Stronki na blogu

niedziela, 14 listopada 2021

Piotr Sawicki „Budząc diabły”

W lesie w niemieckiej miejscowości Weigerin stoi tajemnicza góra, Wildschweinberg. Tutejsi mieszkańcy nie zapuszczają się w ten rejon, co może mieć związek z zaginięciami ludzi, do których dochodziło tutaj w przeszłości. Przyjezdni też zwykle omijają to miejsce, ale pochodzący z Polski, szukający brata ksiądz katolicki Tadeusz Nowak i jego siedemnastoletnia towarzyszka Hania, mają powody, by odwiedzić to pozornie opuszczone miejsce. Ledwo uchodzą z życiem, duchownego to jednak nie zniechęca. Zamierza dokładnie przeszukać to owiane złą sławą miejsce, w czym ma mu pomóc między innymi Marek Żuk, małomówny, gburowaty dwudziestosiedmioletni Polak pracujący w tutejszym zakładzie mięsnym. Mężczyźni nie zdają sobie sprawy z niebezpieczeństwa, jakie niesie ich przedsięwzięcie.

Budząc diabły” to powieściowy debiut Piotra Sawickiego, pochodzącego z Wrocławia autora recenzji i artykułów, dwukrotnie wyróżnionego w ogólnopolskim konkursie dla krytyków filmowych im. Krzysztofa Mętraka. Autora opowiadań grozy (między innymi „Karyny”, uświetniającej „W cieniu Bangor. Antologię inspirowaną prozą Stephena Kinga”) oraz książek niebeletrystycznych: wśród nich interesujący zbiór recenzji filmowych pod wiele mówiącym tytułem „Odrażające, brudne, złe: 100 filmów gore”. „Budząc diabły” to dosyć obszerna (trochę ponad sześćset stron), wydana zarówno w miękkiej, jak i twardej oprawie przez Dom Horroru, zilustrowana przez Pawła Kasprzyka, z genialną okładką zaprojektowaną przez Macieja Kamudę, proza ekstremalna skąpana w stosownie tajemniczej nadnaturalnej atmosferze, która powinna zainteresować też miłośników mitologii słowiańskiej.

Wreszcie doczekałam się powieści grozy od Piotra Sawickiego, człowieka, który, jak już zdążyłam się zorientować, nie tylko ma imponujące rozeznanie w szeroko pojętym horrorze, ale też pisarski warsztat sprzyjający tworzeniu rzeczy... wielkich? Cóż, na razie mogę powiedzieć tyle, że Piotr Sawicki ma dużą szansę dołączyć do grona najbardziej rozpoznawalnych polskich autorów literatury grozy. Takie przeczucie miałam już wcześniej, a jego debiutancka powieść jeszcze je wzmogła. Nie od razu. Po mocnym, intrygującym prologu z udziałem grupki dzieci ze wschodnioniemieckiej miejscowości Weigerin, gdzie toczy się cała akcja „Budząc diabły”, przyszła pora na przedstawienie, jak się okaże tylko części, ważniejszych uczestników szykującego się „dramatu”. I tutaj zaczęły się schody, bo w tym wąskim gronie nie potrafiłam znaleźć ani jednej osoby, z którą mogłabym „nawiązać choćby wątłą nić porozumienia”. Nijak nie potrafiłam odnaleźć się w tym towarzystwie. Marek Żuk już jakiś czas temu wyemigrował z Polski i osiadł w Weigerin. Pracuje w tutejszym zakładzie mięsnym, a mieszka w obskurnym wynajętym mieszkanku w starej kamienicy, w najbliższym sąsiedztwie mając zapijaczonego, bynajmniej nie dbającego o czystość, wiecznie spłukanego rodaka. Człowiek ten napawa Żuka wstrętem, podobnie jak, wydaje się, cała reszta świata. W każdym razie Marek nie ma dobrego zdania ani o swoich kolegach i koleżankach z pracy, ani o przełożonych. Nie nawiązuje bliższych znajomości ani ze swoimi krajanami, ani tym bardziej „szwabami”. I „pedałami” - to jego ulubione słówko na określenie „najgorszych z najgorszych”. Ludzi, którzy budzą w nim największy niesmak, mniej czy bardziej uzasadnioną awersję, pogardę. Krótko: Marek Żuk przedstawił mi się jako osoba, której stanowczo przydałoby się jakieś bezpieczne ujście dla nienawiści, najwyraźniej wypełniającą każdą komórkę jego wysportowanego ciała. Po jakimś – raczej dłuższym – czasie wizerunek tego wcześniej mocno wątpliwego bohatera (już prędzej antybohatera) w moich oczach uległ znacznemu ociepleniu. W Żuku zajdą fundamentalne zmiany wkrótce po przybyciu do miasta pewnego duchownego i jego siedemnastoletniej podopiecznej. Katolicki ksiądz Tadeusz Nowak przybywa do Weigerin na listowną prośbę od dawna niewidzianego brata, po którym wszelki słuch zaginął. Zabiera ze sobą ciężko doświadczoną młodą kobietę, Hanię, która wiele mu zawdzięcza. Dziewczyna darzy go bezgranicznym zaufaniem, a on perfidnie to wykorzystuje. Można powiedzieć z nadludzką wręcz cierpliwością, wytrwale lepi sobie kochankę. Ten czterdziestoparoletni ksiądz od początku ich znajomości pożąda dziewczyny wywodzącej się z patologicznej rodziny. To jemu Hania zawdzięcza wyrwanie się z koszmaru, jaki gotował jej przede wszystkim ojczym. Z brudnych łap jednego lubieżnika do uświęconych rączek drugiego, który w przeciwieństwie do swojego poprzednika, wie, jak manipulować zagubionymi duszyczkami. W najlepszym razie Hania może przypominać bohaterki utworów gotyckich – naiwna niewiasta, która czeka na swojego rycerza w lśniącej zbroi. Bez męskiego wsparcia Hania prawdopodobnie nie poradzi sobie nawet z najmniejszymi wyzwaniami, jakie niesie życie. Przepadnie z kretesem. Wpadnie w pajęczynę utkną przez katolickiego księdza, który ma już dość życia w celibacie. Niemniej wciąż stara się zwalczyć to zakazane pragnienie, apetyt, jaki obudził się w nim już przy pierwszym spojrzeniu na tę ponętną nastolatkę. Której trudno nie współczuć, ale... Powiedzmy, że współczesna proza przyzwyczaiła mnie do trochę bardziej zaradnych, samowystarczalnych przedstawicielek płci żeńskiej. Jej „niedzisiejszy” charakter można oczywiście tłumaczyć warunkami, w jakich dorastała ta bohaterka „Budząc diabły”. Ale to jakoś nie umniejszało we mnie wrażenia, że Hania jakby urwała się z jakiejś średniowiecznej legendy o smokach, zniewolonych przez nie dziewicach i rycerzach, którzy śpieszą im na ratunek na swoich rączych wierzchowcach.

(źródło, zwiastun książki: https://www.youtube.com/watch?v=pRfBG4DJvCY)

Las, a w tym lesie góra. Dzikowa Góra (Wildschweinberg), u podnóża której dawniej stał jakiś przepastnych budynek. W 2017 roku, w którym toczy się właściwa akcja „Budząc diabły”, niewiele już z tego zagadkowego kompleksu zostało. Z jednej strony tej niewątpliwie przeklętej góry w Weigerin roślinność jest nadzwyczaj bujna, a naprzeciwko istna kraina śmierci. Krajobraz zupełnie jak po pożarze. Może tak było, może przed laty tę część tajemniczego niemieckiego lasu strawił ogień. Może podczas drugiej wojny światowej, do której Piotr Sawicki, w całkiem pomysłowy sposób odwołuje się w tej umiarkowanie krwawej, klimatycznej opowieści o potworach. Wymyślnych kreaturach zrodzonych w jego, jak prawdopodobnie się przekonacie, przepastnej, doprawdy interesującej wyobraźni. Nie musimy domyślać się, gdzie autor „Budząc diabły” szukał inspiracji. Czarne karty w historii ludzkości, wydarzenia historyczna w pierwszej powieści Piotra Sawickiego splatają się ze słowiańskimi legendami. Z faktów i mitów tworzy się „szkaradna”, oślizgła, zakrwawiona, cuchnąca budowla, w której aż roi się od piekielnych, wygłodniałych istot. Wysuszona wiedźma z jednym okiem, nietoperzowate bobasy, czy gargantuiczne pełzające cielsko z ogromną paszczą, która pochłania wszelkie życia na swojej drodze. Mięsiste, pulsujące, gąbczaste ciało tego monstrualnego stwora nasunęło mi na myśl „Coś” Johna Carpentera i „Towarzystwo” Briana Yuzny, ale wcale bym się nie zdziwiła, gdyby ta kreatura tworzyła się pod natchnieniem monster movies z lat 50-tych XX wieku. Filmów o ogromniastych stworzeniach, siejących zniszczenie mutantach często powstałych na skutek promieniowania jądrowego. Latające niemowlaki to już zupełnie świeża dla mnie sprawa. W przypadku tych stworków żadnych skojarzeń nie miałam. Nie, jeśli chodzi o ich wygląd zewnętrzny, bo już ich ślina każdemu średnio zaznajomionemu z kinem grozy odbiorcy „Budząc diabły” przypuszczalnie wyda się „dziwnie” znajoma (Kosmos, te sprawy). Jest jeszcze strażnik Dzikowej Góry. Słusznych rozmiarów chłopisko, dziki, prymitywny humanoidalny osobnik, który na bieżąco pozbywa się nieproszonych gości. Nie wszystkich. Niektórym daruje życie, co Sawicki ujawnia już w prologu. Pierwszej stacji, która poza wszystkim innym, ma uczulić nas na ten zakątek Weigerin. Przekonać, że Dzikowa Góra jest jednym z tych (nie)naturalnych obiektów, od których najlepiej trzymać się z dala. Siedliskiej zła, jaki wymyka się ludzkiemu wyobrażeniu. Tajemnic, które od lat są pilnie strzeżone. Potęgi, której nie wolno wypuścić. Zanim nastąpi spodziewana rzeź, Sawicki będzie grał głównie klimatem. Tajemniczość, nadnaturalność, podskórna groza. Niejasne, niedookreślone poczucie praktycznie wszechobecnego zagrożenia w gruncie rzeczy w ogóle mnie nie odstępowało. A czasami znacznie rosło w siłę – sporadyczne manifestacje nieznanego, na wskroś obcego, zabójczego, co ponad wszelką wątpliwość wylazło z góry, która dla Weigerin jest mniej więcej tym, czym Dom Marstenów dla Kingowskiego Salem. Góruje nad miastem niczym odrażający pomnik, niczym puszka Pandory, która niebawem zostanie otwarta. A wszystko przez paru Polaków, którzy rzecz jasna nie wiedzieli, co czynią. Gdyby wcześniej dopuszczono ich do niewielkiego kręgu wtajemniczonych, gdyby poznali prawdę o Wildschweinbergu, to pewnie i tak by nie uwierzyli. Może poza Hanią, dziewczyną, która jeszcze nie wypracowała w sobie krytycznego myślenia. Wygląda na taką, która uwierzy w dosłownie wszystko, w przeciwieństwie do Marka Żuka, który czystym zrządzeniem losu (a może to robota jakiejś mrocznej siły?) wplątuje się w nadzwyczajną aferę zainicjowaną przez księdza Tomasza Nowaka. A właściwie to jego brata, bo to od jego nieodpartej ciekawości ta i tak mocno rozchwiana konstrukcja zaczęła się walić. I to z hukiem. Z czasem Sawicki zacznie przedstawiać nam kolejnych rozgrywających w tym niecodziennym meczu, w którym szanse na pewno nie są wyrównane. Sprawa od początku wydaje się być przegrana. Próżny trud, a przynajmniej tak widzą to najlepiej zorientowane w temacie jednostki, które mimo wszystko są zdecydowane walczyć do końca. Doprawdy ciekawa zbieranina degeneratów, starających się przywrócić bezpieczeństwo w tej przeklętej krainie. Świat przedstawiony w „Budząc diabły” cechuje się ogromną plastycznością – poruszające wyobraźnię, dostatecznie szczegółowe opisy, które miejscami ocierają się o czystą poezję. Malownicze, ale i złowieszcze naturalne widoczki oraz ponure, w niektórych przypadkach aż lepiące się od brudu pomieszczania, gdzie mogłabym przysiąc autentycznie czuć nieznośny fetor. I swego rodzaju przekrój tutejszej ludności – garść postaci epizodycznych, które Sawicki rzadko przedstawia jedynie z nazwiska. Większości daje jakąś przeszłość, nie zawsze tragiczną, ale jak można się domyślić ta dobra passa teraz dobiegnie końca. Wszystkich czeka śmieć w męczarniach. Krew, wnętrzności, kończyny. Przemoc, seks, również mocno wynaturzony. Nekrofilia to jeszcze nic, Sawicki pokaże Wam kopulację, jakiej przypuszczalnie jeszcze nie widzieliście. Swoją drogą nie wiedzieć czemu przypomniało mi się „Martwe zło” Sama Raimiego. Może dlatego że tamto też było tak dalece, hmm, egzotyczne. Im dalej, tym lepiej. Tym mocniej wkręcałam się w ten popaprany światek przedstawiony, również dlatego, że dwie postacie zyskiwały w moich oczach. Po długim wyczekiwaniu dostałam parkę, z którą mogłam w jakimś stopniu sympatyzować. Niezbyt wielkim, ale dobre i to.

Czytaliście „Chodź ze mną” Konrada Możdżenia? Podobało się? Jeśli tak, to proponuję sprawdzić „Budząc diabły”, pierwszą powieść w pisarskim dorobku Piotra Sawickiego. Podobne klimaty. Inne diabły, ale mam wrażenie pokrewne artystyczne dusze. Zbliżone temperamenty, choć w świecie wykreowanym przez Piotra krwawa makabra zaznacza się trochę silniej. Więcej tak zwanych obrzydliwości. Coś dla fanów prozy ekstremalnej, ale i osoby, którym wygodniej w horrorze nastrojowym – mroczne tajemnice, nadnaturalne istoty, zjawiska – mogą znaleźć tutaj coś dla siebie. Tym bardziej, jeśli w polu ich zainteresowań jest słowiańska mitologia. Spodziewałam się więcej, wiem, że Piotra Sawickiego stać na więcej, ale i tak cieszę się, że przejechałam się tą piekielną kolejką. Całkiem soczyste mięcho to „Budząc diabły”.

Za książkę bardzo dziękuję księgarni internetowej

https://www.taniaksiazka.pl/

Więcej nowości literackich

czwartek, 11 listopada 2021

„Nie podnoś słuchawki” (1980)

 

Zaburzony psychicznie fotograf pracujący w branży erotycznej, Kirk Smith, przemierza ulice Los Angeles w poszukiwaniu ofiar, kobiet, które zwykle napada w ich własnych domach, dusi pończochą z monetą, a następnie gwałci ich zwłoki. Od czasu do czasu nawiązuje kontakt telefoniczny z psycholożką Lindsay Gale, która poza indywidualnymi terapiami udziela także porad słuchaczom tutejszej rozgłośni radiowej. Kobieta nie zdaje sobie sprawy z tego, że jej rozmówca jest poszukiwanym przez policję dusicielem. Sprawę prowadzą detektywi z wydziału zabójstw, porucznik Chris McCabe i sierżant Hatcher.

Nie podnoś słuchawki” (oryg. „Don't Answer the Phone!”, tytuł roboczy: „The Hollywood Strangler”) to jedyny wkład Roberta Hammera w kinematografię. Niskobudżetowy amerykański slasher/thriller, którego scenariusz napisał wspólnie z Michaelem D. Castle'em na podstawie fabularyzowanej relacji ze sprawy Dusicieli z Hillside, Kennetha Bianchi i Angelo Buono, autorstwa Michaela Curtisa, pod tytułem „Nightline”. Za prawa do sfilmowania tej pozycji zapłacono dwa i pół tysiąca dolarów. „Nie podnoś słuchawki” nakręcono w osiemnaście dni w Los Angeles i okolicach. Filmowcy nie mieli stosownych zezwoleń, mówi się więc, że w dużej mierze to produkcja kręcona w stylu partyzanckim. Większość kwestii Nicholasa Wortha, który wcielił się w rolę Kirka Smitha, była improwizowana. Warto też wspomnieć, że aktor korzystał z rad psychologa kryminalnego. Samochód, którym czarny charakter porusza się po mieście w rzeczywistości był własnością reżysera, Roberta Hammera. Tak samo jak kurtka oraz dom „wypożyczone” Kirkowi Smithowi. „Nie podnoś słuchawki” trafił do sekcji trzeciej brytyjskiej listy video nasties – filmy nieścigane, ale podlegające konfiskacie na podstawie „mniej nieprzyzwoitych” zarzutów. W legalnym obiegu była jedynie pocięta, ocenzurowana wersja filmu. Pierwsze światowe wydanie DVD (2001 rok, Rhino Entertainment) zawierało niepełną, mocno złagodzoną wersję „Nie podnoś słuchawki” (zmontowano ponad dziewięć minut), w stosunku do wersji wpuszczonej do amerykańskich kin w 1980 roku. Ta ostatnia na rynku DVD (co innego VHS) zadebiutowała w roku 2006, dzięki uprzejmości BCI Eclipse.

W Stanach Zjednoczonych na początku lat 80-tych XX wieku zawrzało. Tak zwani obrońcy moralności, a wśród nich i wielu zawodowych recenzentów (krytyków) byli zniesmaczeni filmem, który został wpuszczony do kin. Wstrętna mieszanka seksu i przemocy, film mizoginistycznych: tak mówiono o „Nie podnoś słuchawki” Roberta Hammera. Ciekawe, zważywszy, że wtedy już na rynku hulały zdecydowanie mocniejsze produkcje. Kino exploitation zdążyło już rozkwitnąć - popularyzację tego prądu datuje się na lata 60-te i 70-te XX wieku. Histeryczna reakcja części ówczesnych Amerykanów na, jak czas pokaże, jedyny wkład Roberta Hammera w kinematografię, może świadczyć o ich nieznajomości choćby takich głośnych szokerów, jak „Ostatni dom po lewej” Wesa Cravena, „Teksańska masakra piłą mechaniczną” Tobe'a Hoopera czy Pluję na twój grób" Meira Zarchiego. Ale nie musi: jeśli obejrzeli, to wyobrażałam sobie, jak wtedy musiało się w nich zagotować... Bo „Nie podnoś słuchawki” to jedna z łagodniejszych filmowych „paskud”, z jaką się spotkałam. Nie jestem nawet pewna, czy określenie „paskuda” pasuje do tego nudnawego „spektaklu”. Ciężko mi powiedzieć, czy to bardziej horror z nurtu slash, czy dreszczowiec. Tak czy inaczej, to opowieść o nietajemniczym (nie dla widzów) seryjnym mordercy, dusicielu z Los Angeles, zawodowo zajmującym się fotografią. Kirk Smith, bo tak się nazywa ta kreatura, swoje zdjęcia sprzedaje magazynowi dla panów. Mówiąc wprost działa w branży erotycznej i jeśli wierzyć redaktorowi naczelnemu, który mu płaci, facet ma talent. Ma też jakąś obsesję na tle religijnym: rytuały, obrządki ze świecami, krucyfiksem i ofiarami z ludzi. To raz, ale czarny charakter filmu, który można powiedzieć swój żywot zawdzięcza Dusicielom z Hillside, autentycznym seryjnym zabójcom działającym w drugiej połowie lat 70-tych XX wieku (taka tam wariacja na ten temat), ma też obsesję na punkcie doktor Lindsay Gale, psychoterapeutki udzielającej również porad w lokalnej rozgłośni radiowej: telefony od słuchaczy szukających dobrej rady. W tej roli Flo Lawrence, która bardziej mnie przekonała od Nicholasa Wortha, czyli Kirka Smitha, ale najlepiej i tak patrzyło mi się na Jamesa Westmorelanda i Bena Franka, kreujących dość barwną – śmieszki – parkę (partnerzy wyłącznie na gruncie zawodowym) detektywów z wydziału zabójstw, odpowiednio porucznika Chrisa McCabe'a oraz sierżanta Hatchera. To oni prowadzą sprawę Dusiciela z Hollywood, który jak szybko odkrywają każdą kolejną ofiarę dusi pończochą jej nieszczęsnej poprzedniczki. Pończochą z monetą. Taki modus operandi sprawcy trudno uznać za dobrą wróżbę dla osób, których akurat naszła ochota na soczyste gore. „Nie podnoś słuchawki” jest prawie bezkrwawe – trochę czerwonej substancji popłynie w końcówce, ale o roztrój żołądka to podejrzewam nikogo nie przyprawi. W końcu to tylko trochę „farby”. Może gdyby Robertowi Hammerowi i jego ekipie trafił się ciut wyższy budżet... Ale jest jak jest: obyło się bez wstrząsów. Nawet bez leciutkich kuksańców. Czuję się jednak w obowiązku polecić ten obraz „koneserom” kobiecych piersi. Kirk Smith ma bowiem w zwyczaju zdzierać ubranie (górne okrycie) z nieszczęsnych pań, przed przystąpieniem do duszenia. Po zabójstwie zwykle przychodzi pora na gwałt, ale, bez obaw, twórcy darują nam takie widoki – wniosek, że Kirk Smith jest nekrofilem wypływa w toku policyjnego śledztwa pod kierownictwem niepatyczkujących się, detektywów, którzy lubią się przekomarzać.

Najlepsze, co „Nie podnoś słuchawki” Roberta Hammera miał mi do zaoferowania to klimat. Właściwie typowy dla tamtego okresu (krwawe/umiarkowanie krwawe, albo jak w tym przypadku niemal bezkrwawe „taśmowo produkowane” filmy grozy, w których trup ściele się gęsto). Brudno, obskurnie, nihilistycznie. A przecież jesteśmy w amerykańskiej, czy jak kto woli, światowej, stolicy filmu. Hollywood odarte z całego blasku. Nawet sławna Aleja Gwiazd prezentuje się tak jakoś niewyjściowo. I tu można się poczuć jak w slumsach, gdzie będziemy zaglądać - a raczej do krainy rozpusty - wraz z detektywami pracującymi nad sprawą Dusiciela z Hollywood, ale naszym przewodnikiem po zgniliźnie toczącej ten „wspaniały” zakątek świata (mlekiem i miodem płynący... yhm) jest także sam zabójca. Ewidentnie chory psychicznie człowiek, który nauczył się ukrywać swoją przypadłość. Dla postronnych obserwatorów: niegroźny, korpulentny, misiowaty, schludnie ubrany mężczyzna. Niektórzy znają go jako zdolnego fotografa. Największy dochód zapewnia mu współpraca z magazynem erotycznym. Doktor Lindsay Gale oraz słuchacze radia, w którym kobieta prowadzi własną audycję, zna go jako obcokrajowca (zdaje się, Meksykanin) zmagającego się ze straszliwymi bólami głowy. Kirk Smith w istocie jest jednak rodowitym Amerykaninem, który tylko udaje, że dręczą go migreny. Ma kłopoty zdrowotne, ale nie takie. Bardziej dotkliwe, bolesne dla niego (najpierw przyjemność, potem rozpacz) - ujęcia lamentującego, zalewającego się łzami mordercy. Antybohater „Nie podnoś słuchawki” odczuwa pociąg seksualny do zwłok. Z żywymi mu nie wychodzi. Dlatego zabija. To przede wszystkim popycha go do zbrodni, ale scenariusz sugeruje również motyw religijny. Dusiciel z Hollywood w ten sposób składa ofiary jakiemuś bóstwu. Nie dowiedziałam się, do jakiego boga modli się ten szaleniec - albo mi uciekło, albo twórcy nie uznali za stosowne odkryć tej „wielkiej tajemnicy wiary” Kirka. Jakąś wskazówką może tu być jednak krucyfiks... Mniejsza z tym. Koleś odprawia jakieś religijne czy pseudoreligijne obrządki, które, jak sobie ubzdurał, wymagają ofiar z ludzi. Kirk Smith łączy więc przyjemne z pożytecznym (niesmaczne, wiem) – szuka dla swojego boga wyłącznie kobiet, które na niego działają. Apetyt jego wyimaginowanego bożka chwilowo zostanie zaspokojony, a i on coś z tego będzie miał. Tak to sobie wymyślił, a przynajmniej ja tak to interpretuję. Scenariusz „Nie podnoś słuchawki” nie jest zbyt precyzyjny. Co nieco trzeba sobie dopowiadać. Znajdowane to tu, to tam strzępy informacji na temat seryjnego mordercy grasującego w Mieście (haha) Aniołów, dopasowywać, doklejać do ogólnego obrazu odmalowanego przez twórców. Wyrazistego szkieletu wzniesionego przez Roberta Hammera i Michaela D. Castle'a, w oparciu (raczej luźnym) o dziełko zatytułowane „Nightline”, pióra Michaela Curtisa. „Nie podnoś słuchawki” w pewnym sensie porusza się po trzech torach. Nie jest to opowieść wielowątkowa – nic z tych rzeczy – w sumie wszystko obraca się wokół Kirka Smitha. Dobrze, poza romansem, który to wątek na szczęście dla mnie, został jedynie liźnięty. Ciekawostka: ekranowi kochankowie w rzeczywistości się nie dogadywali. Wieść niesie, że na planie „Nie podnoś słuchawki” między nimi narosła tak silna niechęć, że jedno drugiemu starało się utrudnić pracę: przed sceną miłosną, kobieta najadła się cebuli, a mężczyzna, wbrew zaleceniom reżysera, przyszedł nieogolony. Podejmując przerwany wątek, całą fabułę jedynego reżyserskiego dokonania Roberta Hammera można streścić w zdaniu: o gościu, który dusi kobiety i wydzwania do nieznającej jego prawdziwej natury psychoterapeutki i o policjantach, którzy go ścigają. W tle narkomania, prostytucja, sprośne pisemka i jeszcze bardziej sprośne archiwum własne chorego psychicznie fotografa, który ma w zwyczaju rozmawiać ze swoim nieżyjącym ojcem (ej, może to jemu składa ofiary?), a kobiety często, ale nie zawsze, napada w ich własnych domach. W pierwszej scenie widzimy go z pończochą na głowie – doprawdy paradne, zapewne niezamierzenie – ale potem już nie zawraca sobie głowy takimi dodatkami. Zbędna fatyga, skoro wchodzi z silnym postanowieniem mordu. Z drugiej strony, zawsze przecież coś może pójść nie tak. Nie po jego myśli. Tak czy inaczej, Kirk Smith robi się coraz bardziej zuchwały. Nieostrożny, niezapobiegliwy. Co naturalnie służy wyluzowanym detektywom depczącym mu po piętach. Śledztwo policyjne przeplata się z perypetiami poszukiwanego zabójcy. W przeciwieństwie do przedstawicieli organów ścigania od początku, no nie licząc prologu, znamy jego oblicze, nie należy się więc nastawiać na zabawę w zgaduj zgadula: kto zabija? Już rzadziej będziemy zaglądać do doktor Lindsay Gale. Co tam nowego u niej? Nic, co mogłoby mnie zaciekawić, to samo zresztą muszę powiedzieć o pozostałych sekwencjach zdarzeń. Tak trochę na autopilocie oglądałam. Z obojętnością, z której najczęściej wyrywały mnie niektóre, irytujące, kompozycje muzyczne. Niedopasowane do obrazu – ależ mi się to okropnie gryzło – skoczne, wesolutkie melodyjki. Szkoda tak obskurnych zdjęć na tak nieciekawy scenariuszu. Na tak miałką opowiastkę, oczywiście w moim odbiorze.

Nie podnoś słuchawki” Roberta Hammera mnie upłynął głównie na wyczekiwaniu napisów końcowych. Się zawzięłam i nie „poległam”, ale łatwo nie było. Czas na tym „cudeńku” dłużył mi się niemiłosiernie. Wytrzymałam chyba tylko dzięki obskurnym zdjęciom. Z zasady dobrze się czuję w takich klimatach. Tam gdzie brudno, śmiało pójdę. Chętnie wchodziłam i do świata przedstawionego przez Roberta Hammera i jego ekipę. I się nacięłam. Ale jak uparło się obejrzeć wszystkie filmy slash, jakie nakręcono, to nie ma co żałować spotkania z tym... półslasherem? Odhaczone. Z głowy. I już jakoś tak lżej na duszy:)

wtorek, 9 listopada 2021

Anne Frasier „Znajdź mnie”

 

Detektyw z Wydziału Zabójstw Hrabstwa San Bernardino, Daniel Ellis, spotyka się ze skazanym przed trzydziestoma laty na karę śmierci seryjnym mordercą Benjaminem Wayne'em Fisherem, zwanym Mordercą z Inland Empire. Mężczyzna jest gotowy wskazać organom ścigania miejsca, w których ukrył ciała swoich ofiar, ale pod warunkiem, że będzie przy tym obecna jego córka, była agenta FBI specjalizująca się w profilowaniu psychologicznym, Reni Fisher. Kobieta obecnie mieszka na pustyni Mojave i próbuje nie myśleć o swojej traumatycznej przeszłości. Wszyscy wiedzą, że gdy była dzieckiem ojciec wykorzystywał ją w swoich polowaniach na młode kobiety. Reni uważa się za współwinną zbrodni dokonanych przez Mordercę z Inland Empire i choć przeczuwa, że spotkanie z tym człowiekiem nie będzie dobre dla jej zdrowia psychicznego, przyjmuje propozycję współpracy przedstawioną jej przez nowo poznanego detektywa Daniela Ellisa.

Anne Frasier to amerykańska powieściopisarka znana też jako Theresa Weir. Urodziła się w Burlington w stanie Iowa i w dzieciństwie, podczas którego poznała cierpki smak ubóstwa, często się przeprowadzała. Ukończyła Artesia High School w Nowym Meksyku, a potem była między innymi kelnerką i sekretarką. Po ślubie przeprowadziła się na farmę i skoncentrowała na pisaniu. Na rynku wydawniczym zadebiutowała w 1988 roku, opublikowaną pod nazwiskiem Theresa Weir powieścią „Amazon Lily”, która wcześniej spotkała się z licznymi odmowami wydawców, najczęściej motywowanymi niedającą się lubić główną postacią. Z tym zarzutem ze strony wydawców autorka często spotykała się w kolejnych latach, gdy już jej kariera nabrała rozpędu. Wielokrotnie nagradzana - m.in. RITA Award oraz Daphne du Maurier Award za najlepszą romantyczną powieść suspensu -.poczytna autorka, która po latach pisania głównie kryminalnych i paranormalnych historii romantycznych, postanowiła spróbować czegoś innego. Radzono jej zrezygnować z krwi i trupów, ale ona uznała, że łatwiej będzie jej zrezygnować z wątków romantycznych. To swoje drugie pisarskie oblicze pokazuje jako Anne Frasier. Pierwotnie wydany w 2020 roku thriller/kryminał „Find Me” (pol. „Znajdź mnie”) otwiera planowany cykl, „Inland Empire”, z byłą agentką FBI Reni Fisher oraz detektywem z wydziału zabójstw Danielem Ellisem. Kolejny tom, „Tell Me”, swoją światową premierę miał w roku 2021.

Jaka jest najgorsza rzecz, jaką rodzic może zrobić dziecku? Jedna z czołowych postaci „Znajdź mnie” pióra Anne Frasier, Reni Fisher, mogłaby mieć trudności z wyobrażeniem sobie czegoś gorszego, od tego, co sama w dzieciństwie przeżyła. Właściwie przeżywa nadal, bo taką traumę niełatwo przepracować. O ile to w ogóle możliwe. Przed trzydziestoma laty, kiedy Reni była zaledwie kilkuletnią dziewczynką, jej biologiczny ojciec, Benjamin Wayne Fisher, został zatrzymany przez policję, a potem skazany na śmierć za pozbawienie życia wielu młodych kobiet. Morderca z Inland Empire wciąż przebywa za kratkami i nic nie wskazuje na to, by w najbliższych latach doszło do egzekucji. Już prędzej człowiek ten spędzi jeszcze wiele lat, resztę życia, w więzieniu o zaostrzonym rygorze. Tam, gdzie spotykamy go po raz pierwszy. Gdzie przedstawia młodemu detektywowi z wydziału zabójstw San Bernardino, Danielowi Ellisowi, ofertę, na której obaj mogą skorzystać. Dla Daniela to przede wszystkim szansa na rozwikłanie sprawy, w którą zaangażował się już w dzieciństwie, a dla Bena okazja do zobaczenia wreszcie swojej jedynej córki. Córki, której nie widział od trzech dekad. Córki, której wyrządził niewyobrażalną krzywdę. „Znajdź mnie” to niestandardowe podejście do motywu serial killer. Zamiast tradycyjnej pogoni za tajemniczych seryjnym zabójcą (poniekąd), Frasier serwuje nam opowieść o wieloletnim, praktycznie nieustającym cierpieniu wynikającym z działalności takiego zbrodniarza. Benjamin Fisher od trzydziestu lat nikomu już nie zagraża (no, może poza współwięźniami), a przynajmniej nie fizycznie. Bo są jeszcze potworne wspomnienia, które pozostawił w paru niewinnych umysłach. Największą krzywdę wyrządził swojemu własnemu dziecku, dorosłej już kobiecie, która obwinia się za krwawe żniwo jakie przed laty zebrał jej rodziciel. Wyobraźcie sobie seryjnego mordercę, który wykorzystuje swoją nic nie rozumiejącą, okrutnie zmanipulowaną, kilkuletnią córkę jako przynętę. Wmawia jej, że to tylko zabawa. Niegroźna, zupełnie niewinna, wyreżyserowana nocna rozrywka, jakiej oddaje się niejedno dziecko ze swoim rodzicem. Umowna teraźniejszość co jakiś czas - niezbyt często - jest urozmaicana retrospekcjami, które dają nam wgląd w oburzającą relację, jaką Ben Fisher zbudował ze swoim jedynym dzieckiem. W jego odrażający proceder wymierzony również w małą Reni. Jego oczko w głowie... Wiem, jak to brzmi, ale Frasier daje nam do zrozumienia, właściwie nie pozostawia wątpliwości, że Ben, na swój chory sposób, kochał (i nadal kocha) swoją córkę, że od kiedy Reni przyszła na świat, stanowiła centrum jego wszechświata. Najważniejsza osoba w jego życiu, prawdziwa córeczka tatusia. Jej więź z matką, Rosalind Fisher, w tamtych czasach była nieporównywalnie słabsza. Możliwe że to nigdy się nie zmieniło, że Reni nadal czuje się bardziej związana z ojcem-mordercą niż matką, która nie wiedziała, co wyczynia jej mąż. Portret psychologiczny głównej bohaterki co prawda mógłby być bardziej dogłębny - aż prosiło się o szerszą analizę tego niecodziennego przypadku - ale i tak uważam, że Reni Fisher robi najlepszą robotę dla „Znajdź mnie”. Powiew świeżości na fali fikcyjnych opowieści o seryjnych mordercach. Jedna z bardziej poturbowanych przez życie bohaterek, z jaką w swoich dotychczasowych kontaktach z literaturą kryminalną, miałam przyjemność się spotkać. Jakaś więź z pewnością się między nami wytworzyła, ale mam przekonanie, że mogła ona być dużo silniejsza. Może w kolejnym tomie? Tak czy inaczej, z całej tej tragedii wyłania się jedno fundamentalne pytanie: czy słuszność mają ci, którzy za zbrodnie ojca obwiniają też dziecko? Najbardziej obwinia się sama Reni Fisher, córka Mordercy z Inland Empire, ale jej nowy przyjaciel, detektyw Daniel Ellis, najwyraźniej nie podziela tego oglądu sytuacji. On jest jednym z tych, którzy nie mają wątpliwości, że Reni też padła ofiarą Bena Fishera, że nie ponosi żadnej winy za mordy, których ten człowiek dopuścił się przed wieloma laty. W toku śledztwa to jego stanowisko może się chwiać. Możliwe, że będą nachodzić go wątpliwości, że jego zaufanie względem Reni Fisher zacznie słabnąć. Nie wiem, jak inni, ale ja szczerze mówiąc nie szukałam odpowiedzi na owo „fundamentalne pytanie” wyłaniające się z tego dosyć wstrząsającego „scenariusza”. Ot, pytanie retoryczne. Sprawa jasna jak słońce.

Pustynia Mojave. Wspaniały wybór – doprawdy chwytliwa „wizytówka” dla powieści kryminalnej, czy jak kto woli dreszczowca. To tutaj zaszyła się Reni Fisher po załamaniu nerwowym. Odeszła z Federalnego Biura Śledczego i zajęła się garncarstwem. Na tym gorącym (za dnia, nocą wszak zwykle panuje tu przeraźliwy chłód) pustkowiu, w którym bez pamięci zakochała się już w dzieciństwie. To jedna z rzeczy, które dzieli ze swoim ojcem. Właściwie to on odkrył przed nią uroki pustyni Mojave. To Morderca z Inland Empire obudził w Reni miłość do Matki Natury. Kobieta, w przeciwieństwie do śledczych, którzy zajmowali się tą sprawą, jest zdania, że Ben Fisher ukrył zwłoki swoich ofiar gdzieś na tym ogromnym obszarze, przez niektórych - policjantów na pewno - nazywanym polem śmierci. Teraz tę sprawę przejmuje, właściwie to wznawia, detektyw Daniel Ellis, który nie jest przekonany do teorii byłej profilerki samotnie mieszkającej na pustyni – podobnie jak jego poprzednik, detektyw, który wcześniej prowadził sprawę Mordercy z Inland Empire, Daniel nie widzi powodu, żeby brać pod uwagę pustynię Mojave, od jakiegoś czasu zaciekle przekopywaną przez Reni Fisher. Dla niej to coś w rodzaju terapii. Niezbyt skutecznej, ale kobieta ufa, że to się zmieni, gdy jej trud zacznie przynosić owoce. W postaci bestialsko potraktowanych młodych kobiet. Reni robi to z myślą o ich bliskich. Chce choć odrobinę ulżyć im w cierpieniu, a to jedyny sposób, jaki przychodzi jej do głowy. Ma nadzieję, że dzięki temu i ona poczuje się trochę lepiej, ale nie opuszcza jej też pewność, że tak czy inaczej, już zawsze będzie „widzieć krew na swoich rękach”. Ze nigdy nie uwolni się od potężnego poczucia winy. Zanosi się na to, że Ben Fisher nie powiedział jeszcze ostatniego słowa, że „glista wylezie spod ziemi”, że Morderca z Inland Empire znowu zacznie przelewać krew. Że Anne Frasier jednak wstąpi na znaną, mocno wydeptaną w literaturze ścieżkę, że prędzej czy później rozpocznie się pościg za seryjnym zabójcą. I tak, i nie. Będzie śledztwo policyjne, kryminalna intryga stopniowo rozpracowywana przez detektywa Daniela Ellisa i jego nieformalną partnerkę (formalnie jest konsultantką), byłą agentkę FBI, Reni Fisher. W końcu rozpocznie się pościg za mordercą, ale „drzwi wejściowe” Frasier umieściła w dość zaskakującym miejscu. Innym słowy, polowanie na oprawcę nie otwiera się tak, jak się tego spodziewałam. Autorka przyszykowała mnie na coś, co nie nastąpiło. Zastosowała zgrabną zmyłkę. Sprytnie to rozegrała, ale niestety nie mogę tego samego powiedzieć o największych niespodziankach, jakie przewidziała dla odbiorców „Znajdź mnie”. Choć nie należę do szczególnie domyślnych czytelników, nie gubiłam się w domysłach, nawet nie musiałam się długo rozglądać za podejrzanymi w całym tym słonecznym, a mimo to całkiem mrocznym, brutalnym świecie przedstawionym przez Anne Frasier. Nie znajdziemy tu szczegółowych opisów krwawej przemocy wymierzonej w bliźnich. Autorka najwyraźniej miała ambitniejsze cele od generowania krótkotrwałego, przejściowego poczucia niesmaku, wstrętu, u odbiorców pierwszego tomu kryminalnych zagadek z Kalifornii. Jej historia miała docierać głębiej, mocniej osiadać na psychice czytelnika. Wygrywać trudniejszą, wymagającą większych zdolności, melodyjkę na „zgniłym” instrumencie. Obrazy, jakie odmalowuje przed nami Frasier w „Znajdź mnie” - straszliwe wspomnienia szczególnie Reni Fisher, ale nie byłam też obojętna na mękę Daniela Ellisa oraz kobiety, która przeżyła spotkanie z Mordercą z Inland Empire – w mojej ocenie mają większą siłę rażenia, dostają większy impet niż tak zwana proza ekstremalna (choć pewnie znalazłoby się parę wyjątków). Nie zmieniam zdania, nadal uważam, że można było to znacznie pogłębić, roztoczyć szerszą, pełniejszą, jeszcze brutalniej gwałcącą umysł analizę, przynajmniej tego najbardziej bolesnego dla mnie przypadku wykreowanego przez niewątpliwie empatyczną powieściopisarkę. Aż serce się kraje na widok maleńkiej istoty kulącej się nocą w samochodzie, roztrzęsionej, zmarzniętej dziewczynki, która z dłońmi przyciśniętymi do uszu czeka, aż jej ukochany tatuś przestanie bawić się z miłą panią, którą poznała przed chwilą. Płakać się chce na widok kilkuletniej dziewczynki, która siedzi zupełnie sama na pustyni, czekając na tatę, który ją tutaj zostawił. Reni, jak większość dzieci, darzyła swojego rodzica bezgranicznym zaufaniem. Kochała go całym sercem. Był jej bohaterem, towarzyszem zabaw (nie tylko tych strasznych), powiernikiem, troskliwym opiekunem. Wierzyła mu, gdy mówił, że to tylko taka niewinna gra. Grała, choć coraz mniej to lubiła. Robiła to głównie z myślą o nim, o tatusiu, który tak bardzo lubił te ich nocne wyprawy. Robiła to dla człowieka, który tak straszliwie ją wykorzystał. Który okazał się gorszy od wszystkich potwornych wytworów dziecięcej wyobraźni, które nocą zwykle wychodzą spod łóżka albo z szafy.

Znajdź mnie”, pierwszy tom zaplanowanej powieściowej serii z byłą agentką FBI zajmującą się profilowaniem psychologicznym, Reni Fisher oraz detektywem z wydziału zabójstw Danielem Ellisem, autorstwa Anne Frasier, czyta się szybko, ale niekoniecznie przyjemnie. To dosyć wstrząsająca wizja, hmm, rodzicielstwa. Opowieść o przerażająco toksycznej, chorej relacji, stworzonej przez ekstremalnie nieodpowiedzialnego rodzica. No, to dopiero delikatne ujęcie tematu. Eufemizm stulecia. Płaszczyzna psychologiczna nie do końca mnie zadowoliła – chciałoby się wejść w to jeszcze głębiej. Chciałoby się też większego wyzwania intelektualnego, większej nieprzewidywalności, na polu kryminalnym. W policyjnym śledztwie, w które mimo wszystko zdołałam się zaangażować. Mogłam mocniej, ale na zachętę wystarczy. Mam zamiar tu wrócić. Sprawdzić część drugą „Inland Empire”, która, jak sądzę, już wkrótce pojawi się w Polsce. Takie tam przeczucie.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu


niedziela, 7 listopada 2021

Grady Hendrix „Poradnik zabójców wampirów klubu książki z południa”

 

Lata 80-te i 90-te XX wieku. Patricia Campbell jest wiecznie zaganianą gospodynią domową, mieszkającą w Old Village, spokojnej okolicy na przedmieściach Mt. Pleasant w Karolinie Południowej, wraz z mężem, psychiatrą Carterem oraz dwójką dzieci, Korey i Carterem Juniorem zwanym Blue. Jest też zapaloną czytelniczką mrocznej literatury, podobnie jak pozostałe członkinie nieformalnego klubu książki gospodyń domowych, do którego należy: Kitty Scruggs, Slick Paley. Grace Cavanaugh i Maryellen. I jedyną osobą w Old Village, która nabiera przekonania, że jej nowy sąsiad, James Harris, jest odpowiedzialny za makabryczne wydarzenia, do których dochodzi w okolicy. Kobieta stara się zaangażować swoje przyjaciółki z klubu książki w tę sprawę, ale nie mówi im, że tak naprawdę podejrzewa, że James Harris jest wampirem.

Po raz pierwszy wydana w 2020 roku powieść autora między innymi „Horrorstör”, „Sprzedaliśmy dusze” i „Mojej przyjaciółki opętanej”, Amerykanina Grady'ego Hendrixa, która w pewnym sensie jest wypadkową tej ostatniej. „Poradnik zabójców wampirów klubu książki z południa” (oryg. „The Southern Book Club's Guide to Slaying Vampires”) nie jest sequelem „Mojej przyjaciółki opętanej”, ale łączy je miejsce akcji: Charleston i jego okolice, gdzie notabene Grady Hendrix się wychował. Co istotniejsze, „Poradnik zabójców wampirów...” wziął się z chęci autora do niejako stanięcia tym razem „po drugiej stronie barykady”. Obrania perspektywy tych, którzy w „Mojej przyjaciółce opętanej” nie zaskarbili sobie wielkiej sympatii czytelników. Tam patrzyliśmy oczami nastolatków, a tutaj towarzyszymy (nie ich, innym) rodzicom. Podczas prac nad „Poradnikiem zabójców wampirów...” Hendrixowi towarzyszyły dwa utwory Shirley Jackson: „Life Among the Savages” oraz „Raising Demons”, ale jak zwykle najbardziej pomocne były jego osobiste obserwacje rzeczywistości. „Brakuje mi wyobraźni, więc mogę pisać tylko o świecie, który widzę wokół mnie” - stwierdził w jednym z wywiadów. Prawa do sfilmowania „Poradnika zabójców wampirów...” zostały już sprzedane i prawdopodobnie będzie z tego serial.

Grady Hendrix specjalizuje się w horrorze, który zwykł urozmaicać akcentami komediowymi. Histerycznym, wisielczym humorem. Co nie bierze się znikąd. Zapytany o źródła humorystycznych akcentów zawartych w „Poradniku zabójców wampirów klubu książki z południa”, Hendrix odpowiedział, że zawsze pisze o tym, co widzi wokół siebie. A świat, w którym tak naprawdę nam wszystkim przyszło żyć „jest w równym stopniu zabawny, co tragiczny i przerażający”. Przykład? Pandemia COVID-19. Grady Hendrix stwierdził, że każdy, kto zechce przedstawić rzetelną relację z tego okresu, będzie musiał wspomnieć też o gromadzeniu papieru toaletowego. „Ten pomysł, że globalna pandemia ma coś wspólnego z naszymi tyłkami i potrzebujemy papieru toaletowego, aby się przed nią obronić, jest jednocześnie zabawny, tragiczny i przerażający”. Prawdziwe życie według Hendrixa to mieszanka horroru i komedii. „Poradnik zabójców wampirów...” to moje trzecie spotkanie z jego prozą (wcześniej były „Sprzedaliśmy dusze” i „Moja przyjaciółka opętana”) i śmiem stwierdzić, że akcentów humorystycznych jest tutaj najmniej. Zaskakujące, zważywszy, że to opowieść o gospodyniach domowych stających do walki z najprawdziwszym potworem. Kreaturą, której najbliżej do wampira. Prawdę mówiąc jedyny atak głośnego śmiechu, dopadł mnie pod koniec rozmowy tytułowego klubu książki na temat hipisów. Amerykańskie przedmieście zdominowane przez klasę średnią. Przytulne domki, zadbane trawniki, wypieszczone rabaty kwiatowe. Cisza, spokój, bezpieczeństwo i dla większości satysfakcjonująca rutyna. Jutro jest praktycznie takie samo jak wczoraj. W kółko to samo, a jedyna nadzieja na co bardziej ekscytujące momenty, w książkach. Główna bohatera „Poradnika zabójców wampirów...”, Patricia Campbell, w nich szuka ucieczki od monotonni dnia codziennego. Silniejszych emocji, których od dłuższego czasu nie zaznaje w życiu. Pozostałym członkinią małego klubu książki z Old Village, w przeciwieństwie do niej, nie tęskno za sensacjami w życiu codziennym. Patricia z jednej strony przyznaje im rację – faktycznie niefajnie byłoby, gdyby jej życie zaczęło przypominać mroczną prozę, w jaką celuje ich klubik – ale gdzieś w głębi ducha tli się w niej przekonanie, że odrobinka ekscytacji nikomu by nie zaszkodziła. Przydałoby się jakieś ożywienie w tej straszliwie nudnej dzielnicy. Niedługie wprowadzenie do „Poradnika zabójców wampirów...” jest datowane na końcówkę lat 80-tych XX wieku, a potem wskakujemy w ostatnią dekadę tego stulecia. Zdecydowaną większość czasu spędzimy więc w latach 90-tych XX wieku, głównie u boku Patricii Campbell, matki dwóch dzieci i żony szanowanego psychiatry, który zgodnie z tutejszym zwyczajem, traktuje swoją małżonkę protekcjonalnie. Umniejsza jej rolę w rodzinie. Na każdym kroku daje jej do zrozumienia, że to on stanowi filar ich mikrokosmosu. A ona... Cóż, ona nie robi nic, poza czytaniem głupkowatych książeczek i plotkowaniem z sąsiadkami. W przedmowie do „Poradnika zabójców wampirów...” Grady Hendrix wspomina swoją mamę – kobietę, która jak zrozumiał dopiero po latach, gdy dorósł, dwoiła się i troiła, dla swoich najbliższych. By zapewnić swoim dzieciom jak najlepszy byt. Patricia Campbell to bohaterka dnia codziennego, która swój żywot z pewnością zawdzięcza rodzicielce autora tej wspaniałej książki. Jednej z najlepszych powieści o wampirach (tak naprawdę to wampirze, czy tam czymś, o przepraszam, kimś podobnym), jaką w swoim życiu przeczytałam.

Jeśli czegoś się nauczyłyśmy z tych wszystkich książek, które tu czytamy, to tego, że paranoja popłaca.”

Pierwsze polskie wydanie „Poradnika zabójców wampirów klubu książki z południa”, z 2021 roku, przygotowało wydawnictwo Vesper. I to już powinno mówić wszystko, ale gwoli obowiązku: twarda oprawa z dość zabawną grafiką na froncie, autorstwa niedoścignionego Macieja Kamudy, który przygotował dla nas też upiorne ilustracje porozkładane we wnętrzu tego, na oko, potężnego tomiszcza – tylko nieco ponad pięćset stron, ale tak grubych, że powieść wydaje się dłuższa. Nieco ponad pięćset stron doskonałej zabawy! Stosownie mrocznej, ździebko paranoicznej, umiarkowanie krwawej i dziwnie relaksującej opowieści będącej swoistym skrzyżowaniem „Postrachu nocy” Toma Holland, „Draculi” Brama Stokera, „Miasteczka Salem” Stephena Kinga, „Bestii obok mnie” Ann Rule i... serialu „Gotowe na wszystko”. Skąpanym w sosie własnym chefa Grady'ego Hendrixa. Działy, księgi, z których składa się „Poradnik zabójców wampirów...”, dostały tytuły utworów omawianych przez w sumie trzy kluby czytelnicze z Old Village (wyjątek może tutaj stanowić „Psychoza” Roberta Blocha). Książki miesiąca, a wśród nich kultowe „Helter Skelter” Vincenta Bugliosiego i Curta Gentry'ego i wspomniana już „Bestia obok mnie” Ann Rule, które w jakimś ułamku pokrywają się z rzeczywistością naszych dzielnych pań z Południa Stanów Zjednoczonych. Tak to najwyraźniej widzi główna bohaterka książki. Wniosek nasuwa się sam przez się: znudzona gospodyni domowa przedawkowała makabryczną literaturę. Powieści całkowicie fikcyjne, ale i takie, które podyktowała pani Rzeczywistość (true crime). Patricia Campbell z tęsknoty za większymi wrażeniami w życiu codziennym, zaczęła przekładać swoje lektury na rzeczywistość. Doszukiwać się związków tam, gdzie ich nie ma. Jeśli jednak ona stopniowo traci zdolność racjonalnego myślenia, coraz to bardziej odrywa się od rzeczywistości, to uczciwie trzeba przyznać, że z nami jest podobnie. W każdym razie Hendrix daje nam mocne powody, by ufać oglądowi sytuacji jego bohaterki. Myśli odbiorcy mogą wprawdzie biec inną drogą, ale zasadniczo autor nie robi praktycznie nic, by podważyć teorie, jakie z czasem rodzą się w głowie Patricii. Sprawa bardziej dla Abrahama Van Helsinga niż Cartera Campbella. Bardziej dla wykwalifikowanego (są tacy?) łowcy wampirów aniżeli psychiatry. A już na pewno nie takiego pożal się Boże doktorka, jak pyszałkowaty, apodyktyczny małżonek protagonistki „Poradnika zabójców wampirów...”. Człowiek ten ewidentnie stosuje przemoc psychiczną wobec matki swoich dzieci. Przynieś, wynieś, pozamiataj, a w nagrodę powiem ci, jak bezdennie głupia, jak dziecinna i jak kompletnie nieprzydatna jesteś. Ja: pan na włościach, ty: kiepska służąca. Co więcej, okazuje się, że w Old Village, tej rzekomej krainie szczęśliwości, takie podejście do płci żeńskiej nie jest żadnym ewenementem. Prawie we wszystkich domach niepodzielną władzę sprawują mężczyźni. To im przynależne jest ostatnie słowo w każdej sprawie. Pod warunkiem że raczą się nią zainteresować. Bo przecież jedyni żywiciele rodziny nie będą zniżać się do poziomu swoich żon i wykazywać szczerego zainteresowania samopoczuciem własnych dzieci. Jak pojawi się większy problem wychowawczy, to natychmiast zainterweniują, a całą resztę zostawiają swoim „leniwym” małżonkom.

Old Village jakby zatrzymało się w innej epoce - może lata 50-te XX wieku? - jak gdyby rewolucja obyczajowa sprytnie ominęła ten obszar Stanów Zjednoczonych. To w końcu Południe – tu kobiety znają swoje miejsce i żaden nawiedzony liberał tego nie zmieni. No to może wędrowiec „bez przeszłości”, przystojny „kowboj”, który stroni od światła słonecznego i nie przestąpi progu żadnego domu, dopóki nie zostanie zaproszony. Kulturalny młody człowiek... Tylko jeśli nie zna się historii o wampirach. To, co inni mogą odbierać za przejaw dobrego wychowania i godnych współczucia problemów zdrowotnych, osoby jako tako zorientowane w nurcie wampirycznym, tylko utwierdzi w przekonaniu, że James Harris to istota, której należy się wystrzegać. Jeśli komuś wydaje się, że ma kłopotliwego sąsiada, to powinien poznać Jamesa Harrisa. Przybysza znikąd, za sprawą którego Old Village zmieni się nie do poznania. Materializm, egoizm, rozwiązłość seksualna, zwykła ludzka podłość, obojętność na krzywdę innych, nawet na śmierć dzieci (skąd ja to znam?). Chciałabym móc powiedzieć, że Harris posiada jakąś nadzwyczajną moc, którą wykorzystuje przeciwko poczciwym ludziom. Najprościej rzecz ujmując: dobro przeistacza w zło. Hedonizm. Bezduszność. Dbanie wyłącznie o swój interes, o swoje potrzeby, choćby kosztem życia niewinnych istot. Nic nie widzę, nic nie słyszę oprócz mamony. Kasa ponad wszystko. Taki jest świat, w którym nie ma takich Jamesów Harrisów, jak w rzeczonej niebywale wciągającej powieści znawcy gatunku, Grady'ego Hendrixa. Wielkiego miłośnika szeroko pojętego horroru, który śle tutaj coś w rodzaju listów miłosnych do utworów swoich kolegów i koleżanek po piórze. „Poradnik zabójców wampirów...” w niezwykle interesujący, fascynujący sposób nawiązuje do innych dzieł. Pomysły Hendrixa przepięknie korespondują z niektórymi zapewne ważnymi dla niego książkami (o „Postrachu nocy” Toma Hollanda co prawda nie wspomina, ale kto oglądał, ten pewnie z miejsca skojarzy) zarówno non fiction, jak tylko fiction. Klimat małego amerykańskiego miasteczka – właściwie przedmieścia – trochę jak u Stephena Kinga, a biorąc pod uwagę tematykę, wzrok najbardziej skupia się na „Miasteczku Salem”. Jeszcze zanim zrobi to Hendrix. Tak samo może być z „Draculą” Brama Stokera – jest spora szansa, że uprzedzicie autora w tym połączeniu. Niemniej nie sądzę, że wielu potraktuje tę mroczną wyprawę jako swego rodzaju powtórkę z rozrywki. Powtórzenie materiału, bezrefleksyjne powielanie sprawdzonych motywów, odwoływanie się do rzeczy znanych (na przykład biografii Charlesa Mansona i Teda Bundy'ego). Hendrixowi na pewno nie zbrakło inwencji podczas budowania tej mocno trzymającej w napięciu historii o gospodyni domowej, która kładzie na szali całe swoje, bądź co bądź, niezbyt szczęśliwe, życie. I powoli traci zmysły. A przynajmniej takie szepty prawdopodobnie obiegają tę pocztówkową dzielnicę, gdzie diabeł mówi dzień dobry, gdy Patricia Campbell zaczyna „swoje szaleństwa”. Co jak co, ale poczta pantoflowa w tym miejscu dzieła niezawodnie. A cała nadzieja w nieludzko zapracowanych gospodyniach domowych, które odpoczywają przy mrożących krew w żyłach, brutalnych książkach. Całe szczęście, bo w przeciwnym wypadku pewnie nie wypatrzyłyby... bestii obok siebie. Wielkie dzięki Ann! À propos podziękowań: chyba nikt nie robi tego tak, jak Grady Hendrix.

Grady Hendrix w genialnej formie! „Poradnik zabójców wampirów klubu książki z południa” to dzieło, które bez najmniejszych oporów polecam absolutnie wszystkim fanom literatury grozy. Tak miłośnikom utworów w dużej mierze zdających się na klimat, historii skąpanych w mrocznej, groźnej, paranoicznej atmosferze, jak amatorom bardziej ekstremalnych doznań. Podskórny lęk polany krwią i cuchnącą mazią. Mniam! Nie taka znowu dowcipna, jak mogłoby się wydawać, opowieść o nie takich znowu nieustraszonych gospodyniach domowych z amerykańskiego przedmieścia, które spróbują pokrzyżować szyki wrednemu sąsiadowi, który najwyraźniej jest wampirem. Albo czymś w tym rodzaju. Tak czy inaczej, trzeba go powstrzymać, a kto zrobi to lepiej od perfekcyjnych pań domu, które pasjami czytają makabrycznej książki? Van Helsing może się schować:)

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

piątek, 5 listopada 2021

„Lamb” (2021)

 

Maria i jej mąż Ingvar mieszkają na odizolowanej farmie w Islandii, gdzie hodują owce i uprawiają ziemię. Monotonię ich życia nagle burzy niewytłumaczalne wydarzenie. Jedna z owiec wydaje na świat istotę, którą Maria i Ingvar bez namysłu otaczają troskliwą opieką. Uważają, że los się nad nimi zlitował i dał im upragnione dziecko, które mogą wychować. Nie przywiązują większej wagi do wyglądu tego wspaniałego daru, któremu nadają imię Ada. Nie widzą niczego dziwnego w traktowaniu jagnięcia jak własnego dziecka. W przeciwieństwie do brata Ingvara, niespełnionego muzyka Pétura, który, jak zwykle bez zapowiedzi, zjawia się na farmie Marii i Ingvara.

Islandzko-szwedzko-polska bajka ludowa/dramat rodzinny, thriller psychologiczny, w reżyserii debiutującego w pełnym metrażu Valdimara Jóhannssona, który napisał też scenariusz, we współpracy ze Sjónem. Islandzki kandydat do Oscara, który po raz pierwszy został pokazany w lipcu 2021 roku na Festiwalu Filmowym w Cannes. Prawa do dystrybucji w Ameryce Północnej nabyła amerykańska niezależna firma A24, kojarzona między innymi z takimi produkcjami, jak „Dziedzictwo. Hereditary” i „Midsommar. W biały dzień” Ariego Astera, „Czarownica: Bajka ludowa z Nowej Anglii” i „Lighthouse” Roberta Eggersa oraz „Saint Maud” Rose Glass. Firma ta sklasyfikowała „Lamb” (alternatywny tytuł: „Dýrið”) jako horror, w czym wtórowali jej niektórzy krytycy, ale reżyser i współscenarzysta filmu był zdumiony przypięciem jego filmowi właśnie tej etykietki. Uważał, że ludzie mają błędne wyobrażanie o „Lamb”, upierał się, że to nie jest horror, i część odbiorców jego pierwszej pełnometrażowej produkcji się z nim zgodziła. Stanowisko Jóhannssona w tej sprawie z czasem nieco osłabło, można powiedzieć, że zaakceptował uniwersalność gatunkową swojej historii, tj. zrozumiał, że jego dzieło może być (i zapewne zawsze będzie) różnie odbierane. „Lamb” na dobrą sprawę wymyka się szufladkom, nie zamyka się w jednym gatunku. Ta dziwna opowieść o rodzicielstwie.

Noomi Rapace, która na polu zawodowym po raz pierwszy wykorzystała swoją znajomość języka islandzkiego (opanowała go już w dzieciństwie, gdy mieszkała w tym kraju), w „Lamb” stworzyła przyciągającą uwagę, efektywną kreację, rozczarowanej życiem farmerki Marii, która wraz z mężem, Ingvarem (też przekonujący występ Hilmira Snæra Guðnasona) mieszka w spokojnym zakątku Islandii. Rozległe pole otoczone górami, z rwącą rzeką nieopodal ich gospodarstwa. Maria i Ingvar są tu zupełnie sami. Prowadzą dość pustelniczy żywot, z dala od innych ludzi, ale jak się okaże, od czasu do czasu towarzystwa dotrzymuje im brat Ingvara, wiecznie spłukany Pétur (przyzwoita kreacja Björna Hlynura Haraldssona). Ale to potem, jakiś czas po zdumiewających narodzinach, które poprawią pożycie Marii i Ingvara. Nareszcie los się do nich uśmiechnął. Wreszcie doczekali się dziecka... i nieważne, że urodziła je jedna z ich owiec. Doprawdy zagadkowa sprawa: my widzimy zwyczajne jagnię, ale oni, nie wiedzieć czemu, są zaszokowani jego widokiem. A zaraz potem, bez zastanowienia, bez skonsultowania się między sobą, przenoszą zwierzę do domu i pielęgnują je jak własne dziecko. Dziecko, o którym zawsze marzyli. Maria i Ingvar to ludzie ciężko doświadczeni przez los, żyjący razem, ale od jakiegoś czasu jakby osobno. Bardziej przyzwyczajenie niż miłość. Wspólna praca na farmie i praktycznie nic ponadto: taki obrazek odmalowują twórcy „Lamb” na początku tej nietypowej, wręcz kuriozalnej opowieści. Surrealistycznej wizji, którą można odbierać dosłownie - tak, jak to zostało pokazane - przyjąć fantastyczne elementy świata przedstawionego albo spróbować rzecz zracjonalizować. Potraktować wszelkie niezwykłości jako symbole. Że tak to ujmę, dać ludzką twarz małej istotce przygarniętej przez ludzi, których największym pragnieniem było powiększenie ich rodziny. Małżeństwo rozpaczliwie, desperacko pragnących potomka, które Natura(?) im odmówiła. Nie dane im było wychować swojego własnego dziecka, więc... przywłaszczają sobie młode jednej ze swoich owiec. Zastanawiałam się, czy to ja źle widzę, czy Maria i Ingvar? Czy to swoista pułapka zastawiona przez filmowców? Percepcyjna zmyłka? Co, jeśli to nie wątpliwi bohaterowie tej opowieści ulegli złudzeniu, tylko my, milczący obserwatorzy intrygujących wydarzeń na islandzkiej farmie? W gruncie rzeczy malowniczej. Wprost zapierające dech w piersi widoczki, z których jednak ewidentnie przebija jakaś niesprecyzowana, ukryta groźba. Powolne najazdy kamer, długie ujęcia naturalnej scenerii, gdzie ciszę zakłóca jedynie szum rzeki oraz okazjonalne beczenie owiec i praca traktora (to najgłośniejsze dźwięki, jakie rozlegają się w tej dosłownie i w przenośni przeraźliwie chłodnej samotni). Nowa fala kina grozy? Kino grozy niekoniecznie, ale narracja jest powolna – naprawdę bardzo powolna. Maksymalne skupienie na klimacie. Powiedziałabym nawet, że ta historia w większym stopniu pisze się atmosferą niż konkretnymi wydarzeniami, tym bardziej dialogami, ponieważ w „Lamb” pada niewiele słów. Bo w tym przypadku słowa wydają się zbędne. Nie trzeba rozprawiać o bólu, który zagościł w sercach Marii i Ingvara, o dystansie, jaki z biegiem czasu narodził się pomiędzy nimi, o pożyciu bardziej z obowiązku i/lub przyzwyczajenia niż realnej potrzeby. To wszystko można pokazać bez słów (no, prawie). W przygniatającej ciszy. Depresyjny nastrój, wbrew przewidywaniom, nie wyparowuje z gospodarstwa Marii i Ingvara, gdy „ich modły wreszcie zostają wysłuchane”. Kiedy lód w ich sercach zostaje stopiony przez wytęsknioną istotę, której mogą dać kochający dom. Z jednej strony - w każdym razie można to tak interpretować - „Lamb” jest opowieścią o pewnej brzydkiej cesze gatunku ludzkiego, czyli o bezrefleksyjnym okradaniu Natury, innych stworzeń, z ich bogactw. Przywłaszczaniu sobie tego, co nam się nie należy. Też o matkowaniu zwierzętom, opiekowaniu się ich młodymi, trochę, a czasami zupełnie jak własnymi dziećmi (substytuty), nie zastanawiając się nad uczuciami, potrzebami, instynktami samca i/lub samicy, biologicznych rodziców naszego pupila. Daje do myślenia, prawda? Mnie w każdym razie „Lamb” zmusił do refleksji, jakim przyznaję, nigdy wcześniej się nie oddawałam. Ale jest jeszcze druga strona „tego medalu”, drugie dno tego, bądź co bądź, niezbyt skomplikowanego, żeby nie powiedzieć bardzo prostego, scenariusza.

Zachłystywałam się z zachwytu nad warstwą techniczną, efektowną oprawą wizualną pierwszego długometrażowego obrazu w reżyserskiej karierze Valdimara Jóhannssona, ale nade wszystko ujęło mnie w tej opowieści to, w jaki sposób poruszano czułe strony w moim organizmie. Niecodzienne, może nawet nigdy wcześniej niewykorzystywane, sposoby twórców na wzruszenie odbiorców. Można by się spodziewać, że najwięcej współczucia będziemy mieć dla Marii i Ingvara. Oczywiście, nie można wykluczyć, że dla części widzów to właśnie ich niedola, ich krzywda, ich męka będzie głównym nosicielem smutku. Mnie jednak bardziej wzruszyła opowieść o owcy, która „usycha z tęsknoty” za swoim młodym. Za jagnięciem(?), które zostało jej odebrane przez dwunożne stworzenia rozpaczliwie pragnące dziecka. Przez jej „panów”, którzy uparcie ignorują jej rozdzierające serce beczenie, krzyk, płacz za utraconym maleństwem. Małą Adą, którą spotyka wątpliwy zaszczyt zamieszkania w bardziej przytulnym miejscu niż zagroda, która notabene wydaje się dla niej odpowiedniejszym, powiedzmy bardziej naturalnym miejscem. Z naciskiem na „wydaje się”. Gdy skradzione dziecię Marii i Ingvara podrośnie, na co swoją drogą długo czekać nie będziemy musieli, Valdimar Jóhannsson zacznie zachęcać nas do wejścia w skórę Ady. Wczucia się w sytuację tej milczącej istoty, która najpewniej nigdy nie opanuje ludzkiej mowy (w końcu to owca... yhm). We wcześniejszej wersji scenariusza mała Ada potrafiła mówić, ale po namyśle uznano, że lepiej będzie zaufać zdolności widzów do odczytywania nastrojów, bieżących potrzeb zwierząt. „Czytania z ich milczących pyszczków”. I oczywiście z ich zachowania. Nie da się ukryć, że twórcy „Lamb” podjęli w tym miejscu pewne ryzyko, że zrezygnowali z pewniejszej, bezpieczniejszej wersji na rzecz (nie)wielkiej niewiadomej. Bo czy mogli mieć absolutną, niezachwianą pewność, że publiczność będzie właściwie odczytywała nastroje Ady, że wypatrzy najprawdziwsze emocje rysujące się na jej nieruchomym, futrzastym obliczu? Tak czy inaczej, zawierzyli spostrzegawczości widzów. Czy jak kto woli „tajemnej umiejętności” czytania zwierząt, wyczuwania, odbierania tego „co w danej chwili w duszach im gra”. Zwierząt? Jak już wspomniałam, „Lamb” można przenieść na przyziemny grunt. Wszystkie niezwykłości, osobliwości, fantastyczne elementy (dość cudaczne efekty komputerowe ciekawie kontrastują z surową, hiperrealistyczną, naturalną scenerią) odbierać jako symbole UWAGA SPOILER Ada nie jest hybrydą człowieka i owcy, jest człowiekiem, dzieckiem czy to adoptowanym, czy porwanym, o które w obu przypadkach upominają się biologiczni rodzice. Matka najpierw próbuje odwołać się do sumień przybranych rodziców swojej córeczki; prosi, błaga, a gdy to nie przynosi rezultatu porywa się na bardziej zdecydowany krok. Tę walkę przegrywa i to z kretesem, ale jest jeszcze biologiczny ojciec małej Ady... KONIEC SPOILERA. Czegoś jednak mi w tej historii brakowało. Mimo wszystko mam wrażenie, że nie wyczerpano potencjału tkwiącego w tej zdecydowanie niepospolitej koncepcji (nigdy wcześniej z taką wizją się nie spotkałam, ani na ekranie, ani w literaturze), że można było wycisnąć z tego więcej. Rozciągnąć, rozbudować istniejące wątki (miejsca było aż nadto, bo nie brakuje tu momentów, które zwykło się nazywać przestojami – raz po raz akcja staje i odpoczywa), ewentualnie dodać jeszcze coś innego. Na przykład wcześniej zaakcentować jakąś złowrogą obecność, agresywnie nastawioną tajemniczą istotę lub energię, siłę, i pograć trochę elementem zaszczucia. Uświadomić wszystkie osoby przebywające na tym odizolowanym terytorium, że ich życie jest zagrożone. Że ktoś lub coś rozpoczęło polowanie „na grubą zwierzynę” i przypadkiem czy nie, zapuściło się na ich ziemię. Wdarło się do ich krainy (nie)szczęśliwości z zamiarem zniszczenia gniazdka, które sobie uwili w tej dzikiej okolicy. Życia, jakie sobie ułożyli. Z jagnięciem, którego niekoniecznie wspaniałomyślnie przyjęli pod swój dach. Nie licząc się z uczuciami jego biologicznych rodziców. Może nawet nie bacząc na jego własne dobro, nie rozumiejąc, nie przyjmując do wiadomości, w ogóle nie zaprzątając sobie głowy tym, jak ono będzie się czuło. W rzeczywistości, w warunkach, w których, chcąc nie chcąc, będzie wzrastało. Zderzenie z egzotyczną kulturą, można rzec. Blaski i cienie dorastania w kochającym domu, w którym jednak nie sposób czuć się w pełni komfortowo. Bo to miejsce jest i przypuszczalnie zawsze będzie na poły obce. W połowie.

Dziwowisko od początkującego, ale dobrze rokującego reżysera islandzkiego pochodzenia, Valdimara Jóhannssona. Współfinansowany przez Polski Instytut Sztuki Filmowej, islandzki pretendent do Oscara, który może skruszyć nawet najtwardsze serca. Olśniewająco zrealizowany obraz, który wychodzi poza gatunkowe ramy. Bajka ludowa, realizm magiczny. Dramat rodzinny, thriller psychologiczny, a dla niektórych (w tym takiego filmowego giganta, jak firma A24, dystrybutor tej filmowej osobliwości na terenie Ameryki Północnej) nawet folk horror. Jeszcze inni obstają przy komediodramacie. Bardzo wolno opowiedziana, klimatyczna, zmuszająca do refleksji, aczkolwiek według mnie na gruncie fabularnym przydałoby się jeszcze coś pokombinować - trochę pustawo, mimo wszystko – wzruszająca opowieść o rodzicielstwie. Podana inaczej.

środa, 3 listopada 2021

Arnold Bennett „Duch”

 

Carl Foster właśnie skończył studia medyczne w Edynburgu i przybył do Londynu. Czystym zrządzeniem losu mężczyzna zbliża się do Rosetty Rosy, światowej sławy sopranistki, w której zakochał się od pierwszego wejrzenia. Carl nawiązuje też przyjaźń z jej adoratorem i zarazem najbardziej zaufaną osobą, sławnym tenorem znanym jako Alresca, który ostatnio mocno podupadł na zdrowiu. Z czasem młody lekarz nabiera przeświadczenia, że obserwuje go wrogo do niego nastawiony nieznany mu mężczyzna. Carl widuje go coraz częściej i w takich chwilach nieznajomy zwykle bezwstydnie przeszywa go wzrokiem. Wszystko wskazuje na to, że ta sprawa łączy się z nową miłością Carla. Kim tak naprawdę jest kobieta, którą Foster obdarzył najgłębszym uczuciem i przede wszystkim kim jest jego prześladowca? Czy to klątwa, czy zwykły spisek wymierzony w początkującego lekarza?

Arnold Bennett (1867-1931) był angielskim pisarzem, docenianym głównie za powieści i opowiadania, ale tworzył też scenariusze sztuk teatralnych i filmów (w ten sposób, jak wieść niesie, poznał Alfreda Hitchcocka). Po wybuchu pierwszej wojny światowej krótko kierował Ministerstwem Informacji (Ministry of Information). Swoje utwory kierował do szerokiego grona odbiorców – uważał, że literatura powinna być dostępna dla każdego, a nie, jak upierali się niektórzy, tylko dla tak zwanych elit – przez co był lekceważony przez niektórych swoich kolegów (i koleżanki) po piórze, ale takie podejście zaskarbiło mu wielu czytelników. W swoich czasach Bennett był jednym z najlepiej sprzedających się brytyjskich autorów powieści i opowiadań, których część (podówczas ciesząca się bodaj największym zainteresowaniem czytelników) została osadzona w fikcyjnym regionie The Five Towns. Wydawnictwo Zysk i S-ka „odgrzebało” jego pierwotnie wydanego w 1907 roku „Ducha” (oryg. „The Ghost”). Niedługą powieść będącą swoistym połączeniem romansu gotyckiego, kryminału i (tylko pozornego?) horroru nadprzyrodzonego. Twarda oprawa ze stosowną staromodną grafiką na froncie. Wprost cudownie pokolorowaną.

Wydawnictwo Zysk i S-ka niestrudzenie odkurza wiekowe tytuły. Wciąż obdarowuje nas przepięknymi wydaniami klasycznych opowieści grozy. Również, jeśli nie przede wszystkim, tych obecnie mało znanych. Takich, które zagubiły się w mrokach historii. „Duch” Arnolda Bennetta to jedna z takich pozycji. Powieść prawie zapomniana, która być może teraz – przynajmniej na terenie Polski – „przeżyje swoją drugą młodość”. Albo pierwszą, bo „Duch” nigdy - w żadnym okresie historycznym - nie był jednym z czołowych przedstawicieli bibliografii tego dość płodnego pisarza. Tytuł może być mylący, czy raczej przewrotny. To wcale nie musi być opowieść o niematerialnej istocie z jakiegoś powodu prześladującej głównego bohatera i jednocześnie narratora, dwudziestotrzyletniego Carla Fostera, który właśnie został pełnoprawnym lekarzem. Nie musi, ale może. Istnieje takie prawdopodobieństwo. Do takiego wniosku z czasem dojdzie nasz bohater, najpewniej doganiając czytelnika. W tych jego niekoniecznie trafnych założeniach. Wszystko zaczyna się pod londyńską operą, w której za chwilę ma odbyć się wyjątkowe wydarzenie. Uroczysta premiera przedstawienia z udziałem dwóch największych gwiazd na globalnym operowym firmamencie. Sopranistka Rosetta Rosa i tenor Alresca, jak rzadko, staną na jednej scenie. Taki miłośnik opery jak Carl Foster nie może tego przegapić... I nie przegapi, ale tylko dzięki czystemu zrządzeniu losu. Dzięki przypadkowemu spotkaniu z dawno niewidzianym kuzynem, sławnym kompozytorem muzycznym, który wprowadza Carla do wcześniej niedostępnego dla niego gmachu, w którym już za moment odbędzie się najgorętsza premiera tego sezonu. I gdzie narodzi się niebezpieczna i przynajmniej przez jakiś czas jednostronna miłość. Miłość nieodwzajemniona, bo wszystko wskazuje na to, że strzała Amora dosięgła tylko Carla. Obiekt męskich westchnień i damskiej zazdrości, młoda sopranistka, Rosetta Rosa, (znowu) czystym zrządzeniem losu, nawiąże znajomość z naszym bohaterem. Człowiekiem, który zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia, czego ona jedna zdaje się nie zauważać. Carl najwyraźniej może liczyć tylko na jej przyjaźń. Niemniej jest wdzięczny losowi i za to. W końcu ilu ludzi zajmujących taką pozycję jak on, może się pochwalić przyjaźnią z taką gwiazdą jak Rosetta Rosa? Femme fatale? Zimną, wyrachowaną łamaczką męskich serc, która teraz zagięła parol na nieobytego w towarzystwie młodego człowieka? Tak czy inaczej, to bardzo tajemnicza kobieta. Nikt nie wie, skąd pochodzi i jak układało się jej życie, zanim została odkryta przez właściciela znanej na całym świecie londyńskiej opery. Wiadomo tylko tyle, że przez jakiś czas była związana z pewnym majętnym człowiekiem, który niczego jej nie odmawiał. Można powiedzieć, że gotów był skoczyć za nią w ogień. Czy to ta niespodziewanie utracona miłość zamknęła serce Rosy na innych mężczyzn? Czy z jej strony to w ogóle była miłość? Czy ta kobieta w ogóle potrafi kochać? Jedno jest pewne: Carl Foster nie wie, w co się pakuje. Nie wie, jak niebezpieczna jest relacja z tą kobietą. Niemającą wielu przyjaciół, może nawet boleśnie samotną, sopranistką otoczoną wianuszkiem adoratorów. Których zaloty uparcie odrzuca. Przeważnie je ignoruje. Udaje, że nie zauważa tych wszystkich pożądliwych spojrzeń wysyłanych w jej kierunku. Czy taką samą taktykę obrała względem swojego nowego przyjaciela, Carla Fostera? Czy Rosetta udaje, że nie dostrzega jego „maślanych oczu”? A może naprawdę tego nie zauważa. Może nawet przez myśl jej nie przeszło, że Carl zdążył się w niej zakochać. A może nie tylko ma taką wiedzę, ale wręcz z premedytacją ją wykorzystuje? Realizuje jakiś ukryty plan, którego zupełnie nieświadomą ofiarą jest nasz narrator. Okrutnie nim manipuluje, wykorzystuje swoje przyrodzone wdzięki do jakichś swoich, egoistycznych, celów. Tak, tylko jaki interes może mieć taka kobieta jak Rosetta Rosa w knuciu przeciwko takiemu mężczyźnie jak Carl Foster? Co takiego ma on, czego nie ma, a chciałaby mieć, ona? Oto jest pytanie! Jedno z wielu.

Jedną z rzeczy, która ciągle zadziwia mnie w kontaktach z tak leciwymi utworami (i jeszcze starszymi) jak „Duch” Arnolda Bennetta, to wielowątkowość zamknięta na stosunkowo wąskim obszarze. Oczywiście nie dotyczy to wszystkich utworów literackich sprzed wieków, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że dawniej, nawet krótsze formy, jak na przykład opowiadania, częściej niż we współczesnej prozie, serwowały więcej treści. „Duch” Bennetta jest tego doskonałym przykładem. Taka cieniutka książeczka, a tyle się dzieje. I co dla mnie istotniejsze, „dzieje się w szczegółach”. Gdyby tę historię spisano dziś, to przypuszczalnie nie tylko miałaby większą objętość, większy gabaryt, ale także nie byłaby tak bogata w detale. Myślę, że dynamika „zjadłaby” wszystko inne. Ucierpiałby klimat, ucierpiałyby postacie. Te wyraziste osobowości, nie tylko czołowych uczestników tej tragicznej(?) historii miłosnej. Gdzie głównym czarnym charakterem może, ale nie musi, być istota nieprzynależąca – przynajmniej już nie – do tego świata. Świata Carla Fostera, błyskotliwego, bardzo przewidującego dwudziestotrzylatka, który od niedawna cieszy się tytułem doktora medycyny. I który zawiązuje dwie wyjątkowo cenne dla niego znajomości. Ze światowej sławy śpiewakami – tenorem Alrescą i jego przyjaciółką, sopranistką Rosettą Rosą. Alresca ją kocha, ale ona nie odwzajemnia tego uczucia. Wydaje się, że on pogodził się już z myślą, że nie dane mu będzie ją poślubić. Zaakceptował to, zadowolił jej szczerą (czy aby na pewno?) przyjaźnią. Nie chowa też urazy do Carla, nie traktuje go jak konkurenta, bo na dobrą sprawę już jakiś czas temu zrezygnował z walki o serce Rosy. Alresca wycofał się, ustępując pola „wszystkim Carlom tego świata”. Teraz ten sławny tenor zmaga się z tajemniczą chorobą (gdyby Alresca żył w naszej epoce to pewnie zdiagnozowanoby mu depresję), z której na wyraźne życzenie pacjenta, stara się wyciągnąć go nie kto inny, jak Carl Foster. Który niebawem nabierze przekonania, że ktoś za nim chodzi i uwikła się w niezbyt zagadkową intrygę, jak zakłada, wymierzoną w obiekt jego westchnień. To ostatnie bardziej go bawi, niż niepokoi. Niemniej jego luba czuje się zagrożona, a przynajmniej taką wersję mu przedstawia, a zatem on musi, w sumie to aż się do tego pali, zabawić się w rycerza w lśniącej zbroi. Ruszyć na ratunek swojej księżniczce, która... mogła uknuć cały ten spisek. Wymierzony nie w nią, a w niego. Ślepo zakochanego „chłopczyka”, który wpadł w sidła modliszki. Albo nie. Albo tak, albo tak, abo jeszcze siak. Jak to się mówi: wszystko może się zdarzyć. Podejrzani są wszyscy poza narratorem. Jedyne czemu nie możemy ufać, jeśli chodzi o Carla, to jego ocena sytuacji. Co prawda, trzeba mieć na uwadze, że ten młody człowiek, dobrze czyni śpiesząc z odsieczą zamkniętej w sobie śpiewaczce, ale nie można wykluczyć, że uczucie do Rosy tak go zaślepiło, że automatycznie odrzuca wszystkie dowody, poszlaki świadczące przeciwko tej kobiecie. W każdym razie takie, które przez czytelnika mogą być interpretowane jako oczywiste dowody współudziału Rosy w jakichś zbrodniach. Współudziału, bo jest jeszcze tytułowy duch. Niematerialna istota lub mężczyzna z krwi i kości, który pojawia się i znika w polu widzenia człowieka, który umownie relacjonuje nam tę wielowątkową, ale niezbyt skomplikowaną (ta magiczna prostota) historię. Pełną (nie)wiarygodnych zbiegów okoliczności sekwencję zdarzeń, która prowadzi do raczej niezaskakującego, ale stosownie klimatycznego finału. Mrok, niebezpieczeństwo. Paranoja? Myślę, że czytelnik z łatwością wychwyci takie nutki w tej coraz to mroczniejszej aurze, w której niewykluczone, że całkowicie pobłądził sympatyczny protagonista owej trzymającej w napięciu, smacznej mieszanki gatunkowej. Zamknięcie tej opowieści dla mnie gorsze być nie mogło – aż skrzywiłam się... z niesmakiem – ale do tego momentu praktycznie samo się czytało. Płynęłam przez tę stylową opowieść z zamierzchłej przeszłości. Pięknie napisaną opowieść o niekoniecznie odwzajemnionej miłości, mądrze czy nie, skłonnej do wszelkich poświęceń. Miłości szekspirowskiej? Tak czy inaczej, wszystkie znaki na tym - i tamtym? - świecie mówią nam, że to miłość tragiczna. Jakieś przekleństwo, jakaś straszna klątwa, jakieś widmo zawisło nad młodymi ludźmi... którzy są sobie pisani? Patrzcie tylko: historia romantyczna, która zdołała mnie porwać. Cóż za ewenement!

Napisana ponad sto lat temu przez angielskiego, wówczas całkiem poczytnego, pisarza, Arnolda Bennetta, dostatecznie mroczna opowieść o niebezpiecznej miłości. Romans gotycki z solidnie rozwiniętą warstwą kryminalną i potencjalną istotą z zaświatów bez słów grożącą bohaterowi, z któremu trudno nie kibicować w jego zaciekłej walce... o miłość. Emocjonująca podróż w czasie. Fascynująca wyprawa do dość odległej przeszłości, która, myślę, podbije serca nie tylko częstych odbiorców klasyki światowej literatury (ze wskazaniem na mroczniejsze klimaty), ale także tych osób, którzy nie mają w zwyczaju sięgać po tak „mocno posunięte w latach” dzieła. W cudzysłowie, bo „Duch” Arnolda Bennetta tak bardzo się nie zestarzał. O ile w ogóle. Tak czy owak, polecam. Młodym, starszym, kochającym klasyczne opowieści z dreszczykiem, ale też tym, których raczej nie ciągnie do takich „staroci”. Ten oto „Duch” może to zmienić.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

poniedziałek, 1 listopada 2021

Graham Masterton „Dom stu szeptów”

 

Emerytowany naczelnik więzienia, Herbert Russell, umiera w swoim wiekowym domu Allhallows Hall w Dartmoor. Po odebraniu wiadomości o jego śmierci do tego zacisznego zakątka w bliskim sąsiedztwie rozległych wrzosowisk, na odczytanie testamentu wraz z osobami towarzyszącymi przybywają dorosłe już dzieci Herberta: Robert, Martin i Grace Russellowie. Jeszcze tego samego dnia znika pięcioletni syn Roba i jego żony Vicky, Timothy. Przeszukanie domu i najbliższej okolicy nie przynosi rezultatu, rodzice chłopca powiadamiają więc policję, która niezwłocznie organizuje zakrojone na szerszą skalę poszukiwania. Tymczasem w Allhallows Hall dochodzi do niecodziennych zjawisk. Rob i inni tymczasowi mieszkańcy tego domostwa słyszą tajemnicze szepty, które mogą świadczyć o nawiedzeniu tego miejsca przez duchy. Sytuacja szybko się pogarsza. Ludzie przebywający pod tym leciwym dachem nie mogą czuć się bezpieczni, ale Rob i Vicky nie zamierzają wyjeżdżać, dopóki istnieje choć cień szansy na to, że ich jedyne dziecko wciąż żyje. I przebywa gdzieś w pobliżu.

Graham Masterton: jeden z najpopularniejszych żyjących autorów literackich horrorów. I nie tylko, bo ten brytyjski pisarz w swojej bibliografii ma także romanse, kryminały, a nawet poradniki seksualne. Debiutował w 1976 roku powieścią grozy pod tytułem „Manitou”, a do tego czasu na swoim koncie zgromadził ponad sto książek. I wciąż pisze. W 2019 roku uhonorowano go Lifetime Achievement Award, a we Wrocławiu postawiono mu specyficzny pomnik: krasnal Mastertonek. „Dom stu szeptów” (oryg. „The House of a Hundred Whispers”) to jedna z najnowszych powieści Mastertona (wprost przepiękna, bajecznie upiorna okładka pierwszego polskiego, i nie tylko polskiego, wydania – Albatros, 2021). Pierwotnie wydana w 2020 roku historia wyraźnie nawiązująca do tradycji gotyckich powieści grozy. O nawiedzonych domostwach. Graham Masterton ma własną teorię na temat tak zwanych duchów. Przemyślenia, które natchnęły go do napisania tej historii. Przydatne okazały się też jego spacery po zabytkowych budowlach, w tym wyprawa do zamku na Dolnym Śląsku, oczywiście w Polsce.

Osamotniona rezydencja wzniesiona przed kilkunastoma wiekami, stojąca w wietrznym, wyżynnym zakątku Anglii, nieopodal wrzosowisk, o którym krążą niestworzone opowieści. Mity, legendy, wierzenia, które w jakimś stopniu przetrwały do dziś. Do czasów współczesnych. Głównym bohaterem „Domu stu szeptów” Grahama Mastertona jest Robert Russell, artysta, wolny strzelec, oddany mąż i ojciec, który już wkrótce może stać się współwłaścicielem starego domu w Dartmoor, w którym się wychował. Na początku książki mężczyzna odbiera wiadomość o śmierci swojego despotycznego ojca, Herberta Russella, emerytowanego naczelnika więzienia, wdowca, który od lat mieszkał samotnie w domu na wzgórzach. W Allhallows Hall, które teraz może przejść na własność jego dzieci: Roba, Martina i Grace. Ten pierwszy ma na to najmniejszą nadzieję, bo już dawno temu nabrał przekonania, że Herbert Russell większymi względami darzył jego rodzeństwo. Powiedzmy, że Rob był najmniej lubianym dzieckiem mężczyzny, który przynajmniej wedle naszego bohatera, miał sadystyczne skłonności. Gdy Robert wraz ze swoją żoną Vicky i pięcioletnim synem Timmym przybywa do Allhallows Hall, na miejscu jest już jego brat Martin z żoną Katharine, a niedługo potem zjawia się ich siostra Grace ze swoją życiową wybranką Portią. Rodzinka (prawie) w komplecie. Żadne z nich nie ma zamiaru zostać w Allhallows Hall dłużej niż to konieczne. Po odczytaniu testamentu Herberta Russella wszyscy natychmiast wrócą do swoich domów. Taki jest plan, ale w zaistniałych okolicznościach... Nagle znika mały Timmy - zupełnie jakby rozpłynął się w powietrzu – co rzecz jasna zmusza jego przerażonych rodziców do przedłużenia swojego pobytu w domiszczu, w którym jak się okazuje, od czasu do czasu rozlegają się zagadkowe szepty. Ich bliscy też zostają, żeby pomóc w poszukiwaniach chłopca i dotrzymać towarzystwa jego zrozpaczonym rodzicom. Ale nie aż tak, jak można się tego spodziewać. Poczucie straty, zwłaszcza u Roba, pojawia się i znika. Przypływ i odpływ. Tak jakby główny bohater „Domu stu szeptów”, a właściwie to jej autor, ciągle musiał sobie przypominać, że w tym przeklętym domu zaginął mały chłopiec. W domu albo gdzieś na zewnątrz. Poszukiwania skupiają się na wrzosowiskach rozciągających się blisko Allhallows Hall, ale mnie od początku towarzyszyło przekonanie, absolutna pewności, że powinny one koncentrować się na tych samotnym domostwie, w którym zachodzą niezwykłe, a przynajmniej zagadkowe, zjawiska. W „Domu stu szeptów” Graham Masterton, można powiedzieć, stawia nowoczesną budowlę na starym fundamencie. Duch gotyckiego horroru zaklęty... w czasie. Wbrew pozorom poszukiwaczom oryginalnych, a przynajmniej mniej pospolitych, rozwiązań w horrorze, może być łatwiej odnaleźć się w tej historii niż zwolennikom klasycznych, tradycyjnych opowieści o domach nawiedzonych przez istoty z zaświatów. Nieśpiesznie prowadzonych, klimatycznych, dawkujących napięcie opowieści o ludziach, którzy zderzają się z nieznanym w zimnych murach wzniesionych na jakimś odludziu. Masterton praktycznie już na wstępie odmalowuje obiecującą, jak najbardziej odpowiednią dla tego rodzaju opowieści, scenerię. Witajcie w Dartmoor. W wietrznym, deszczowym, mglistym zakątku, blisko bezkresnych wrzosowisk. Witajcie w posępnej, szarej krainie, gdzie już od szesnastu stuleci stoi pewien dom. Duży dom, któremu nadano nazwę Allhallows Hall. Dom, który ma swoje mroczne tajemnice. Nadzwyczajny dom, w którym jak można się tego spodziewać, nasi bohaterowie stoczą walkę... niekoniecznie na śmierć i życie. Bo stawką w tym pojedynku może być coś gorszego od śmierci.

Szatan nie istnieje, podobnie jak jego demony. Jedyne zło na tym świecie tkwi w człowieku. W jego umyśle. Albo jej umyśle. Nie chcę, żeby mnie pan oskarżył o seksizm.”

Mrok się kurczy. Napięcie ze strony na stronę maleje. Nieubłaganie zatraca się ten à la gotycki klimat niesamowitości. Atmosfera nie jest już tak duszna, jak na początku. Bo autor „Domu stu szeptów” szybko zaczyna przedkładać akcję nad klimat panujący w Allhallows Hall i jego najbliższej okolicy. Tempo jest zawrotne. Biegniemy na złamanie karku, odkrywając coraz to nowe rewelacje na temat „szepczącego domiszcza”. Nie ma czasu na wypracowanie dogłębnych portretów psychologicznych postaci, z czołowym bohaterem, Robem Russellem, włącznie. Nie ma co zanadto zagłębiać się w te wszystkie mniej czy bardziej zdumiewające fakty, które wypływają w trakcie poszukiwań pięcioletniego chłopca. Zdecydowanie coś dla ludzi szukających dynamicznej opowieści z dreszczykiem. Niemających akurat ochoty na przedzieranie się przez poplątane myśli bohaterów oraz „niekończące się” opisy upiornego domostwa i otaczającego go naturalnego krajobrazu. Dla chcących trochę pobiegać, a nie w kółko krążyć po stosownie mrocznych korytarzach prawdopodobnie nawiedzonej posiadłości. Mało szczegółów, dużo niebezpiecznych zdarzeń. Inicjowanych przez zagadkowych mieszkańców Allhallows Hall. W sumie niedługo zagadkowych. Muszę Grahamowi Mastertonowi oddać, że miał swój własny, nie wiem, czy innowacyjny, ale na pewno niepospolity pomysł na swój nawiedzony dom. Nie da się nie zauważyć, że autor „Domu stu szeptów” na tym doskonale znanym miłośnikom gatunku, motywie, wznosi zupełnie nową, czy mniej znaną, konstrukcję. A że nie jestem wytrwałą poszukiwaczką oryginalnych (tak, tak, lub rzadziej spotykanych) rozwiązań w horrorze, to nie przyjęłam tych kombinacji z najwyższym entuzjazmem. Może byłoby inaczej, gdyby Masterton dłużej utrzymywał rzecz w ścisłej tajemnicy, gdyby dał tej pozycji gęściejszy klimat niezdefiniowanego zagrożenia przyczajonego w domu przy wrzosowiskach. Klaustrofobiczne, może nawet paranoiczne wrażenie uwięzienia w dusznych wnętrzach, w których zamieszkało coś złego – ależ mi tego brakowało podczas tej niemiłosiernie dłużącej się lektury. Sekretny pokój, szepczący osobnicy, pogromcy złych mocy - czarownica, czarownik i oczywiście, jakżeby inaczej, ksiądz-egzorcysta, który ma poważne zastrzeżenia do ojca Karrasa z „Egzorcysty” Williama Friedkina, do jego działalności na rzecz dziewczynki opętanej przez figlarnego demona – witraż o doprawdy niezwykłych właściwościach, jakieś demony czy inne kreatury. I jeszcze parę legend oraz umownych podań historycznych. Tajemnicze zaginięcia, cudaczne (taka tam makabreska) obrządki odprawiane w przeklętym budynku gdzieś w Dartmoor, gdzie jak się okazuje mieszkają najlepsi z najlepszych okultystów w kraju, a może i na świecie. Ponadto niektórzy sądzą, że żyje tu także najskuteczniejszy odkrywca średniowiecznych kryjówek. Fani twórczości Grahama Mastertona pewnie nie będą zaskoczeni na widok umiarkowanie krwawej makabry. W sumie dość wymyślnej: cóż za interesujące wykorzystanie zwykłej ściany w niezwykłym domu. Raczej też nie zaskoczy ich ostatnie wielkie (największe) odkrycie Roba Russella poczynione w Allhallows Hall, ponieważ ten brytyjski powieściopisarz podobne „potrawki” niejednokrotnie już swoim czytelnikom serwował. Osobiście złapałam lekką zadyszkę na tej poplątanej, według mnie przekombinowanej, opowieści, gdzie „stare pogryzło się z nowym”. Taka tam bajeczka. Naiwna opowiastka, która stosunkowo szybko wpada na zniechęcająco oczywisty tor. I już wiesz, jak to się rozwinie. Wiesz, czego się spodziewać. Na co się szykować. Kierunkowo, bo jakieś tam drobniejsze zaskoczenia pewnie się znajdą. Na przykład końcówka. Ostatnie słowa, jakie jeden z najpopularniejszych żyjących autorów literatury grozy skieruje do nas, po tej forsownej przeprawie w dżdżystej krainie, gdzie przycupnął nie tak upiorny jak u Shirley Jackson nawiedzony dom na wzgórzu. Czy jakiejś tam niszy otoczonej wzniesieniami. Kotlinie, w której źle się dzieje. Dzieje się szybko i dużo. Nie ma czasu na oddech, nie ma okazji do zadumy. Moja wyobraźnia taż nie pracowała tak dobrze, jakbym tego chciała (niezbyt plastyczne, boleśnie pobieżne opisy), a i w tym towarzystwie nie najlepiej się czułam (papierowe, stereotypowe postaci „po obu stronach barykady”). Znam lepsze, dużo lepsze, dokonania tego autora. W każdym razie bardziej odpowiadające moim gustom.

Rozczarowanie ogromne. Tyle sobie obiecywałam po „Domu stu szeptów”... Widać za dużo. Klimatyczna, trzymająca w napięciu opowieść o nawiedzonym domostwie, to zdecydowanie za duże wymagania. Nie ten adres. Przeczucie mnie zawiodło. Graham Masterton jednak nie zabrał mnie do bardzo niewygodnego, ekstremalnie nieprzyjaznego, należycie upiornego, mrocznego domostwa, w którym coś skrada się bynajmniej nie w milczeniu. A przynajmniej nie dał mi się nacieszyć tym przeklętym domostwem w zacisznym zakątku Anglii. Bo oto rozpoczął się bieg. Bieg z przeszkodami, z którymi nie radziłam sobie najlepiej. Słaba kondycja fizyczna. Oj, naprawdę kiepska. A ten utwór, w mojej zupełnie subiektywnej opinii, niewiele lepszy.

Za książkę bardzo dziękuję księgarni internetowej

https://www.taniaksiazka.pl/

Więcej nowości literackich