Stronki na blogu

sobota, 10 lutego 2018

„Krew na szponach szatana” (1971)

Początek XVIII wieku, Anglia. Podczas orania pola Ralph Gower odkrywa czaszkę, na której dostrzega pozostałości futra. O swoim znalezisku informuje lokalnego sędziego, który pomimo wątpliwości Gowera jest przekonany, że mężczyzna znalazł szczątki jakiegoś zwierzęcia. Zgadza się jednak obejrzeć makabryczne odkrycie, ale okazuje się, że na polu już go nie ma. W zbliżonym czasie panicz Peter Edmonton przywozi do swojego rodzinnego domu swoją narzeczoną Rosalind Barton, którą przedstawia swojej ciotce i sędziemu. Młoda kobieta w nocy traci zmysły, a niedługo potem grupa nastoletnich mieszkańców wioski zakłada kult Szatana, któremu przewodzi Angel Blake, dziewczyna, która przyjęła nową ideologię po znalezieniu tajemniczego szpona.

„Krew na szponach szatana” to brytyjski horror Piersa Haggarda, którego szacowany budżet wyniósł osiemdziesiąt dwa tysiące funtów szterlingów. Sam reżyser w jednym z wywiadów nadał mu miano folk horroru, ale ta nazwa rozpowszechniła się dopiero po powstaniu dokumentu „A History of Horror with Mark Gatiss”. Podgatunek ten, jak sama nazwa wskazuje, charakteryzuje się koncentracją na kulturze ludowej. Praktyki okultystyczne, wiara w demony i zabobony także wpisują się w tradycję tego nurtu. Jego czołowi reprezentanci to „Pogromca czarownic” Michaela Reevesa oraz „Kult” Robina Hardy'ego. I właśnie z tego pierwszego na żądanie producentów scenarzysta co nieco zapożyczył. Robert Wynne-Simmons był głównym scenarzystą „Krwi na szponach szatana”. W pierwszej wersji rozpisał trzy luźno powiązane ze sobą historie, ale później zdecydowano o nakręceniu jednej dłuższej. Piers Haggard pomagał Wynne'owi-Simmonsowi, który to przyznał, że inspirację częściowo czerpał z historii tzw. Rodziny Mansona i ze zbrodni nieletniej Mary Bell z Newcastle upon Tyne, do których doszło w latach 60-tych XX wieku.

„Krew na szponach szatana” nie odniósł komercyjnego sukcesu. Swoich fanów oczywiście znalazł, ale tłumów przed ekrany nie przyciągnął, chociaż starano się podpiąć go pod dosyć popularnego w tamtym okresie „Pogromcę czarownic”. Innej przyczyny takiego stanu rzeczy niż słaba kampania reklamowa i niezakrojona na wystarczającą skalę dystrybucja nie znajduję. W samym tym przedsięwzięciu nie dostrzegam bowiem jakichś większych uchybień. Właściwie to jeden z lepszych horrorów satanistycznych, jaki miałam okazję obejrzeć, choć rzecz jasna do ścisłej czołówki jeszcze trochę mu brakuje. „Dziecko Rosemary”, „Egzorcysta”, czy „Omen” to to nie jest, ale myślę, że poziom, jaki ten obraz osiąga i tak pozytywnie zaskoczy niejednego wyjadacza horrorów. Na samym szczycie listy zasłużonych pochwał ląduje klimat, w jakim utrzymano „Krew na szponach szatana”. Zapadła prowincja, XVIII-wieczna angielska osada otoczona gęstymi lasami gdzieniegdzie poprzetykanymi polami uprawnymi należącymi do rodziny Edmontonów. Zdjęcia są lekko przyblakłe, a w tle często rozbrzmiewają piszczące dźwięki, tworzące mocno nastrojową kompozycję, którą zawdzięczamy Marcowi Wilkinsonowi. Dosłownie jeden rzut oka na tę scenerię wystarczy, żeby nabrać przekonania, że gdzieś tam czai się jakieś potężne zło, które być może pragnie wziąć we władanie tutejszą społeczność. Ale nie można wykluczyć też innej możliwości – wziąć pod rozwagę zbiorowego szaleństwa, które swój początek znajduje w osobie Angel Blake, nastoletniej dziewczynie gromadzącej wokół siebie gorliwych wyznawców Szatana. Na początku filmu scenarzyści dają nam jasno do zrozumienia, że w tej historii zderzą się dwa światopoglądy, że wiara w byty nadprzyrodzone zetrze się z twardym racjonalizmem uosabianym przez lokalnego sędziego, w którego w bardzo dobrym stylu wcielił się Patrick Wymark. Czy tym razem to klasyczny sceptyk będzie miał rację, czy może, jak to najczęściej w horrorach bywa, stanie się ostatnim z uświadomionych? Właściwej odpowiedzi na to pytanie widz powinien udzielić sobie dosyć szybko, scenarzyści wszak nie wykazują większych starań w kierunku utrzymywania nas w ciągłe niepewności, co do natury zagrożenia. A szkoda, bo tej konkretnej opowieści niepewność bardzo by się przysłużyła, fabuła intrygowałaby jeszcze silniej, gdybyśmy aż do ostatniej partii musieli się zastanawiać, co przydarzyło się Angel Blake i jej trzódce. Linda Hayden w tej znakomitej roli wypadła w miarę dobrze – niemalże hipnotyczne spojrzenie i złowieszcza postawa przyciągały wzrok, ale jej głos miejscami był nieco egzaltowany, przez co jej postać traciła trochę (tylko odrobinę) na wiarygodności. Co ciekawe choć w wiosce jest wielebny, który stara się zaszczepić w młodzieży miłość do Boga podczas regularnych lekcji religii, nie weźmie on udziału w wojnie duchowej, nie stanie na czele małej armii Boga, starającej się wytępić czarownice i czarowników hasających po okolicznych lasach. Tak, Robert Wynne-Simmons i Piers Haggard w „Krwi na szponach szatana” mówią o polowaniu na czarownice, o inkwizycyjnych praktykach stanowiących jedną z najczarniejszych kart w historii chrześcijaństwa. A konkretniej o jednej z takich praktyk, czyli o niesławnej próbie wody, polegającej na tym, że wrzuca się podejrzaną/podejrzanego o czary do jakiegoś zbiornika wodnego. Jak ofierze uda się ujść z życiem to znaczy, że pomógł jej Diabeł, a więc jest czarownicą/czarownikiem i należy ją zgładzić, a gdyby przypadkiem się utopiła to nie zostaje nic innego, jak uznać, że wiedźmą/magiem ofiara inkwizytorów nie była (zainteresowanych tą ciemnotą, bo inaczej nazwać tego nie umiem, odsyłam także do lektury„Młot na czarownice”/„Malleus Maleficarum”).

Jak na brytyjski XX-wieczny obraz „Krew na szponach szatana” jest całkiem odważny, ale już w porównaniu do choćby włoskich horrorów powstałych w zbliżonym okresie omawiana produkcja nie wydaje się być nadzwyczaj śmiała. Najwięcej kontrowersji, na początku lat 70-tych, wzbudziła sekwencja z odcinaniem z uda dziewczyny owłosionego kawałka ciała, która to ponoć została zainspirowana faktycznym wydarzeniem z życia Roberta Wynne'a-Simmonsa. Mówi się, że w dzieciństwie został on poddany medycznemu zabiegowi na kuchennym stole. I w sumie nie dziwię się tak skrajnym reakcjom co poniektórych ówczesnych widzów na ten konkretny ustęp, bo liczne zbliżenia na powolne odkrajanie skóry we mnie również wywołały pewien niesmak (lekki, ale zawsze), a cóż dopiero mówić o publice, która miała jeszcze przed sobą prawdziwą ekspansję gore. Jest jeszcze jeden umiarkowanie krwawy moment, który zwraca uwagę, a mianowicie odcinanie sobie dłoni, ale nie wywiera on takiego efektu, jak późniejsza wyżej wspomniana dawka ohydztwa. Niemałą odwagą wykazano się także podczas kuszenia wielebnego przez roznegliżowaną Angel – widok nagiej kobiety od przodu, w całej okazałości, zaskoczył mnie niezmiernie. I bynajmniej nie dlatego, że nigdy wcześniej w żadnym filmie tego nie widziałam (bez przesady) tylko z powodu pruderyjności Anglików, tak częstego w ich horrorach zauważalnego uciekania od nagości. A Piers Haggard i jego ekipa na tym nie poprzestali. Zaserwowali nam jeszcze jedną, dużo śmielszą scenę o silnym zabarwieniu seksualnym, podczas której nie widzimy już intymnych szczegółów kobiecego ciała, ale już sam charakter tego motywu i nagromadzenie emocji są wyrazem jeszcze większej odwagi twórców. Choć muszę zaznaczyć, że widziałam już na ekranie nieporównanie bardziej wstrząsające sekwencje tego rodzaju, przy czym te najbardziej pamiętne nakręcono po „Krwi na szponach szatana”. Ofiarą tego ostatniego bestialskiego aktu jest młodziutka dziewczyna, która niedawno przeżyła osobistą tragedię. Na jej matkę, na kobietę o wielce sympatycznej twarzy, przygniecioną niewyobrażalnym smutkiem, chwilami trudno mi było patrzeć. Naprawdę wzruszył mnie jej ciężki los, zgotowany przez grupę wyznawców Szatana. W większości młodocianych, przez co nie mogłam oprzeć się skojarzeniom z „Dziećmi kukurydzy” (ciekawe, czy Stephen King pisząc to opowiadanie miał w pamięci niniejsze przedsięwzięcie Piersa Haggarda), ale myślałam też o późniejszych „Czarownicach z Salem”, doskonałym dramacie Nicholasa Hytnera. Myśl o tym drugim po raz pierwszy zaświtała mi w głowie podczas zmanipulowania przez Angel lokalnego sędziego (nie tego, w którego wcielał się Patrick Wymark) i skojarzenie to właśnie wtedy objawiło się z największą siłą. Później straciło na wyrazistości, dużo klarowniejsza była myśl o „Dzieciach kukurydzy”, a jak zobaczyłam rudowłosego chłopca jako jednego z oprawców to aż musiałam się uśmiechnąć. W każdym razie fabuła wciągnęła mnie niezmiernie, a atmosfera wprost zachwyciła, tyle że tę satysfakcję nieco przytłumiła końcówka. Doprawdy kretyńskie rozwiązanie akcji, pozostawiające widzów z niedowierzającym pytaniem: UWAGA SPOILER naprawdę coś tak słabego ponosi odpowiedzialność za cały ten terror? Tak wiem, że Książę Ciemności dopiero miał nabrać pełni sił, ale to wcale nie zmienia faktu, że cała ta, nazwijmy ją, konfrontacja z sędzią jawi się zwyczajnie groteskowo. Moim zdaniem lepiej by było w ogóle Szatana, tego włochatego pokurcza, nie pokazywać KONIEC SPOILERA.

Nie pozostaje mi nic innego, jak polecić „Krew na szponach szatana” każdemu wielbicielowi horrorów satanistycznych i oczywiście folk horrorów, bo takim mianem, za samym reżyserem, najczęściej określa się ten obraz. Ale nie tylko im. Myślę, że niniejsze przedsięwzięcie Piersa Haggarda ma dużą szansę sprostać oczekiwaniom fanów horrorów nastrojowych w ogóle, nie tylko tych mówiących o kulcie Szatana, a nawet miłośników troszkę odważniejszych obrazów. Troszkę, bo krew nie leje się tutaj zbyt obficie, ale odżegnywania się od wszelkiej dosłowności na pewno temu obrazowi zarzucić nie można. Po prostu dobre kino, o którym niestety zbyt mało się mówi.

środa, 7 lutego 2018

„Paradoks Cloverfield” (2018)

Przewiduje się, że w ciągu pięciu lat wyczerpią się światowe zasoby energii na Ziemi. Grupa astronautów ma podjąć próbę zażegnania kryzysu. Ich zadanie polega na uruchomieniu akceleratora cząstek znajdującego się na stacji kosmicznej Cloverfield, który powinien zapewnić całej planecie niewyczerpane zasoby energii. Wśród załogi znajduje się Ava Hamilton, kobieta która niechętnie zdecydowała się zostawić swojego męża Michaela na Ziemi, aby wziąć udział w próbie ratowania ludzkości. Po kilkuset miesiącach pobytu na stacji kosmicznej astronautom udaje się na chwilę wytworzyć stabilną wiązkę. Ale zaraz potem dochodzi do przeciążenia, po którym załoga znajduje nieznajomą kobietę w ścianie Cloverfield. Dowiadują się od niej, że jest członkiem załogi Cloverfield i dobrze ich zna, gdy tymczasem oni nigdy wcześniej jej nie widzieli. Wkrótce na stacji zaczyna dochodzić do jeszcze bardziej zagadkowych wydarzeń. Astronauci świadkują irracjonalnym zjawiskom, a ich życie jest mocno zagrożone. Na domiar złego wydaje się, że Ziemia zniknęła.

W 2012 roku poinformowano opinię publiczną o pracach nad „God Particle” filmem science fiction w reżyserii Juliusa Onaha na podstawie scenariusza Orena Uziela, producentem którego będzie J.J. Abrams. Na realizację planowano przeznaczyć od pięciu do dziesięciu milionów dolarów. „God Particle” miał być oddzielnym obrazem, niepowiązanym z żadnym znanym tytułem, ale po powstaniu „Cloverfield Lane 10” ogłoszono, że planowana produkcja Onaha będzie połączona z filmami spod znaku „Cloverfield” („Projekt: Monster” i „Cloverfield Lane 10”) i zmieniono tytuł na „Cloverfield Movie”. Na początku stycznia 2018 roku platforma Netflix zakupiła prawa do wyświetlenia filmu i w trakcie Super Bowl zaskoczyła opinię publiczną premierą zwiastuna „The Cloverfield Paradox”, bo ostatecznie taki tytuł nadano produkcji Juliusa Onaha i informacją, że ukaże się on na Netflixie zaraz po zakończeniu meczu.

Szacunki budżetowe są różne. Mówi się, że „Paradoks Cloverfield” kosztował około czterdziestu pięciu milionów dolarów, ale istnieją też źródła, które obstają przy dwudziestu sześciu milionach dolarów. Ile by to nie było, oglądając „Paradoks Cloverfield” nie ma się wrażenia obcowania z obrazem droższym niźli co najwyżej połowa tej drugiej szacowanej sumy, zastanawiam się więc co pochłonęło tak duże pieniądze. Scenariusz napisał Oren Uziel, który w jednym z wywiadów przyznał, że gdy już postanowiono włączyć ten obraz w serię? antologię? „Cloverfield”, już w trakcie produkcji poddano go pewnym przeróbkom, w czym on sam brał udział. Uziel zaznaczył jednak, że nie ma tutaj wątków, które bezpośrednio nawiązują do dwóch wcześniejszych obrazów spod znaku „Cloverfield”. Według niego jest to bardziej filmowa antologia niźli seria, coś na kształt „Strefy mroku”. W tym sensie, że fabuły wszystkich tych produkcji nie są ze sobą powiązane, każdy z nich opowiada inną historię, ale oglądając każdy z nich nie ma się żadnych wątpliwości, że ma się do czynienia ze światem „Cloverfield”. Ot, taka specyfika. I w sumie w pewnym stopniu muszę się z Uzielem zgodzić. Nie do końca, bo jednak mam ogromne wątpliwości, czy sama wiązałabym ze sobą te trzy filmy, gdyby nie firmowano ich nazwą „Cloverfield”. Czy skojarzyłbym ze sobą te światy, dopatrzyła się jakichś podobieństw. Naprawdę, szczerze w to wątpię, niemniej łatwiej mi patrzeć na to jak na antologię niż serię. Ale do rzeczy. „Paradoks Cloverfield” to horror science fiction, który kazał mi pomyśleć o innym reprezentancie tego gatunku UWAGA SPOILER „Ukrytym wymiarze” Paula Andersona KONIEC SPOILERA, chociaż podobieństwa nie są jakoś szczególnie duże. Rzecz dzieje się na stacji kosmicznej Cloverfield, której załoga zderza się ze zjawiskiem przypominającym to widziane w wyżej wymienionym tytule. Po przeciążeniu akceleratora cząstek, którego starają się uruchomić, aby uchronić Ziemię przed kryzysem energetycznym, uświadamiają sobie, że ich planeta zniknęła. Tak po prostu. Jeszcze przed chwilą ją widzieli, a teraz zwyczajnie jej nie ma. Astronauci biorą pod uwagę to, że stacja mogła się przemieścić, ale nie wykluczają bardziej przerażającej możliwości zniknięcia ich planety. W tym miejscu już robi się ciekawie, ale jeszcze bardziej zagadkowe jest odnalezienie kobiety w ścianie Cloverfield. Przez ciało kobiety przechodzącą przewody, co wygląda tak, jakby wkomponowano ją w tę konstrukcję. I jest to wyraz niemałej kreatywności twórców. Co równie ważne rany prezentują się bardzo realistycznie, uwidacznia się tutaj profesjonalizm osób odpowiedzialnych za efekty specjalne, który jednakowoż nie rozciąga się na cały film. Największe rozczarowanie przyniosło mi wymiotowanie glistami, bo wyobraziłam sobie, jak obrzydliwie by się to prezentowało, gdyby ograniczono się do praktycznych efektów, bez wspomagania komputerowego, które to odarło tę jakże pomysłową sekwencję z realizmu. A co za tym idzie nie odczułam nawet lekkiego zniesmaczenia, pomimo ewidentnie ohydnej koncepcji scenarzysty. Innych przejawów większej kreatywności twórców w okaleczaniu i eliminowaniu astronautów nie zauważyłam, ale z niejakim zadowoleniem przyjęłam udział rąsi, chodzącej i zdolnej komunikować się z załogą ręki odciętej jednemu z bohaterów filmu. Ten element dożywotnio będzie mi się kojarzył z „Rodziną Addamsów” (choć tam mieliśmy samą dłoń), ale dobrze było popatrzeć na niedługie bezsprzecznie dowcipne przejścia z tą ożywiona kończyną.

Wydarzenia rozgrywające się na stacji kosmicznej Cloverfield przeplatają się z dużo krótszymi losami Michaela Hamiltona, męża Avy, kobiety, która dołączyła do załogi starającej się uruchomić akcelerator cząstek. Te wstawki wydają się zupełnie niepotrzebne, wręcz szkodzące „Paradoksowi Cloverfield”. UWAGA SPOILER A bo przedwcześnie rozwiewają tajemnicę – mówią widzom, że Ziemia wcale nie zniknęła. Osoby zaznajomione z wcześniejszymi filmami spod znaku „Cloverfield” mogą przyjmować fragmenty poświęcone Michaelowi z tym większą irytacją. Bo istnieje ryzyko, że przedwcześnie wyciągną z nich właściwe wnioski. Domyślą się, do jakiego punktu to wszystko zmierza, jak zostanie sfinalizowana ta historia. Moim zdaniem Michaela powinno się pokazać pod koniec, wtedy gdy już siedzi w bunkrze i dociera do niego informacja, że jego żona wraca na Ziemię. Takie podejście moim zdaniem o wiele lepiej by się sprawdziło KONIEC SPOILERA. Choć akcja osadzona na Cloverfield jakichś większych zgrzytów mi nie przyniosła, choć samą fabułę wchłaniało się dosyć łatwo, to bardzo brakowało mi istotnego ogniwa w postaci klaustrofobicznego klimatu. „Paradoks Cloverfield” nie jest wyjałowiony z mroku, twórcy operują ciemnymi barwami, ale i tak przydałoby się większe zagęszczenie ciemności przynajmniej w niektórych scenach. Lekkie przybrudzenie zdjęć też pewnie przysłużyłoby się temu obrazowi, ale najbardziej przydatne byłyby zręczne operatorskie triki wywołujące w widzach złudne wrażenie przebywania bohaterów w dużo ciaśniejszych pomieszczeniach niż miało to miejsce w rzeczywistości. Gdyby widz śledzący ich przejścia co chwilę miał poczucie niedostrzegalnego przemieszczenia się ścian Cloverfield do wewnątrz, bo takie zabiegi w kinie grozy czasami sprawiają, że widz autentycznie czuje jak jego krtań się zaciska, jakby coś go lekko przyduszało. A od horroru, którego lwia część akcji rozgrywa się na tak mocno ograniczonej przestrzeni, jaką daje stacja kosmiczna można chyba oczekiwać tego rodzaju emocji. A tymczasem „Paradoks Cloverfield” nie dość, że mi takowych nie dostarczył to wręcz nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że operatorzy starają się uzyskać wprost odwrotny efekt: że zamiast tworzyć ułudę pomniejszania miejsca akcji tak lawirują kamerami, że przestrzeń wydaje się być większa niż jest w istocie. Nie jestem tylko przekonana, czy ta obserwacja jest zgodna ze stanem faktycznym, to mogło być wszak całkowicie subiektywne odczucie. Całkiem możliwe, że gros odbiorców „Paradoksu Cloverfield” spojrzy na te zdjęcia zupełnie innym okiem, że ich odczucia nie pokryją się z moimi trudnymi do wyjaśnienia wrażeniami. Może po prostu przywykłam do innych sposób wprowadzania klaustrofobicznej atmosfery, do innego rodzaju zabiegów operatorskich, tak bardzo, że trochę inne podejście w jedynie moich oczach daje skutek odwrotny do zamierzonego.

„Cloverfield Lane 10” ten oto obraz moim zdaniem nie przebił. Ba! Nawet się do niego zbytnio nie zbliżył, ale daleka jestem od posądzania jego twórców o kompletną fuszerkę. „Paradoks Cloverfield” Juliusa Onaha oglądało mi się całkiem znośnie. W zachwyt nie wpadłam, ogromnych emocji również mi nie dostarczył, ale jako taka niewymagająca myślenia, lżejsza rozrywka omawiany horror science fiction jako tako w moim przypadku się sprawdził. Taki średniaczek na jeden raz – ani zły, ani dobry. Nie wypada mi więc usilnie go odradzać osobom niemającym nic przeciwko horrorom science fiction, ale też nie czuję się w obowiązku gorąco go polecać.

wtorek, 6 lutego 2018

Isabel Ashdown „Manipulantka”

Emily od szesnastu lat nie widziała swojej młodszej o niespełna rok siostry Jessiki. Kiedy w końcu się spotykają Emily zaprasza ją do domu na wyspie, w którym mieszka wraz ze swoim partnerem Jamesem, roczną córeczką Daisy i piętnastoletnią pasierbicą Chloe. Jess z własnej inicjatywy przejmuje część obowiązków siostry. Zajmuje się domem i najmłodszą lokatorką pod nieobecność jej rodziców, za co Emily jest jej bardzo wdzięczna. Jess z kolei nie posiada się ze szczęścia. Nareszcie toczy normalne życie u boku ludzi, na których jej zależy i odzyskała zaufanie siostry, za którą tak bardzo tęskniła przez te wszystkie lata rozłąki. Sielanka nie trwa jednak długo. W sylwestrową noc znajdująca się pod opieką Jess mała Daisy znika, a kobieta nie pamięta jak do tego doszło. Policja zakłada porwanie, uważnie przygląda się jednak rodzinie dziewczynki, bo w tym niezwykle trudnym dla nich okresie na jaw wychodzi wiele sekretów, a przynajmniej niektóre z nich mogą mieć związek ze zniknięciem Daisy.

Brytyjka Isabel Ashdown swoją pisarską karierę rozpoczęła w 2009 roku powieścią zatytułowaną „Glasshopper”, która przyniosła jej zwycięstwo w konkursie zorganizowanym przez „Mail on Sunday”. Dotychczas ukazały się jeszcze cztery jej książki, a na kwiecień 2018 roku zaplanowano premierę jej następnej powieści, „Beautiful Liars”. „Manipulantka” to pierwszy opublikowany w Polsce utwór Isabel Ashdown, thriller psychologiczny, który swoją światową premierę miał w 2017 roku. I zebrał mnóstwo pozytywnych recenzji, także od innych pisarzy i pisarek, zachwyconych między innymi zaskakującą konstrukcją opowieści, żywymi postaciami i doskonałym warsztatem autorki.

Isabel Ashdown na zaledwie trzystu stronach wykreśliła świat, w którym bezdenna rozpacz idzie w parze z poczuciem winy, w którym aż roi się od kłamstw i półprawd, i w którym ciężko znaleźć kogoś, komu można w pełni zaufać. Swoją opowieść Isabel Ashdown podaje z kilku perspektyw, najczęściej przeplatając rozdziały poświęcone Jess i Emily, siostrom, które przez szesnaście lat nie utrzymywały ze sobą kontaktu. Fragmenty skupiające się na Jessice napisano w pierwszej osobie, a w przypadku tej drugiej obrano trzecioosobową narrację, przy czym autorka udowadnia, że doskonale odnajduje się w obu perspektywach. I stosunkowo szybko utwierdza czytelnika w przekonaniu, że każda z tych kobiet albo tylko jedna z nich coś przed nim ukrywa. Najpewniej coś tak strasznego, że nie ma odwagi przyznać się do tego nawet przed samą sobą. Spojrzeć prawdzie prosto w twarz, skonfrontować się z nią i przyjąć w pełni zasłużoną karę. „Manipulantkę” zapoczątkowuje mocne uderzenie, nokaut można by rzec, po którym Ashdown czym prędzej przechodzi do właściwej akcji. Niezwłocznie, bo nie każe czytelnikowi najpierw przebrnąć przez początki pobytu Jess na wyspie, w domu jej starszej siostry i jej rodziny, nie przeprowadza go przez proces aklimatyzacji tej bohaterki w nowym miejscu tylko bezlitośnie wrzuca go w sam środek piekła. Zapoznaje nas z wydarzeniami mającymi miejsce tuż po zniknięciu rocznej Daisy, która według policji mogła zostać porwana. My jednak wiemy więcej od organów ścigania. Informacje, które Ashdown przekazała już w prologu każą nam sądzić, że malutką Daisy spotkał dużo gorszy los i że tylko kwestią czasu jest, aż ta wstrząsająca prawda ujrzy światło dzienne. Czy Jess naprawdę nie pamięta, co się stało podczas feralnej nocy sylwestrowej, czy kłamie w nadziei, że to odsunie od niej wszelkie podejrzenia? A Emily i James? Dlaczego oni przedstawili policji fałszywą wersję wydarzeń? Czyżby oboje albo jedno z nich brało udział w zaniknięciu ich własnej córki? Żeby jeszcze na tym kończyły się pytania, na które musimy znaleźć odpowiedzi. Żeby to było takie proste... Podczas tej długiej gehenny rodziny, zakrojonych na szeroką skalę poszukiwań zaginionego dziecka, Isabel Ashdown równolegle będzie zapoznawać odbiorców z fragmentami wcześniejszych wydarzeń, cofając się nawet do okresu dziecięcego i nastoletniego pierwszoplanowych bohaterek książki. Bo to właśnie tam ma swoje korzenie jedna z największych tajemnic, mogąca mieć jakiś związek z zaginięciem Daisy. Gdy Jess miała siedemnaście lat coś się stało. Coś, co poróżniło ją z rodziną, popchnęło do wyjazdu z miasta i rozpoczęcia wieloletniej tułaczki po świecie, podczas której nieustannie towarzyszyły jej wyrzuty sumienia. Ale po szesnastu latach dostała szansę na odkupienie swoich win, na naprawienie relacji ze starszą siostrą. Wreszcie doczekała się wybaczenia. Ta nieśmiała, zamknięta w sobie osóbka nareszcie wraca pod opiekuńcze skrzydła charyzmatycznej, przebojowej i zaradnej siostry, dając jej również coś od siebie. Jess ochoczo zajmuje się jej domem i córką w czasie nieobecności Emily i jej partnera Jamesa, a po zniknięciu Daisy stara się być podporą dla pogrążonych w rozpaczy domowników. Isabel Ashdown na kartach „Manipulantki” przedstawia kilka okresów z życia Jess i Emily, splatając je ze sobą w taki sposób, że ciągle ma się wrażenie, obcowania ze złożoną intrygą, jądrem której wcale nie musi być, jak to się na początku wydawało, zniknięcie małej dziewczynki. Ten koszmar mógł narodzić się dużo wcześniej. Wniosek, że los, jaki spotkał niewinne dzieciątko jest następstwem jakiegoś grzechu z przeszłości nasuwa się praktycznie samoistnie. Ale pewności co do tego mieć nie można. Ashdown każe nam dosłownie wszystko podawać w wątpliwość, wszędzie doszukiwać się przekłamań i przemilczeń. Kiedy już wydaje się nam, że wiemy komu bezpiecznie możemy zaufać, kto z tego grona nie ukrywa przed światem poważnych przewin autorka raptownie, bez żadnego uprzedzenia, „jednym machnięciem pióra” burzy ten ogląd. A już wkrótce, to nie do wiary, odbudowuje w nas zalążki sympatii do wcześniej tak zszarganej jednostki.

Daisy – ich śliczna ukochana, córeczka – mogłaby się nigdy nie urodzić. Czy tak nie byłoby lepiej? Gdyby nigdy jej nie pokochali, nie trzymali na rękach, nie poznaliby tego potwornego bólu, który jest jak niegojąca się rana po amputacji kończyny na żywca.”

Zaklinam każdego, kto zdecyduje się sięgnąć po „Manipulantkę” Isabel Ashdown: pod żadnym pozorem nie zaglądajcie na wstępne strony części drugiej. Podobnie jak chociażby Ira Levin, brytyjska pisarka największy zwrot akcji serwuje na długo przed finałem i czyni to w tak pomysłowy sposób, tak mocno zakłóca w czytelnikach poczucie rzeczywistości, tak doszczętnie niszczy jedno z jego dotychczasowych wyobrażeń, że autentycznie można na chwilę zastygnąć w bezruchu. Wiem, bo jak tylko zapoznałam się z pierwszymi zdaniami części drugiej przez jakieś kilkanaście sekund mogłam tylko wytrzeszczać niewidzące oczy. Przez ten moment nie byłam w stanie czytać dalej, a kiedy szok już minął wpadłam w czysty zachwyt nad tym doprawdy mistrzowskim dokonaniem Ashdown. Zaznaczyłam, że to największy zwrot akcji, ale to wcale nie oznacza, że autorka w końcówce powieści nie próbuje przebić tej niespodzianki. Stawia wówczas na akcent, obok którego nie sposób przejść obojętnie. Ten motyw pewnie niejednemu czytelnikowi wprost przeszyje serce: przyniesie mu obezwładniający smutek i ożywi w nim czystą nienawiść do jednej z postaci, być może nawet sprawi, że zapragnie jej krwi, ale te emocje prawdopodobnie będą mu towarzyszyć już od dłuższego czasu. Bo nie sądzę, żeby wielu odbiorców zaskoczył taki obrót wydarzeń. Ashdown nie przykładała się zanadto do zaciemniania tej rewelacji, nie udało jej się wyprowadzić mnie w pole, uniemożliwić przedwczesne dojście do tej jednej prawdy, a że nie należę do najbardziej domyślnych czytelników to mam prawo przypuszczać, że dla wielu odbiorców „Manipulantki” ten moment nie będzie żadną niespodzianką. To jedyny minus jaki rzucił mi się w oczy podczas zapoznawania się z tą pozycją. Więcej nie znalazłam, a naprawdę starałam się wyłapać inne mniej czy bardziej poważne niedociągnięcia. Podejrzewałam, że prędzej czy później uwidocznią się one w portretach czołowych postaci, że Isabel Ashdown wkrótce przestanie zaspokajać moje apetyty na dogłębne rysy psychologiczne, bo ramy tej opowieści zmuszały ją do wielu niedopowiedzeń w tej materii. Sylwetki nie mogły obfitować w szczegóły, bo to odarłoby tę powieść z tej niezwykle frapującej tajemniczości. Ale z drugiej strony autorka ryzykowała stworzeniem papierowych jednostek, takich, o których wiemy tak mało, że zsynchronizowanie się choćby z jednym z nich byłoby praktycznie niemożliwe. Jakby tego było mało wrzuciła sobie pod nogi jeszcze jedną kłodę w postaci generowania w odbiorcach nieufności do członków rodziny Daisy pozostających na malowniczej wyspie. Tak tylko, że ona co jakiś czas lekko ją rozpraszała, uwypuklała też ich zalety i dziergała nić sympatii do nich, którą notabene wkrótce i tak zrywała. Bo przedstawiała dość informacji na ich temat, wnikała w ich umysły na głębokość odpowiednią do podtrzymywania we mnie poczucia towarzyszenia ludziom z krwi i kości, a nie zwykłym wydmuszkom, w problemy, których nawet nie chce się zagłębiać. A przy tym – ha, ha – cały czas utrzymywała mnie w przeświadczeniu, że znam tylko otoczkę, nie wiem tego, co najważniejsze, że wiele istotnych faktów z ich egzystencji skrzętnie się przede mną ukrywa. Znałam tych ludzi i zarazem ich nie znałam – paradoks, wiem, ale z takim właśnie pisarskim talentem miałam tutaj do czynienia. Z tak doskonałym stylem, z tak dojrzałym językiem, dzięki któremu ani razu nie musiałam się wysilać, żeby odmalować przed swoimi oczami szczegółowe obrazy projektowane przez autorkę i z takim nagromadzeniem napięcia, że na przerwę w czytaniu zdecydowałam się dopiero wówczas, gdy oczy zaczęły mi łzawić. Takie to było dobre!

Zakochałam się w „Manipulantce” Isabel Ashdown. Tak, naprawdę. Kocham tę powieść i kropka. Nie pamiętam kiedy ostatnio musiałam z porównywalną zaciekłością walczyć z pragnieniem zajrzenia na ostatnie stronice książki na długo przed dotarciem do nich jedyną słuszną drogą, a w tym przypadku taka żądza ogarniała mnie kilkukrotnie. Za każdym razem udawało mi się ją w sobie zdusić, ale musiałam włożyć w to niemało energii. I mam nadzieję, że każdy, kto zdecyduje się sięgnąć po ten znakomity thriller psychologiczny, do czego gorąco zachęcam, także zdoła oprzeć się pokusie, że nie posłucha tego szatańskiego podszeptu i da się poprowadzić jakże uzdolnionej brytyjskiej pisarce.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

niedziela, 4 lutego 2018

„Inside” (2016)

Ciężarna Sarah Clark i jej mąż mają wypadek samochodowy. Mężczyźnie nie udaje się przeżyć, a kobieta ma uszkodzony zmysł słuchu. Musi korzystać z aparatu słuchowego, ale jest to jedno z jej mniejszych zmartwień. Rozpacz po stracie ukochanego i obawa przed samotnym rodzicielstwem towarzyszą Sarah praktycznie nieustannie, ale w okresie Świąt Bożego Narodzenia te uczucia zastąpi paraliżujący strach przed nieznajomą kobietą, która wedrze się do domu Sarah z zamiarem przechwycenia jej nienarodzonej jeszcze córeczki. Gospodyni będzie musiała stanąć do nierównej walki z wielce zdeterminowanym intruzem, który jest gotowy zrobić wszystko, aby zdobyć to, czego pragnie.

„Najście”, jeden z ważniejszych reprezentantów francuskiego ekstremizmu, film z 2007 roku, wyreżyserowany przez Alexandre Bustillo i Juliena Maury'go, nie musiał długo czekać na swój remake. Już w 2016 roku na Stiges Film Festival odbył się premierowy pokaz hiszpańsko-bytyjsko-amerykańsko-francuskiego „Inside”, obrazu w reżyserii Miguela Angela Vivasa, twórcy między innymi „Napaści” i „Czasu wymierania”, którego scenariusz powstał w oparciu o wyżej wymienione dzieło Bustillo i Maury'ego. Jego autorem jest Jaume Balagueró, twórca/współtwórca między innymi pierwszej, drugiej i czwartej części „[Rec]”, „Bezimiennych”, „Ciemności”, „Delikatnej” i „Słodkich snów”, który współpracował przy tym projekcie z Manu Diazem i Alexandre Bustillo.

Skoro powstał już remake „Martyrs. Skazanych na strach”, innego reprezentanta francuskiego ekstremizmu, który powstał stosunkowo niedawno to dlaczego nie wziąć na warsztat „Najścia”? A potem może pomyślimy nad „Bladym strachem” i „Frontiere(s)”. Bo kto bogatemu zabroni? Nie wiem, czy takie myśli przebiegały przez głowy twórców tego tu „Inside”, ale wcale bym się nie zdziwiła, gdyby już wkrótce na wielkich ekranach zawitały nowe wersje pozostałych XXI-wiecznych francuskich krwawych horrorów, które wciąż cieszą się niemałą popularnością. „Inside” w przeciwieństwie do „Najścia” horrorem nie jest, a bo remake został wykastrowany z torture porn. Brutalna historia o ciężarnej kobiecie terroryzowanej przez nieznajomą zamieniła w wydelikaconą potyczkę dwóch przedstawicielek płci żeńskiej, która zlewa się z wieloma innymi współczesnymi thrillerami z nurtu home invasion. Standard goni standard, a spragniony mocnych wrażeń fan „Najścia” może jedynie pomarzyć o zaspokojeniu swoich oczekiwań. Nie ma porodu przez usta, nie ma strumieni krwi bryzgających po ścianach, zbliżeń na paskudne rany znaczące ciała bohaterów obojga płci, a kiedy już, już nabieramy pewności, że zobaczymy chociaż dłoń przybitą do ściany to twórcy „Inside” pokazują nam figę z makiem – ot, taki psikus. Szkoda tylko, że tak denerwujący... Ujęć dziecka w brzuchu matki też nie ma. Ale nie tylko rezygnacja z odstręczających efektów specjalnych, bo na tę odrobinkę substancji imitującej posokę, która przelewa się w „Inside” chyba nikt nie zareaguje z choćby lekkim niesmakiem, stanowi istotną zmianę w stosunku do „Najścia”. Zmodyfikowano nieco główną bohaterkę, Sarah Clark, w którą w przyzwoitym stylu wcieliła się Rachel Nichols (jej przeciwniczkę grała, też w miarę zadowalająco, Laura Harring). Poświęcono więcej uwagi na zobrazowanie jej rozpaczy po stracie męża i dręczących ją obaw przed samotnym rodzicielstwem. Przybliżono widzom jej wizerunek, wręcz leciutko go ocieplono, wykazano więcej starań w kierunku zawiązywania silnej więzi na linii Sarah-widz, co akurat wyszło tej opowieści na plus, ale w żadnych wypadku nie należy wyciągać z tego wniosku, że czołowa pozytywna postać oryginału nie zaskarbiła sobie mojej sympatii. Bo aż takich problemów z tamtejszą sylwetką nie miałam. Niemniej większe skupienie na Sarah ewidentnie się przydało, tak samo jak obarczenie jej problemami ze słuchem, koniecznością noszenia aparatu słuchowego będącą skutkiem wypadku samochodowego, w którym z kolei jej mąż stracił życie. Ten pomysł dodaje trochę dramatyzmu ciężkim przejściom Sarah w jej własnym domu w okresie Świąt Bożego Narodzenia. Bo bez sprawnego aparatu słuchowego szanse gospodyni drastycznie spadają, jej oprawczyni zyskuje nad nią jeszcze większą przewagę, a przecież pozycja napastniczki i bez tego jest nieporównanie dogodniejsza. Drobniejsze zmiany, jak na przykład zamiana kota Sarah na psa, czy rezygnacja z udziału drobnego przestępcy zmuszonego do wzięcia udziału w akcji policyjnej, też się pojawiają, ale w porównaniu do kłopotów głównej bohaterki ze słuchem wydają się być niemalże nieistotne. Niemalże, bo pamiętamy przecież elektryzujący atak okaleczonego opryszka na ciężarną kobietę i jego starcie z nieznajomą agresorką, którego to w „Inside” niestety nie zobaczymy. Ujrzymy za to różnego rodzaju próby podejmowane przez Sarah w kierunku wydostania się z pułapki, którą stał się jej własny dom, mało widowiskowe, żeby nie rzec nudnawe sekwencje, na które reagowałabym w zgoła innym sposób, gdyby Miguelowi Angelowi Vivasowi udało się tchnąć w to tyle samo napięcia, ile dostałam od pierwowzoru. Kolorystyka zła nie jest. Dominują ciemne barwy, widać w tym pewien ciężar, uwidacznia się leciutkie przybrudzenie, które potęguje zaszczucie wprowadzone przez tekst, ale znowu: w starciu z oryginałem klimat przegrywa na wszystkich frontach. Tam wszystkie emocje generowane samą atmosferą były kilkukrotnie silniejsze.

Wiecie co najbardziej podobało mi się w „Indside”? Co dostarczało mi najwięcej frajdy? Multum nieprzemyślanych zachowań głównej bohaterki. Przede wszystkim parokrotne pozostawianie przy życiu ogłuszonej napastniczki, prawie że postanowienie o nieodbieraniu jej życia, chociaż te decyzje mogły zaowocować śmiercią jej i jej nienarodzonej jeszcze córeczki. Przyklejania się do drewnianych (powtarzam: drewnianych) drzwi, za którymi tkwi nieproszony gość mający dostęp do różnych ostrych narzędzi też nie zabrakło, ale jeszcze lepsza jest próba wydostania się z łazienki podjęta przez Sarah, sforsowania drzwi, które wówczas stanowią jedyną ochronę przed agresywną kobietą. A bo Sarah wychodziła z założenia, że zdoła wydostać się z pomieszczenia przed powrotem jej prześladowczyni. Chociaż musiała wiedzieć, że dotarcie do niej z sąsiedniego domu zajmie prześladowczyni co najwyżej minutę. Te zachowania można oczywiście zrzucić na karb stresu, przytępiającej zmysły, dławiącej paniki i poddawaniu się w pełni zrozumiałemu w takiej sytuacji instynktowi nakazującemu jak najszybszą ucieczkę z domu, ale ta świadomość wcale nie umniejszała mojego zdumienia nad tak długim utrzymywaniem się ofiary przy życiu. Popełniała błąd za błędem, ale ciągle żyła, a jej córeczka ciągle tkwiła w jej ciele, choć agresorka robiła wszystko, co w jej mocy, żeby ją stamtąd wydobyć. I choć często się napominałam, tłumaczyłam sobie, że w takim położeniu trudno o trzeźwość umysłu, ciężko zdobyć się na w pełni logiczne posunięcia to po prostu musiałam parokrotnie pokręcić z niedowierzaniem głową i na głos rzucić pod adresem Sarah kilka rad w stylu: „rusz wreszcie głową”, „zacznij myśleć”, „dobij ją w końcu”. Co oznacza, że dzięki temu w jakimś tam małym stopniu zaangażowałam się w akcję. A z kolei najgorsze w tym jakże tradycyjnym, mało emocjonalnym thrillerze z nurtu home invasion i zarazem marną podróbą doskonałego „Najścia”, było zakończenie. Jak to zobaczyłam to aż krzyknęłam: „Serio?”. Nie mogłam wprost uwierzyć w to, co widzą moje oczy. Do teraz nie mogę wyjść ze zdumienia nad tak dokumentnym zepsuciem finału i cały czas trwam w przekonaniu, że inna zmiana jaką wprowadzono w tę historię tuż przed jej domknięciem także była niepotrzebna (co za banał). Tyle że ona nie doprowadziła mnie jeszcze do szewskiej pasji - to nastąpiło niedługo potem, z chwilą zobaczenia, na swoje nieszczęście, bezwstydnego zniszczenia tego, co w „Najściu” wprost wbijało w fotel. A mianowicie finału. Ale biorąc pod uwagę ugrzecznioną formę wszystkiego co pojawiło się przedtem powinnam się tego spodziewać. Powinnam już dużo wcześniej się na to przygotować – UWAGA SPOILER naiwnie jednak czepiałam się nadziei, że twórcy „Inside” pokażą mi przynajmniej pozbawioną makabry, ale tragiczną opcję tj. przechwycenia noworodka przez kobiecy czarny charakter. A nie heroiczne ratowanie życia Sarah i jej nienarodzonej córeczki przez niedawną oprawczynię zakończą porodem w okrytym basenie KONIEC SPOILERA.

Miłośnikom „Najścia” szczerze odradzam seans jego remake'u w reżyserii Miguela Angela Vivasa. A przynajmniej tym, którzy nastawiają się na dzieło jakościowo choćby lekko zbliżone do pierwowzoru. Na mocne torture porn, trudne do zniesienia napięcie i fabularną bezkompromisowość. Na brak cackania się z widzem, traktowania go jak istoty tak kruchej, że najlepiej dla niego będzie jeśli oszczędzi mu się paskudnych obrazków, jeśli na jego oczach nie będzie przekraczało się granic dobrego smaku, nurzało się w pewnym tabu, a nawet przygniatało go poczuciem beznadziei i przekonaniem o nieuchronności wielkiej tragedii. Takiej, której na pewno szybko się nie zapomni. Ale jak ktoś ma ochotę na thriller home invasion w wydaniu lajt to może bez większych obaw po „Inside” sięgnąć. Bo moim zdaniem w tym nurcie nie brakuje dużo gorszych pozycji. Jak na standardy tego typu kina, w oderwaniu od „Najścia”, omawiany obraz nie wypada najgorzej. Co nie znaczy, że nie mogło być lepiej.

piątek, 2 lutego 2018

„Klątwa Downers Grove” (2015)

W Downers Grove w stanie Illinois co roku ginie uczeń ostatniej klasy liceum, a większość mieszkańców uważa, że to miejsce jest obłożone klątwą. Niedługo kończąca szkołę średnią Chrissie Swanson nie wierzy w przekleństwo. Nie drży na myśl o ostatnim dniu szkoły, jak jej koleżanki, zamiast tego skupiając się na zacieśnianiu więzi z Bobbym, mechanikiem samochodowym, którego od jakiegoś czasu odwiedza w jego miejscu pracy. Jej matka wyjeżdża na kilka dni z Downers Grove ze swoim nowym partnerem, zostawiając Chrissie i jej młodszego brata Davida samych. Dziewczyna i jej najlepsza przyjaciółka, Tracy, zostają zaproszone na imprezę organizowaną przez paru członków szkolnej drużyny futbolu amerykańskiego z Willow Creek. Jej gwiazda, Chuck, jest zainteresowany Chrissie, ale nie zamierza poświęcać czasu na starania o jej względy. Dziewczyna okalecza go w samoobronie, tym samym odbierając mu szansę na karierę sportową. I sprowadzając na siebie i ludzi, na których jej zależy ogromne niebezpieczeństwo.

W 1999 roku w Stanach Zjednoczonych po raz pierwszy ukazała się powieść „Downers Grove” pióra Michaela Hornburga. Kilkanaście lat później Derick Martini i autor między innymi kontrowersyjnej powieści pt. „American Psycho”, Bret Easton Ellis, napisali scenariusz filmu w oparciu o publikację Hornburga. Reżyserię „Klątwy Downers Grove” wziął na siebie ten pierwszy, a budżet produkcji szacuje się na dwa miliony dolarów. Film kręcono w mieście Pomona w Kalifornii, a zdjęcia główne trwały dwadzieścia pięć dni.

„Klątwa Downers Grove” jest utrzymanym w małomiasteczkowym klimacie teen thrillerem, choć wstępne sekwencje każą przygotować się na horror młodzieżowy opowiadający o klątwie, z którą będą mierzyć się protagoniści. Myśl o „Oszukać przeznaczenie” nasunie się bezwiednie, ale te skojarzeniowe zapędy ostudzi charakter rzeczonej klątwy. Rzeczywistej bądź wyimaginowanej. Otóż, już na początku filmu do naszej wiadomości zostaje podana informacja, że jeśli klątwa istnieje to w każdym roku zbiera bardzo skromne żniwo. Zabiera tylko jedną osobę, świeżo upieczonego absolwenta (bądź absolwentkę) szkoły średniej, a więc nawet przy założeniu, że Downers Grove zostało przeklęte nie możemy liczyć na gromadkę ofiar. To nie brzmi zachęcająco. Wygląda na to, że jeśli już ktoś zginie to będzie to tylko jedna osoba. W takim razie czym wypełniono wszystkie pozostałe minuty filmu? Przede wszystkim obsesją młodego mężczyzny na punkcie nastoletniej dziewczyny. Próbami pomszczenia swojej własnej krzywdy, podszytymi wyraźną sugestią, że dręczyciel darzy głębokim uczuciem swoją główną ofiarę. Rola głównego mściciela przypadła w udziale Kevinowi Zegersowi, który to z całej obsady spisał się zdecydowanie najlepiej. Tylko do niego nie mam żadnych zastrzeżeń. Wymuszona mimika odtwórczyni roli głównej, Belli Heathcote, „cielęce spojrzenie” i swego rodzaju przesłodzona, rozkochana postawa Lucasa Tilla, zauważalnie udawana przebojowość Martina Spanjersa i warsztatowa nijakość Penelope Mitchell stanowiły doprawdy ciężkostrawną mieszankę. Szczęście, że nie przyszło im kreować złożonych, głębokich postaci, bo w takim wypadku efekt prawdopodobnie byłby dużo bardziej groteskowy. Nie wiem, czy w książce było tak samo, bo nie miałam okazji jej przeczytać, więc sformułuję to tak: czy to wzorem autora, czy w wyniku swojej własnej inwencji Bret Easton Ellis i Derick Martini uparcie spychali domniemaną klątwę Downers Grove na daleki plan. Wątkiem przewodnim filmu nie jest tytułowa klątwa tylko toksyczna relacja Chrissie i Chucka, zapoczątkowana tragicznym w skutkach incydentem zaistniałym na imprezie zorganizowanej przez tego drugiego i jego przyjaciół. Trudno potępiać dziewczynę za to, co wówczas mu zrobiła. Można natomiast nielicho się zdumieć tak dużą wytrzymałością chłopaka. Chrissie prawie wyłupiła mu oko, a on zamiast zwijać się z bólu, jak uczyniłby to (chyba) każdy normalny człowiek znajdujący się w takiej sytuacji, staje przed lustrem i obmacuje okaleczone miejsce. No, no... chciałabym mieć tak wysoki próg bólu. Po tym wydarzaniu przychodzi pora na planowanie zemsty. To jest wówczas, gdy Chuck zdobędzie absolutną pewność, że nie ma żadnych szans u Chrissie, bo wydaje się, że starcie, do jakiego między nimi doszło nie odebrało mu całej nadziei na związek z nastolatką. Koleś próbuje ją zgwałcić, ona w samoobronie poważnie go okalecza tym samym zabierając mu wszelkie szanse na wymarzoną karierę sportową, ale w młodym mężczyźnie wciąż tli się nadzieja na wybudowanie na tych zgliszczach udanego związku. Albo więc ma ekstremalnie niski iloraz inteligencji, albo jest tak zaślepiony miłością, że nie potrafi odróżnić rzeczywistości od swoich wyobrażeń. Z czasem jednak bierze się w garść i przysięga zemstę na swojej krzywdzicielce – bo według niego wina leży wyłącznie po jej stronie, z jego punktu widzenia nie doszło do żadnej próby gwałtu, dziewczyna sobie to wymyśliła aby jakoś usprawiedliwić swój wybuch agresji. Chuck angażuje więc paru kolegów z drużyny w swoje przestępcze przedsięwzięcie. Ich celem jest nie tylko nastoletnia Chrissie, ale także ludzie, na których jej zależy. Jej nemezis stara się skrzywdzić ją również poprzez ataki na jej młodszego brata i przyjaciół. Ale poza mocno przygnębiającą sekwencją z psami, pomysły Chucka w tej materii nie budzą większych emocji.

Aż nie chce się wierzyć, że autor tak mocnego dzieła jak „American Psycho”, powieści, wokół której narosło tyle kontrowersji, która zszokowała dużą część światowej opinii publicznej, brał udział w pisaniu tak ugrzecznionego scenariusza. „Klątwa Downers Grove” to wszak kolejny przykład lekkiego, odmóżdżającego thrillerka utrzymanego w realiach młodzieżowych, któremu brakuje konsekwentnego budowania napięcia i stosownie mrocznej atmosfery, ale sposób snucia konwencjonalnej opowieści jest na tyle przystępny, żeby jakoś się to oglądało. Jeśli, rzecz jasna, nie ma się wysokich wymagań względem kina. Bo realizacja „Klątwy Downers Grove” przypomina tę obieraną w zdecydowanej większości współczesnych thrillerów telewizyjnych, w których to nie przywiązuje się dużej uwagi do wydobywania z tego jakichś silnych emocji. Po prostu opowiada się o czymś, co nie grzeszy oryginalnością, bez sięgania po wbijające się w pamięć ozdobniki, ale siląc się na (w zamiarze) nieprzewidywalny zwrot akcji. Na mnie te próby nie wywarły pożądanego skutku i nie mam wątpliwości, że nie będę w tym odosobniona, bo finalny przewrót naprawdę łatwo przedwcześnie rozszyfrować. Nie trzeba do tego dużej przenikliwości – wystarczy wsłuchiwać się w rozmowy bohaterów UWAGA SPOILER a konkretniej w jedną konwersację Chrissie z jej przyjacielem KONIEC SPOILERA i obserwować ich twarze, bo z emocji, które się na nich odmalowują można wiele wyczytać. Interpretować tego wcale nie trzeba – słuchanie i patrzenie sprawią, że wszystkie części układanki z czasem same wskoczą na właściwe miejsce. Najbardziej w „Klątwie Downers Grove” podobały mi się sny głównej bohaterki – tajemnicze, mistyczne wręcz obrazy podszyte niebezpieczeństwem, wskazujące na nieustające zbliżanie się jakiegoś nadnaturalnego zagrożenia. Niepotrzebnie tylko wplatano w to motyw indiański, bo w tym przypadku skręty w stronę tego często wykorzystywanego przez amerykańskich filmowców pierwiastka w moich oczach nie znajdowały satysfakcjonujące uzasadnienia. UWAGA SPOILER Niedopowiedzenie sprawdziłoby się dużo lepiej – uderzenie w takie oczywistości, odzieranie klątwy z całej tajemniczości na rzecz silnie wyeksploatowanego tematu, którego co gorsza nie potrafiono ciekawie przedstawić, dla mnie nie miało żadnego sensu KONIEC SPOILERA. Mały plusik przyznaję też portretowi osób, które winny stać na straży bezpieczeństwa i porządku publicznego. Podejściu do policjantów, bo w dużym stopniu pokrywa się ono z moimi własnymi obserwacjami tej grupy zawodowej. A więc widziałam w tym sporo realizmu, choć pewnie nie każdy odbiorca „Klątwy Downers Grove” będzie się tak na to zapatrywać. Gdzieś tam pewnie są ludzie, którzy mają zgoła inne doświadczenia z tymi siłami mundurowymi. Oni mogą wręcz uznać taką postawę policjantów za całkowicie niewiarygodną, posuniętą do takiego punktu, który nie ma najmniejszych szans zaistnieć w prawdziwym życiu. Mogę ich jednak zapewnić, że trwają w błędzie – że noszą różowe okulary, których powinni jak najszybciej się pozbyć. Bret Easton Ellis i Derick Martini niejako do tego zachęcają, nie jestem tylko w stanie powiedzieć, czy ich podejście do policjantów (albo autora literackiego pierwowzoru) będzie w stanie zmusić sympatyków tej grupy zawodowej do uwierzenia w to, że tacy ludzie istnieją, że ofiary różnego rodzaju prześladowań, ludzie dręczeni przez innych w rzeczywistości też czasem są traktowani w taki sposób jak Chrissie przez osoby, którym podatnicy płacą przecież za to aby zawsze stawały po stronie pokrzywdzonych.

Takie nijakie coś. Właśnie tak muszę podsumować „Klątwę Downers Grove”. Schematyczny, przewidywalny teen thriller, który tytułową klątwę traktuje mocno marginalnie, który skupia się przede wszystkim na prześladowaniu nastolatki i ludzi, którzy są dla niej ważni przez grupę zdemoralizowanych młodych mężczyzn. Przez jednostki, którym wolno więcej i starają się wykorzystać te wyjątkowe uprawnienia do pomszczenia krzywdy jednego z nich. Nic wielce wciągającego, nic, co ma szansę wydobyć multum silnych emocji z przynajmniej większości odbiorców, ale przy odrobinie dobrej woli można bez większego bólu pogapić się w ekran. Jak ma się za dużo wolnego czasu, nie ma się wielkich wymagań względem kina i nie jest się uprzedzonym do teen thrillerów to można po to sięgnąć. Obejrzeć i zapomnieć – bo chyba nie da się dłużej trzymać tego w pamięci. Nawet gdyby się bardzo chciało, a nie sądzę, żeby wielu odbiorców „Klątwy Downers Grove” o tym marzyło.

środa, 31 stycznia 2018

Belinda Bauer „Martwa jesteś piękna”

Recenzja przedpremierowa

W Londynie grasuje seryjny morderca, który dostrzega artystyczne piękno w śmierci innych ludzi. Telewizyjna reporterka kryminalna, Eve Singer, przygotowuje materiał o kobiecie zabitej w biurowcu, nie wiedząc jeszcze, że ma do czynienia z jedną z ofiar seryjnego mordercy. Sprawca zamierza jak najszybciej pozbawić ją życia, ale coś zmusza go do zmiany planów względem Singer. Nawiązuje kontakt z reporterką, dając jej możliwość wyprzedzenia konkurencji na polu zawodowym. Ale też wciągając ją w niebezpieczną grę, która ma jej uświadomić, że są do siebie bardzo podobni. I zapewnić mordercy tak bardzo upragniony przez niego rozgłos. Eve z czasem w pełni uświadamia sobie, że korzyści płynące dla niej z tej nietypowej relacji mogą być mniejsze niż straty, że stała się obiektem obsesji bardzo groźnego osobnika, który w każdej chwili może pozbawić ją życia. Ma jednak mocno ograniczone pole manewru. W tej grze znajduje się na straconej pozycji, ponieważ to nieuchwytny przeciwnik i zarazem partner dyktuje wszystkie warunki. Nie reporterka, która jest głównym obiektem jego zainteresowania.

Brytyjka Belinda Bauer, była scenarzystka i dziennikarka, jako powieściopisarka zadebiutowała w 2009 roku. Za swoją pierwszą książkę, w Polsce wydaną pod tytułem „Szczątki”, Bauer otrzymała Crime Writers' Association Gold Dagger (Złoty Sztylet), nagrodę przyznawaną przez Stowarzyszenie Pisarzy Literatury Kryminalnej za najlepszy powieściowy kryminał roku. „Martwa jesteś piękna” to siódma publikacja Belindy Bauer, ale dopiero druga przetłumaczona na język polski. A jeszcze w tym roku w Wielkiej Brytanii ma się ukazać kolejna powieść Bauer, thriller pod tytułem „Snap”.

Jakże chwytliwy polski tytuł najnowszego utworu utalentowanej Brytyjki nawiązuje do spojrzenia antybohatera. Seryjnego mordercy grasującego w Londynie, który wchodzi w niecodzienną relację z protagonistką, reporterką kryminalną Eve Singer. Belinda Bauer tak jak wielu innych autorów literackich thrillerów i scenarzystów głośnych filmów wpisujących się w rzeczony gatunek, tworzy iście frapującą sylwetkę mężczyzny, który ochoczo zaspokaja swoje mordercze apetyty. Brytyjka podpina się pod silnie wyeksploatowany, acz nadal cieszący się niemałym zainteresowaniem opinii publicznej motyw serial killer w tak porywający sposób, że nawet ja, osoba odczuwająca lekkie zmęczenie tą problematyką, dałam się bezgranicznie wciągnąć w niniejszą opowieść. Jednym z największych walorów „Martwa jesteś piękna” jest dojrzały styl Bauer – szczegółowe portrety psychologiczne Eve Singer i seryjnego mordercy, poruszające wyobraźnię opisy miejsc i wydarzeń oraz doskonała wręcz synchronizacja tych elementów ze wzmożoną akcją. Autorka „Martwa jesteś piękna” wie, kiedy należy przyśpieszyć bieg wydarzeń i wykazuje się godną podziwu świadomością tego, w którym punkcie powinno się na powrót nieco zwolnić, głównie po to, aby nastroić czytelnika do kolejnego zrywu, następnego uderzenia nieuchwytnego seryjnego mordercy mającego istną obsesję na punkcie Eve Singer. Ale nie tylko w tym celu. W pisarstwie Bauer uwidacznia się cecha, którą bardzo cenię tj. przynoszące efekty dążenie do maksymalnego przybliżenia czytelnikowi swoich postaci, ze szczególnym wskazaniem na dwie sylwetki, reprezentujące dwa przeciwstawne bieguny. Ale czy na pewno? Czy dzieląca swój czas na pracę w telewizji informacyjnej i opiekę nad chorym ojcem dwudziestodziewięcioletnia kobieta naprawdę tak bardzo różni się od jej prześladowcy? Przecież tak samo jak dręczący ją seryjny morderca Eve obcuje ze śmiercią. Tak samo jak on łaknie wiernej widowni, ludzi podziwiających jej ociekające krwią reportaże w poczuciu ciągłego niedosytu. Czekających na więcej, pragnących zobaczyć kolejne makabryczne szczegóły bestialskich zbrodni. Grasujący obecnie w Londynie seryjny morderca daje jej jasno zrozumienia, że pomiędzy nimi istnieje duża zależność, że wzajemnie się dopełniają – on tworzy swoją makabryczną sztukę (bo taki ma stosunek do zabijania), a ona ją recenzuje zapewniając tym samym zarówno sobie, jak i jemu tak bardzo potrzebną widownię. Korzyści powinny więc być obopólne i początkowo Eve istotnie dostrzega w tym szansę na zawodowy rozwój. Z czasem jednak rola jaką odgrywa w tym duecie, zadanie jakim obarczył ją seryjny morderca zaczyna mocno jej ciążyć. Zawodowe ambicje całkowicie tracą na znaczeniu w obliczu terroru sianego przez mordercę, w obliczu makabry, którą Eve musi raczyć swoich widzów. Belinda Bauer sporo miejsca poświęca warstwie obyczajowej, która w największym stopniu unaocznia się w relacjach Eve Singer z jej ojcem dotkniętym chorobą Alzheimera. Młoda kobieta po pracy zwykła całą swoją uwagę poświęcać swojemu podopiecznemu. Niemalże całkowicie zrzekła się dla niego swojego życia prywatnego, przez co często czuje się przytłoczona ogromem obowiązków i przede wszystkim koniecznością patrzenia na krzywdę osoby tak bardzo jej bliskiej. Te pełne empatii fragmenty z domu rodzinnego głównej bohaterki biorą czynny udział w budowaniu jej szczegółowego wizerunku. Dzięki nim Bauer udało się tchnąć w tę postać tak wiele życia, że czytając „Martwa jesteś piękna” można zapomnieć, że ma się do czynienia z wymyśloną postacią, z kimś kogo nigdy nie spotkaliśmy i na pewno nie spotkamy. Innymi słowy: miałam wrażenie, jakbym przyglądała się komuś, kogo znam niemal równie dobrze, jak samą siebie. Zetknęłam się z tak wiarygodną i charyzmatyczną osobą, że wydawało się, że wystarczy jedynie wyciągnąć rękę, żeby móc jej dotknąć.

Antybohatera Belinda Bauer nie przybliża z taką samą szczegółowością. Rozdziały skoncentrowane na jego osobie, zaznajamiające odbiorców z jego skróconą biografią i sposobem myślenia są nieporównanie krótsze i jest ich o wiele mniej od tych skupiających się na obiekcie jego obsesji. Ale autorka udowadnia, że wcale nie musi przelewać na papier niezliczonej liczby słów, żeby dać odbiorcy satysfakcjonujący wgląd w jego umysł. W mocno zaburzoną psychikę okrutnej jednostki, która uroiła sobie, że odbieranie życia innym zapewni jej nieśmiertelność. Która dzięki zabijaniu czuje, że żyje i która jest przekonana, że śmierć to prawdziwa sztuka, że tkwi w niej piękno, które zamierza wydobyć na swój własny użytek i łaknącej krwi opinii publicznej. Bauer miała więc ciekawy pomysł na tę postać i chociaż nie uraczyła mnie odstręczającymi i wielce pomysłowymi opisami krwawej działalności seryjnego mordercy, choć te nieliczne mordy, które pojawiają się na kartach niniejszej powieści nie cechują się dużą drastycznością i wbijającą się w pamięć kreatywnością to tchnęła w to mnóstwo emocji. Z taką skrupulatnością podchodziła do budowania napięcia i kreślenia różnego rodzaju reakcji osób zamieszanych w tę sprawę na kolejne zbrodnicze dokonania londyńskiego maniaka, że szybko przestałam przywiązywać wagę do niezbyt wysokiego stopnia krwawej makabry. Chociaż z drugiej strony osoby nieobyte z prozą ekstremalną i kinem gore mogą zgoła inaczej zapatrywać się na tę kwestię – dla nich obraz odciętej dłoni nastolatki, czy zadźganego w kinie mężczyzny może okazać się aż nazbyt krwawy, tych odbiorców może lekko zszokować portret zbrodniczej działalności tajemniczego oprawcy. Najmocniejszą stroną fabuły „Martwa jesteś piękna” w mojej ocenie nie są jednak relacje Eve Singer z chorym ojcem, szczegóły śledztwa tropem seryjnego mordercy, ani nawet wątki koncentrujące się na okrutnej działalności czarnego charakteru. Nie, zdecydowanie najlepsza jest interakcja oprawcy z obiektem jego obsesji, kontakty mordercy z główną bohaterką, ich wzajemne oddziaływanie na siebie, osobliwa koegzystencja, niebezpieczna gra, w którą mocno zaburzony osobnik wciąga ambitną reporterkę. Z tego emanuje największa wrogość, ta relacja najsilniej intensyfikuje napięcie, to z niej najwyraźniej przebija zapowiedź największej tragedii, to ten wątek pełni rolę nadrzędnego zagęszczacza atmosfery zagrożenia. Bez niego „Martwa jesteś piękna” znacznie straciłaby na wartości. Byłaby kolejną opowieścią o dziennikarskim i policyjnym śledztwie tropem osobnika terroryzującego duże miasto, która dzięki doskonałemu warsztatowi autorki pewnie budziłaby jako takie zainteresowanie, ale wątpię, żeby wówczas wywarła na mnie porównywalnie duże wrażenie. A w takim kształcie? No cóż, nie mam żadnych wątpliwości, że jeszcze kiedyś do tej powieści wrócę, pomimo przeświadczenia, że końcówka mogła prezentować się o wiele lepiej, mimo niemałego rozczarowania jakie przyniósł mi finalny akt. A wystarczyło tylko zamknąć tę opowieść rozdziałem pięćdziesiątym piątym – zrezygnować z dopowiadania, pozostawić odbiorcom możliwość snucia własnych wyobrażeń na temat tego, co właśnie nastąpiło.

„Martwa jesteś piękna” to moim zdaniem wprost idealna propozycja dla wszystkich wielbicieli powieściowych thrillerów o seryjnych mordercach. Jedna z jaśniej błyszczących gwiazd na współczesnym firmamencie tego typu literatury, jedna z lepszych XXI-wiecznych opowieści o wielokrotnym zabójcy, z którą miałam przyjemność się zapoznać. I zdecydowanie jeden z najlepiej napisanych thrillerów jaki w życiu czytałam. Porywający warsztat, idealnie skonstruowane postacie i mocno trzymająca w napięciu akcja sprawiają, że od tej książki naprawdę trudno jest się oderwać, a po zakończeniu lektury odczuwa się potężne pragnienie sięgnięcia po inne dzieła Belindy Bauer. Cóż, jak na razie jedno mam do nadrobienia, ale liczę, że polscy wydawcy pochylą się nad całą jej twórczością. I jestem pewna, że wielu z tych, którzy zdecydują się na lekturę „Martwa jesteś piękna” też będzie miało taką nadzieję.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

poniedziałek, 29 stycznia 2018

„Something Evil” (1972)

Marjorie i Paul Wordenowie przeprowadzają się wraz z dwójką swoich dzieci, Steviem i Laurie, z Nowego Jorku na wieś. Zakupiony przez nich dom bardzo niepokoi jego poprzedniego właściciela. Jest on przekonany, że to złe miejsce i jeszcze przed sprzedażą nieruchomości nie kryje przed Paulem swoich uczuć względem niej. Wordenowie wychodzą z założenia, że mają do czynienia z zabobonnym kmiotkiem, ale Marjorie z czasem zaczyna zmieniać zdanie na temat ich nowego miejsca zamieszkania. W nocy słyszy płacz dziecka wydobywający się ze stodoły, a tuż po urządzonym przez Wordenów przyjęciu nieopodal ich domu dochodzi do tragedii. Marjorie zaczyna interesować się okultyzmem i nabiera przekonania, że w jej domu zagnieździł się Szatan. Jej zachowanie coraz bardziej niepokoi Paula. Mężczyzna nie wierzy w teorie przedstawiane przez jego żonę. Źródła problemu upatruje w niej samej, a nie w diabelskiej mocy, o której kobieta tak często mu opowiada.

„Pojedynek na szosie”, „Szczęki”, „Bliskie spotkania trzeciego stopnia”, „Poszukiwacze zaginionej Arki”, „E.T.”, „Jurassic Park, „Zaginiony Świat: Jurassic Park” „A.I. Sztuczna inteligencja”, „Raport mniejszości”, „Wojna światów” - to przykłady filmów Stevena Spielberga, które odniosły ogromny międzynarodowy sukces. Chyba każdy z wyżej wymienionych tytułów pada we wszystkich rozmowach fanów tego artysty poświęconych jego twórczości. Miłośnicy kina grozy w szczególności pamiętają też o jego wkładzie w kultowego „Ducha” Tobe'a Hoopera, ale nawet wśród nich nie znajdziemy wiele osób zaznajomionych z jego „Something Evil”. Telewizyjnym horrorem na podstawie scenariusza Roberta Clouse, wyreżyserowania którego Spielberg podjął się niedługo po zakończeniu pracy nad „Pojedynkiem na szosie”.

„Something Evil” wygląda jak wprawka przed „Duchem”, preludium do projektu, w który Steven Spielberg zaangażuje się dekadę późnej i który odniesie nieporównanie większy sukces. W scenariuszu Roberta Clouse także pojawia się motyw przeprowadzki do nowego domu, który tak samo jak w „Duchu” wydaje się być siedliskiem jakiejś nadnaturalnej siły, przy czym w „Something Evil” uwaga widza stosunkowo szybko zostaje skierowana na postać Diabła, nie poltergeista. Wiarygodnie wykreowani przez Sandy Dennis i Darrena McGavina, Marjorie i Paul Wordenowie, mają już dość mieszkania w Nowym Jorku. Zwłaszcza kobieta pragnie uciec od wielkomiejskiego zgiełku i osiąść na wsi w domu, w którym zakochuje się od pierwszego wejrzenia. Jej mąż nie ma nic przeciwko długim dojazdom do pracy, do agencji reklamowej, która ma swoją siedzibę w Nowym Jorku, bo to niewielka cena za możliwość życia w tak cichej i bezpiecznej okolicy. Dobro rodziny jest dla Paula bardzo ważne, ale nie może przy tym zaniedbywać swojej pracy, ponieważ to jedyne źródło ich utrzymania. Zakup nowego domu poważnie nadszarpnął ich domowy budżet, choć wydaje się, że w dużo mniejszym stopniu niźli będzie to miało miejsce w późniejszym „Horrorze Amityville” Stuarta Rosenberga. Wordenowie nie muszą mocno zaciskać pasa, ale to nie znaczy, że w najbliższym czasie będą mogli sobie pozwalać na zakupowe szaleństwa. Zadanie podreperowania domowego budżetu spoczywa na barkach Paula, jedynego żywiciela rodziny, ale jego żona już wkrótce zacznie mu to mocno utrudniać. Marjorie nabierze bowiem przekonania, że w ich nowym domu zagnieździło się jakieś zło, a z czasem skłoni się ku teorii o Szatanie czyhającym na jej duszę. Jej małżonek będzie więc musiał skracać swój pobyt w biurze i gnać do wiejskiego domu, aby wesprzeć swoją coraz to bardziej przerażoną i zrozpaczoną „drugą połówkę”. Ale nie w walce z nadprzyrodzonym bytem, bo Paul nie wierzy w jego istnienie. Jego zdaniem Marjorie potrzebuje czasu na przystosowanie się do nowego miejsca i niepotrzebnie tak dużo czasu poświęca zgłębianiu tajników okultyzmu, do którego to według Paula podchodzi nazbyt poważanie. Mieszkający milę od Wordenów Harry Lincoln (dobra robota Ralpha Bellamy'ego) ma zgoła inne zdanie na ten temat – mężczyzna długie lata poświęcił badaniom okultystycznym i żywo interesuje się postacią Lucyfera, w istnienie którego wierzy, łatwiej mu więc przyjąć teorie Marjorie. Ale nie jest przy tym całkowicie bezkrytyczny, w jego głowie ciągle kołacze się wszak myśl, że kobieta równie dobrze mogła ulec zwykłej sile sugestii płynącej z książek, które jej pożyczył. „Something Evil” to z gruntu prosty horror o zjawiskach nadprzyrodzonych bądź postępującym szaleństwie głównej bohaterki. Należy jednak zaznaczyć, że Robert Clouse w swoim scenariuszu nie zdołał idealnie zestawić tych dwóch ewentualności, nie sprawił, że widz, aż do ostatnich scen nie jest pewien właściwej natury zagrożenia. To nie „Nawiedzony dom” Roberta Wise'a, choć miejscami wydaje się, że na gruncie interpretacyjnym dążono do osiągnięcia zbliżonego efektu. Clouse podrzuca zarówno tropy wskazujące na nawiedzenie nowego domu Wordenów przez jakąś siłę nieczystą, najprawdopodobniej samego Lucyfera, który mógł wydostać się z któregoś ze słoików wypełnionych zagadkową substancją porozstawianych w piwnicy (to przywiodło mi na myśl późniejszego „Księcia ciemności” Johna Carpentera, choć podobieństwo nie jest jakoś szczególnie wielkie), jak i poszlaki świadczące o chorobie psychicznej głównej bohaterki „Something Evil”. Ale wydaje mi się, że nawet mniej domyślni widzowie bez jakichkolwiek trudności szybko odrzucą mylące tropy i już do końca nie dadzą się zawrócić z właściwej ścieżki, na którą przedwcześnie wkroczą. Nie mogę jednak zarzucić „Something Evil” przewidywalności w absolutnie każdym calu, ponieważ Robert Clouse w końcówce zaserwował mi coś, co wcześniej nawet przez myśl mi nie przeszło. A przecież wskazówek nie brakowało – wystarczyło jedynie właściwie je zinterpretować, czego nie uczyniłam UWAGA SPOILER z powodu całkowitego skupienia na opętaniu Marjorie, tak dużej pewności co do tego, że nawet na ułamek sekundy nie dopuściłam do siebie myśli o istnieniu jakiejś innej możliwości. Na co z pewnością liczyli twórcy omawianej produkcji KONIEC SPOILERA.

Fabuła „Something Evil” z punktu widzenia osoby dobrze zaznajomionej z wszelkiej maści horrorami nastrojowymi nie przedstawia jakiejś większej wartości. Twórcy zmiksowali kilka znanych wielbicielom gatunku tematów bez dużego polotu. W sposób tak mało charakterystyczny, tak dalece ugrzeczniony, że obawiam się, iż „Something Evil” nie będzie w stanie przemówić do większości współczesnych widzów. A przynajmniej nie z taką siłą, żeby rozpamiętywali oni ten obraz jeszcze długo po zakończeniu seansu. Bo w sumie ogląda się to bez większych zgrzytów – znużenie ogarniało mnie tylko chwilami, los Wordenów nie był mi obojętny, dlatego też nie musiałam zmuszać się do dobrnięcia do napisów końcowych. Łaknęłam wiedzy jak to się dla nich skończy, choć oczywiście miałam swoje podejrzenia, które okazały się trafne i niemalże bezboleśnie przyjmowałam wszystkie standardowe wątki wplątywane w akcję. Niemalże, bo coraz bardziej rozpaczliwe próby skierowania mojej uwagi na błędną interpretację, zepchnięcia mnie z właściwej ścieżki, na którą szybko wkroczyłam trochę mnie irytowały, a i typowa dla telewizji mocno ugrzeczniona forma w moich oczach szkodziła tej historii. Bo Steven Spielberg stworzył solidne podwaliny pod mrożące krew w żyłach uderzenia, pod jakieś pamiętne momenty szczytowej grozy, których to w „Something Evil” najzwyczajniej w świecie nie ma. Kilka trzymających w napięciu sekwencji zwiastujących rychły atak nie doczekało się widowiskowych kulminacji, ale już same te sceny świadczą o dużym talencie reżysera, operatorów i oświetleniowców. Moim zdaniem kwintesencja tej nieczęsto spotykanej zdolności intensyfikowania napięcia unaocznia się w samotnej nocnej wędrówce Marjorie w stronę stodoły, z której wydobywa się płacz dziecka, początkowo przypominający miauczenie kota. Iście mroczna oprawa wizualna i cierpliwość, którą wykazują się twórcy podczas wyłuszczania tego fragmentu opowieści Roberta Clouse tj. brak osłabiającego emocje pośpiechu, pędu do punktu kulminacyjnego, dosłownie skradły całą moją uwagę. Siedziałam jak na szpilkach, uważnie wpatrując się w główną bohaterkę filmu, która robi to, co najczęściej zwykli czynić protagoniści horrorów. Uparcie zmierza w stronę potencjalnego zagrożenia chcąc poznać źródło tajemniczych odgłosów. Pozostałe sekwencje mające windować napięcie pozostają w tyle za tą właśnie przeze mnie wyszczególnioną. Ale nie w aż takim stopniu, żeby mówić o realizatorskiej porażce. Czego nie można niestety powiedzieć o finalizacji tychże, o momentach, które powinny stanowić istne apogeum grozy, ale zamiast tego przynoszą jedynie rozczarowanie. A w jednym przypadku grymas skrajnej niechęci, bo inaczej chyba nie da się przyjąć tandetnego czerwonego tła migającego w momencie bezpośrednio poprzedzającym śmierć dwójki bohaterów „Something Evil” (swoją drogą kolor czerwony nierzadko jest tutaj uwypuklany: ubranie Marjorie, kwiaty). Ale nawet te mankamenty nie odebrały mi chęci dalszego towarzyszenia Wordenom w ich trudach i znojach, nawet one nie zabrały mi całej przyjemności płynącej z obcowania z tym obrazem, której to największymi dostarczycielami były wspomniane już napięcie i mroczna oprawa scen nocnych. Muszę jednak dodać, że liczniejsze sekwencje rozgrywające się w pełnym świetle dziennym nie ustępują tym kręconym po zapadnięciu zmroku, bo z wyblakłych, zamglonych zdjęć także bije potężna wrogość, niemały ładunek przyczajonej grozy, którą wzmaga ponadto poczucie izolacji. Pozostawania z dala od innych ludzi, w otoczeniu pozornie bezkresnych błoni i naturalnych wzniesień, w domu, który może być siedzibą największego zła.

„Something Evil” z pewnością nie wyróżnia się w gronie horrorów nastrojowych. Nie stanowi jednego z lepszych dokonań na tym polu i moim zdaniem nawet zagorzali wielbiciele tego rodzaju kina nie powinni traktować go jako pozycji obowiązkowej. Ale jeśli podejdzie się do niego bez większych oczekiwań, z zamiarem obejrzenia niewymagającej myślenia, klimatycznej opowieści o rzeczach, które żadnemu miłośnikowi horrorów nie są obce, które są na trwałe wpisane w tradycję tego gatunku to można zapewnić sobie kilkadziesiąt minut całkiem znośnej rozrywki. Najlepsze z dotychczasowych osiągnięć Stevena Spielberga to to na pewno nie jest, ale daleka jestem od posądzania go o „spłodzenie” zwykłego gniota. Bo aż tak niskiego poziomu w „Something Evil”, na swoje szczęście, nie zaobserwowałam.

sobota, 27 stycznia 2018

Fiona Barton „Dziecko”

Recenzja przedpremierowa

Na placu budowy zostaje odnaleziony szkielet noworodka, który może sobie liczyć nawet kilkadziesiąt lat. W jednej z gazet zostaje opublikowany krótki tekst o tym makabrycznym znalezisku. W ten sposób informacja dociera do Kate Waters, dziennikarki „Daily Post”, która postanawia bliżej przyjrzeć się temu tematowi. Szkieletem noworodka interesują się też dwie nieznane Kate kobiety: Emma Simmonds i Angela Irving. Ta pierwsza od lat zmaga się z demonami przeszłości w tajemnicy przed całym światem. Nikomu, nawet swojemu mężowi, nie opowiedziała o wydarzeniach sprzed lat, które negatywnie odbiły się na jej psychice, ale podejrzewa, że już niedługo jej sekrety ujrzą światło dzienne. Natomiast Angela jest niemal pewna, że na placu budowy znaleziono szkielet jej córeczki, która przed kilkudziesięcioma laty została wykradziona ze szpitala przez niezidentyfikowanego osobnika.

Międzynarodowy sukces „Wdowy”, debiutanckiej powieści byłej dziennikarki Fiony Barton, dał jej pewność, że wybrała właściwy kierunek na polu zawodowym. Pisząc swój drugi utwór, kolejny thriller psychologiczny, odczuwała jednak ogromną presję, zdawała sobie bowiem sprawę, że po lekturze „Wdowy” czytelnicy mają wobec niej duże oczekiwania. Barton wyznała, że chwilami czuła się jakby wyrywała „Dziecko”, swoją drugą powieść, wprost ze swojego ciała, ale nie ukrywała, że pisanie tej książki dostarczało jej też sporo przyjemności. Zainspirował ją artykuł, który znalazła w jednej z gazet jeszcze wówczas, gdy była dziennikarką. Informacja o szkielecie niemowlęcia znalezionym w ogrodowej szopie dotarła do niej w taki sam sposób, jak do Kate Waters, głównej bohaterki „Dziecka”, dobrze znanej odbiorcom jej debiutanckiego dzieła.

Fiona Barton zdradziła, że nie planowała powrotu do Kate Waters, dziennikarki „Daily Post”, którą wymyśliła na potrzeby „Wdowy”. Do postawienia jej w centralnym punkcie fabuły „Dziecka” skłoniły ją pozytywne reakcje odbiorców jej pierwszej powieści na tę postać. W „Dziecku” znalazło się także miejsce dla innego bohatera „Wdowy”, komisarza Boba Sperkesa, dla którego tym razem przewidziała dużo mniejszą rolę. Czyli Barton poprawiła to, nad czym ubolewałam podczas lektury „Wdowy”: zmarginalizowała Sparkesa na użytek Waters, postaci nieporównanie ciekawszej, zdecydowanie bardziej ubarwiającej śledztwo toczące się na kartach omawianej powieści. Choć Fiona Barton wspomina sprawę Belli Elliott, „Dziecko” nie jest bezpośrednią kontynuacją „Wdowy”. Autorka nie rozbudowuje swojej poprzedniej opowieści (bo i nie było już czego rozbudowywać) tylko konfrontuje czytelników z inną kryminalną zagadką, z historią, którą zainteresowała się jedna z bohaterek „Wdowy”. Początek nie wróży dobrze. Zamieszczona w „Evening Standard” notka o szkielecie niemowlęcia znalezionym na placu budowy nie zapowiada skomplikowanego śledztwa. Pełnego zwrotów akcji i trzymającego w napięciu dochodzenia do wstrząsającej prawdy. Wydaje się raczej, że będzie się miało do czynienia ze standardową, maksymalnie uproszczoną historią zdesperowanej matki, która przed laty zdecydowała się pozbyć własnego dziecka. Szybko wychodzi na jaw, że noworodek został zakopany w przydomowym ogrodzie kilkadziesiąt lat wcześniej, w drugiej połowie XX wieku, co każe podejrzewać, że zderzymy się z dawno przebrzmiałą sprawą, która nie wywrze specjalnego wrażenia na współczesnej opinii publicznej. Sama Kate Waters widzi w tym materiał na artykuł obyczajowy, liczy na jakąś ckliwą historyjkę o tragedii, jaka spotkała niewinne dzieciątko, które przyszło na świat kilkadziesiąt lat temu. Gdy udaje jej się połączyć tę sprawę z Angelą Irving, kobietą, której wykradziono córeczkę niedługo po porodzie, dziennikarka zaczyna dostrzegać w tym materiał na wzruszającą opowieść o wieloletnich cierpieniach kobiety, która wreszcie dowie się co spotkało jej dziecko. Ale żeby tak się stało policja musi rozwikłać starą sprawę porwania i najprawdopodobniej zabójstwa noworodka. Kate Waters nie zamierza jednak biernie czekać na wyniki oficjalnego śledztwa – woli wziąć sprawy we własne ręce, postarać się dotrzeć do prawdy przed wszystkimi innymi. Tak jak we „Wdowie” Fiona Barton obiera w „Dziecku” kilka perspektyw – wyłuszcza fabułę z punktu widzenia paru osób, najwięcej miejsca poświęcając jednak Kate Waters, obrotnej dziennikarce „Daily Post”. Której (między innymi) praca stosunkowo szybko kazała mi wyzbyć się moich początkowych wyobrażeń na temat zagadki kryminalnej skonstruowanej przez Fionę Barton na kartach „Dziecka”. Z czasem nabrałam absolutnej pewności, że nie mam, jak wcześniej myślałam, do czynienia z prostą opowieścią o matce, która przed laty zabiła własne dziecko, jego ciało zakopując w przydomowym ogródku, ani nawet ze standardową historią porwania noworodka przez jakiegoś osobnika starającego się zaspokoić swoje chore pragnienia poprzez odebranie życia niewinnej istocie. Ale Barton już wcześniej dawała mi do zrozumienia, do czego jeszcze wówczas nie przywiązywałam większej wagi, że motywacje oprawcy mogą okazać się dużo bardziej złożone, że w tej sprawie kluczową rolę odegrała kobieta, skrywająca przed światem mroczny sekret, który od lat autentycznie wypala ją od środka. Emma Simmonds ewidentnie ma poważne problemy psychiczne i bez wątpienia jest zamieszana w sprawę, którą obecnie zajmuje się Kate Waters. Co do tego nie miałam potem żadnych wątpliwości, ale szczerze powiedziawszy nie doceniłam Fiony Barton. Bo wychodziłam z założenia, że ujawniła tak wiele szczegółów na jej temat, iż automatycznie odarła „Dziecko” z elementu zaskoczenia. Dosłownie wepchnęła mnie na właściwą ścieżkę, z której wystarczyło jedynie nie zbaczać jeśli chciało się cały czas wyprzedzać o krok dziennikarkę „Daily Post”. I dokładnie na takie nastawienie odbiorcy liczyła autorka omawianej powieści.

W „Dziecku” tak samo jak we „Wdowie” uwidacznia się dziennikarski sznyt Fiony Barton – krótkie, treściwe zdania, które początkowo wydają się nazbyt suche, ale z czasem czytelnik uświadamia sobie, że w takim podejściu jest metoda, że wcale nie zderzył się z kompletnie wypranym z emocji warsztatem, że taki styl również może gwarantować wiele wrażeń. I stwarzać warunki do sięgania wzrokiem pod powierzchnię, do zagłębiania się w umysły najważniejszych postaci w na tyle dużym stopniu, żeby nie miało się wrażenia obcowania z papierowymi sylwetkami, z jednostkami wykreślonymi tak pobieżnie, że nijak nie będzie można się do nich zbliżyć Barton dosyć szybko zmusza czytelnika do zainteresowania się ich losem, przechodzi do zaspokajania apetytu na charakterologicznie zróżnicowane postacie portretowane z należytą starannością. Nie wywleka jednak wszystkich szczegółów na temat wszystkich czołowych bohaterek „Dziecka”, nie pozwala czytelnikom wyzbyć się przekonania, że nie mówi im wszystkiego, że najważniejsze informacje o niektórych z nich są przed nimi skrzętnie ukrywane. Wiemy, że jeśli uda nam się dopowiedzieć to, co Barton przez tak długi czas okrywa grubym płaszczem tajemnicy, rozwiążemy zagadkę śmierci noworodka. Wszystkie części tej sukcesywnie komplikującej się układanki wskoczą wówczas na swoje miejsce, najprawdopodobniej dając nam wstrząsający obraz tragedii, która spotkała nie jedną, a kilka postaci stworzonych przez zdolną pisarkę. Nie sądzę jednak, żeby uporczywe starania dojścia do wszystkich składowych prawdy jeszcze przed wyjawieniem jej przez autorkę wielu czytelnikom przyniosły owoce. Ostatnia, największa rewelacja ujawniona przez Barton w końcowej partii „Dziecka” prawdę powiedziawszy przyszła mi na myśl dużo wcześniej, ale potem wpadłam w pułapkę zastawioną przez Barton. Jedna retrospekcja, a jest ich całkiem sporo i każdorazowo budzą one emocje porównywalne do tych dostarczanym przez wydarzenia rozgrywające się w 2012 roku (umowną teraźniejszość), kazała mi odepchnąć od siebie myśl, która wcześniej zakiełkowała w mojej głowie. I to był błąd, ale trudno się dziwić, że padłam ofiarą tak zręcznej manipulacji. Barton jest doskonale zorientowana w tej technice – umie zakręcić czytelnikiem, odciągnąć jego uwagę od istoty problemu, natchnąć go pewnością, że zawędrował w ślepą uliczkę, zmusić do cofnięcia się i podjęcia marszu inną drogą po to, żeby na koniec uświadomić mu, że powinien zaufać swojej intuicji, a nie podrzuconym przez nią wskazówkom. A więc Barton w pewnym sensie mnie ograła, ale nie da się ukryć, że fakt, iż już dużo wcześniej pomyślałam o tym, co autorka zdecydowała się ujawnić na końcu „Dziecka” zdecydowanie osłabił tę rewelację. Bo o ogłuszającym uderzeniu w tym przypadku nie mogło być mowy, o paraliżującym wszystkie zmysły zaskoczeniu mogłam zapomnieć. W tym konkretnym momencie, bo wcześniej Barton rzuciła we mnie czymś, co istotnie było niemałym wstrząsem, przeprowadzając mnie także przez jakże emocjonujący wątek (powiązany ze wspomnianą niespodzianką), którego w ogóle się nie spodziewałam. Wybierając raczej powszechną w thrillerach psychologicznych tematykę, ale podchodząc do niej z taką empatią i w tak wciągający sposób wplatając ją w sprawę szkieletu noworodka znalezionego na placu budowy, że szczerze wątpię, aby wielu czytelników utyskiwało na zahaczanie o oklepaną tematykę.

Presja, jaką Fiona Barton odczuwała pisząc swoją drugą powieść moim zdaniem bardzo jej się przysłużyła. Zmobilizowała ją do cięższej pracy, zadziałała budująco, bo „Dziecko” czytało mi się jeszcze lepiej niż „Wdowę”. A przecież do literackiego debiutu tej autorki nie miałam jakichś ogromnych zastrzeżeń. W moich oczach wskoczyła więc na poziom wyższy od już i tak nie niskiego poziomu, na jakim uplasowałam jej poprzedni thriller psychologiczny. Co sprawia, że już nie mogę doczekać się trzeciej powieści Fiony Barton, nad którą, jak wyjawiła, aktualnie pracuje.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu