania kosmicznego. Nie wiem, ile w tym zasługi Johna Campbella, a ile Tomasza Chyrzyńskiego, który to przełożył rzeczony utwór na język polski, ale tak czy inaczej poszczególne zdania wybrzmiewają przepięknie. Harmonijnie. Wydarzenia opisywane w tych „nieszczęsnych” trzech pierwszych rozdziałach niby też są jak najbardziej na miejscu, ale z jakiegoś powodu to nie porywa. Nie mam pewności, ale wydaje mi się, że winy należy upatrywać w nieodpowiednim rozłożeniu środków ciężkości wstępnej fazy owej kultowej historii. Opowieść ta nie oparła się upływowi czasu. Owszem, trochę się zestarzała, ale ten z lekka archaiczny styl wypowiedzi osobiście uważam za walor, a nie wadę omawianego utworu (nic zaskakującego, bo od zawsze mam słabość do takiego, ale i bardziej przestarzałego słownictwa). Problem miałam więc nie z językiem (absolutnie nie!), tylko z... Jakby to ująć, żeby niechcący nie skłamać? Rozproszona akcja? Nie do końca. Niekorespondujące z danymi sytuacjami dialogi? Tylko odrobinę. Sporo niepotrzebnego technicznego żargonu? Trochę tego jest, ale czy zaraz sporo? Obszerne opisy śnieżnej scenerii, które zamiast stwarzać silne poczucie klaustrofobii, rodzą zniecierpliwienie? Niestety tak, co niezmiernie mnie zdumiało, ponieważ te fragmenty opisowe tworzyły przepięknie brzmiące zdania. Doprawdy kuriozalne zjawisko. W każdym razie, żeby odpowiedzieć sobie na pytanie dlaczego z takim trudem przedzierałam się przez początek omawianej historii, należy wziąć wszystkiego, o czym wspomniałam, po trochu. Ale, ale, to tylko moje zdanie. Inni odbiorcy „Coś” Johna W. Campbella mogą zgoła inaczej zapatrywać się na pierwsze rozdziały tego wiekopomnego znaleziska Aleca Nevali-Lee. Robert Silverberg zdradził mi, że skrócona wersja tego dzieła, nowela „Kim jesteś?”, przeszła więcej przeróbek, że Campbell nie tylko „wyciął” pierwsze trzy rozdziały, ale wprowadził również trochę pomniejszych zmian. Silverberg wymienił przynajmniej niektóre z nich, ale jako że „Kim jesteś?” nie czytałam, nie mogę poddać własnej ocenie ich przydatności / nieprzydatności. Mogę za to z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że dalej jest nieporównanie lepiej. Wręcz wybornie! Gdy nasza antarktyczna opowieść science fiction nabiera wreszcie upragnionego tempa, gdy atmosfera się zagęszcza, Campbell wypuszcza się na terytorium horroru, gdy pozaziemski organizm rozpoczyna polowanie na zwierzęta i ludzi na odizolowanym siarczyście mroźnym terytorium, ze szczególnym wskazaniem na ciasną stację badawczą, po niedawnym znużeniu pozostaje tylko wspomnienie. Już nieistotne. Inaczej pewnie będzie z osobami zaznajomionymi z „Kim jesteś?”, ale ja w tej pasjonującej fazie podróży, w jaką zabrał mnie John W. Campbell (niedosłownie, bo choć on rzeczone dzieło stworzył, to nie on wystarał się o jego publikację w takim kształcie) wspominałam doskonałe „Coś” Johna Carpentera. Film, który moim zdaniem przebił literacki oryginał, nie wspominając już o pierwszej ekranowej wersji tej historii, „Istocie z innego świata”, której to produkcji wcale nie uważam za pomyłkę – polubiłam ją, ale nie pokochałam, jak arcydzieła Carpentera. Filmu, który jednak nigdy by nie powstał, gdyby nie legendarna nowela Johna W. Campbella, wyrosła z dzieła, które dostarczyło mi tyle przyjemności. I troszkę bólu, ale jak już stwierdziłam, to bez znaczenia. Liczy się to, co przeżyłam potem. Elektryzujące starcie z pozaziemską formą życia zawłaszczającą organizmy zwierząt i ludzi na odciętej od reszty świata arktycznej stacji badawczej i w jej okolicach. Starcia z bardzo wiernymi (w wyglądzie i zachowaniu) imitacjami przez nią tworzonymi. Przez istotę, która ponadto nie dość, że potrafi czytać innym w myślach, to na domiar złego może wlewać w ich umysły dowolne obrazy. Scenek ukierunkowanych na budzenie odrazy u odbiorców nie ma tak wiele i nie są one tak śmiałe, jak w filmie Johna Carpentera, ale wziąwszy pod uwagę wiek tej publikacji, pod tym względem autor i tak zaskakuje. Na pewno nie można nazwać Campbella tchórzem, a tym bardziej odmówić mu bogactwa wyobraźni. Dość powiedzieć, że to w jego umyśle narodziło się to, co zainspirowało twórców znakomitych efektów specjalnych tak doskonale pamiętanych z „Coś” Johna Carpentera. I nie tylko to. Bo należy pamiętać też o ponurym, zgniatającym wręcz klimacie – to również czeka każdego, kto zdecyduje się sięgnąć po „Coś” Johna W. Campbella. Jest co prawda trochę delikatniej, ale żeby zaraz narzekać? Ja na pewno nie zamierzam. A i jeszcze jedna ważna rzecz. Gdy już przeczytacie to, myślę, bezcenne dla każdego fana literatury grozy i science fiction dzieło, jeśli tylko zechcecie, zapoznacie się z początkiem jego kontynuacji autorstwa amerykańskiego pisarza Johna Gregory'ego Betancourta. Powieści, której roboczy tytuł nawiązuje do pierwszej filmowej wersji „Kim jesteś?” - w języku polskim to będzie „Istoty z innego świata”, ale pod warunkiem, że Betancourt zdobędzie do niego prawa i jeśli książka ta w ogóle ukaże się w Polsce. Na jej światową premierę trzeba jeszcze poczekać, niemniej tu akurat mam pewność, że wcześniej, czy później do niej dojdzie. W przeciwieństwie do polskiego wydania. Aczkolwiek jeśli takowe będzie, to ja będą jedną z tych osób, które się na nią rzucą. Bo pierwsze rozdziały „Istot z innego świata” są nader obiecujące. W sumie to strasznie irytujące – nie móc doczytać do końca opowieści, w którą zdążyło się wsiąknąć.

To się robi nudne, ale „Coś” Johna Wooda Campbella Juniora to nie wiadomo już która (długo by liczyć) publikacja wydawnictwa Vesper, której miłośnikom literatury grozy opuścić nie wolno. Fanom literatury science fiction także. Wspaniale by też było, gdyby osoby nieprzepadające za książkami, ale darzące pełnometrażowy film Johna Carpentera pod tym samym polskim tytułem ogromną sympatią, też dały szansę tej pozycji. Bo warto wiedzieć, jak to wszystko się zaczęło. Dosłownie wszystko: nowela „Kim jesteś?” Johna W. Campbella, pierwsza adaptacja filmowa w reżyserii Christiana Nyby'ego i prawdopodobnie Howarda Hawksa pt. „Istota z innego świata” oraz oczywiście druga filmowa wersja (trochę remake, bardziej adaptacja noweli, jeśli już nie jej ekranizacja, bo myślę że tak można owe dzieło określać) wyreżyserowana przez Johna Carpentera, jej literacka adaptacja pióra Alana Deana Fostera oraz jej prequel Matthijsa van Heijningena Jr. Żeby wymienić tylko te (naj)ważniejsze pozycje. Moim zwycięzcą tej nieformalnej konkurencji jest „Coś” Johna Carpentera, aczkolwiek noweli bądź opowiadania „Kim jesteś?” jeszcze niestety nie miałam okazji przeczytać. Więc możliwe, że to się jeszcze zmieni. Ale nie sądzę. Niemniej ogromnie cieszę, że mogłam poznać rozszerzoną wersję tej historii – minipowieść „Frozen Hell” (pol. „Coś”), którą to sam jej autor, John W. Campbell przekształcił w krótszą „Kim jesteś?”. Z tego dzieła wyrósł jeden z najważniejszych horrorów science fiction w historii, ponadczasowy niedługi utwór literacki, który w swojej pierwszej wersji był dłuższy. W tej wersji, którą tak gorąco polecam. „Coś” Johna W. Campbella. „Archeologiczne wykopalisko”, bezcenny skarb, który przeszło osiemdziesiąt lat cierpliwie czekał na ujrzenie światła dziennego. Szczęściem odnaleziony i nam wszystkim wręczony. I to jest, Proszę Państwa, wydarzenie historyczne!

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

wtorek, 15 października 2019

Greer Hendricks, Sarah Pekkanen „Anonimowa dziewczyna”


Recenzja przedpremierowa

Młoda kobieta Jessica Farris w celach zarobkowych zgłasza się na badanie etyki i moralności organizowane przez profesor Uniwersytetu Nowojorskiego i wybitną psychiatrę Lydię Shields. Ze wszystkich osób biorących udział w badaniu tylko ona zostaje wybrana do drugiego etapu. Doktor Shields daje jej jednak do zrozumienia, że takich osób jest więcej. Jessica od pierwszego spotkania z nią jest pod wielkim wrażeniem psychiatry. Podziwia jej profesjonalizm oraz przenikliwość i jest jej niezmiernie wdzięczna za opiekę, którą nad nią roztacza. Niepokoją ją jedynie oczekiwania, jakie doktor Shields względem niej ma. Coraz to bardziej niewygodne zadania, które przed nią stawia. Jess nie chce zawieść psychiatry, poza tym potrzebuje pieniędzy, stara się więc wbrew wewnętrznym oporom sumiennie wypełniać polecania doktor Shields. Wydaje jej się, że zna ich cel, ale tak naprawdę wie tylko to, co mówi jej zupełnie obca dla niej kobieta, która doskonale opanowała sztukę manipulacji.

Thriller psychologiczny autorek bestsellerowej „Żony między nami”. „Anonimowa dziewczyna” („An Anonymous Girl”) swoją światową premierę miała pod koniec 2018 roku, a na 2020 rok zapowiedziano następną powieść tego amerykańskiego pisarskiego duetu, która ma nosić tytuł „You Are Not Alone”. Sarah Pekkanen na rynku literackim zadebiutowała w 2010 roku (wcześniej realizowała się w dziennikarstwie), powieścią „The Opposite of Me”. I była to pierwsza z wielu samodzielnych publikacji Pekkanen. W styczniu 2018 roku pojawiła się natomiast pierwsza powieść, którą napisała wspólnie ze swoją byłą redaktorką Greer Hendricks, „The Wife Between Us” („Żona między nami”). Książka odniosła międzynarodowy sukces, który tylko utwierdził obie zaprzyjaźnione panie w przekonaniu, że powinny kontynuować tę zawodową współpracę. I tak oto niecały rok po premierze swojej pierwszej wspólnej książki dają światu kolejny thriller psychologiczny - „Anonimową dziewczynę” - który staje się niemałym wydarzeniem literackim nie tylko w swoich rodzimych Stanach Zjednoczonych. W Polsce los tej publikacji moim zdaniem jest przesądzony: bestseller murowany!

„Anonimowa dziewczyna” nie przypomina niczego, z czym do tej pory w tym gatunku się spotkałam. Jest inna. W jak najbardziej pozytywnym znaczeniu tego słowa. Tym, co odróżnia omawianą powieść od innych znanych mi utworów jest badanie psychologiczne organizowane przez jedną z najważniejszych postaci wykreowanych na potrzeby rzeczonej historii. Postaci, która autentycznie fascynuje, mimo tego, że aktywuje wszystkie dzwonki alarmowe w głowie czytelnika. Doktor Lydia Shields, szykowna, bogata, piękna kobieta dobiegająca czterdziestki, z sukcesami od lat realizująca się w psychiatrii. Ciesząca się ogromnym szacunkiem studentów i kolegów po fachu, wykładowczyni Uniwersytetu Nowojorskiego i przede wszystkim czynna terapeutka, słono licząca sobie za swoje bezcenne usługi. Hipnotyzująca, silna osobowość. Niepozbawiona poważnych defektów, ale czymże byłaby ta opowieść bez nich? Prawdopodobnie przewidywalną, słodkomdlącą historią o wielkiej przyjaźni kobiet z dwóch różnych światów. Bo główna bohaterka powieści Greer Hendricks i Sarah Pekkanen, dwudziestoparoletnia Jessica Farris, zajmuje zdecydowanie niższą pozycję w hierarchii społecznej. Mieszka w nędznej, wynajętej kawalerce w Nowym Jorku i chociaż ma całkiem nieźle płatną pracę (makijaże na zamówienie), to bez przerwy boryka się z problemami finansowymi. Od kiedy wyprowadziła się z rodzinnego domu na przedmieściu Filadelfii regularnie pokrywa część rachunków za rehabilitację swojej młodszej siostry, która na skutek wypadku, jakiego doznała w dzieciństwie ma ograniczone zdolności fizyczne i umysłowe. Mieszka z rodzicami, którzy, jak doskonale wie Jessica, nie mogą sobie pozwolić na pokrycie horrendalnie wysokich rachunków za poprawienie jakości życia ich dziecka. W tajemnicy przed nimi Jess w każdym miesiącu odciąża ich domowy budżet, przez co sama musi mierzyć się z kłopotami finansowymi. Nic więc dziwnego w tym, że gdy pojawia się okazja do szybkiego zarobku (w dodatku legalnie), główna bohaterka książki natychmiast postanawia ją wykorzystać. Bez zastanowienia zgłasza się na ochotniczkę do programu badawczego organizowanego przez, jak jeszcze wtedy myśli, pana doktora Shieldsa. Jedyne co musi robić to szczerze odpowiadać na otwarte pytania związane z etyką i moralnością. Pytania, które dotykają jej sfery osobistej, które wymagają od niej psychicznego obnażenia się przed kompletnie obcymi ludźmi. Albo wyłącznie jedną osobą: organizatorem badania, którego Jessica nawet nie miała okazji zobaczyć. Nie w pierwszym etapie. Po jego zakończeniu dla Jess rozpocznie się bowiem drugi, dużo lepiej opłacany, ale i więcej od niej wymagający, etap, podczas którego będzie mogła wreszcie poznać psychiatrę, który jej płaci. Ku swojemu zaskoczeniu odkrywa, że to kobieta. Elegancka osoba, która okazuje jej sporo dobroci i zrozumienia. Przy której Jess się otwiera, zwierza jej się ze swoich problemów i znajduje ukojenie w słowach, które terapeutka do niej kieruje. Relacja tych dwóch zupełnie różnych kobiet jest zarazem elektryzująco intymna i niedookreślona. Odbiorcy książki szybciej od Jess poznają przynajmniej częściowe motywy kierujące doktor Lydią Shields. Zamiary jakie ma względem swojej aktualnie jedynej pacjentki, a właściwie to obiektu swoich badań. Najprawdopodobniej niemoralnych badań, na których bynajmniej poprzestać nie zamierza. Jej plan sięga dalej – dokładna analiza Jessiki to tylko konieczny wstęp do właściwych działań. Do realizacji być może szatańskiego planu związanego z życiem osobistym doktor Shields. Być może, bo Lydia to tak naprawdę kobieta-zagadka. Myślimy, że sporo o niej wiemy, ale jeśli głębiej się nad tym zastanowimy to prawdopodobnie dojdziemy do wniosku, że prawie nic nie wiemy. Podobnie, jak dla Jess, psychiatra jest dla nas niemalże czystą kartą, którą autorki „Anonimowej dziewczyny” mogą wypełnić zarazem w sposób ją piętnujący, jak jeśli już nie rodzący podziw, to przynajmniej głębokie współczucie względem niej.

Narracja w „Anonimowej dziewczynie” jest dwutorowa. Cały utwór jest zbudowany z naprzemiennie podawanych fragmentów ujętych z dwóch perspektyw. Więcej miejsca zajmują rozdziały podane z punktu widzenia Jessiki Farris, a pomiędzy nimi mamy rozdziały, których narratorką jest doktor Lydia Shields, zwracająca się bezpośrednio do głównej bohaterki książki – tak jakby snuła swoją opowieść na użytek Jess. Relacja obu tych kobiet ma fundamentalne znaczenie dla historii Greer Hendricks i Sarah Pekkanen, ale na tym związki międzyludzkie się nie kończą. W życiu Jessiki przewija się więcej osób, a wśród nich są i takie, których najpewniej nigdy by nie poznała, gdyby nie zgłosiła się do badania psychologicznego doktor Shields. Albo chociaż gdyby nie wykazała się aż taką szczerością w jego oficjalnej części. Jess w przeciwieństwie do nas nie mogła mieć pewności, że już samo wzięcie udziału w tym psychologicznym projekcie jest fatalnym posunięciem. Bo nie od dziś wiadomo, że w tego typu literaturze (w thrillerach, ale i w np. horrorach oraz science fiction) eksperymenty z udziałem istot żywych zwykle są organizowane przez jakichś okrutników: burzycieli, którzy ponad dobro jednostki stawiają swoje śmiałe idee. Doświadczenia podobnego typu czasami są przeprowadzane z myślą o korzyści dla całej ludzkości, a innymi razy z zupełnie egoistycznych pobudek. Doktor Lydia Shields zdaje się zasilać to drugie grono – wiele wskazuje na to, że jest czarnym charakterem wykorzystującym Jessicę wyłącznie do własnych celów. Tak się wydaje, ale to mogą być jedynie pozory. Fałszywe wnioski, przed którymi autorki tak naprawdę od początku nas przestrzegają. Powstrzymuj się przed ocenianiem innych ludzi, nie wyciągaj wniosków z pobieżnych obserwacji, nie osądzaj zachowań innych bez znajomości kontekstu. Hendricks i Pekkanen sporo uwagi poświęcają temu mechanizmowi myślenia, jeśli nawet nie całej, to na pewno przeważającej części ludzkości. Nie oskarżaj, zanim nie poznasz wszystkich faktów. „Nie oceniaj książki po okładce”. Bo często prawda jest zupełnie inna od twoich wyobrażeń. Tylko ilu ludziom tak naprawdę zależy na prawdzie...? Łatwiej jest oceniać z góry. Zwłaszcza negatywnie, bo to przecież takie dowartościowujące. Wiedzieć, że inni błądzą bardziej od nas, że my jesteśmy lepsi. I nawet nie bierzemy pod uwagę tego, że oni mogą myśleć dokładnie to samo o nas. Dosyć wnikliwa analiza tego tematu przeprowadzona na kartach „Anonimowej dziewczyny” moim zdaniem jest cenna przede wszystkim dlatego, że była, jest i prawdopodobnie zawsze będzie aktualna. To problem, który w ten, czy inny sposób dotyka nas wszystkich. Bo jeśli nawet sami powstrzymujemy się od przedwczesnego ferowaniu wyroków, to najprawdopodobniej sami jesteśmy w ten sposób osądzani. Hendricks i Pekkanen każą nam spojrzeć na ten problem z odpowiedniej strony, dają nam okazję do zastanowienia się nad mechanizmem myślenia, który musieliśmy już zaobserwować w życiu, ale niekoniecznie mieliśmy czas i motywację do zgłębienia tego tematu. Do spojrzenia na to z odpowiedniej perspektywy. To straszne, jakie wnioski na nasz temat mogą wyciągać inni, ale autorki „Anonimowej dziewczyny” podkreślają, że dużo gorszy wpływ ma na nas to, co sami o sobie myślimy. Autodestrukcja. Jessica, tak jak niezliczona liczba osób na całym świecie, od wielu lat dźwiga ogromny ciężar. Wyrzuty sumienia dosłownie zjadają ją kawałek po kawałku. Jess nie potrafi się rozgrzeszyć i w sumie nawet nie próbuje. Dopóki nie poznaje doktor Lydii Shields, która daje jej nadzieję na poprawę swojego stanu psychicznego. Wcześniej nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, jak surowa jest dla siebie. Jessica oczywiście nie bez powodu zadręczała się przez te wszystkie lata, ale błędem z jej strony było również to, że nie szukała przebaczenia. „Anonimowa dziewczyna” przedstawia szczegółowy, dogłębny portret bohaterki, która na relacji z inteligentną, niezwykle przenikliwą i podstępną kobietą zyskuje nie tylko upragnione zastrzyki gotówki, ale coś nieporównanie cenniejszego. Psychiatra poprawia jej kondycję psychiczną. Po to żeby ją osłabić? Jessica w każdym razie z czasem czuje się gorzej, niż tuż przed wejściem w tę niecodzienną relację z kobietą sukcesu. Sukcesu, o którym ona zdaje się, że może co najwyżej pomarzyć. Obsesja na punkcie doktor Shields, zauroczenie Jess jej osobą powoli przechodzi w niechęć. Główna bohatera książki ma dość powodów, by czuć zagrożenie z jej strony. Niewykluczone, że śmiertelne. Nie może jednak całkowicie ignorować zgoła innej możliwości. Paranoi? Też, ale jeszcze bardziej prawdopodobne wydaje się być to, że w tej psychologicznej rozgrywce jest jeszcze jeden gracz. I może właśnie tutaj należy upatrywać źródła niebezpieczeństwa, może to tej jednostki Jess powinna się obawiać, a nie rasowej manipulantki, która podstępem wciągnęła ją do gry, nie wyłuszczając przy tym jej zasad. Jessica sama będzie musiała zadbać o to, by je poznać. Bo od tego może zależeć jej życie. Albo nie. To zależy. Od tego, czy coraz to bardziej niepokojące ją wnioski, które wyciąga są słuszne. „Anonimowa dziewczyna” to powieści pełna niejednoznaczności – historia, którą rozpatruje się pod różnymi kątami, w zależności od nastawienia, jakie w danej chwili mamy do kluczowych postaci. Kiedy już, już mamy pewności, że prawda została nam objawiona, następuje gwałtowny zwrot w naszym rozumowaniu. I już mamy innego winnego, potem jeszcze innego, a potem wracamy do punktu wyjścia. Nie zrozumcie mnie źle: „Anonimowa dziewczyna” nie jest naszpikowana jakimiś dogłębnie wstrząsającymi niespodziankami. Zwrotami akcji o ogromnej sile rażenia. Takimi, które niewątpliwie będzie się długo pamiętać. Niełatwo domyślić się, jak ta trzymająca w napięciu, elektryzująca opowieść się skończy, bo i trudno przedwcześnie wyłonić sprawcę całego zamieszania (najczarniejszy charakter), ale nie w tym rzecz. Fascynująca jest cała droga, jaką przemierzymy wraz z Jessicą Farris i Lydią Shields. Manipulacja to moim zdaniem słowo klucz. Podstawowa broń doktor Shields i być może kogoś jeszcze. A już na pewno Greer Hendricks i Sarah Pekkanen.

Najbardziej wyczekiwany thriller 2019 roku!” - takie zdanie widnieje na okładce polskiego wydania drugiej wspólnej powieści Greer Hendricks i Sarah Pekkanen (Zysk i S-ka, rok 2019). Cóż, nie wiem, czy najbardziej wyczekiwany, ale mam w sumie pewność, że to będzie jeden z najlepiej sprzedających się w Polsce thrillerów psychologicznych 2019 roku. „Anonimowa dziewczyna” to książka praktycznie skazana na sukces. Napisana w przystępny, ale nie powierzchowny sposób, przemyślana intryga, której siła zasadza się na manipulacji. Manipulacji czytelnikiem i oczywiście tytułową bohaterką. Osobą, którą bardzo dobrze poznamy, umysł której zgłębimy, ale i tak będzie brakowało nam pewności, czy naprawdę jest ona tak godna zaufania, jak się wydaje. Nie jest i jest anonimowa. Takie kuriozum. I co więcej to nie jedyna postać owej wyróżniającej się powieści, o której można to powiedzieć. „Anonimowa dziewczyna” to pełna napięcia historia o ludziach w dużym stopniu zagadkach. O niebanalnych, niezwykle barwnych, fikcyjnych postaciach, o których nie tyle chce się czytać, ile ma się taki przymus. Jak już zaczniecie, to prawdopodobnie nie będziecie już chcieli z tej intrygi wychodzić. Owszem będziecie musieli się zmuszać, ale nie do kontynuowania tej literackiej podróży, tylko do postojów. Tak, mam podejrzenie graniczące z pewnością, że tak właśnie będzie: walka z samym sobą za każdym razem, gdy będziecie musieli zrobić sobie przerwę w lekturze. Najlepiej więc chyba zarezerwować sobie więcej czasu na „Anonimową dziewczynę”. „Połknąć” tę pozycję w całości.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

niedziela, 13 października 2019

„Przeklęty hotel” (2016)


Po wyjściu z więzienia Nicky, wraz ze swoim przyjacielem Jimmym, odnajduje swoją córkę Elizę. Młodą kobietę związaną z uzależnionym od narkotyków Bogdanem, która okradła własną matkę. Nicky i Jimmy, wbrew ich woli, zabierają zakochanych na nocną przejażdżkę po leśnej drodze gdzieś w Karpatach, podczas której dochodzi do wypadku. Nie ma wśród nich ofiar śmiertelnych, ale samochód nie nadaje się do jazdy, a oni znajdują się na kompletnym pustkowiu. W pobliżu stoi jednak opuszczona nieruchomość, niegdysiejszy hotel, w którym postanawiają się schronić. Wkrótce odkrywają, że nie są w nim sami, że w budynku osiadła grupa kanibali, która urządza sobie tutaj polowania na ludzi.

Rumuński anglojęzyczny horror „Hotel of the Damned” („Przeklęty hotel”) jest dziełem debiutującego w pełnym metrażu Bobby'ego Barbacioru, który poza reżyserią zajmuje się również pisaniem scenariuszy i produkcją filmów. Scenariusz, pod roboczym tytułem „Hotel Kill”, napisali Luca Bercovici, najprężniej rozwijający się w aktorstwie i niemający doświadczenia w branży filmowej Paul Petcu Budżet filmu zauważalnie nie był wysoki, co przełożyło się również na dystrybucję. Choć „Przeklęty hotel” niewątpliwie został nakręcony z myślą o arenie międzynarodowej, to został rozprowadzony na dosyć wąską skalę. Szerszą jednak w Stanach Zjednoczonych niż w swojej rodzimej Rumunii – VOD i DVD.

Wpadająca w oko animowana czołówka „Przeklętego hotelu” nastroiłam mnie w miarę optymistycznie na ten tworek Bobby'ego Barbacioru. A pierwsze sceny filmu nie tylko tego optymizmu nie przytłumiły, ale wręcz go podsyciły. Burzliwa sytuacja, która już na początku się zarysowała obiecywała bowiem coś niekoniecznie innowacyjnego, ale na pewno mniej rozpowszechnionego w krwawym/umiarkowanie krwawym kinie grozy. Mamy oto człowieka, który właśnie wyszedł z więzienia i wraz ze swoim najlepszym przyjacielem odszukał niesforną córkę, po drodze dowiadując się, że okradła ona własną matkę i związała się z narkomanem, który wciągnął ją w narkotyki i prawdopodobnie ma względem niej dużo potworniejsze plany. Ojciec chce wyrwać córkę z tej matni, w którą sama się wpędziła, ale jej jest dobrze tak jak jest. Ta szybko staczająca się młoda kobieta ma na imię Eliza i bynajmniej nie jest zadowolona z widoku ojca. Nie chce mieć z nim nic wspólnego i tego przed nim nie ukrywa. Nicky, bo takie imię nosi jej tata, nie zamierza jednak pozwolić by jego dziecko zmarnowało sobie życie. Z pomocą swojego przyjaciela Jimmy'ego zaciąga więc Elizę i jej chłopaka Bogdana do samochodu i ruszają w leśne ostępy. Konflikt pomiędzy Nickym i Elizą oraz nienawiść tego pierwszego (i Jimmy'ego) do jej partnera napędzają scenariusz, pomimo ewidentnego przerysowania tych postaci. Louis Mandylor (Nicky), Roxana Luca (Eliza), Peter Dobson (Jimmy) oraz Bogdan Marhodin (Bogdan), delikatnie mówiąc, nie wypadają przekonująco. Myślę jednak, że większa w tym wina reżysera i scenarzystów niż aktorów. Nierzadkie egzaltowane wybuchy złości bohaterów kojarzyły mi się z podrzędnymi przedstawieniami teatralnymi. Z amatorskimi inscenizacjami, w których aż roi się od nie do końca uzasadnionych monologów i dialogów. Tak wiem, że do słownych starć pomiędzy, powiedzmy, pozytywnymi postaciami, nie dochodziło bez powodu, ale to, jak powpychano je w fabułę i w jaki sposób to odegrano, nie wyglądało naturalnie. Coś w stylu: przerywamy audycję, by na siebie powrzeszczeć. A potem jak gdyby nigdy nic kontynuujemy wspólną walkę o przetrwanie. Po niedługim wstępie, podczas którego poznajemy bohaterów, wracamy do sceny z prologu – wypadku samochodowego, do którego dochodzi w karpackim lesie. Pojazd wypada z drogi, ale szczęściem wszyscy pasażerowie wychodzą z tego cało. O tyle o ile, bo Eliza odnosi niegroźne obrażenia głowy, a Jimmy jest na tyle poważnie ranny, że ledwo chodzi. Na początku, bo jego ciało, niczym wampirze, szybko się regeneruje – jeszcze tej samej nocy będzie biegał i walczył wręcz z kanibalami, które zaanektowały stojący na tych terenach niszczejący budynek. Tytułowy hotel, w którym czwórka naszych bohaterów postanawia przeczekać noc. Sceneria niemało obiecuje. Skąpany w gęstych ciemnościach (i sztucznej mgle, z którą zdecydowanie przesadzono) las otaczający zniszczony budynek zamieszkały przez kanibali. Akcja rozegra się w jego wnętrzu – w mrocznym, niefunkcjonującym już hotelu. W pozostawionej na pastwę żywiołów dużej nieruchomości, w której znajduje się niewiele mebli. Starych, zniszczonych sprzętów zalegających w obecnie zawilgoconych, obdrapanych pomieszczeniach. Nieprzenikniona ciemność spowija wszystkie kąty, ale na głównym planie jest na tyle rozpraszana, żeby widz nie miał większych problemów z rejestrowaniem szczegółów, nie mając przy tym bolesnego poczucia niedostatku mroczności, która przecież w takim miejscu i w ten nocnej porze panować musi. Więcej światła podkopałoby realizm. Z drugiej strony niezbyt wielka byłaby to strata, bo realizm i tak raz za razem jest podkopywany. Takim, a nie innym, prowadzeniem postaci. Nasi rozbitkowie wprawdzie wiedzą, że powinni zachowywać się cicho, bo polują na nich kanibale, ale pokusa powrzeszczenia na siebie bywa silniejsza. Mniejsza z tym, że mnie zjedzą, najważniejsze, żeby się wykrzyczeć. To w końcu działa oczyszczająco – jak już sobie powrzeszczę na kompanów, to wraca mi chęć do dalszej walki z prymitywami łaknącymi mojego soczystego mięska. Mogę już spokojnie wędrować ramię w ramię z osobami, które dopiero co tak donośnie atakowałem. Wędrować, wędrować i... tutaj niespodzianka: dalej wędrować. Raz powoli, ukradkiem, innymi razy biegiem i hałaśliwie, przemierzać mroczne korytarze niegdysiejszego hotelu w głębi lasu, wciąż i wciąż umykając brudnym osobnikom nieporozumiewającym się w żadnym języku. Najpewniej w ogóle nie potrafią mówić, ale dają sobie znaki – między sobą potrafią się porozumieć, między nimi jest jakiś prymitywny kontakt i oczywiście wielka zażyłość. W końcu łączy ich nietypowe zamiłowanie kulinarne. I najpewniej opóźnienie w rozwoju.

„Przeklęty hotel” Bobby'ego Barbacioru jest porównywany głównie do filmowej serii horrorów „Droga bez powrotu”. Nie bez powodu, bo przecież omawiany film też traktuje o niedorozwiniętych umysłowo kanibalach polujących na ludzi w leśnych ostępach. Najbardziej kojarzyło mi się to z czwartą odsłoną (prequelem) „Drogi bez powrotu” w reżyserii Declana O'Briena. Akcja „Przeklętego hotelu” nie rozgrywa się co prawda zimą, ale tutaj też mamy zaniedbany obszerny budynek usytuowany w lesie, który stanowi schronienie dla żywiącego się ludzkim mięsem klanu. I w którym prowadzi on swoją, tutaj dużo mniej, krwawą działalność. Odcięte kończyny (wygenerowane komputerowo) „ozdobią” napisy końcowe. Wcześniej radzę krwawych efektów nie wypatrywać, bo praktycznie ich nie ma. Jedna sekwencja kanibalistycznej uczty wprawdzie się pojawia, ale nie dość, że nie trwa długo, to na dodatek jest tak oszczędna w formie, na tyle wydelikacona, że podejrzewam, iż nawet osoby bardzo wrażliwe na takie widoki w filmach, będą na to nieczułe. A to i tak najlepsze (jakkolwiek dziwnie to brzmi) co mnie spotkało od chwili wyjścia Elizy z zapuszczonej łazienki w pozornie niezamieszkałym dawnym hotelu. W tej scence widać starania twórców w kierunku zaniepokojenia odbiorców, a przynajmniej podniesienia napięcia. Nie twierdzę, że to się udało, ale w coś w rodzaju drobnego dyskomfortu emocjonalnego ten incydent mnie wprawił. Coś tam czułam. Coś poza nudą, która nokautowała mnie potem. Moje powieki robiły się coraz cięższe i cięższe, aż w końcu odpłynęłam. Na parę sekund, ale nie musiałam długo czekać na powtórkę. I znowu, i znowu... Zamiast jednak wykorzystać okazję i osunąć się w ramiona snu, każdorazowo cofałam film o te minuty, które przegapiłam. I za każdym razem okazywało się to zupełnie niepotrzebne. Opuszczałam bohaterów gdy wędrowali po ciemnych korytarzach niegdysiejszego hotelu, a gdy do nich wracałam jeszcze wędrowali. A co się działo, gdy miałam zamknięte oczy? Tak Proszę Państwa: ich wędrówka trwała w najlepsze. Dobrze, trochę upraszczam. „Przeklęty hotel” tak naprawdę jest bardziej złożony – bohaterowie robią sobie krótkie postoje w niektórych pomieszczeniach tytułowego budynku, gdzie albo się kłócą, albo starają się odeprzeć ataki kanibali. Od czasu do czasu walczą z nimi wręcz, a jeszcze częściej strzelają do nich z pistoletów. Trzymają się razem – robią wszystko, by się nie rozdzielić, co im się chwali, bo w tego typu filmach częściej obiera się zgoła inną strategię. Ale później sytuacja się... hmm, komplikuje? Czy w tym przypadku w ogóle można użyć tak wielkiego słowa? To chyba trochę niestosowne, nie sądzicie? Bo przecież cała ta opowieść sprowadza się do czwórki ludzi ściganej przez grupę kanibali. W takcie jednej nocy, w domyśle od dawna niefunkcjonującym hotelu położonym w karpackim lesie. Ci uciekają, ci ich gonią. A od czasu do czasu ktoś kogoś zabije w niemalże bezkrwawy sposób (tj. nam widok substancji imitującej krew jest bardzo oszczędzany). Niejaką atrakcją (bez przesady) są ujęcia brudnych, czasami wykrzywionych w szkaradnych grymasach, twarzy agresorów. Charakteryzacja jest dosyć skąpa – dużo uboższa od tej zapamiętanej z horrorów spod znaku „Wrong Turn” („Droga bez powrotu”) - ale to akurat mi nie przeszkadzało. Lepszy daleko idący minimalizm od nadmiernego efekciarstwa, tak uważam. Ale fabuła to już zupełnie inna sprawa. Naprawdę tak trudno wymyślić coś, co chociażby z lekka ożywiłoby tę opowieść. Coś więcej niż tylko wędrówki, strzelanki i zapasy pomiędzy zdrowymi psychicznie osobnikami i tymi mniej zdrowymi. Tak, dało się! W ostatniej partii dochodzi do... No dobrze prawie dochodzi, ale to przecież już coś, prawda? Nie powiem, może i ta maksymalnie uproszczona ścieżka fabularna byłaby lepiej przyswajalna, gdyby postawiono na bardziej intymną pracę kamer. Miejsce akcji jest mroczne, ale niewiele z tego wynika. Zamiast z napięciem śledzić przebieg tej nocnej pogoni po skąpanym w całkiem gęstych ciemnościach, sporych rozmiarów budynku, zamiast niemal na własnej skórze odczuwać izolację bohaterów i z narastającą obawą wypatrywać czających się kanibali, zamiast z uwagą śledzić zdecydowane ataki, jakie przypuszczają na miastowych, z utęsknieniem wypatrywałam napisów końcowych. Obojętność to mało powiedziane – seans „Przeklętego hotelu” w większości był dla mnie zaciekłą walką. Walką z sennością (którą często przegrywałam, ale od czego jest funkcja cofania?), ze zniecierpliwieniem, coraz to większym i większym zniechęceniem. A w nagrodę za dotrwanie do planszy końcowej dostałam... No cóż, gdy wreszcie te męki dobiegły końca ogarnęło mnie poczucie kompletnego zmarnowania czasu. I wściekłość na siebie.

Moja wina. Nikt nie zmuszał mnie do seansu „Przeklętego hotelu” Bobby'ego Barbacioru. Nie ma obowiązku oglądania tego niskobudżetowego horroru kanibalistycznego, który przyszedł do nas z Rumunii. Wcale nie trzeba po to sięgać, nawet jeśli jest się fanem filmów grozy o ludziach żywiących się mięsem swoich bliźnich - tak podejrzewałam. Początek tchnął we mnie trochę entuzjazmu, oddalił złe przeczucia, ale stosunkowo szybko stało jasne, że ów optymizm był stanowczo przedwczesny. A skoro już popełniłam ten błąd zasiadając do „Przeklętego hotelu”, to mogłam przynajmniej przerwać seans. Oszczędzić sobie dalszych mąk. Ale nie, ja „mądra głowa”, postanowiłam trwać do końca. Zawziąć się i wytrzymać do zbawiennych napisów końcowych. Nie pytajcie co mną kierowało, bo ode mnie się tego nie dowiecie. Nie mam bladego pojęcia, po co mi to było. Dla wielu krótkich drzemek? Cóż, jeśli komuś, tak jak mnie, sen przychodzi z trudem, to ma to swoją wartość. Tym osobom polecam więc ten pełnometrażowy reżyserski debiut Bobby'ego Barbacioru. To może być skuteczniejszy środek od tabletki nasennej.