Stronki na blogu

piątek, 5 sierpnia 2022

Thomas Olde Heuvelt „Echo”

 

Góra Maudit w Alpach Szwajcarskich. Przeklęta góra, która zjadła twarz młodemu alpiniście pochodzącemu z Holandii, Nickowi Greversowi. Jego tworzysz, Niemiec Augustin Laber, nigdy już nie wróci do domu, ale są rzeczy gorsze od śmierci. Sam Avery, chłopak Nicka, Amerykanin mieszkający z nim w Amsterdamie, z przerażaniem myśli o swojej przyszłości u boku okrutnie oszpeconego chłopaka. Miłość okazuje się jednak silniejsza od lęków zakorzenionych już w dzieciństwie. Koniec końców wygląd zewnętrzny Nicka okazuje się najmniejszym z ich problemów. Bo czasami Nick nie jest sobą. Sam ma wrażenie, jakby żył z dwiema skrajnie różnymi osobami. Swoim Nickiem i tym czymś, co rozpycha się pod bandażami, którymi uparcie owija dolną połowę swojej twarzy. Czy to możliwe, by Nick został opętany przez diabelską górę? Sam powoli przekonuje się do tej teorii. Z natury jest sceptykiem, ale nie potrafi znaleźć lepszego wytłumaczenia dla upiornych zjawisk, którym świadkuje będąc z Nickiem. Swoją opętaną miłością.

To jest totalnie, błyskotliwie oryginalna książka” - tymi słowami Stephen King podsumował „HEX”, powieść grozy holenderskiego pisarza Thomasa Olde Heuvelta. I się zaczęło. Znany stosunkowo niewielkiej grupie czytelników autor, zyskał nieprzebraną ilość nowych odbiorców z różnych stron świata. Przesadą byłoby stwierdzenie, że swoją międzynarodową sławę Heuvelt zawdzięcza przede wszystkim jednemu ze swoich ulubionych pisarzy, którego odkrył już w dzieciństwie, ale King niewątpliwie pomógł mu w otwarciu tych wielkich wrót. W przecieraniu tej zdradliwej ścieżki. Bo popularność może przytłoczyć. Pisarska kariera Heuvelta nabrała rozpędu, gdy pracował nad swoją kolejną powieścią grozy, której ostatecznie nadał tytuł „Echo” (oryginalny i polski). To dość opasłe tomiszcze ukazało się jednak dopiero sześć lat po premierowym wydaniu „HEX” (pierwsza edycja „HEX”: rok 2013, pierwsza edycja „Echa”: rok 2019). Blokada twórcza nałożona przez sławę: tak to chyba można nazwać. W każdym razie obawa przed rozczarowaniem rzeszy fanów jego poprzedniej powieści, była jego antymuzą. Aż doszło do spotkania z George'em R.R. Martinem, amerykańskim bardzo poczytnym powieściopisarzem specjalizującym się w fantastyce, od którego otrzymał, jak się okazało bezcenną radę - „wróć do domy, napisz to, na co masz ochotę i dobrze się przy tym baw”. Jak George powiedział, tak Thomas zrobił. Dokończył, używając jego własnych słów, swój długi list miłosny do opowieści gotyckich. I wspinaczki górskiej. W 2021 roku swoją światową premierę miał kolejny powieściowy horror Thomasa Olde Heuvelta pt. „Orakel” z Robertem Grimem, fikcyjną postacią, która swój debiutancki występ zaliczyła w „HEX” oraz jedną z postaci „powołanych do życia” przez Neila Gaimana. Polską premierę „Orakel” zaplanowano na początek roku 2023. Obecnie Heuvelt pracuje nad powieścią „November”, którą zapowiada jako najmroczniejszą ze swoich dotychczasowych książek. Warto też wspomnieć, że trwają prace, czy raczej rozmowy o ekranowej wersji „HEX”. Bardzo możliwe, że będzie z tego serial. Gary'ego Daubermana, reżysera i scenarzysty „Annabelle wraca do domu” (2019) (oraz szykowanej trzeciej już ekranowej wersji „Miasteczka Salem” Stephena Kinga), który opracował również skrypty pierwszej odsłony tego filmowego cyklu o demonicznej lalce w reżyserii Johna R. Leonettiego oraz jej prequela powstałego pod artystycznym kierownictwem Davida F. Sandberga. Wypada też dodać, że Gary Dauberman współtworzył scenariusz pierwszego rozdziału kasowej readaptacji powieści „To” w reżyserii Andy'ego Muschiettiego i już w pojedynkę rozpisał drugi rozdział tego samego reżysera.

Echo” Thomasa Olde Heuvelta do Polski przybyło w roku 2022 na skrzydłach dostojnego Albatrosa. Z niderlandzkiego przełożył Ryszard Turczyn, a „porażającą błękitem” okładkę zaprojektowała Agnieszka Drabek. Ponad sześćset stron upiornej zabawy. I jednoczenie przegląd powieści i opowiadań (tytuły rozdziałów, a tuż pod fragment tegoż utworu) w zdecydowanej większości z gatunku horroru, które zajmują szczególne miejsce w sercu Heuvelta. Punktem wyjściowym dla tego projektu był „Egzorcysta” Williama Petera Blatty'ego. Motyw opętania, ale inaczej. Architekt „Echa” ma raczej niechętny stosunek do najbardziej przetartej ścieżki w tym konkretnym zakątku horrorowej ziemi. Demon, Kościół, ksiądz – te składniki opętańczego wywaru Heuvelt wymienił na górę, zarażonych i życiowego partnera. Skromnego lingwistę, Amerykanina, który swoją drugą połówkę znalazł w Holandii. Gdy w 2016 roku, Heuvelt przedstawił swojemu brytyjskiemu wydawcy zarys tej historii, tamten zadeklarował swoją gotowość na „zaopiekowanie się” tym utworem, ale też radził przygotować się na krytyczne przyjęcie. Obawiał się, że spora część brytyjskich odbiorców „Echa” nie zniesie homoseksualnych bohaterów i to jeszcze na pierwszym planie. Minął zaledwie rok i ten sam wydawca z Wysp Brytyjskich zapewnił Heuvelta, że jest już zapotrzebowanie na queerowe postacie. Wzrosła akceptacja dla osób LGBTQ+, a zatem diametralnie wzrosła szansa na dobre przyjęcie „Echa” w tej części Europy. Thomas Olde Heuvelt, podobnie jak główni narratorzy omawianej powieści, jest osobą nieheteronormatywną. Podobnie jak Sam i Nick zdążył już odnaleźć swoją drugą połówkę i tak samo jak ten drugi uprawia wspinaczkę górską. Niektórzy mogą sądzić, że matką jego niezwykłej góry jest leżąca na granicy między Francją i Włochami Mont Maudit, ale w rzeczywistości autor opierał się na górze Besso w Alpach, którą swego czasu zdobył, i której znakiem rozpoznawczym jest szczyt - czy raczej szczyty - w kształcie diabelskich rogów. „Echo” to powieść epistolarna, co miłośnikom klasycznych opowieści grozy, w pierwszej kolejności może nasunąć na myśl „Draculę” Brama Stokera. Heuvelt przyznaje, że miał na uwadze ten monstrualny kamień milowy w gatunku horroru, ale nie tylko jego. „Pomnik trwalszy niż ze spiżu” dla klasycznych opowieści nie tylko o wampirach. Najwięcej miejsca zajmuje opowieść Sama Avery'ego, która do pewnego momentu równomiernie przeplata się z krótszym i bardziej suchym – styl dziennikarski – sprawozdaniem Nicka Greversa. To nasi główni przewodnicy po lovecraftowsko-kingowskim świecie przedstawionym przez Thomasa Olde Heuvelta. Kingowska gawęda w górach szaleństwa, a to wszystko starannie przykryte fantazyjną kołderką własnego projektu. Nie ukrywam, że chętniej dawałam się prowadzić Samowi. Kingowski protagonista na sterydach: tak bym go nazwała. Tak czy inaczej, obawiam się, że czytelnicy niepodzielający mojej miłości do „rozwlekłej gadaniny” Kinga, będą mieć też mniej entuzjastyczny stosunek do zapisków Sama Avery'ego. To może Nick? Bardziej precyzyjny, mniej skory do krążeniu wokół danego tematu. To nie tak, że umowna opowieść Sama jest bardziej chaotyczna, a w każdym razie ja takiego poczucia nie miałam, ale chłopak zdecydowanie lubi sobie poodpływać myślami. Młodzieniec, którego głównym orężem w walce ze stresem jest humor. Wcześniej najbardziej stresujące chwile przeżywał, gdy jego ukochany przebywał w górach. Martwił się o jego bezpieczeństwo, ale nawet w najśmielszych, najkoszmarniejszych wizjach nie oglądał czegoś takiego. Najczarniejsze „proroctwo” Sama dotyczyło śmierci Nicka. Był pewien, że to największe ryzyko, jakie wiąże się ze wspinaczką górską. Ale po wypadku na Maudit, jego myśli zaczęły niebezpiecznie zbliżać się do konkluzji, że lepsza śmierć bliskiej osoby niż życie z „niewidzialnym człowiekiem”. Czy jestem aż tak próżny? Na samą myśl o życiu z oszpeconym chłopakiem Sama przechodzą zimne dreszcze. Wstydzi się swoich reakcji na krzywdę człowieka, którego wcale nie przestał kochać. Samobiczowanie, ale i wyraźne zabieganie o zrozumienie czytelnika. Pewnie zabrzmi strasznie, ale sposób w jaki Thomas Olde Heuvelt opisywał ten problem Sama nie dał mi solidnych podstaw do uznania go za osobę niemożebnie płytką. To może być efekt traumy z dzieciństwa. Fobia, z którą, bądź co bądź, Sam bohatersko walczy. Nie w pierwszym odruchu, ale w końcu wraca, aby, jak myśli, pokonać wreszcie swoje demony. No tak, to też, ale dużo większego zaangażowania będzie wymagała walka z demonami Nicka.

Nick Grevers, człowiek, który wrócił ze Strefy Mroku, jakby z innego wymiaru, świata nierządzącego się ziemskimi prawami – takie rzeczy to już prędzej u Howarda Phillipsa Lovecrafta – myślał, że nic gorszego od śmierci współwspinacza i nieodwracalnego (w każdym razie nie do końca) okaleczenia dolnej połowy twarzy nie może go spotkać. Chociaż nie, pewnie liczył się też z samotnością, ale gdzieś w głębi ducha niewątpliwie cały czas tliła się w nim wiara w to, że Sam Avery, jego kochany, kruchy Sam dotrzyma obietnicy danej w lepszych czasach. Wymyślali najróżniejsze katastrofalne scenariusze i przyrzekali, że nic z tego ich nie rozdzieli. W tych deklaracjach nie uwzględnili jednak przeklętej góry. Ot, takie drobne niedopatrzenie:) Mimo wszystko większym problemem dla Sama okazała się zabandażowana twarz Nicka niż ingerencja rozumnej czy nie siły Natury, która, jak wszystko na to wskazuje, urządziła się pod opatrunkiem. Thomas Olde Heuvelt podsuwa nam, czy raczej Samowi, jeszcze jedno wytłumaczenie alarmującego zachowanie człowieka, który ledwo wyrwał się ze szponów śmierci niekoniecznie czekających na niego na górze Maudit w Alpach Szwajcarskich. Tam, gdzie turyści i miejscowi, wyjątkowo rzadko się zapuszczają. Góra mogła to zaplanować – Nick przeżył, bo taka była jej wola. Duch Maudit zaklęty w ciele młodego mężczyzny, którego coś podkusiło, by zdobyć ten diabelski szczyt. On i jego towarzysz nie zdawali sobie sprawy z niebezpieczeństwa. Nie znali przerażających historii związanych z tym (nie)naturalnym obiektem. Bo i skąd? Mieszkańcy najbliższej wioski bynajmniej nie mają w zwyczaju wtajemniczać turystów w sprawy Maudit. Podczas gdy Nick coraz bardziej utwierdza się w przekonaniu, że został opętany przez górę, Sam upiera się przy zaburzeniu osobowości. Wgląd w przyszłość, paranormalny home invasion, w centrum którego stoi (w prologu, potem prześledzimy to od strony jej telefonicznego rozmówcy) młodsza siostra Sama, Julia, to koronny argument przemawiający za wersją Nicka. Innymi słowy, od samego początku wiemy, że syndrom Greversa to sprawa bardziej dla egzorcysty niż psychiatry. Ale czego nie robi się dla miłości? Skoro Sam tego chce, to on, opętany przez górę, wdroży nieodpowiednie leczenie. A gdy to zawiedzie, bo przecież inaczej być nie może... Thomas Olde Heuvelt w „Echu” w zmyślny sposób połączył zapewne dobrze znane miłośnikom gatunku motywy. A w zasadzie przeprowadził coś w rodzaju rewitalizacji starych, acz nie powiedziałabym, że zmurszałych, wybranych fundamentów, które zdecydowanie najłatwiej wypatrzyć na grozowym poletku. Poza nieklasycznym opętaniem możecie się spodziewać nadnaturalnych istot, jakichś widmowych postaci, nietypowych duchów. Będzie też niegościnna, struchlała wioska oraz zagadkowe zgony, potencjalna zaraza roznoszona przez „niewidzialnego człowieka”. I oczywiście wybitnie pechowa wyprawa wysokogórska – podskórna groza, ale według mnie nie jest to jeszcze poziom „Abominacji” Dana Simmonsa, mojej ulubionej powieści o wspinaczce. Jedno z tych miejsc, w którym nie obowiązują żadne znane nam prawa fizyki, gdzie absolutnie wszystko może się zdarzyć. Znalazło się też miejsce w tym przepastnym „Echu” dla mitu o Prometeuszu, pierzastych omenach śmierci(?) – nie krukach, kawkach alpejskich. Szczypta psychodeli, którą najszczodrzej (w moim odczuciu tutaj już autora poniosło, uważam lekka przesada) sypnie się Heuveltowi pod koniec tej mrocznej wycieczki w nieznane pod przewodnictwem całkiem sympatycznych młodych ludzi. Horrormaniaków zapewne ucieszy też fakt, że w tekście przewija się mnóstwo swojsko brzmiących tytułów. Na nazwach rozdziałów ta zabawa się nie kończy, wyróżnić jednak pragnę „Ostatni dom po lewej” Wesa Cravena i „Dom w głębi lasu” Drew Goddarda, które zdolny Niderlandczyk pięknie sparował.

Laureat między innymi Nagrody Hugo, prawdopodobnie najszerzej znany żyjący holenderski powieściopisarz specjalizujący się w horrorze, Thomas Olde Heuvelt, przedstawia dumną Maudit. Samotną damę z Alp Szwajcarskich, która najwyraźniej opętała, w najupiorniejszym rozumieniu tego słowa, pewnego młodzieńca. Tak już ma. Ta góra. Powieść obowiązkowa dla fanów literackiego horroru? Wiem, że niektórzy źle reagują na takie sformułowania, więc spróbuję inaczej. „Echo” Thomasa Olde Heuvelta to moim skromnym zdaniem jedno z ważniejszych wydarzeń ostatnich lat na arenie powieściowego horroru. Mroczna, pomysłowa, diabelnie wciągająca. Na tę szatańską górę. Sami zobaczcie jak tam niemiło i nieprzytulnie. Może nie aż tak jak w świecie „HEX”... Oceńcie sami. Wejdźcie proszę w obie te piekielne gardziele.

Za książkę bardzo dziękuję księgarni internetowej

https://www.taniaksiazka.pl/

Więcej nowości literackich

środa, 3 sierpnia 2022

„(Nie)dobra kobieta” (2019)

 

Wielka Brytania. Sarah Collins od niedawna samotnie wychowuje dwójkę małych dzieci, Bena i Lucy. Chłopiec był świadkiem zabójstwa swojego ojca, w wyniku czego przestał mówić. Policja wciąż prowadzi śledztwo w tej sprawie, a tymczasem młoda wdowa ledwo wiąże koniec z końcem. Pewnego dnia w domu Sarah zjawia się nieznajomy mężczyzna, który właśnie okradł szefa lokalnej mafii. Wbrew woli gospodyni, intruz, który z czasem przedstawia się jako Tito, robi z jej mieszkania kryjówkę dla skradzionych narkotyków, które zamierza rozprowadzić po mieście. Zyskami dzieli się z Sarah, której jednak nie cieszy możliwość dodatkowego zarobku. Nie chce mieszać się w ciemne interesy, ale nie wie, jak pozbyć się tego drobnego przestępcy, który poważnie naraził się najgrubszej rybie w okolicy. Niechciany gość może jednak dostarczyć jej pożądanych informacji o śmierci jej ukochanego męża.

Brytyjsko-belgijsko-francuski revenge thriller w reżyserii Abnera Pastolla, twórcy między innymi „Autostopem po śmierć” (2015). Scenariusz „(Nie)dobrej kobiety” (oryg. „A Good Woman Is Hard to Find” aka „A Woman on the Edge”) napisał Ronan Blaney (m.in. „Miłosny kąsek” Andy'ego De Emmony'ego i „Don't Go” Davida Gleesona”) jako swoistą odpowiedź na „politykę zaciskania pasa”. Z niesmakiem wysłuchiwał przemówień Davida Camerona i Nicka Clegga, wymuskanych, uprzywilejowanych białych mężczyzn, którzy nie mając bladego pojęcia o tym, jak żyje większość ludzi, nawołuje do solidarności w obliczu kryzysu. Solidarności w (jednostronnej) biedzie. Wyobraźnia podsunęła więc Blaney'emu postać, która mogłaby wiele politykom powiedzieć o życiu w dobie kryzysu gospodarczego. Przedstawicielka najbardziej bezbronnych ludzi. Ludzi zdanych wyłącznie - albo niemal wyłącznie - na siebie. Mimo wszystko Blaney nie chciał robić z tego traktatu politycznego. Wolał skoncentrować się na dodawaniu wiatru w oczy tej (nie)dobrej kobiecie. Film kręcono w Belgii i Irlandii Północnej, a w roli głównej Abner Pastoll obsadził Sarah Bolger, która zwróciła jego uwagę swoim występem w „Emelie”, dreszczowcu wyreżyserowanym przez Michaela Thelina. Harmonogram zdjęć był bardzo napięty, podobnie jak budżet. Ekipa miała spędzić na planie maksymalnie dwadzieścia dni, ale tydzień przed pierwszym klapsem poinformowano ich, że czas ten skrócono do szesnastu dni. Mieszkanie Collinsów zostało zbudowane specjalnie na potrzeby filmu w studio w Belgii. „(Nie)dobra kobieta” po raz pierwszy pokazała się publicznie (oczywiście pod oryginalnym tytułem) w lipcu 2019 roku na Fantasia Festival w Kanadzie.

(Nie)dobra kobieta” Abnera Pastolla pod pewnymi względami może przypominać, bądź co bądź, późniejszego „Bulla” Paula Andrew Williamsa. Zorganizowana przestępczość w surowym brytyjskim wydaniu. Zamiast niegdysiejszego członka gangu, mamy młodą wdowę, która samotnie wychowuje dwójkę małych dzieci. Trwa kryzys finansowy. W telewizorni ludzie, którym bieda niestraszna dają „dobre rady” rodakom, którzy są już mocno pod kreską. Nie martw się, że nie masz pracy – będzie lepiej. Kiedyś. Póki co zaciskaj pasa i patrz, jak taplamy się w cudzych pieniądzach. Tytułowa postać, Sarah Collins (wspaniała kreacja Sarah Bolger), nawet już tego nie komentuje. Szkoda słów. Tym bardziej, gdy trzeba wyżywić nie tylko siebie, ale i dzieci. O nich przede wszystkim myśli ta może i niedobra kobieta. Swoją drogą, świetny pomysł z polskim tytułem. Czytaj, jak ci wygodnie. Bohaterka czy antybohaterka, to zależy od osobistych zapatrywań widza na „zabawę w sędziego i kata”. Mścicieli lub po prostu ludzi postawionych pod ścianą. Czy tego chcą, czy nie, muszą podnieść rękawicę. Zawalczyć o życie nie tylko swoje, ale i swoich najbliższych. Z „(Nie)dobrą kobietą” było mi bardziej po drodze niż ze wspomnianym już „Bullem”. Warstwa obyczajowo-dramatyczna w scenariuszu Ronana Blaney'ego skutecznie podtrzymywała moje zainteresowanie. Może dlatego, że dotyka zdecydowanie bliższej mi materii. Światek przestępczy tym razem jest bardziej obok. To znaczy postać, której towarzyszymy nie ma praktycznie żadnych związków z osobami robiącymi szemrane interesy. Istnieją jednak podejrzenia odnośnie jej niedawno zmarłego męża, które najwyraźniej podziela matka Sarah. Ale nawet jeśli wielka miłość jej córki prowadziła jakąś nielegalną działalność, to z całą pewnością Sarah nie zdawała sobie z tego sprawy. Stephen Collins nie wtajemniczył małżonki w swoje najciemniejsze sprawki. O ile je prowadził. Sarah w to nie wierzy, albo nie chce wierzyć, ale organy ścigania prawdopodobnie nie mają już takich wątpliwości. Tak czy inaczej, Sarah nie jest zadowolona z efektów ich pracy. Jakich efektów?! Zabójca jej męża nadal cieszy się wolnością. Jego tożsamość pozostaje nieznana, a przynajmniej Sarah. Odbiorca zapewne błyskawicznie rozwiąże „tę zagadkę”. Zgaduję, że twórcy nawet nie chcieli robić z tego tajemnicy. To nie jest jeden z tych thrillerów, które w największej mierze bazują na zaskoczeniach. Zdumiewających odkryć raczej nie przewidziano w tej skromnej opowieści o życiu. Życiu ludzi w szarych płaszczach, dla których każdy dzień jest walką o przetrwanie. Współczesnych gladiatorach. Niewolnikach prawdziwych specjalistów od grabienia do siebie. Bezdusznych ludzkich trybików tej maszynerii. Doskonale pokazuje to interwencja w domu Collinsów. Para policjantów „na ratunek” poszkodowanej. Według nich sprawa jest prosta – młoda matka maltretowana przez kochanka. Mundurowi, a już zwłaszcza jeden z nich, nie ukrywają swojej pogardy do... Nie, nie przemocowego mężczyzny tylko, jak zakładają, jego godzącej się na przemoc partnerki. „Pomyśl o dzieciach”, radzi jeden z nich. Pomóc nie zamierza – nawet nie zawraca sobie głowy kierowaniem domniemanej ofiary przemocy do którejś z licznych organizacji świadczących pomoc w takich i podobnych wypadkach. Ten, który ma chronić i służyć jakby z góry zakłada, że „głupie dziewczę” i tak nie skorzysta z jego rad. Nie ma co strzępić sobie języka dla kobiet, które, nie wiedzieć czemu, chronią swoich agresywnych kochanków. Nie rozumie tego i nawet nie stara się zrozumieć. Za to chętnie dołoży zmartwień kobiecie, którą uważa za ofiarę przemocy domowej. Gdyby ów gliniarz obiektywnym okiem przyjrzał się swojej postawie, to miałby odpowiedź na pytanie, dlaczego krzywdzone kobiety nie szukają pomocy. Oczywiście ten problem zwykle jest bardziej złożony, ale „średniowieczne myślenie” jakiejś części ludzi w mundurach na pewno nie dodaje odwagi cierpiącym. Tylko że Sarah nie ma takiego problemu. Tak, pewien mężczyzna – w gruncie rzeczy obcy mężczyzna - zgotował jej małe piekiełko. Ale to już przeszłość. Teraz Sarah musi znaleźć sposób na wybrnięcie z innego problemu, który, jeśli ta fatalna tendencja się utrzyma, postawi ją przed kolejnym nieoczekiwanym wyzwaniem. Twórcy przygotowują widza na taki obrót spraw, ale nasza przewodniczka po tym bezlitosnym świecie przedstawionym, naturalnie, nie wie, co okrutny los jeszcze dla niej przyszykował.

Matka Sarah Collins, że tak to ujmę, wdowa z dłuższym stażem, w pewnym momencie stwierdza, że w tym świecie trzeba być trochę suką, żeby utrzymać się na powierzchni. Grzeczne dziewczynki mają trudniej. Grzeczne dziewczynki są łatwym celem dla ludzi pokroju Tita (przekonująca kreacja Andrew Simpsona). Drobnych przestępców, ale też zwykłych, szarych, „uczciwie pracujących” obywateli. Autorzy „(Nie)dobrej kobiety” to drugie przykre zjawisko społeczne omawiają na przykładzie sklepowego ochroniarza. To nie jest oskarżycielski palec wymierzony w to konkretne środowisko zawodowe, tylko w nader śmiałych mężczyzn w kontaktach z płcią przeciwną, żeby nie powiedzieć bezczelnych, na których pewnie można natknąć się w każdej grupie społecznej. Dlaczego tak zawziął się na Sarah? Może dlatego, że to łatwy cel. Pogrążona w żałobie młoda kobieta z dwójką małych dzieci (młode talenty: Rudy Doherty i Macie McCauley), która musi liczyć każdy grosz, i która nie zwykła odpowiadać na zaczepki nieznajomych. Łatwo ją zawstydzić. Taka płochliwa łania to iście soczysty kąsek dla ludzi pokroju tego sklepowego natręta. Człowiek ten czerpie jakąś perwersyjną przyjemność z przysparzania przykrości bezbronnej klientce (tylko jednej?). Gdyby Sarah posłuchała matki i pokazała pazurki, to najpewniej ten niewydarzony drapieżnik (podszyty tchórzem) zostawiłby ją w spokoju. Abner Pastoll i jego ekipa od „(Nie)dobrej kobiety” czegoś takiego kazali mi spodziewać się po Sarah. Przebudzenie lwicy. To nie jest kwestia wyboru, a w każdym razie nie do końca. Bo Sarah oczywiście można znowu zdać się na organy ścigania. Może trzymać się praworządnej ścieżki, tym samym ryzykując utratę dzieci. Niewykluczone, że na najbliższe lata pożegnałaby się też z wolnością. Ale przecież mogła zawiadomić policję wcześniej, zanim polała się krew. Racja, mogła. Tyle że nikt nie obiecywał, że to będzie opowieść o dobrej kobiecie:) Część widzów w każdym razie może nie pochwalać jej działania. To sprawa dla policji i sądu, a nie pierwszej lepszej gospodyni domowej. Bez względu na to, jak ocenimy jej późniejsze postępowanie, przypuszczalnie wciąż będziemy mieć dla niej wiele współczucia. No dobrze, pewnie nie wszyscy, ale jestem spokojna przynajmniej o tych, którzy też mieli, bądź nadal mają, mocno pod górkę. Mówią, że syty głodnego nie zrozumie. Nie wiem, ile w tym prawdy, ale wiem na pewno, że mądralińscy w drogich garniturach, te zakłamane buźki oblegające studia telewizyjne, wykazują się jeszcze większą bezczelnością niż sklepowy prześladowca Sarah. Kobiety, która w przeciwieństwie do tych samozwańczych ekspertów mogłaby wiele powiedzieć o życiu w dobie ekonomicznego kryzysu – bez pracy, na zasiłkowym okruchu z pańskiego stołu, którym musi obdzielić trzy osoby. Sarah patrzy na to, słucha tego bez zdziwienia. Cóż, nic nowego. Przywykła. Czy w głębi ducha marzy o sprawiedliwszym podziale publicznych pieniędzy? Pewnie tak, ale na tę chwilę najbardziej pragnie wrócić do tego, co było. Że też ten przeklęty Tito musiał wybrać akurat jej mieszkanie na swoją najnowszą kryjówkę. Dla narkotyków skradzionych człowiekowi, który trzęsie całym miastem, a przynajmniej tym jego obszarem, w którym na swoje nieszczęście osiadła rodzina Collinsów. W „(Nie)dobrej kobiecie” trochę substancji imitującej krew (dodam, że udanie) przelano, ale poza tym, to tyko siła sugestii. Chcę przez to powiedzieć, że Abner Pastoll zastosował sztuczkę (w pełni świadomie – uprzedzał o tym w swoich medialnych omówienia tego raczej kameralnego widowiska), z której skorzystał też choćby Alfred Hitchcock w swojej znakomitej ekranizacji „Psychozy” Roberta Blocha, pod tym samym tytułem. Niektórym film może wydać się bardziej makabryczny, niż jest w istocie. UWAGA SPOILER Niektórzy może nawet będą przysięgać, że w najdrobniejszych szczegółach widzieli odkrajanie kończyn, a to tylko jedno, owszem dość głębokie, nacięcie. I ten przeraźliwy dźwięk – ręczna piła trąca o kość. Ach, i jeszcze te zgrabne paczuszki w mocno zakrwawionej sypialni. Będzie jakieś pięć litrów:) KONIEC SPOILERA Reżyser „(Nie)dobrej kobiety” ponadto starał się wprowadzić różne sprzeczności, co można też odbierać jako obalanie stereotypów. Najbardziej jaskrawym przykładem moim zdaniem jest mafijny boss Leo Miller (intrygujący występ Edwarda Hogga). Taka miła twarz, taki przyjemny, głęboki głos, w sumie chucherko, a taki postrach budzi. Zobacz kotku, co ma w środku, to nie będziesz się dziwił na widok większych, zdecydowanie bardziej napakowanych gości, którzy bez dyskusji wykonują każdy jego rozkaz. Zazwyczaj zachowują niekoniecznie bezpieczny dystans (parę kroków) – zbliżają się tylko, gdy muszą. Scenariusz może wydać się trochę naciągany. Pech chciał, że Tito – czy to jeszcze odwaga, czy już głupota? Nie odpowiadajcie, to pytanie retoryczne – w pewnym zakresie przywłaszczył sobie mieszkanie akurat TEJ kobiety. Zapytacie: i gdzie ten nieprawdopodobny (ejże, tego nie napisałam!) zbieg okoliczności? Nie domyślacie się jeszcze? Postscriptum: poszukiwanie baterii – bezbłędna akcja.

Empatyczne spojrzenie na ludzi, którym wiedzie się gorzej. Poruszający portret jednostki, która nie przez własne wybory, nie w wyniku swoich działań, wylądowała na nizinach społecznych, wraz z dwójką małych dzieci, z których jedno wymaga dłuższego leczenia. Męża już nie ma. Zamordowany na oczach kilkuletniego syna. Sprawiedliwości nie stała się zadość, Temida znowu oślepła. Pytanie: czy sprawiedliwość jest najważniejsza? Ważniejsza od związywania końca z końcem? Ważniejsza od wykarmienia dzieci? A co z ich bezpieczeństwem? Revenge thriller w reżyserii Abnera Pastolla i na podstawie scenariusza Ronana Blaney'ego, w którym wcale nie musi chodzić o zemstę. O ile w „(Nie)dobrej kobiecie” w ogóle przewidziano jakąś karę dla tego, który uderzył pierwszy. Jak to się skończy, to zależy od widza. Od jego czytania polskiego tytułu tego uważam, wartego zachodu, niewesołego (no, może trochę – ziarnko czy dwa czarnego humoru) widowiska. Liczyłam na przeciętniaka, a tu taka jakość. Takie emocje! Ech, te moje małe odkrycia:)

poniedziałek, 1 sierpnia 2022

Zapowiedzi wydawnictwa MAG (seria horrorów)

 
Poniżej przedstawiam wybrane pozycje, które prawdopodobnie w najbliższych latach (niektóre jeszcze w tym roku) ukażą się pod szyldem wydawnictwa MAG. Dotyczy wyłącznie pozycji mających dołączyć do serii horrorów i klimatów około-horrorowych, w skład której dotychczas weszły „Odmieniec” i „Ballada o Czarnym Tomie” Victora LaValle'a, „Drood” Dana Simmonsa (wznowienie), „Biblioteka na Górze Opiec” Scotta Hawkinsa, „Dni ostatnie” Briana Evensona i w innej szacie graficznej „Księgi krwi 1-3” Clive'a Barkera oraz „Czerwone drzewo” Caitlín R. Kiernan. Okładki będą inne, zakładając oczywiście, że wszystkie poniższe wydarzenia literackie dojdą do skutku.

Peter Straub „Koko”

Pierwsza część Blue Rose Trilogy jednego z najwybitniejszych amerykańskich autorów literatury grozy. Laureatka World Fantasy Award 1989 za najlepszą powieść, po raz pierwszy wydana w roku 1988. Fabuła podąża za czterema zaprzyjaźnionymi weteranami wojny w Wietnamie, którzy nabierają przekonania, że jeden z członków ich dawnego plutonu odpowiada za serię mordów. Ofiarom odejmuje się uszy i oczy, a do ust wkłada kartę z napisem „KOKO”. Tak rozpoczyna się długa podróż od Waszyngtonu przez Daleki Wschód po Nowy Jork. Polowanie na śmiertelnie niebezpiecznego człowieka prawdopodobnie prowadzone przez jego niegdysiejszych towarzyszy broni.
 

Victor LaValle „The Devil in Silver”

Pierwotnie wydana w 2012 roku złożona opowieść o awanturniku, który trafia do szpitala psychiatrycznego w Nowym Jorku. Spoczywają na nim poważne zarzuty, co kłóci się z jego wspomnieniami. Pamięć może go jednak zawodzić. Już pierwszej nocy w izolacji mężczyznę odwiedza potworna istota z głową żubra i ciałem starca, która bynajmniej nie jest nastawiona przyjaźnie. Okazuje się, że inni pacjenci też są nachodzeni przez to niezwykłe stworzenie. Nowy pensjonariusz zakładu psychiatrycznego tworzy mały oddział do walki z bestią, która może być samym Księciem Piekieł. 
 

Brian Evenson „Song for the Unraveling of the World”

Niedługa powieść z 2019 roku o zwątpieniu, złudzeniach i paranoi. Samooszukiwaniu, zniekształceniach ludzkiej percepcji i najniższych instynktach. O twarzy noworodka pojawiającej się z tyłu głowy innego człowieka. O filmowcu szukającym ciszy i terapeucie przychodzącym nocą do pokoju pacjenta.

 

John Ajvide Lindqvist „Verkligheten”

Powieść z 2022 roku szwedzkiego autora między innymi „Wpuść mnie”, podstawy scenariusza filmu z 2008 roku pt. „Pozwól mi wejść” Tomasa Alfredsona – dwa lata później ukazało się podejście Matta Reevesa do tej historii. Heidi Hallberg jest gwiazdą popularnego reality show. Ona i jej rodzina, podobnie jak bohater „Truman Show” Petera Weira, żyją pod stałą obserwacją milionów widzów. Umierająca mucha jakimś „magicznym sposobem” znikająca z parapetu, stopnie zmieniające wysokość i na pozór solidne drzwi, przez które śmiertelnik może przejść niczym pierwszy lepszy duch. Te i inne „niepojęte zjawiska” sprawiają, że Heidi zaczyna kwestionować rzeczywistość, w której żyje. Co jest realne? Czy w ogóle jest coś, czego Heidi może być pewna? Co nie jest li tylko symulacją?

 

Clive Barker „Księgi krwi 4-6”

Ciąg dalszy opus magnum wielkiego Clive'a Barkera, ogromnie zasłużonego zarówno dla literackiego, jak filmowego horroru, ze wskazaniem na klimaty ekstremalne. Czternaście opowiadań pierwotnie opublikowanych w latach 80-tych XX wieku. A w tym gronie kultowy „Zakazany” - filmową wersję zna chyba każdy miłośnik kina slash. Pod tytułem „Candyman”.

 

Stephen Graham Jones „Mapa wnętrza”

Dzieło rdzennego mieszkańca Ameryki Północnej, które swoją światową premierę miało w roku 2017. Pewnej nocy dwunastoletni chłopiec dostrzega w swoim domu postać, która przypomina mu jego zmarłego ojca. Ojca, który zginął w tajemniczym okolicznościach, zanim jego najbliżsi zdecydowali się opuścić rezerwat. Zaciekawiony chłopiec idzie za enigmatycznym przybyszem, który pokazuje mu, że jego dom jest większy i głębszy, niż myślał. Ta niezwykła przechadzka napełnia go przemożnym pragnieniem sporządzenia kompletnego planu nieruchomości, w której mieszka. W efekcie sprowadza śmiertelne niebezpieczeństwo na swojego młodszego brata. Dom to miejsce, które zawsze cię przyjmie, ale istnieją też domy, które zazdrośnie strzegą swych sekretów. Mieszkaj, ale nie rozglądaj się zbyt uważnie.

 

Stephen Graham Jones „Jedyni dobrzy Indianie”

Pomysł na tę powieść grozy po raz pierwszy opublikowaną w roku 2020 zrodził się w głowie jej autora, gdy wraz ze swoją małżonką wynajmował dom w Gunbarrel w stanie Kolorado. Nie wyklucza też, że jakiś wpływ na tę historię wywarła zachowana w pamięci scena z dzieciństwa, w której wujek wybija mu z głowy pomysł zapolowania na niedźwiedzicę grizzly. Porównywana do twórczości Paula Tremblaya i Tommy'ego Orange'a opowieść o tożsamości kulturowej, zemście i kosztach zerwania z tradycją. Podwyższony horror w klasycznej konwencji. O czterech rdzennych mieszkańcach Ameryki Północnej, przyjaciołach z dzieciństwa prześladowanych przez istotę napędzaną pragnieniem zemsty. Grzechy młodości mogą przypomnieć o sobie po wielu latach. Gdy będziesz zupełnie innym człowiekiem. Przynajmniej w swoim mniemaniu.

 

Stephen Graham Jones „My Heart Is a Chainsaw”

Pierwsza odsłona The Lake Witch Trilogy, która pierwotnie ukazała się w roku 2021 (światową premierę części drugiej zaplanowano na rok 2023 i jeśli nic się nie zmieni, to ukaże się pod tytułem „Don't Fear the Reaper”). Główną bohaterką jest outsiderka z indiańskimi korzeniami, Jade Daniels, która ucieczkę od wielce rozczarowującej, wręcz traumatycznej rzeczywistości znajduje w gatunku horroru. Agresywny ojciec, nieobecna matka i dziewczyna, która pod maską Jasona Voorheesa próbuje ukryć swoją rozpacz. Przestraszona dziewczynka w nieubłaganie rdzewiejącej żelaznej zbroi. I krew, całe morze krwi przelanej przez istotę jakby żywcem wyjętą z ulubionych filmów Jade. Hołd dla gatunku horroru. 

 

Usman T. Malik „Midnight Doorways: Fables from Pakistan”

Laureat British Fantasy Award i Bram Stoker Award urodzony w Pakistanie Usman T. Malik zaprasza do nawiedzonego sierocińca dla dziewcząt, na wzburzone wody przemierzane przez zakochaną parę w latach 60-tych XX wieku i na szkolną wycieczkę po ruinach przedislamskiego miasta, kiedy to w nader tajemniczych, upiornych okolicznościach będą znikać chłopcy. Powieść pierwotnie wydana w roku 2021.

 

P. Djèlí Clark „Ring Shout”

Minipowieść z 2020 roku poruszająca problem rasizmu. O demonach w białych kapturach. Jest tok 1951. Dumni członkowie Ku Klux Klanu wzdłuż i wszerz przemierzają Stany Zjednoczone w poszukiwaniu czarnoskórych ludzi. Nieświęta misja, która już niedługo ma wejść na kolejny, koszmarniejszy poziom. Ale na przeszkodzie staja im Maryse Boudreaux i jej koledzy z ruchu oporu: strzelec wyborowy i wojownik z Harlemu. A stawką w tej wojnie najprawdopodobniej są losy całego świata.

 

Lauren Beukes „Broken Monsters”

Autorka między innymi „Lśniących dziewczyn”, przeniesionych na ekran w 2022 roku w formie serialu (sezon pierwszy), w 2014 roku pochwaliła się swoją klimatyczną opowieścią z pogranicza horroru i thrillera. Detektyw z Detroit Gabriella Versado dostaje najdziwniejszą sprawę w swojej dotychczasowej karierze. Najpierw są zwłoki pół chłopca, pół jelenia, a potem kolejne zdumiewające makabryczne znaleziska Tymczasem nastoletnia córka Gabrielli nawiązuje nową wirtualną znajomość z mężczyzną, który może być poszukiwanym przez jej matkę drapieżnikiem.

 

Nathan Ballingrud „Wounds: Six Stories from the Border of Hell”

Sześć mrożących krew w żyłach opowieści od zdobywcy Shirley Jackson Award. A wśród nich przeniesiona na ekran w 2019 roku przez Babaka Anvariego „The Visible Filth” (oryginalny tytuł filmu: „Wounds”, oficjalny tytuł polski: „Rany”). Zbiór opowiadań, który swój wydawniczy debiut zaliczył w roku 2019. Opowiadań zmyślnie zagmatwanych, osobliwych, o rzeczach znanych, mniej znanych i całkowicie obcych.

 

Nathan Ballingrud „Potwory północnoamerykańskich jezior”

Zbiór opowiadań miłosnych... Spokojnie, potwory też będą. Realne i wyobrażone. Zewnętrzne i wewnętrzne. Potwory w maskach. Rodzice, kochankowie, my sami. Każdy może zostać potworem. Jak ludzie z klasy robotniczej ożywieni na kartach tej kolekcji. Doprowadzeni do ostateczności przez fatalną miłość. Bo czasami miast budować, miłość woli rujnować. Zamiast wyrywać z kajdan samotności, jeszcze je zaciskać. Miłość dobra jest i łaskawa, ale nie w światach przedstawionych w tym nieopasłym zbiorku.

 

Laird Barron „Occultation and Other Stories” / „The Imago Sequence and Other Stories”

Dwa w jednym. Dwa zbiory opowiadań amerykańskiego pisarza i poety, który zgarnął między innymi Shirley Jackson Award. Za swoją debiutancką kolekcję opowiadań z roku 2007. Mowa oczywiście o „The Imago Sequence and Other Stories”. Podobnie jak „Occultation and Other Stories”, która swoją światową premierę miała trzy lata później, zawiera teksty silnie inspirowane twórczością Howarda Phillipsa Lovecrafta. Laird Barron w ogóle jest znany jako nieoficjalny uczeń Samotnika z Providence, niektórzy wręcz uznają go za następcę tego Wybitnego Literata. Horror kosmiczny, lovecraftian horror: te klimaty.

 

Laird Barron „The Croning”

Debiutancka powieść Lairda Barrona, która światło dzienne ujrzała w 2012 roku. Horror silnie pachnący Howardem Phillipsem Lovecraftem o czarnej magii, upiornych kultach i innych strasznościach czających się tam, gdzie zalegają cienie. Donald Miller, geolog i naukowiec w podeszłym wieku, dokonuje nadzwyczajnych odkryć. Dowiaduje się czegoś nowego o swojej żonie Michelle i ich dorosłych już bliźniakach. Wszystko w co wierzył zaczyna się rozpadać. Całe jego życie wyrosło ze spróchniałego, niemożliwie cuchnącego fundamentu. A może nie? Tak czy inaczej, mężczyzna zamierza zgłębić sekret The Croning.

 

Caitlín R. Kiernan „Tonąca dziewczyna”

Wznowienie jednej z najpoczytniejszych powieści urodzonej w Irlandii amerykańskiej paleontolog, specjalizującej się w szeroko pojętej fantastyce, która na świecie wypłynęła w roku 2012 pod tytułem „The Drowning Girl”. Pierwsze polskie wydanie, pod nazwą „Tonąca dziewczyna”, również przygotowało wydawnictwo MAG, na rok 2014. Powieść o chorującej na schizofrenię, którą „otrzymała w spadku” po babce i matce (w ich rodzinie to dziedziczne). Jej samotność nieoczekiwanie rozprasza osoba transseksualna, ale gdy już myśli, że jej życie wreszcie zaczęło się układać, gdy w końcu odnalazła swoją wielką miłość, na scenę wkracza tajemnicza istota, która pokazuje jej się pod postacią syreny i wilka. I która może istnieć jedynie w jej okrutnie skołowanym, schorowanym umyśle. W otchłani szaleństwa albo na przecięciu dwóch skrajnie różnych światów.

 

Caitlín R. Kiernan „Houses Under the Sea”

Autorka między innymi „Czerwonego drzewa” wybrała około dwudziestu swoich opowiadań utrzymanych w tradycji Howarda Phillipsa Lovecrafta, tj. jego niepokojące uniwersum, ze wskazaniem na tak zwaną Mitologię Cthulhu do „Houses Under Sea”, kolekcji, która po raz pierwszy została zaprezentowana czytelnikom (w takiej formie) w roku 2018 – ilustrowane wydanie Centipede Press ze wstępem jednego z czołowych badaczy literatury Lovecrafta S.T. Joshiego i posłowiem Michaela Cisco.

 

Caitlín R. Kiernan „Agents of Dreamland”

Otwarcie powieściowego cyklu Tinfoil Dossier z 2017 roku. Agent specjalny znany jako Signalman przybywa do Winslow w stanie Arizona i jeszcze tego samego dnia spotyka się w barze z kobietą, z którą wymienia się informacjami na temat zagadkowego wydarzenia, do którego doszło parę dni wcześniej. Na ranczu w nadmorskim zakątku Stanów Zjednoczonych, należącym do nawiedzonego guru, który wabił słabe owieczki obietnicami iście transcendentnych przeżyć. Tworzył armię gotową pójść za nim w ogień. Gotową oddać życie za swojego duchowego przewodnika. Śledztwo w tej sprawie prowadzi Signalmana do zdumiewającego osiągnięcia Laboratorium Fizyki Stosowanej im. Johna Hopkinsa. Wszystko wskazuje na to, że nawiązali kontakt z pozaziemską istotą.

sobota, 30 lipca 2022

Mikołaj Janicki „Złe oko”

 

Przed dwunastoma laty we wsi Olsza doszło do brutalnej zbrodni: wydłubano oczy, a następnie poderżnięto gardło jednej z mieszkanek tej miejscowości. Sąd uznał, że winnym tego czynu jest jej mąż, który zeznał, że w czasie zabójstwa twardo spał obok niej. Sprawą zajmował się miejscowy młody policjant, który nigdy do końca nie uwierzył w sprawstwo męża. Jakiś czas po zamknięciu śledztwa odszedł z policji, przeprowadził się do miasta i został prywatnym detektywem. Do powrotu w rodzinne strony skłania go dawny kolega z pracy, Andrzej Zawadzki, który prosi go o pomoc w bardzo podobnej sprawie. Istnieje możliwość, że sprawcą jest ta sama osoba, która uderzyła dwanaście lat wcześniej, co by oznaczało, że skazano niewinnego człowieka. Okoliczności są równie zagadkowe jak poprzednio. Na tyle zagadkowe, by prywatny detektyw z miasta rozważał ingerencję sił nadprzyrodzonych.

Mikołaj Janicki to urodzony w Poznaniu student prawa na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza i licencjonowany trener piłkarski, który na scenie literackiej zadebiutował w roku 2020, powieścią z gatunku thrillera/kryminału pt. „Kronika długiej nocy”, wypuszczoną pod szyldem Wydawnictwa Debiutant. Mniej więcej dwa lata później pojawiło się „Złe oko”, hipnotycznie opakowany thriller kryminalny z drobnymi elementami horroru, tym razem z logo Novae Res. Druga powieść miłośnika podróży i piłki nożnej, który poza oddawaniem się swoim pasjom, do których oczywiście zalicza się też pisanie, zdobywa praktyczne doświadczenie w jednej z polskich kancelarii prawnych.

Egzystencjalne rozterki prywatnego detektywa. Cierpienia nie najmłodszego bezimiennego bohatera, którego autor „Złego oka” uczynił również narratorem. Umowna relacja z fikcyjnych wydarzeń we wsi Olsza, gdzie nasz sprawozdawca spędził najszczęśliwsze lata swojego życia. I najbardziej traumatyczne. Idealista, który został cynikiem. Nie porzucił swojej misji, ale przestał karmić się mrzonkami o świecie i ludziach. Zrozumiał, że takich jak on jest co najwyżej garstka. Zaciekle walczących o sprawiedliwość. Przedkładających szczęście innych nad własne. Trudno być optymistą w świecie przeżartym obojętnością. Trudno entuzjastycznie zapatrywać się na przyszłość gatunku, który zadowala się półśrodkami. Czołowa postać „Złego oka” Mikołaja Janickiego posiada zarówno cechy bohaterów, czy jak kto woli nie-bohaterów, kryminałów z kategorii noir, jak i niektórych horrorów nadnaturalnych – zdeklarowany ateista, zaprzysięgły sceptyk, który dla swojego własnego dobra powinien czym prędzej szeroko otworzyć umysł na niewyjaśnione. Jego przewodnikiem po tej materii może być Karol Jaworski, mężczyzna, z którym detektyw z miasta zaprzyjaźni się po powrocie w rodzinne strony. Bynajmniej nie zamierza zapuszczać tutaj korzeni. Zostać w Olszy, z którą wiążą się zarówno dobre, jak i złe wspomnienia. Gdy już rozwiąże zagadkę, która ściągnęła go na tę przeklętą(?) ziemię, planuje niezwłocznie wrócić do swojego niesatysfakcjonującego życia w zdecydowanie większym skupisku ludzkim. W swoim przekonaniu skazany na samotność – samotny wilk pośród ślepych owiec. Sam wydał na siebie ten wyrok. Zrezygnował ze swojego szczęścia, choć wtedy mógł nie być tego w pełni świadom. Gdyby mógł cofnąć czas... Ale nie, prywatny detektyw pana Janickiego, wolałby nie oddawać się takich rozmyślaniom. To do niczego go nie doprowadzi. Jedynie przysporzy dodatkowych cierpień. A tych ma aż nadto. Poza tym musi się skupić na śledztwie w sprawie, która najprawdopodobniej ma ścisły związek ze zbrodnią sprzed dwunastu lat. Naśladowca? Główny bohater „Złego oka” skłania się raczej ku temu, że człowiek, który w przeszłości w bestialski sposób potraktował jedną z mieszkanek Olszy, teraz uderzył ponownie. Wywinął się Temidzie i po długiej przerwie dopisał kolejną osobę do listy swoich ofiar. Niewykluczone, że to początek serii, że do właściciela małej stadniny w Olszy, już wkrótce dołączą kolejni niewinni. Niewinni? Wątek kryminalny w mojej ocenie został poprowadzony dość niechlujnie, ale w sukurs przychodziła nadnaturalna otoczka. Czy raczej sugestie, że w sprawę mogą być zamieszane jakieś siły nieczyste. Skąd tak śmiały wniosek? Po pierwszej, okoliczności zbrodni. Jeśli założyć, że niedawny mord został dokonany przez tę samą osobę, która na krwawej scenie prawdopodobnie zadebiutowała przed dwunastoma laty, to jakim cudem mąż pierwszej ofiary przespał to potworne wydarzenie? Wszystko wskazuje na to, że przebywał w tym samym pomieszczaniu, na tym samym łóżku, na którym jego ukochana została najpierw poważnie okaleczona, a zaraz potem pozbawiona życia. Badania toksykologiczne obaliły teorię o zaaplikowaniu małżeństwu jakiegoś specyfiku. Domniemana druga ofiara tajemniczego zabójcy została potraktowana w identyczny sposób. Ten przypadek jest jednak mniej frapujący, z tego prostego powodu, że zbrodnia dokonywała się bez nieprzytomnej obecności osoby trzeciej. Właściciel stadniny, czy tam zwykłej stajni z paroma końmi, w przeciwieństwie do potencjalnej pierwszej ofiary posłańca śmierci z Olszy, mieszkał sam. Niemniej można się zastanawiać nad tym, dlaczego jego najbliżsi sąsiedzi niczego nie słyszeli. Powinien wrzeszczeć wniebogłosy... Może tak było. Może wołał o pomoc i może nawet to rozpaczliwe wołanie dotarło do uszu jakiegoś bliźniego, który jak to niestety często w podobnych przypadkach bywa, wolał się nie mieszać. Znieczulica społeczna? Taka myśl nawiedziła mnie, ale nie prywatnego detektywa, który nie zechciał mi się przedstawić (z imienia i/lub nazwiska). Niby człowiek twardo stąpający po ziemi, niby niedowiarek, ale nierzadko odnosiłam wrażenie, że nie tyle uparcie odrzuca nadzwyczajne, ile na siłę zamyka się na zwyczajne. Po sceptyku spodziewałabym się raczej, że w nieznane zapuści się w ostateczności, po dokładnym zbadaniu wszystkich przyziemnych opcji. Gdy zawiodą racjonalne argumenty. On widzi to inaczej. On i parę innych osób, które napotyka na swojej drodze. Tej pamiętnej jesieni w Olszy.

(źródło: https://pl-pl.facebook.com/NovaeRes/)
Prawda potrafi być tylko rozczarowująca, szczególnie gdy się wierzy, że ludzie są lepsi, niż w rzeczywistości są, świat jest czymś więcej niż tylko sceną dla ludzkich dramatów, a życie nie jest tylko ujściem dla najniższych instynktów.”

Śledztwo toczące się na kartach „Złego oka” Mikołaja Janickiego opiera się głównie na luźnych domysłach. Mozolne zbieranie i skrupulatna analiza dowodów, to nie w tym świecie. Prawdę mówiąc, czasami nie nadążałam za tokiem myślenia rzekomo sceptycznego detektywa. Jak nie ma punktu zaczepienia to nie tyle go szuka, ile sobie wymyśla. I rzadko błądzi. Jakby jasnowidz. Interesujący jest wątek zielarki, kobiety w podeszłym wieku, mieszkającej w lichej chatce w lesie otaczającym Olszę. Niejeden ma ją za wiedźmę, ale niewykluczone, że to tylko uprzedzenia ludzi, którzy najzwyczajniej nie są w stanie objąć rozumem takich odstępstw od tak zwanej normy. W tym świecie kroczący innymi, niewydeptanymi ścieżkami, czasami budzą lęk, który prostą drogą prowadzi do nienawiści. A zatem zupełnie niegroźna staruszka, do której inni wolą się nie zbliżać? No, chyba że po to, by wybić okno w jej wybitnie skromnym domku. Nie z piernika, ale to jeszcze o niczym nie świadczy. Zielarka z Olszy może być najprawdziwszą czarownicą. Mało tego, może być zamieszana w bestialskie zbrodnie, do jakich doszło w okolicy na przestrzeni co najmniej dwunastu lat. Co najmniej, bo jak można się tego spodziewać, prywatny detektyw w swojej pogoni za prawdą w pewnym sensie, niedosłownie zapuści się dużo dalej. Wydawało mu się, że wie wszystko o miejscowości, w której dorastał, ale tak naprawdę dopiero teraz dostąpi mocno wątpliwego zaszczytu dołączenia do wąskiego grona wtajemniczonych. Spora część „Złego oka” pióra Mikołaja Janickiego jest poświęcona życiowym rozterkom steranego detektywa. Jeszcze nie wypalonego, ale można odnieść wrażenie, że jest na najlepszej drodze ku temu. Przekonany, że przegrał swoją miłość, że wciąż mieszkająca w Olszy Joanna jest poza jego zasięgiem. Może zawsze była. Może gdyby został z nią w Olszy, ich związek i tak wcześniej czy później by się rozpadł. Przez różnicę charakterów albo kolidujące ze sobą oczekiwania od życia. On czuł – i to przynajmniej na razie nie uległo zmianie – że jego powołaniem jest wyłapywanie najczarniejszych charakterów. Mordercy, gwałciciele, pedofile – główny bohater „Złego oka” to zaprzysięgły wróg takich jednostek. Przystąpił do policji, bo święcie wierzył, że to idealne miejsce dla ludzi, którzy pragną uczynić ten świat choć odrobinę bezpieczniejszym. Pudło. To nie ten adres. Postanowił zatem działać na własną rękę, tj. założył jednoosobową agencję detektywistyczną. Jego jedyna miłość nie zechciała mu towarzyszyć, czy raczej nie potrafiła porzucić gleby, z której wyrosła. Swoją przyszłość wiązała wyłącznie z Olszą i wszystko wskazuje na to, że osiągnęła swoje niezbyt wygórowane cele. A jej ukochany został sam. Tragedia miłosna, która o dziwo uatrakcyjniała mi tę średnio zajmującą detektywistyczną przeprawę. Bardziej od wątku Karola Jaworskiego, nowego przyjaciela narratora, który oczywiście jest świadom tego, że owe sympatyczne i wielce pomocne – w każdym razie bardziej od Andrzeja Zawadzkiego, miejscowego policjanta, który poniekąd ściągnął głównego bohatera omawianej powieści na stare śmiecie - indywiduum może się okazać „zabójcą w masce”. W każdym razie detektyw Janickiego jest przygotowany i na taki obrót spraw. Jest jeszcze nowa-stara znajoma nieustępliwego łapsa – wreszcie jakaś większa szansa na udany związek miłosny? - i, nie zapominajmy, enigmatyczna zielarka. A na dokładkę w sumie dwie poruszające sprawy, których ofiarami padły osoby małoletnie - jedna rozwiązana w przeszłości, inna dopiero się wyklaruje. Gdyby tylko było mniej błądzenia w poplątanym umyśle protagonisty (w kółko to samo, ale nie przeczę, że kilka trzeźwych, uczciwych obserwacji świata, w którym na dobrą sprawę wszyscy żyjemy, z tych długich – niemiłosiernie, niepotrzebnie wydłużanych – strumieni myśli detektywa wyłowiłam). Gdyby tylko staranniej, bardziej konsekwentnie pan Janicki poprowadził to śledztwo. Lepiej umocował je w materiale dowodowym i/lub poszlakowym. Z pewnością nie zaszkodziłaby też większa dbałość o klimat – podskórna groza, faktyczne czy tylko odczuwalnie nadnaturalne zagrożenie panoszące się w niewielkiej miejscowości. Gdyby wprowadzono te wszystkie niekosmetyczne poprawki, to teraz pewnie „inaczej byśmy rozmawiali”. O tym „Złym oku”. W mojej ocenie średniej powieści o klątwie, czarnej magii, czy innym diabelstwie lub tylko zwykłym, skromnym zabójcy ze wsi. Potencjalnym seryjnym zabójcy.

Niewykorzystany potencjał. Pomysł był, ale wykonanie mogło być lepsze. W każdym razie na mnie siła, czy raczej słabość narracji Mikołaja Janickiego nie działała tak, jakbym sobie tego życzyła w tym „Złym oku”. Thrillerze kryminalnym ze szczyptą horroru i wielgachną łychą (uważam, z niższej szuflady) opowieści egzystencjalnej. Zagadkowe zabójstwa w maleńkiej miejscowości. Sentymentalna podróż mężczyzny, któremu życie już mocno dało w kość, a tyle jeszcze przed nim... Jak dla mnie przeciętna rozrywka z ożywczym finałem. Ostatnia akcja we wsi Olsza i pożądanie frustrujący epilog. Soczysta kropka nad i. Polecać? Nie polecać? Chyba nie będę się wtrącać. Yhm, tak zrobię.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

czwartek, 28 lipca 2022

„Ktoś mnie obserwuje” (1978)

 

Młoda kobieta, Leigh Michaels, przeprowadza się z Nowego Jorku do apartamentowca Arkham Tower w Los Angeles. Dostaje posadę reżyserki telewizji na żywo w lokalnej stacji i zaprzyjaźnia ze swoją nową współpracownicą, Sophie. Mniej więcej w tym samym czasie Leigh zaczyna otrzymywać przesyłki rzekomo od firmy Excursions Unlimited. W rzeczywistości nadawcą jest tajemniczy prześladowca, który ma doświadczenie w odbieraniu kobietom poczucia bezpieczeństwa. Obserwuje i chce, by obiekty jego niezdrowego zainteresowania były tego w pełni świadome. Policja ma związane ręce, ale Leigh znajduje wsparcie u Sophie i nowo poznanego wykładowcy uniwersyteckiego Paula Winklessa. Razem starają się pokrzyżować szyki nadzwyczaj przebiegłemu osobnikowi.

Thriller, nakręcony na potrzeby stacji NBC, który w Stanach Zjednoczonych przez przeszło dwie dekady był nazywany „zaginionym filmem Carpentera”, Johna Carpentera. W 1976 roku człowiek, który później obdaruje fanów horrorów między innymi takimi perełkami, jak „Halloween” (1978), „Mgła” (1980), „Coś” (1982), oparta na powieści Stephena Kinga „Christine” (1983) i „W paszczy szaleństwa” (1994), został zaangażowany przez Warner Bros. do napisania scenariusza luźno inspirowanego prawdziwą historią kobiety z Chicago. Po trzech miesiącach dostarczył pełny skrypt pod roboczym tytułem „High Rise”, a osiem między później zaproponowano mu także reżyserię. Zdjęcia zajęły osiemnaście dni – zakończyły się w kwietniu 1978 roku, a w listopadzie tego samego roku „Ktoś mnie obserwuje” (oryg. „Someone's Watching Me!”) wszedł na mały ekran. Na planie Carpenter poznał swoją przyszłą żonę Adrienne Barbeau, która potem zagra w jego „Mgle” i „Ucieczce z Nowego Jorku” (1981). Reżyser i scenarzysta owego skromnego przedsięwzięcia dobrze wspominał tę współpracę z Warner Bros. Television. Jego pierwsze doświadczenie z telewizją. Miał pełną swobodę działania i udało mu się utrwalić na taśmie wszystko, co sobie wymyślił. Część z tego (techniki kręcenia) wykorzystał w pracy nad, jak się okazało, otwarciem kultowej slasherowej serii z nieśmiertelnym Michaelem Myersem, które wypłynęło nieco wcześniej: w październiku 1978. „Ktoś mnie obserwuje” wprowadził Johna Carpentera do Gildii Reżyserów i przyniósł mu nominację do Edgar Award 1979 w kategorii „najlepszy film telewizyjny lub miniserial”.

Okno na podwórze” Alfreda Hitchcocka następna odsłona. W każdym razie „Ktoś mnie obserwuje” Johna Carpentera opiera się między innymi na motywie, który jest kojarzony głównie z tamtym osiągnięciem mistrz suspensu. Podobna koncepcja – co nie znaczy identyczna – i podobne metody budowania napięcia. Zagrożenie ujawnia się już w prologu, przy czym ta wiedza przez jakiś czas będzie niedostępna dla pozytywnych uczestników perwersyjnej gry „opatentowanej” przez obcego z mieszkania naprzeciwko. Dwa sąsiadujące ze sobą wieżowce w Los Angeles, oferujące mieszkania o podwyższonym standardzie. Główna bohaterka, niespełna trzydziestoletnia Leigh Michaels, w którą w bardzo dobrym stylu wcieliła się Lauren Hutton, to jedna z tych rzadkich postaci, którą da się polubić od pierwszego wejrzenia. Nieśmiałość zdecydowanie nie jest jej zmorą. Wesoła, bezpośrednia, także w kontaktach z nieznajomymi, kobieta sukcesu. W swojej poprzednie pracy, w Nowym Jorku, zgromadziła kapitał, który umożliwił jej wynajęcie apartamentu w marzeniu niejednego ciułacza z Los Angeles. Arkham Tower: jeden z dumnych, bardzo wysokich bliźniaków (tuż obok niego stoi podobny, jeśli nie identyczny, wieżowiec, w którym jak wiemy przyczaił się ten, który obserwuje), w domyśle postawionych w renomowanej dzielnicy Miasta Aniołów. Leigh nie potrzebuje czasu do namysłu – przybyła, zobaczyła i wzięła. Tak samo było z posadą, którą już wcześniej sobie upatrzyła. Właściwie miała umówione dwa spotkania z potencjalnymi pracodawcami, ale już pierwsza próba skończyła się sukcesem. Zatrudniona w pierwszej telewizji, do której skierowała swoje kroki. Reżyserka programów emitowanych na żywo, która przy okazji zyskała nową przyjaciółkę. Sophie (przekonujący występ Adrienne Barbeau) nie przywykła do takiej otwartości heteroseksualnych kobiet. Zwierza się swojej świeżo zatrudnionej współpracownicy, że jej orientacja seksualna przeważnie działa odstraszająco na panie, które pociąga płeć przeciwna. Można więc powiedzieć, że Leigh wyprzedziła swoją epokę. Dopytywana przez Sophie o tę zaskakującą dla niej postawę, zwraca jej uwagę na to, że mężczyzn przecież też nie unika, a z tej strony również może przywiać jakiegoś niechcianego zalotnika. Nie żeby Leigh wpadła w oko Sophie. Nie, nie jest w jej typie. A przynajmniej tak twierdzi. Jakkolwiek rozwinie się ta „żeńska spółka”, uwaga widza zapewne będzie skupiona na bezwstydnym podglądaczu. Żeby tylko! Jeszcze zanim Leigh zdąży się urządzić w swoim nowym mieszkaniu, otrzyma list od nieznanej jej firmy Excursions Unlimited. Z jego treści wynika, że Leigh ma szansę na całkowicie darmową wycieczkę do jakiegoś innego kraju. Jakiego? Jeśli zgadnie, będzie mogła się pakować. Tymczasem dostanie parę wskazówek – prezenty, które niby mają naprowadzić ją na państwo, które dla niej wybrano w ramach akcji marketingowej. Leigh podchodzi do tego raczej sceptycznie. Nie skacze z radości, niecierpliwie wyczekując wskazówek. Kiedy przychodzi pierwsze pudło od Excursions Unlimited (oczywiście odbiorca filmu od początku wie, że stoi za tym jeden obleśny gość), nie rozpakowuje go od razu. Dopiero po odebraniu telefonu od, jak wkrótce sobie uświadomi, swojego prześladowcy. Na tym polega ta chora gra. Oprawca nie chce być całkowicie niewidzialny. Najwyraźniej największą przyjemność czerpie z zastraszania wybranych kobiet. Osaczone owieczki, którym nikt nie wierzy.

Uderzające są zmiany, jakie stopniowo zachodzą w głównej bohaterce „Ktoś mnie obserwuje” Johna Carpentera w wyniku haniebnej działalności tajemniczego drapieżnika. Prawdziwa dusza towarzystwa gaśnie w oczach. „Bujna roślina” (bogate wnętrze) zaczyna więdnąć i wszystko wskazuje na to, że tego procesu nie zatrzymają ci, którzy mają chronić i służyć. Instytucjonalna walka ze stalkingiem w Stanach Zjednoczonych jeszcze się nie rozkręciła (ośmielę się stwierdzić, że w Polsce ten proceder nadal jest bagatelizowany). Na domiar złego, prześladowca Leigh sprytnie to rozgrywa. Groźby wysyłane do Leigh są na tyle zawoalowane, by oficjalnym kanałem nie dało się tego poprowadzić. Nie ma podstaw do wszczęcia śledztwa. Bo przecież nie można karać człowieka za wręczanie komuś prezentów czy mylenie się podczas kręcenia tarczą telefoniczną. A podpisywanie się fikcyjnym nazwiskiem i stanowiskiem? Pod szyldem nieistniejącej firmy? Cóż, powiedzmy, że nie zdziwiła mnie bierność policjantów w obliczu takich fałszywek. Jeśli Leigh Michaels dożyje naszych czasów, to zobaczy zdumiewający wręcz rozkwit tego wstrętnego zjawiska. Najpierw jednak musi odzyskać dawną siłę. Znaleźć wyjście ze skorupy, w którą zagonił ją człowiek z teleskopem i magnetofonem. Ten, który patrzy. Ten, który słucha. Ten, który skrzętnie notuje wszelkie informacje związane z jego nielegalną(?) działalnością. My wiemy, a przynajmniej domyślamy się, że nieuchwytny prześladowca przynajmniej raz przekroczył ostateczną granicę. Nie mamy też powodów wątpić w to, że w przypadku Leigh Michaels też zdążył już zapuścić się na nielegalne wody. Włamanie, przejęcie kontroli nad oświetleniem w jej mieszkaniu (pytanie, czy tylko tym?) i przede wszystkim zainstalowanie podsłuchu. Nie wiem, jak to wówczas wyglądało w przypadku podglądania sąsiadów przez teleskopy, lornetki i inne ustrojstwa, ale pozostałe „igraszki” złego pana na pewno byłyby podstawą do wszczęcia oficjalnego dochodzenia. Gdyby tylko zostały wcześniej odkryte. Dowody, którymi dysponują śledczy nie wystarczą. Trzeba czekać, aż agresor zrobi coś więcej. Aha! A zatem czekamy, aż mnie zgwałci albo zabije? - niedosłowny cytat z Leigh. Nic tylko siąść i płakać, i w na dobrą sprawę protagonistka „Ktoś mnie obserwuje” Johna Carpentera, właśnie to robi. Ta sytuacja, co zrozumiałe, absolutnie ją przygniata. Przykro się na to patrzyło. Jak jeden człowiek może sobie spokojnie, przez nikogo nie niepokojony, łyk za łykiem spijać energię z bliźniego. Z osoby, która niczym mu nie zawiniła. Pech chciał, że wprowadziła się do apartamentowca już od jakiegoś czasu będącego pod obserwacją niebezpiecznego osobnika. Pech chciał, że przyuważył ją, gdy stała na swoim (ejże, tylko wynajętym!) nowym balkonie i, jak to zresztą miała w zwyczaju, prowadziła rozmowę z samą sobą (gadanie do siebie, myślenie na głos - jak zwał, tak zwał). Nawinęła się gdy akurat szukał kolejnego obiektu mrocznej obsesji. Następnej kobiety, z którą mógłby się trochę „pobawić”. Zanim ją zabije? Takie podejrzenie zakiełkowało we mnie już w prologu „Ktoś mnie obserwuje” i nie musiałam długo czekać na to, aż podejrzenie zmieni się w pewność. Jest taki moment z radiem Leigh... Modus operandi sprawcy, nawet dla współczesnego wyjadacza dreszczowców (takiego, który, tak jak ja, pierwszy kontakt z tym wczesnym filmem Carpentera zaliczy dopiero po doświadczeniach choćby ze „Świadkiem mimo woli” Briana De Palmy, „Niepokojem” D.J. Caruso, „Kobietą w oknie” Joego Wrighta, ekranizacją powieści A.J. Finna, a właściwie Daniela Mallory'ego, pod tym samym tytułem i „Watcher” Chloe Okuno), może się okazać dość oryginalne. Zastraszanie poprzez raczej nietanie prezenty. Z jednego nasza bohaterka często będzie korzystać, ale nie dostrzegłam tutaj niebezpieczeństwa, które później zaakcentuje na przykład Phillip Noyce w swoim „Sliverze”, opartym na powieści Iry Levina albo wspomniana już Chloe Okuno. Mówiąc wprost: nie obawiałam się, że czołowa postać „Ktoś mnie obserwuje” koniec końców przejmie niektóre złe nawyki od swojego prześladowcy. To już prędzej Sophie:) Tak czy owak, wbrew planom podglądacza, Leigh nie jest osamotniona na tym placu boju. Z odsieczą spieszą jej nowa przyjaciółka i mężczyzna, którego poderwała w barze (niezła kreacja Davida Birneya). Tak, to ona go poderwała – naprawdę, nie mogłam opędzić się od myśli, że Carpenter, tworząc tę postać, częściej rozglądał się w przyszłości niż w teraźniejszości. No dobrze, może nie od razu prorok, bo w Stanach Zjednoczonych już wtedy takie „niepokorne pannice” można było wyłowić z tłumu mniej śmiałych, ktoś inny może rzec mniej bezczelnych, kobiet. Podchodzi raźnym krokiem do nieznajomego i serwuje mu jeden z ulubionych tekstów panów, którzy nie są zbyt biegli w tak zwanej sztuce podrywania. Niewątpliwie kobieta wyzwolona z tej naszej Leigh. Ale już niedługo może stać się jedną z tych biednych pań, które na skutek traumatycznych wydarzeń, dożywają swoich dni w samotności. Nigdy nie wyzbywają się strachu przed ludźmi. Zawsze czujne, zawsze i wszędzie spodziewające się ataku ze strony innego przedstawiciela swojego gatunku. To najbardziej ujęło mnie w tej produkcji – silnie zarysowane oddziaływanie uporczywego prześladowcy na psychikę ofiary. Co nie znaczy, że nie zobaczymy bardziej bezpośrednich działań tego, który przyczepił się do Leigh. Trzymających w napięciu podchodów. Na przykład: słusznie zalękniona, ale niesparaliżowana strachem, „myszka” z nożem w ręku, szukająca „przebrzydłego kocura” w mrocznych zakątkach Arkham Tower. Akcja z kratką w podłodze, według mnie, genialna w swojej prostocie – jak łatwo można podsycić ogień tak naprawdę palący się od samego początku tego sprawnie poprowadzonego thrillera, który moim zdaniem prawie w ogóle się nie zestarzał. Taka to solidna robota.

Ktoś mnie obserwuje” w reżyserii i na podstawie scenariusza Johna Carpentera, to w moim uznaniu kolejny dowód na to, że nie potrzeba wymyślnych dodatków, ani nawet jakichś mocniejszych fabularnych akcentów, dosadniejszych treści, żeby stworzyć obraz jak najbardziej zdatny do spożycia nawet wiele dekad później. Angażująca opowieść w przepięknie ponurym klimacie, która jednakże, jeśli już na dłużej zakotwiczy się w mojej pamięci, to najpewniej tylko dzięki charakternej postaci z pierwszego planu. Kameralny wojerystyczny dreszczowiec z całkiem silnie zarysowaną płaszczyzną psychologiczną, w którym zaklęty jest aromat samego Alfreda Hitchcocka. Przypadek? Tak czy inaczej, cieszy mnie żeśmy się zeszli. Ja i to wczesne dziełko człowieka, którego zasług dla kina grozy przecenić niepodobna.