Stronki na blogu

poniedziałek, 18 lipca 2022

„Czarny telefon” (2021)

 

Rok 1978. Na przedmieściach Denver grasuje seryjny porywacz i zabójca małoletnich znany jako The Grabber. Wychowywani przez nadużywającego alkoholu i stosującego przemoc fizyczną wobec swoich dzieci, trzynastoletni Finney i jego młodsza siostra Gwen, posiadająca zdolności parapsychiczne odziedziczone po matce, są mocno ze sobą zżyci. Kiedy więc Finney staje się najnowszą ofiarą zamaskowanego postrachu Denver, dziewczyna nie ustaje w wysiłkach, by odnaleźć ukochanego brata. Tymczasem Finney jest przetrzymywany w piwnicy domu Grabbera, gdzie na ścianie wisi zepsuty czarny telefon stacjonarny, który staje się łącznikiem pomiędzy duchami poprzednich ofiar nieuchwytnego zbrodniarza i Finneyem.

W 2007 roku w jednej z amerykańskich księgarń Scott Derrickson, twórca między innymi „Egzorcyzmów Emily Rose” (2005) i późniejszych „Sinister” (2012) oraz „Zbaw nas ode złego” (2014), natrafił na zbiór opowiadań Joego Hilla (właściwie Joseph Hillstorm King), syna Stephena Kinga, pt. „20th Century Ghosts” (pol. „Upiory XX wieku”). Przeczytał pierwszą z zamieszczonych w tej publikacji historii, opowiadanie pt. „Best New Horror” (pol. „Najlepszy nowy horror”), które zrobiło na nim ogromne wrażenie. Kupił książkę i po powrocie do domu przeczytał resztę. „Czarny telefon” (oryg. „The Black Phone”) w jego ocenie nie był najlepszym opowiadaniem z tego zbioru - choć za genialne uznał połączenie motywu seryjnego porywacza i mordercy dzieci z ghost story w zamkniętej, niewielkiej przestrzeni (piwnica) - ale zdecydowanie „najbardziej podatnym na adaptację/ekranizację”. Lata później, gdy Scott Derrickson pracował nad „Doktorem Strange w multiwersum obłędu”, sequelem swojego „Doktora Strange” z 2016 roku, on i jego zaufany współpracownik C. Robert Cargill postanowili w końcu przenieść na ekran „Czarny telefon” Joego Hilla. Mieli to zrobić tuż po sfinalizowaniu „Doktora Strange w multiwersum obłędu”, ale ostatecznie Derrickson zrezygnował z reżyserowania tamtej produkcji, tłumacząc to różnicami twórczymi (pozostał jednak producentem wykonawczym). Prace nad filmową wersją „Czarnego telefonu” rozpoczęły się więc wcześniej, niż planowano. Pieczę nad projektem objęła firma Blumhouse Production. Jej prezes Jason Blum, przyjaciel Derricksona, był osobiście zaangażowany w projekt - swoim zwyczajem wspierał, a nie ingerował w wizję dyrektora artystycznego - a budżet oszacowano na siedemnaście milionów dolarów (niektóre źródła podają od szesnastu do osiemnastu). Główne zdjęcia rozpoczęły się w pierwszej połowie lutego 2021 roku, a zakończyły pod koniec marca tego samego roku. Film kręcono głównie w Wilmington i jego okolicach w Karolinie Północnej pod roboczym tytułem „Static”. Inspirację Scott Derrickson czerpał między innymi z „400 batów” François Truffauta i „Kręgosłupa diabła” Guillermo del Toro. Wygląd Grabbera, o który zadbał sam Tom Savini, najczęściej jest porównywany (przez odbiorców filmu) do profesora Edwarda C. Burke'a, fikcyjnej postaci, w którą wcielił się Lon Chaney w „Londynie po północy” Toda Browninga. Scott Derrickson ma w planach nakręcenie sequela „Czarnego telefonu”, amerykańskiego horroru nadprzyrodzonego, który zadebiutował we wrześniu 2021 na Fantastic Fest w Stanach Zjednoczonych, a do szerszego obiegu został wpuszczony w kolejnym roku. Sequela, na który pomysł poddał mu Joe Hill.

Albert („mów do mnie Al”), szerzej znany jako Porywacz z Galesburg, otyły mężczyzna w okularach przemienił się w szczupłego jegomościa pokazującego się w kilku różnych, dość upiornych maskach zaprojektowanych przez legendarnego charakteryzatora Toma Saviniego. Scott Derrickson, reżyser i współscenarzysta (skrypt napisany do spółki z C. Robertem Cargillem) filmowej adaptacji opowiadania Joego Hilla pt. „Czarny telefon” był pytany (a przynajmniej pojawiły się takie sugestie), czy wyszczuplając czarny charakter miał na uwadze Normana Batesa z „Psychozy” - w powieści Roberta Blocha człowiek z nadwagą, a w ekranizacji Alfreda Hitchcocka już prędzej z niedowagą:) Z jego odpowiedzi wynika, że raczej kierował się głosem, tj. upatrzył sobie Ethana Hawke'a, ponieważ nie miał wątpliwości, że jest jednym z nielicznych aktorów, którego głos (miękki, chropawy, wysoki, niski, piskliwy, ryczący, głęboki: zdaniem Derricksona temu aktorowi wszystko to przychodzi zupełnie naturalnie) przebije się przez maski rzekomego magika. A dodatkowe kilogramy zwyczajnie nie pasowały do jego wyobrażeń tej postaci. Główny bohater omawianej produkcji, trzynastoletni Finney (w tej roli debiutant Mason Thames, czysty talent odkryty przez Scotta Derricksona – olśniewający owoc poszukiwań wdrożonych z myślą o „Czarnym telefonie” przez reżysera tego filmowego przedsięwzięcia) mieszka na przedmieściach Denver ze swoją młodszą siostrą Gwen (w oryginalnej wersji mamy starszą siostrę imieniem Susannah) i nader często zaglądającym do kieliszka ojcem. Jego żona, matka Finneya i Gwen, zmarła jakiś czas temu (kolejna zmiana w stosunku do pierwotnej wersji „Czarnego telefonu”). W wersji Joego Hilla siostra Johna Finneya, żywo interesuje się okultyzmem, spirytualizmem etc., ale nic nie wskazuje na to - no dobrze, był jeden, tylko jeden, incydent - że Susannah posiada jakieś parapsychiczne zdolności. Derrickson i Cargill w swoim scenariuszu „Czarnego telefonu” pociągnęli ten temat, poszli zdecydowanie dalej, bo nie pozostawili odbiorcom żadnych wątpliwości, że siostra i zarazem najlepsza przyjaciółka Finneya posiada rzadki, czy jak kto woli, niespotykany w prawdziwym świecie, dar. Dar odziedziczony po matce, który może stać się prawdziwym przekleństwem. Coś w rodzaju proroczych snów. Akcja opowiadania toczy się w nieokreślonym czasie, Derrickson natomiast postawił na lata 70-te XX wieku, głównie przez wzgląd na swoje stare, (nie)dobre czasy. „Czarny telefon” jest najbardziej osobistym z dotychczasowych filmów twórcy „Egzorcyzmów Emily Rose”, swoistym świadectwie jego wiary. Wiary chrześcijańskiej, do której Derrickson w „Czarnym telefonie” też się odwołuje, aczkolwiek już w dużo mniejszym stopniu. Tym razem bardziej skupił się na wspomnieniach z dzieciństwa. Nieprzyjemnych, żeby nie powiedzieć traumatycznych, ale też takich, które budzą w nim bardziej pożądane, pozytywne emocje. Na przykład chłopięca przyjaźń – najbliższy kolega Finneya był silnie inspirowany niegdysiejszym dobrym kolegą Scotta. Warto też nadmienić, że w scenariuszu „Czarnego telefonu” wspomniano „Teksańską masakrę piłą mechaniczną” Tobe'ego Hoopera – kultowy slasher rekomendowany Finneyowi przez przyjaciela, ale na naszych oczach ten pierwszy obejrzy inny horror, „Mrowca” Williama Castle'a. A przynajmniej jego fragment. W „Czarnym telefonie” doszukano się też nawiązań do „Doktora Sen” Mike'a Flanagana, filmu opartego na powieści Stephena Kinga oraz jednego z najobszerniejszych dzieł tego drugiego: o morderczej istocie grasującej w fikcyjnym miasteczku Derry, która objawia się między innymi pod postacią klauna Pennywise'a.

Gdyby Scott Derrickson i Robert C. Cargill uparcie trzymali się materiału źródłowego, to nie wiem, czy wystarczyłoby go na półgodzinny obraz. Na opowiadanie może i wystarczy (zależy, kto czyta), ale na pewno nie film pełnometrażowy. Chyba że złożony z wybitnie poprzeciąganych, straszliwie męczących scen. Aby tego uniknąć, wypadało rozbudować wizję Hilla. Ekranowa wersja zachowuje niemal wszystkie wydarzenia z opowiadania (włącznie z dialogami) – z wyjątkiem wizji, jakiej doświadcza zniewolony chłopak, która skupia się na jego siostrze – ale już cała otoczka została poddana zręcznej obróbce. To znaczy, to co w opowiadaniu miało drugorzędne, wręcz marginalne znaczenie, zostało zdecydowanie inaczej potraktowane przez filmowców. Siostra Finneya (wyśmienity występ Madeleine McGraw) w „Czarnym telefonie” Scotta Derricksona odgrywa większą rolę w sprawie dotyczącej seryjnego porywacza i zabójcy dzieci. Więcej uwagi poświęcili też twórcy filmu warunkom panującym w domu tego mocno przywiązanego do siebie rodzeństwa. Innym warunkom, bo zamiast częstych kłótni rodziców, coraz bardziej realnego widma rozwodu, mamy wdowca, który najwyraźniej wyznaje zasadę, że „cztery litery to nie szklanka”. Innymi słowy, chwyta za pasek, ilekroć uzna, że któreś z jego dzieci, ewentualnie oboje, zasłużyło na karę. Wszystko wskazuje na to, że problemów przysparza mu głównie młodsza latorośl. Zadziorna, niedająca sobą pomiatać, odszczekująca się i to w niewybrednych słowach nawet przedstawicielom organów ścigania - i pal licho, że w obecności dyrektorki szkoły – niebojąca się rzucić z gołymi pięściami na kilku starszych chłopców, którzy mieli czelność ruszyć najbliższą jej osobę. Osobę, która nie zwykła szukać kłopotów. Dziewczynka z niezwyczajną zdolnością, która może bardzo przydać się w najważniejszym z aktualnie (to znaczy w roku 1978) toczących się policyjnych śledztw w Denver i okolicach. Właściwie twórcy nie pozostawiają nam wątpliwości, że pomóc najnowszej ofierze zbrodniarza, któremu nadano przydomek The Grabber, maniaka z czarnymi balonami, może jedynie jego młodsza siostra. I oczywiście chłopcy zamordowani przez tego enigmatycznego oprawcę. Już z pokazów testowych „Czarnego telefonu” do Scotta Derricksona dotarły uwagi na temat tej tajemniczości antagonisty. Niektórzy byli/są zdania, że powinien pokusić się o więcej informacji na jego temat, ale reżyser i współscenarzysta tego grozowego wydarzenia, twardo upierał się przy swoim podejściu. Jego zdaniem przybliżenie widzom tej postaci bardziej by jej zaszkodziło, niż pomogło. Może nawet zepsułoby cały efekt. W każdym razie według niego wtedy ten zamaskowany gość byłby mniej przerażający. Na niektórych jednakże bardziej upiorne wrażenie mogą robić niezwyczajni sojusznicy Finneya, duchy, które kontaktują się z głównym bohaterem filmu za pośrednictwem tytułowego telefonu. Od lat zepsutego, momentami jakby oddychającego (jak w opowiadaniu) swoistego łącznika pomiędzy światami. Przynajmniej większość z nich wcale nie kieruje się pragnieniem ocalenia choćby tego jednego chłopca przetrzymywanego wbrew jego woli przez diabolicznego pana z amerykańskiego przedmieścia. I większości z nich Finneyowi nie będzie dane zobaczyć, ale widzom twórcy nie szczędzą tych wspaniałych widoków. Można się poczuć nieswojo, mimo świadomości, że żadna z tych nieszczęsnych postaci nie stanowi zagrożenia dla pozytywnego pierwiastka tej „więziennej opowieści z dreszczykiem”. Niewyszukanej, a wręcz powiedziałabym, że bardzo prostej historyjki utrzymanej w smacznym klimacie retro – o tyle, o ile: bardziej jak w „To” Andy'ego Muschiettiego niż „Grindhouse'ach” Quentina Tarantino i Roberta Rodrigueza. Nieprzesadnie efekciarska, umiarkowanie trzymająca w napięciu, a i nawet jedno „buu!” na mnie zadziałało (wow, podskoczyłam!). Oprócz fantazyjnych masek antagonisty w mojej pamięci najdłużej zapewne ostanie się duch widziany też przez Finneya, który niewykluczone, że miał nam przypomnieć inne dzieło Scotta Derricksona. Nawiązanie do „Egzorcyzmów Emily Rose”? Na koniec warto też wspomnieć, że w „Czarnym telefonie” zobaczymy też Jamesa Ransone'a, z którym Scott Derrickson miał już okazję pracować („Sinister”), i który wprowadza do tego świata przedstawionego trochę humoru. I coś jeszcze.

To ja już wolę film. Od opowiadania, które stanowiło podstawę scenariusza Scotta Derricksona i C. Roberta Cargilla o chłopcu porwanym przez bardzo złego pana, dziewczynce z niezwykłą zdolnością, która stara się go odnaleźć oraz doradcach z zaświatów, którzy dzwonią i dzwonią. „Czarny telefon”, filmowa adaptacja krótkiego utworu Joego Hilla pod tym samym tytułem, ze zbioru „Upiory XX wieku”, wyreżyserowana przez Scotta Derricksona, który zdążył już wyrobić sobie pewną markę w świecie filmowego horroru - całkiem zasłużony architekt grozowych budowli. Adaptacja, która dokonała nie niemożliwego. Całkowicie subiektywnie: przebiła nudnawy oryginał. Jak na standardy współczesnych mainstreamowych straszaków, moim zdaniem, jest dobrze. Daje radę, choć pewnie od Scotta Derricksona można oczekiwać więcej.

sobota, 16 lipca 2022

Lia Middleton „Gdy ją odnajdą”

 

Naomi Williams mieszka sama na niefunkcjonującej już farmie odziedziczonej po rodzicach. Jej związek małżeński z Aidenem Williamsem rozpadł się przed paroma laty, na skutek poważnych błędów, jakie popełniła. Ich czteroletnia córka Freya mieszka z ojcem i jego drugą żoną Helen, ale regularnie widuje się z rodzicielką, która z wytęsknieniem wypatruje tych chwil. Teraz Freya po raz pierwszy od czasu rozwodu jej rodziców ma spędzić noc z matką. Naomi długo o to zabiegała. Zapewniała Aidena, że dziewczynka będzie z nią bezpieczna, że należycie się nią zaopiekuje. Ale zawiodła. Straciła swój najcenniejszy skarb i wini za to wyłącznie siebie. Tylko ona zna potworną prawdę, którą nie jest w stanie podzielić się z innymi. Zamiast tego wikła się w spiralę kłamstw, a wszystko po to, by zatrzymać przy sobie nie jedno, a dwoje dzieci.

Gdy ją odnajdą” (oryg. „When They Find Her”) to debiutancka powieść mieszkającej w mieście Beaconsfield w Anglii Lii Middleton, prawniczki specjalizującej się w prawie karnym, więziennym i publicznym, która przestępczością interesuje się od dzieciństwa – już wtedy chodziła do sądu, żeby oglądać w pracy swojego ojca, sędziego pokoju. Pracę nad „Gdy ją odnajdą”, thrillerem psychologicznym pierwotnie wydanym w 2021 roku, Middleton rozpoczęła w listopadzie 2017 roku. Pisała głównie wieczorami, gdy tylko jej pierworodne dziecko osunęło się w objęcia Morfeusza. Latem 2019 roku, w trakcie urlopu macierzyńskiego po przyjściu na świat jej drugiego dziecka, podpisała kontrakt ze swoją agentką i już w następnym roku rozpoczęła współpracę z wydawnictwem Penguin Michael Joseph, które wpuściło na rynek jej pierwszą książkę. Pierwsze polskie wydanie przygotowało wydawnictwo Prószyński i S-ka na rok 2022. W tłumaczeniu Tomasza Wilusza. Lię Middleton w pisarstwie pociąga przede wszystkim możliwość skrupulatnego przeanalizowania wewnętrznej sfery człowieka w oku cyklonu, tj. kryminalnych sprawy, w które, w taki czy inny sposób, główne obiekty jej twórczych zainteresowań są zamieszane. Kariera adwokacka, poza wszystkim innym, pomogła jej zrozumieć nie tylko zawiłości systemu, ale także jego ludzkie oblicze. Ludzi, którzy, zasłużenie lub nie, wpadają w tryby tej nieubłaganej machiny oraz ludzi, którzy ją tworzą. Pisanie umożliwia jej wejście w to jeszcze głębiej. Głębiej niż kiedykolwiek wcześniej.

To nie jest opowieść dla ludzi o słabych nerwach. Lia Middleton już na początku uśmierca ewentualną nadzieję na szczęśliwe zakończenie. Bez względu na to, jak potoczy się historia naszej narratorki Naomi Williams, zło już się dokonało. Tego nie da się naprawić. Można tylko wyznać prawdę i liczyć na zrozumienie ogółu. Zdać na ślepy los. Zaryzykować utratę drugiego dziecka. A właściwie obu, bo w udręczonym umyśle prawdopodobnie jedynej osoby, która wie, gdzie jest Freya, tak to się przedstawia. Przewidywana cena prawdy. Niebezpodstawna obawa, która pcha Naomi w wir kłamstw. „Gdy ją odnajdą” to opowieść o nieidealnej, ale niewątpliwie kochającej matce, która jest przekonana, że straszliwie, okrutnie zawiodła swoją czteroletnią córeczkę. Matce, która nie wytrzymała presji. Dążyła do doskonałości. Pragnęła być jedną z tych matek, które wszystko robią tak jak trzeba. A przynajmniej stwarzają takie pozory. Wiedziała, że tak trzeba, że tego się od niej oczekuje. Tego oczekuje się od każdej matki. Chronić swoje młode za wszelką cenę. Ani na moment nie spuszczać ich z oka, nawet kosztem własnego zdrowia. Jeśli czujesz, że macierzyństwo cię przerasta, rób dobrą minę do złej gry. Nie możesz się zdradzić przed nikim z tej rzekomej słabości. Bo przykleją ci etykietkę złej matki, a tego byś nie zniosła. Co gorsza, mogą ci odebrać mały cud, który sprowadziłaś na ten smutny świat. „Gdy ją odnajdą” debiutującej na scenie literackiej Lii Middleton to rzadki okaz nawet wśród swoich, po mroczniejszej stronie beletrystyki. Nawet tutaj zwykle tlą się jakieś płomyczki nadziei. Zwykle możemy liczyć na to, że wszystko się ułoży, że postacie, do których się przywiązaliśmy, znajdą wyjście z koszmaru, w jaki nagle zamieniło się ich życie. Czerń się rozwieje, wrócą radosne kolory i znowu z ufnością będą patrzeć w przyszłość. Naomi i Aiden Williamsowie już zawsze przynajmniej jedną nogą będą tkwić w nieprzeniknionych ciemnościach. Pewnie nigdy nie przestaną myśleć o tym, co by było gdyby. Gdybyśmy się nie rozstali albo nie przeprowadzili na farmę. Albo chociaż gdyby nasza kochana Freya nie została na noc u uzależnionej od środków nasennych biologicznej matki. Naomi zastanawia się też nad tym, czy tragedii udałoby się uniknąć, gdyby dotrzymała słowa danego Aidenowi. Gdyby tej jednej nocy nie zażyła tych przeklętych tabletek. Może wtedy należycie wywiązałaby się z podstawowego obowiązku każdego rodzica – chronić swoje dziecko. Wtedy na pewno w głowie, by jej nie postało, by skrzywdzić swoją córeczkę. Czyżby? A czy przypadkiem już wcześniej tego nie próbowała? Wszystko wskazuje na to, że wina za rozpad małżeństwa w całości leży po jej stronie. Zrobiła coś, czego nigdy sobie nie wybaczyła. A potem mogła już tylko bezsilnie patrzeć, jak jej ukochany układa sobie życie z inną. Najtrudniejsza była jednak rozłąka z Freyą. Aiden wprawdzie pozwalał jej widywać się z córką, ale to, co zupełnie zrozumiałe, Naomi nigdy nie wystarczało. Marna „nagroda pocieszenia”, za którą Naomi i tak jest Aidenowi niezmiernie wdzięczna. Najwyraźniej kobieta uważa, że nawet na to sobie nie zasłużyła. Kara za grzechy. Sama skazała się na samotność – straciła nie tylko męża, ale i najbliższe przyjaciółki. Sama na cichej farmie pod lasem, gdzie już w dzieciństwie znalazła idealną kryjówkę. Teraz z niej skorzysta. Ta zrozpaczona kobieta, która chciała tylko być dobrą matką. Karkołomny, wręcz szalony krok. Czyn karalny, który na dodatek zwiastuje coś jeszcze mniej przyjemnego. Szokującego dla postronnego obserwatora, ale nie dla Naomi. Dla niej to coś w rodzaju ostatniej deski ratunku. Jeśli skłamie to ma szansę zatrzymać przy sobie tę namiastkę, tę bezcenną powłokę... Patrzyłam na to z niesmakiem przykrytym grubą warstwą współczucia. Nie pochwalałam, ale rozumiałam. Mało tego: podejrzewałam, że będę jej współczuć jeszcze bardziej, gdy potwierdzą się jej największe obawy. I gdy na wierzch wypłyną jej niecne postępki, zwykłe ludzkie błędy lub okropne zbrodnie z niezbyt odległej przeszłości.

Gdy ją odnajdą” Lii Middleton to wybitnie empatyczna „tragedia w trzech aktach” (plus prolog i epilog) podana z perspektywy kobiety, którą przy życiu trzyma już tylko jej nienarodzone dziecko i pragnienie ponownego ujrzenia swojej czteroletniej córeczki. Obiecała swojej dziecinie, że wróci i nie może znowu jej zawieść. Koniec z byciem złą matką. Naomi Williams zdaje sobie sprawę z konsekwencji, jakie niechybnie poniesie, jeśli ten chwiejny domek z kłamstw runie. Ale w swoim mniemaniu najlepsze, co może zrobić, to ciągnąć tę maskaradę. Chwilami żałuje tego pierwszego, decydującego kłamstwa. Chwilami ogarnia ją przemożna potrzeba ujawnienia prawdy. W końcu może i jej ulegnie, tym samym narażając się na poważne oskarżenia. Gdyby tylko o to chodziło. Naomi nie boi się tak utraty wolności, jak utraty swoich dzieci. Motywacje czystsze od czynów. W istnej otchłani rozpaczy. W roztrzaskanym umyśle, który tak naprawdę od lat nie był w najlepszym stanie. Wszystko zaczęło się po narodzinach Frei Grace Williams. Uroczej dziewczynki, która była kochana... aż za bardzo? W każdym razie przynajmniej jedno z jej rodziców musiało poszukać pomocy specjalisty. Nic zdrożnego, to się zdarza, choć jak słusznie zauważa pani Middleton, za mało się o tym mówi. Takie osoby potrzebują wsparcia przede wszystkich w najbliższym otoczeniu. Kochał, a odszedł. Ze względu na dziecko. Bezpieczeństwo Frei zawsze było najważniejsze dla obojga jej rodziców. Podczas gdy ona uważała, że Freya jest najbezpieczniejsza przy niej, on z czasem doszedł do wniosku, że jest wręcz odwrotnie. Lia Middleton w trakcie policyjnych poszukiwań dziewczynki, później z udziałem cywilnych ochotników, od czasu do czasu zagląda w przeszłość (wspomnienia narratorki i już bardziej bezpośrednio: rozdziały retrospektywne), odsłania kolejne fragmenty coraz mniej szczęśliwego pożycia małżeńskiego ludzi, którzy sprowadzili na świat to nieszczęsne dzieciątko. Powiedzieć, że „Gdy ją odnajdą” zaczyna się od trzęsienia ziemi, to jak nie powiedzieć nic. To istny nokaut. Głaz, który czytelnik ma dźwigać do ostatniej kropki. A i bardzo możliwe, że ta historia będzie go prześladować długo po zakończeniu lektury. Middleton nie jest jedną z tych „cioteczek”, które tak dla zabawy trochę postraszą, ale koniec końców oczyszczą atmosferę. Zdejmą ten ciężki kamień z naszych serc. Prędzej dorzuci jeszcze kilka. Bo może być gorzej. Nie ma tego złego, co na gorsze by nie wyszło - na to musiałam się przygotować. W zasadzie, po takim wstępie, nie została we mnie nawet odrobinka nadziei na polepszenie sytuacji kobiety, której życie dało mocno w kość. Nieludzko sponiewierana potencjalna zbrodniarka. Gdyby nie ten wstęp, to pewnie nie czułabym tak silnej potrzeby przyszykowania się na taki obrót wydarzeń. Na szczyt mojej listy podejrzanych trafiłby ktoś inny, niemniej w skrytości ducha zapewne liczyłabym, że autorka, ewentualnie autor, jednak nie stchórzy. Odważy się i na takie tąpnięcie. Oczywiście, miałam na oku też inne osoby powołane do życia przez obdarzoną gargantuiczną wrażliwością początkującą powieściopisarkę, która moim skromnym zdaniem przebiła niejeden najgorętszy hit z mroczniejszych obszarów beletrystyki. A może zwykły wypadek? To jest jeden z tych, do którego nikt się nie przyczynił. Może tym razem nie ma winnych, a w każdym razie nie w takim sensie, jaki najpewniej najbardziej interesuje śledczych zajmujących się sprawą zaginięcia czteroletniej Frei. „Gdy ją odnajdą” to kolejny dowód na to, że mniej znaczy więcej. Kameralna opowieść, która w zasadniczej części rozgrywa się wewnątrz jednostki. Intymna, jak mało która. Mroczna, jak mało która. I ciężka, tak potwornie ciężka, bo żadna to przyjemność błądzić w umyśle ofiary, która mogła dopuścić się najgorszego. Naomi nie pamięta tej fatalnej nocy. Tylko przerażony głosik najdroższej jej osoby, który równie dobrze mógł jej się tylko przyśnić. Tak czy inaczej, matki nie było przy córce, kiedy ta najbardziej tego potrzebowała. Wyobraźcie sobie to poczucie winy, wyobraźcie sobie te katusze, ten ogrom cierpienia. Nie, nie musicie sobie tego wyobrażać. Lia Middleton sprawi, że to poczujecie. Mnie w każdym razie udzielały się dosłownie wszystkie emocje targające tą biedną kobietą. Jakbym weszła w jej skórę. Topiła się w tej rozpaczy. Z ciągle ściśniętą krtanią, często wilgotnymi oczami i niemal paraliżującym przekonaniem, że tak będzie już zawsze. Wystarczą sekundy, aby życie człowieka obróciło się w gruzy. By nie zostało już nic (prawie nic), co trzyma go na tym świecie. Jeden fałszywy ruch i lądujesz w piekle.

Niewielka scena, a na niej straszliwie udręczona kobieta, wokół której krążą mniejsze i większe ludzkie planety, skoncentrowane na poszukiwaniach zaledwie czteroletniej dziewczynki. Historia jakby z życia wzięta, przed którą czuję się w obowiązku ostrzec osoby oczekujące czegoś mniej zobowiązującego, czegoś lżejszego. Nie tym razem, moi mili. Prawniczka z Anglii Lia Middleton nie patyczkuje się z czytelnikami „na łamach” „Gdy ją odnajdą”, swojego pierwszego opublikowanego utworu literackiego. Thriller psychologiczny, który może wpędzić w prawdziwie depresyjny nastrój. Powieść bez skrupułów. Mocna, mroczna, przerażająca. Bezwzględna, paskudna, okropna. Piorunująca! Rewelacyjna!

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

czwartek, 14 lipca 2022

„Men” (2022)

 

Po śmierci męża mieszkająca w Londynie Harper Marlowe udaje się do malowniczej wsi Cotson, wierząc, że dzięki temu szybciej upora się z traumą. Wynajmuje stary dom pod lasem od niejakiego Geoffreya, z pozoru niegroźnego, jowialnego mężczyzny, zajmującego nieodległą nieruchomość. Samotność i naturalna sceneria służą Harper, ale sielanka nie trwa długo. Podczas spaceru po lesie, kobieta zauważa nagiego, milczącego mężczyznę, który uparcie się w nią wpatruje. Harper ratuje się ucieczką, ale to dopiero początek jej nieprzyjemnych przeżyć w Cotson, nie tylko za sprawą dalszej działalności tajemniczego człowieka z lasu.

Głośny brytyjski psychologiczny folk horror wydany przez największą orędowniczkę tak zwanej nowej fali kina grozy, współczesnego podwyższonego horroru, niezależną firmę A24. Trzeci pełnometrażowy obraz w reżyserskiej karierze Alexa Garlanda, po „Ex Machina” (2014) i „Anihilacji” (2018), którego scenariusz napisał sam kilkanaście lat przed jego wydaniem (gdzieś między rokiem 2007 a 2010). A w zasadzie jego pierwszą wersję, bo na przestrzeni lat tekst przybierał różne formy. Wszystko zaczęło się od małej obsesji Garlanda na puncie legendarnej istoty zwanej Green Man – z czasem pokusił się też o odwołania do Sheela na Gig. Z wpływów filmowych to na pewno „Amerykański wilkołak w Londynie” Johna Landisa, „Coś” Johna Carpentera, body horrory Davida Cronenberga i oczywiście „Kult” Robina Hardy'ego, bo według głównego twórcy „Men”, trudno kręcić folk horror bez wspominania tej kultowej pozycji. Jak to ujął: „wszystkie horrory ludowe powstałe po Kulcie są mu coś winne”. Główne zdjęcia ruszyły w marcu 2021 roku - i trwały równo dwa miesiące – w hrabstwie Gloucestershire, w głównej mierze we wsi Withington (filmowe Cotson), w The Forest of Dean oraz w St Katharine Docks w Londynie. W maju 2022 roku „Men” został pokazany na Festiwalu Filmowym w Cannes, w tym samym miesiącu otwarto dystrybucję kinową między innymi w Stanach Zjednoczonych. W swojej rodzimej Wielkiej Brytanii został uwolniony w czerwcu 2022 roku.

Antychryst” Larsa von Triera spotyka „Mother!” Darrena Aronofsky'ego w „Kulcie” Robina Hardy'ego. Przepracowywanie traumy w nieklasycznym ujęciu. W angielskiej małej miejscowości najwyraźniej zamieszkałej wyłącznie przez mężczyzn. W każdym razie w polu widzenia kobiety, która nie zamierza zapuszczać tutaj korzeni, nie widać żadnych przedstawicielek jej płci. Harper Marlowe (Jessie Buckley w bezbłędnej kreacji niezbyt wnikliwie rozpisanej postaci) niedawno w nader drastycznych okolicznościach wyszła z trującej mgły, która spowijała ją od dłuższego czasu. Toksyczny związek małżeński (retrospekcje i nie tylko) z Jamesem Marlowe'em (przyzwoity występ Paapy Essiedu), mężczyzną, który robił wszystko, żeby ją przy sobie zatrzymać, definitywnie się zakończył, ale Harper musi jeszcze uporać się z poczuciem winy. Tak naprawdę dopiero wtedy uwolni się od tego człowieka. Pójdzie dalej... albo na wieki wieków zostanie w Cotson. W domostwie podejrzanie uczynnego, alarmująco miłego (w tym gatunku takie postacie zwykle włączają ostrzegawcze lampki w umysłach odbiorców) mężczyzny w średnim wieku imieniem Geoffrey, w którego w widowiskowym stylu wcielił się Rory Kinnear. Wiejska posiadłość do wyłącznego użytku przygniecionej wyrzutami sumienia kobiety z wielkiego miasta, która ma nadzieję, że taka odskocznia od codzienności pomoże jej odzyskać spokój ducha. Najwyraźniej utracony wiele lat wcześniej, gdy małżeństwo zaczęło się psuć. Kiedy zaczęła bać się swojego życiowego wybranka. Gdy miłość przerodziła się w niszczącą obsesję. Albo gdy jej przestało tak zależeć, jak cały czas zależało jemu. Alexowi Garlandowi bardzo zależało (moim zdaniem za bardzo) na zostawieniu jak najszerszych marginesów na domysły widzów. Nie chciał zbytnio narzucać się ze swoją interpretacją, jedynym słusznym przekazem. Co prawda skłania się w stronę Harper – bardziej poszlaki niż twarde dowody świadczą na jej korzyść – nie jest więc zupełnie bezstronnym arbitrem w tym małżeńskim sporze, który doprowadził do tragedii. Garland nie pozostawia nam wątpliwości, że w Jamesie zaszła jakaś fundamentalna zmiana. Albo sztylet w końcu wyszedł z worka. Sympatyczny, szarmancki mężczyzna jakiś czas po zaobrączkowaniu ujawnił swoją prawdziwą twarz. I jeszcze jedną, i kolejną... „W zdrowiu i chorobie” - tak to leciało? Zdaje sobie sprawę z tego, że mogę się mocno narazić jakiejś części odbiorców „Mena” Alaxa Garlanda, ale niedostateczna ilość informacji kazała mi rozważyć też taką możliwość, że James zapadł na jakąś chorobę psychiczną, z którą został zupełnie sam. Bez wsparcia, bądź co bądź, słusznie przerażonej żony. Nie brzmi to feministycznie, prawda? A przecież „Men” miał być kolejną smutną pieśnią o mężczyznach, którzy nienawidzą kobiet. Wstrętnych mizoginach, patriarchacie, który zaciekle walczy o przetrwanie. Czyli na fali ruchu #MeToo? Niezupełnie. Reżyser i scenarzysta „Mena” w swoich wypowiedziach publicznych dał do zrozumienia, że nie ogniskował swojego spojrzenia na tym jednym punkcie. Dla niego ten ruch to coś w rodzaju szkła powiększającego – nagłośnienie problemów, o których prawdopodobnie mówiło się już całe dekady wcześniej. A zatem można to odbierać jako potępienie wielopokoleniowego, odwiecznego uprzedmiotawiania płci żeńskiej, ale zdaniem Garlanda równie dobrze można czytać to po prostu jako usilne zmagania jednostki z traumą. Niestandardową ghost story w rejonie folk horroru. Walka z wewnętrznymi demonami. Z poczuciem winy, które nie zawsze atakuje tylko winnych. W zasadzie można odnieść wrażenie, że chętniej poluje na osoby, które trudno uznać za oprawców. Czy Harper mogła zapobiec przedwczesnej śmierci swojego małżonka? Pewnie tak, a przynajmniej mogła nieco przedłużyć jego męki na tym padole. Tylko za jaką cenę? Poświęcenia swojego szczęścia, zdrowia, a może nawet życia dla człowieka, którego autentycznie się bała? Człowieka, który chwytał się wszystkiego, by ocalić związek, który w rzeczywistości już nie istniał. Emocjonalny szantaż – gdyby James się do niego nie uciekł, to niewykluczone, że Harper nie byłoby tak trudno dojść do siebie po jego śmierci. Nie obwiniałaby się w takim stopniu za to, co spotkało człowieka, z którym od jakiegoś czasu była w separacji.

Bogata forma, oszczędna treść: z takim poczuciem pozostawił mnie ten „Men” Alexa Garlanda. Wyśmienita audiowizualna uczta, z której nie wyszłam syta. Piorunujące zdjęcia Roba Hardy'ego – gdy naturalne piękno zderza się z nienaturalną(?) szpetotą – wybitnie intensywna ścieżka dźwiękowa Geoffa Barrowa i Bena Salisbury'ego, z lekka i jakże stosownie rozgorączkowany, nieobliczalny, acz z pewnością dogłębnie przemyślany montaż Jake'a Robertsa i rozczarowująca fabuła „ich majstra” Alexa Garlanda. Nie, „rozczarowanie” to nieodpowiednie słowo, bo jak dotąd „Men” był najmniej wyczekiwanym przeze mnie filmem grozy od A24 (produkcja i/lub dystrybucja). Miałam złe przeczucia – nazwijcie to intuicją, nazwijcie niemądrym uprzedzeniem, czy czym tam jeszcze, bez znaczenia. Grunt, że ta intuicja czy uprzedzenie uchroniło mnie od potężnego zawodu. Właściwie przyjęłam to z dużym spokojem. Nieciekawa, a w każdym razie niedostatecznie angażująca historia? Cóż, liczyłam się z tym. A potem już trochę mniej. Droga do katharsis jest kamienista oraz pełna ostrych zakrętów. I mniej ostrych, właściwie niedostrzegalnych, a przynajmniej do ostatecznego rozwiązania. Nie, przez główną zainteresowaną, pokaleczoną kobietę, która przybywa do wioski Cotson, aby zregenerować swoją duszę, nie ciało, po koszmarze, przez jaki przeszła. Ona nie dopatruje się zagrożenia we właścicielu domostwa, które wynajęła. Dla niej Geoffrey jest po prostu prostym człowiekiem, któremu buzia się nie zamyka. Chce dobrze, ale Harper woli ograniczyć kontakty z nim do absolutnego minimum. Na dłuższą metę jego towarzystwo zapewne okazałoby się wyjątkowo męczące dla najemczyni jego nieruchomości. W innym czasie pewnie mogliby się zaprzyjaźnić, ale teraz czołowa postać omawianej produkcji nie ma najmniejszej ochoty na zawiązywanie nowych znajomości. Kiedy chce z kimś porozmawiać najczęściej dzwoni do swojej najlepszej przyjaciółki. Pracuje zdalnie i samotnie spaceruje po przepięknej okolicy. Pierwsza taka przechadzka napędza jej niemałego stracha, bo kto by się nie przestraszył golasa „ganiającego” po lesie? Upiorne? Nie aż tak, jak niezapowiedziane odwiedziny tego tajemniczego, i co tu dużo mówić, dziwnego jegomościa. Ukłon w stronę kina home invasion. Niejedyny i na pewno nie najbardziej zdecydowany. Ta bestia dopiero się rozkręca. Harper, jak można się tego spodziewać, będzie się czuła coraz mniej bezpiecznie w nieswoim domu na nieznanej ziemi. Coraz bardziej grząskim terenie. Gdzie nic nie jest takie, jak być powinno. Nie w oczach Harper, której kondycja psychiczna prawdopodobnie jest najsłabsza w jej dziejach. Tak źle przypuszczalnie nigdy wcześniej z nią nie było, co naturalną koleją rzeczy kazało mi brać poprawkę na ludzi, których spotyka i niektóre sytuacje, w które zostaje wplątana. Niepokojące rzeczy dzieją się w Cotson. Podejrzani ludzie mieszkają w ten cichej krainie. Mężczyźni i chłopcy, którzy niespecjalnie dbają o komfort przyjezdnych. Wręcz przeciwnie: robią wszystko, by uprzykrzyć życie damie z miasta. Tak to wygląda z perspektywy, którą niejako narzucił nam scenarzysta. Harper ma coraz więcej powodów, by wystrzegać się tutejszej ludności albo po prostu wziąć nogi za pas. Ale bardziej obiektywny, bezpośrednio niezamieszany w sprawę, obserwator, zapewne przynajmniej przez dłuższy czas będzie brał pod uwagę też to, że część z tego nie dzieje się naprawdę. Rozmowa z księdzem i poprzedzające spotkanie z ordynarnym młodzieńcem? A dłoń poranionego intruza w szparze na listy? To jeszcze nic, prawdziwa jazda dopiero się zacznie. Makabra, jakiej pewnie nie powstydziłby się sam David Cronenberg, choć wykonanie chwilami nieprzyjemnie trąciło mi „pikselozą” (czytaj: CGI); pomysłowo, z przeogromnym pazurem (toż to skandal! - mogą zakrzyknąć choćby najzacieklejsi przeciwnicy Larsa von Triera w reakcji na nie jego „Mena”), mięsiście, szkarłatnie, groteskowo. Milusia makabreska, która zostanie już chyba ze mną na zawsze. Nawet gdybym chciała, a nie chcę, to pewnie nie udałoby mi się wyrzucić z głowy tych przegiętych ujęć z ostatniej bitwy, jaką Harper stoczy w Cotson. Ręka-Twix, szalona rąsia, która przywiodła na tę niecodzienną imprezę też Wielkich Przedwiecznych – tak jakoś mi się skojarzyło. Rąsia, której Alex Garland już nie przebije. Tak myślałam, dopóki nie ujrzałam (co jest, kurna?!) głównego punktu programu. I znowu, i znowu – czyli po staremu. Powtarzamy do znudzenia. Niedokładnie to samo, nie w najdrobniejszych szczegółach, niemniej ta maniera, jeśli o mnie chodzi, była uderzająca. W tym upatruję najsłabszego ogniwa „Mena” Alexa Garlanda.

Efektowny? Ależ oczywiście. Efektywny? To już mniej. W każdym razie na mnie „Men” Alexa Garlanda, brytyjski folk horror unurzany w psychologicznym sosie z dużymi kawałkami mięska home invasion i body horroru, z pietyzmem wyłożony na talerzu z sygnaturą art horroru, działałby lepiej, gdyby było mi bardziej po drodze ze scenariuszem. Ach, tak głębiej wejść w przewodnią postać. Pozyskać więcej informacji o jej nieudanym związku małżeńskim, o długim koszmarze, który nie tyle się zakończył, ile wszedł w kolejną fazę (wyższy albo niższy poziom, różnie można na to patrzeć). Odkrywać nowe fakty, zamiast głównie utrwalać przyswojony już materiał. Niemniej nawet ja, osoba, która ma raczej letni (ni gorący, ni zimny) stosunek do tego widowiska, wysoko ocenia jego szanse w gonitwie historycznej. Wychwalany, może nawet bardziej, także przez przyszłe pokolenia. Gigant gatunku na miarę „Dziecka Rosemary” Romana Polańskiego i „Egzorcysty” Williama Friedkina? Mało prawdopodobne? Nie sądzę.

wtorek, 12 lipca 2022

Sarah Alderson „Wyjazd na weekend”

 

Mieszkające w Londynie wieloletnie przyjaciółki, Orla i Kate, w dawnych czasach miały tradycję corocznych wypadów weekendowych do różnych zakątków świata. Teraz, kiedy Orla wreszcie doczekała się upragnionego dziecka ze swoim mężem Robem, a Kate jest w trakcie rozwodu, kobiety postanawiają przywrócić ten zwyczaj. Wybierają Lizbonę, gdzie instalują się w jednym z apartamentów wynajmowanym turystom przez nieśmiałego mężczyznę imieniem Sebastian. Wieczorem ruszają na miasto, a wracają z dwoma nowo poznanymi Portugalczykami. Orla jest przeciwna sprowadzaniu obcych do ich weekendowego mieszkania, ale nie udaje jej się przekonać przyjaciółki do zmiany planów. Parę godzin później Orla budzi się w pustym apartamentowcu. Niewiele pamięta z poprzedniej nocy, ale ma prawie całkowitą pewność, że nie uczestniczyła w domowej imprezie zorganizowanej przez Kate. Urwał jej się film, a jej przyjaciółka zniknęła, zostawiając niemal wszystkie swoje rzeczy. Zawiedziona reakcją miejscowych policjantów, Orla bierze sprawy w swoje ręce. Pomaga jej kierowca ubera o imieniu Konstandin, uchodźca wojenny, do którego Orla ma mocno ograniczone zaufanie. Wkrótce główną podejrzaną staje się nie kto inny, jak Orla, która tymczasem odkrywa szokujące fakty na temat swojej najlepszej przyjaciółki.

Rok 2009. Sarah Alderson, która większość życia spędziła w Londynie, rzuca pracę w sektorze non-profit i udaje się w podróż dookoła świata ze swoim mężem oraz trzyletnią córką. Głównym celem tej wyprawy jest znalezienie najlepszego dla nich miejsca do zapuszczenia korzeni. Problemem są pieniądze, bo jak zadbać o budżet, gdy nigdzie nie zagrzewa się miejsca? Po przemyśleniu sprawy, Alderson, jak to ujęła w jednym z wywiadów, „bardzo nawinie” dochodzi do wniosku, że najlepiej napisać książkę. Nic prostszego – w końcu Stephenie Meyer zbiła na tym prawdziwą fortunę, a skoro ona mogła, to dlaczego Sarah miałoby się nie udać? Mniej więcej takie myśli przemknęły przez głowę... przyszłej poczytnej powieściopisarce (publikującej pod własnym nazwiskiem i pseudonimem Mila Gray) i już mniej płodnej scenarzystce. Na scenie literackiej zadebiutowała w roku 2011 powieścią „Hunting Lila”, która w następnym roku doczekała się kontynuacji (Alderson w swoich planach uwzględnia dołożenie przynajmniej jeszcze jednej części). „Wyjazd na weekend” (oryg. „The Weekend Away”), thriller psychologiczny, którego światowa premiera przypadła na rok 2020, a polska na 2022 (wydawnictwo Albatros, w tłumaczeniu Anny Dobrzańskiej), zainspirował weekendowy wyjazd Sarah Alderson i jej najlepszej przyjaciółki do Lizbony. Gdzie pisarka ni z tego, ni z owego, zaczęła zastanawiać się nad tym, co by zrobiła, gdyby jej towarzyszka nagle zniknęła. Tak narodziła się jedna z najgłośniejszych książek Sarah Alderson – pierwszy jej utwór, który ujawnił się też w wersji filmowej. Produkcja Netflixa z 2022 w reżyserii Kim Farrant, twórczyni „Na skraju klifu” (2015) i „Tajemnicy anioła” (2019). Scenariusz napisała sama Sarah Alderson.

Sarah Alderson nie ukrywa, że pisze swoje powieści także z myślą o filmach. Można powiedzieć, że w jakimś zakresie na bieżąco dostosowuje swoje historie do reguł jakimi rządzi się kino. W myślach przekłada poszczególne sceny na ekran. W końcu jest nie tylko powieściopisarką, ale też scenarzystką, która organizując swój „Wyjazd na weekend” ponad wszelką wątpliwość znajdowała się pod wpływem twórczości Alfreda Hitchcocka. Tego nawet nie stara się ukryć - bo i dlaczegóż by miała? - ale w moim przekonaniu szczególnie upatrzyła sobie jedno dzieło niekwestionowanego mistrza suspensu, którego tytułu nie zdecydowała się ujawnić. To już czytelnik sam (nie)musi sobie skojarzyć. Hitchcocka jestem pewna, ale cała reszta mogła już nie być zaplanowanym działaniem Alderson. Wspomnienia „And Soon the Darkness” Roberta Fuesta (w 2010 roku pojawił się remake tego obrazu w reżyserii Marcosa Efrona, pod tym samym oryginalnym tytułem; pol. „I zapadła ciemność”) oraz pewnego thrillera z ostatniej dekady XX wieku, filmowej adaptacji/ekranizacji powieści nieżyjącego już artysty, który w swojej bibliografii ma między innymi jeden z największych kamieni milowych (jeśli nie największy) w historii horroru satanistycznego. Czy jak kto woli: matkę tego filmowego arcydzieła. Alderson z pewnością spodziewała się skojarzeń z „Uprowadzoną” Pierre'a Morela (ten tytuł też wspomina - uprzedza nieuniknione - podczas feralnej wycieczki dwóch zaprzyjaźnionych kobiet do słonecznej Lizbony), ale z tej dwójki, ja jakoś byłam bardziej podatna na „nawiedzenia” „And Soon the Darkness” Roberta Fuesta. Może przez te rowery, tym razem elektryczne:) Tak czy inaczej, „Wyjazd na weekend” Sarah Alderson nie grzeszy oryginalnością. W sumie klasyka. Weekendowa wycieczka, zaginięcie, amatorskie śledztwo, zaskakujące (przynajmniej dla głównej bohaterki powieści) informacje na temat desperacko poszukiwanej osoby. Orla i Katherine przyjaźnią się od wielu lat, choć można odnieść wrażenie, że są z kompletnie innych bajek. No tak, przeciwieństwa się przyciągają. Z drugiej strony nie zawsze tak było. Dawniej Orla bardziej przypominała Kate. Imprezową dziewczynę, która robi karierę w branży marketingowej (zajmuje się promocją filmów). Orla jest kierowniczką działu HR w dużej firmie deweloperskiej, w czasie trwania akcji powieści przebywającej jeszcze na urlopie macierzyńskim. Ona i jej mąż Robert po długich staraniach doczekali się swojego pierwszego i bardzo możliwe, że jedynego dziecka. Córki, której dali imię Marlow, i która w chwili wyjazdu matki do Lizbony ma już całe dziewięć miesięcy. Orla jest Irlandką, która na stałe osiadła w Londynie, gdzie mieszka też jej najbliższa przyjaciółka, aktualnie będąca w trakcie rozwodu z bogatym mężczyzną, który nie zdaje sobie sprawy, że stał się sponsorem ich weekendowego wypadu do Portugalii. Reanimacja tradycji dwóch przyjaciółek, która kończy się tragicznie. W każdym razie nader stresująco dla jednej z nich. Ta, która została bierze pod uwagę przeróżne scenariusze – od zabójstwa, przez niewolnictwo seksualne po zaplanowane działanie rzekomej ofiary. Tak, Kate mogła to wszystko ukartować. Zniknąć na własne życzenie. Tylko dlaczego miałaby coś takiego robić? Cokolwiek spotkało tę młodą kobietę w Lizbonie, Orla na pewno zrobi wszystko, co w jej mocy, by rozwiązać tę sprawę. W obcym kraju, gdzie w zasadzie wszyscy są podejrzani. Orla zdaje sobie sprawę z tego, że zachowuje się jak paranoiczka, ale w pewnym momencie, moim zdaniem słusznie, zauważa: lepiej być paranoiczką, niż być martwą.

Tak to już jest, gdy kobiety padają ofiarami przestępstw. Obwinia się je o własne nieszczęścia. Nieważne, czy chodzi o gwałt, przemoc domową, czy napaść na tle seksualnym; wniosek zawsze jest taki, że same się o to prosiły.”

Podejrzane wsparcie czołowa postać i jednocześnie narratorka „Wyjazdu na weekend” Sarah Alderson znajduje w niejakim Konstandinie, kierowcy ubera pochodzącym z Kosowa (pracując w organizacji non-profit, zanim weszła na ścieżkę pisarską, Alderson miała liczne kontakty z uchodźcami, które to doświadczenia oczywiście bardzo przydały jej się w budowaniu „jej uchodźcy”). Orla nie jest aż tak naiwna, czy po prostu ufna, by nie dopatrywać się w tym jakichś egoistycznych pobudek. Żeby kompletnie obcy człowiek poświęcał swój czas (i pieniądze) dla nie swojej sprawy? Tak zupełnie bezinteresownie? Nie, Orla aż tak oderwana od rzeczywistości nie jest, żeby w potrzebie spodziewać się takiego poświecenia ze strony człowieka, którego po raz pierwszy zobaczyła krótko przed zniknięciem swojej przyjaciółki. Z drugiej strony, altruiści to może i mocno zagrożony, ale na pewno niewymarły (jeszcze nie) „gatunek”. Może tak właśnie jest z tym enigmatycznym mężczyzną? Tak czy owak, Orla postanawia zaryzykować współpracę z tym najwyraźniej niestroniącym od przemocy, skrytym mężczyzną. Potrzebuje tłumacza i kogoś, kto po prostu zna miasto. Co innego jej pozostaje? Błądzić po omacku po zawiłych liczkach Lizbony z wątłą nadzieją, że zupełnym przypadkiem natknie się na jakiegoś cennego świadka koniecznie znającego angielski lub irlandzki? Policja raczej jej nie pomoże. Wręcz przeciwnie: tylko dołoży zmartwień. Orla stanie się główną podejrzaną w sprawie, którą w końcu zainteresują się organy ścigania. Lepiej późno niż wcale? Zaryzykuję przypuszczenie, że w tym przypadku lepiej byłoby, gdyby detektywi pozostali bierni. Właśnie, tylko przypuszczenie. Bo sama Orla zdaje się brać pod uwagę dla niej zdecydowanie najgorszy z możliwych scenariuszy. Zamordowana przez najlepszą przyjaciółkę. Orla ma jedynie jakieś przebłyski z nieszczęsnej nocy spędzonej nie tylko z Kate, ale też z dwoma mężczyznami poznanymi tego samego wieczora w modnym lizbońskim klubie. Ale to, czego dowiaduje się nie tylko o tej nocy, nie pozwala jej kategorycznie odrzucić wersji, na której później zafiksują się detektywi prowadzący sprawę, która bez względu na jej wynik, doprowadzi do nieuroczystego zrzucenia masek z niektórych twarzy. A może z twarzy wszystkich „aktorów tej niekiepskiej sztuki”, która jednakże może nie przypaść do gustu osobom spragnionym świeżości. Żadnych innowacji Sarah Alderson w „Wyjeździe na weekend” do gatunku nie wprowadziła, co akurat mnie nie przeszkadzało. Przemyślane połączenie sprawdzonych, w niejednym przypadku wielokrotnie wałkowanych już i na ekranie, i na papierze, motywów. Wszystko ładnie się spina... szkoda tylko, że przeważnie przed czasem wyznaczonym przez organizatorkę tego dość emocjonującego wydarzenia. Innymi słowy, przygotowane przez Alderson niespodzianki w moim przypadku się nie sprawdziły. Z jednym wyjątkiem, przy czym nie tyle zaskoczył mnie sam tekst, ile decyzja, by tak to zostawić. Wrzucić takie monstrualne ziarno niepewności, taki przerażający znak zapytania w tym miejscu. Piękne zagranie. Odważne, a tego z całym szacunkiem do „Wyjazdu na weekend” po takiej nieagresywnej przejażdżce się nie spodziewałam. Szybkiej, ale generalnie rzecz biorąc, dość litościwie (jak na ten gatunek) obchodzącej się z czytelnikiem. Tutaj muszę doprecyzować: Alderson w moim poczuciu znalazła idealny balans między dynamiczną akcją a kreacją postaci. Naturalnie ze wskazaniem na Orlę. Jej umysł właściwie nie miał dla mnie żadnych tajemnic. Skrupulatna penetracja sfery wewnętrznej nagle okrutnie zagubionej, straszliwie zdezorientowanej, spanikowanej, niemal sparaliżowanej słusznym strachem oddanej matki, żony i przyjaciółki, która koniec końców może załamać się pod natłokiem szokujących informacji wypływających w toku jej usilnego dochodzenia do brzydkiej prawdy. A zatem ten „Wyjazd na weekend” wydaje się być dobrą propozycją zarówno dla zwolenników dynamicznie rozwijających się kryminalnych opowieści, jak i osób wolących wsłuchiwać się w wolniejsze „pieśni”, celujących w mniej sensacyjne, a bardziej psychologiczne klimaty.

Fatalny weekendowy wypad. Fatalna impreza. Fatalne związki. Cuchnące sekrety odkrywane w obcym kraju. Strach, paranoja, rozpacz. Nikomu nie wolno ufać, nawet, a może wręcz przede wszystkim sobie. W dużym skrócie z taką sytuacją pochodząca z Anglii Sarah Alderson konfrontuje swoich czytelników w „Wyjeździe na weekend”. Powieściowym thrillerze psychologiczny, dosyć zręcznie, choć prawie bez większych zaskoczeń, żonglującym sprawdzonymi motywami. Dreszczowcu trochę w stylu Alfreda Hitchcocka, który posłużył za podstawę pierwszego wykorzystanego, przełożonego na ekran scenariusza filmu pełnometrażowego w karierze Sarah Alderson. Nie są to wprawdzie zbyt mocne klimaty... ale może to i dobrze. Może macie ochotę na coś, hmm, mniej traumatycznego? Jeśli tak, to z doświadczenia wiem, że ten tu „Wyjazd na weekend” potrafi zaspokoić taką zachciankę. Śmiało, spróbujcie.

Za książkę bardzo dziękuję księgarni internetowej

https://www.taniaksiazka.pl/

Więcej nowości literackich

niedziela, 10 lipca 2022

„Tajemnica rzeki” (2022)

 

Obdarzona niezwykłą intuicją, mieszkająca w Chicago Erica Shaw była odnoszącą sukcesy dokumentalistką, a obecnie kręci głównie wesela i pogrzeby. To się zmienia, gdy przyjmuje zlecenie od córki niejakiego Campbella Bradforda, mężczyzny w mocno podeszłym wieku przebywającym w szpitalu, z którego najprawdopodobniej już nie wyjdzie. Po przeprowadzeniu z nim krótkiego wywiadu, Erica wyrusza do West Baden Springs w stanie Indiana, z którego pochodzi tajemniczy Bradford. Jej celem jest zdobycie jakichś informacji na jego temat, ale niedługo po ulokowaniu się w West Baden Springs Hotel, postanawia nakręcić film dokumentny o, jak się okazało, lokalny postrachu Campbellu Bradfordzie.

Pierwszy horror w reżyserskiej karierze Paula Shoulberga, na podstawie jego własnego scenariusza opartego na powieści Michaela Koryty pod tym samym tytułem, której premierowe wydanie ukazało się w roku 2010. Pracując nad „Tajemnicą rzeki” (oryg. „So Cold the River”), Shoulberg pozostawał w kontakcie z autorem pierwowzoru, który zaakceptował mnóstwo zmian wprowadzonych przez filmowca, po części zmuszonego do tych przeróbek przez ograniczony budżet i długość filmu (Shoulberg powiedział, że gdyby chciał być maksymalnie wierny powieści, musiałby zrobić z tego przynajmniej jednosezonowy serial). Częściowo, bo Shoulberg nie jest orędownikiem wyłącznego odtwarzania na ekranie pomysłów innych artystów. Uważa, że filmy powinny być czymś odrębnym, zachowującym własny charakter, bo w przeciwnym razie nie będą działać zgodnie z oczekiwaniami swoich twórców. Reżyser i scenarzysta ekranowego wydania „So Cold the River” jest jednak zdania, że w jakimś stopniu udało mu się przenieść najefektywniejszego ducha książki Michaela Koryty – specyficzny majestat przestrzeni, potęga i tajemnica zabytkowego hotelu, atmosfera, która szczególnie przykuła uwagę Shoulberga podczas lektury bazy wyjściowej dla jego niskobudżetowego horroru o niepohamowanej ambicji, potencjalnych zjawiskach nadprzyrodzonych, fatalnych więzach krwi i straszliwych grzechach jednostki rzutujących na całą społeczność turystycznej miejscowości. Film kręcono głównie w kurorcie French Lick Resort w hrabstwie Orange w stanie Indiana – we French Lick Springs Hotel (korytarze głównego nieożywionego (anty)bohatera filmu, czyli hotelu) oraz w West Baden Springs Hotel. W marcu 2022 roku obraz został wpuszczony do wybranych amerykańskich kin, a niedługo potem (raptem parę dni) rozpoczęto dystrybucję internetową.

W powieści „So Cold the River” autorstwa Michaela Koryty jest Eric Shaw, a w jej filmowej adaptacji Erica Shaw. Przekonująco wykreowana przez dość znaną aktorkę, która raczej nie jest kojarzona z horrorami, Bethany Joy Lenz, znana dokumentalistka, która jakiś czas temu odeszła z branży w atmosferze skandalu. Pogrążył ją jeden z jej filmów, a konkretniej jego bohater, który wkrótce po premierze tego entuzjastycznie przyjętego widowiska, okazał się antybohaterem. I tak dokumentalistka, która przynajmniej raz była bliska zdobycia Oscara, skończyła na weselach, pogrzebach i tym podobnych. Ale to nie jedyne źródło dochodu tej zajmującej dość przestronne, mroczne mieszkanie w Chicago, upadłej gwiazdy, zdaje się często topiącej smutki w alkoholu. Erica przyjmuje też innego rodzaju zlecania. Paul Shoulberg nie zagłębia się zbytnio w ten obszar działalności Eriki, ale z jej rozmowy z córką Campbella Bradforda można wywnioskować, że okazjonalnie oddaje się pracy detektywistycznej. Erica posiada bowiem nadzwyczajną zdolność, którą ona zwykła nazywać dobrą intuicją, ale bardziej trafne wydaje mi określenie rzucone przez jej nową stażystkę Kellyn Cage (przyzwoity występ Katie Sarife) – zdolności parapsychiczne. Z drugiej strony, tak naprawdę, nie wiadomo, jak to wyglądało przed dobraniem się przez Ericę do wody długo przechowywanej przez Campbella Bradforda. Człowieka, który jedną nogą znajduje się już w krainie umarłych. Niezwykły dar albo niezwykła woda umożliwiają Erice przeprowadzenie wywiadu z tym dla reszty świata nieprzytomnym (śpiączka), mocno posuniętym w latach i nader tajemniczym mężczyzną. Ericę wynajęła jego córka, zamożna kobieta w średnim wieku, która chce dowiedzieć się, jak wyglądało jego poprzednie życie. Wie w zasadzie tylko tyle, że jej rodziciel pochodzi z West Baden Springs w Indianie. Z jakiegoś nieznanego jej powodu, nigdy nie opowiadał o swojej przeszłości. Konsekwentnie odmawiał informacji nawet swojemu dziecku. Erica bez większego entuzjazmu, dość niechętnie przyjmuje ofertę sprawdzonej już klientki, która wymaga wyjazdu do West Baden Springs. Córka Campbella wynajęła jej pokój w jednym z tamtejszych luksusowych hoteli, który szykuje się na Festiwal Odrodzenia. Coroczne wielkie wydarzenie w tych stronach, w którym Erica nie ma zamiaru uczestniczyć. Spełnić oczekiwania swojej zleceniodawczyni i czym prędzej wrócić do Chicago. Do swojego, w jej mniemaniu, przegranego życia. Niesatysfakcjonujących, przeważnie nisko opłacanych zajęć i mieszkania, w którym nikt na nią nie czeka. Samotna kobieta, która marzy o powrocie na salony. Może już niedługo. Możliwe, że historia Campbella Bradforda wrzuci ją w siodło, z którego jakiś czas temu wypadła. Erica w każdym razie wierzy w to, że dzięki dokumentowi o boogeymanie z West Baden Springs znowu będzie mogła robić to co kocha. Ambicja - „tajemna siła”, z którą lepiej obchodzić się bardzo ostrożnie. Paul Shoulberg w swojej „Tajemnicy rzeki” w moim mniemaniu nie tyle starał się przedstawić samą ambicję jako swoiste przekleństwo człowieka, ile przestrzec przed nadmiernym dokarmianiem „tej istoty”. Do celu, ale nie za wszelką cenę. Ambicja to cnota dopóki nie urośnie ponad miarę. Złota rybka spełniająca życzenia, która w każdej chwili może przekształcić się w nienormalnie wielkiego, zmutowanego rekina. W „Tajemnicy rzeki” spotykamy dwie kobiety, które łączy pasja do kręcenia filmów dokumentalnych. Dwie ambitne kobiety, które inaczej traktują tego niemałego głoda. Erica tuczy go bez opamiętania, a jej nowa stażystka Kellyn z niepokojem się temu przygląda. Zderzenie zdrowej i chorej ambicji – tym ciekawsze, że trudno było mi rozsądzić, która postawa w tej konkretnej sytuacji okaże się lepsza. W tym przypadku dociągnięcie sprawy do końca, parcie do przodu, przy którym upiera się Erica Shaw, może doprowadzić do szczęśliwszego zakończenia. Szczęśliwszego od tego, który niechybnie nastąpiłby w przypadku usłuchania „głosu rozsądku”, Kellyn Cage.

Paul Shoulberg upodobał sobie długie ujęcia, które jego zdaniem w kinie grozy sprawdzają się szczególnie dobrze. Albo szczególnie źle – zależy od wyczucia filmowców. Powoli budując napięcie, łatwo można przedobrzyć. Przypadkiem wkroczyć do strefy nudy. Shoulberg jest zwolennikiem tak zwanej starej szkoły straszenia. Bardziej ceni sobie obrazy przynajmniej przez dłuższy czas grające atmosferą, bardziej wyczuwalnym niż widzialnym zagrożeniem. Reżyser i scenarzysta „Tajemnicy rzeki” najbardziej po drodze ma z tymi artystami, którzy wyznają zasadę, że nic nie przerazi człowieka tak, jak to, co wykluje się w jego wyobraźni. Najwymyślniejsze najdroższe efekty specjalne nigdy nie przebiją potworności, które będą przewijać się w głowach odbiorców, jeśli wciśniesz odpowiednie guziki. Tak wynika mi z opowieści Paula Shoulberga o jego „Tajemnicy rzeki”, ale z samego filmu pewnie bym tego nie wyczytała. Ukryte zło? Niewidzialna obecność, która jakby przyczepiła się do Ericki Shaw? Obecność tak, ale na pewno nie niewidzialna. W sumie takich tajemniczych istot jest kilka. UWAGA SPOILER Duchy? Jeśli tak, to przynajmniej w jednym przypadku w nieklasycznym ujęciu, w mniej rozpowszechnionej odsłonie. Duchy przeszłości – przestrzeń, miasto przesycone złą energią, młodszą wersją zbrodniarza, który jeszcze nie zszedł z tego świata KONIEC SPOILERA. Diaboliczny mężczyzna, chłopiec grający na skrzypcach - ta poruszająca, nerwowa i zarazem smutna, melodia stanowi główny motyw muzyczny „Tajemnic rzeki” - i jeszcze jeden mężczyzna, który ponad wszelką wątpliwość nie ma (nie miał!) dobrych stosunków z Campbellem Bradfordem. Pierwszy horror w karierze Paula Shoulberga w moich oczach zdecydowanie najzacieklej broni się klimatem. Wielki, mroczny i olśniewający (fantazyjny hol), hotel w West Baden Springs. Najmniej komfortowo czułam się w pokoju zajmowanym przez Ericę Shaw – szkaradna tapeta, która optycznie pomniejszała to wnętrze. Staroświecko umeblowany pokoik (antyczne meble), gdzie najbardziej godne uwagi stanie się wiszące lustro. Najważniejszym przedmiotem pozostanie jednak wypełniona wodą źródlaną butelka, przekazana Erice jeszcze w Chicago przez córkę Campbella Bradforda. Wygląda to tak, jakby ta przeklęta woda przyciągała Erikę. I nie tylko ją. Działała jak magnes na spragnioną kobietę. Spragnioną wiedzy o człowieku, który, jak wszystko na to wskazuje, dopuścił się czegoś strasznego. Tak narodziła się czarna legenda. Wśród stałych mieszkańców West Baden Springs przypuszczalnie nie znajdzie się osoby, która nie słyszała o Campbellu Bradfordzie. Woda znaleziona w rzeczach pradziadka nowego znajomego Eriki, Josiah Bradforda (przeciętna kreacja Andrew J. Westa), szybko staje się jej ulubionym narkotykiem. To najkrótsza droga do informacji na temat Campbella. Najszybszy, ale raczej nie najbezpieczniejszy sposób na dokładniejsze poznanie historii, którą Erica ma zamiar wyważyć drzwi do kariery, która zasłużenie czy nie (to się dopiero okaże) została jej odebrana. Usunęła się w cień, bo nie miała innego wyjścia. Nie ukrywam, że zafascynowała mnie ta postać. Jest w niej coś takiego, jakaś mroczna charyzma... Miałam jakąś nieodpartą potrzebę sforsowania tego wysokiego muru, którym otoczyła się Erica Shaw. Nieodpychająco zimna, zdystansowana, nieobliczalna kobieta prześladowana przez zjawy. To jedna z możliwości. Druga: objaw choroby psychicznej, halucynacje, które znajdują pożywkę w najzwyklejszej wodzie. Cokolwiek to jest, pokazuje się nam (i jej) bez upiornego makijażu – ot, zwyczajni ludzie, z których jednakże bije jakaś groźna, nadnaturalna energia. Fabularnie „Tajemnica rzeki” w moim odczuciu niedomaga. Zawodzi, może nie na całej linii, ale pozostał sporty niedosyt. Wyglądało to trochę tak, jakby scenarzysta i reżyser w jednej osobie, nie mógł zdecydować się na jakiś kierunek dla tej opowieści. Jakby krążył w poszukiwaniu najlepszej drogi do, przyznaję, niezgorszego ostatniego „aktu” tego klimatycznego widowiska. Który parę razy robi „buu!”, ale w przeważającej mierze bazuje na bardziej, nomen omen, ambitnych sposobach zasiewania niepokoju, niepewności, a w najlepszym razie czystej grozy u odbiorców. Niemniej pewnie lepiej by to działało, gdyby droga pierwszoplanowej postaci do zatracenia lub wybawienia, była trochę mniej kręta. Gdyby tak głębiej wejść w tę niebanalną postać, gdyby bardziej skupić się na niej, a mniej na jej otoczeniu, to zapewne lepiej spędziłabym czas z tą sekretną rzeką.

Nie mogę odradzić tej amerykańskiej produkcji miłośnikom kina grozy. Nie entuzjastom horrorów z tak zwanej nowej fali, bo jeśli chodzi o sympatyków tej drugiej opcji, „konkurencyjnej firmy”, która charakteryzuje się większym dynamizmem i mniej powściągliwym stosunkiem do efektów specjalnych, to już nie mam takich oporów. Pierwszy horror w reżyserskiej karierze Paula Shoulberga (też pierwszy jeśli już nie napisany, to na pewno wykorzystany scenariusz horroru w jego karierze), filmowa adaptacja powieści Michaela Koryty pod tym samym oryginalnym tytułem („So Cold the River”), która w mojej ocenie lepiej sprawdza się na gruncie stricte technicznym niż tekstowym. Fabuła co najwyżej przeciętna, jak dla mnie. Ale klimat, uważam, się ekipie od „Tajemnicy rzeki” udał.

piątek, 8 lipca 2022

Jonathan Levi, Emma French „Za murami Broadmoor. Najsłynniejszy szpital psychiatryczny na świecie”

 

Amerykański pisarz i producent filmowy (wyłącznie filmy i seriale dokumentalne) Jonathan Levi i jego żona, historyczka kultury doktor Emma French za murami najsłynniejszego brytyjskiego zakładu psychiatrycznego dla najbardziej niebezpiecznych przestępców. Jonathan Levi studiował na Yale University i w Clare College na University of Cambridge. Przez jakiś czas współtworzył brytyjski magazyn literacki „Granta”, a po odejściu z niego zawiązał współpracę z Metropolitan Opera Guild, organizacją wspierającą nowojorską Metropolitan Opera. Przez sześć lat był krytykiem literackim w „Los Angeles Times”. Jego opowiadania i artykuły ukazywały się w wielu magazynach (np. „International Herald Tribune”, „GQ”), a w swojej bibliografii ma zarówno pozycje non-fiction („Hatton Garden: The Inside Story: The Gang Finally Talks From Behind Bars”), jak powieści („A Guide for the Perplexed”, „Septimania”). W 2002 roku Levi został pierwszym dyrektorem Richard B. Fisher for the Performing Arts w Bard College. „Za murami Broadmoor. Najsłynniejszy szpital psychiatryczny na świecie” (oryg. „Inside Broadmoor: Up Close and Personal with Britain's Most Dangerous Criminals”) na rynku wydawniczym zadebiutował w roku 2019, pięć lat po premierze brytyjskiego miniserialu dokumentalnego pt. „Broadmoor” w reżyserii Olivii Lichtenstein, którego Jonathan Levi był producentem wykonawczym, i które to przedsięwzięcie zainicjowało pracę nad książką o prawdopodobnie najbardziej znanym zamkniętym ośrodku psychiatrycznym na świecie. Książką, która przez jakiś czas widniała w pierwszej dziesiątce listy bestsellerów „The Sunday Times”. Pierwsze polskie wydanie - w miękkiej oprawie - przygotowało wydawnictwo Czarna Owca na rok 2022, w tłumaczeniu Tomasza Wyżyńskiego.

Doktor Emma French, historyczka kultury, pisząca między innymi o tym, jak poszczególni ludzi, miejsca i historie trafiają na pierwsze strony gazet, w przeciwieństwie do swojego męża Jonathana Leviego, nie miała okazji obejrzeć od środka jednego z najpilniej strzeżonych szpitali psychiatrycznych na świecie, zanim zdecydowali się rozciągnąć odkłamywanie mitów na temat tego zabytkowego obiektu na wydanie książkowe. Podpiąć się pod tematykę miniserialu, który był swego rodzaju pierwszą przepustką Leviego za wysokie mury Broadmoor - niełatwo było ją uzyskać, zespół dokumentalistów starał się o nią kilka lat. Producent wykonawczy „Broadmoor” wrócił tam jakiś czas po sfinalizowaniu prac nad tą pozycją, w nadziei na pozyskanie jakichś dodatkowych materiałów, które mógłby wykorzystać w książce. On i Emma French, jego „wspólniczka w zbrodni”. Osławiony brytyjski szpital psychiatryczny odcisnął piętno na obojgu. Autorzy „Za murami Broadmoor. Najsłynniejszego szpitala psychiatrycznego na świecie” mówią o tym wprost, ale poprzestają na ogólnikach, nie przeprowadzają drobiazgowej autoanalizy. Bo to nie miała być opowieść o nich, tylko o założonym w 1863 roku zamkniętym ośrodku psychiatrycznym w angielskim hrabstwie Berkshire. Kompleksie budynków, przypominający małe miasteczko, czy bardziej maleńką wieś. Wieś otoczoną wysokim murem, który nieraz był pokonywany przez niedobrowolnych mieszkańców tego miejsca.

Szpital, stojący na wzgórzu nad malowniczą wioską Crowthorne, to duży kompleks wiktoriańskich budynków w stylu neogotyckim, silnie przemawiający do wyobraźni opinii publicznej” - między innymi takimi słowami Jonathan Levi i Emma French opisują więzienie i zarazem azyl dla stanowiących zagrożenie dla siebie i/lub innych mężczyzn (dawniej również kobiet) z chorobami psychicznymi i/lub zaburzeniami osobowości. „Za murami Broadmoor. Najsłynniejszy szpital psychiatryczny na świecie” to taka trochę historia na skróty. Na niespełna dwustu stronicach, Jonathan Levi i Emma French upchnęli mnóstwo wątków o tytułowym obiekcie. Setki lat funkcjonowania pilnie strzeżonej placówki dla różnej maści przestępców w niezbyt uporządkowany, żeby nie powiedzieć chaotyczny, sposób zamknięte w tak ciasnej przestrzeni. Tyle tematów, a tak mało miejsca. W dodatku autorzy lubią się powtarzać. Wygląda to trochę jak zbiór tekstów napisanych w różnym czasie - zresztą, może faktycznie tak było – albo po prostu Leviemu i French nader często zapominało się, co mówili wcześniej. A tak zupełnie poważnie: „Za murami Broadmoor” według mnie aż się prosi o staranniejszą redakcję. Właściwie nawet kosmetyczne poprawki znacznie ułatwiłyby nieprzymusowy pobyt w kontrowersyjnym szpitalu psychiatrycznym. Budzącym powszechny lęk (a przynajmniej dawniej), ale i coś w rodzaju fascynacji. Media, zwłaszcza w latach 80-tych XX wieku, dokładały starań, by przedstawić Broadmoor w jak najgorszym świetle. Wymyślano niestworzone historie o tym miejscu. Upiorne, makabryczne mity, które sprzedawano jako fakty. Sensacyjne nagłówki przerażających, odrażających artykułów, które nierzadko mocno rozmijały się z prawdą. Z drugiej strony... Seryjni mordercy, kanibale, pedofile, gwałciciele – między innymi tacy ludzie chcąc nie chcąc „zaszczycali swoją obecnością” te wiktoriańskie mury od 1864 roku. Wcześniej było to coś w rodzaju zamkniętego psychiatrycznego przytułku dla okrutnie pogubionych kobiet – niejedna dzieciobójczyni dopiero tutaj poczuła się jak w domu (spokój, bezpieczeństwo, wsparcie etc.). Obecnie Broadmoor kojarzony jest głównie z takimi zbrodniarzami, jak Peter Sutcliffe, zwany Rozpruwaczem z Yorkshire, John Straffen, Kenneth Erskine, zwany Dusicielem ze Stockwell, Peter Bryan, czy Charles Bronson, więzień celebryta. Wzmożone zainteresowanie mediów szpitalem Broadmoor w przedostatniej dekadzie XX wieku wzięło się głównie z umieszczenia w tych murach ich ówczesnego „ulubieńca”, tj. jednego z głównych obiektów zainteresowania brytyjskich dziennikarzy w tamtym czasie. Wspomnianego już Rozpruwacza z Yorkshire, który w efekcie stał się jednym z najbardziej znanych seryjnych zabójców działających na terenie Wielkiej Brytanii – sławą, czy raczej niesławą, przewyższa go bodaj tylko Kuba Rozpruwacz. Levi i French pokrótce przedstawiają sylwetki największych czarnych gwiazd Broadmoor, ale szczerze mówiąc bardziej interesowały mnie historie innych pacjentów, płotek w porównaniu do takiego Petera Sutcliffe'a. Bo to zawsze jakaś nowość, aczkolwiek wypada zaznaczyć, że personalia niektórych z nich zostały utajnione – na początku tej publikacji autorzy uprzedzili, że niektórym nadali inne imiona/nazwiska, „żeby chronić ich prywatność oraz uczucia rodzin ofiar”.

Broadmoor to instytucja pełna sprzeczności: najbardziej brutalni przestępcy są najbardziej bezbronni, a horror czynów pacjentów – przeciwko sobie i innym – kontrastuje z banalnością codziennego życia oddziałów.”

Życie codzienne pacjentów i personelu Broadmoor w różnych okresach historycznych. Wpływ tego ośrodka na najbliższych sąsiadów – między innymi mieszkańców niewielkiej miejscowości o nazwie Crowthorne. Opisy zewnętrza (architektura budynków, naturalny krajobraz i wspomniana już urokliwa wioska, która swój rozkwit zawdzięcza także temu ośrodkowi) oraz o wiele dłuższy obchód po wszystkich oddziałach Broadmoor. Ucieczki, stosowane terapie, skandale, nadużycia. Mity i fakty. Wypowiedzi paru pacjentów, częściej członków personelu, czy tam ludzi, którzy dawniej pracowali w tym owianym złą sławą „państwie w państwie”, tzn. à la wsi we wsi. Razem z Jonathanem Levim i Emmą French zwiedzimy oddział przyjęć, gdzie każdy przymusowy mieszkaniec Broadmoor zwykle spędza parę miesięcy, po czym zostaje przeniesiony, na któryś z trzech głównych oddziałów. W dodatku pacjentów dzieli się na tych, którzy cierpią na choroby psychiczne i na tych, którzy zmagają się z zaburzeniami osobowości (ciekawe jak z tymi podpadającymi pod obie kategorie...). Najmniej swobody – właściwie to praktycznie żadnej – mają osoby umieszczone na oddziale dla pacjentów niebezpiecznych. Jeśli stan któregoś z nich ulegnie poprawie, to trafi na oddział podwyższonego ryzyka, ale najbardziej upragnionym obszarem w Broadmoor jest oddział rehabilitacji, gdzie czas z pewnością nie płynie tak straszliwie wolno. Tutaj można znaleźć mnóstwo prostych rozrywek, aktywnie spędzać czas i nawiązywać bliższe relacje z innymi osadzonymi. Oczywiście, pracownicy Broadmoor dla bezpieczeństwa swojego i innych, nawet tutaj nie powinni tracić czujności. Nawet ci, którzy zostali uznani za względnie bezpiecznych dla otoczenia, w każdej chwili mogą ruszyć do ataku. Najlepsi sanitariusze, pielęgniarki i lekarze potrafią przewidywać takie akcje – efekt długoletniej obserwacji chorych psychicznie i cierpiących na zaburzenia osobowości pacjentów – ale nie wszystkie. Prawdopodobnie jeszcze się taki nie urodził, który zdołałby przewidzieć wszystkie przykre, krwawe, czasami śmiertelne w skutkach sytuacje, do jakich dochodziło w Broadmoor. Autorzy mają wiele szacunku, wręcz podziwu, dla wieloletnich, najbardziej oddanych, zaangażowanych pracowników tego nie tak znowu mrocznego obiektu. Albo inaczej: Levi i French starają się wpuścić trochę światła do tego niegościnnego zakątka hrabstwa Berkshire. Szczelnie zamkniętej placówki, która nie zawsze była tak doskonałą twierdzą. Ta forteca w przeszłości miała wiele słabych punktów, co udowodnili niektórzy pacjenci. Uciekinierzy, spośród których przynajmniej jeden (autorzy podają to jednak w wątpliwość) niedługo po samowolnym wyjściu na wolność mógł dopuścić się kolejnej nieodwracalnej zbrodni w swojej nieimponującej karierze. Zaciekawił mnie też najwyraźniej dość gruby skandal, jaki wybuchł niedługo po śmierci głównego czarnego charakteru. Charyzmatycznego mężczyzny, który podobno zrobił sobie z Broadmoor coś, co pozwolę sobie nazwać perwersyjnym, wręcz chorym miasteczkiem zabaw. Bez większego trudu miał omotać nie tylko zarząd i szeregowych pracowników Broadmoor, ale także czynnych polityków. Tak czy inaczej, niektórzy wybrańcy narodu mocno pożałowali pochwał kierowanych pod jego adresem w przestrzeni medialnej. Trudno powiedzieć, czy bardziej żałowali ewentualnych krzywd (zeznania przynajmniej niektórych potencjalnych ofiar tego człowieka) wyrządzonych między innymi chorym psychicznie kobietom i mężczyznom, czy szczerze współczuli tym ludziom, czy jak to zazwyczaj w tym środowisku (politycznym) bywa, bardziej zajmowali się sobą. Ratowaniem swojej kariery, cerowaniem swojego niespodziewanie pokiereszowanego wizerunku. To nie jedyny skandal przedstawiony na kartach „Za murami Broadmoor” - warto dodać, że część z nich rozegrała się w innych zamkniętych zakładach psychiatrycznych dla najbardziej niebezpiecznych przestępców. A przynajmniej tak takie obiekty jak Broadmoor zapisały się w świadomości nie tylko brytyjskiego społeczeństwa.

Rozczarowująco pobieżne podejście do nader obszernego tematu. Tyle przygotowań, a tak mało lania na papier. Pisarz i producent telewizyjny, Jonathan Levi oraz historyczka kultury, doktor Emma French, małżeństwo, w mojej ocenie dość niezręcznie skrzyżowało swoje pióra nad „Za murami Broadmoor. Najsłynniejszym szpitalu psychiatrycznym na świecie”, po uprzednim długim, wyczerpującym, chyba najbardziej psychicznie, zbieraniu materiałów o jednym z najpilniej strzeżonych, niepokojących miejsc w Wielkiej Brytanii. Nie przeczę, że poszerzyłam swoją wiedzę na temat tytułowego obiektu, ale wolałabym bardziej wyczerpującą analizę poszczególnych postaci, bardziej uporządkowane relacje z wydarzeń, jakie rozegrały się w tych przeklętych czy zbawiennych(?) murach i sugestywniejsze opisy wszystkich nie tak znowu mrocznych zakątków tej niby wioski w angielskim hrabstwie Berkshire. Według mnie wyszło średnio, a mogło wyjść... to coś.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu


środa, 6 lipca 2022

Scott Hawkins „Biblioteka na Górze Opiec”

 

Garrison Oaks: na pierwszy rzut oka niczym niewyróżniające się amerykańskie osiedle. W rzeczywistości siedziba wielowiekowego bóstwa Ablakhy alias Adama Blacka, właściciela niezwykłej Biblioteki. Dla Carolyn Sopaski i jej przyszywanego rodzeństwa jest po prostu Ojcem. Bezwzględnym mentorem, który adoptował ich w dzieciństwie. Pod jego surowym okiem każdy z nich studiował inny katalog tajemnej wiedzy i nadzwyczajnych umiejętności. Carolyn przypadły języki, wszystkie, jakie kiedykolwiek istniały. Nagłe zniknięcie Ojca i niepojęte odcięcie jego uczniom dostępu do bezcennej Biblioteki, zmusza tych ostatnich do współdziałania. Najważniejsze jest odzyskanie Biblioteki i rozpracowanie wroga, którym, jak dobrze wiedzą, może być jedno z nich. Odnalezienie w świecie żywych lub umarłych i sprowadzenie z powrotem Ojca, przynajmniej dla większości z nich nie jest priorytetem. Ale zrobią to, jeśli tylko będzie taka możliwości. Prawdopodobnie, prawie na pewno, być może. Tymczasem Carolyn wciąga w ich sprawę nic nie rozumiejącego, mocno zdezorientowanego zwykłego Amerykanina, hydraulika z przestępczą przeszłością, Steve'a Hodgsona.

Scott Hawkins urodził się w Idaho, dorastał w Karolinie Południowej, studiował na University of South Carolina na kierunku informatycznym. Potem zajmował różne stanowiska komputerowe, stworzył też kilka poradników informatycznych, a „Biblioteka na Górze Opiec” (oryg. „The Library at Mount Char”) to jego pierwsza wydana powieść. Utwór fantasy, który swoją światową premierę miał w 2015 roku, a w Polsce zadebiutował siedem lat później pod szyldem wydawnictwa Mag – twarda oprawa pokolorowana przez Dark Crayon, jak zwykłe w przepięknym tłumaczeniu Pauliny Braiter. Wszystko zaczęło się w 2006 lub 2007 roku na warsztatach pisarskich z Barbarą Gordon (Batgirl!), która w pewnym momencie zaczęła utyskiwać na to, że w kulturze popularnej bibliotekarki i bibliotekarzy zwykle przedstawia się jako łagodne mole książkowe. Powiedziała, że marzy jej się choć jeden zabójczy wariat w tej szacownej profesji. Hawkins zanotował to sobie („bibliotekarze mordercy”) i temat został z nim na dłużej. Na wczesnym etapie prac, w ramach przygotowań, obejrzał trochę filmów z femme fatales i innymi seksownymi kobietami („Żar ciała” Lawrence'a Kasdana, „Pełnia zła” Harolda Beckera, „Ostatnie uwiedzenie” Johna Dahla); pomocne okazały się też między innymi takie książki jak „Writing the Breakout Novel” Donalda Maassa, „Art of Fiction” Johna Gardnera i „Dynamic Characters” Nancy Kress. Pierwszą czytelniczą miłością Hawkinsa był Robert Heinlein, a następny był Stephen King – po przeczytaniu jego „Miasteczka Salem” Hawkins poważnie zaczął myśleć o zostaniu powieściopisarzem. Duży wpływ na jego pióro mieli Thomas Harris (jego ulubiona książka z Hannibalem Lecterem to „Czerwony smok”) i Ursula K. Le Guin. Swoje pewnie zrobiły też eseje Annie Dillard, a z nowszych czytelniczych fascynacji Scotta Hawkinsa, dumnego posiadacza gromadki psów, to na pewno twórczość Adama Johnsona.

Niezbyt mroczna, choć dość brutalna, dowcipna i przede wszystkim pomysłowa powieść fantasy wspaniale się zapowiadającego amerykańskiego powieściopisarza, który lubi gotować i kocha psy. Postać, którą postawił w centralnym punkcie „Biblioteki na Górze Opiec”, młoda kobieta Carolyn Sopaski, ma zgoła inny stosunek do tych czworonożnych stworzeń. W zasadzie Scott Hawkins w niemałym zakresie stworzył ją na swoje niepodobieństwo. Carolyn i jej przyszywane rodzeństwo drastycznie odstają od amerykańskiego społeczeństwa. W zasadzie od dawna nie uważają się za Amerykanów. Mieszkają w Stanach Zjednoczonych, na ekstremalnie nietypowym osiedlu Garrison Oaks, leżącym przy Garrison Drive. Urodzili się Amerykanami, ale stali... kimś innym. Wszechmocny Ojciec uczynił ich bibliotekarzami, czy raczej Bibliotekarzami. Carolyn miała jakieś osiem lat, kiedy z wygodnego, na wskroś zwyczajnego rodzinnego gniazdka przeniosła się do świata niemagii i nieczarodziejstwa. Dla czytelnika, tak jak i dla biednego Steve Hodgsona, to czysta magia, ale jego zmora, dziwna kobieta, poliglotka nad poliglotkami, która wciągnęła go w istne szaleństwo, stanowczo sprzeciwia się takim porównaniom. Zimna, acz niepozbawiona poczucia humoru. Ekstrawagancka w tłumie niewtajemniczonych, ale niczym niewyróżniająca się, wręcz nijaka, bezbarwna wśród swoich. Większość czasu spędzająca z nosem w książkach, sama w swoim ciasnym pokoiku, w którym zawsze (no, prawie zawsze) panuje idealny porządek. Pozostali mieszkańcy upiornego domu Ojca, przywykli do tego, że rzadko zaszczyca ich swoją obecnością. Oni też mają swoje obowiązki, ale wszyscy zdają się zgadzać co do tego, że Carolyn jest najpilniejszą uczennicą nieswojego Ojca. Carolyn ewidentnie przesadza. Carolyn powinna trochę wyluzować. Więcej spać, częściej jeść i najzwyczajniej czasami zrelaksować się w (nie)zacnym towarzystwie. Ale nie, Carolyn nie ma na to najmniejszej ochoty. Carolyn nie może sobie na to pozwolić. Carolyn ma ważniejsze sprawy na głowie. Tak naprawdę teraz wszyscy straszliwie pokiereszowani, mocno skrzywieni wychowankowie wszechpotężnego Ablakhy, znanego też jako Adam Black, powinni koncentrować się wyłącznie na sprawie. Wszystko bowiem wskazuje na to, że właśnie ważą się losy całego wszechświata. Bądź wszechświatów. Największa, najważniejsza z dotychczasowych misji niegodnych zaufania bibliotekarzy. Złych do szpiku kości? Śmiertelne zagrożenie dla globalnej populacji czy ostatnia nadzieja ludzkości? Scott Hodgson, człowiek, który prawdopodobnie będzie najbardziej stabilnym oparciem dla czytelnika – postać, z którą najłatwiej się utożsamić, do obozu, której najbezpieczniej przystąpić – sam nie wie, co myśleć o tych przeklętych stworzeniach, które zrujnowały mu życie. Dlaczego? Nie ma zielonego pojęcia. Żył sobie spokojnie, nikomu nie wadząc ze swoim ukochanym pieskiem, ten początkujący buddysta, hydraulik z nieczystą kartoteką, aż tu nagle... Gdyby w jego życiu nie pojawiła się Carolyn Sopaski, to Steve być może nigdy więcej nie wszedłby w kolizję z prawem. A już na pewno nie w taką. Kradzież z włamaniem, za to był już karany, ale o takich zarzutach, jakie przedstawiono mu niedługo po poznaniu Carolyn, nawet mu się nie śniło. A to dopiero początek. Mroczna pannica jeszcze z nim nie skończyła. O nie! Carolyn z jakiegoś sobie tylko znanego powodu uznała, że Steve Hodgson jest najlepszym kandydatem do odegrania jakiejś nieznanej roli w jej sprawie. Ten trochę niezdarny, pyskaty, ale w gruncie rzeczy mający gołębie serce, młody mężczyzna, który choćby nie wiadomo jak się starał, nie jest w stanie nadążyć za tą kobietą. Przepaść kulturowa. Wyjątkowo głęboka i szeroka. On jest z Ziemi, a ona... z tej samej, ale innej Ziemi. Wiem, jak to brzmi, ale tak to już jest w tym fantastycznym świecie przedstawionym. Skoro już fantazjujemy, to po co się ograniczać? Podróżowanie w czasie i przestrzeni, ożywianie zmarłych, opanowanie wszystkich znanych i nieznanych języków wszechświata, w tym mowy zwierząt i nienaturalnych, wymyślonych specjalnie na potrzeby tej historii stworzeń, zaraza, która mnie mocno zapachniała prozą Howarda Phillipsa Lovecrafta i inne katastrofy niekoniecznie naturalne. Prawie na pewno nienaturalne. Elementy szeroko zakrojonego spisku najwyraźniej wymierzonego w potwornego Ojca i jego niewiernych uczniów, wśród których może być zdrajca. Carolyn i pozostali biorą to pod uwagę. Działają w porozumieniu, współpracują, choć są przygotowani na odkrycie wroga w swoich szeregach.

Początki bywają trudne. A już zwłaszcza, gdy bez żadnego przygotowania, natychmiast zostajemy wrzuceni do innego świata. Wyimaginowane realia. Nowe uniwersum. A kiedy już zadomowimy się (bo to zapewne wcześniej czy później nastąpi) w tym oszałamiającym, imponująco złożonym świecie przedstawionym - albo jeszcze przedtem - odnajdziemy sporo wielokrotnie wykorzystywanych już motywów. Nie tylko w gatunku fantasy, w który to „Biblioteka na Górze Opiec” najdobitniej się wpisuje. Thriller, horror, czarna komedia, powieść szpiegowska. Carolyn Sopaski to w moim uznaniu najbarwniejsza, najbardziej fascynująca postać na tej oszalałej kolejce górskiej. Femme fatale, stereotypowa kujonka, czarodziejka. Wyrachowana zabójczyni nosząca się w dość oryginalny, żeby nie powiedzieć cudaczny sposób, co zdaje się być przypadłością rodzinną. Pozostali wychowankowie boga Adama Blacka też zazwyczaj wyróżniają się ubiorem - albo jego brakiem - co więcej w tym towarzystwie z łatwością wypatrzymy osoby, na których twarde wychowanie Ojca odcisnęło większe piętno. Twarde to za mało powiedziane. Torturowani, nierzadko zabijani i przywracani do życia. Palenie żywcem i wydłubywanie oczu, to tylko wybrane przykłady dyscyplinowania swoich podopiecznych przez niestarzejącą się istotę. Adam Black opanował wszystkie katalogi, które potem porozdzielał między swych uczniów. Innymi słowy, postarał się o to, by każdemu przypadła jedna dziedzina wiedzy i umiejętności w jakimś zakresie niedostępnych zwykłym śmiertelnikom. Historia tej niezwyczajnej rodzinki będzie się odkrywać stopniowo, niejako przy okazji aktualnych wydarzeń. Właściwa akcja toczy się w czasach współczesnych, ale Scott Hawkins nie szczędzi nam też nieszybkich wglądów w mniej (dorastanie pod kolczastymi skrzydłami Ablakhy) i bardziej (wcześniejsze dzieje Ablakhy) odległą przeszłość - interludia i inne wspomnienia oraz teksty przestudiowane przez Carolyn. Poznamy też, jeśli o mnie chodzi nie mniej zajmujące, historie zwykłych Amerykanów wplątanych w jakąś niepojętą intrygę. Przedstawionego już Steve'a Hodgsona i Erwina Charlesa Leffingtona, żywej legendy armii Stanów Zjednoczonych, obecnie pracującego w agencji federalnej o nazwie Homeland Security. I wspaniałych lwów, najlepszych przyjaciół przynajmniej jednego człowieka ze świata Scotta Hawkinsa. Szczegółowo, starannie, bez rzucających się w oczy niedociągnięć (no może z wyjątkiem zarazy, o której autor, jakby szybko zapomniał. Natomiast do tych, którzy zastanawiają się nad losem Peteya Hawkins już poza książką, w swoich wypowiedziach na jej temat, uspokajał zaniepokojonych: nieboraka przygarnęła jakaś dobra dusza), z językowym rozmachem wykreował swój niemały światek, gdzie to, co pospolite, dla nas zwyczajne, zderza się z tym, co wykluło się w jego bogatej, nieskrępowanej, uroczo rozochoconej wyobraźni. Przezabawne odzywki (dominują ironia i sarkazm) i sytuacje, płynnie, ze zdumiewającą lekkością (ta naturalność, niewymuszoność), z gracją przechodzą w trzymające w nieznośnym napięciu, desperackie, niekiedy mocno przygnębiające zmagania mniej i bardziej podejrzanych, niepowierzchownie przedstawionych, charakterystycznych uczestników tej nieziemskiej intrygi zawiązanej nie wiadomo przez kogo, ale wszystko wskazuje na to, że stawką jest tytułowa Biblioteka. Masz Bibliotekę na Górze Opiec, to masz władzę absolutną nad wszechświatem. Niewykluczone, że więcej niż jednym. Gra o boski tron. Donośnie przemawiająca do wyobraźni, szarpiąca przeróżne emocjonalne struny, zaskakująca i przede wszystkim kreatywna opowieść o bibliotekarzach, jakich nie znacie. Tak niekonwencjonalnych, że aż nienormalnych;)

Nie zniechęcajcie się, wszyscy, którzy zagubicie się w świecie przedstawionym w „Bibliotece na Górze Opiec”, pierwszej wydanej powieści Scotta Hawkinsa. To może trochę potrwać, ale jestem pewna, że w końcu poczujecie się jak pełnoprawni obywatele tej (nie)magicznej krainy. A przynajmniej bardziej kompetentni, oswojeni z nienaturalnym środowiskiem, też zapewne mocno zaangażowani emocjonalnie, turyści. Skomplikowana intryga, niezwykłe talenty, nieskończona wiedza, inne światy, fascynujące stworzenia i oczywiście Biblioteka. „Jedna, by wszystkimi rządzić. Jedna, by wszystkie zgromadzić i w ciemności związać” (niedokładny cytat z J.R.R. Tolkiena). Gorąca propozycja dla fanów powieści fantasy, która porozumiewawczo mruga też do zwolenników powieści noir, horrorów, thrillerów i historii szpiegowskich. Warto rozpatrzyć. Najlepiej pozytywnie:)

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu