Stronki na blogu

czwartek, 20 października 2022

„Bodies Bodies Bodies” (2022)

 

Sophie zabiera swoją nową dziewczynę Bee na niezapowiedziane spotkanie ze swoimi dawno niewidzianymi przyjaciółmi, spędzającymi weekend w zacisznym dworku należącym do rodziców jednego z nich. Młodzi ludzie są zaskoczeni takim obrotem spraw, ale w większości nie mają nic przeciwko dokończeniu weekendu w towarzystwie marnotrawnej przyjaciółki i nieznanej im dziewczyny. Po zapadnięciu zmroku, gdy za oknami szaleje burza, Sophie proponuje zagrać w „Bodies bodies bodies”, ulubioną grę jej paczki, która zaczyna się w kompletnych ciemnościach, a kończy wraz z rozpracowaniem tożsamości zabójcy. Zabawa doprowadza do kłótni, a niedługo potem gasną światła. I pada pierwszy prawdziwy trup. Pozostali przy życiu odcięci od świata zewnętrznego, spanikowani młodzi ludzie szybko nabierają przekonania, że mordercą jest jedno z nich. Tylko które?

A24, niezależna amerykańska firma zajmująca się produkcją i dystrybucją filmów, którą fani kina grozy kojarzą głównie z tak zwaną nową falą horroru, energicznie rozbudowuje swoją ofertę o obrazy slash. Po głośnym „X” Ti Westa przyszła kolej na „Bodies Bodies Bodies”, kolejną rąbankę A24 przygotowaną na rok 2022. W 2018 roku firma kupiła scenariusz autorstwa Kristen Roupenian, a w roku 2019 ogłoszono, że obraz wyreżyseruje Chloe Okuno (późniejsza twórczyni „Watcher” z Maiką Monroe w roli głównej) po uprzednim przerobieniu skryptu. Koniec końców na materiale Roupenian pracowała debiutantka Sarah DeLappe, która nie szczędziła zmian – właściwie drastycznie przemodelowała tę opowieść, można powiedzieć zaproponowała zupełnie inną wizję. Na krześle reżyserskim posadzono natomiast Halinę Reijn, twórczynię thrillera z 2019 roku pt. „Instynkt”. Główne zdjęcia do „Bodies Bodies Bodies” ruszyły w maju 2021 roku w kamiennym dworku w miejscowości Chappaqua w stanie Nowy Jork, a premiera odbyła się w marcu 2022 roku na South by Southwest Film Festival. We wrześniu tego samego roku ruszyła dystrybucja internetowa.

Amerykański satyryczny slasher o pokoleniu Z. Generacji social mediów, odciętej od swojego respiratora. Tragedia postaci zaludniających mały światek przedstawiony w „Bodies Bodies Bodies” Haliny Reijn, polega nie tyle na tym, że trafili na celownik niezidentyfikowanego mordercy, ile na tym, że zablokowano im dostęp do ich naturalnego środowiska. Jak ryby brutalnie wyjęte z wody. Zagubieni w twardej rzeczywistości. Zupełnie nieprzygotowani do mierzenia się z poważnymi problemami świata niewirtualnego. Reżyserka „Bodies Bodies Bodies” opowiadając o tym przedsięwzięciu podkreślała, że to nie jest opowieść o wielkich, złych mediach społecznościowych. Bardziej lustro niż czarny charakter. Narzędzie wydobywające i wzmacniające najbardziej przerażające części naszych osobowości. Naszych, nie swojej. Social media mogą być całkiem dobrym doradcą - to lustereczko powie ci, jak stać się lepszym, jeśli zechcesz. Tu jest pies pogrzebany. Wolna wola. Każde uzależnienie da się pokonać. Skoro Sophie (przekonująca kreacja Amandly Stenberg, której według mnie przypadła w udziale jedna z najwyrazistszych postaci, obok Jordan, odegranej przez Myha'lę Herrold) wyszła z nałogu narkotykowego, to jej przyjaciele mogą uniezależnić się od mediów społecznościowych. Da się żyć bez codziennego gwiazdorzenia w Sieci. No ba! Zawsze można urządzić imprezkę. Jest alkohol, jest zabawa. Do tego głośna muza, a gdyby ktoś nabrał ochoty, to i jakieś twardsze używki się znajdą. Młody gospodarz pomyślał o wszystkim, choć zdecydowanie wolałby, żeby jego goście nie dobierali się do zapasów, do drogich trunków ojca. Tatuś się wścieknie, ale to już twój problem. Takich masz przyjaciół. I wiesz co? Idealnie pasujesz do tego towarzystwa. Do tej bandy egoistów. Wszyscy wiedzą, że Sophie miała problem z narkotykami, wszyscy wiedzą, że zaliczyła odwyk i raczej nikomu nie zależy na tym, żeby wróciła na tamtą straceńczą ścieżkę. Nie żeby jakoś szczególnie obchodziło ich dobro Sophie. Jak zawsze, myślą przede wszystkim o własnym komforcie. Sprawa Sophie trochę namieszała w ich różowiutkiej bańce, ale przecież nie będą sobie odmawiać prochów tylko dlatego, że jest wśród nich Anonimowa Narkomanka. Pierwsi do pouczania innych w sprawach, w których, bądź co bądź, są ekspertami. Wciągniemy po kresce albo dwóch, a potem pomówimy o tym, jak wielki błąd popełniła nasza Sophie. Jej nie wolno, nam tak. Bo jest osobą czarnoskórą? O to chodzi? Kolejny przejaw niesławnego amerykańskiego rasizmu. Tak to widzi Sophie, ale ja odebrałam to jako żartobliwy prztyczek w nosy tych, którzy doszukują się rasizmu także tam, gdzie na pewno go nie ma. Przeczulonych na tym punkcie – jak zacięte płyty. Skąd ta pewność? Ano stąd, że Sophie nie jest jedyną ciemnoskórą osobą w tym gronie. Dowód A: Jordan. Więcej nie trzeba - teoria Sophie obalona. Tym bardziej, że to właśnie ta postać „obejmuje funkcję dowódcy”, gdy robi się gorąco. Nie żeby cieszyła się jakimś wielkim autorytetem, bo i trudno spodziewać się posłuchu w grupie złożonej prawie z samych urojonych pępków świata, ale gdy największa trwoga, to do Jordan. Dzielnie prowadzi tę niesforną zgraję, która nawet w takich ekstremalnych okolicznościach nie jest w stanie odsunąć na bok „ważniejszych spraw”. Okazuje się, że nawet perspektywa rychłej śmierci nie zakrzyczy pewnych kwestii. Dla widza to może i błahostki, widz niech sobie myśli, że odkleiliśmy się od rzeczywistości, skoro zamiast myśleć wyłącznie o przetrwaniu, zaprzątamy sobie głowy mnóstwem innych rzeczy. Nie, my po prostu mamy inną hierarchię wartości. Nie podoba się? To twój problem. Nie ma takiej siły, która powstrzyma nas przed rozmówieniem się z tak zwanymi przyjaciółmi. A sporo się tego przez lata nazbierało. I jeszcze ta obca wśród nas; cicha woda, a jak wiadomo takie przeważnie najbardziej brzegi rwą. Tak to szło czy jakoś inaczej? Kurczę, przydałby się internet. Wujek Google na pewno pomógłby wykaraskać się z tego piekiełka. A w takim układzie... kaplica. Zero szans.

Drugie pełnometrażowe osiągnięcie w reżyserskiej karierze Haliny Reijn zatytułowano tak jak jedną z ulubionych domowych rozrywek Sophie i jej długoletnich przyjaciół. Istna śmietanka towarzyska, wyższe sfery, w które wlatuje egzotyczny ptaszek. Bee wyraźnie nie przywykła do takich luksusów, w jakie wprowadza ją Sophie, jej aktualna partnerka, która jakiś czas temu została wygnana z tego niby bajkowego świata. Przez rodziców, którzy teraz, gdy już wyszła z niszczącego nałogu, może wreszcie uchylą to „surowe rozporządzenie”. A wtedy ona i Bee nie musiałyby już martwić się o pieniądze. Nigdy. Tymczasem Sophie postanawia odkurzyć stare przyjaźnie. W swoim stylu: bez przepraszania, bez przymilania się, czy chociażby uprzedzenia gospodarza, że zamierza wziąć udział w jego weekendowej imprezie. To miała być niespodzianka. Większość ucieszyła się na jej widok, ale czy szczerze? Tak czy inaczej, tylko Jordan od początku daje jasno do zrozumienia, że nie jest zadowolona z tego niespodziewanego rozrostu ich hałaśliwej grupki. Mało tego: ma czelność wcinać się między Sophie i Bee. Nikogo to specjalnie nie dziwi. Taka już jest, ta ich Jordan. Wredna dziewczyna. Jest i wredny chłopak, ale tak się składa, że Sophie to jego najlepsza przyjaciółka, najbliższa mu osoba w tym gronie, woli więc zatapiać swoje żądło w drugim obcym pod jego dachem. Nie tylko Bee jest tu swego rodzaju nowością. Jest i sporo starszy od nich mężczyzna, którego przygruchała sobie dumna twórczyni internetowego podcastu. Z pozoru niegroźna, szeroko otwarta na ludzi, lubiąca wszystkich, ale jeśli wymsknie ci się jakaś krytyczna uwaga na temat jej „życiowego dzieła”, jeśli choćby przewrócisz oczami albo westchniesz znacząco, prawdopodobnie na własnej skórze odczujesz moc jej gniewu. Atakuj sobie mojego chłopaka, ale podcast jest nietykalny. Świętość, której dla własnego bezpieczeństwa lepiej nie naruszać. Zabawa w poszukiwanie zabójcy nie jest zupełnym wymysłem twórców – oparte na grze Body body, znanej też jako Murder in the Dark. W tym świecie przedstawionym na starcie gracze piją po kielichu i inkasują po jednym silnym ciosie w twarz (kolokwialnie mówiąc: z liścia). Potem gasimy wszystkie światła – ale latarki są dozwolone – i rozbiegamy się po domu. Ten kto wcześniej wylosował kartkę z napisem „zabójca”, znajduje sobie jedną ofiarę, którą „zabija” klepnięciem w plecy. „Nieszczęśnik” pada, a kto znajdzie rzekome zwłoki musi krzyknąć „bodies bodies bodies”. Wtedy zapalamy światła, zbieramy w jednym pomieszczeniu i próbujemy odgadnąć, kto klepnął w plecy. To znaczy, kto zabił. Faktycznie zabił. Normalne w horrorze – w tym gatunku lepiej trzymać się jak najdalej od wszelkich gier, a jak już popełnisz ten błąd, to nigdy, przenigdy nie odłączaj się od grupy. Wiemy, ale to silniejsze od nas. Właściwie wyglądało mi na to, że twórcy celowo podkręcali jedną z najmniej rozumianych cech nurtu slash. Wyolbrzymienie tego, co wielu niemożebnie irytuje. Sławetne nielogiczne zachowania bohaterów. Samobójcy czy jak? Nie, po prostu stracili przyczepność. Grawitacja zniknęła. Okropny stan nieważkości. Zabrali takim internet i automatycznie cofnęli się w rozwoju:) Dzieci płaczące we mgle. A raczej w gęstych ciemnościach, nieśmiało rozpraszanych przez prawie wszystkie dziewczyny. Tutaj kryje się pewna symbolika – odbicie osobowości żeńskich postaci w wybranych źródłach światła. Tylko Sophie (nie licząc panów) nie ma własnego. Woli „podpinać się pod cudze światełka”, w czym też zawarto pewien przekaz dotyczący jej charakteru. „Bodies Bodies Bodies” to slasher, który należy traktować z przymrużeniem oka. Siekanina na wesoło. Myślę, że niegroźna nawet dla osób najmniej obytych w tego typu rodzaju widowiskach. Ja tam wolałabym ostrzej – chociaż jedno śmielsze ujęcie – ale przynajmniej w napięciu trochę potrzymało. Bo nie zawsze było mi do śmiechu. Często, ale nie zawsze. A zakończenie wprost cudowne. Nie wiedziałam czy mam się śmiać, czy płakać. UWAGA SPOILER Swoją drogą „Bodies Bodies Bodies” Haliny Reijn niektórym widzom nasunął silne skojarzenia z „Porąbanymi” (aka „Tucker i Dale kontra Zło”) Elia Craiga. Podobna koncepcja. Przewrotna. Zgrabny fikołek w nurcie slash. Kontrolowana wywrotka twardej konwencji KONIEC SPOILERA. Do tego stosownie nieprzyjemne dla ucha efekty dźwiękowe – instrumentalne wzmacniacze napięcia – ale i popowy numer „Hot Girl” Charli XCX, nagrany specjalnie na potrzeby „Bodies Bodies Bodies”, który tutaj w całości wybrzmi przy napisach końcowych. I zdjęcia lekko pachnące starym (lata 70. i 80. XX wieku), dobrym, tanim slasherem.

Zakręcony weekend. Najgorszy z najgorszych. A tak dobrze się zaczęło. Słońce, basen, drogie trunki, „szatański proszek”. I oczywiście imponujący dworek w malowniczym, zacisznym zakątku. Potem przyszła burza i wszystko diabli wzięli. Zabawa się skończyła. To już nie są żarty. Rozpoczęła się prawdziwa bitwa o życie. Bez internetu. Ogarniacie to? Widzicie, w jak beznadziejnym położeniu znaleźli się bohaterowie „Bodies Bodies Bodies”, komediowego slashera w reżyserii Haliny Reijn? Tak skończą młodzi, gdy zabraknie internetu. Spokojnie, to tylko żart. Albo nie, trudno powiedzieć. W każdym razie mnie nawet to to posmakowało. Mogło bardziej, ale dobre i to.

wtorek, 18 października 2022

Catriona Ward „Sundial”

 

Niczym niewyróżniający się dom na amerykańskim przedmieściu, a w nim z pozoru zwyczajna rodzina: małżeństwo Cussenów, nauczycielka Rob i naukowiec Irving oraz ich córki, faworyzowana przez ojca dwunastoletnia Callie i ulubienica matki, dziewięcioletnia Annie. Małżeństwo walczące. Wiecznie na polu bitwy. Rob marzyła o normalnym życiu, ale udało jej się stworzyć najwyżej cienką powłokę normalności. Skazana na związek z mężczyzną, którego ulubioną rozrywką jest przysparzanie jej cierpień. Ale według niego problem tkwi w niej. To ona jest niestabilna. Pustynny pomiot. Wychowana w czymś na kształt hipisowskiej komuny, na odizolowanym ranczu o nazwie Sundial, gdzie wkrótce zabierze swoją starszą córkę. Dziewczynkę zbierającą kości zwierząt. Niezdrowa fascynacja śmiercią, której ofiarą w każdej chwili może paść jej urocza siostrzyczka. Rob wierzy, że jedynym sposobem na ocalenie przynajmniej jednej z jej córek jest powrót do miejsca, z którym wiążą się jej najgorsze i być może najlepsze wspomnienia. Tylko ona i Callie, dziewczynka, która zajrzała w otchłań szaleństwa. Dziewczynka, która pokochała mrok.

Absolutnie przerażająca, według Stephena Kinga i miażdżąca serce niepokojem, według jego syna Joego Hilla, czwarta powieść Catriony Ward, amerykańsko-brytyjskiej dwukrotnej zdobywczyni August Derleth Award za najlepszy powieściowy horror (pierwotnie wydany w 2015 „Rawblood” i zaprezentowany światu trzy lata później utwór „Little Eve”, który ponadto został uhonorowany prestiżową Shirley Jackson Award dla najlepszej powieści), a druga wydana w Polsce, po hitowym „Ostatnim domu na zapomnianej ulicy” (oryg. „The Last House on Needless Street”) z 2021 roku, który już wkrótce może trafić na ekran – prawa do sfilmowania powieści wykupili Andy Serkis i Jonathan Cavendish, założyciele amerykańskiej firmy produkcyjnej The Imaginarium Productions. „Sundial”, thriller z elementami horroru, swoją światową i polską (w dwóch wersjach okładkowych, twardej i miękkiej oprawie, z logo wydawnictwa Czwarta Strona; w doskonałym tłumaczeniu Martyny Tomczak) premierę miał w roku 2022, a wszystko zaczęło się od MKUltra, kontrowersyjnych eksperymentów naukowców z CIA prowadzonych w latach 50-70. XX wieku. Catriona Ward od dłuższego czasu interesuje się tym tematem, ale na materiał, który poddał jej pomysł na książkę natrafiła stosunkowo niedawno. Dodatkowymi źródłami inspiracji były literacka twórczość Elizabeth Strout, powieść „We Are All Completely Beside Ourselves” Karen Joy Fowler oraz wyreżyserowany przez Debrę Granik pełnometrażowy film fabularny „Do szpiku kości” (oryg. „Winter's Bone”) z Jennifer Lawrence w roli głównej.

Według Catriony Ward „Sundial” mniej skłania się w stronę horroru od jej poprzedniej powieści, „Ostatniego domu na zapomnianej ulicy”. Bardziej thriller, ale dla fanów jego mroczniejszego kolegi bądź co bądź też coś przygotowała. Spekulacyjny wątek nadprzyrodzony. „Sundial” to (pod)gatunkowa cebula. Trzywarstwowa: klasyczny dreszczowiec, domestic noir i ghost story. Niezwyczajna saga rodzinna, która z zegarmistrzowską precyzją składa w umyśle czytelnika potężny mechanizm paraliżujący. Zastanawiający dyskomfort emocjonalny, niepostrzeżenie wchodzący pod skórę robal strachu, pełzająca ohyda, radośnie rozmnażający się pasożyt na wyjątkowo mroźnej pustyni. Ale najpierw wgląd w najeżone gwoździami rodzinne gniazdo Cussenów. Kiszące się w trującej cieczy, pogrążone w gęstych oparach piekielnej siarki. Związek Rob i Irvinga bardziej przypomina układ zawarty pod przymusem niż małżeństwo. Ona ma dość jego, on mam dość jej. Ona robi na złość jemu, a on jej. Energetyczne wampiry bez opamiętania żerujące jeden na drugim. Wszystko wskazuje na to, że większe korzyści czerpie z tego Irving, ale czy można to nazwać szczęściem? Trwanie pod jednym dachem z kobietą, której kijem by nie dotknął? Jakby budziła w nim obrzydzenie. A może boi się jej reakcji? Kto tu jest bardziej niebezpieczny: wybuchowy mąż czy marząca o normalności żona? Tak czy inaczej, w domu Cussenów wykształciło się coś w rodzaju dwóch wrogich obozów. A przynajmniej tak to wygląda po stronie Irvinga i jego oczka w głowie, dwunastoletniej Callie. Rob chyba wolałaby już zakończyć tę bezsensowną wojnę, ale pomimo starań nie potrafi stworzyć takiej więzi z pierworodnym dzieckiem, jaka łączy ją z dziewięcioletnią Annie. Bezwiednie robi to samo, co jej znienawidzony mąż – faworyzuje jedną z córek, przy czym tylko ją napawa to wstydem. Czyżby? „Prawo do składania zeznań” Catriona Ward przyznała tylko żonie. I jej pogubionej starszej córce, jak wszystko na to wskazuje, nieodróżniającej dobra od zła, a zatem niemogącej, przynajmniej w moich oczach, należycie reprezentować swojego kochanego tatusia. Stawać w obronie człowieka, którego bawi pojenie własnej żony miksturą z oślizgłych robaków, który wciąga swoją nieletnią córkę w chory projekt dręczenia Rob. Jej mieczem są słowa. Wie, co powiedzieć, żeby zabolało. Dwanaście lat pożycia małżeńskiego wystarczy, by odkryć czułe punkty swojego partnera, a Rob nie zwykła powstrzymywać się przed ich naciskaniem. Dlaczego by miała? Irving nie odpuszcza, Rob musi się więc jakoś bronić przed jego niesłusznym(?) gniewem. Poprzez regularne doprowadzanie go do czystej wściekłości? Drażnienie bestii ukrytej w jego wnętrzu? Ale to jeszcze nic. Gorzej sprawa ma się z Callie. Tak sądzi jej matka, która miała już do czynienia z podobnym przypadkiem niekoniecznie chorobowym. W Sundial, tam, gdzie się wychowała. Ranczo na pustyni Mojave, gdzie krążą upiory przeszłości. To miejsce, podobnie jak najbliższa osada – wymarła miejscowość, miasteczko widmo – w praktyce od dawna należy do duchów, ale na papierze stanowi wyłączną własność Rob. Przeklęta scheda, która może być jedyną deską ratunku dla jej córek. Albo jednej. Dla Callie może być już za późno. Los tej zaledwie dwunastoletniej dziewczynki zawisł na szali... obłędu jej rodzicielki? Obsesja na puncie tak zwanej normalności popychająca do wyeliminowania największej domniemanej anomalii? Odda pustyni jedno dziecko, by odegnać śmiertelne zagrożenie od drugiego? Niewidzialna przyjaciółka dziewczynki zwana Bladą Callie, niestrudzenie ostrzega Ciepłą Callie przed jej własną matką. Próbuje otworzyć jej oczy na straszną prawdę, ale dwunastolatka nie może, po prostu nie może przyjąć tego do wiadomości. Wie, że mama jej nie lubi, zawsze to czuła, ale żeby chciała ją zabić? Wszystko na to wskazuje, ale Callie desperacko trzyma się spróchniałej kłody bezpieczeństwa. Wątły płomyk dziecięcej nadziei, który prędzej czy później zgaśnie. Oby nie za późno. Tak? A co jeśli ścieżka wybrana przez przerażoną matkę, to najlepsze, co można w tej sytuacji zrobić? Co jeśli Catriona Ward zmusi nas do opowiedzenia się po stronie dzieciobójczyni? Kto jak kto, ale ta autorka z pewnością byłaby do tego zdolna. Słowo „tabu” w jej słowniku chyba nie istnieje. Niegrzeczna dziewucha, która będzie dociskać, dopóki nie pękniesz.

„Pesymista to ktoś, kto wie, jak wygląda rzeczywistość.”

Rodzina dysfunkcyjna. Patologiczna. Ach tak, wiesz już w czym rzecz? Nie, nie masz bladego pojęcia. Catriona Ward w „Sundial” zbudowała dom, który spokojnie mógłby wziąć udział w konkursie na najgorszy start dla człowieka. Skrajnie nieoptymalne warunki do rozwoju. Bliźniaczki w piaszczystej klatce. Autorka omawianej powieści spędziła trochę czasu na pustyni Mojave przed napisaniem „Sundial” i to ciche miejsce skojarzyło jej się z przestrzenią kosmiczną. Bezkresna pułapka. Uderzająco ponura, zwodnicza, dzika kraina, w której wbrew obiegowym opiniom niełatwo napoić się boskim nektarem wolności. Kraina Lodu. Jakoś nietopiąca się po odejściu nocy. Nie zawsze tak było, ale tu i teraz w Sundial czytelnik może zmarznąć na kość także w upalne dni. Tamta Rob, jak Ward ją nazywa, kochała to samowystarczalne ranczo. Miała wszystko, czego wówczas potrzebowała. Siostrę, która skoczyłaby za nią w ogień i vice versa. Przyszywanego starszego brata, prawdziwą skarbnicę fascynujących opowieści. Wszechwiedzącego ojca, u którego zawsze mogła poszukać porady – autorytet, stabilne oparcie, którego nie chciała rozczarować. Byłoby lepiej, gdyby jej ukochany tatuś nie związał się ze swoją asystentką po śmierci matki Rob i jej bliźniaczki Jack, ale nie można mieć wszystkiego. Poza tym zawsze można było pośmiać się ze znienawidzonej macochy. Naturalnie za jej plecami, ale z opowieści, którą w tym świecie przedstawionym Rob będzie snuć na użytek swojej problematycznej córki, wynika, że tak naprawdę bliźniaczkom zależało na tym, by obiekt ich złośliwości domyślał się, jakimi opiniami na jej temat się wymieniają. To była ulubiona rozrywka Jack, a Rob lubiła ją uszczęśliwiać, więc włączała się w tę litanię oszczerstw, tak naprawdę nie mając większych zastrzeżeń do odtrąconej macochy. Kobiety, która najwięcej czasu spędzała z psami. Mocno zaangażowała w pseudonaukowy projekt, który ściągał do tego zacisza nieprzebrane tłumy studentów. Rob i Jack zwykle traktowały ludzi z zewnątrz jak powietrze. Część krajobrazu, rozmazane tło (twarze zlewające się w jedno, niby zmieniające się postacie, ale dla nich niemal nieodróżnialne, identycznie nijakie, w porywach lekko irytujące) dla ich zwyczajowych zajęć. Ojciec był żarliwym przeciwnikiem zasad. Optował za pełną swobodą: zero obowiązków, wszystkie możliwe prawa. A już zwłaszcza do spełniania marzeń. Tak mówił, ale gdy przychodziło do czynów... Tego rodzaju osoby zwykle cierpią na coś w rodzaju schizofrenii. Sami sobie przeczą, a inni zdają się tego nie dostrzegać. Udają? Rob na pewno nie. Głąbka wchłaniająca budujące słowa przywódcy rodzinnej sekty (takie skojarzenia nieodparcie mi się nasuwały w kontaktach z tą postacią), a potem radośnie wracająca do swoich obowiązków. Dojenie krów, rozładunek mięsa dla psów, wykopywanie marchwi czy zrywanie papryki na kolację. Na ranczu zawsze jest coś do zrobienia, a uchylanie się od pracy nie jest mile widziane przez samozwańczego guru, czy jak kto woli zbuntowanego naukowca, który podobno nie uznaje czegoś takiego jak obowiązki, zasady, dyscyplina. Wolność znaczy niewola. Nowomowa, jak u Orwella. Syndrom wielu dyktatorów – jakby posługujących się lustrzanym odbiciem tradycyjnego słownika. A zatem w nim należy upatrywać największego zagrożenia? W człowieku, który udawanie lekką ręką zarządzał Sundial? Główny sprawca traumy nieszczęśliwej żony i matki, która umownie snuje tę potworną opowieść o złej i dobrej córce? Która jest która? Jakby demon nagle wstąpił w jedną z bliźniaczek i jakby trochę ocieplił się wizerunek szalonego naukowca. Co kryje się pod powierzchnią? Jak dotrzeć do najpewniej zgniłego jądra tej przeraźliwie ciężkiej opowieści? W nieprzejrzystej mgle beznadziei. W zgniatającym jak imadło, „niezdatnym do życia” klimacie. Za ciężko, za duszno, za ciasno. W tej głębokiej studni wypełnionej smołą. Idziesz z coraz cięższym sercem na spotkanie starego i nowego koszmaru. Przeszłość i teraźniejszość (doprawiona fragmentami z niewesołej twórczości Rob, powieści pisanych na użytek własny; ściśle tajne przez poufne) w pustynnym piekle. Coś w sam raz na zatrucie organizmu, ten „Sundial”.

Mrożąca krew w żyłach saga rodzinna. Wynaturzona opowieść familijna. Kto czytał „Ostatni dom na zapomnianej ulicy” Catriony Ward, ten wie, czego się spodziewać po jej drugiej wydanej w Polsce powieści. Niczego miłego. Wybebeszy i tak zostawi. Na pastwę wygłodniałych kojotów i innych „dzieci pustyni”. „Sundial” to nie jest opowieść dla delikatnych dusz, nienawykłych do brodzenia w odchodach ludzkich charakterów, nieprzyzwyczajonych do takiego chłodu, fetoru, do takiej ciasnoty. Wstręt, strach, szaleństwo. Imponująca siła sugestii. Szatańska ambrozja, którą możesz się zadławić. Pij powoli i nie trać przy tym czujności. Rozglądaj się pilnie i spodziewaj najgorszego. W tym pustynnym koszmarze zaprojektowanym przez moim zdaniem jedno z najoryginalniejszych piór we współczesnym literackim karnawale grozy. Wesołe miasteczko dla fanów mrocznej prozy:)

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

poniedziałek, 17 października 2022

Zapowiedź: „Egzorcyzmy siostry Ann”

 
„Egzorcyzmy siostry Ann” – opowieść o pierwszej kobiecie – egzorcystce. Film dla widzów, którzy kochają się bać. W kinach od 28 października!

„Egzorcyzmy siostry Ann” to pierwszy horror w historii kina, w którym opętanym osobom pomaga zakonnica - egzorcystka (w tej roli Jacqueline Byers)! Bohaterka filmu przebywa w akademia kształcąca egzorcystów w Bostonie, specjalnie powołanej w 2018 r. przez Watykan. Jej zadaniem jest opieka nad niewinnymi ofiarami złych mocy. Historia zacznie być naprawdę przerażająca, gdy również ją dopadnie demon z przeszłości o niezwykłej mocy.

„Egzorcyzmy siostry Ann” w kinach od 28 października

 
Gatunek: horror
Produkcja: USA
Dystrybucja w Polsce: Monolith Films
Reżyseria: Daniel Stamm („Ostatni egzorcyzm”, „13 grzechów”)
Obsada: Virginia Madsen („Candyman”, „Dziewczyna w czerwonej pelerynie”), Jacqueline Byers („Zły Samarytanin”, „Ocaleni”, „Zwykłe dni”), Nicholas Ralph, Ben Cross („Rydwany ognia”, „Star Trek”, „Rycerz króla Artura”)

O czym jest horror „Egzorcyzmy siostry Ann”?

Główną bohaterką „Egzorcyzmów siostry Ann” jest siostra Anna, przekonana, że jej powołaniem jest walka z demonami. Już w dzieciństwie uświadomiła sobie, że ma wyjątkowy dar. Nie może jednak się nim dzielić, ponieważ stanowisko kościoła, który wypowiada wojnę siłom ciemności, jest nieubłagane – egzorcystami mogą być tylko księża. Dlaczego? Bo dla kobiet spotkanie z demonem jest zbyt niebezpieczne. To jednak siostry nie zniechęca. Poza tym jej mistrz i mentor, pozwala uczestniczyć Annie w szkoleniu z pozycji obserwatorki. Podczas jednej z przerażających sesji, zakonnica doświadcza obecności demona o niesłychanej mocy. Już niebawem okaże się, że jedyną osobą zdolną stawić mu czoła jest właśnie siostra Anna…

Polski zwiastun:

 
 
Twórcy „Egzorcyzmów siostry Ann”
Horror wyreżyserował Daniel Stamm („Ostatni egzorcyzm”, „13 grzechów”).
W rolach głównych wystąpili: Virginia Madsen, Jacqueline Byers, Nicholas Ralph, Ben Cross.
Twórcy filmu „Egzorcyzmy siostry Ann” mieli pełną świadomość, że w kościele katolickim egzorcyzmów może podjąć się tylko kapłan ze specjalnymi uprawnieniami. Siostra zakonna była wykluczona nawet z asystowania w tych niezwykłych obrzędach. W pierwszych wiekach chrześcijaństwa głęboko wierzono w potrzebę egzorcyzmów. W połowie III w. pojawiła się specjalnie wyodrębniona grupa duchownych, w skład której wchodziło: 7 diakonów, 46 prezbiterów, 52 egzorcystów, lektorów i ostiariuszy. Już wtedy byli oni pod ścisłą kontrolą biskupów, co nie zmieniło się do dziś.
Co jeszcze wiemy o egzorcyzmach? Kim był największy poskromiciel sił nieczystych w historii? Czy w Polsce to poważny problem?

Egzorcyzmy w Polsce 
Współcześnie egzorcyzmy kojarzą się głównie z magicznym widowiskiem, które budzi ciekawość i strach. W Polsce mamy ok. 150 egzorcystów (dane na 2018 r. – przyp. red.), chociaż kilka dekad wcześniej było ich zaledwie kilku. To oznacza, że kościół nie zamiata problemu opętanych pod dywan, tylko traktuje go bardzo poważnie. Zwłaszcza że, egzorcyzmy w Polsce są darmowe, zawsze poprzedzone wywiadem, także psychologicznym i psychiatrycznym. Zdaniem polskich specjalistów zajmujących się przypadkami opętania, najczęściej ich ofiarami padają młode kobiety.
Jako ciekawostkę warto przytoczyć, że w 2007 r. Częstochowa była gospodarzem IV Międzynarodowego Kongresu Egzorcystów. Kilka miesięcy później w podszczecińskim Poczerninie rozpoczęto budowę jedynego w Europie centrum egzorcyzmowania – Ośrodka Pomocy Duchowej „Oaza Maryi Królowej Światłości”.
Jednak najsłynniejszy egzorcysta w historii kościoła katolickiego wcale nie był duchownym z Polski.

 
Co wiemy o najsłynniejszym egzorcyście w historii? 
Za największego specjalistę od opętania uchodził ksiądz Gabriel Amorth, który zmarł w 2016 r., w wieku 91 lat. Włoski kapłan rzekomo uwolnił od demonów aż półtora tysiąca osób! Oficjalnym egzorcystą diecezji Rzymu został w 1986 roku.
Gabriel Amorth założył też międzynarodowe stowarzyszenie egzorcystów. Był autorem wielu książek. W Polsce ukazały się: „Wyznania egzorcysty”. „Egzorcyści i psychiatrzy”, „Świadectwo egzorcysty”, „Odejdź ode mnie szatanie” oraz „Ewangelia Maryi. Kobieta, która pokonała zło”.
Gabriel Amorth był niezwykle kontrowersyjnym duchownym. Krytykował sagę o Harrym Potterze, był przeciwny uprawianiu jogi, zalecał unikania słuchania muzyki rockowej, oraz robienia sobie tatuaży. Uważał, że egzorcysta to profesja zarezerwowana tylko dla mężczyzn. Nie zaakceptowałby sytuacji, którą twórcy horroru „Egzorcyzmy siostry Ann” zaprezentowali w swoim filmie.

Źródło: wszystkie materiały od Monolith Films

niedziela, 16 października 2022

„Nie!” (2022)

 

Spadający z nieba odłamek zabija właściciela rancza na pustyni w hrabstwie Los Angeles, zaklinacza koni działającego w branży filmowej. W trenowaniu zwierząt pomagał mu syn, Otis 'OJ' Haywood Jr., który próbuje kontynuować zawiązaną przed ojca współpracę z filmowcami z Hollywood, z pomocą swojej przebojowej siostry Emerald, ale w końcu zostaje zmuszony do zarzucenia tej działalności. I stopniowej sprzedaży wytresowanych koni właścicielowi parku rozrywki leżącego nieopodal jego rancza, Ricky'emu 'Jupe'owi' Parkowi. Szansę na wyjście z finansowego dołka Emerald dostrzega w nietypowych zjawiskach, jakie ona i jej brat zaobserwowali na pustyni. Rodzeństwo dochodzi do wniosku, że mają do czynienia z istotami pozaziemskimi, a jak wiedzą za fotograficzny dowód ich istnienia można zainkasować sporą sumkę.

Amerykańsko-japońsko-kanadyjski horror science fiction jednego z najbardziej docenianych współczesnych twórców kina grozy, reżysera i scenarzysty nagrodzonego Oscarem (za scenariusz) „Uciekaj!” (2017) oraz „To my” (2019) Jordana Peele'a. „Nie!” (oryg. „Nope”) powstał w ramach współpracy Universal Pictures z Monkeypaw Productions, firmą produkcyjną założoną przez Peele'a – w 2019 roku zawarto umowę na pięcioletnią wspólną działalność – a jego budżet (po odjęciu przyznanych mu ulg podatkowych) oszacowano na sześćdziesiąt osiem milionów dolarów. Scenariusz Peele napisał w czasie wzmożonych obaw o przyszłość kina, wywołanych pandemią COVID-19. W tej sytuacji jego myśli pobiegły w stronę naszego wątpliwego uzależniania od kinetografii, swoistego przedawkowania tej formy rozrywki. Znużenia kinem, w które postanowił wlać trochę radości i ekscytacji ze złotych czasów Stevena Spielberga i nie tylko. „Szczęki” (1975), „Bliskie spotkania trzeciego stopnia” (1977), „Park Jurajski” (1993), pierwsze filmy z King Kongiem, „Czarnoksiężnik z Oz” (1939) – z takiego kolorowego źródełka w największej mierze czerpał Jordan Peele konstruując swoją opowieść o UFO, gdzie też postawił mały pomnik pierwszemu znanemu mu westernowi z czarnoskórymi kowbojami, „Buck and the Preacher” (pol. „Czarny kowboj”) Sidneya Poitiera i niewymienionego w czołówce Josepha Sargenta. Główne zdjęcia ruszyły w czerwcu 2021 roku w Aqua Dulce w hrabstwie Los Angeles, a zakończyły w listopadzie tego samego roku. „Nie!” jest pierwszym horrorem w historii nakręconym na taśmie KODAK na kliszy 65 mm w formacie IMAX. Film swoją światową premierę miał 18 lipca 2022 roku w TCL Chinese Theatres w Los Angeles, a szeroka dystrybucja kinowa ruszyła parę dni później. W strefie VOD (w niektórych krajach świata) obraz pojawił się już w sierpniu 2022 roku.

„To dopiero początek” - zapowiedział Jordan Peele, który nie wyobraża sobie poprzestania na jednym „Nie!”. Frustrujący niedosyt, który ogarnął część odbiorców trzeciego filmowego osiągnięcia Peele'a, spotkał się z jego pełnym zrozumieniem. On też uważa, że ta opowieść aż prosi się o ciąg dalszy. Wypada bowiem rzucić więcej światła na niektóre kwestie. Wyjaśnić to, co nie zostało wyjaśnione „w pierwszym bliskim spotkaniu trzeciego stopnia Jordana Peele'a”, który zdążył już znaleźć swojego ulubionego aktora. Na pierwszym planie po raz wtóry postawił Daniela Kaluuyę, z którym bardzo dobrze współpracowało mu się przy „Uciekaj!”. Aktorowi tym razem dostała się postać Otisa 'OJ' Haywooda Jr., introwertycznego zaklinacza koni z Kalifornii, który dotychczas pracował z ojcem na ich ranczu gdzieś na pustyni w hrabstwie Los Angeles. Młodszy Haywood zajmował się wyłącznie tresurą koni, a starszy dodatkowo działał w branży filmowej. Współpraca z filmowcami była ich głównym – jeśli nie jedynym – źródłem dochodu, które wyschło wkrótce po śmierci Otisa seniora. Niezwyczajnej tragedii, do której pewnego dnia doszło na ich ziemi. Deszcz żelastwa, który najwyraźniej nikogo zbytnio nie zdziwił. Ot, pewnie poodpadało z jakiegoś samolotu. Tak czy inaczej, jeden z odłamków trafił ojca głównego bohatera w oko, a niedługo potem mężczyzna zmarł. OJ, nawet z pomocą swojej ekstrawertycznej siostry Emerald (całkiem widowiskowa kreacja Keke Palmer, ale moją uwagę bardziej przyciągał wyciszony Daniel Kaluuya), nie zdołał utrzymać się w szalonym Hollywoodzie. To zdecydowanie nie jego klimaty. Emerald, owszem, czuje się „w tym cyrku” jak ryba w wodzie, ale jej brat jest zupełnie inny. Zawsze był. Małomówny młody człowiek, który wyraźnie lepiej odnajduje się w towarzystwie koni niż ludzi. OJ nie zwykł okazywać emocji, ale można się domyślić, że jego serce płacze za każdym sprzedanym koniem. Zmusza go do tego opłakana sytuacja finansowa, a zawsze chętnego nabywcę znajduje w Rickym 'Jupie' Parku, który z zagadkowym rozrzewnieniem wspomina pewnego krwiożerczego szympansa. Tak, przyznaje, że to było okropne – czysty horror na planie głupiutkiego sitcomu – ale to nie powstrzymało go przed zbudowaniem czegoś w rodzaju świątyni dla tamtego kultowego serialu. Jego twarz zwykle aż promienieje gdy wspomina to tragicznie zakończone telewizyjne show. Jak to się ma do historii Haywoodów? Te powroty do przeszłości, na plan wówczas bardzo popularnego sitcomu o zabawnym szympansie i egzaltowanej rodzince, która go przygarnęła? Prawdziwy American Dream, to pewne. Ale jak to odnieść do (nie)zidentyfikowanego obiektu latającego nad kalifornijską pustynią? Według mnie te dwie historie idealnie zazębiają się na drugim dnie scenariusza. Twórczość Jordana Peele'a jest kojarzona między innymi z trafnymi komentarzami społecznymi – w „Nie!” położył na to mniejszy nacisk niż w swoich poprzednich produkcjach, ale mimo wszystko nietrudno przegapić kamyczki wrzucone do ogródka Homo sapiens. Gatunku, który nie zasługuje na Niemożliwe. Bo na pewno spróbuje je okiełznać, zniewolić. A jeśli się nie uda? Wtedy Niemożliwe będzie musiało zostać zgładzone. Stary sitcom i wieloletnia działalność Haywoodów w Hollywood to w moim pojęciu opowieść o wykorzystywaniu zwierząt w branży filmowej i serialowej. Dla rozrywki „zjadaczy popcornu”. Morderczy szał jednego z naszych braci mniejszych odczytałam jako coś w rodzaju ostrzeżenia. Uważaj pazerny człowieku, żebyś przypadkiem nie przeszarżował. Cierpliwość zwierząt też ma swoje granice.

Niekontrolowany napływ wspomnień. Scenek ze „Wstrząsów” Rona Underwooda. Ta artystyczna swoboda na pustyni. Podobna „krzywizna nieziemskiego banana”. Podobny „wariat” na ekranie. Ten stanowczy sprzeciw Jordana Peele'a, ten niedowierzający okrzyk na widok... czegoś w górze. Wygląda na to, że tajemniczy obiekt dostrzeżony przez rodzeństwo Haywoodów, ukrywa się przed ludźmi w chmurach. Takie naturalne schronienie potencjalnych przybyszów z innej planety. Może od dawna tak krążą nad Ziemią. Gromadzą informacje na temat wszystkich mieszkańców tej okaleczonej planety? Jeśli tak, to raczej nie po to, by nawiązać nowe przyjaźnie. W każdym razie należy się liczyć z tym, że planują zmasowany atak. Przygotować do inwazji... Ale dlaczego by najpierw na tym nie zarobić? OJ i Emerald uznają, że nic się nie stanie, jeśli wezmą pierwszy kawałek tortu. Potem niech się dzieje, co chce, ale dopóki informacja o istnieniu tego kosmicznego czegoś nie wyszła poza ich ranczo, mogą się wreszcie odkuć. Wystarczy zdjęcie, a jeszcze lepiej film z tym wielkim spodkiem (tak to wygląda) chyłkiem przemykającym nad niezbyt słoneczną pustynią – przygaszone barwy à la lata 70. XX wieku (a przynajmniej mnie tak się kojarzyło), te ponurości nawet w pełnym świetle najwyraźniej upalnych dni. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Nasi dzielni domorośli dokumentaliści powinni się tego spodziewać. W końcu UFO już wcześniej zaprezentował im jedną ze swoich przeklętych mocy. W takim wypadku zawodny może się okazać nowoczesny sprzęt monitorujący zamontowany na ich ranczu przez wścibskiego pracownika wielkiego sklepu z elektroniką, młodego mężczyznę żywotnie zainteresowanego sekretnym projektem nowo poznanego rodzeństwa. Może, ale nie musi. Spróbują, a potem się zobaczy. Rozważy inne opcje. O ile wytrwają w tym śmiertelnie niebezpiecznym postanowieniu. „Nie!” to dość długa opowieść (trochę ponad dwie godziny) podzielona na rozdziały, czy coś w ten deseń – plansze z imionami między innymi koni ze stajni Haywoodów. W duchu starych, dobrych historii o Obcych. I kowbojach. Fani twórczości Jordana Peele'a mogą nie być na to gotowi. To znaczy niektórych zapewne rozczaruje to oblicze twórcy „Uciekaj!” i „To my”. Radosne – normalnie jak uroczy dzieciak w sklepie ze słodyczami – niezaprzątające sobie zanadto główki problemami dorosłych. Po co komplikować sobie życie? Naprawdę nie można już dobrze się bawić na zwyczajnej opowiastce o domniemanym ataku Obcych? Jak już wspomniałam Peele pomyślał też o poszukiwaczach głębszych treści w kinematograficznym „grajdole”, ale tym razem skierował swoje utalentowane oczęta przede wszystkim na tęskniących za Hollywoodem z przeszłości. Tych, którzy pamiętają – i aż palą się, by to powtórzyć – czystą frajdę, jaką w młodości dostarczało im kino. I tych, którzy nie mają nic przeciwko, by posmakować tego po raz pierwszy. Poczuć się jak ich rodzice i dziadkowie na widok dziś już często mocno trących myszką potworów wszelakich. Albo nieustraszonych jeźdźców, rewolwerowców z Dzikiego Zachodu, ale rzadko takich jak nasz Otis Jr. Bo ile znacie westernów z czarnoskórymi kowbojami? Przypuszczam, że częściej na ekranie widywaliście takie spodki, jakiego spłodzili twórcy efektów komputerowych dla „Nie!” Jordana Peele'a. Wygląda zupełnie jak jeden z tych smacznie kiczowatych machin latających, sterowanych przez pozaziemskie stworzenia w stareńkich produkcjach. Organizmy kompletnie nam obce. Wygląda na to, że z podobnym przypadkiem zetknęło się rodzeństwo „z pustynnego przedmieścia Los Angeles”. Niechybnie wylezą Marsjanie. Albo intruzi z jeszcze odleglejszego zakątka wszechświata. Albo z jakiegoś równoległego wymiaru, innego świata, któremu sam Howard Phillips Lovecraft mógłby przyklasnąć. Nie stwierdzam, tak tylko sobie luźno „bluźnię”. Mnie w każdym razie ta wizja przekonała. Przemówiła do mojego młodszego ja; tej małej dziewczynki, która cieszyła się jak głupi do sera po obejrzeniu nawet najbardziej tandetnego filmidła o heroicznych wyczynach Amerykanów, na których korzystał cały nasz świat. O ekscytujących starciach z kosmitami, przerośniętymi gorylami, robalami i innymi cudakami. Powoli snuta – jak to u Peele'a – trzymająca w napięciu, nie taka znowu oczywista, jak może się wydawać, idealna opowiastka do poduszki. Na poprawę humoru w warunkach niespecjalnie sprzyjających nadmiernej wesołości. W sympatycznym towarzystwie, z sentymentem. Z czułością i z pazurem. Relaks z Niemożliwym. Ale prawdziwym:)

Jordan Peele wychodzi z szufladki. Ze strefy wątpliwego komfortu. Wątpliwego, bo jedna z największych gwiazd współczesnego kina grozy, jeden z czołowych przedstawicieli tak zwanej nowej fali horroru, nie ukrywa, że nie czułby się spełniony kręcąc tylko na modłę „Uciekaj!” i „To my”. Człowiek czasami musi zaszaleć. Spuścić z tonu, pobrykać jak ten niewesoły jeździec z jego „Nie!”. Horroru science fiction, który jest jakiś taki niedzisiejszy. Niemodna rzecz, ale skoro temat podjął taki gigant kina jak Jordan Peele, to można liczyć na rychłe przywrócenie blasku niezbyt głębokim, żeby nie powiedzieć niemądrym (i masz! ulało się), opowieściom o bliskich spotkaniach trzeciego stopnia. Wszystkich nie zadowoli, ale mnie bardzo miło i przyjemnie, że pojawiła się taka fajniutka oferta dla nas, niereformowalnych sympatyków ramotek.

piątek, 14 października 2022

Eve Chase „Szklany dom”

 

Rok 1971. Wpływowy człowiek z Londynu, Walter Harrington, wysyła swoją żonę Jeannie, nastoletnią córkę Herę, młodszego syna Teddy'ego i ich nianię Ritę Murphy do Foxcote Manor, starej, zaniedbanej posiadłości w angielskim lesie wchodzącej w skład jego majątku. Mężczyzna ma nadzieję, że pobyt w tym miejscu posłuży jego pogrążonej w rozpaczy po stracie dziecka małżonce. Ale Jeannie nadal większość czasu spędza w łóżku, pozostawiając opiekę nad dziećmi i prowadzenie domu Ricie, która coś przed nią ukrywa. Kiedy Hera znajduje w lesie żywe niemowlę, Jeannie postanawia je zatrzymać, nikogo nie informując o tym cudownym znalezisku. Rita bezskutecznie próbuje przemówić jej do rozsądku, z rosnącym przerażeniem obserwując coraz bardziej niezdrową sytuację w domu. A najgorsze ma dopiero nastąpić. 
Czasy współczesne. Makijażystka z Londynu, Sylvie Broom, rozpoczyna nowy etap swojego życia. Separacja małżeńska, przeprowadzka do niewielkiego mieszkania w zdecydowanie mniej okazałej części miasta, tragedia w rodzinie i nieprzewidziane komplikacje w życiu jej osiemnastoletniej córki Annie, zawsze bardziej zainteresowanej sekretną historią swojej matki od niej samej. Ale już niebawem w Sylvie wreszcie odezwie się przemożne pragnienie dotarcia do swoich korzeni.

Pachnący gotykiem bestsellerowy thriller psychologiczny połączony z dramatem rodzinnym od brytyjskiej powieściopisarki obecnie mieszkającej w Oksfordzie, z mężem, trójką dzieci i golden retrieverem. Eve Chase studiowała literaturę angielską na The University of Manchester, a potem zaliczyła studia podyplomowe z dziennikarstwa. Przez jakiś czas pracowała w wyuczonym zawodzie – redagowała nieistniejące już pismo modowe Scene oraz pisała między innymi dla Punch, Red i InStyle. Miłośniczka literatury wszelakiej, ze wskazaniem na twórczość Jane Austen, Lisy Jewell, Liane Moriarty, Maggie O'Farrell, Kate Atkinson, Barbary Vine, Hilary Mantel, Elizabeth Strout, Diany Athill, Raymonda Carvera, Kate Morton i Donny Tartt, najchętniej oddająca się pisarskiej pasji w swojej ogrodowej szopce. „Szklany dom” (oryg. „The Glass House” aka „The Daughters of Foxcote Manor”) narodził się z chęci napisania o jakimś bujnym, pradawnym lesie. Używając słów autorki: „O miejscu wzrostu i nadziei, gdzie łatwo można coś ukryć”. Chase zazwyczaj najpierw projektuje w głowie scenerię, a dopiero potem wynajduje dla niej opowieść, w przypadku „Szklanego domu” zbudowaną wokół motywu porzuconego dziecka – wędrując po swojej wyimaginowanej głuszy Chase najpierw znalazła Leśną Dzidzię. Światowa premiera książki przypadła na rok 2020, a pierwsze polskie wydanie pojawiło się dwa lata później z inicjatywy Wydawnictwa Kobiecego. Edycja w przepięknym tłumaczeniu Ryszarda Oślizło.

Była sobie dziewczynka z lasu i rodzina z mrocznymi sekretami. Było wielkie domostwo w zielonym zakątku Anglii, była struchlała niania, wścibska pomoc domowa, tajemniczy obserwator, był i trup. Tak było w 1971 roku. Foxcote Manor: wielki dom ukryty w lesie. Częściowo zagarnięty przez Matkę Naturę, samotny budynek, który był ostatnią nadzieją Harringtonów. Ludzi, którzy długie lata nie okazywali mu należytej troski, zostawili na pastwę żywiołów, porzucili jak niechciane dziecię płaczące w lesie. Niemowlę znalezione przez dociekliwą trzynastolatkę tęskniącą za matczynym ciepłem. Eve Chase w swoim „Szklanym domu” wciąga czytelnika w bolesną opowieść o ludziach szukających szczęścia w beznadziejnych okolicznościach. Druzgocąca historia rodzinna utrzymana w iście gotyckim klimacie, która swój finał znajdzie mniej więcej czterdzieści lat później. Po wydarzeniach w Foxcote Manor. Czasy współczesne przeplatają się z przeszłością, a prowadzą trzy żeńskie postacie: Sylvie Broom, Hera Harrington (narracja pierwszoosobowa) oraz Rita Murphy (narracja trzecioosobowa). Poplątane relacje międzyludzkie, toksyczne związki w zimnej otchłani rozpaczy, pogubieni rodzice i cierpiące dzieci, niezwykły dar lasu, który mimowolnie bardziej rujnuje, niż buduje. Życie w oderwaniu od swoich korzeni i nagła potrzeba pożegnania się z błogą niewiedzą. Sylvie Broom miała szczęście w nieszczęściu. Porzucona przez biologicznych rodziców zaraz po przyjściu na świat i przygarnięta przez małżeństwo, które dało jej kochający dom. Jej i starszej adoptowanej córce, Caroline, która swoje rodzinne gniazdko uwiła w Stanach Zjednoczonych, ale nadal jest najlepszą przyjaciółką Sylvie, która tymczasem urządziła się w Londynie. Makijażystka, która zaskoczyła wszystkich odejściem od męża, Steve'a. Separacja na próbę, skazująca ich osiemnastoletnią córkę Annie na kursowanie między domem, w którym się wychowała a małym mieszkaniem, gdzie przeprowadziła się jej matka. Dziewczyna zawsze dobrze się czuła u babci ze strony Sylvie, więc nic dziwnego, że w tej zupełnie nowej dla niej sytuacji postanowiła spędzić trochę czasu w jej przytulnym domku. Podczas tych krótkich i tragicznie zakończonych wakacji, Annie poznała niejakiego Elliota, który najwyraźniej w końcu złamał jej serce. Sylvie może się tylko domyślać – przynajmniej na początku – co zaszło między jej córką i chłopakiem, którego nie miała okazji poznać. Jej myśli póki co bardziej zaprząta inna sprawa. Katastrofa w rodzinie. Kwestia życia i śmierci. Jeśli dojdzie do najgorszego, Sylvie poza wszystkim innym, może stracić ostatnią szansę na poznanie prawdziwej, a nie bajkowej wersji swojej najwcześniejszej historii. Kim byli jej biologiczni rodzice? Dlaczego zdecydowali się na tak drastyczne posunięcie w stosunku do bezbronnej istoty, którą sprowadzili na świat? I jaki to ma związek z rodziną Harringtonów i ich nieprzyjaznym Foxcote Manor? Co stało się latem 1971 roku w leśnej głuszy? „Czarodziejskiej krainie” splamionej ludzką krwią. Odbiorcy „Szklanego domu”, naturalną koleją rzeczy, stoją w dogodniejszej pozycji od Sylvie. Przez długi czas zasób naszej wiedzy o wydarzeniach sprzed lat będzie dużo bogatszy w szczegóły od w gruncie rzeczy szczątkowych, niepełnych informacji posiadanych przez tę bohaterkę niesamowicie klimatycznej powieści Eve Chase. My przenosimy się w czasie, ale Sylvie taką mocą już nie dysponuje. My dostajemy bezpośredni wgląd w umysł trzynastoletniej wówczas uczestniczki dramatycznej sztuki w Foxcot Manor oraz jej ukochanej Dużej Rity, tu już z bardziej obiektywnej perspektywy. Niania najsilniejszym spoiwem rodziny. Istna skała... krusząca się pod naporem potężnych fal. Skała, której uczepiły się zdesperowane dzieci. Poddałaby się, gdyby nie one, kochane istoty straszliwie tęskniące za dawnym życiem. Zwłaszcza za mamą, niepotrafiącą znaleźć wyjścia z mrocznej krainy, gdzie wpadła po utracie niecierpliwie wyczekiwanego dziecka.

Wpływowi ludzie z trupami w szafach. Wielu poszłoby za ciosem, ale nie Eve Chase. Zamiast niestrudzenie podsycać moją niechęć do państwa Harrington, najczęściej uderzała we współczujące struny. Pogrążona w depresji kobieta i mężczyzna chwytający się wszystkiego, by uratować swoje małżeństwo. Nieczyste sumienia, których jakoś nie chciało mi się potępiać. Niby powinnam, ale autorka odmówiła mi tego komfortu. Nie wiem jak z Walterem, ale w przypadku Jeannie o niezaplanowanym działaniu nie może być mowy. Chase wyraźnie zabiegała o zrozumienie czytelnika dla tej okrutnie pogubionej kobiety. Najłatwiej powiedzieć: wyrodna matka i niewierna żona. Trudniej obdarzyć szczerą sympatią. Dopingować w ciężkiej walce, jaką toczy każdego przeklętego dnia i każdej przeklętej nocy. Dzisiaj pewnie znalazłaby odpowiednią pomoc, ale w latach 70. XX wieku tacy nieszczęśnicy jak Jeannie przeważnie byli zdani wyłącznie na siebie. Sami w piekle. Skoro tak, to wina leży po stronie męża. Dlaczego jej nie wspierał? Gdzie jest Walter, gdy Jeannie go potrzebuje? Jak mógł wysłać ją do takiej głuszy i to jeszcze z dziećmi? To Walter powinien opiekować się chorą żoną, a nie młoda niania Hery i Teddy'ego. Niania, którą na dodatek postawił w bardzo niezręcznej sytuacji – między młotem a kowadłem. Co więcej, to nie pierwszy raz, kiedy Walter uznał, że odesłanie gdzieś swojej małżonki, to najlepsze wyjście z sytuacji. Najlepsze czy najłatwiejsze dla niego? Czy to aby nie odpychanie od siebie problemów? Klasyczne umywanie rąk? Tak byłoby najprościej – skierować całą antypatię czytelnika na Waltera. Ale Eve Chase najwyraźniej nie pociąga linia najmniejszego oporu. A przynajmniej nie tutaj, nie w tych leśnych ostępach, gdzie praktycznie wygnano cztery osoby z Londynu. Tak, są ci dobrzy, są ci źli, ale pośrodku stoją bardziej złożone osobowości. Czerń, biel, a między nimi wszelkie odcienie szarości. Żeby jeszcze sobie utrudnić, Chase skierowała ciemniejszy reflektor także na jedno z dzieci. Współczucie zaprawione niepokojem. Drastyczne zmiany zachodzące w psychice dziewczynki, która czuje się odrzucona przez własną matkę. Hera nie ma wątpliwości, że nie spełnia oczekiwań Jeannie albo wręcz obojga rodziców. Powoli dojrzewa już w niej pewność, że matczyna miłość przerodziła się w nienawiść. Że została jej już tylko Duża Rita, jedyna dorosła osoba z jej najbliższego otoczenia, która nie przestała jej kochać. A mogłaby, gdyby poznała jeden z jej pilnie strzeżonych sekretów. Gdyby poznała tę drugą Herę. Dziewczynka wstydzi się tego, co zrobiła, przeraża ją to, co nosi w sobie. Coś brzydkiego... zabójczego? Tak czy inaczej, ta trzynastoletnia dziewczynka bezgłośnie woła o pomoc. A ta nadchodzi z nieoczekiwanej strony. Dzieciątko znalezione w lesie staje się swoistym antybiotykiem na „bakterię”, która zaatakowała duszę Hery. A skoro antybiotyk, to można spodziewać się skutków ubocznych. Tylko Rita dostrzega niepożądane działania tego cudownego lekarstwa. To nie jest normalne, to co dzieje się w Foxcote Manor po pojawianiu się Leśnej Dzidzi. To chore! Zdaniem niani, która nie zna tutejszych zwyczajów. W każdym razie w tej okolicy podobno dochodziło już do takich rzeczy. Ponoć to nie pierwsze niemowlę porzucone w lesie. Najlepiej brać, co łaskawa Opatrzność dała, bez oglądania się na gryzipiórków, którzy pewnikiem wtrącą to bezbronne maleństwo do jakiegoś bezdusznego domu dziecka. Lepiej będzie mu z Harringtonami. Chyba że rodzina doszczętnie się rozpadnie, a trudno oprzeć się wrażeniu, że jest na najlepszej drodze ku temu. Powiem wprost: zakochałam się w warsztacie Eve Chase. Szalenie plastyczne opisy, jakby ocierające się o poezję. Tę powieść spokojne dałoby się wyśpiewać – niebiańska melodia poprzecinana niezliczonymi groźnymi dźwiękami. „Szklany dom” to moim zdaniem doskonały dowód na to, że subtelnościami można wskórać więcej niż uderzeniami prosto między oczy. Niegłośne alarmy mogą bardziej wzmagać czujność odbiorcy od nachalnego jazgotu. Niepotrzebne ogłuszające eksplozje, by spuścić porządne manto (nie)biednemu „podglądaczowi” szarej prozy życia innych. Rozłożystego drzewa genealogicznego, mocno skomplikowanej sytuacji rodzinnej, która całkowicie odsłoni się na ostatniej prostej tego niespokojnego spaceru w okropnej (stosownej) duchocie. Nieczęsto mi się to zdarza, ale im dalej wchodziłam w ten mroczny las, tym silniej łaknęłam szczęśliwego finału tej smutnej sagi rodzinnej. Żeby tak w końcu Słonce przedarło się przez ciężkie brudnoszare chmury od dawien dawna wiszące nad tą wielką rodziną, którą poznałam lepiej niż własną;)

Rewelacyjny „Szklany dom” Eve Chase. Nic tylko brać. Tym zachłanniej, gdy gustuje się w wolnych zanurzeniach po mroczniejszej stronie literatury. W mocno klimatycznych dreszczowcach z dogłębnie scharakteryzowanymi postaciami. Brudne sekrety rodzinne w gotyckiej tonacji. Wzruszająca opowieść o błędach, zaniedbaniach i zwykłym pechu. O wewnętrznych salach tortur, długich katuszach, gargantuicznych demonach, nowych szansach i ciemnym, strasznym,„magicznym” lesie. Warto zwiedzić. Ten bogaty świat zamknięty w takiej skromnej książeczce. Intensywne doznania na rodzinnych mokradłach.

Za książkę bardzo dziękuję księgarni internetowej

https://www.taniaksiazka.pl/

 Więcej nowości literackich

środa, 12 października 2022

„Sissy” (2022)

 

Australia. Internetowa guru odnowy biologicznej, influencerka Cecilia przypadkiem spotyka swoją dawno niewidzianą przyjaciółkę z dzieciństwa Emmę, która zaprasza ją na huczną imprezę w gronie jej znajomych. Tam Cecilia poznaje Fran, narzeczoną swojej niegdysiejszej przyjaciółki, i przyjmuje kolejne zaproszenie od Emmy: na weekend panieński w wiejskim domu. Uradowana Cecilia przed wyjazdem odkopuje kapsułę czasu, którą w dzieciństwie przygotowała wraz z Emmą i dokłada ją do swojego bagażu. Zabiera się z Emmą, Fran i ich przyjaciółmi, Tracey i Jamiem, nie wiedząc, że dom, do którego zmierzają jest własnością jej prześladowczyni z dzieciństwa, Alex. Gospodyni nawet nie stara się ukryć swojego niezadowolenia z obecności Cecilii. Emma próbuje załagodzić sytuację, ale atmosfera uparcie się zagęszcza. Wrogie nastawienie Alex do Cecilii wkrótce udziela się pozostałym. Tylko Emma stanowczo opowiada się po stronie swojej dawnej przyjaciółki, która zamiast oczekiwanego wspaniałego weekendu dostała piekielną powtórkę z dzieciństwa.

Australijski slasher napisany i wyreżyserowany przez Hannah Barlow i Kane'a Senesa, który jest owocem małej burzy mózgów. Na początku była chęć stworzenia satyrycznego horroru z domkiem na odludziu. Zabawnego, ale i posiadającego wszystko to, co ukochali sobie w klasycznych filmach grozy. Przez kino slash z lat 70., 80. i 90. XX wieku Barlow przeprowadził właśnie Senes. Pokazał jej między innymi takie produkcje jak „Piątek trzynastego” Seana S. Cunninghama, „Halloween” Johna Carpentera i „Krzyk” Wesa Cravena. Ponadto bliżej zapoznał ją z włoskim nurtem giallo. Barlow z kolei w ramach przygotowań do „Sissy”, pokazała mu „Druhny” Paula Feiga i „Wredne dziewczyny” Marka Watersa. Wspólnym punktem dla ich odniesień stała się „Carrie” Briana De Palmy, oparta na powieści Stephena Kinga pod tym samym tytułem. Ale największe natchnienie płynęło z „Wesela Muriel” P.J. Hogana, do znudzenia emitowanego w australijskiej telewizji w okresie ich dorastania. Barlow i Senes mogliby przysiąc, że nie było tygodnia, w którym nie odświeżali sobie tego zabawnego, ale ich zdaniem też przerażającego widowiska. „Sissy” to ich odpowiedź na „Wesele Muriel”, czy raczej coś w rodzaju alternatywnej wersji tego wprost uwielbianego przez nich komediodramatu. Słodko-gorzkiej historii, którą w pewnym sensie przerobili na krwisty slasher. Premierowy pokaz „Sissy” przypadł na marzec 2022 roku, w ramach South by Southwest Film Festival, a to była tylko pierwsza tego rodzaju impreza, którą uświetniła ta niepospolita siekanina z Australii. Szerszą dystrybucję „Sissy” (internetową, Shudder) otwarto we wrześniu 2022 roku.

Podlany krwią i posypany brokatem ochłap mięsa zawinięty w papierek po cukierku. Różowe stworzenie w czarne kropki, które na swoim grzbiecie niesie między innymi opowieść o naszej szalonej epoce. Na pierwszym planie Hannah Barlow i Kane Senes postawili influencerkę Cecilię (wiarygodny występ Aishy Dee), która prowadzi coś w rodzaju internetowego salonu odnowy biologicznej połączonego z gabinetem wsparcia psychologicznego. Coś dla ciała i dla duszy. Od nielicencjonowanej doradczyni i trenerki, która dołączyła do grona największych autorytetów czasów najnowszych. Setki tysięcy followersów, współpraca z prestiżowymi markami, zagubione owieczki bezkrytycznie spijające słowa z jej ust. Z ust awatara, a nie prawdziwej Cecilii. Prawdziwej? Toż prawdziwy jest właśnie wizerunek stworzony na potrzeby podbijania internetu! Fałszywa rzeczywistość i niezakłamany świat wirtualny. Media społecznościowe jedyną świątynią prawdy. A Cecilia jedną z najbardziej zasłużonych kapłanek. Młoda, niepewna siebie kobieta, samotna wyspa, do której docierają krótkie wiadomości od wdzięcznych obserwatorów. Nie interesują jej informacje z kraju i ze świata (wojna? katastrofa ekologiczna? Nudy!). Przed telewizorem zasiada po to, by dowiedzieć się co nowego u ludzi takich ona. Młodych, niebrzydkich (przynajmniej w grubej tapecie) i nader chętnie piorących swoje brudy w przestrzeni publicznej. Romanse, zdrady, „spektakularne” sprzeczki i wzruszające pojednania. Czy jest coś lepszego od programów typu reality show? No, poza internetową oazą Cecilii. Złośliwi powiedzą, że dziewczyna jest płytka jak kałuża. Ale to leśne dziadki, nie idące z duchem z czasu, nierozumiejące, jak wiele dobrego robią dla innych tacy ludzie, jak Cecilia. Czy to aby legalne? Hannah Barlow i Kane Senes „zastanowią się nad tym w najbliższy weekend”. Czy na udzielanie porad psychologicznych nie trzeba mieć jakiegoś certyfikatu? Jak widać nie trzeba. W takim razie, po co kształcić się w tym kierunku? Weźmy taką Fran (przyzwoita kreacja Lucy Barrett), która wkrótce ma poślubić Emmę (i też nie najgorzej się prezentująca Hannah Barlow; tak, tak współscenarzystka i współreżyserka „Sissy”) - poświęciła mnóstwo czasu, energii i zapewne pieniędzy, żeby w przyszłości otworzyć gabinet psychoterapeutyczny, a wystarczyłoby podziałać w mediach społecznościowych. Idąc tą tradycyjną drogą, Fran znając życie, nigdy nie osiągnie tego - o ile przeżyje ten weekend - co już osiągnęła Cecilia. Tylu pacjentów korzystających z jej rad. Twórcy „Sissy” zachęcają do głębszego zastanowienia się nad tym nowym kursem, jaki ludzkość najwyraźniej sobie obrała. Nie cała, co Barlow i Senes najdobitniej unaoczniają na przykładzie Jamiego (taka sobie kreacja Daniela Monksa), przedstawiciela młodego pokolenia, zaniepokojonego posłuchem, jakim cieszą się internetowi eksperci od spraw wszelakich. Ale postępu nie zatrzymasz, choćbyś nie wiem jak głośno narzekał. Możesz sobie do upadłego rozprawiać o zagrożeniach płynących z Nowego Porządku Świata, ale efekt będzie taki, jakbyś nie mówił nic. Próżny twój trud, ograniczony człowieku. Największą sojuszniczką Jamiego w tej skromnej debacie o influencerach jest właścicielka domu, w którym się zebrali. Alex (intrygujący występ Emily De Margheriti) też dość prężnie działa w mediach społecznościowych, ale nie może odpuścić takiej okazji do wbicia paru szpil znienawidzonej Cecilii. Wskazówki rozrzucone w pierwszej partii filmu właściwie wyjaśniły mi wszystko. Urywki wspomnień z dzieciństwa, halucynacje, koszmarne sny (akcja z dziewczynką stojącą pod ścianą przepiękna upiorna): fragmenty nietrudnej układanki. Historia Cecilii i Alex, skazanych na swoje towarzystwo przez Emmę, przebojową dziewczynę, która nie ma w zwyczaju doszukiwać się wad w ludziach. Niepoprawna optymistka, która w swoim panieńskim weekendzie dostrzegła szansę na zakopanie topora wojennego, który zawisł nad jej przyjaciółkami w dzieciństwie. Właściwie tylko przyjaźń Emmy i Alex przetrwała. A teraz, po latach, pojawiła się okazja do odbudowania bliskiej relacji z Cecilią. Przypadkowe spotkanie w aptece i znowu są bratnimi duszami. A przynajmniej tak wmawia sobie tytułowa postać, która nie życzy sobie, by tak ją nazywano. Sissy już nie istnieje, teraz jest Cecilią. Zniesie wszystko, zmilczy każdą przykrość, ale przy tym będzie się upierać. Stanowcza, jeśli chodzi o imię, potulna we wszystkich pozostałych kwestiach.

(źródło: https://www.imdb.com/)

Piąte koło u wozu. Niedopasowana. Skreślona. Pognębiona. Zdeptana. Znowu. Pierwszoplanowa postać „Sissy” Hannah Barlow i Kane'a Senesa długo nad sobą pracowała i myślała, że wyzbyła się kompleksów. Pokochała siebie i nabrała przekonania, że już nigdy nie będzie ofiarą. A tu proszę, znowu to samo. Budzą się wewnętrzne demony, odżywa trauma, Sissy próbuje zepchnąć z piedestału Cecilię. A wszystko przez Alex. To też się nie zmieniło. Podobnie jak stosunek Cecilii do Emmy. Ich drogi rozeszły się lata temu i nie mamy powodów zakładać, że Cecilię przez cały ten czas zżerała tęsknota za utraconą przyjaciółką. Było, minęło, poszła dalej. Sama. Tymczasem Emma z lubością plotła swoją sieć towarzyskich kontaktów. I znalazła swoją wielką miłość, kobietę, którą za chwilę ma poślubić. Ale najpierw weekend w malowniczym zakątku Australii. W wąskim gronie, które nieoczekiwanie rozrasta się o Cecilię. Emma z nikim tego nie skonsultowała i zapewne celowo nie uprzedziła właścicielki domu, w którym mieli się zatrzymać. Emma doskonale wiedziała, co powie Alex, więc nie widziała sensu pytać. Lepiej postawić gospodynię przed faktem dokonanym. Pewnie trochę pokrzyczy, ale przecież nie zostawi dziewczyny na takim pustkowiu. Podróż nie mija bez zakłóceń – makabryczne doświadczenie jeszcze bardziej makabrycznym przywidzeniem doprawione – ale w końcu Emma, Fran, Jamie i Tracey (przekonująca kreacja Yerin Ha) śmiało przekroczą nieskromne progi czekającej już na nich Alex. Cecilia zostanie w tyle. Spóźnialska, o której najwyraźniej wszyscy zapomnieli. Zamknęły się wrota i nikt nie usłyszy jej pukania. Co teraz? Cecilia postanawia poszukać innego wejścia do tej imponującej „twierdzy”, a potem... nastaje krępująca cisza. Alex wychodzi z siebie, a Cecilia najchętniej zapadłaby się pod ziemię. Wszystko układa się jednak po myśli Emmy – jej dawna przyjaciółka może zostać. Jest jeszcze ta trudniejsza część planu Emmy, czyli pogodzenie Cecilii i Alex. Emma naiwnie wierzy, że krzywdy, jakie sobie wyrządziły można już puścić w niepamięć. Cecilia pewnie z ulgą uścisnęłaby rękę swojej prześladowczyni z dzieciństwa, ale Alex marzy tylko o tym, by ta psychopatka zeszła jej z oczu. Wielu na miejscu Cecilii czym prędzej spełniłoby jej życzenie. A już na pewno po takiej reszcie dnia. Jak nie ignorowana, to krytykowana. Tylko Emma liczy się z jej uczuciami. I tylko ona tak naprawdę ma znaczenie. Cecilia jest gotowa przełknąć wiele gorzkich pigułek, byle tylko spędzić trochę czasu z tą najwspanialszą z kobiet. Oddałaby wszystko za spędzenie reszty życia z dziewczyną, z którą wiążą się jej najlepsze - i najgorsze? - wspomnienia z dzieciństwa. Co prawda nie są już dziećmi, ale obrazki z przeszłości przynajmniej w umyśle Cecilii idealnie nakładają się na najnowsze zdjęcia. Zmieniły się twarze, ale nie osobowości. Wredna dziewczyna i jej mały chórek (złożony z innych postaci, ale głosy niedziwnie podobne), ofiara i nieskuteczna rozjemczyni. Wątły głosik sprzeciwu wobec szykanowania bezbronnej istoty. Sweetaśna oprawa wizualna z ostrymi kantami. Uderzające kontrasty, które nie mogły się udać. A jednak się udały. Róż gwałcony przez czerń. Szarpiące nerwy dźwięki skrzypiec bezceremonialnie wykopujące czułe ballady i wesolutkie popowe brzmienia. Brokat zalewany krwią. I świeżym mięskiem. Makabra niewygenerowana komputerowo, realistycznie się prezentujące, praktyczne efekty na niepoważnej scenie zbrodni. Kompletny odlot. Wariacka jazda po australijskiej dziczy. Pomysłowe obrzydliwości w przejaskrawionych realiach (pechowe lądowanie w wannie, eksplodująca głowa albo niezapomniane chwile z ręką... pod skórą twarzy). Celowo przedobrzonych. Czarny humor „w technicolorze”. Dowcipny, ale nie powiedziałabym, że lekki, wykład o być może najbardziej kuriozalnej z epok i krótka historia o zabijaniu. Trzymająca w napięciu, mroczna, soczysta, histeryczna siekanina. „Psychoza” XXI wieku.

Więcej takich slasherów! Hannah Barlow i Kane Senes wyhodowali istnego dziwoląga. Milusie stworzonko starannie pozszywane ze starego i nowego materiału. Żarłoczna kreatura, która bawi, uczy i poniewiera. Zwariowana opowieść o jeszcze bardziej zwariowanych czasach. „Sissy” nie bierze jeńców”. „Sissy” to różowiutki czołg tratujący wszystko, co napotka na swej drodze. Bezczelna satyra, bezlitosna siekanina. Przesłodzona, kwaskowata, zalatująca zgnilizną i lakierem do paznokci, pogięta opowieść o wypadzie do piekła. Australijska bestyjka niekoniecznie tylko dla ludzi o mocnych nerwach.

poniedziałek, 10 października 2022

Alex Finlay „W otchłani strachu”

 

W miejscowości Tulum w Meksyku zostają odnalezione zwłoki amerykańskiej rodziny, która przebywała na wakacjach: Evana i Olivii Pine oraz dwójki ich dzieci, siedemnastoletniej Margaret i sześcioletniego Thomasa. Studiujący na Uniwersytecie Nowojorskim Matthew Pine informację o śmierci rodziców i młodszego rodzeństwa dostaje od zaangażowanej w sprawę agentki FBI, specjalistki od przestępstw finansowych Sarah Keller. Według meksykańskich służb przyczyną zgonu bliskich Matta było zatrucie gazem, ale w toku śledztwa agentki Keller pojawiają się przesłanki wskazujące na udział osób trzecich. Niewykluczone, że sprawa ma ścisły związek z prywatnym dochodzeniem Evana i Maggie dotyczącym najstarszego z rodzeństwa Pine'ów, Daniela, który od siedmiu lat przebywa w więzieniu. Mężczyzna został skazany za zabójstwo swojej dziewczyny Charlotte Rose, a potem pojawił się głośny film dokumentalny, który przekonał dużą część opinii publicznej, że skazano niewinnego człowieka.

Alex Finlay to pseudonim artystyczny prawnika z Waszyngtonu, a „W otchłani strachu” (oryg. „Every Last Fear”) to jego debiutancka powieść. Po raz pierwszy wydany w 2021 roku thriller, który wkrótce może doczekać się swojego serialowego odpowiednika. Prace nad „W otchłani strachu” ruszyły podczas wakacji Finlaya w meksykańskiej miejscowości Tulum. Zainstalował się w hotelu w leśnym zakątku, gdzie, jak przystało na mieszczucha z krwi i kości, czuł się dość nieswojo. Pewnej nocy, po zagaszeniu świateł Finlay urządził sobie w pokoju hotelowym mały maraton kryminalnych filmów dokumentalnych, które oglądał na swoim laptopie. Wtedy przypomniał mu się artykuł prasowy o turystach, którzy giną na zagranicznych wakacjach. Około północy człowiek, który na scenie literackiej objawi się pod wymyślonym nazwiskiem Alex Finlay, napisał pierwsze zdanie „W otchłani strachu”, a chwilę później miał już cały pierwszy rozdział. W 2022 roku swoją światową premierę miała druga powieść Alexa Finlaya, „The Night Shift”, a na rok 2023 zaplanowano amerykańskie wydanie kolejnej, która ma nosić tytuł „What Have We Done”. Na polskim rynku wydawniczym Finlay zadebiutował w roku 2022 – pierwsza edycja „W otchłani strachu” przygotowana przez wydawnictwo Czarna Owca. Okładkę zaprojektował Krzysztof Rychter, a tłumaczył Tomasz Wyżyński.

Pierwszym utworem literackim, który głośno przemówił do przyszłego Alexa Finlaya był „A Separate Peace” Johna Knowlesa z 1959 roku, a książką, o której długo nie mógł przestać myśleć była „Droga” (oryg. „The Road”) Cormaca McCarthy'ego z roku 2006. Tą ostatnią Finlay uczynił ulubionym utworem Evana Pine'a, człowieka, który nigdy nie zwątpił w niewinność swojego pierworodnego dziecka. Największym źródłem informacji w pracy nad „W otchłani strachu” była dla Finlaya „Anatomia niewinności. Świadectwa niesłusznie skazanych” (oryg. „Anatomy of Innocence: Testimonies of the Wrongfully Convicted”), literackie dziełko, które swoją światową premierę miało w roku 2017. Akcja powieści toczy się dwutorowo, w dwóch okresach: przed i po śmierci rodziców oraz młodszego rodzeństwa Matthew Pine'a, dwudziestojednoletniego studenta Uniwersytetu Nowojorskiego, jednej z centralnych postaci w umownej teraźniejszości. Drugą jest agentka FBI Sarah Keller, która zwykle zajmuje się przestępstwami finansowymi. Do sprawy tajemniczej śmierci Amerykanów w turystycznej miejscowości Tulum w Meksyku, doprowadziło ją inne śledztwo, w którym przewinęło się nazwisko Pine. Natomiast po płaszczyźnie retrospektywnej (nieodległa przeszłość) oprowadzają nas rodzice Matta i jego siedemnastoletnia siostra Maggie. Wbrew pozorom fabuła nie jest zbyt skomplikowana. Jak mogliście się już tego domyślić, wszystko kręci się wokół amerykańskiej rodziny, której życie bynajmniej nie oszczędzało. Zaczęło się w małym miasteczku Adair w Nebrasce. Daniel Pine był gwiazdą szkolnej drużyny futbolowej. Pewny siebie licealista, który zdaniem Matta był ulubionym dzieckiem ich ojca. I to się nie zmieniło po skazaniu go za zabójstwo jego ówczesnej dziewczyny, nastolatki imieniem Charlotte. Evan od samego początku był pewien, że Danny nie miał nic wspólnego ze śmiercią swojej rówieśnicy. Ukarany za zbrodnię, której nie popełnił. Z czasem obóz zwolenników Danny'ego Pine'a znacznie się rozrósł. Ludzie obejrzeli film dokumentalny Netfliksa pt. „Brutalni i agresywni” i już wiedzieli, że chłopak jest niewinny. Ofiara systemu, czy raczej niekompetentnych ludzkich trybików machiny „sprawiedliwości”. Sprawą zainteresował się nawet prezydent Stanów Zjednoczonych, zaalarmowany przez swoją córkę, bezkrytyczną odbiorczynię „Brutalnych i agresywnych”. To przypomina fenomen „Making a Murder”, autentycznego obrazu dokumentalnego Netfliksa, ale Alex Finlay utrzymuje, że pisząc „W otchłani strachu” nie pozostawał pod natchnieniem ani tego, ani żadnego innego konkretnego filmu dokumentalnego, tj. nie obracał w głowie pojedynczych dokonań dokumentalistów, tylko traktował to jako jedną skondensowaną masę. Ogólne spojrzenie na produkcje, które „pokazują brzydkie podbrzusze systemu”, tym samym zachęcając zwykłych obywateli do walki o reformowanie wymiaru sprawiedliwości, ale mają też skutki uboczne. Na przykład odmawianie obywatelom prawa do uczciwego procesu przed niezawisłym sądem. Skazywanie ludzi w mediach społecznościowych głównie w oparciu o doniesienia medialne. Zdarza się, że dotyczy to całych społeczności – ta czy inna miejscowość w oczach „praworządnych ludzi” staje się cuchnącym wrzodem na zdrowej amerykańskiej tkance. O tym wszystkim Alex Finlay pisze w swojej debiutanckiej powieści. O wadach i zaletach takich produkcji jak „Brutalni i agresywni”. W akcję powieści autor wplótł fragmenty scenariusza w tym świecie przedstawionym opracowanego przez parę dokumentalistów, która wskazała liczne nieprawidłowości w sprawie Danny'ego Pine'a. Z ich filmu wynikało, że chłopaka posadzono za niewinność. Jednym z głównym argumentów świadczących na korzyść Danny'ego było ujawnione w filmie nagranie z policyjnego przesłuchania prowadzonego przez małomiasteczkowych gliniarzy niemających doświadczenia w sprawach takiego kalibru. Przestarzała technika, która, jak dowiedział się autor „W otchłani strachu” w rzeczywistości niejedną niewinną osobę skłoniła do przyznania się do zarzucanych jej czynów. Ale niekompetencja mundurowych zajmujących się sprawą Danny'ego Pine'a, to tylko jedna z możliwości, nie można bowiem wykluczyć celowego działania rzekomych stróżów prawa. Kozioł ofiarny, przypadkowa ofiara czy winny zabójstwa ciężarnej nastolatki? Z całej rodziny Pine'ów tylko Matthew nie kwestionował wyroku sądu. Tej feralnej nocy zobaczył bowiem coś, co zachował dla siebie. Tym samym pozwalając, by jego najbliżsi żyli w błędnym przekonaniu na temat Danny'ego? Tym samym pozwalając, by rozwijała się obsesja jego ojca i siostry? Holmesa i Watsona, nieustających w wysiłkach, by uwolnić ich zdaniem niewinnego człowieka.

„W otchłani strachu” Alexa Finlaya nie obfituje w zaskakujące zwroty akcji i co dla mnie nieporównywalnie ważniejsze, w pogłębione portrety psychologiczne choćby tylko kluczowych postaci. Myślę, że zwolennikom dynamicznych dreszczowców łatwiej będzie odnaleźć się na tym wzburzonym morzu, gdzie przypuszczalnie wpływa niejedna kryminalna rzeka. Zabójstwo Charlotte sprzed siedmiu laty i jakieś przekręty finansowe korporacji, w której pracował Evan Pine mogą mieć związek z tragedią w meksykańskiej miejscowości. Wszystkie drogi prowadzą do Adair w stanie Nebraska, a w każdym razie w tej nieprzyjaznej mu mieścinie, Matthew Pine w końcu wyląduje. Tutaj spędził pierwsze czternaście lat swojego życia. A potem już nic nie było takie samo. Niekończący się koszmar Pine'ów, który też stał się prawdziwą zmorą stałych mieszkańców niegdyś spokojnego, niczym niewyróżniającego się miasteczka z Południa. Zdecydowana większość ludności Adair niczym sobie nie zasłużyła na oskarżenia płynące z zewnątrz. Nie mieli nic wspólnego z tym, jak podobno potraktowano Daniela Pine'a, ale w pewnym sensie na ich czołach też wypalono piętno w najlepszym razie niekompetentnych, a w najgorszym wyrachowanych gwałcicieli praw obywatelskich. Miłośnicy filmu dokumentalnego „Brutalni i agresywni” potępili całą społeczność, która tymczasem swoją nienawiść skupiła na Pine'ach. Jego ciotka i dziadek wprawdzie wciąż mieszkają w Adair, ale Matt jest tutaj kimś w rodzaju persona non grata. Wiedział, że tak będzie, ale pragnienie uczestniczenia w ceremonii pogrzebowej rodziców było silniejsze od spodziewanej ciężkiej aury panującej w tym miejscu. Ciężkiej dla niego, młodego człowieka okrutnie okaleczonego niekoniecznie przez ślepy los. Śmierć jego rodziców i młodszego rodzeństwa przez meksykańskie władze została uznana za tragiczny wypadek – wyciek gazu – ale amerykańskie śledztwo prowadzonego przez Federalne Biuro Śledcze i Departament Stanu przynosi coraz to więcej dowodów na to, że Pine'owie zostali zamordowani przez jedną lub więcej osób, które mogły też maczać swoje brudne palce w najbardziej dotkliwej dla Adair kryminalnej sprawie, która na zawsze odmieniła życie niejednej amerykańskiej rodziny. Alex Finlay skupia się na krewnych domniemanego sprawcy; zdecydowanie mniej uwagi poświęca bestialsko zamordowanej Charlotte, można się jednak domyślić, jakie piekło przeżyła przynajmniej większość osób z najbliższego otoczenia dziewczyny. Tak czy inaczej, zapunktował Finlay w moich oczach nieobojętnym podejściem do nader rzadko dostrzeganych ofiar zbrodniczych czynów. Odpowiedzialność zbiorowa – gdzie byli rodzice i rodzeństwo? Wszyscy mają krew na rękach, tylko dlatego że są spokrewnieni z zabójcą. Daniel zawinił, rodzinę też powiesili. To znaczy niedelikatnie zepchnęli tę wcześniej szanowaną familię na margines społeczny. Patrzyli na nich z nieskrywaną wrogością, nie szczędzili przykrych słów, aż w końcu Evan i Olivia nabrali przekonania, że najbezpieczniej dla wszystkich będzie, jeśli poszukają innego miejsca do zamieszkania. Potem na świat przyszedł Tommy, czwarte, nieplanowane dziecko Pine'ów. Chłopiec, który stał się swoistym kołem ratunkowym dla tonącej Olivii. Evan i Maggie mieli swoje projekty, że tak to ujmę, pod hasłem „Uwolnić Danny'ego Pine'a!”, a małżonka tego pierwszego małą iskierkę, którą mogła się zaopiekować. Matt natomiast wyfrunął z rodzinnego gniazda, z nadzieją na ułożenie sobie życia w oderwaniu od sprawy Danny'ego. Odciął się od tego wszystkiego, a przynajmniej tak mogło mu się wydawać. Alex Finlay na grzbiecie fikcyjnej opowieści, jak dla mnie mocno przewidywalnej intrygi, niesie cenne obserwacje (twarde fakty i trzeźwe przemyślenia) na temat wymiaru sprawiedliwości w państwie demokratycznym. „W otchłani strachu” to szybko czytająca się powieść, obok której mimo jej niedoskonałości (w subiektywnym ujęciu) nie przeszłam zupełnie obojętnie. Smutna to historia, która w lepiej zorganizowanym ustroju miałaby mniejsze szanse na zaistnienie. Gdyby architekci systemu bardziej się postarali, udałoby się uniknąć niejednej podobnej tragedii. Zmarnowane żywoty w sumie w globalnym królestwie ignorancji i okrucieństwa. Megalomanii, chodzenia na skróty, żądzy pieniądza i władzy, ogromnej potrzeby znalezienia winnego – byle szybko, mniejsza z celnością.

Rozpędzony dreszczowiec od debiutującego amerykańskiego powieściopisarza publikującego pod pseudonimem Alex Finlay. Doświadczonego prawnika mieszkającego w stolicy Stanów Zjednoczonych, gdzie niejednego klienta (w sumie trzeba ich już liczyć w dziesiątkach) miał okazję reprezentować w gmachu Sądu Najwyższego. „W otchłani strachu” w jakimś stopniu opiera się na tym zawodowym doświadczeniu, wyjątkach z rozległej prawniczej wiedzy autora tego dostatecznie emocjonującego „produktu” światowej sceny wydawniczej, ale uspokajam zaniepokojonych: nie jest to thriller prawniczy sensu stricto. Thriller kryminalny, to już prędzej. Psychologiczny, to już mniej. Polecam więc... poszukiwaczom szybszych powieściowych przejażdżek po gatunkowych ziemiach. Nie takich znowu mrocznych, ale też niezbyt podnoszących na duchu.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu